STAN WOJENNY W POLSCE
(od 13 grudnia 1981 do 22 lipca 1983)
Marek CHWALEWSKI (3).
…Była tam dość duża cela. Siedziało nas 6. lub ośmiu w jednej celi. Pierwszy dzień. Jeszcze żeśmy się ze swoich manatków nie rozpakowali, kiedy otwierają się drzwi celi i słyszę:
– Chwalewski, do wyjścia!
Wystawiłem głowę za drzwi, patrzę, a na korytarzu stoi ta banda z pałami i psami u nogi. I mój dobry znajomy, major Przybysz z więzienia z ul. Stokowskiej w Łodzi.
– A niby dlaczego mam wychodzić? O co chodzi?
Major Przybysz:- To się dowiesz, ja ci powiem.
Koledzy z celi:– Nie wychodź, bo cię spałują i my nie będziemy mogli ciebie obronić. Nie wychodź.
A ja mówię:– Ależ oczywiście niech tutaj wejdą, to bunt będzie w całym więzieniu, takiego szumu narobimy. A do majora Przybysza:- Niech pan się odczepi.
Major Przybysz pogadał szeptem z którymś z funkcjonariuszy. Funkcjonariusze odeszli razem z pieskami.
– Jestem sam – oznajmił major – Czy teraz wyjdziesz?
Niech pan wejdzie do celi to pogadamy, ja nie mam nic do ukrycia.
– Chciałem w cztery oczy.
Koledzy w celi: – Nie wychodź, bo się zaczaili i oberwiesz.
Major: – Taki bohater ze Stokowskiej, a tu się boi?
– Wcale się nie boję – I wyszedłem z celi.
Major: – Poznajesz mnie?
– Tak, poznaję. I co pan ode mnie chce?
Major:- Ja chcę jednego. Chcę mieć tutaj spokój. Daj mi słowo… Znam cię, bo jak dasz słowo, to dotrzymasz, że nie będziesz prowokował, że nie będę miał przez ciebie kłopotów.
Chwilę się zastanowiłem.
– Dobrze – odpowiedziałem – Ale ja mam też ważny punkt. Widzi pan ten znaczek „Solidarności“ w klapie?
Major:- No tak… Masz zdjąć to, natychmiast!
– Ano właśnie. Jeśli pan chce, abym się tutaj zachowywał, jak pan to mówi, przyzwoicie. Bo nie wiem, jak ma wyglądać przyzwoite zachowanie w więzieniu, to ja chcę nosić ten znaczek w klapie, przez cały okres internowania, żeby nie miał prawa mi go nikt zdjąć, czy zerwać.
Major: – Dobra, kur… Dobrze.
Dotrzymał słowa. Ten znaczek miałem później także i w więzieniu w Hrubieszowie. Przeszedłem tam „ścieżkę zdrowia“, byłem pobity, a tego znaczka udawali, że nie widzą.
Z o.Miecznikowskim spotkałem się dopiero w Łowiczu. Wszystkie wizyty Ojca, wszystkie Mszy św, spotkania w celach, po przyjacielsku. Prawie na wszystkich byłem. Starałem się być z o.Miecznikowskim. Z okazji jakiś uroczystości kościelnych, czy państwowych przyjechał ks.Biskup Józef Rozwadowski [metropolita łódzki]. Ten czarny krzyż, który wisi nad moim komputerem, jest zrobiony z długiej szczotki do zamiatania śmieci po celi. Jest wycięta odpowiednia długość, ramię i jest złożony. Umalowany rozpuszczoną steryną ze świeczek, dobrze wymieszaną z sadzami. To wszystko było podgrzane i na gorąco malowane. Z tyłu, ma przyklejoną etykietkę, kiedy to było, z jakiej okazji, jak się nazywał Biskup. I ks.Biskup, ten krzyż poświęcił. Krzyż ten leżał na honorowym miejscu na ołtarzu. Byłem na tej Mszy św., i byłem w pierwszym szeregu. Msza święta była na korytarzu. Ołtarz był zrobiony ze zwykłych mebli więziennych. Na ołtarzu były prześcieradła. Głównie zajął mnie podczas tej Mszy św. ten krzyż, bo to z naszej celi.
Byłem z o.Miecznikowskim, bo on miał swoją ferajnę przyjaciół, tak bym to powiedział, którzy lgnęli do niego. To był człowiek… Nie chciałbym używać słów górnolotnych, bo nigdy tego nie robię, nie lubię, ale według mnie, był to człowiek święty. Pewnego razu przyszedł do naszej celi rozpromieniony, zadowolony, jakby już komunistów diabli wzięli. Więc pytam: – Co się stało?
Ojciec Miecznikowski: – Panowie, mam załatwione, że zostanę internowany i razem z wami będę tutaj.
Razem będziemy tutaj. Czekam tylko na decyzję władz, kiedy do was przyłączę.
To powinni potwierdzić ci, którzy ze mną byli. Ojciec przywoził paczki, bardzo nam pomagał. Nie tylko paczki żywnościowe, ale i lekarstwa. Ale dla mnie, przynajmniej dla mnie, liczył się człowiek.
Ja do niego mówiłem: – Ojcze…proszę Ojca.
A on do mnie: – Mareczku… Jak tam? Uśmiechnij się?
Odpowiadałem: – Nie mam się z czego cieszyć, niech Ojciec gazetę przeczyta.(116)
Marek NIESIOŁOWSKI (2).
…To była choroba żołądka. Miałem ataki. Lekarz w ZK Łowicz, był bardzo porządnym człowiekiem, przychodził z tamtejszego Szpitala. Przepisywał jakieś leki, ale to nie pomagało i lekarz powiedział, że należy mnie zabrać do Szpitala. I przewieziono mnie tam. Władze więzienne, nie chciały wyrazić na to zgody. W końcu lekarz, zwrócił się z pismem do Naczelnika Więzienia, żeby to pismo podpisał, że on nie poniesie odpowiedzialności, jeżeli zostanę w takim stanie w więzieniu. Względy medyczne, powodują taką konieczność. Oni łaskawie się zgodzili. I przez tydzień, albo dwa – już dobrze nie pamiętam – pilnował mnie Strażnik więzienny, który siedział na korytarzu, przy otwartych drzwiach.
Leżałem na sali z innymi chorymi, w sali 6-8 osobowej. W końcu lekarze, zaczęli protestować u Naczelnika więzienia, że nie mogą pacjentów leczyć, bo obecność Strażnika, stresuje ludzi. Ordynator dr Kaczorowski [Jan], bardzo przyzwoity lekarz – już nie żyje – w końcu narobił rabanu i tego Strażnika zlikwidowali. I po dwóch tygodniach przestali mnie pilnować. Co chwilę kogoś przywozili z więzienia do Szpitala i odwozili. Jeśli dobrze pamiętam, był na chirurgii jeszcze Włodek Gromiec, a na Internie:-Tomek Mysłek, Jacek Bartyzel, Józef Śreniowski i inni.
Wtedy to się już rozluźniło, był koniec czerwca, czy już lipiec 1982r. Mogliśmy chodzić swobodnie po terenie Szpitala, a nawet do miasta, przez dziurę w płocie. Totalny luz. Józek Śreniowski uciekł z tego Szpitala. I potem gdzieś się ukrywał. Jak on uciekł, to władza prawdopodobnie doszła do takiego wniosku – aby się nie powtarzały takie przypadki – by umieszczać chorych z Zakładów Karnych, na oddziałach psychiatrycznych. A my prawdopodobnie, byliśmy królikami doświadczalnymi, w rodzaju: – jak społeczeństwo zareaguje, na umieszczenie Internowanych z więzień, w psychiatrycznym Szpitalu, aby następnych tam umieszczać. I to wydaje mi się prawdopodobna wersja. Szum się zrobił wielki. Pielęgniarki powiedziały, że wywożą wszystkich Internowanych z Interny, niewiadomo gdzie. A za chwilę i nam z Chirurgii kazali się ubierać. Kazali wszystkie rzeczy swoje zabrać i wsadzili mnie do „Nyski“, wraz z Tomkiem Mysłkiem, Gromcem i Bartyzelem. Wydaje mi się, że był to samochód bez żadnych napisów w rodzaju „MO“, aby to odbyło się po cichu. Przywieźli nas do Szpitala Wojewódzkiego w Zgierzu. Kiedy weszliśmy na ten Oddział, to już lekarze tego Szpitala stali przy oknach, patrząc na nas. Całe półpiętro w jednym ze skrzydeł na drugim piętrze, został opróżniony przez chorych, aby zrobić dla nas miejsce. Prawdopodobnie przesunęli tych chorych do innych sal, albo wywieźli do innego Szpitala. Jest tam hol i wejście do trzech korytarzy. Całą noc i dzień funkcjonariusze „SB“, pilnowali nas w tym holu. W dzień minimum było dwóch funkcjonariuszy, a w nocy aż czterech. „Urzędowali“ głównie w holu, tam też spali. Funkcjonariusze tylko krótkofalówką przekazywali co jakiś czas meldunki. Niekiedy, wychodząc do łazienki, widzieliśmy, że leżały pistolety na stole. Widocznie uwierały ich, kiedy spali w fotelach. Można było taki pistolet im zabrać. Lekarze praktycznie nie interesowali się nami, przepisując te same leki, które dostawaliśmy w Szpitalu w Łowiczu. Żadnych leków psychotropowych nie ordynowali. Badali ciśnienie i nic więcej. Strasznie się zdziwiłem, kiedy zobaczyłem, że do nas przyjechał ks.Kanclerz Andrzej Dąbrowski i dr Lidka Grabowska [z Komitetu Prymasowskiego] z córką. Kompletne zaskoczenie, że już wiedzieli, gdzie jesteśmy. Byliśmy w tym Szpitalu do 15 lipca 1982r. Tego dnia przyszli i powiedzieli:- Pakujcie się. Nigdy nie mówili, gdzie jedziemy. Wsadzili nas do „Nyski“. Po drodze, gdzieś w lesie, zatrzymali się, otworzyli drzwi i usłyszeliśmy:- Wychodzić!…
Spytaliśmy: – Po co? Padła odpowiedź:- Za potrzebą. Nie wiedzieliśmy, czy to prawda, czy coś z nami nie zrobią w stylu Katyńskim. Zawieźli nas do ZK Kwidzyń.(117)
SZPITAL POWIATOWY W ŁOWICZU.
Dr Ewa ZBUDNIEWEK.(118)
Z o. Miecznikowskim niewiele miałam wspólnego bo… podczas moich studiów na „Lumumbowie“ w Łodzi – wtedy jeszcze myśmy mówili „Bystrzycka“ – trochę miałam do czynienia z Duszpasterstwem u Św.Teresy, u Salezjanów. Ale jak zaczęli zamiast zabieraniu głosu, rozdawać cukierki, to się wycofałam. Nie odpowiadało mi to. U Jezuitów owszem, bywałam, na prelekcjach bpa Bejze [Bohdana]. Chodziło o filozofię. Myśmy mieli wtedy na studiach filozofię marksistowską i bardzo mi to, równolegle pasowało. Ojca Miecznikowskiego po raz pierwszy widziałam, jak wypuszczono z więzienia chłopaków z ROPCiA. Byłam u Krystyny de Corde w domu – koleżanki ze studiów i wyciągnęła mnie na jakieś spotkanie w Duszpasterstwie Akademickim przy Kościele oo.Jezuitów. Widziałam o.Miecznikowskiego z daleka i tyle.
No i zdarzył się nam stan wojenny. Miałam wtedy dyżur na oddziale chirurgicznym w Szpitalu łowickim. Chirurgiczny dyżur, wyjątkowo spokojny, a taki zdarzał się rzadko. Oddział był ogromny, 80 łóżkowy. Ostry dyżur na okrągło i jeden lekarz dyżurujący. Myśmy jako lekarze, mieli dyżury pod telefonem. Jak już było koniecznie trzeba, to się ściągało kolegów. Szczególnie po wypadkach masowych. Zdarzało mi się ściągać cały zespół kolegów, bo w pojedynkę nie da się rady. A więc siedziałam i pisałam dokumentację, bo to kiedyś trzeba było zrobić… Więc, to się w nocy robiło i podglądałam jednym okiem Kongres Kultury Polskiej, który wtedy odbywał się w Warszawie. W naszym gabinecie był bardzo dobry telewizor. Dostaliśmy go, w podziękowaniu od Łowickich Zakładów Przemysłu Pończoszniczego „Syntex”, za skuteczne uratowanie ich pracowników, po wypadkach, które tam się zdarzały. I w pewnym momencie, wyłączyła się wizja, wyłączyła się fonia. Czarny ekran, klops, telewizor nawalił. Zmartwiłam się, bo rano przyjdą do pracy koledzy i usłyszę: – Manipulowałaś przy nim. Ok.6:00, kiedy go ponownie włączyłam przekonałam się, że telewizor nie nawalił. O godzinie 7:00, była w Szpitalu, Msza św. Jeżeli było to możliwe, to bardzo lubiłam być w niedzielę na tej Mszy, bo już nie musiałam iść osobno. Ksiądz zdruzgotany, mówił o jakimś stanie wojennym, ale myśmy nic o czymś takim nie słyszeli. Przyszłam do domu, a właśnie doktor Krystyna de Corde, miała do mnie tej niedzieli przyjechać. Krystyna w ogóle nie wiedziała, że jest stan wojenny. Rano wstała, nie włączyła radia, nie włączyła nic. Zbierała się, żeby na pociąg zdążyć i u nas – żyła wtedy moja mama – dopiero dowiedziała się, że jest stan wojenny. Mówię do niej słuchaj:- Będą bardziej twoi, niż moi znajomi internowani. A ona odpowiada:– Ale oni są przecież tylko w Związkach Zawodowych. Wtedy powiedziałam:- Zobaczysz, co się stanie. No i rzeczywiście.
