STAN WOJENNY W POLSCE
(od 13 grudnia 1981 do 22 lipca 1983)
Marek CHWALEWSKI (3).
…Była tam dość duża cela. Siedziało nas 6. lub ośmiu w jednej celi. Pierwszy dzień. Jeszcze żeśmy się ze swoich manatków nie rozpakowali, kiedy otwierają się drzwi celi i słyszę:
– Chwalewski, do wyjścia!
Wystawiłem głowę za drzwi, patrzę, a na korytarzu stoi ta banda z pałami i psami u nogi. I mój dobry znajomy, major Przybysz z więzienia z ul. Stokowskiej w Łodzi.
– A niby dlaczego mam wychodzić? O co chodzi?
Major Przybysz:- To się dowiesz, ja ci powiem.
Koledzy z celi:– Nie wychodź, bo cię spałują i my nie będziemy mogli ciebie obronić. Nie wychodź.
A ja mówię:– Ależ oczywiście niech tutaj wejdą, to bunt będzie w całym więzieniu, takiego szumu narobimy. A do majora Przybysza:- Niech pan się odczepi.
Major Przybysz pogadał szeptem z którymś z funkcjonariuszy. Funkcjonariusze odeszli razem z pieskami.
– Jestem sam – oznajmił major – Czy teraz wyjdziesz?
Niech pan wejdzie do celi to pogadamy, ja nie mam nic do ukrycia.
– Chciałem w cztery oczy.
Koledzy w celi: – Nie wychodź, bo się zaczaili i oberwiesz.
Major: – Taki bohater ze Stokowskiej, a tu się boi?
– Wcale się nie boję – I wyszedłem z celi.
Major: – Poznajesz mnie?
– Tak, poznaję. I co pan ode mnie chce?
Major:- Ja chcę jednego. Chcę mieć tutaj spokój. Daj mi słowo… Znam cię, bo jak dasz słowo, to dotrzymasz, że nie będziesz prowokował, że nie będę miał przez ciebie kłopotów.
Chwilę się zastanowiłem.
– Dobrze – odpowiedziałem – Ale ja mam też ważny punkt. Widzi pan ten znaczek „Solidarności“ w klapie?
Major:- No tak… Masz zdjąć to, natychmiast!
– Ano właśnie. Jeśli pan chce, abym się tutaj zachowywał, jak pan to mówi, przyzwoicie. Bo nie wiem, jak ma wyglądać przyzwoite zachowanie w więzieniu, to ja chcę nosić ten znaczek w klapie, przez cały okres internowania, żeby nie miał prawa mi go nikt zdjąć, czy zerwać.
Major: – Dobra, kur… Dobrze.
Dotrzymał słowa. Ten znaczek miałem później także i w więzieniu w Hrubieszowie. Przeszedłem tam „ścieżkę zdrowia“, byłem pobity, a tego znaczka udawali, że nie widzą.
Z o.Miecznikowskim spotkałem się dopiero w Łowiczu. Wszystkie wizyty Ojca, wszystkie Mszy św, spotkania w celach, po przyjacielsku. Prawie na wszystkich byłem. Starałem się być z o.Miecznikowskim. Z okazji jakiś uroczystości kościelnych, czy państwowych przyjechał ks.Biskup Józef Rozwadowski [metropolita łódzki]. Ten czarny krzyż, który wisi nad moim komputerem, jest zrobiony z długiej szczotki do zamiatania śmieci po celi. Jest wycięta odpowiednia długość, ramię i jest złożony. Umalowany rozpuszczoną steryną ze świeczek, dobrze wymieszaną z sadzami. To wszystko było podgrzane i na gorąco malowane. Z tyłu, ma przyklejoną etykietkę, kiedy to było, z jakiej okazji, jak się nazywał Biskup. I ks.Biskup, ten krzyż poświęcił. Krzyż ten leżał na honorowym miejscu na ołtarzu. Byłem na tej Mszy św., i byłem w pierwszym szeregu. Msza święta była na korytarzu. Ołtarz był zrobiony ze zwykłych mebli więziennych. Na ołtarzu były prześcieradła. Głównie zajął mnie podczas tej Mszy św. ten krzyż, bo to z naszej celi.
Byłem z o.Miecznikowskim, bo on miał swoją ferajnę przyjaciół, tak bym to powiedział, którzy lgnęli do niego. To był człowiek… Nie chciałbym używać słów górnolotnych, bo nigdy tego nie robię, nie lubię, ale według mnie, był to człowiek święty. Pewnego razu przyszedł do naszej celi rozpromieniony, zadowolony, jakby już komunistów diabli wzięli. Więc pytam: – Co się stało?
Ojciec Miecznikowski: – Panowie, mam załatwione, że zostanę internowany i razem z wami będę tutaj.
Razem będziemy tutaj. Czekam tylko na decyzję władz, kiedy do was przyłączę.
To powinni potwierdzić ci, którzy ze mną byli. Ojciec przywoził paczki, bardzo nam pomagał. Nie tylko paczki żywnościowe, ale i lekarstwa. Ale dla mnie, przynajmniej dla mnie, liczył się człowiek.
Ja do niego mówiłem: – Ojcze…proszę Ojca.
A on do mnie: – Mareczku… Jak tam? Uśmiechnij się?
Odpowiadałem: – Nie mam się z czego cieszyć, niech Ojciec gazetę przeczyta.(116)
Marek NIESIOŁOWSKI (2).
…To była choroba żołądka. Miałem ataki. Lekarz w ZK Łowicz, był bardzo porządnym człowiekiem, przychodził z tamtejszego Szpitala. Przepisywał jakieś leki, ale to nie pomagało i lekarz powiedział, że należy mnie zabrać do Szpitala. I przewieziono mnie tam. Władze więzienne, nie chciały wyrazić na to zgody. W końcu lekarz, zwrócił się z pismem do Naczelnika Więzienia, żeby to pismo podpisał, że on nie poniesie odpowiedzialności, jeżeli zostanę w takim stanie w więzieniu. Względy medyczne, powodują taką konieczność. Oni łaskawie się zgodzili. I przez tydzień, albo dwa – już dobrze nie pamiętam – pilnował mnie Strażnik więzienny, który siedział na korytarzu, przy otwartych drzwiach.
Leżałem na sali z innymi chorymi, w sali 6-8 osobowej. W końcu lekarze, zaczęli protestować u Naczelnika więzienia, że nie mogą pacjentów leczyć, bo obecność Strażnika, stresuje ludzi. Ordynator dr Kaczorowski [Jan], bardzo przyzwoity lekarz – już nie żyje – w końcu narobił rabanu i tego Strażnika zlikwidowali. I po dwóch tygodniach przestali mnie pilnować. Co chwilę kogoś przywozili z więzienia do Szpitala i odwozili. Jeśli dobrze pamiętam, był na chirurgii jeszcze Włodek Gromiec, a na Internie:-Tomek Mysłek, Jacek Bartyzel, Józef Śreniowski i inni.
Wtedy to się już rozluźniło, był koniec czerwca, czy już lipiec 1982r. Mogliśmy chodzić swobodnie po terenie Szpitala, a nawet do miasta, przez dziurę w płocie. Totalny luz. Józek Śreniowski uciekł z tego Szpitala. I potem gdzieś się ukrywał. Jak on uciekł, to władza prawdopodobnie doszła do takiego wniosku – aby się nie powtarzały takie przypadki – by umieszczać chorych z Zakładów Karnych, na oddziałach psychiatrycznych. A my prawdopodobnie, byliśmy królikami doświadczalnymi, w rodzaju: – jak społeczeństwo zareaguje, na umieszczenie Internowanych z więzień, w psychiatrycznym Szpitalu, aby następnych tam umieszczać. I to wydaje mi się prawdopodobna wersja. Szum się zrobił wielki. Pielęgniarki powiedziały, że wywożą wszystkich Internowanych z Interny, niewiadomo gdzie. A za chwilę i nam z Chirurgii kazali się ubierać. Kazali wszystkie rzeczy swoje zabrać i wsadzili mnie do „Nyski“, wraz z Tomkiem Mysłkiem, Gromcem i Bartyzelem. Wydaje mi się, że był to samochód bez żadnych napisów w rodzaju „MO“, aby to odbyło się po cichu. Przywieźli nas do Szpitala Wojewódzkiego w Zgierzu. Kiedy weszliśmy na ten Oddział, to już lekarze tego Szpitala stali przy oknach, patrząc na nas. Całe półpiętro w jednym ze skrzydeł na drugim piętrze, został opróżniony przez chorych, aby zrobić dla nas miejsce. Prawdopodobnie przesunęli tych chorych do innych sal, albo wywieźli do innego Szpitala. Jest tam hol i wejście do trzech korytarzy. Całą noc i dzień funkcjonariusze „SB“, pilnowali nas w tym holu. W dzień minimum było dwóch funkcjonariuszy, a w nocy aż czterech. „Urzędowali“ głównie w holu, tam też spali. Funkcjonariusze tylko krótkofalówką przekazywali co jakiś czas meldunki. Niekiedy, wychodząc do łazienki, widzieliśmy, że leżały pistolety na stole. Widocznie uwierały ich, kiedy spali w fotelach. Można było taki pistolet im zabrać. Lekarze praktycznie nie interesowali się nami, przepisując te same leki, które dostawaliśmy w Szpitalu w Łowiczu. Żadnych leków psychotropowych nie ordynowali. Badali ciśnienie i nic więcej. Strasznie się zdziwiłem, kiedy zobaczyłem, że do nas przyjechał ks.Kanclerz Andrzej Dąbrowski i dr Lidka Grabowska [z Komitetu Prymasowskiego] z córką. Kompletne zaskoczenie, że już wiedzieli, gdzie jesteśmy. Byliśmy w tym Szpitalu do 15 lipca 1982r. Tego dnia przyszli i powiedzieli:- Pakujcie się. Nigdy nie mówili, gdzie jedziemy. Wsadzili nas do „Nyski“. Po drodze, gdzieś w lesie, zatrzymali się, otworzyli drzwi i usłyszeliśmy:- Wychodzić!…
Spytaliśmy: – Po co? Padła odpowiedź:- Za potrzebą. Nie wiedzieliśmy, czy to prawda, czy coś z nami nie zrobią w stylu Katyńskim. Zawieźli nas do ZK Kwidzyń.(117)
SZPITAL POWIATOWY W ŁOWICZU.