Początek stycznia 1982r. Łowicz jest malutkim miastem. Tu się ludzie znają. Przychodzi informacja, że opróżniają jeden pawilon w więzieniu dla Internowanych. I kiedy z Łodzi przewożono internowanych, to mówił mi później Marek Niesiołowski, że jak przez dziurę zobaczył Łowicz-Przedmieście, to powiedział do kolegów w „budzie“:- Jest w Łowiczu dr Ewa, ona do nas dotrze. No i po kilku dniach, to nie było nawet tydzień, jak przyszedł dr Piotr [nazwisko zastrzeżone] nasz kolega, lekarz wojskowy po WAM-ie, który u nas robił specjalizację z chirurgii. On był do południa na Oddziale, a po południu w jednostce. Młody chłopak, wtedy miał stopień porucznika i powiada, że został wyznaczony jako lekarz dla Internowa-nych. Mówię do niego:- Piotrusiu, świetnie. To jak będziesz w więzieniu u tych internowanych sprawdź, czy jest wśród nich Marek Niesiołowski, Benedykt Czuma, albo Stefan Niesiołowski. I masz ich ściągnąć do siebie na badanie, choćby się zapierali, pozdrowić ode mnie i od dr Krystyny i zapytać, czego im potrzeba.
Byłam już wtedy z drugim stopniem specjalizacji – chirurgiem całą gębą. A to było młode dziecko, które jak sądzę, całą rzecz traktowało na zasadzie zabawy w złodziei i policjantów. Takie odniosłam wrażenie, że jemu się to podoba. Taka gra. Piotrek przychodzi następnego dnia do pracy i mówi, że dopadł pana Niesiołowskiego, który się bardzo zapierał i do Izby Chorych nie chciał przyjść. Ale jak przy badaniu usły-szał pozdrowienia i pytanie, to się rozpromienił i powiedział, że chcą herbaty. Nie było wtedy też o herbatę najłatwiej, ale się zorganizowało, bo myśmy zsypali kilka paczek i Piotrek zaniósł ją następnego dnia w woreczku do więzienia. Marek Niesiołowski przyszedł na kontrolę i pod paskiem spodni, wyniósł woreczek herbaty. Tak to wyglądało. Czyli pierwsza prośba była zrealizowana. A potem było ich wiele. I tak się zaczął kontakt. Po krótkim dość czasie, nie umiem powiedzieć ile tygodni to trwało, ale kontakt był idealny.
Z dr Krystyną De Corde, spotykaliśmy się u niej w domu, przy okazji imienin i nie imienin. I tam, wiele osób poznałam, w tym; kilku późniejszych Internowanych. Przyjeżdża Krystyna, bo ojciec Miecznikowski jej powiedział:- Będę się modlił, a ty jedź. Więc bez przepustki, bez niczego, przyjechała. Mogło być miesiąc od stanu wojennego, może półtora. To nie było proste wtedy, bo Krystyna, słusznie podejrzewała i przekazała Ojcu, że ja mam ten sposób bycia i takie możliwości, że mogę już coś konkretnego wiedzieć o Internowanych. A to już było po tej sytuacji, kiedy „Wolna Europa“ krzyczała, że Benedykt Czuma ma zapalenie opon, a on miał podrażnione zatoki po prostu i smarkał. Więc Krystyna przyjechała. A ja, już wcześniej wywiozłam z domu, na zaprzyjaźnioną Plebanię na wsi, wszystko to, co dotyczyło „Solidarności“. Miałam czysty dom. Był to taki czas. Wszystko się przechowało. No i przekazałam Krysi, pewne informacje. Cały czas był kontakt przez Służbę Zdrowia, był kontakt z Łodzią i był kontakt z Warszawą, czego nawet jak sądzę wiele osób w ogóle nie wiedziało. Pracowałam również wtedy w Poradni Kolejowej. I okulistka zatrudniona tamże, dojeżdżała trzy razy w tygodniu z Warszawy. I było dosłownie w ten sposób: – Wika, pójdziesz do Kościoła Św.Marcina. Idź tam prosto z pociągu i przekażesz to, to i to. A po powrocie do Łowicza, Wika przekazywała:- Słuchaj, jest takie i takie pytanie. Dobrze? Tak, to trwało.
Już było wiosennie, kiedy któryś ze znajomych lekarzy powiedział, że jakiś ksiądz, został wyznaczony na kapelana w łowickim więzieniu. Nie od razu to się stało, a był nim ks.Kazimierz Wójciak z zakonu Pijarów. On był później w Krakowie, a następnie w Warszawie i w Lidzie na Białorusi. Pijarzy są w Łowiczu przecież. Też niespokojny duch. Miał wtedy chyba ze 30 lat. Dostaję informację, że ksiądz Kazimierz, chce się ze mną spotkać. Po Mszy św. idę do Zakrystii i mówię:- I co? Ksiądz nie może się sam opowiedzieć, tylko przez posły?
Mieliśmy jeszcze jeden kontakt z Internowanymi. Był taki bardzo sympatyczny Internowany, leśnik. Miał na sobie wysokie buty z cholewami i ks.Kazikowi przy spowiedzi, albo zaraz po niej bąknął, że baterie do radia się im wyczerpały i nie mają. No to, Kazek do mnie:- Baterie! To ja Kazkowi baterie. Leśnik przyszedł do spowiedzi i tak długo się spowiadał zanim wszystkie baterie ksiądz nie wsunął mu za cholewy butów. Ta spowiedź była w więzieniu. Jeszcze zimą, jeden z Internowanych dostał wieńcówki. Pamiętam, że zrobiłam wtedy piekło na cały Szpital, bo nie zawieźli go do EKG windą, tylko prowadzili biedaka po schodach, w kajdankach. Ja się wydarłam:- Co wy sobie wyobrażacie? Chcecie, żeby wam odkitował na schodach, jak ma zawał?! Po pierwsze, ma utrudnione oddychanie, bo ma kajdanki, a po drugie:- po cholere jest winda?!
Głupio się im zrobiło. I tak kolejno na oddziały naszego Szpitala zaczęli trafiać Internowani. Początkowo było tak; – ilu Internowanych, tylu Strażników. Siedzieli na korytarzu w dzień i w nocy, uzbrojeni. I którejś nocy było zimno, paskudnie. I siedzą na korytarzu przy oknie dwaj młodzi „klawisze“ i jedzą na sucho jakieś kanapki. A mnie zwyczajnie się tych chłopaków zrobiło żal. Było to na Internie. I biegnąć do gabinetu, zatrzymałam się przy Punkcie Pielęgniarskim z pytaniem:- Dziewczyny, czy nie zostało herbaty z kolacji? Jak zostało, to podgrzejcie i dajcie tym „klawiszom“. „Klawisz“ też człowiek.
Rzeczywiście, pielęgniarki zagrzały, dały im po kubku herbaty. Wracam i słyszę; Bardzo pani doktor dziękujemy.
Zaczęły się potem luzy, wycofano tych Strażników. I na pewnym pięknym dyżurze – Krystyna de Corde wiedziała, w jakie dni dyżuruję – przychodzi pielęgniarka z Izby Przyjęć do mojego gabinetu i powiada; – Jakiś pan do mnie. Jakiś pan? A jeszcze wtedy, nie mieliśmy w Szpitalu Internowanych. Musiała być wiosna, musiało być dość ciepło. Mógł być marzec. Ale nie pamiętam kiedy konkretnie, bo notatek nie prowadziłam, nie było to wskazane w owym czasie. W każdym bądź razie, jakiś pan do mnie od doktor de Corde. – Wiesz co, Wala – mówię do pielęgniarki – Ale przyjdź zaraz, bo jak od niej, to będzie albo„ubol“, albo jezuita. Innego wyjścia nie ma. I wszedł. W szarym garniturku, w koszuli bez krawata, wyglądający jak biedny księgowy z najbiedniejszego „GS-u“ [Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska“], ojciec Miecznikowski. Bez koloratki, bez płaszcza. Pamiętam ten szary garniturek i niebieską koszulę. Ani śladu, że to ksiądz. Grzecznie mi się przedstawił. Wylegitymował. Wszedł kolega, dr Zdzisław Mazurkiewicz i mówię do niego:- Widzisz miałam rację, jezuita.
Ojciec przyszedł z pytaniem, co ja wiem o tych internowanych. Krystyna wiedziała, że te informacje muszą docierać do mnie i znając mnie, musiała Ojcu powiedzieć, że jestem trochę niespokojny duch i że będę próbowała coś zrobić. To musiał wtedy Ojciec Miecznikowski, śliczny cywilny, przyjechać do mnie. Do tej pory widzę ten rzewny garniturek i niebieską koszulę.
Do Łodzi dochodziły różne przesadzone rzeczy, a u nas dość szybko w więzieniu zaczęto ich traktować na luzie. Otwarte cele, oni się między sobą kontaktowali. Nie było dramatów. A przesadzone informacje docierały do Łodzi i dlatego o. Miecznikowskiemu chodziło o informacje:- Co jest, jak jest, czy są chorzy, czy są zdrowi? I te informacje Ojcu przekazałam. Nie było mowy o przekazywaniu czegokolwiek na piśmie, to było bezpieczne. Ojciec stwierdził, że to jest rzeczywiście świetny kanał informacyjny. A od niego dowiedziałam się, co chciał przekazać Internowanym. Więc im przekazałam. Ojciec Miecznikowski dowiedział się, kto siedzi w więzieniu, tylko nie było łączności z nimi. Miał dojście do Internowanych tylko lekarz i kapelan. Tudzież dwie pielęgniarki z oddziału chirurgicznego, które jeszcze przed stanem wojennym, miały zatrudnienie w Izbie Chorych w łowickim więzieniu. Swoje dziewczyny z chirurgii. Wobec tego, miałam wiele połączeń. I w tym czasie na gębę przekazywało się przez Krystynę, potem przez Ojca Miecznikowskiego i przez tą okulistkę Wikę, informacje do Warszawy, do Kościoła Św. Marcina. W obie strony szły te informacje. Minął jakiś czas. Chłopaków z więzienia kolejno się wycofywało. Dr Piotr przynosił wiadomość, że tego i tego Internowanego mogą postawić w stan oskarżenia, z obecnego statusu na politycznego. To wtedy było tak, że określonego dnia o określonej godzinie, ów Internowany zaczynał chorować. Miał bardzo określone objawy. I nie ma wyjścia, wzywa się pogotowie. Ale to musiał być określony dzień i godzina. Z reguły chorowali o godzinie ósmej wieczorem. Wtedy była zmiana u nas karetek i wszystkie obsady musiały być na miejscu. O co chodziło?… Aby jechał ten kolega, a nie tamten. Dr Wojtek Maciejak, chirurg – młody lekarz na stażu – dostawał polecenie:- Jedziesz do chorego Internowanego, przywozisz go na Oddział. A karetka, jak ich przywoziła, to już bez „klawisza“. Wtedy „klawisze“ w sumie pracowali po 24 godziny i nie wytrzymywali, więc wycofano „klawiszy“ ze Szpitala. Przez to zrobił się luz. Tylko, jak mówię, to musiał być określony dzień, określony zestaw dyżurny. W sumie leżało ich w Szpitalu kilkunastu. Izba chorych w więzieniu była zorganizowana z sensem, ale oni chorowali tak „ciężko“, że musieli znaleźć się w Szpitalu. Myśmy ich zaczęli wyciągać od lutego.
Marek Niesiołowski miał chorobę wrzodową i można to było leczyć, nie w warunkach szpitalnych. Pielęgniarka Wala, poszła do Niesiołowskiego, gdy dotarło do nas, że przejdzie w status więźnia politycznego, a to już był „smrodek“. Poszła do Izby Chorych w więzieniu, gdzie była zatrudniona jeszcze przed stanem wojennym i poprosiła o doprowadzenie Marka Niesiołowskiego:- Pan prosił o plaster opatrunkowy, prawda? A w tym klasycznym opakowaniu była kartka, na której miał napisane, na co ma się skarżyć, jak ma się zachowywać. I że będzie zabrany do Szpitala. Po jakimś czasie, zaczął się źle czuć. Wezwano pogotowie i przywieziono do nas, do Szpitala. Tylko pierwszego z nich – tego z wieńcówką – przywieziono więziennym samochodem.
Minął czas, kiedy Komitet Prymasowski w Warszawie nawiązał kontakt i wtedy, kiedy Ojciec Miecznikowski, mógł tutaj częściej przyjeżdżać i nawet bywał u mnie w domu. Z kieszeni habitu wyciągał tony grypsów. A po wizycie Prymasa Glempa u Internowanych, doszliśmy do wniosku z o. Miecznikowskim i z Warszawą, że zawieszamy mój kontakt. Nie było wiadomo, jak potoczy się dalej sytuacja w kraju. Nie było wiadomo, co się stanie, więc różnie się z chłopakami kontaktowano, a jedyny niewykrywalny kontakt, był mój. To oni doszli do wniosku, że trzeba to zawiesić, na wszelki wypadek. Późna wiosna – lato 1982r, nie wiadomo było, co nam wykręcą. Zapadła decyzja: – Zawieszamy, jako pewny kanał połączenia.
Chodziło o to, że jak coś się odwróci…A jeśli władze podejmą kolejne złe decyzje, to wtedy będzie problem. Kiedy przyjechał Prymas Glemb, to nasi pacjenci – Internowani, dostali przepustkę i byli w więzieniu na spotkaniu z Prymasem. I wydarzyła się taka historia… Jeden z Internowanych, który był na Laryngologii w naszym Szpitalu, uciekł. Konkretnie chodziło o Józka Śreniowskiego. „SB“ pobieżnie sprawdziło Oddział, bo już wcześniej pielęgniarki stwierdziły brak pacjenta. To było lato i Internowani już mieli dostęp do cywilnych ciuchów i wychodzili od tyłu Szpitala na spacery, nawet het, het na pola. Wracali i nikt ich nie pilnował. Mieli luzy. Pielęgniarki wiedziały, że nie ma co ich szukać specjalnie, bo wyszli na spacer, nie tylko po terenie Szpitala. Józek Śreniowski i Józef Wiśniewski, był na Laryngologii i był tam z nimi trzeci Internowany, ale nazwiska nie pamiętam. U nas był Marek Niesiołowski i jeszcze ktoś. Marka znałam, to dlatego nie mam problemu z tym nazwiskiem. A naszych Internowanych z więzienia w Łowiczu, już przewieziono wtedy do Kwidzynia. To była ta historia, kiedy im tam lanie spuszczono. Mieli zabrać tego drugiego Internowanego z Laryngologii, a nasz Dyrektor ZOZ-u – on się cały czas bał – zarządził, że dotyczy to wszystkich. Myśmy wszyscy zdrętwieli. I tu byłam w kropce. Wtedy chwyciłam za telefon – bo już wówczas telefony miejscowe działały – zadzwoniłam do ks.Kazimierza Wójciaka. Chciałam mieć świadka z Kościoła, aby był przy tym, jak ich będą zabierać i wywozić. Oczywiście, nie wiedzieliśmy gdzie. A ks.Wójciak tego dnia się pakował – przyjechała po niego pijarska „Nyska“ z Krakowa – i następnego dnia rano miał się przenosić do Krakowa. Jak dostał ode mnie telefon, wsiadł na rower i był cały czas przy tym wszystkim. I znowu, to wszystko wstrzeliło się w mój dyżur. Więc zapakowano chłopaków do „budy“ i dr Lidia Grabowska z Warszawy, była akurat w naszym Szpitalu, pojechała w ślad za nimi, swoim „maluchem“ [Fiat-126p]. Jak się okazało, zawieźli ich na Oddział Psychiatryczny w Szpitalu Wojewódzkim w Zgierzu. Była śmieszna wtedy sytuacja, gdyż pomylono mnie z koleżanką z Interii. Któryś z Internowanych na Interii, miał przy sobie jakieś trefne rzeczy i lekarce z Interii, która w tym całym procederze uczestniczyła, wsunął to wszystko do kieszeni jej fartucha. A któryś z „uboli“, to zauważył. Na szczęście stałyśmy na podwórku w kilka osób, i on pomylił ją ze mną. Obie wysokie, obie raczej wtedy ciemne, krótko ostrzyżone i się pomylił. Do Dyrektora… Pani coś wrzucili do kieszenie… Mnie?… Ja dzisiaj nie byłam na Interii, więc odczepcie się ode mnie. W tym momencie Dyrektor powiedział:- Pani doktor jest chirurgiem… No, to tą drugą panią… A Jola, koleżanka z Interii, wrzuciła te trefne rzeczy znajomej pani do torby gospodarczej. Bo ja, odwracając się, zasłoniłam ją. Jola spokojnie przyszła do gabinetu Dyrektora, zdziwiona powodem jej wezwania, i odpowiedziała zgodnie z prawdą, że nie ma nic w kieszeni – Czego ci panowie chcą? Wybebeszyła wszystko z kieszeni fartucha na biurko Dyrektora – jakąś chustkę do nosa, paczkę „Carmenów“ i coś tam jeszcze. Bo to wszystko, już zdążyła upłynnić tam, na podwórzu. Był to taki hecny trochę moment. No i później, bo to wszystko trwało parę godzin – kiedy Internowanych zapakowano do samochodu – przyszli do mojego gabinetu: dr Mazurkiewicz kolega chirurg – też swój człowiek i też brał udział w tych naszych różnych dziwnych rzeczach, państwo Bieleccy – ona lekarz internista, a jej mąż weterynarz – dr Grabowska, oraz Kazimierz Wójciak. On przyjechał – o czym już wcześniej mówiłam – na rowerze do Szpitala, po cywilnemu. Jak usłyszał ode mnie, że zabierają Internowanych, to i on w pewnym momencie się przeraził, bowiem wszystko, co było „trefne“, miał na wierzchu w swoim pokoju. A oni bardzo za nim chodzili i patrzyli.
– Rany Boskie“, co teraz robić?.. A w Szpitalu przecież dalej obstawa „ubecka“. Pamiętam tę „budę“, w której zabrano chłopaków i kilka innych nieoznakowanych samochodów. Mówię do niego:- Dobra, damy sobie radę, ja księdza wywiozę. Miałam wtedy „Syrenę“, super samochód, w kolorze rudym jak licho. Kazałam mu wyjść w określone miejsce. „Syrena“ stała na podwórzu przed Szpitalem. Zakręciłam tak, że podjechałam pod uchylone drzwi, a on skoczył szybko do środka i skulił się obok mnie na siedzeniu, aby nie było go widać. A ponieważ pracowałam również na kolei, to miałam prawo wjeżdżać i wyjeżdżać o każdej porze dnia i nocy. Wywiozłam go, pod Klasztor. Po południu „ubole“ się zastanawiali, gdzie jest ksiądz, bo oni chcieli z nim porozmawiać. Portierka, nie w ciemię bita powiada:- Chyba jest w Szpitalu, bo jego rower tutaj stoi. A ksiądz Wójciak, od świętej niepamięci, zapakował cały swój majdan do samochodu, którym miał wyjechać do Krakowa. Po tym wydarzeniu, już wieczorem, dr Lidia Grabowska przywiozła go do mnie na dyżur. Okazało się, że Internowanych zamknęli na Oddziale Psychiatrycznym w Zgierzu.
O tym opowiedziała mi dr Grabowska, która z ks.Wójciakiem tam była. Siedzieliśmy w moim gabinecie i zastanawialiśmy się, co zrobić z tą wiedzą. Co zrobić, bo to była wielka tajemnica, gdzie ich wywieziono. Lidka mówi:- Pojechałabym do Zgierza, aby zrobić jakiś raban, ale co ja mogę? I tutaj zdobyłam największą pochwałę w życiu, bo zapytałam ks.Wójciaka:- Czy musi koniecznie nazajutrz tą „Nyską“, ze swoimi manatkami wyjechać do Krakowa?.. – No, nie muszę; odpowiedział. To mówię do nich:- Trzeba rano jechać nie do Zgierza, ale do Biskupa Rozwadowskiego. I rano, dr Lidka musiała spać w Łowiczu – może u państwa Lebiodów – pojechali jej „maluchem“ do Biskupa. Przy czym ks.Wójciak, swój strój – sutannę, miał zwiniętą na siedzeniu. Przed wjazdem do Łodzi, przebrał się w krzakach. To już znam z jego relacji. O 8:00 rano, byli już w łódzkiej Kurii. I szok w zgierskim Szpitalu, bo „ubole“ bardzo pilno-wali naszych Internowanych i byli przekonani, że nikt postronny o nich nie wie. Po jakimś czasie, dowiadujemy się, że przewieziono ich do Kwidzynia. A po kolejnych 24 godzinach, znowu są w naszym Szpitalu, bo Kwidzyn [ok.250 km od Łowicza], nie chciał się paprać z chorymi. I nasz Dyrektor, dostał szamotania pępka ze strachu. Bał się ich przyjąć i około chyba 18:00, decyzja:- do północy mają wrócić do Kwidzynia. Niby jak?.. Helikoptera nie było. Trzeba było coś wymyślić, żeby nie jechali do Kwidzynia. A były jakieś telefony między partią, dyrektorem Szpitala, a „SB“ i nie wiem z kim jeszcze. Jeden z Internowanych miał problemy krążeniowe, dostał napadu wieńcówki. Chłopaki – mówię do nich – Nie ma wyjścia, zabieram was moją „Syrenę‘ i postaram się, coś z wami zrobić. I fru… Zawiozłam wszystkich do Łodzi. Było ich czterech. Znowu do Biskupa Rozwadowskiego, bo gdzie mogło być dla nich bardziej bezpieczne miejsce, jak nie w rezydencji biskupiej. A potem z Kanclerzem Kurii ks.Andrzejem Dąbrowskim, jeździłam po Łodzi i szukałam dla nich miejsca. Przez moje prywatne kontakty, ustaliliśmy miejsca dla nich. W Szpitalu im.„Kopernika“ upchałam dwóch, czy nawet trzech, a Marek Niesiołowski miał inny kontakt i on wylądował gdzie indziej. Chyba w Szpitalu „Jonschera“. Potem nawet dostałam piękne podziękowania od nich na piśmie. W tym moim samochodzie był Włodek Gromiec, Krzysztof Turowski, Jacek Bartyzel. I jeszcze najmłodszy z nich; Tomek Mysłek. Oni zostali ulokowani w „Koperniku“, na Urologii. Stawiałam sprawę kolegom lekarzom wprost:- Przyjmuj! Znałam dobrze z-cę Dyrektora Szpitala „Kopernika“, nie żyjącego już dr. Władysława Gossa, do którego pojechałam i on telefonicznie kontaktował się ze swoimi kolegami na zasadzie:- Przyjmij bo…
Bardzo pomógł tymi telefonami. I kiedy o 21:00 ostatni z nich został ulokowany w Szpitalu, to pierwszy i jedyny raz jadąc z Łodzi do Łowicza, miałam wrażenie, że jestem na obcej drodze i że tą drogą, nigdy nie jechałam. W ogóle, nie wiedziałam, gdzie ja jestem. Dojechałam do domu zielona ze zmęczenia i z nerwów, bo to jednak zajęło mi kilka godzin, upchanie tych Internowanych. Po powrocie do Łowicza, nikt o nich nie pytał. Nie wiem, czy w ogóle Kwidzyń został o nich powiadomiony, że oni przyjadą. Aż sama byłam zdziwiona, że to się udało. Jako dziecko konspiratorów wojennych i to dobrych konspiratorów w czasie wojny, miałam to widocznie w genach. Z moją mamą siedzieli wtedy państwo Mazurkiewiczowie, bo moja mama była już niepełnosprawna wówczas. I tak się skończyła moja przygoda z Internowanymi. Chyba miesiąc później wypisano ich ze Szpitali, w których leżeli.
Nigdy nie byłam w więzieniu u Internowanych. A był moment, kiedy mi nawet proponowano zatrudnienie w więzieniu, już po tych wszystkich hecach. Później już, nie miałam kontaktu z o.Miecznikowskim, ale wtedy, kiedy przyjeżdżał do Łowicza, przychodził do mnie do domu, pił herbatę, pogadał. W pewnym momencie powiedział mi:- Zawieszamy Twój kanał.
Z ks.Kazimierzem Wójciakiem, już dawno nie mam kontaktu. Ostatni raz, miałam z nim kontakt po tym, jak wywiozłam internowanych do Łodzi, i kiedy oni dowiedzieli się, że jadę do Zakopanego, to zażyczyli sobie, żeby ks.Kazimierz na Rusinowej Polanie, czyli na Wiktorówkach, odprawił w ich intencji Mszę św. Byłam tam z moimi babami i ks.Kazek, odprawił Mszę św. Potem wyjechał na Białoruś i skończyło się. Nawet nie przyjechał na wręczenie medalu 25-lecia „Solidarności“. Nie wiem, czy go zaproszono, czy też nie, bo tutejszy, krótko internowany pan Wojciech Gędek – rżnie bohatera do tej pory – decydował, kto był ważny, a kto nie. A kiedy było 10.lecie internowań, to nawet nie dopuszczono mnie do głosu, żeby powiedzieć, co się działo, jak służba zdrowia się wtedy zachowywała i co myśmy robili. On siedział tylko cztery, czy pięć tygodni, po czym stwierdzili, że można go puścić. Oglądałam w telewizji reportaż z Mszy św. z okazji 10.lecia stanu wojennego. Było bardzo mało ludzi z „Solidarności“. To było przykre. Nigdy nie zapomnę tej postaci ojca Miecznikowskiego, kiedy przyjechał „na lewo“, wtedy bez przepustki, po cywilnemu. Tak się zaczęła nasza znajomość. Ojciec Miecznikowski był wtedy tylko raz w Szpitalu, a potem przyjeżdżał do więzienia. Nie należało się w Szpitalu kontaktować, aby nie pokazać, że między nami jest jakaś znajomość, relacja:- że my, w jakimś zakresie coś działamy. Kiedy O.Miecznikowski wyjmował u mnie w domu grypsy, moja mama zapytała, czy Ojciec zanadto nie ryzykuje, pokazując te grypsy. Ojciec odpowiedział:- Przecież wiem, w jakim domu jestem.
Bałam się tylko jednego, że jak mnie przymkną, to kto się moją mamą zajmie. Ja pracując, miałam wtedy przeciętną 14,5 godziny pracy na dobę z dyżurami licząc. I tak musiałam zorganizować kogoś pod moją nieobecność, kto byłby z mamą, bo moja mama prawie nie widziała, była po paskudnym złamaniu nogi w kolanie, cały kawałek uda miała roztrzaskany. To była starsza, niesprawna pani, ale z pewnym intelektem, do końca swoich dni. Tylko, tego się bałam. To był jedyny mój strach. A poza tym, wiem jedno, że w takich sytuacjach, tak jak moi rodzice w czasie wojny działali, to jak ktoś portkami trzęsie, to nic nie zrobi. To trzeba iść na chama, na bezczelnego, choćby dr Piotr. Dr Grabowska, przyjeżdżała do państwa Lebiodów. Ich syn Rysiek– wtedy 12-letni chłopak – służył jako goniec. Wieczór, dzwonek do drzwi:- Proszę Pani, mama przesyła dla pani dwa słoiki dżemu…
– To chodź, Rysiu, chodź.