Dr Ewa ZBUDNIEWEK.(118)
Z o. Miecznikowskim niewiele miałam wspólnego bo… podczas moich studiów na „Lumumbowie“ w Łodzi – wtedy jeszcze myśmy mówili „Bystrzycka“ – trochę miałam do czynienia z Duszpasterstwem u Św.Teresy, u Salezjanów. Ale jak zaczęli zamiast zabieraniu głosu, rozdawać cukierki, to się wycofałam. Nie odpowiadało mi to. U Jezuitów owszem, bywałam, na prelekcjach bpa Bejze [Bohdana]. Chodziło o filozofię. Myśmy mieli wtedy na studiach filozofię marksistowską i bardzo mi to, równolegle pasowało. Ojca Miecznikowskiego po raz pierwszy widziałam, jak wypuszczono z więzienia chłopaków z ROPCiA. Byłam u Krystyny de Corde w domu – koleżanki ze studiów i wyciągnęła mnie na jakieś spotkanie w Duszpasterstwie Akademickim przy Kościele oo.Jezuitów. Widziałam o.Miecznikowskiego z daleka i tyle.
No i zdarzył się nam stan wojenny. Miałam wtedy dyżur na oddziale chirurgicznym w Szpitalu łowickim. Chirurgiczny dyżur, wyjątkowo spokojny, a taki zdarzał się rzadko. Oddział był ogromny, 80 łóżkowy. Ostry dyżur na okrągło i jeden lekarz dyżurujący. Myśmy jako lekarze, mieli dyżury pod telefonem. Jak już było koniecznie trzeba, to się ściągało kolegów. Szczególnie po wypadkach masowych. Zdarzało mi się ściągać cały zespół kolegów, bo w pojedynkę nie da się rady. A więc siedziałam i pisałam dokumentację, bo to kiedyś trzeba było zrobić… Więc, to się w nocy robiło i podglądałam jednym okiem Kongres Kultury Polskiej, który wtedy odbywał się w Warszawie. W naszym gabinecie był bardzo dobry telewizor. Dostaliśmy go, w podziękowaniu od Łowickich Zakładów Przemysłu Pończoszniczego „Syntex”, za skuteczne uratowanie ich pracowników, po wypadkach, które tam się zdarzały. I w pewnym momencie, wyłączyła się wizja, wyłączyła się fonia. Czarny ekran, klops, telewizor nawalił. Zmartwiłam się, bo rano przyjdą do pracy koledzy i usłyszę: – Manipulowałaś przy nim. Ok.6:00, kiedy go ponownie włączyłam przekonałam się, że telewizor nie nawalił. O godzinie 7:00, była w Szpitalu, Msza św. Jeżeli było to możliwe, to bardzo lubiłam być w niedzielę na tej Mszy, bo już nie musiałam iść osobno. Ksiądz zdruzgotany, mówił o jakimś stanie wojennym, ale myśmy nic o czymś takim nie słyszeli. Przyszłam do domu, a właśnie doktor Krystyna de Corde, miała do mnie tej niedzieli przyjechać. Krystyna w ogóle nie wiedziała, że jest stan wojenny. Rano wstała, nie włączyła radia, nie włączyła nic. Zbierała się, żeby na pociąg zdążyć i u nas – żyła wtedy moja mama – dopiero dowiedziała się, że jest stan wojenny. Mówię do niej słuchaj:- Będą bardziej twoi, niż moi znajomi internowani. A ona odpowiada:– Ale oni są przecież tylko w Związkach Zawodowych. Wtedy powiedziałam:- Zobaczysz, co się stanie. No i rzeczywiście.
Początek stycznia 1982r. Łowicz jest malutkim miastem. Tu się ludzie znają. Przychodzi informacja, że opróżniają jeden pawilon w więzieniu dla Internowanych. I kiedy z Łodzi przewożono internowanych, to mówił mi później Marek Niesiołowski, że jak przez dziurę zobaczył Łowicz-Przedmieście, to powiedział do kolegów w „budzie“:- Jest w Łowiczu dr Ewa, ona do nas dotrze. No i po kilku dniach, to nie było nawet tydzień, jak przyszedł dr Piotr [nazwisko zastrzeżone] nasz kolega, lekarz wojskowy po WAM-ie, który u nas robił specjalizację z chirurgii. On był do południa na Oddziale, a po południu w jednostce. Młody chłopak, wtedy miał stopień porucznika i powiada, że został wyznaczony jako lekarz dla Internowa-nych. Mówię do niego:- Piotrusiu, świetnie. To jak będziesz w więzieniu u tych internowanych sprawdź, czy jest wśród nich Marek Niesiołowski, Benedykt Czuma, albo Stefan Niesiołowski. I masz ich ściągnąć do siebie na badanie, choćby się zapierali, pozdrowić ode mnie i od dr Krystyny i zapytać, czego im potrzeba.
Byłam już wtedy z drugim stopniem specjalizacji – chirurgiem całą gębą. A to było młode dziecko, które jak sądzę, całą rzecz traktowało na zasadzie zabawy w złodziei i policjantów. Takie odniosłam wrażenie, że jemu się to podoba. Taka gra. Piotrek przychodzi następnego dnia do pracy i mówi, że dopadł pana Niesiołowskiego, który się bardzo zapierał i do Izby Chorych nie chciał przyjść. Ale jak przy badaniu usły-szał pozdrowienia i pytanie, to się rozpromienił i powiedział, że chcą herbaty. Nie było wtedy też o herbatę najłatwiej, ale się zorganizowało, bo myśmy zsypali kilka paczek i Piotrek zaniósł ją następnego dnia w woreczku do więzienia. Marek Niesiołowski przyszedł na kontrolę i pod paskiem spodni, wyniósł woreczek herbaty. Tak to wyglądało. Czyli pierwsza prośba była zrealizowana. A potem było ich wiele. I tak się zaczął kontakt. Po krótkim dość czasie, nie umiem powiedzieć ile tygodni to trwało, ale kontakt był idealny.
Z dr Krystyną De Corde, spotykaliśmy się u niej w domu, przy okazji imienin i nie imienin. I tam, wiele osób poznałam, w tym; kilku późniejszych Internowanych. Przyjeżdża Krystyna, bo ojciec Miecznikowski jej powiedział:- Będę się modlił, a ty jedź. Więc bez przepustki, bez niczego, przyjechała. Mogło być miesiąc od stanu wojennego, może półtora. To nie było proste wtedy, bo Krystyna, słusznie podejrzewała i przekazała Ojcu, że ja mam ten sposób bycia i takie możliwości, że mogę już coś konkretnego wiedzieć o Internowanych. A to już było po tej sytuacji, kiedy „Wolna Europa“ krzyczała, że Benedykt Czuma ma zapalenie opon, a on miał podrażnione zatoki po prostu i smarkał. Więc Krystyna przyjechała. A ja, już wcześniej wywiozłam z domu, na zaprzyjaźnioną Plebanię na wsi, wszystko to, co dotyczyło „Solidarności“. Miałam czysty dom. Był to taki czas. Wszystko się przechowało. No i przekazałam Krysi, pewne informacje. Cały czas był kontakt przez Służbę Zdrowia, był kontakt z Łodzią i był kontakt z Warszawą, czego nawet jak sądzę wiele osób w ogóle nie wiedziało. Pracowałam również wtedy w Poradni Kolejowej. I okulistka zatrudniona tamże, dojeżdżała trzy razy w tygodniu z Warszawy. I było dosłownie w ten sposób: – Wika, pójdziesz do Kościoła Św.Marcina. Idź tam prosto z pociągu i przekażesz to, to i to. A po powrocie do Łowicza, Wika przekazywała:- Słuchaj, jest takie i takie pytanie. Dobrze? Tak, to trwało.
Już było wiosennie, kiedy któryś ze znajomych lekarzy powiedział, że jakiś ksiądz, został wyznaczony na kapelana w łowickim więzieniu. Nie od razu to się stało, a był nim ks.Kazimierz Wójciak z zakonu Pijarów. On był później w Krakowie, a następnie w Warszawie i w Lidzie na Białorusi. Pijarzy są w Łowiczu przecież. Też niespokojny duch. Miał wtedy chyba ze 30 lat. Dostaję informację, że ksiądz Kazimierz, chce się ze mną spotkać. Po Mszy św. idę do Zakrystii i mówię:- I co? Ksiądz nie może się sam opowiedzieć, tylko przez posły?
Mieliśmy jeszcze jeden kontakt z Internowanymi. Był taki bardzo sympatyczny Internowany, leśnik. Miał na sobie wysokie buty z cholewami i ks.Kazikowi przy spowiedzi, albo zaraz po niej bąknął, że baterie do radia się im wyczerpały i nie mają. No to, Kazek do mnie:- Baterie! To ja Kazkowi baterie. Leśnik przyszedł do spowiedzi i tak długo się spowiadał zanim wszystkie baterie ksiądz nie wsunął mu za cholewy butów. Ta spowiedź była w więzieniu. Jeszcze zimą, jeden z Internowanych dostał wieńcówki. Pamiętam, że zrobiłam wtedy piekło na cały Szpital, bo nie zawieźli go do EKG windą, tylko prowadzili biedaka po schodach, w kajdankach. Ja się wydarłam:- Co wy sobie wyobrażacie? Chcecie, żeby wam odkitował na schodach, jak ma zawał?! Po pierwsze, ma utrudnione oddychanie, bo ma kajdanki, a po drugie:- po cholere jest winda?!
Głupio się im zrobiło. I tak kolejno na oddziały naszego Szpitala zaczęli trafiać Internowani. Początkowo było tak; – ilu Internowanych, tylu Strażników. Siedzieli na korytarzu w dzień i w nocy, uzbrojeni. I którejś nocy było zimno, paskudnie. I siedzą na korytarzu przy oknie dwaj młodzi „klawisze“ i jedzą na sucho jakieś kanapki. A mnie zwyczajnie się tych chłopaków zrobiło żal. Było to na Internie. I biegnąć do gabinetu, zatrzymałam się przy Punkcie Pielęgniarskim z pytaniem:- Dziewczyny, czy nie zostało herbaty z kolacji? Jak zostało, to podgrzejcie i dajcie tym „klawiszom“. „Klawisz“ też człowiek.
Rzeczywiście, pielęgniarki zagrzały, dały im po kubku herbaty. Wracam i słyszę; Bardzo pani doktor dziękujemy.
Zaczęły się potem luzy, wycofano tych Strażników. I na pewnym pięknym dyżurze – Krystyna de Corde wiedziała, w jakie dni dyżuruję – przychodzi pielęgniarka z Izby Przyjęć do mojego gabinetu i powiada; – Jakiś pan do mnie. Jakiś pan? A jeszcze wtedy, nie mieliśmy w Szpitalu Internowanych. Musiała być wiosna, musiało być dość ciepło. Mógł być marzec. Ale nie pamiętam kiedy konkretnie, bo notatek nie prowadziłam, nie było to wskazane w owym czasie. W każdym bądź razie, jakiś pan do mnie od doktor de Corde. – Wiesz co, Wala – mówię do pielęgniarki – Ale przyjdź zaraz, bo jak od niej, to będzie albo„ubol“, albo jezuita. Innego wyjścia nie ma. I wszedł. W szarym garniturku, w koszuli bez krawata, wyglądający jak biedny księgowy z najbiedniejszego „GS-u“ [Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska“], ojciec Miecznikowski. Bez koloratki, bez płaszcza. Pamiętam ten szary garniturek i niebieską koszulę. Ani śladu, że to ksiądz. Grzecznie mi się przedstawił. Wylegitymował. Wszedł kolega, dr Zdzisław Mazurkiewicz i mówię do niego:- Widzisz miałam rację, jezuita.
Ojciec przyszedł z pytaniem, co ja wiem o tych internowanych. Krystyna wiedziała, że te informacje muszą docierać do mnie i znając mnie, musiała Ojcu powiedzieć, że jestem trochę niespokojny duch i że będę próbowała coś zrobić. To musiał wtedy Ojciec Miecznikowski, śliczny cywilny, przyjechać do mnie. Do tej pory widzę ten rzewny garniturek i niebieską koszulę.
Do Łodzi dochodziły różne przesadzone rzeczy, a u nas dość szybko w więzieniu zaczęto ich traktować na luzie. Otwarte cele, oni się między sobą kontaktowali. Nie było dramatów. A przesadzone informacje docierały do Łodzi i dlatego o. Miecznikowskiemu chodziło o informacje:- Co jest, jak jest, czy są chorzy, czy są zdrowi? I te informacje Ojcu przekazałam. Nie było mowy o przekazywaniu czegokolwiek na piśmie, to było bezpieczne. Ojciec stwierdził, że to jest rzeczywiście świetny kanał informacyjny. A od niego dowiedziałam się, co chciał przekazać Internowanym. Więc im przekazałam. Ojciec Miecznikowski dowiedział się, kto siedzi w więzieniu, tylko nie było łączności z nimi. Miał dojście do Internowanych tylko lekarz i kapelan. Tudzież dwie pielęgniarki z oddziału chirurgicznego, które jeszcze przed stanem wojennym, miały zatrudnienie w Izbie Chorych w łowickim więzieniu. Swoje dziewczyny z chirurgii. Wobec tego, miałam wiele połączeń. I w tym czasie na gębę przekazywało się przez Krystynę, potem przez Ojca Miecznikowskiego i przez tą okulistkę Wikę, informacje do Warszawy, do Kościoła Św. Marcina. W obie strony szły te informacje. Minął jakiś czas. Chłopaków z więzienia kolejno się wycofywało. Dr Piotr przynosił wiadomość, że tego i tego Internowanego mogą postawić w stan oskarżenia, z obecnego statusu na politycznego. To wtedy było tak, że określonego dnia o określonej godzinie, ów Internowany zaczynał chorować. Miał bardzo określone objawy. I nie ma wyjścia, wzywa się pogotowie. Ale to musiał być określony dzień i godzina. Z reguły chorowali o godzinie ósmej wieczorem. Wtedy była zmiana u nas karetek i wszystkie obsady musiały być na miejscu. O co chodziło?… Aby jechał ten kolega, a nie tamten. Dr Wojtek Maciejak, chirurg – młody lekarz na stażu – dostawał polecenie:- Jedziesz do chorego Internowanego, przywozisz go na Oddział. A karetka, jak ich przywoziła, to już bez „klawisza“. Wtedy „klawisze“ w sumie pracowali po 24 godziny i nie wytrzymywali, więc wycofano „klawiszy“ ze Szpitala. Przez to zrobił się luz. Tylko, jak mówię, to musiał być określony dzień, określony zestaw dyżurny. W sumie leżało ich w Szpitalu kilkunastu. Izba chorych w więzieniu była zorganizowana z sensem, ale oni chorowali tak „ciężko“, że musieli znaleźć się w Szpitalu. Myśmy ich zaczęli wyciągać od lutego.
Marek Niesiołowski miał chorobę wrzodową i można to było leczyć, nie w warunkach szpitalnych. Pielęgniarka Wala, poszła do Niesiołowskiego, gdy dotarło do nas, że przejdzie w status więźnia politycznego, a to już był „smrodek“. Poszła do Izby Chorych w więzieniu, gdzie była zatrudniona jeszcze przed stanem wojennym i poprosiła o doprowadzenie Marka Niesiołowskiego:- Pan prosił o plaster opatrunkowy, prawda? A w tym klasycznym opakowaniu była kartka, na której miał napisane, na co ma się skarżyć, jak ma się zachowywać. I że będzie zabrany do Szpitala. Po jakimś czasie, zaczął się źle czuć. Wezwano pogotowie i przywieziono do nas, do Szpitala. Tylko pierwszego z nich – tego z wieńcówką – przywieziono więziennym samochodem.
Minął czas, kiedy Komitet Prymasowski w Warszawie nawiązał kontakt i wtedy, kiedy Ojciec Miecznikowski, mógł tutaj częściej przyjeżdżać i nawet bywał u mnie w domu. Z kieszeni habitu wyciągał tony grypsów. A po wizycie Prymasa Glempa u Internowanych, doszliśmy do wniosku z o. Miecznikowskim i z Warszawą, że zawieszamy mój kontakt. Nie było wiadomo, jak potoczy się dalej sytuacja w kraju. Nie było wiadomo, co się stanie, więc różnie się z chłopakami kontaktowano, a jedyny niewykrywalny kontakt, był mój. To oni doszli do wniosku, że trzeba to zawiesić, na wszelki wypadek. Późna wiosna – lato 1982r, nie wiadomo było, co nam wykręcą. Zapadła decyzja: – Zawieszamy, jako pewny kanał połączenia.
Chodziło o to, że jak coś się odwróci…A jeśli władze podejmą kolejne złe decyzje, to wtedy będzie problem. Kiedy przyjechał Prymas Glemb, to nasi pacjenci – Internowani, dostali przepustkę i byli w więzieniu na spotkaniu z Prymasem. I wydarzyła się taka historia… Jeden z Internowanych, który był na Laryngologii w naszym Szpitalu, uciekł. Konkretnie chodziło o Józka Śreniowskiego. „SB“ pobieżnie sprawdziło Oddział, bo już wcześniej pielęgniarki stwierdziły brak pacjenta. To było lato i Internowani już mieli dostęp do cywilnych ciuchów i wychodzili od tyłu Szpitala na spacery, nawet het, het na pola. Wracali i nikt ich nie pilnował. Mieli luzy. Pielęgniarki wiedziały, że nie ma co ich szukać specjalnie, bo wyszli na spacer, nie tylko po terenie Szpitala. Józek Śreniowski i Józef Wiśniewski, był na Laryngologii i był tam z nimi trzeci Internowany, ale nazwiska nie pamiętam. U nas był Marek Niesiołowski i jeszcze ktoś. Marka znałam, to dlatego nie mam problemu z tym nazwiskiem. A naszych Internowanych z więzienia w Łowiczu, już przewieziono wtedy do Kwidzynia. To była ta historia, kiedy im tam lanie spuszczono. Mieli zabrać tego drugiego Internowanego z Laryngologii, a nasz Dyrektor ZOZ-u – on się cały czas bał – zarządził, że dotyczy to wszystkich. Myśmy wszyscy zdrętwieli. I tu byłam w kropce. Wtedy chwyciłam za telefon – bo już wówczas telefony miejscowe działały – zadzwoniłam do ks.Kazimierza Wójciaka. Chciałam mieć świadka z Kościoła, aby był przy tym, jak ich będą zabierać i wywozić. Oczywiście, nie wiedzieliśmy gdzie. A ks.Wójciak tego dnia się pakował – przyjechała po niego pijarska „Nyska“ z Krakowa – i następnego dnia rano miał się przenosić do Krakowa. Jak dostał ode mnie telefon, wsiadł na rower i był cały czas przy tym wszystkim. I znowu, to wszystko wstrzeliło się w mój dyżur. Więc zapakowano chłopaków do „budy“ i dr Lidia Grabowska z Warszawy, była akurat w naszym Szpitalu, pojechała w ślad za nimi, swoim „maluchem“ [Fiat-126p]. Jak się okazało, zawieźli ich na Oddział Psychiatryczny w Szpitalu Wojewódzkim w Zgierzu. Była śmieszna wtedy sytuacja, gdyż pomylono mnie z koleżanką z Interii. Któryś z Internowanych na Interii, miał przy sobie jakieś trefne rzeczy i lekarce z Interii, która w tym całym procederze uczestniczyła, wsunął to wszystko do kieszeni jej fartucha. A któryś z „uboli“, to zauważył. Na szczęście stałyśmy na podwórku w kilka osób, i on pomylił ją ze mną. Obie wysokie, obie raczej wtedy ciemne, krótko ostrzyżone i się pomylił. Do Dyrektora… Pani coś wrzucili do kieszenie… Mnie?… Ja dzisiaj nie byłam na Interii, więc odczepcie się ode mnie. W tym momencie Dyrektor powiedział:- Pani doktor jest chirurgiem… No, to tą drugą panią… A Jola, koleżanka z Interii, wrzuciła te trefne rzeczy znajomej pani do torby gospodarczej. Bo ja, odwracając się, zasłoniłam ją. Jola spokojnie przyszła do gabinetu Dyrektora, zdziwiona powodem jej wezwania, i odpowiedziała zgodnie z prawdą, że nie ma nic w kieszeni – Czego ci panowie chcą? Wybebeszyła wszystko z kieszeni fartucha na biurko Dyrektora – jakąś chustkę do nosa, paczkę „Carmenów“ i coś tam jeszcze. Bo to wszystko, już zdążyła upłynnić tam, na podwórzu. Był to taki hecny trochę moment. No i później, bo to wszystko trwało parę godzin – kiedy Internowanych zapakowano do samochodu – przyszli do mojego gabinetu: dr Mazurkiewicz kolega chirurg – też swój człowiek i też brał udział w tych naszych różnych dziwnych rzeczach, państwo Bieleccy – ona lekarz internista, a jej mąż weterynarz – dr Grabowska, oraz Kazimierz Wójciak. On przyjechał – o czym już wcześniej mówiłam – na rowerze do Szpitala, po cywilnemu. Jak usłyszał ode mnie, że zabierają Internowanych, to i on w pewnym momencie się przeraził, bowiem wszystko, co było „trefne“, miał na wierzchu w swoim pokoju. A oni bardzo za nim chodzili i patrzyli.