A on wtedy:- Mama kazała powiedzieć, że była pani Grabowska z Warszawy i kazała pani powiedzieć…
Mieliśmy takiego łącznika. Ja się starałam wiedzieć, jak najmniej. Nie wiem, czy Ojciec Miecznikowski był u Lebiodów. Ojciec wiedział, że to jest pewny dom, że tu można śmiało przychodzić. I przeze mnie jest kontakt. Przeze mnie były nawet sprostowania, lub przekazywanie, że temu to, czy tamto jest potrzebne. I potem kiedy Ojciec już oficjalnie przyjeżdżał do więzienia, to mnie już w tym nie było. U dr.Wiki, spotkałam się też z jakimś księdzem, którego nazwiska nie pamiętam. Też prosił o zawieszenie kontaktu, żeby mojego kanału nie używać, bo oni już mają dojście do Internowanych. Przecież, przez te pierwsze pół roku nie było wiadomo co będzie, czy ich ciupasem na białe miśki nie wywiozą.
Chodziło o to, że jeśli na tym łączu, nie było wpadki, jeśli na tym łączu wszystkie informacje przechodziły prawdziwe, to znaczy, że nie było po drodze „wtyki“, która by coś tam zadziałała. Ojciec Miecznikowski już później przyjeżdżał w sutannie, raz czy drugi, nawet do mnie na herbatę i opowiadał co i jak. Przekazywał pozdrowienia od niektórych Internowanych, ale ja już wtedy wyłączyłam te kontakty. Na wszelki wypadek.
Dr Lidia GRABOWSKA.(119)
Mieszkam w Warszawie i byłam w Komitecie Prymasowskim. Co tydzień jeździłam wraz innymi lekarza-mi, do Zakładu Karnego w Łowiczu. Naczelnik więzienia był dziwnym człowiekiem. Zezwalał nam lekarzom, tzn: mnie, dr Danucie Obrowskiej i dr Bożenie Pietrzykowskiej [psychiatra], na rozmowy z Internowanymi w ich celach, bez obecności Funkcjonariuszy. On honorował nasze upoważnienia z Komitetu Prymasowskiego. To my, także kierowałyśmy chorych Internowanych do Szpitala w Łowiczu, lub do Szpitala w Warszawie. Może Naczelnik przewidywał, że to tak się skończy i budował sobie tzw. “asekurację“ na przyszłość. Podczas jednej z takich wizyt w Łowiczu, zbliżając się samochodem do Szpitala – jechałam wtedy razem z córką – już z daleka zobaczyłyśmy wokół, pełno „suk“ milicyjnych. A w Szpitalu, stan popłochu. Spytałam:– Co tu się stało?
Wtedy personel powiedział mi, że „ubecy“ zabrali podopiecznych, ale nie wiedzą gdzie. Skontaktowałam się z dr Ewą Zbudniewek, która opowiedziała mi, co się stało. Szybko wróciłam do samochodu i razem z ks.Kazimierzem Wójciakiem, ruszyłam w kierunku Łodzi. Po kilku kilometrach zobaczyłam na drodze milicyjną „budę“.
Szpital w Zgierzu…Rozmawiałam z lekarzem, który mi powiedział:- Niech pani zaczeka, postaram się skontaktować z moją koleżanką, która pracuje na oddziale psychiatrycznym, bo ona mi powiedziała, że coś dziwnego się tam dzieje.Poczekaliśmy chwilę i kiedy wrócił, powiedział tak:- Rzeczywiście, przyjechały samochody, odgrodzili kawałek Oddziału na Psychiatrii, zasłonili zasłonami i coś się tam dzieje.
Od razu byłam przekonana, że oni tam są. I wtedy pojechaliśmy do Łodzi, do Kurii. Ks.Kanclerz Dąbrowski stwierdził:- Nie będę budził Biskupa, tylko sam zadzwonię. Ks.Biskup miał drzemkę poobiednią, odpoczywał po prostu i Kanclerz zadzwonił do „Ubecji“. I przy mnie, ta rozmowa się odbyła. Powiedział do swojego rozmówcy:– Proszę pana, ja mam tutaj wysłannika z Komitetu Prymasa, podobno państwo porwali ze Szpitala w Łowiczu, naszych podopiecznych. Jeżeli chcę porozumieć się ze swoim Bickupem, to chcę wiedzieć, gdzie, co i dlaczego tak się stało? Bo ja muszę odpowiedzieć Warszawie, bo ks.Prymas się tym interesuje. To oczywiście nie było prawdą. To wszystko było w biegu. W biegu podjęte decyzje, aby jechać i szukać Internowanych. Nawet po drodze, gdzieś w rowie, ks.Kazimierz Wójciak przebierał się w sutannę.
Po odłożeniu słuchawki, ks.Kanclerz powiedział nam:– Ten „ubek“, był mocno zdziwiony, skąd my tak szybko o tym wiemy, że jest to coś nieprawdopodobnego. „Ubek“ powiedział jeszcze:- Spokojnie, ja zaraz wydam decyzję, umówimy się, państwo poczekają, dam państwu eskortę i tam pojedziemy. I tak się stało. Przysłał samochód. Jeszcze po drodze – z córką się uparłyśmy – było to trochę śmieszne, ale i romantyczne, że musimy koniecznie kupić po drodze jakieś kwiaty. Kupiliśmy bukiet biało-czerwonych kwiatów. I jak weszliśmy na ten Oddział Psychiatryczny w Szpitalu w Zgierzu zobaczyliśmy, że wszystko jest zasłonięte. Jacyś panowie w białych fartuchach. Widać było, że mają broń, bo sterczała pod tymi fartuchami, no i nas musieli wpuścić. Przecież powiedziałam – co było nie prawdą – że jestem wysłannikiem ks.Prymasa. I padł popłoch na tych, co ich pilnowali, także na personel Szpitala. Ja nie miałam czasu porozumieć się, ani z ks. Prymasem, ani z ks.Bp. Władysławem Miziołkiem. Bo tak technicznie ks.Bp Miziołek, był szefem tego Komitetu Prymasowskiego na Piwnej. A w tym Szpitalu, Internowani byli zabarykadowani w sali chorych, łóżkami zastawili drzwi, nie chcieli nas wpuścić. Oni strasznie się bali, myśleli, że coś im zrobią, że przymusowo podadzą jakieś leki. W każdym bądź razie, powitanie było bardzo rzewne. Ja się popłakałam. Oni też byli wzruszeni, obejmowali nas, wsuwając liściki do rodzin. Rozstaliśmy się z obietnicą, że zostaną przewiezieni z tego Szpitala do Łodzi. Ja nie rozmawiałam z Ordynatorem, być może ks. Andrzej Dąbrowski. Według mnie, była to pierwsza próba, tzw. „psychuszki“, zastosowania metody sowieckiej, gdzie wsadzano do psychiatrycznych oddziałów. Oni mieli tę świadomość, że jest taka metoda, że mogą zacząć im na siłę podawać jakieś psychotropy, albo jeszcze coś. Ale nie udało się. Przecież oni nie wiedzieli, co oni chcą z nimi zrobić.
INNE:
Dr Andrzej Mazur [TW „Wacław “], został „internowany służbowo“ do ZK Łowicz [zdobył m.in. status doradcy Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego Łódzkiej „Solidarności“], i przebywał w tym Zakładzie Karnym od 11 maja do 26 czerwca 1982r. Dostał wówczas zadanie, by do listy osób podejrzanych o współpracę z SB – przekazanej mu przez więźniów – dopisał trzy nowe nazwiska. Na podstawie notatki, napisanej przez ppłk.Ledzińskiego [Wojciecha – Naczelnika Wydziału V KW MO w Łodzi, odpowiedzialnego za rozpracowywanie „Solidarności“], czytamy:– „Wręczyłem < Wacławowi > sumę 10.000 zł, jako rekompensatę za pobyt bez mała dwumiesięczny – dobrowolny w ośrodku Internowania w Łowiczu. Był tym mile wzruszony“. Po wyjściu na wolność Andrzej Mazur starał się nadal inwigilować i skłócać ze sobą działaczy podziemia […]. Donosił też na księdza [o.Miecznikowskiego SJ] pomagającego więźniom […]. Wśród agentów SB, był osobą wyjątkową z powodu roli, jaką odegrał w inwigilowaniu, dzieleniu i neutralizacji środowisk nie tylko łódzkiej opozycji. Należał do tych współpracowników, którzy nie tylko donosili, ale sami wyznaczali sobie zadania a on konsekwentnie je realizował […]. Mazur zmarł w 1994r. Jego podwójne życie zostało ujawnione dopiero siedem lat później, gdy działacze dawnej opozycji antykomunistycznej mogli zajrzeć do swoich teczek.(120)
Ośrodek dla Uwięzionych, Internowanych i ich Rodzin, przy Kościele o.o.Jezuitów w Łodzi, uznając rodzinę Andrzeja Mazura za poszkodowaną [gdy był w Z.K.Łowicz], przekazywał paczki z żywnością i odzieżą jego żonie i nieletniej córce [od 27 maja 1982r., do 16 maja 1983r.], a także zorganizował dla nich wyjazd na wakacje w dniu 2 sierpnia 1982r.
GŁODÓWKA w Z.K. BIAŁOŁĘKA.
/Zakład Karny, ok.150 km od Łodzi. To największy tego typu obiekt w Europie. Przeznaczony dla około 1.500 osadzonych. Jego projekt został wykonany w 1951 r. Zgodnie z decyzją ówczesnych władz, Nowe Centralne Więzienie (dzisiejszy Areszt Śledczy), zostało wybudowane przez więźniów. Po wprowadzeniu stanu wojennego areszt śledczy wraz z zakładem karnym został największym ośrodkiem dla Internowanych przywódców i działaczy „Solidarności“/.
[…]. “Więźniów rozlokowano w celach z piętrowymi łóżkami. W niektórych celach jest mroźno, w oknach brakuje małych szybek. Na piętrze cuchnie. Kanalizacja jest popsuta, zatkana lub zamarznięta. Więźniowie, którym szybko odczytano obowiązujący regulamin, padają na swe sienniki“.[…].(121)
GŁODÓWKA w Z.K. ŁOWICZ.
ZK Łowicz prowadził głodówkę solidarnościową z Białołęką. I kiedy Ojciec tam przyjechał, nie miał dostępu do Internowanych, ale rozmawiał z Naczelnikiem więzienia i powiedział, aby go jednak wpuścił, to postara się, aby przerwali tę głodówkę. Internowani powiedzieli, że przerwą tę solidarnościową głodówkę, ale muszą wiedzieć, czy Białołęka ją przerwała. Ojciec wrócił do Łodzi i powiedział mi o tym. Przyszła do Ośrodka pani Śliwińska i poprosiłam ją, aby pojechała do Warszawy, do Prymasowskiego Komitetu Pomocy Internowanym i aby się dowiedziała, kiedy Białołęka przestanie głodować. I pani Śliwińska tam pojechała. Ok.16:00 telefon do mnie w Ośrodku, podnoszę słuchawkę i słyszę:- „Można siadać do stołu“. To już wiedziałam, co to znaczy. Powiadomiłam zaraz Ojca o tym telefonie. Zdzisław Krakowiak, jako kierowca był na miejscu, cały czas w pogotowiu i zaraz pojechali do ZK Łowicz. Pół godziny zajęła im jazda do Łowicza. Ojciec poinformował Naczelnika więzienia, żeby chyba ma sposób, aby Internowani przerwali głodówkę. To wtedy Naczelnik odpowiedział:– „To ja Ojca ozłocę, jak się to uda“. No i Ojciec spotkał się z głodującymi Internowanymi i powiedział im:- „Głodówka w Białołęce jest zakończona“. Internowani na te słowa zareagowali, przerywając natychmiast głodówkę. I potem Naczelnik kilka razy pytał się Ojca, co takiego im powiedział, że przerwali tę głodówkę.
W maju pojechaliśmy z paczkami do ZK Łowicz. Była sobota. Ojciec poszedł do Naczelnika więzienia i powiedział:- „Dzisiaj mam dużo paczek z ciastem. A ponieważ wiem, że będzie dużo spowiedzi, jest tutaj ze mną moja współpracownica, i ona pomogłaby mi rozdać te paczki“. Naczelnik zgodził się, poprosił o dowód osobisty. Wjechałam z Ojcem i ze Zdzisławem Krakowiakiem, pod drzwi do wejścia bloku, w którym byli Internowani. Zostało nam przeznaczone jedno z pomieszczeń, gdzie można było paczki rozdawać. Internowani, przychodzili do tego pokoju. Była przezabawna sytuacja, gdyż niemal wszyscy mnie znali – przecież pracowałam w Biurze Prasowym „Solidarności“. Widząc mnie, wydawali różne okrzyki zdumienia. Wydawanie paczek odbywało się bez nadzoru Strażnika, paczki nie były sprawdzane. Byłam też w poszczególnych celach. Zagęszczenie było spore, w każdej celi, ale były otwarte. Były dwa korytarze, przedzielone łącznikiem. Internowani podawali mi grypsy. Służba więzienna szybko się zorientowała, że jestem osobą znaną, że wszyscy do mnie przychodzą i chcą rozmawiać. Zobaczyli, że pomiędzy mną, a wieloma Internowanymi jest pewna zażyłość. Jeden z oficerów zaprosił mnie na herbatę, do pomieszczenia obok gabinetu Komendanta. Andrzej Terlecki mi towarzyszył. Trzeba było o czymś rozmawiać. Spyta-łam:- „Co daje Państwu internowanie tych osób?“. W odpowiedzi usłyszałam:- „No, daje dużo. Oni tutaj mają lepsze wyżywienie niż więźniowie kryminalni. Bardziej kaloryczne. Jest korzyść z tego, bo mamy tu kort tenisowy“. A kiedy Ojciec Miecznikowski, kolejnym razem przyjechał do więzienia, Naczelnik zwrócił się do niego:– „Proszę księdza, ta współpracownica, to nie byle jaka, my już wiemy, kim ona jest“.