– Rany Boskie“, co teraz robić?.. A w Szpitalu przecież dalej obstawa „ubecka“. Pamiętam tę „budę“, w której zabrano chłopaków i kilka innych nieoznakowanych samochodów. Mówię do niego:- Dobra, damy sobie radę, ja księdza wywiozę. Miałam wtedy „Syrenę“, super samochód, w kolorze rudym jak licho. Kazałam mu wyjść w określone miejsce. „Syrena“ stała na podwórzu przed Szpitalem. Zakręciłam tak, że podjechałam pod uchylone drzwi, a on skoczył szybko do środka i skulił się obok mnie na siedzeniu, aby nie było go widać. A ponieważ pracowałam również na kolei, to miałam prawo wjeżdżać i wyjeżdżać o każdej porze dnia i nocy. Wywiozłam go, pod Klasztor. Po południu „ubole“ się zastanawiali, gdzie jest ksiądz, bo oni chcieli z nim porozmawiać. Portierka, nie w ciemię bita powiada:- Chyba jest w Szpitalu, bo jego rower tutaj stoi. A ksiądz Wójciak, od świętej niepamięci, zapakował cały swój majdan do samochodu, którym miał wyjechać do Krakowa. Po tym wydarzeniu, już wieczorem, dr Lidia Grabowska przywiozła go do mnie na dyżur. Okazało się, że Internowanych zamknęli na Oddziale Psychiatrycznym w Zgierzu.
O tym opowiedziała mi dr Grabowska, która z ks.Wójciakiem tam była. Siedzieliśmy w moim gabinecie i zastanawialiśmy się, co zrobić z tą wiedzą. Co zrobić, bo to była wielka tajemnica, gdzie ich wywieziono. Lidka mówi:- Pojechałabym do Zgierza, aby zrobić jakiś raban, ale co ja mogę? I tutaj zdobyłam największą pochwałę w życiu, bo zapytałam ks.Wójciaka:- Czy musi koniecznie nazajutrz tą „Nyską“, ze swoimi manatkami wyjechać do Krakowa?.. – No, nie muszę; odpowiedział. To mówię do nich:- Trzeba rano jechać nie do Zgierza, ale do Biskupa Rozwadowskiego. I rano, dr Lidka musiała spać w Łowiczu – może u państwa Lebiodów – pojechali jej „maluchem“ do Biskupa. Przy czym ks.Wójciak, swój strój – sutannę, miał zwiniętą na siedzeniu. Przed wjazdem do Łodzi, przebrał się w krzakach. To już znam z jego relacji. O 8:00 rano, byli już w łódzkiej Kurii. I szok w zgierskim Szpitalu, bo „ubole“ bardzo pilno-wali naszych Internowanych i byli przekonani, że nikt postronny o nich nie wie. Po jakimś czasie, dowiadujemy się, że przewieziono ich do Kwidzynia. A po kolejnych 24 godzinach, znowu są w naszym Szpitalu, bo Kwidzyn [ok.250 km od Łowicza], nie chciał się paprać z chorymi. I nasz Dyrektor, dostał szamotania pępka ze strachu. Bał się ich przyjąć i około chyba 18:00, decyzja:- do północy mają wrócić do Kwidzynia. Niby jak?.. Helikoptera nie było. Trzeba było coś wymyślić, żeby nie jechali do Kwidzynia. A były jakieś telefony między partią, dyrektorem Szpitala, a „SB“ i nie wiem z kim jeszcze. Jeden z Internowanych miał problemy krążeniowe, dostał napadu wieńcówki. Chłopaki – mówię do nich – Nie ma wyjścia, zabieram was moją „Syrenę‘ i postaram się, coś z wami zrobić. I fru… Zawiozłam wszystkich do Łodzi. Było ich czterech. Znowu do Biskupa Rozwadowskiego, bo gdzie mogło być dla nich bardziej bezpieczne miejsce, jak nie w rezydencji biskupiej. A potem z Kanclerzem Kurii ks.Andrzejem Dąbrowskim, jeździłam po Łodzi i szukałam dla nich miejsca. Przez moje prywatne kontakty, ustaliliśmy miejsca dla nich. W Szpitalu im.„Kopernika“ upchałam dwóch, czy nawet trzech, a Marek Niesiołowski miał inny kontakt i on wylądował gdzie indziej. Chyba w Szpitalu „Jonschera“. Potem nawet dostałam piękne podziękowania od nich na piśmie. W tym moim samochodzie był Włodek Gromiec, Krzysztof Turowski, Jacek Bartyzel. I jeszcze najmłodszy z nich; Tomek Mysłek. Oni zostali ulokowani w „Koperniku“, na Urologii. Stawiałam sprawę kolegom lekarzom wprost:- Przyjmuj! Znałam dobrze z-cę Dyrektora Szpitala „Kopernika“, nie żyjącego już dr. Władysława Gossa, do którego pojechałam i on telefonicznie kontaktował się ze swoimi kolegami na zasadzie:- Przyjmij bo…
Bardzo pomógł tymi telefonami. I kiedy o 21:00 ostatni z nich został ulokowany w Szpitalu, to pierwszy i jedyny raz jadąc z Łodzi do Łowicza, miałam wrażenie, że jestem na obcej drodze i że tą drogą, nigdy nie jechałam. W ogóle, nie wiedziałam, gdzie ja jestem. Dojechałam do domu zielona ze zmęczenia i z nerwów, bo to jednak zajęło mi kilka godzin, upchanie tych Internowanych. Po powrocie do Łowicza, nikt o nich nie pytał. Nie wiem, czy w ogóle Kwidzyń został o nich powiadomiony, że oni przyjadą. Aż sama byłam zdziwiona, że to się udało. Jako dziecko konspiratorów wojennych i to dobrych konspiratorów w czasie wojny, miałam to widocznie w genach. Z moją mamą siedzieli wtedy państwo Mazurkiewiczowie, bo moja mama była już niepełnosprawna wówczas. I tak się skończyła moja przygoda z Internowanymi. Chyba miesiąc później wypisano ich ze Szpitali, w których leżeli.
Nigdy nie byłam w więzieniu u Internowanych. A był moment, kiedy mi nawet proponowano zatrudnienie w więzieniu, już po tych wszystkich hecach. Później już, nie miałam kontaktu z o.Miecznikowskim, ale wtedy, kiedy przyjeżdżał do Łowicza, przychodził do mnie do domu, pił herbatę, pogadał. W pewnym momencie powiedział mi:- Zawieszamy Twój kanał.
Z ks.Kazimierzem Wójciakiem, już dawno nie mam kontaktu. Ostatni raz, miałam z nim kontakt po tym, jak wywiozłam internowanych do Łodzi, i kiedy oni dowiedzieli się, że jadę do Zakopanego, to zażyczyli sobie, żeby ks.Kazimierz na Rusinowej Polanie, czyli na Wiktorówkach, odprawił w ich intencji Mszę św. Byłam tam z moimi babami i ks.Kazek, odprawił Mszę św. Potem wyjechał na Białoruś i skończyło się. Nawet nie przyjechał na wręczenie medalu 25-lecia „Solidarności“. Nie wiem, czy go zaproszono, czy też nie, bo tutejszy, krótko internowany pan Wojciech Gędek – rżnie bohatera do tej pory – decydował, kto był ważny, a kto nie. A kiedy było 10.lecie internowań, to nawet nie dopuszczono mnie do głosu, żeby powiedzieć, co się działo, jak służba zdrowia się wtedy zachowywała i co myśmy robili. On siedział tylko cztery, czy pięć tygodni, po czym stwierdzili, że można go puścić. Oglądałam w telewizji reportaż z Mszy św. z okazji 10.lecia stanu wojennego. Było bardzo mało ludzi z „Solidarności“. To było przykre. Nigdy nie zapomnę tej postaci ojca Miecznikowskiego, kiedy przyjechał „na lewo“, wtedy bez przepustki, po cywilnemu. Tak się zaczęła nasza znajomość. Ojciec Miecznikowski był wtedy tylko raz w Szpitalu, a potem przyjeżdżał do więzienia. Nie należało się w Szpitalu kontaktować, aby nie pokazać, że między nami jest jakaś znajomość, relacja:- że my, w jakimś zakresie coś działamy. Kiedy O.Miecznikowski wyjmował u mnie w domu grypsy, moja mama zapytała, czy Ojciec zanadto nie ryzykuje, pokazując te grypsy. Ojciec odpowiedział:- Przecież wiem, w jakim domu jestem.
Bałam się tylko jednego, że jak mnie przymkną, to kto się moją mamą zajmie. Ja pracując, miałam wtedy przeciętną 14,5 godziny pracy na dobę z dyżurami licząc. I tak musiałam zorganizować kogoś pod moją nieobecność, kto byłby z mamą, bo moja mama prawie nie widziała, była po paskudnym złamaniu nogi w kolanie, cały kawałek uda miała roztrzaskany. To była starsza, niesprawna pani, ale z pewnym intelektem, do końca swoich dni. Tylko, tego się bałam. To był jedyny mój strach. A poza tym, wiem jedno, że w takich sytuacjach, tak jak moi rodzice w czasie wojny działali, to jak ktoś portkami trzęsie, to nic nie zrobi. To trzeba iść na chama, na bezczelnego, choćby dr Piotr. Dr Grabowska, przyjeżdżała do państwa Lebiodów. Ich syn Rysiek– wtedy 12-letni chłopak – służył jako goniec. Wieczór, dzwonek do drzwi:- Proszę Pani, mama przesyła dla pani dwa słoiki dżemu…
– To chodź, Rysiu, chodź.
A on wtedy:- Mama kazała powiedzieć, że była pani Grabowska z Warszawy i kazała pani powiedzieć…
Mieliśmy takiego łącznika. Ja się starałam wiedzieć, jak najmniej. Nie wiem, czy Ojciec Miecznikowski był u Lebiodów. Ojciec wiedział, że to jest pewny dom, że tu można śmiało przychodzić. I przeze mnie jest kontakt. Przeze mnie były nawet sprostowania, lub przekazywanie, że temu to, czy tamto jest potrzebne. I potem kiedy Ojciec już oficjalnie przyjeżdżał do więzienia, to mnie już w tym nie było. U dr.Wiki, spotkałam się też z jakimś księdzem, którego nazwiska nie pamiętam. Też prosił o zawieszenie kontaktu, żeby mojego kanału nie używać, bo oni już mają dojście do Internowanych. Przecież, przez te pierwsze pół roku nie było wiadomo co będzie, czy ich ciupasem na białe miśki nie wywiozą.
Chodziło o to, że jeśli na tym łączu, nie było wpadki, jeśli na tym łączu wszystkie informacje przechodziły prawdziwe, to znaczy, że nie było po drodze „wtyki“, która by coś tam zadziałała. Ojciec Miecznikowski już później przyjeżdżał w sutannie, raz czy drugi, nawet do mnie na herbatę i opowiadał co i jak. Przekazywał pozdrowienia od niektórych Internowanych, ale ja już wtedy wyłączyłam te kontakty. Na wszelki wypadek.