W listopadzie, pojechał z Ojcem Miecznikowskim do ZK Łowicz, Biskup Rozwadowski. Był wtedy udzielany przez Biskupa ślub Bogdanowi Markowi Gasińskiemu. Potem było kilka ślubów. Ja też wtedy byłam, kiedy dwaj Internowani brali ślub. Na listę gości mnie wpisali. Ojciec dawał im ślub, w budynku biurowym więzienia, w pomieszczeniu świetlicy. Była ona zaanektowana na kaplicę. Tam Ojciec odprawiał Mszę św. Były też rodziny…Jadwiga Woźnicka opowiadała mi, że jak jechała do Łowicza z małą córką Martą, i chyba też z synem Jackiem, to połowę pasażerów w pociągu stanowiły rodziny, które jechały do więzienia. A mała Marta na cały głos powiedziała do jakiejś pasażerki:- „Proszę pani, a ja jadę do tatusia do więzienia!“. Taka była szczęśliwa, bo wiedziała że jej ojciec siedział za słuszną sprawę.(122)
Z.K. w HRUBIESZOWIE.
/Zakład Karny, ok.430 km od Łodzi. Istnieje od 31 lipca 1968r. Jest typu zamkniętego dla recydywistów penitencjarnych z oddziałem aresztu śledczego oraz z oddziałami typu półotwartego dla odbywających karę po raz pierwszy i młodocianych. Po 13 grudnia 1981r w więzieniu tym, przebywało 150 internowanych. Obecnie może tam przebywać 628 osadzonych/.
…13 lipca 1982r. do Hrubieszowa przyjechało kilka nowych transportów z Łodzi, Warszawy, Kielc, Rzeszowa, Lublina i Krakowa […]. Część z nas łudziła się nadzieją amnestii na 22 lipca. Gdy minął lipiec nastroje uległy radykalizacji. Wtedy właśnie dużo osiągnęliśmy, nawet specjalnie się nie wysilając. Ochrona bała się wtedy jakiejś poważniejszej akcji z naszej strony. Nastroje wśród kryminalnych również były na krawędzi buntu. W celu załagodzenia napięć wymyślono nowy regulamin. W ramach zmian pozwolono nam na posiadanie noży [dotychczas chleb krojono wyostrzonym trzonkiem łyżki stołowej], widelce, maszynki do golenia. […]. 14 listopada 1982r.[…], tuż przed opuszczeniem murów Hrubieszowa przywieziono tutaj autora naszego hymnu więziennego „Idzie Solidarność” – Jurka Kropiwnickiego i kilku innych. Przywieźli oni sporo nowych wiadomości z Mokotowa i Białołęki.[…].(123)
***
Mnie się udało wejść do więzienia w Hrubieszowie. Ojciec Miecznikowski nie wszedł, a mnie się udało.
Naczelnik powiedział, żebym była zapisana jako kuzynka jakiegoś Internowanego. Porozmawiałam z Marysią Luberą, i jak ona pojechała na widzenie do Kazika, to go poprosiła, aby mnie wpisał jako swoją kuzynkę. To ja pojechałam. Kazik Lubera i Jerzy Kropiwnicki mieli wspólne widzenie. Ja z Marysią, siedziałyśmy przy jednym stole z żoną Kropiwnickiego i ich synem. Ojciec miał zakaz wejścia przez władze więzienne i tylko z ulicy mógł machać do Internowanych i wielu go widziało. Pojechaliśmy tam samochodem z Grzegorzem Siewierą, jako kierowcą. A potem drugi raz pojechaliśmy z Grzegorzem, ale wtedy ani Ojca, ani mnie nie wpuszczono. Zostawiliśmy tylko paczki dla Internowanych. Nigdy nie dostał się do tego więzienia. Bardzo nad tym ubolewał.(124)
Z.K. w KWIDZYNIU.
Marek CHWALEWSKI (4).
/Zakład Karny, ok.290 km od Łodzi, typu półotwartego. Przeznaczony jest dla mężczyzn recydywistów penitencjarnych w systemie zwykłym oraz w systemie programowego oddziaływania. Ogólna pojemność Zakładu wynosi 668 miejsc zakwaterowania. W czasie stanu wojennego osadzono działaczy opozycjonistów pochodzących głównie z północno-wschodniej Polski, w sumie ok. 150 osób. 14 sierpnia 1982 r. w Kwidzynie milicja i straż więzienna przeprowadziły brutalną pacyfikację obozu internowania dla działaczy Solidarności. W jej wyniku pobito ponad 80 Internowanych, blisko połowa z nich doznała ciężkich obrażeń. Bezpośrednim powodem protestu podjętego przez Internowanych 14 sierpnia 1982 r. było niewpuszczenie do ośrodka ich rodzin w dniu odwiedzin. W reakcji na protest, władze więzienne i milicja podjęły brutalną akcję pacyfikacyjną/.
…Tutaj mam książkę IPN:- „Sprawa kwidzyńska. Internowanie, pobicie, proces 1982“. Jest tam dokładny spis internowanych, i opis tego, co się tutaj stało. Jak pan widzi, jestem na tych zdjęciach, zrobionych przez funkcjonariuszy „SB“. Jestem w pierwszym szeregu. To ja, z podniesioną ręką, groziłem im pięścią. Przecięliśmy siatkę, przedostaliśmy się na zewnątrz, tam gdzie była administracja więzienna. Od wolności dzieliła nas tylko brama więzienna. Między bramą a ziemią, jest kilkucentymetrowy odstęp. Dziecko, nie wiem, ile miało lat… malutka rączka, włożona w tę szparę…I to dziecko krzyczy:– Tatuś, tatuś, tatuś! A ten oprych, bandyta, funkcjonariusz pałą w tę rączkę. Ja miałem być jednym z tych, którzy nie dają się ponieść emocji, ale w tym wypadku:- O, wy bandyci!… W zasadzie, to do walk pomiędzy nami nie dochodziło. No, bo żeśmy nie mieli żadnych szans. Z wierzy-czek z jednej i z drugiej strony, jeden i drugi Strażnik, mógł zgodnie z przepisami, otworzyć do nas ogień z pistoletów maszynowych. Wezwano Straż Pożarną. Strażacy włączyli motopompę strażacką. No i oczy-wiście, ja tam byłem pierwszy. I pierwszy z tej sikawy oberwałem. Ubrany byłem wtedy w kurtkę skórzaną, prawie nową, sportową dla motocyklistów, przez którą wiatr nie miał prawa się przedostać. Miałem ją zapiętą. Jak dostałem z tej sikawy prosto w piersi, w ciągu jednej sekundy, byłem dokładnie mokry, włącznie ze sznurówkami przy cichobiegach. Takie było ciśnienie, że ta woda przedarła się przez kurtkę, która chroniła przed wiatrem na motocyklu. Nie było przypadku, aby ktoś z Internowanych się nie przewrócił pod wpływem tego uderzenia wody. Jak żeśmy się ganiali po terenie z tą Strażą Pożarną, to w pewnym momencie z budynku administracyjnego zaczęli wychodzić funkcjonariusze, uzbrojeni w hełmy z przyłbicami opuszczanymi, pały szturmowe długie i mieli jeszcze coś pod kurtkami. I doszło do walk, ale my nie mieliśmy szans. Dorwali mnie i pałami po tej kurtce młócili. A ta skórzana kurtka, bułgarska zresztą, nasiąknęła wodą. I jak mi ktoś później opowiadał, aż stanął, aby popatrzeć i śmiał się, że te pałki odbijały się od mojej kurtki, jak od rycerza średniowiecznego.
Uciekamy do bloku, do baraku, gdzie mieszkaliśmy. Pod wpływem tej emocji, tego wszystkiego, niektórzy z więźniów się pogubili. Nie mogli swojej celi odnaleźć. Postawiliśmy barykadę w dużych drzwiach. Ze stołów, z krzeseł, wszystko co było pod ręką. Z biurek strażników, aby dać chwilę czasu, na opanowanie sytuacji przez nas, nie przez tych bandytów. No i to zdało egzamin. O tej barykadzie niewiele jest napisane w tej książce, dlatego, że to pachnie rewolucją.
Broniliśmy się tak długo, ile było można. Ale niedługo. Leje się woda z tych sikawek, leją na korytarze a my rzucamy w nich, czym tylko było można. No i w końcu żeśmy się zdecydowali, aby każdy sobie przypomniał, w której jest celi i uciekamy. No i rozbiegliśmy się do swoich cel. Zamknęliśmy je za sobą. Oczywiście przedarli się. Chodzili od celi do celi i słychać było ryki tych bandziorów, uderzenia pałek, krzyki, hałas przerzucanych i tłuczonych jakiś przedmiotów. Wszystko co tam było potłukli.
W celi była mąka z paczek od Czerwonego Krzyża, cukier, sól. To wszystko razem wymieszali, że już nawet dla świń nie nadawało się do jedzenia. Wchodzą do naszej celi. Ja w celi siedziałem z Januszem Fatygą – w tej chwili innych nazwisk nie pamiętam, ale wzrokowo każdego z nich pamiętam.
Za zgodą Naczelnika, zakładaliśmy sobie nocne lampki. Ja też lubiłem położyć się na łóżku, wygodnie rozciągnąć się i poczytać jakąś książkę. Inni radzili sobie na własną rękę. Chyba, że ktoś sobie nie mógł z tym poradzić i mnie prosił, to ja szedłem i pomagałem. I tylko tyle. Jeden z tych bandziorów zwrócił się do mnie:
– Chwalewski, jesteś elektrykiem, to twoja robota, żeś te lampki pozakładał. Masz to natychmiast pozdejmować, tę prowizorkę!- Owszem, zakładałem, tego się nie zapieram, ale jednocześnie oświadczam, że ja tego zrywał nie będę…
Zawołał kolegów do pomocy. Trzymali mnie za ręce i nogi, i pałą bili po plecach na łóżku. W pewnym momencie jeden z tych Strażników krzyknął: – Puść go! Puść go, natychmiast!
Czy on mi w oczy patrzył, czy coś, bo ja czułem, że rosnę jak na drożdżach, że nie pozwolę się bić i koniec. Jeżeli mnie zabiją to zabiją, ale nie pozwolę się dalej bić. I ten Strażnik chyba wyczuł, że może być przeze mnie drugi bunt. Zostawili mnie i poszli sobie. Za jakąś godzinę, cele się otwierają, słychać krzyki:- Ratunku!
Wszyscy zaniepokojeni w celi. – Co tam może się dziać?
A ja im mówię:- Ścieżka zdrowia, co innego może się tam dziać.
Tak zgadywałem z własnej zresztą praktyki.
– Na korytarz! – padło polecenie. – Zdejmij tę kurtkę. W koszulkach i podkoszulkach tylko!
No, to zdjąłem… Mam tu książkę, napisaną przez pana Włodzimierza Gromca „Pamięć“. I chciałbym prze-czytać tylko jedno zdanie, dot. tej sprawy. Gromiec opisuje krótko tę ścieżkę zdrowia. Opisuje ją tak:
-… „Jest kilka metod, gdzie przez ścieżkę zdrowia można przejść z jak najmniejszymi obrażeniami“. I dalej pisze:– „…Chyba, że tak jak Marek Chwalewski, który sobie przez ścieżkę zdrowia maszerował spacerowym krokiem“. A ja, tak wtedy sobie myślałem: – O, tyle mi zrobicie.
Przyjechał Międzynarodowy Czerwony Krzyż i to nas uratowało, bo przecież tam w Kwidzyniu była śmiertelna ofiara. Chłopaka ze szkoły licealnej zatłukli. Lekarze z tego Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, którzy nas badali, mierzyli głównie długość śladów od pał na moich plecach i nie tylko moich. Śmieszyło mnie to, bo za miarkę służył im krawiecki centymetr, a szerokość… suwmiarką ślusarską, bo można tym dokładniej zmierzyć.
Jest niedziela i nagle słyszę:– Chwalewski, widzenie!
Poszedłem na to widzenie. Przyjechał mój ojciec. Miałem napisany gryps. O taką zapobiegliwość prosił mnie ojciec Miecznikowski, jeszcze w Łowiczu:- Mareczku, zależy mi na informacjach, żeby do prawdy dojść, musi być kilka źródeł. Ja ciebie bardzo proszę.
I ja to robiłem. I udało mi się zawsze takie grypsy w ustach przenosić. Rozbierali mnie do naga – proszę bardzo – ale do ust nie zaglądali. Cienki papierek wkładałem pod język. No i widzenie. Mój ojciec mówi:
– Co tu się działo? Przecież tu wojna, porozbijane meble, talerze, kałuże wody, jakieś skorupy, co się tu działo?
Chciałem powiedzieć, ale byłem pod obserwacją oficera. W pewnym momencie udało mi się podać ten gryps, i oczywiście mój ojciec przekazał go później ojcu Miecznikowskiemu.
– Koniec widzenia!
Było cieplutko, letnia niedziela. Ja w podkoszulku, ładnie ubrany. Wstaję, odwracam się i zdejmuję koszulkę. A Strażnicy patrzą, co ja robię. Zdjąłem koszulkę i mówię do rodzin odwiedzających Internowanych:– Proszę państwa… Tak traktuje klasa robotnicza, robotników. Nie mogli mi przeszkodzić i tego wystąpienia przerwać.(125) [ Oskarżony z art.274§ 2 i 270§ 1 KK ].
Marek CZEKALSKI.(126)
[…]. Moim zdaniem tzw. zajścia w Kwidzynie, zostały sprowokowane przez administrację Ośrodka, celem zaprowadzenia więziennego porządku. Najpierw wstrzymano widzenia. Tłum internowanych zaczął niszczyć siatkę, okalającą wewnętrzny dziedziniec. A niewątpliwie prowokator, próbował rozniecić ogień na dachu jednego z pawilonów – podpalił materac. Ten człowiek, szybko zniknął z Ośrodka i nie było go podczas śledztwa. Regulamin więzienny uznaje fakt podpalenia za dowód buntu więźniów. Dlatego Naczelnik, mógł w tym momencie wezwać nie tylko straż pożarną, lecz także specjalny oddział szturmowy (Atandę). Jako uczestnik i świadek tych wydarzeń stwierdzam: – protest opanowano i stłumiono wszystkimi środkami przymusu – woda pod dużym ciśnieniem, pały szturmowe, uderzenia tarczą itd. I protest skończył się, kiedy pozamykano nas w celach. Lecz wtedy właśnie zastosowano odwet – nie tylko, by nas pobić, ale także poniżyć. Było tak… Internowanych, wskazanych przez służbę więzienną uzbrojona Antanda biła do nieprzytomności. Część więźniów, wypychana z cel, była bita na korytarzu. Jeśli któryś przewrócił się na śliskiej podłodze, wrzeszczano: – Całuj buty funkcjonariusza !!!