Dr Lidia GRABOWSKA.(119)
Mieszkam w Warszawie i byłam w Komitecie Prymasowskim. Co tydzień jeździłam wraz innymi lekarza-mi, do Zakładu Karnego w Łowiczu. Naczelnik więzienia był dziwnym człowiekiem. Zezwalał nam lekarzom, tzn: mnie, dr Danucie Obrowskiej i dr Bożenie Pietrzykowskiej [psychiatra], na rozmowy z Internowanymi w ich celach, bez obecności Funkcjonariuszy. On honorował nasze upoważnienia z Komitetu Prymasowskiego. To my, także kierowałyśmy chorych Internowanych do Szpitala w Łowiczu, lub do Szpitala w Warszawie. Może Naczelnik przewidywał, że to tak się skończy i budował sobie tzw. “asekurację“ na przyszłość. Podczas jednej z takich wizyt w Łowiczu, zbliżając się samochodem do Szpitala – jechałam wtedy razem z córką – już z daleka zobaczyłyśmy wokół, pełno „suk“ milicyjnych. A w Szpitalu, stan popłochu. Spytałam:– Co tu się stało?
Wtedy personel powiedział mi, że „ubecy“ zabrali podopiecznych, ale nie wiedzą gdzie. Skontaktowałam się z dr Ewą Zbudniewek, która opowiedziała mi, co się stało. Szybko wróciłam do samochodu i razem z ks.Kazimierzem Wójciakiem, ruszyłam w kierunku Łodzi. Po kilku kilometrach zobaczyłam na drodze milicyjną „budę“.
Szpital w Zgierzu…Rozmawiałam z lekarzem, który mi powiedział:- Niech pani zaczeka, postaram się skontaktować z moją koleżanką, która pracuje na oddziale psychiatrycznym, bo ona mi powiedziała, że coś dziwnego się tam dzieje.Poczekaliśmy chwilę i kiedy wrócił, powiedział tak:- Rzeczywiście, przyjechały samochody, odgrodzili kawałek Oddziału na Psychiatrii, zasłonili zasłonami i coś się tam dzieje.
Od razu byłam przekonana, że oni tam są. I wtedy pojechaliśmy do Łodzi, do Kurii. Ks.Kanclerz Dąbrowski stwierdził:- Nie będę budził Biskupa, tylko sam zadzwonię. Ks.Biskup miał drzemkę poobiednią, odpoczywał po prostu i Kanclerz zadzwonił do „Ubecji“. I przy mnie, ta rozmowa się odbyła. Powiedział do swojego rozmówcy:– Proszę pana, ja mam tutaj wysłannika z Komitetu Prymasa, podobno państwo porwali ze Szpitala w Łowiczu, naszych podopiecznych. Jeżeli chcę porozumieć się ze swoim Bickupem, to chcę wiedzieć, gdzie, co i dlaczego tak się stało? Bo ja muszę odpowiedzieć Warszawie, bo ks.Prymas się tym interesuje. To oczywiście nie było prawdą. To wszystko było w biegu. W biegu podjęte decyzje, aby jechać i szukać Internowanych. Nawet po drodze, gdzieś w rowie, ks.Kazimierz Wójciak przebierał się w sutannę.
Po odłożeniu słuchawki, ks.Kanclerz powiedział nam:– Ten „ubek“, był mocno zdziwiony, skąd my tak szybko o tym wiemy, że jest to coś nieprawdopodobnego. „Ubek“ powiedział jeszcze:- Spokojnie, ja zaraz wydam decyzję, umówimy się, państwo poczekają, dam państwu eskortę i tam pojedziemy. I tak się stało. Przysłał samochód. Jeszcze po drodze – z córką się uparłyśmy – było to trochę śmieszne, ale i romantyczne, że musimy koniecznie kupić po drodze jakieś kwiaty. Kupiliśmy bukiet biało-czerwonych kwiatów. I jak weszliśmy na ten Oddział Psychiatryczny w Szpitalu w Zgierzu zobaczyliśmy, że wszystko jest zasłonięte. Jacyś panowie w białych fartuchach. Widać było, że mają broń, bo sterczała pod tymi fartuchami, no i nas musieli wpuścić. Przecież powiedziałam – co było nie prawdą – że jestem wysłannikiem ks.Prymasa. I padł popłoch na tych, co ich pilnowali, także na personel Szpitala. Ja nie miałam czasu porozumieć się, ani z ks. Prymasem, ani z ks.Bp. Władysławem Miziołkiem. Bo tak technicznie ks.Bp Miziołek, był szefem tego Komitetu Prymasowskiego na Piwnej. A w tym Szpitalu, Internowani byli zabarykadowani w sali chorych, łóżkami zastawili drzwi, nie chcieli nas wpuścić. Oni strasznie się bali, myśleli, że coś im zrobią, że przymusowo podadzą jakieś leki. W każdym bądź razie, powitanie było bardzo rzewne. Ja się popłakałam. Oni też byli wzruszeni, obejmowali nas, wsuwając liściki do rodzin. Rozstaliśmy się z obietnicą, że zostaną przewiezieni z tego Szpitala do Łodzi. Ja nie rozmawiałam z Ordynatorem, być może ks. Andrzej Dąbrowski. Według mnie, była to pierwsza próba, tzw. „psychuszki“, zastosowania metody sowieckiej, gdzie wsadzano do psychiatrycznych oddziałów. Oni mieli tę świadomość, że jest taka metoda, że mogą zacząć im na siłę podawać jakieś psychotropy, albo jeszcze coś. Ale nie udało się. Przecież oni nie wiedzieli, co oni chcą z nimi zrobić.
INNE:
Dr Andrzej Mazur [TW „Wacław “], został „internowany służbowo“ do ZK Łowicz [zdobył m.in. status doradcy Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego Łódzkiej „Solidarności“], i przebywał w tym Zakładzie Karnym od 11 maja do 26 czerwca 1982r. Dostał wówczas zadanie, by do listy osób podejrzanych o współpracę z SB – przekazanej mu przez więźniów – dopisał trzy nowe nazwiska. Na podstawie notatki, napisanej przez ppłk.Ledzińskiego [Wojciecha – Naczelnika Wydziału V KW MO w Łodzi, odpowiedzialnego za rozpracowywanie „Solidarności“], czytamy:– „Wręczyłem < Wacławowi > sumę 10.000 zł, jako rekompensatę za pobyt bez mała dwumiesięczny – dobrowolny w ośrodku Internowania w Łowiczu. Był tym mile wzruszony“. Po wyjściu na wolność Andrzej Mazur starał się nadal inwigilować i skłócać ze sobą działaczy podziemia […]. Donosił też na księdza [o.Miecznikowskiego SJ] pomagającego więźniom […]. Wśród agentów SB, był osobą wyjątkową z powodu roli, jaką odegrał w inwigilowaniu, dzieleniu i neutralizacji środowisk nie tylko łódzkiej opozycji. Należał do tych współpracowników, którzy nie tylko donosili, ale sami wyznaczali sobie zadania a on konsekwentnie je realizował […]. Mazur zmarł w 1994r. Jego podwójne życie zostało ujawnione dopiero siedem lat później, gdy działacze dawnej opozycji antykomunistycznej mogli zajrzeć do swoich teczek.(120)
Ośrodek dla Uwięzionych, Internowanych i ich Rodzin, przy Kościele o.o.Jezuitów w Łodzi, uznając rodzinę Andrzeja Mazura za poszkodowaną [gdy był w Z.K.Łowicz], przekazywał paczki z żywnością i odzieżą jego żonie i nieletniej córce [od 27 maja 1982r., do 16 maja 1983r.], a także zorganizował dla nich wyjazd na wakacje w dniu 2 sierpnia 1982r.
GŁODÓWKA w Z.K. BIAŁOŁĘKA.
/Zakład Karny, ok.150 km od Łodzi. To największy tego typu obiekt w Europie. Przeznaczony dla około 1.500 osadzonych. Jego projekt został wykonany w 1951 r. Zgodnie z decyzją ówczesnych władz, Nowe Centralne Więzienie (dzisiejszy Areszt Śledczy), zostało wybudowane przez więźniów. Po wprowadzeniu stanu wojennego areszt śledczy wraz z zakładem karnym został największym ośrodkiem dla Internowanych przywódców i działaczy „Solidarności“/.
[…]. “Więźniów rozlokowano w celach z piętrowymi łóżkami. W niektórych celach jest mroźno, w oknach brakuje małych szybek. Na piętrze cuchnie. Kanalizacja jest popsuta, zatkana lub zamarznięta. Więźniowie, którym szybko odczytano obowiązujący regulamin, padają na swe sienniki“.[…].(121)
GŁODÓWKA w Z.K. ŁOWICZ.
ZK Łowicz prowadził głodówkę solidarnościową z Białołęką. I kiedy Ojciec tam przyjechał, nie miał dostępu do Internowanych, ale rozmawiał z Naczelnikiem więzienia i powiedział, aby go jednak wpuścił, to postara się, aby przerwali tę głodówkę. Internowani powiedzieli, że przerwą tę solidarnościową głodówkę, ale muszą wiedzieć, czy Białołęka ją przerwała. Ojciec wrócił do Łodzi i powiedział mi o tym. Przyszła do Ośrodka pani Śliwińska i poprosiłam ją, aby pojechała do Warszawy, do Prymasowskiego Komitetu Pomocy Internowanym i aby się dowiedziała, kiedy Białołęka przestanie głodować. I pani Śliwińska tam pojechała. Ok.16:00 telefon do mnie w Ośrodku, podnoszę słuchawkę i słyszę:- „Można siadać do stołu“. To już wiedziałam, co to znaczy. Powiadomiłam zaraz Ojca o tym telefonie. Zdzisław Krakowiak, jako kierowca był na miejscu, cały czas w pogotowiu i zaraz pojechali do ZK Łowicz. Pół godziny zajęła im jazda do Łowicza. Ojciec poinformował Naczelnika więzienia, żeby chyba ma sposób, aby Internowani przerwali głodówkę. To wtedy Naczelnik odpowiedział:– „To ja Ojca ozłocę, jak się to uda“. No i Ojciec spotkał się z głodującymi Internowanymi i powiedział im:- „Głodówka w Białołęce jest zakończona“. Internowani na te słowa zareagowali, przerywając natychmiast głodówkę. I potem Naczelnik kilka razy pytał się Ojca, co takiego im powiedział, że przerwali tę głodówkę.