Do naszej celi także wpadli. Jeden z nich napluł na obrazek z napisem “Solidarność” i przylepił go Mietkowi Mazurkowi na czole. W ogóle ich agresję budziły wszelkie symbole. Na ścianie był napis “Solidarność”, namalowany przez poprzednich kolegów. Kiedy N.N., próbował nie odpowiedzieć na krzyk:- Zmyj to!..– dostał pałą szturmową w krocze. Zwinął się na podłodze. Nachyliłem się, aby mu pomóc wstać i wtedy sam zostałem spałowany. Śledztwo w tej sprawie było farsą, a sądzono ofiary, nie zaś najbardziej brutalnych funkcjonariuszy. (127)
Mieczysław MAZUREK.
[…]. Najgorsze zaczęło się, kiedy Internowanych zapędzono do cel, bijąc ich i szczując psami. Najpierw usłyszeliśmy klucz w zamku celi naprzeciwko. Słychać było, jak wyciągają ich na korytarz, uderzenia pałek, szczekanie psów, straszny krzyk i płacz bitych. Potem kolejne cele i tak przeszli do drugiego pawilonu. Stamtąd odgłosy były słabsze, a bliżej – nieustanny jęk pobitych. Etap końcowy – cela po celi, tego pałką w genitalia, tamtego zwyczajnie, przez plecy i kipisz, i towarzyszące szykany. W celach, wymalowanych symbolami “Solidarności”, Internowanych zmuszono do zdrapywania malowideł paznokciami. Przez cała noc, słychać było jęki i wołanie o pilną pomoc medyczną. Ale cele były zamknięte i następnego dnia także. I przez długi jeszcze czas. Do Szpitala odwieziono bodaj tylko jednego. Kilka dni później, byłem tłumaczem ekipy Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Widziałem rozległe ślady pobicia pałkami, powyrywane z głów i bród włosy, zdarte paznokcie. Okaleczonych było ponad sześćdziesięciu.[…].(128)
Z.K. w JAWORZU.
/Zamek piastowski (ponad 700 lat). Od 1945r, podlegał Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego – nazywany „Ubojnią“. Miejsce strasznego terroru i bestialskiego mordy, do którego mógł trafić każdy, kto nie zgadzał się z nowym ustrojem. Trafiali tam także tzw. Żołnierze Wyklęci./.
W Jaworzu siedział Stefan Niesiołowski i Jacek Bierezin. Ojciec Miecznikowski pojechał tam z paczką, dojazd tam był bardzo trudny z przesiadkami. Widzenie tylko ze Stefanem Niesiołowskim, trwało ok.1,5 minuty. Ale dla Stefana, było to spotkanie bardzo ważne. A potem Ojciec poszedł na rozmowę do kapelana tego więzienia. Jak rodziny tam jechały, to pakowało się do samochodu więcej paczek, aby część z nich trafiła do kapelana więzienia, aby mógł te paczki dostarczyć w innym czasie, kiedy nie było możliwe, aby rodziny dojechały, albo gdy Ojciec nie mógł.
/ RELACJA PORZĄDKUJĄCA /.
Dr JERZY KROPIWNICKI(129)
13 grudnia 1981r, wracaliśmy z Gdańska do Łodzi. Za kierownicą siedział Andrzej Słowik. Zmiana kierowcy nastąpiła koło Zgierza. Mieliśmy tam tzw.“oponę“, więc trzeba było wymienić koło. W tzw. międzyczasie słyszeliśmy słynne przemówienie Jaruzelskiego, a potem także informacje, o zatrzymaniu szeregu członków ekstremy „Solidarności“ i szła lista nazwisk i na tej liście nazwisk również i my byliśmy. Co stwarzało sytuację… przenosiło ją w kategorie absurdalne, ponieważ siedzieliśmy w samo- chodzie, czy też staliśmy na poboczu, wymieniając koło, a z radia szła informacja, że jesteśmy interno-wani. Przejeżdżał tramwaj od strony Łodzi, wobec tego Andrzej pobiegł i zatrzymał tramwaj, najwyraźniej motorniczy go rozpoznał. Odbyli krótką rozmowę, po czym Andrzej wrócił i powiedział, że w Łodzi spokojnie, nie ma żadnych śladów działań milicyjnych, czy wojskowych. Nic się nie dzieje, po prostu sytuacja jak wczesnym rankiem w niedzielę i już. Za nami zatrzymał się „maluch“, w którym jechali działacze z innego Regionu i oni akurat dostali w Komisji Krajowej długo oczekiwany powielacz. To był mały jakiś Region. Nie pamiętam w tej chwili, dokładnie skąd, gdzieś z południa Polski. Też słyszeli te komunikaty radiowe, no i słysząc, że w Łodzi jest w miarę spokojnie, zapytali czy nie mogli-by zostawić tego sprzętu na kilka dni w naszym mieście, bo nie wiedzą, jak ta sytuacja wygląda tam u nich, na miejscu. Powiedzieliśmy, aby jechali za nami. Więc ruszyliśmy do Łodzi. Mieliśmy pokusę zajrzenia do własnych domów, bo jadąc od tamtej strony, najpierw przejeżdżaliśmy w dość bliskiej odległości od mieszkania Słowika, a potem pod oknami mojego mieszkania, ale doszliśmy do wniosku, że jak wejdziemy do domu, to będzie duża strata czasu. Trzeba się najpierw zorientować co się dzieje w Regionie, bo przecież w budynku Zarządu Regionu, pozostawiliśmy dyżurujących pracowników. Wjechaliśmy do centrum miasta ulicą Piotrkowską. I tak jak dziś, nie można było jechać na wprost, więc jechaliśmy równolegle ulicą Zachodnią, Alejami Kościuszki, no i wreszcie trzeba było wjechać w Piotrkowską. Wjechaliśmy w Piotrkowską, skręciliśmy w prawo w kierunku katedry i budynku Zarządu Regionalnego, no i tutaj szok. Na przestrzeni od bramy dawnych Zakładów „Olimpii“, aż do końca pałacyku, który dzisiaj zajmuje Instytut Europejski, a wtedy mieścił się tam Zarząd ZMS, czy ZSMP stały samochody różnej wielkości. Tzn, stały tam wielkie ciężarówy, z osłonami brezentowymi. Były też takie samochody typu „suka“. Były chyba dwa otwarte samochody, wzorowane na „Willysie“. Nie wiem jakiej marki, bo specjalnie się na tym nigdy nie znałem. I przy tych samochodach, od strony ulicy, stali kierowcy i palili papierosy. Na ogół umundurowani. Od czasu do czasu, ktoś z bramy Regionu wychodził, coś wynosił i wrzucał do tych samochodów ciężarowych. Było ewidentne, że dzieje się coś bardzo niedobrego, bo tych samochodów, trudno było ich wtedy liczyć, ale było ich kilkadziesiąt. Zajmowały sznurem bardzo długą przestrzeń, od strony budynku „Solidarności“. Dobrze, że Andrzej Słowik siedział za kierownicą, bo on jest bardzo dobrym i doświadczonym kierowcą, a nawierzchnia tego dnia była nieprzyjazna kierowcom, bo w nocy spadł tzw. „świeży“ śnieg. Czuło się, że samochód tak trochę zachowuje się jak łódź motorowa, pływa. Dobrze, że nie nacisnął na gaz, bo byłoby nieszczęście. Do dzisiaj ta sytuacja, wydaje mi się takim koszmarnym filmem, bo to wyglądało tak, jak czasami na filmie pokazują jakieś straszne zdarzenie i spowalniają tak, że trwa niesamowicie długo. My, w niewielkim tempie, w samochodzie oznaczonym symbolami „Solidarności“, bo to był ten sam „Fiat-125p“, którym jechaliśmy na Zjazd „Solidarności“ kilka miesięcy wcześniej. Miał na sobie naniesione różnego rodzaju oznaki pisane „Solidarycą“.
I jechaliśmy wzdłuż tego szeregu zadziwionych milicjantów z papierosami w ręku, albo w ustach, patrzących na nas z wytrzeszczonymi oczami. My też na nich patrzyliśmy. I to trwało, trwało, trwało i trwało, aż dojechaliśmy do ulicy, która się dzisiaj nazywa ks.Skorupki. Tam Andrzej skręcił w prawo. Jezdnia tam była dobrze posypana piaskiem i solą, wobec czego przyczepność była dobra, więc Andrzej nacisnął na gaz. Było pytanie, co tak na prawdę się dzieje? Czy to rodzaj takiej prowokacji w stylu „Bydgoskim“, ściśle skoncentrowanym na jednym obiekcie, czy coś o wiele szerszego.
Postanowiliśmy zapytać się członków „Solidarności“ w najbliższym Szpitalu [im.„M.Pirogowa“]. Tam była bardzo silna Komisja Zakładowa. Tam też pracował jeden z członków Zarządu Regionalnego dr. Marek Edelman. Zajechaliśmy pod szpital. Andrzej wyskoczył zza kierownicy, pobiegł do szpitala, aby się zorientować, co się dzieje. Wrócił za chwilę i powiedział, że tak na prawdę, to oni nic nie wiedzą, za wyjątkiem tego, że postawiono ich w stan gotowości medycznej, zawsze wtedy, kiedy spodziewano się w mieście większych zamieszek, czy strajków. Taki stan, podwyższonej gotowości. A drugie ważne stwierdzenie było, że tych lekarzy których znaliśmy jako działaczy „Solidarności“, a także tych członków personelu pomocniczego, w pracy nie było.
Zrozumieliśmy, że sytuacja jest poważna i wobec powyższego w okolice Regionu nie należy wracać i ustaliliśmy, że do poniedziałku trzeba będzie jakoś tam przetrwać. Umówiliśmy miejsce spotkania na poniedziałek. Doszliśmy do wniosku, że w takiej sytuacji na władzy może zrobić wrażenie tylko to, jeżeli Związek w całym kraju zareaguje dokładnie w ten sam sposób, czyli w taki sposób, jaki ustaliła Komisja Krajowa w przypadku wprowadzenia Stanu wyjątkowego. O Stanie Wojennym się nie mówiło, bo to się wydawało absurdalne. Stan Wojenny łączył się nam w wyobraźni – mówię o Związku w całości – z działaniami wojennymi, a nie z próbą stłumienia napięć wewnętrznych. Oceniliśmy, że jest to właśnie sytuacja analogiczna do tej o której mówiły Uchwały Komisji Krajowej, i że wobec powyższego trzeba ogłosić Strajk Generalny, że trzeba, tak jak to się w „Solidarności“ zwykle działo, przejść do Strajku Okupacyjnego, znajdując w jakimś z większych zakładów twierdzę dla takiego strajku. To ustaliliśmy w samochodzie. I następnie ustaliliśmy, że nie będziemy mówili, gdzie każdy z nas będzie przechowywał się do następnego dnia. Kierowca od razu gdzieś poszedł, bo nie było powodu, aby go w te wszystkie rzeczy wtajemniczać. Jechaliśmy z Gdańska z kierowcą, ale właśnie już od Łęczycy, jako kierowca, jechał Andrzej. Kierowcą był łodzianin i był etatowym pracownikiem Zarządu Regionalnego. Wszystkie rozmowy prowadziliśmy bez jego obecności. Nie dlatego, żebyśmy nie mieli do niego zaufania, ale uważaliśmy, że im mniej ludzi wie, tym lepiej. W każdym razie rozmawialiśmy we trzech, bo w samochodzie, było nas trzech członków Komisji Krajowej. Oprócz nas był Włodzimierz Bogucki.
Czwartym członkiem Komisji Krajowej był Grzegorz Palka, ale on został w Gdańsku. W Gdańsku też została pani dr Maria Dmochowska, która członkiem Komisji Krajowej nie była, ale która pojechała tam na spotkanie „Solidarności Służby Zdrowia“. Z nami nie wracała. Włodzimierz Bogucki doszedł do wniosku, że on zostaje po tej stronie ulicy Piotrkowskiej, bo tutaj ma możliwości przechowania się. Natomiast, zarówno Andrzej jak i ja, mieliśmy podobne możliwości. po drugiej stronie Piotrkowskiej. Postanowiliśmy przejechać na drugą stronę Piotrkowskiej tyle, że jak zawinęliśmy od strony szpitala „Pirogowa“ w kierunku Piotrkowskiej i zbliżaliśmy się już do ulicy, jak nam się wydawało w bezpiecznej odległości od tamtej karawany samochodów, to przed nami zaczęła się przesuwać kolumna tych samochodów, które przedtem widzieliśmy pod budynkiem Zarządu. Zatrzymaliśmy się oczywiście w głębi ulicy i czekaliśmy aż przejadą. Do skrzyżowania mieliśmy co najmniej 100 metrów, może więcej. Poczekaliśmy, jak cała karawana nas minie. Wolniutko podjechaliśmy do skrzyżowania i okazało się, że z prawej strony jest zupełnie czysto. W perspektywie ulicy nie było widać, ani jednego samochodu. Żadnego. Również samochodów prywatnych nie widzieliśmy. Żadnych. Z lewej strony natomiast, widzieliśmy ostatnią ciężarówkę z takim białym kołem na klapie. I widać było, że znikają gdzieś w perspektywie Piotrkowskiej, chyba skręcały w ulicę Mickiewicza w lewo, żeby dojechać do Zachodniej. Wobec tego postanowiliśmy przejechać jeszcze raz pod budynkiem Zarządu Regionu wiedząc, że skoro tam nie ma blokad na jezdni, ani nie ma żadnych samochodów, to praktycznie biorąc, jest nieprawdopodobne żeby ktoś z nas, mógł być tam wbrew naszej woli zatrzymany. Przejechaliśmy jeszcze raz pod budynkiem Regionu „Solidarności“. Robił wrażenie pustego. Postanowiliśmy zobaczyć, co tam się tak na prawdę dzieje. Jednocześnie wyszedł z bramy któryś z naszych pracowników.