W maju pojechaliśmy z paczkami do ZK Łowicz. Była sobota. Ojciec poszedł do Naczelnika więzienia i powiedział:- „Dzisiaj mam dużo paczek z ciastem. A ponieważ wiem, że będzie dużo spowiedzi, jest tutaj ze mną moja współpracownica, i ona pomogłaby mi rozdać te paczki“. Naczelnik zgodził się, poprosił o dowód osobisty. Wjechałam z Ojcem i ze Zdzisławem Krakowiakiem, pod drzwi do wejścia bloku, w którym byli Internowani. Zostało nam przeznaczone jedno z pomieszczeń, gdzie można było paczki rozdawać. Internowani, przychodzili do tego pokoju. Była przezabawna sytuacja, gdyż niemal wszyscy mnie znali – przecież pracowałam w Biurze Prasowym „Solidarności“. Widząc mnie, wydawali różne okrzyki zdumienia. Wydawanie paczek odbywało się bez nadzoru Strażnika, paczki nie były sprawdzane. Byłam też w poszczególnych celach. Zagęszczenie było spore, w każdej celi, ale były otwarte. Były dwa korytarze, przedzielone łącznikiem. Internowani podawali mi grypsy. Służba więzienna szybko się zorientowała, że jestem osobą znaną, że wszyscy do mnie przychodzą i chcą rozmawiać. Zobaczyli, że pomiędzy mną, a wieloma Internowanymi jest pewna zażyłość. Jeden z oficerów zaprosił mnie na herbatę, do pomieszczenia obok gabinetu Komendanta. Andrzej Terlecki mi towarzyszył. Trzeba było o czymś rozmawiać. Spyta-łam:- „Co daje Państwu internowanie tych osób?“. W odpowiedzi usłyszałam:- „No, daje dużo. Oni tutaj mają lepsze wyżywienie niż więźniowie kryminalni. Bardziej kaloryczne. Jest korzyść z tego, bo mamy tu kort tenisowy“. A kiedy Ojciec Miecznikowski, kolejnym razem przyjechał do więzienia, Naczelnik zwrócił się do niego:– „Proszę księdza, ta współpracownica, to nie byle jaka, my już wiemy, kim ona jest“.
W listopadzie, pojechał z Ojcem Miecznikowskim do ZK Łowicz, Biskup Rozwadowski. Był wtedy udzielany przez Biskupa ślub Bogdanowi Markowi Gasińskiemu. Potem było kilka ślubów. Ja też wtedy byłam, kiedy dwaj Internowani brali ślub. Na listę gości mnie wpisali. Ojciec dawał im ślub, w budynku biurowym więzienia, w pomieszczeniu świetlicy. Była ona zaanektowana na kaplicę. Tam Ojciec odprawiał Mszę św. Były też rodziny…Jadwiga Woźnicka opowiadała mi, że jak jechała do Łowicza z małą córką Martą, i chyba też z synem Jackiem, to połowę pasażerów w pociągu stanowiły rodziny, które jechały do więzienia. A mała Marta na cały głos powiedziała do jakiejś pasażerki:- „Proszę pani, a ja jadę do tatusia do więzienia!“. Taka była szczęśliwa, bo wiedziała że jej ojciec siedział za słuszną sprawę.(122)
Z.K. w HRUBIESZOWIE.
/Zakład Karny, ok.430 km od Łodzi. Istnieje od 31 lipca 1968r. Jest typu zamkniętego dla recydywistów penitencjarnych z oddziałem aresztu śledczego oraz z oddziałami typu półotwartego dla odbywających karę po raz pierwszy i młodocianych. Po 13 grudnia 1981r w więzieniu tym, przebywało 150 internowanych. Obecnie może tam przebywać 628 osadzonych/.
…13 lipca 1982r. do Hrubieszowa przyjechało kilka nowych transportów z Łodzi, Warszawy, Kielc, Rzeszowa, Lublina i Krakowa […]. Część z nas łudziła się nadzieją amnestii na 22 lipca. Gdy minął lipiec nastroje uległy radykalizacji. Wtedy właśnie dużo osiągnęliśmy, nawet specjalnie się nie wysilając. Ochrona bała się wtedy jakiejś poważniejszej akcji z naszej strony. Nastroje wśród kryminalnych również były na krawędzi buntu. W celu załagodzenia napięć wymyślono nowy regulamin. W ramach zmian pozwolono nam na posiadanie noży [dotychczas chleb krojono wyostrzonym trzonkiem łyżki stołowej], widelce, maszynki do golenia. […]. 14 listopada 1982r.[…], tuż przed opuszczeniem murów Hrubieszowa przywieziono tutaj autora naszego hymnu więziennego „Idzie Solidarność” – Jurka Kropiwnickiego i kilku innych. Przywieźli oni sporo nowych wiadomości z Mokotowa i Białołęki.[…].(123)
***
Mnie się udało wejść do więzienia w Hrubieszowie. Ojciec Miecznikowski nie wszedł, a mnie się udało.
Naczelnik powiedział, żebym była zapisana jako kuzynka jakiegoś Internowanego. Porozmawiałam z Marysią Luberą, i jak ona pojechała na widzenie do Kazika, to go poprosiła, aby mnie wpisał jako swoją kuzynkę. To ja pojechałam. Kazik Lubera i Jerzy Kropiwnicki mieli wspólne widzenie. Ja z Marysią, siedziałyśmy przy jednym stole z żoną Kropiwnickiego i ich synem. Ojciec miał zakaz wejścia przez władze więzienne i tylko z ulicy mógł machać do Internowanych i wielu go widziało. Pojechaliśmy tam samochodem z Grzegorzem Siewierą, jako kierowcą. A potem drugi raz pojechaliśmy z Grzegorzem, ale wtedy ani Ojca, ani mnie nie wpuszczono. Zostawiliśmy tylko paczki dla Internowanych. Nigdy nie dostał się do tego więzienia. Bardzo nad tym ubolewał.(124)
Z.K. w KWIDZYNIU.
Marek CHWALEWSKI (4).
/Zakład Karny, ok.290 km od Łodzi, typu półotwartego. Przeznaczony jest dla mężczyzn recydywistów penitencjarnych w systemie zwykłym oraz w systemie programowego oddziaływania. Ogólna pojemność Zakładu wynosi 668 miejsc zakwaterowania. W czasie stanu wojennego osadzono działaczy opozycjonistów pochodzących głównie z północno-wschodniej Polski, w sumie ok. 150 osób. 14 sierpnia 1982 r. w Kwidzynie milicja i straż więzienna przeprowadziły brutalną pacyfikację obozu internowania dla działaczy Solidarności. W jej wyniku pobito ponad 80 Internowanych, blisko połowa z nich doznała ciężkich obrażeń. Bezpośrednim powodem protestu podjętego przez Internowanych 14 sierpnia 1982 r. było niewpuszczenie do ośrodka ich rodzin w dniu odwiedzin. W reakcji na protest, władze więzienne i milicja podjęły brutalną akcję pacyfikacyjną/.
…Tutaj mam książkę IPN:- „Sprawa kwidzyńska. Internowanie, pobicie, proces 1982“. Jest tam dokładny spis internowanych, i opis tego, co się tutaj stało. Jak pan widzi, jestem na tych zdjęciach, zrobionych przez funkcjonariuszy „SB“. Jestem w pierwszym szeregu. To ja, z podniesioną ręką, groziłem im pięścią. Przecięliśmy siatkę, przedostaliśmy się na zewnątrz, tam gdzie była administracja więzienna. Od wolności dzieliła nas tylko brama więzienna. Między bramą a ziemią, jest kilkucentymetrowy odstęp. Dziecko, nie wiem, ile miało lat… malutka rączka, włożona w tę szparę…I to dziecko krzyczy:– Tatuś, tatuś, tatuś! A ten oprych, bandyta, funkcjonariusz pałą w tę rączkę. Ja miałem być jednym z tych, którzy nie dają się ponieść emocji, ale w tym wypadku:- O, wy bandyci!… W zasadzie, to do walk pomiędzy nami nie dochodziło. No, bo żeśmy nie mieli żadnych szans. Z wierzy-czek z jednej i z drugiej strony, jeden i drugi Strażnik, mógł zgodnie z przepisami, otworzyć do nas ogień z pistoletów maszynowych. Wezwano Straż Pożarną. Strażacy włączyli motopompę strażacką. No i oczy-wiście, ja tam byłem pierwszy. I pierwszy z tej sikawy oberwałem. Ubrany byłem wtedy w kurtkę skórzaną, prawie nową, sportową dla motocyklistów, przez którą wiatr nie miał prawa się przedostać. Miałem ją zapiętą. Jak dostałem z tej sikawy prosto w piersi, w ciągu jednej sekundy, byłem dokładnie mokry, włącznie ze sznurówkami przy cichobiegach. Takie było ciśnienie, że ta woda przedarła się przez kurtkę, która chroniła przed wiatrem na motocyklu. Nie było przypadku, aby ktoś z Internowanych się nie przewrócił pod wpływem tego uderzenia wody. Jak żeśmy się ganiali po terenie z tą Strażą Pożarną, to w pewnym momencie z budynku administracyjnego zaczęli wychodzić funkcjonariusze, uzbrojeni w hełmy z przyłbicami opuszczanymi, pały szturmowe długie i mieli jeszcze coś pod kurtkami. I doszło do walk, ale my nie mieliśmy szans. Dorwali mnie i pałami po tej kurtce młócili. A ta skórzana kurtka, bułgarska zresztą, nasiąknęła wodą. I jak mi ktoś później opowiadał, aż stanął, aby popatrzeć i śmiał się, że te pałki odbijały się od mojej kurtki, jak od rycerza średniowiecznego.
Uciekamy do bloku, do baraku, gdzie mieszkaliśmy. Pod wpływem tej emocji, tego wszystkiego, niektórzy z więźniów się pogubili. Nie mogli swojej celi odnaleźć. Postawiliśmy barykadę w dużych drzwiach. Ze stołów, z krzeseł, wszystko co było pod ręką. Z biurek strażników, aby dać chwilę czasu, na opanowanie sytuacji przez nas, nie przez tych bandytów. No i to zdało egzamin. O tej barykadzie niewiele jest napisane w tej książce, dlatego, że to pachnie rewolucją.
Broniliśmy się tak długo, ile było można. Ale niedługo. Leje się woda z tych sikawek, leją na korytarze a my rzucamy w nich, czym tylko było można. No i w końcu żeśmy się zdecydowali, aby każdy sobie przypomniał, w której jest celi i uciekamy. No i rozbiegliśmy się do swoich cel. Zamknęliśmy je za sobą. Oczywiście przedarli się. Chodzili od celi do celi i słychać było ryki tych bandziorów, uderzenia pałek, krzyki, hałas przerzucanych i tłuczonych jakiś przedmiotów. Wszystko co tam było potłukli.
W celi była mąka z paczek od Czerwonego Krzyża, cukier, sól. To wszystko razem wymieszali, że już nawet dla świń nie nadawało się do jedzenia. Wchodzą do naszej celi. Ja w celi siedziałem z Januszem Fatygą – w tej chwili innych nazwisk nie pamiętam, ale wzrokowo każdego z nich pamiętam.