Dowiedzieliśmy się, że milicja była gdzieś od piątej rano i że bardzo metodycznie otwierali kolejne pokoje, zabierali wszystkie dokumenty jakie się tam znajdowały, każdy kawałek papieru. Przy pomocy specjalnego sprzętu, wyświdrowywali zamki w szafach i wypróżniali wszystko i w dosyć uporządkowany sposób znosili to na dół i ładowali na ciężarówki. Pracownikom kazali siedzieć w jednym z pokoi. I tak to trwało, aż w pewnym momencie zaczęli się bardzo spieszyć. I po prostu, bardzo szybko – już nie w takim porządku – co złapali, to wrzucili do samochodów. Powsiadali w nie, i ta kawalkada ruszyła. Krótko mówiąc, mniej więcej w tym momencie, kiedy dostali sygnał, że widziano nas pod budynkiem, musiała zapaść decyzja z ich strony o opuszczeniu budynku. Sprawdziliśmy, co zostało. Okazało się, że zostały nienaruszone maszyny drukarskie, zostały zapasy papieru, nie naruszono także dość sporych zapasów wydawnictw bezdebitowych. Zostało także trochę sprzętu nagłaśniającego, chociaż jak to się mówi, dla fachowca to było duże wyzwanie, bo te wszystkie tzw.znaczniki, się nie zgadzały. Ale, jeżeli ktoś potrafił to dobrze połączyć, to można się było tym posługiwać, chociaż głos nie był czysty i były tam łomoty i piski. Ale jakoś tam jeden z pracowników okazał się zdolnym pod tym względem i zdołał to tak zmontować, że nie było problemu.
Okazało się także, że jest duży zapas przygotowywanych przez nas, na rocznicę roku 1970, biało-czerwonych flag z czarną krepą, więc kazałem wstawić dwa głośniki w oknie, krepę na sztandary i wywiesić z każdego okna. Budynek zaczął się szybko zapełniać, bo przybiegali członkowie rodzin osób, które były w nocy internowane, oraz niektórzy członkowie Komisji Zakładowych z zapytaniem:- Co robić?.. I tu, już wiedziałem, że jest to koniec, jeśli chodzi o moje plany ucieczki. Po pierwsze: takie bardzo złe wrażenie miałem w momencie, kiedy zdecydowaliśmy się wejść do gmachu. Po dzień dzisiejszy uważam, że to były moje najdłuższe schody w życiu. W głowie coraz wyraźniej tworzył się obraz tego, co może być, nawet trochę przesadny. W każdym razie, określenie Stan Wojenny zaczęło organizować moją podświadomość. I tak, idąc po tych schodach myślę sobie: – Kropiwnicki jeśli rzeczywiście byłeś w czepku urodzony – co podobno jest faktem historycznym – no to, będziesz miał szczęście, jeżeli zostaniesz stąd wyprowadzony w kajdankach na rękach, a jeżeli nie…
Ale trudno, człowiek który został wybrany i któremu powierzono odpowiedzialność, tej odpowiedzialności musi sprostać. Jeszcze miałem nadzieję, że po tym oglądzie pomieszczeń stwierdzimy, że nie ma właściwie czego szukać i zrealizujemy nasze poprzednie plany. A tu z jednej strony jest sprzęt nagłaśniający, są maszyny drukarskie i mnóstwo papieru, a z drugiej strony przychodzą ludzie, którzy powinni wiedzieć, co mają robić, bo przecież Uchwały Komisji Krajowej sam rozpowszechniałem wcześniej w milionowych nakładach, w różnego rodzaju ulotkach i biuletynach. Tymczasem, jest taka sytuacja pod tytułem: „Co my mamy robić?“. No to, zdawałem sobie sprawę, że po raz drugi w historii „Solidarności“ zdarza się taka sytuacja, po raz pierwszy w konflikcie, gdzie ludzie prawdopodobnie ze strachu, czy z lęku, wynikającego z poczucia odpowiedzialności chcieliby, żeby decyzję za nich podjął kto inny. I to nie taką, żeby ona była później podjęta, ale taką, która zostałaby podjęta w tej chwili. Wobec tego poszedłem do Andrzeja Słowika, który w tym czasie rozmawiał z rodzinami, które przychodziły do niego, czy to skarżyć się, kogo aresztowano, czy takich, którzy pytali, co mają robić, i jak to ma wyglądać. Powiedziałem wtedy:- Jest absolutna konieczność wydania ulotki, bo inaczej tego wszystkiego nie opanujemy i wobec tego siadam i piszę.
Łódź, dnia 13.12.1981r.
DO WSZYSTKICH MIESZKAŃCÓW ZIEMI ŁÓDZKIEJ
Dziś w nocy stała się w historii naszej Ojczyzny rzecz bezprzykładna:- Rząd wypowiedział wojnę Narodowi. Uczynił to w 11 rocznicę podobnej decyzji, decyzji która rozpoczęła tragedię i zbrodnię Grudnia 1970. Decyzję podjęli przedstawiciele tej samej władzy, która pod pomnikiem Ofiar w Gdańsku ślubowała Narodowi, że już nigdy więcej…Ten sam Rząd, który nadal zwodzi naród deklaracjami gotowości zawarcia Porozumienia Narodowego.
W nocy, oddziały ZOMO, MO i SB rozpoczęły aresztowania wśród działaczy NSZZ“Solidarność“. W aresztach osadzeni zostali prawdopodobnie prawie wszyscy członkowie Prezydium Zarządu Regionalnego Ziemi Łódzkiej. Do godziny 10:00 w niedzielę, na wolności przebywali Andrzej Słowik i Jerzy Kropiwnicki, którzy w czasie akcji aresztowań znajdowali się w drodze z Gdańska do Łodzi, oraz Kazimierz Bednarski i Ireneusz Kuzan. Aresztowaniami objęto członków Zarządu Regionalnego oraz przewodniczących komisji zakładowych. Oddział ZOMO wtargnął do budynku MKZ, zagarnął wszystkie druki i dokumenty, maszyny do pisania, radioodbiorniki, telewizor i magnetofony. Ogołocone zostały nasze tablice informacyjne. Od północy nieczynne są telefony i telexy. Oczywiście, ta akcja nie zdoła sparaliżować naszego Związku. Nie zdoła zastraszyć naszego Narodu i rzucić go na kolana.
Od 7:15 istnieje Międzyzakładowy Komitet Strajkowy Ziemi Łódzkiej.
MKS Ziemi Łódzkiej zarządza:
1/ Powołać natychmiast Zakładowe Komitety Strajkowe we wszystkich zakładach pracy. W razie ich aresztowań – powoływać następne.
2/ Rozpocząć powszechny strajk zgodnie z instrukcjami Zarządu Regionalnego z marca 1981 roku, od godz.9:00 14 grudnia.
Domagamy się:
1/ Natychmiastowego uwolnienia aresztowanych.
2/ Cofnięcia decyzji o proklamowaniu stanu wojennego.
3/ Zwrotu zagrabionego mienia i dokumentów oraz wynagrodzenia strat.
4/ Zaprzestania zbrodniczej polityki konfrontacji z Narodem.
Strajk trwa do skutku. Odwołać go może jedynie Prezydium Zarządu Regionalnego w pełnym składzie, przed kamerami IV Ośrodka Łódzkiego.
Wzywamy władzę do rozsądku. Metodami gwałtu i przemocy Narodu Polskiego do uległości zmusić się nie da. Kto z naszym Narodem chce osiągnąć uczciwe Porozumienie – musi go traktować uczciwie i z szacunkiem. Potrafimy ponieść cierpienia, aby Polska była Polską. Jest nas 10 milionów.
Jeszcze Polska nie zginęła!
Andrzej Słowik Jerzy Kropiwnicki
Gdzieś grało radio, a w małym telewizorku szły kolejne kawałki programu o stanie wojennym, że jakiś WRON został powołany. A to, o wyciągniętej ręce, jakieś listy ekstremistów, a jeszcze ktoś tam coś oświadczał. No… i napisałem jedną stronę tej ulotki.
Można powiedzieć, że zostało użyte tam zdanie, które przeszło do historii:- „Dziś w nocy stała się w historii Ojczyzny rzecz bezprzykładna: Rząd wypowiedział wojnę Narodowi“.
W pokoju w tym czasie, już było chyba z pięciu, albo sześciu członków Zarządu, w tym znalazł się znowu Włodek Bogucki, który miał się schować i nie wiadomo po co tam się pojawił. Doszedłem do wniosku, że dla dobrego skutku wystarczą dwa podpisy, pozostali niech próbują przetrwać i nie powinni być w sposób wyraźny sygnatariuszami tego, tym bardziej, że nie chodziło tutaj o uchwalenie jakiejkolwiek Uchwały, tylko o przypomnienie, co zostało przez władze Związkowe wcześniej na taki przypadek postanowione. Podpisałem. Andrzej podpisał i zaniosłem to pismo-odezwę do drukarni na parterze, gdzie przebywało z pięć, sześć osób [ w tym: Piotr Lisiewski- drukarz]. W niedługim czasie, było już tych ulotek ponad 10 tysięcy. Jednocześnie zarządziliśmy, że mają być wydawane ludziom za darmo, bez żadnych ograniczeń, wydawnictwa bezdebitowe, no i wszystkie zapasy. Także wszystkie inne druki, czy to były stare wydawnictwa tygodnika „Solidarność“, czy jakieś wydawnictwa Zjazdowe, wszystko to wydawaliśmy ludziom bez ograniczeń, przez okno, na parterze. I to tak trwało, nie wiem, chyba z godzinę. Ludzie się gromadzili przed całym budynkiem. Był już duży tłum ludzi. Wydrukowaną ulotkę dałem do odczytania przez głośnik, ale kolega, [mec. Marek Markiewicz] któremu ją dałem, nie bardzo sobie radził z tym sprzętem i nawet ja, stojąc niedaleko od głośnika nie rozumiałem, co on mówi. Był przyzwyczajony do sprzętu wysokiej jakości, więc wziąłem mikrofon i przeczytałem tę ulotkę tak, żeby ona była czytelna, oddzielając poszczególne wyrazy i poszczególne zdania. To było czytelne. Po reakcji tłumu tam na dole było słychać, że każde słowo dobrze dociera do ludzi. Potem mówię do niego – No… to teraz spróbuj w ten sposób. Sam widzisz, że to nie jest ani radio ani telewizja, tylko zestrojony sprzęt, taki jaki nam się udało reaktywować.
Zostawiłem tam tę ekipę, która dawała nagłośnienie, kazałem zostawić część ulotek dla potrzeb zgłaszających się Komisji Zakładowych, a resztę po prostu rozdawać ludziom. Nie rzucać, tylko rozdawać. Mieliśmy świadomość, że jak się rozrzuci, to część w tym śniegu się zniszczy. Członkowie Komisji Zakładowych także je brali, m.innymi; wziął także paczkę takich ulotek Longin Chlebowski, który był wtedy szefem Komisji Zakładowej w MPK i który zapewnił rozrzucanie także tego po mieście. Nie wiem, czy tego samego dnia to zrobił, w późniejszych godzinach, czy następnego dnia rano. W każdym razie, to już jego trzeba zapytać, jak to się odbyło. W sumie, było nas w lokalu z sześciu członków Zarządu, może nawet siedmiu i gdzieś z dziesięciu różnych ludzi, którzy byli w bliskim kręgu Prezydium Zarządu, jak np. mec. Rafał Kasprzyk, który był doradcą Prezydium Zarządu Regionalnego z którym zresztą rozmawialiśmy na temat tego, co on, jako prawnik, jest w stanie powiedzieć na temat tego Stanu Wojennego. Jego zdanie było takie, że mamy do czynienia z jakąś bezprawną awanturą, która ma wszelkie cechy zamachu stanu, gdyż nie spełnia po prostu kryteriów prawnych, jeżeli chodzi o proklamacje Stanu Wojennego.
W pewnym momencie jeszcze poszedłem do innego pomieszczenia i kazałem tam zamknąć drzwi. Nagrałem na kasetę dwudziestoparominutowe przemówienie. Jak skończyłem nagrywać, dałem je do odtwarzania, na przemian z tamtą ulotką. A tam w międzyczasie, przez to samo okno, już całą akcją dyrygował nasz Komisarz Strajkowy, który niestety później bardzo źle się spisał, Marek Burski [podpisał „lojalkę“]. Na przemian puszczał kasetę, czytał ulotki, intonował pieśni i w ogóle był bardzo aktywny. Przyjechała karetka pogotowia z panią dr [Anną]Jakuszewską. Pani doktor podeszła do mnie i powie-działa: – Przyjechałam, aby Pana zabrać i przechować.
– Dziękuję bardzo, ale do prowadzenia dalszej walki, a w szczególności, jeżeli trzeba kierować strajkiem, to do tego lepiej nadaje się Andrzej Słowik. Co do mnie, to owszem, ale proszę najpierw jego schować, a ja tu mam, jeszcze parę rzeczy do zorganizowania. Jak zorganizuję wszystko, to też chętnie będę się ewakuował. Na razie póki ten tłum, póki ludzie tutaj przychodzą, to nie bardzo mogę to zrobić.
Ona uznała, że to jest słuszne.
– Wobec tego, przyjadę ponownym kursem.