Za zgodą Naczelnika, zakładaliśmy sobie nocne lampki. Ja też lubiłem położyć się na łóżku, wygodnie rozciągnąć się i poczytać jakąś książkę. Inni radzili sobie na własną rękę. Chyba, że ktoś sobie nie mógł z tym poradzić i mnie prosił, to ja szedłem i pomagałem. I tylko tyle. Jeden z tych bandziorów zwrócił się do mnie:
– Chwalewski, jesteś elektrykiem, to twoja robota, żeś te lampki pozakładał. Masz to natychmiast pozdejmować, tę prowizorkę!- Owszem, zakładałem, tego się nie zapieram, ale jednocześnie oświadczam, że ja tego zrywał nie będę…
Zawołał kolegów do pomocy. Trzymali mnie za ręce i nogi, i pałą bili po plecach na łóżku. W pewnym momencie jeden z tych Strażników krzyknął: – Puść go! Puść go, natychmiast!
Czy on mi w oczy patrzył, czy coś, bo ja czułem, że rosnę jak na drożdżach, że nie pozwolę się bić i koniec. Jeżeli mnie zabiją to zabiją, ale nie pozwolę się dalej bić. I ten Strażnik chyba wyczuł, że może być przeze mnie drugi bunt. Zostawili mnie i poszli sobie. Za jakąś godzinę, cele się otwierają, słychać krzyki:- Ratunku!
Wszyscy zaniepokojeni w celi. – Co tam może się dziać?
A ja im mówię:- Ścieżka zdrowia, co innego może się tam dziać.
Tak zgadywałem z własnej zresztą praktyki.
– Na korytarz! – padło polecenie. – Zdejmij tę kurtkę. W koszulkach i podkoszulkach tylko!
No, to zdjąłem… Mam tu książkę, napisaną przez pana Włodzimierza Gromca „Pamięć“. I chciałbym prze-czytać tylko jedno zdanie, dot. tej sprawy. Gromiec opisuje krótko tę ścieżkę zdrowia. Opisuje ją tak:
-… „Jest kilka metod, gdzie przez ścieżkę zdrowia można przejść z jak najmniejszymi obrażeniami“. I dalej pisze:– „…Chyba, że tak jak Marek Chwalewski, który sobie przez ścieżkę zdrowia maszerował spacerowym krokiem“. A ja, tak wtedy sobie myślałem: – O, tyle mi zrobicie.
Przyjechał Międzynarodowy Czerwony Krzyż i to nas uratowało, bo przecież tam w Kwidzyniu była śmiertelna ofiara. Chłopaka ze szkoły licealnej zatłukli. Lekarze z tego Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, którzy nas badali, mierzyli głównie długość śladów od pał na moich plecach i nie tylko moich. Śmieszyło mnie to, bo za miarkę służył im krawiecki centymetr, a szerokość… suwmiarką ślusarską, bo można tym dokładniej zmierzyć.
Jest niedziela i nagle słyszę:– Chwalewski, widzenie!
Poszedłem na to widzenie. Przyjechał mój ojciec. Miałem napisany gryps. O taką zapobiegliwość prosił mnie ojciec Miecznikowski, jeszcze w Łowiczu:- Mareczku, zależy mi na informacjach, żeby do prawdy dojść, musi być kilka źródeł. Ja ciebie bardzo proszę.
I ja to robiłem. I udało mi się zawsze takie grypsy w ustach przenosić. Rozbierali mnie do naga – proszę bardzo – ale do ust nie zaglądali. Cienki papierek wkładałem pod język. No i widzenie. Mój ojciec mówi:
– Co tu się działo? Przecież tu wojna, porozbijane meble, talerze, kałuże wody, jakieś skorupy, co się tu działo?
Chciałem powiedzieć, ale byłem pod obserwacją oficera. W pewnym momencie udało mi się podać ten gryps, i oczywiście mój ojciec przekazał go później ojcu Miecznikowskiemu.
– Koniec widzenia!
Było cieplutko, letnia niedziela. Ja w podkoszulku, ładnie ubrany. Wstaję, odwracam się i zdejmuję koszulkę. A Strażnicy patrzą, co ja robię. Zdjąłem koszulkę i mówię do rodzin odwiedzających Internowanych:– Proszę państwa… Tak traktuje klasa robotnicza, robotników. Nie mogli mi przeszkodzić i tego wystąpienia przerwać.(125) [ Oskarżony z art.274§ 2 i 270§ 1 KK ].
Marek CZEKALSKI.(126)
[…]. Moim zdaniem tzw. zajścia w Kwidzynie, zostały sprowokowane przez administrację Ośrodka, celem zaprowadzenia więziennego porządku. Najpierw wstrzymano widzenia. Tłum internowanych zaczął niszczyć siatkę, okalającą wewnętrzny dziedziniec. A niewątpliwie prowokator, próbował rozniecić ogień na dachu jednego z pawilonów – podpalił materac. Ten człowiek, szybko zniknął z Ośrodka i nie było go podczas śledztwa. Regulamin więzienny uznaje fakt podpalenia za dowód buntu więźniów. Dlatego Naczelnik, mógł w tym momencie wezwać nie tylko straż pożarną, lecz także specjalny oddział szturmowy (Atandę). Jako uczestnik i świadek tych wydarzeń stwierdzam: – protest opanowano i stłumiono wszystkimi środkami przymusu – woda pod dużym ciśnieniem, pały szturmowe, uderzenia tarczą itd. I protest skończył się, kiedy pozamykano nas w celach. Lecz wtedy właśnie zastosowano odwet – nie tylko, by nas pobić, ale także poniżyć. Było tak… Internowanych, wskazanych przez służbę więzienną uzbrojona Antanda biła do nieprzytomności. Część więźniów, wypychana z cel, była bita na korytarzu. Jeśli któryś przewrócił się na śliskiej podłodze, wrzeszczano: – Całuj buty funkcjonariusza !!!
Do naszej celi także wpadli. Jeden z nich napluł na obrazek z napisem “Solidarność” i przylepił go Mietkowi Mazurkowi na czole. W ogóle ich agresję budziły wszelkie symbole. Na ścianie był napis “Solidarność”, namalowany przez poprzednich kolegów. Kiedy N.N., próbował nie odpowiedzieć na krzyk:- Zmyj to!..– dostał pałą szturmową w krocze. Zwinął się na podłodze. Nachyliłem się, aby mu pomóc wstać i wtedy sam zostałem spałowany. Śledztwo w tej sprawie było farsą, a sądzono ofiary, nie zaś najbardziej brutalnych funkcjonariuszy. (127)
Mieczysław MAZUREK.
[…]. Najgorsze zaczęło się, kiedy Internowanych zapędzono do cel, bijąc ich i szczując psami. Najpierw usłyszeliśmy klucz w zamku celi naprzeciwko. Słychać było, jak wyciągają ich na korytarz, uderzenia pałek, szczekanie psów, straszny krzyk i płacz bitych. Potem kolejne cele i tak przeszli do drugiego pawilonu. Stamtąd odgłosy były słabsze, a bliżej – nieustanny jęk pobitych. Etap końcowy – cela po celi, tego pałką w genitalia, tamtego zwyczajnie, przez plecy i kipisz, i towarzyszące szykany. W celach, wymalowanych symbolami “Solidarności”, Internowanych zmuszono do zdrapywania malowideł paznokciami. Przez cała noc, słychać było jęki i wołanie o pilną pomoc medyczną. Ale cele były zamknięte i następnego dnia także. I przez długi jeszcze czas. Do Szpitala odwieziono bodaj tylko jednego. Kilka dni później, byłem tłumaczem ekipy Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Widziałem rozległe ślady pobicia pałkami, powyrywane z głów i bród włosy, zdarte paznokcie. Okaleczonych było ponad sześćdziesięciu.[…].(128)
Z.K. w JAWORZU.
/Zamek piastowski (ponad 700 lat). Od 1945r, podlegał Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego – nazywany „Ubojnią“. Miejsce strasznego terroru i bestialskiego mordy, do którego mógł trafić każdy, kto nie zgadzał się z nowym ustrojem. Trafiali tam także tzw. Żołnierze Wyklęci./.
W Jaworzu siedział Stefan Niesiołowski i Jacek Bierezin. Ojciec Miecznikowski pojechał tam z paczką, dojazd tam był bardzo trudny z przesiadkami. Widzenie tylko ze Stefanem Niesiołowskim, trwało ok.1,5 minuty. Ale dla Stefana, było to spotkanie bardzo ważne. A potem Ojciec poszedł na rozmowę do kapelana tego więzienia. Jak rodziny tam jechały, to pakowało się do samochodu więcej paczek, aby część z nich trafiła do kapelana więzienia, aby mógł te paczki dostarczyć w innym czasie, kiedy nie było możliwe, aby rodziny dojechały, albo gdy Ojciec nie mógł.
/ RELACJA PORZĄDKUJĄCA /.
Dr JERZY KROPIWNICKI(129)
13 grudnia 1981r, wracaliśmy z Gdańska do Łodzi. Za kierownicą siedział Andrzej Słowik. Zmiana kierowcy nastąpiła koło Zgierza. Mieliśmy tam tzw.“oponę“, więc trzeba było wymienić koło. W tzw. międzyczasie słyszeliśmy słynne przemówienie Jaruzelskiego, a potem także informacje, o zatrzymaniu szeregu członków ekstremy „Solidarności“ i szła lista nazwisk i na tej liście nazwisk również i my byliśmy. Co stwarzało sytuację… przenosiło ją w kategorie absurdalne, ponieważ siedzieliśmy w samo- chodzie, czy też staliśmy na poboczu, wymieniając koło, a z radia szła informacja, że jesteśmy interno-wani. Przejeżdżał tramwaj od strony Łodzi, wobec tego Andrzej pobiegł i zatrzymał tramwaj, najwyraźniej motorniczy go rozpoznał. Odbyli krótką rozmowę, po czym Andrzej wrócił i powiedział, że w Łodzi spokojnie, nie ma żadnych śladów działań milicyjnych, czy wojskowych. Nic się nie dzieje, po prostu sytuacja jak wczesnym rankiem w niedzielę i już. Za nami zatrzymał się „maluch“, w którym jechali działacze z innego Regionu i oni akurat dostali w Komisji Krajowej długo oczekiwany powielacz. To był mały jakiś Region. Nie pamiętam w tej chwili, dokładnie skąd, gdzieś z południa Polski. Też słyszeli te komunikaty radiowe, no i słysząc, że w Łodzi jest w miarę spokojnie, zapytali czy nie mogli-by zostawić tego sprzętu na kilka dni w naszym mieście, bo nie wiedzą, jak ta sytuacja wygląda tam u nich, na miejscu. Powiedzieliśmy, aby jechali za nami. Więc ruszyliśmy do Łodzi. Mieliśmy pokusę zajrzenia do własnych domów, bo jadąc od tamtej strony, najpierw przejeżdżaliśmy w dość bliskiej odległości od mieszkania Słowika, a potem pod oknami mojego mieszkania, ale doszliśmy do wniosku, że jak wejdziemy do domu, to będzie duża strata czasu. Trzeba się najpierw zorientować co się dzieje w Regionie, bo przecież w budynku Zarządu Regionu, pozostawiliśmy dyżurujących pracowników. Wjechaliśmy do centrum miasta ulicą Piotrkowską. I tak jak dziś, nie można było jechać na wprost, więc jechaliśmy równolegle ulicą Zachodnią, Alejami Kościuszki, no i wreszcie trzeba było wjechać w Piotrkowską. Wjechaliśmy w Piotrkowską, skręciliśmy w prawo w kierunku katedry i budynku Zarządu Regionalnego, no i tutaj szok. Na przestrzeni od bramy dawnych Zakładów „Olimpii“, aż do końca pałacyku, który dzisiaj zajmuje Instytut Europejski, a wtedy mieścił się tam Zarząd ZMS, czy ZSMP stały samochody różnej wielkości. Tzn, stały tam wielkie ciężarówy, z osłonami brezentowymi. Były też takie samochody typu „suka“. Były chyba dwa otwarte samochody, wzorowane na „Willysie“. Nie wiem jakiej marki, bo specjalnie się na tym nigdy nie znałem. I przy tych samochodach, od strony ulicy, stali kierowcy i palili papierosy. Na ogół umundurowani. Od czasu do czasu, ktoś z bramy Regionu wychodził, coś wynosił i wrzucał do tych samochodów ciężarowych. Było ewidentne, że dzieje się coś bardzo niedobrego, bo tych samochodów, trudno było ich wtedy liczyć, ale było ich kilkadziesiąt. Zajmowały sznurem bardzo długą przestrzeń, od strony budynku „Solidarności“. Dobrze, że Andrzej Słowik siedział za kierownicą, bo on jest bardzo dobrym i doświadczonym kierowcą, a nawierzchnia tego dnia była nieprzyjazna kierowcom, bo w nocy spadł tzw. „świeży“ śnieg. Czuło się, że samochód tak trochę zachowuje się jak łódź motorowa, pływa. Dobrze, że nie nacisnął na gaz, bo byłoby nieszczęście. Do dzisiaj ta sytuacja, wydaje mi się takim koszmarnym filmem, bo to wyglądało tak, jak czasami na filmie pokazują jakieś straszne zdarzenie i spowalniają tak, że trwa niesamowicie długo. My, w niewielkim tempie, w samochodzie oznaczonym symbolami „Solidarności“, bo to był ten sam „Fiat-125p“, którym jechaliśmy na Zjazd „Solidarności“ kilka miesięcy wcześniej. Miał na sobie naniesione różnego rodzaju oznaki pisane „Solidarycą“.