Poszedłem do Andrzeja i przekazałem mu, że jest taka sytuacja. Andrzej zaczął się pakować. I w tym momencie, mój przyjaciel Rafał Kasprzyk mówi:- Andrzej, jeżeli stąd wyjdziesz, to ludzie powiedzą, że uciekłeś jak szczur z tonącego okrętu.
– Oczywiście…:(130)
Andrzej ma bardzo silnie rozbudowane poczucie godności. Kurtka z powrotem na wieszak i jak by było mało tego, to zdjął buty, założył papcie i siadł za biurkiem. A to był ostatni moment, w którym mógłby stamtąd wyjechać. Straciłem następnie pół godziny, aby go o tym przekonać. Najpierw obrugałem Rafała, że się tutaj wygłupia, że tu chodzi o dalszą walkę, a nie ucieczkę z pola bitwy. I że do tego, aby prowadzić ten symboliczny opór na miejscu, to wystarczy, że ja jestem tutaj, a wszyscy inni, powinni się czym prędzej stamtąd ewakuować, szczególnie te osoby, które mają jakieś znaczenie w swoich zakładach pracy i odliczyć się jutro w zakładzie pracy. I robić to, co w ulotce jest napisane i że bardzo proszę, żeby nie próbowano nas zastępować w kierowaniu akcją. Ustalenie jest takie: ja zostaję tutaj, póki będzie można. Ci, którzy są z Komisji Zakładowych, mają stąd zniknąć. A ci, którzy są członkami Zarządu, mają się stąd ewakuować. Andrzej ma się ukryć, takie są wyraźne dyspozycje i proszę się w to nie mieszać. I to zostało przyjęte. Ale niestety, w tym momencie dostaliśmy wiadomość z dołu:- „Sierżant Garsija“ pałą rozbija tablice informacyjne na zewnątrz budynku!
Za chwilę przeszliśmy na drugą stronę pokoju – bo my byliśmy w pokoju w którym okna wychodziły na podwórze – więc przeszliśmy na tę stronę od ulicy, aby zobaczyć, co się dzieje. Okazało się, że od strony pl.Wolności nadjechała kolumna samochodów, z której wysypują się milicjanci, a pod bramą budynku, gromadzi się taka grupa ludzi w czapeczkach narciarskich, mających w ręku, jakieś różne przedmioty, które nam się wydawały, raczej mało milicyjnym sprzętem. Ktoś krzyknął:- Widzę siekierę!.. A ktoś inny:- Widzę łom!… No i, za chwilę oni rozchylili skrzydła bramy, bo skrzydła te były tylko przymknięte. Rozepchnęli tę bramę i na schodach usłyszeliśmy tupot, a pokój w którym byliśmy, coraz bar-dziej zapełniał się ludźmi. Po czym w pokoju w którym urzędował Andrzej Słowik, pojawił się wojsko-wy, w stroju moro, w stopniu kapitana. A z nim, jeszcze kilku, trudno powiedzieć, czy to byli tylko wojskowi, bo moro wojskowe i milicyjne były do siebie bardzo podobne. Wszyscy z „kałaszami“. Przy nim, jakiś cywil, który podszedł do Andrzeja i oznajmił:- Koniec tego działania, ma obywatel opuścić lokal razem z nami.
– Jestem u siebie w pracy – odrzekł Andrzej ze spokojem w głosie: – A jeżeli pan ma jakiś interes, to niech najpierw się wylegitymuje i poda przyczyny, dla których się tu znalazł, bo ja pana i jego kolegów tutaj nie zapraszałem.
Ja w tym czasie stałem obok, bo kiedy oni wpadli, to nas porozdzielali. Stałem w jednym miejscu, blokowany tam przez dwóch, czy trzech funkcjonariuszy, a Andrzej za biurkiem blowany od reszty przez dwóch, czy trzech uzbrojonych funkcjonariuszy. Pozostałych, zgromadzono pod ścianą i też izolowano od reszty. I tutaj, zupełnie jak w komicznym filmie; raptem do pokoju sekretariatu, nie wiem jakim sposobem, wtargnął Wojciech Mantaj z aparatem fotograficznym i spytał:- Czy mogę robić zdjęcia?.. Ten cywil odwrócił się do niego, wziął ten aparat za obiektyw – a to był bardzo porządny aparat – i po prostu palnął tym aparatem o ziemię. I to była dla mnie, mniej więcej odpowiedź. Chyba Mantaj w tym momencie zrozumiał, co tak na prawdę się dzieje. Następnie, zaczęło się wyprowadzanie nas z lokalu, przy czym, mnie wyprowadzono jako przedostatniego. Przede mną z boku i za mną, byli funkcjonariusze z „kałaszami“. W sumie szedłem, jak to się mówi, w takim czteroosobowym „kokonie“. Zszedłem stamtąd jako przedostatni, a za chwilę do tego samego samochodu sprowadzono Andrzeja. To był samochód w którym mieściło się kilkanaście osób, w tym żona Andrzeja Słowika. Jadąc później tym samochodem żartowaliśmy, że nareszcie ma możność widzenia się z mężem. Jechaliśmy dosyć długo i pewnym momencie samochody stanęły i okazało się, że jesteśmy na dziedzińcu ul.Lutomierskiej. Słyszeliśmy, że pozostałe samochody, w których też było mnóstwo ludzi, są tam rozładowywane i że milicjanci pokrzykiwali:- Szybciej, szybciej! Bieg, bieg! Ruchy, ruchy!… I takie tam okrzyki. Po czym, z naszego samochodu zaczęli wyjmować ludzi, ale już pojedynczo. Wzięli Marka Burskiego, potem wzięli Marka Markiewicza, więc w tym momencie mówię do Andrzeja:- Oni będą chcieli tutaj zmontować jakiś program, ale pamiętaj, żeśmy w ulotce napisali, że tylko w takich warunkach, kiedy będziemy mieli możliwość swobodnej wypowiedzi, a tutaj, nie jest na to miejsce. Będę z milicjantami robił program telewizyjny?…Kiwnięcie głowy Andrzeja, zbiegło się ze słowami wypowiedzianymi z ekspresją przez Rafała Kasprzyka:- Jeżeli o mnie chodzi, to podpiszę wszystko, co mi dadzą do podpisania i spier… Biorę się do roboty podziemnej – czy jakiejkolwiek – do protestu, do strajku.
To pierwsze pojęcie, wtedy jeszcze nie istniało, myślało się o organizowaniu strajków. Doszliśmy z Andrzejem do wniosku: że nie ma mowy, my niczego nie podpiszemy, nie ma takiej możliwości. No to Rafał, chwilę pomyślał i powiedział:- Wy jesteście osoby symboliczne, a ja nie.
Znowu to tak trwało, że nas po kolei stamtąd wypraszano. Wyszedłem przedostatni, Andrzej po mnie. W gmachu Wojewódzkiej Komendy przebywałem w różnych pokojach. W pewnym momencie, byłem w takim pokoju, który wydawał mi się czymś na kształt katafalku. To znowu w jakimś pomieszczeniu, gdzie dziesięć stóp było od ściany do ściany. Dlaczego mnie tak przemieszczano, nie mam pojęcia. Wreszcie zaprowadzono mnie do gabinetu, gdzie siedziało dwóch „cywili“. Zaproponowali podpisanie „lojalki“. Odmówiłem. Poinformowali, iż została podjęta decyzja o internowaniu mnie. Pierwsze wezwanie dostałem do gabinetu, w którym był prok.Zygmunt Tomżyński. Od razu powiedział, że będzie pro-wadził przesłuchanie, oraz, że zmienił się mój status z internowanego na tymczasowo aresztowanego. Przedstawił mi taki kwestionariusz przesłuchania, wypełnił dane osobowe, po czym odczytał dość monotonnym głosem:- „ Poinformowany, o prawie odmowy do składania zeznań… Oświadczam że… itd.
A ja oświadczyłem, że będę składał zeznania tylko w obecności mojego adwokata. Formuła z kryminalnych filmów amerykańskich.
– To znaczy się… Odmowa zeznań?
– Powiedziałem, co powiedziałem.
– No, to tak zapiszę. To proszę to podpisać.
I na tym to się skończyło. Odprowadzono mnie do celi i za kilka godzin wezwano mnie z całym ceremoniałem ponownie.
Słychać było:- Góra!, Dół !… Jakieś takie okrzyki:- Idzie!.. Dawaj!..
Przeprowadzono mnie po schodach, prowadzono jakimiś korytarzami, istny labirynt.
…- „ Przyprowadzono mnie z „dołka“…, z ciemnej i brudnej nory do jasnego, czystego, normalnego biurowego pokoju. Zarośnięty, nieświeży, ze zmrużonymi od blasku jasnych żarówek oczami. […].(131)
Siedziało tu dwóch panów: przedstawili się jako vice-prokuratorzy wojewódzcy. Kazano mi siadać na krześle, wtedy funkcjonariusze wyszli. Oprócz dwóch vice-prokuratorów – Zygmunta Tomżyńskiego {Wojciecha] Ekierta był Aplikant, młody chłopak.
No i zaczęli ubolewać, że to tak wszystko się źle skończyło, a mogło się skończyć lepiej, po czym oświadczyli, że oni tutaj wezwali mnie na zapoznanie się z aktami sprawy, ponieważ przeciwko mnie będzie skierowane oskarżenie i będę miał proces karny.
– Podjęta została decyzja o aresztowaniu pana. Chyba, że podpisze pan dokument, który zaraz przedstawimy.
Wtedy jeszcze nie miałem żadnego doświadczenia więziennego, więc nie zażądałem żadnego długopisu, ani ołówka, ani kartki, tylko próbowałem pamięciowo opanować, co tam takiego było. Czytałem akta sprawy: tekst ulotki, zeznania świadków, akt oskarżenia. Panowie prokuratorzy cierpliwie czekali.Były zeznania niektórych osób, które z nazwiska znałem. Niektóre z nich, wzbudziły mój niesmak i zdziwienie, bo były to zeznania osób albo przestraszonych bardzo, albo współpracujących, którzy wszystko wiedzieli, wszystko widzieli. A w szczególności zwróciły u mnie uwagę zeznania jednej z osób, której zupełnie nie znałem. Ten człowiek pisał, że przyszedł do znajomego, jakiegoś tam pana Marszała, który pracował gdzieś w poligrafii i ten człowiek, którego w żaden sposób nie kojarzyłem, wszystko widział, wszystko wiedział. I od razu wiedział o co chodzi. Wiedział, że jest Stan Wojenny, wiedział jakie przepisy w tym Stanie Wojennym obowiązują i wiedział, że my je świadomie łamaliśmy. Można powiedzieć, świadek obdarzony panoramicznym oglądem sytuacji i zdolnością bilokacji, ponieważ wiedział, co się dzieje na poszczególnych piętrach tego budynku i miał na dodatek dużą swobodę obecności w gabinecie Przewodniczącego Słowika, drukarni i wszędzie. Bardzo bogate zeznania. Były także zeznania niektórych kolegów z Prezydium Zarządu Regionalnego, co było dla mnie przykrą konstatacją. Odnotowałem, że to kolejna taka przykra sprawa, bo w dzienniku „Głos Robotniczy“, który nam dano na chwilę do ręki w łęczyckim więzieniu, znajdowało się także oświadczenie, Marka Burskiego, człowieka, który był Komisarzem Strajkowym Zarządu Regionalnego i który w znacznej mierze kierował tamtą akcją pod budynkiem, w sensie technicznym. To on tam uruchamiał odtwarzanie nagrań, on wręczał mikrofon temu, kto miał czytać ulotkę, czasami sam ją czytał, intonował pieśni patriotyczne. A w ogóle uchodził w „Solidarności“ za czołowego radykała. Takie jego ulubione zdanie, które wygłaszał przy każdych okazjach, kiedy myśmy się zastanawiali, w którym momencie akcję wyhamować, bo może być niebezpieczna dla ludzi, bo możemy sprowokować uderzenie sił milicyjnych w Zakładzie, który nie ma specjalnie możliwości obrony, to on zawsze mówił: – Co…, już u was „gaciuwa“? A tutaj okazało się, że to był biedny chłopak, którego starzy wyżeracze z KOR-u, KP-u, ROPCiO, chcieli wyprowadzić na manowce i on teraz zrozumiał, co za fatalna ścieżka przed nim była i on wobec powyższego chce żyć i apeluje o przerwanie wszelkich strajków i akcji protestacyjnych… “Jako były komisarz strajkowy Zarządu Regionalnego NSZZ „Solidarność“ na teren regionu łódzkiego, zwracam się do wszystkich moich kolegów związkowców, do wszystkich ludzi, którzy gotowi są wysłuchać mojego oświadczenia…Teraz, gdy obowiązuje stan wojenny, chcę powiedzieć, że nie wezmę na swoje sumienie odpowiedzialności za życie i zdrowie ludzi, za narażenie ich na skutki przeciwstawiania się władzy. Chcę pomóc wszystkim skołowanym ludziom, którym brakuje wyobraźni, co może się zdarzyć, którzy myślą, że ciągle jeszcze coś jest na niby…
Ale od chwili powstania naszego Związku, zaczęli się kręcić wokół niego różni ludzie. W Łodzi do Zarządu Regionalnego przychodzili z KOR, KPN, ROPCiO… Gdy odmówiłem użycia swego nazwiska, na przykład nie chciałem należeć do założycieli Korowskich Klubów Samorządnej Rzeczypospolitej, ludzie ci przestali utrzymywać ze mną jakiekolwiek kontakty. Pamiętam, jak członek KOR, Józef Śreniowski, obiecywał, że powymiata z Zarządu Regionalnego wszystkich, którzy nie chcą robić tego, czego chce KOR. Teraz rozumiem, że chcieli oni nasz związek wykorzystać dla siebie, że po naszych plecach chcieli wspinać się po władzę…Dziś widzę, że dalej wielu z tych, którzy chcą walczyć z władzą, wykorzystuje do tego związkowców. Oni podburzają do strajków