I jechaliśmy wzdłuż tego szeregu zadziwionych milicjantów z papierosami w ręku, albo w ustach, patrzących na nas z wytrzeszczonymi oczami. My też na nich patrzyliśmy. I to trwało, trwało, trwało i trwało, aż dojechaliśmy do ulicy, która się dzisiaj nazywa ks.Skorupki. Tam Andrzej skręcił w prawo. Jezdnia tam była dobrze posypana piaskiem i solą, wobec czego przyczepność była dobra, więc Andrzej nacisnął na gaz. Było pytanie, co tak na prawdę się dzieje? Czy to rodzaj takiej prowokacji w stylu „Bydgoskim“, ściśle skoncentrowanym na jednym obiekcie, czy coś o wiele szerszego.
Postanowiliśmy zapytać się członków „Solidarności“ w najbliższym Szpitalu [im.„M.Pirogowa“]. Tam była bardzo silna Komisja Zakładowa. Tam też pracował jeden z członków Zarządu Regionalnego dr. Marek Edelman. Zajechaliśmy pod szpital. Andrzej wyskoczył zza kierownicy, pobiegł do szpitala, aby się zorientować, co się dzieje. Wrócił za chwilę i powiedział, że tak na prawdę, to oni nic nie wiedzą, za wyjątkiem tego, że postawiono ich w stan gotowości medycznej, zawsze wtedy, kiedy spodziewano się w mieście większych zamieszek, czy strajków. Taki stan, podwyższonej gotowości. A drugie ważne stwierdzenie było, że tych lekarzy których znaliśmy jako działaczy „Solidarności“, a także tych członków personelu pomocniczego, w pracy nie było.
Zrozumieliśmy, że sytuacja jest poważna i wobec powyższego w okolice Regionu nie należy wracać i ustaliliśmy, że do poniedziałku trzeba będzie jakoś tam przetrwać. Umówiliśmy miejsce spotkania na poniedziałek. Doszliśmy do wniosku, że w takiej sytuacji na władzy może zrobić wrażenie tylko to, jeżeli Związek w całym kraju zareaguje dokładnie w ten sam sposób, czyli w taki sposób, jaki ustaliła Komisja Krajowa w przypadku wprowadzenia Stanu wyjątkowego. O Stanie Wojennym się nie mówiło, bo to się wydawało absurdalne. Stan Wojenny łączył się nam w wyobraźni – mówię o Związku w całości – z działaniami wojennymi, a nie z próbą stłumienia napięć wewnętrznych. Oceniliśmy, że jest to właśnie sytuacja analogiczna do tej o której mówiły Uchwały Komisji Krajowej, i że wobec powyższego trzeba ogłosić Strajk Generalny, że trzeba, tak jak to się w „Solidarności“ zwykle działo, przejść do Strajku Okupacyjnego, znajdując w jakimś z większych zakładów twierdzę dla takiego strajku. To ustaliliśmy w samochodzie. I następnie ustaliliśmy, że nie będziemy mówili, gdzie każdy z nas będzie przechowywał się do następnego dnia. Kierowca od razu gdzieś poszedł, bo nie było powodu, aby go w te wszystkie rzeczy wtajemniczać. Jechaliśmy z Gdańska z kierowcą, ale właśnie już od Łęczycy, jako kierowca, jechał Andrzej. Kierowcą był łodzianin i był etatowym pracownikiem Zarządu Regionalnego. Wszystkie rozmowy prowadziliśmy bez jego obecności. Nie dlatego, żebyśmy nie mieli do niego zaufania, ale uważaliśmy, że im mniej ludzi wie, tym lepiej. W każdym razie rozmawialiśmy we trzech, bo w samochodzie, było nas trzech członków Komisji Krajowej. Oprócz nas był Włodzimierz Bogucki.
Czwartym członkiem Komisji Krajowej był Grzegorz Palka, ale on został w Gdańsku. W Gdańsku też została pani dr Maria Dmochowska, która członkiem Komisji Krajowej nie była, ale która pojechała tam na spotkanie „Solidarności Służby Zdrowia“. Z nami nie wracała. Włodzimierz Bogucki doszedł do wniosku, że on zostaje po tej stronie ulicy Piotrkowskiej, bo tutaj ma możliwości przechowania się. Natomiast, zarówno Andrzej jak i ja, mieliśmy podobne możliwości. po drugiej stronie Piotrkowskiej. Postanowiliśmy przejechać na drugą stronę Piotrkowskiej tyle, że jak zawinęliśmy od strony szpitala „Pirogowa“ w kierunku Piotrkowskiej i zbliżaliśmy się już do ulicy, jak nam się wydawało w bezpiecznej odległości od tamtej karawany samochodów, to przed nami zaczęła się przesuwać kolumna tych samochodów, które przedtem widzieliśmy pod budynkiem Zarządu. Zatrzymaliśmy się oczywiście w głębi ulicy i czekaliśmy aż przejadą. Do skrzyżowania mieliśmy co najmniej 100 metrów, może więcej. Poczekaliśmy, jak cała karawana nas minie. Wolniutko podjechaliśmy do skrzyżowania i okazało się, że z prawej strony jest zupełnie czysto. W perspektywie ulicy nie było widać, ani jednego samochodu. Żadnego. Również samochodów prywatnych nie widzieliśmy. Żadnych. Z lewej strony natomiast, widzieliśmy ostatnią ciężarówkę z takim białym kołem na klapie. I widać było, że znikają gdzieś w perspektywie Piotrkowskiej, chyba skręcały w ulicę Mickiewicza w lewo, żeby dojechać do Zachodniej. Wobec tego postanowiliśmy przejechać jeszcze raz pod budynkiem Zarządu Regionu wiedząc, że skoro tam nie ma blokad na jezdni, ani nie ma żadnych samochodów, to praktycznie biorąc, jest nieprawdopodobne żeby ktoś z nas, mógł być tam wbrew naszej woli zatrzymany. Przejechaliśmy jeszcze raz pod budynkiem Regionu „Solidarności“. Robił wrażenie pustego. Postanowiliśmy zobaczyć, co tam się tak na prawdę dzieje. Jednocześnie wyszedł z bramy któryś z naszych pracowników.
Dowiedzieliśmy się, że milicja była gdzieś od piątej rano i że bardzo metodycznie otwierali kolejne pokoje, zabierali wszystkie dokumenty jakie się tam znajdowały, każdy kawałek papieru. Przy pomocy specjalnego sprzętu, wyświdrowywali zamki w szafach i wypróżniali wszystko i w dosyć uporządkowany sposób znosili to na dół i ładowali na ciężarówki. Pracownikom kazali siedzieć w jednym z pokoi. I tak to trwało, aż w pewnym momencie zaczęli się bardzo spieszyć. I po prostu, bardzo szybko – już nie w takim porządku – co złapali, to wrzucili do samochodów. Powsiadali w nie, i ta kawalkada ruszyła. Krótko mówiąc, mniej więcej w tym momencie, kiedy dostali sygnał, że widziano nas pod budynkiem, musiała zapaść decyzja z ich strony o opuszczeniu budynku. Sprawdziliśmy, co zostało. Okazało się, że zostały nienaruszone maszyny drukarskie, zostały zapasy papieru, nie naruszono także dość sporych zapasów wydawnictw bezdebitowych. Zostało także trochę sprzętu nagłaśniającego, chociaż jak to się mówi, dla fachowca to było duże wyzwanie, bo te wszystkie tzw.znaczniki, się nie zgadzały. Ale, jeżeli ktoś potrafił to dobrze połączyć, to można się było tym posługiwać, chociaż głos nie był czysty i były tam łomoty i piski. Ale jakoś tam jeden z pracowników okazał się zdolnym pod tym względem i zdołał to tak zmontować, że nie było problemu.
Okazało się także, że jest duży zapas przygotowywanych przez nas, na rocznicę roku 1970, biało-czerwonych flag z czarną krepą, więc kazałem wstawić dwa głośniki w oknie, krepę na sztandary i wywiesić z każdego okna. Budynek zaczął się szybko zapełniać, bo przybiegali członkowie rodzin osób, które były w nocy internowane, oraz niektórzy członkowie Komisji Zakładowych z zapytaniem:- Co robić?.. I tu, już wiedziałem, że jest to koniec, jeśli chodzi o moje plany ucieczki. Po pierwsze: takie bardzo złe wrażenie miałem w momencie, kiedy zdecydowaliśmy się wejść do gmachu. Po dzień dzisiejszy uważam, że to były moje najdłuższe schody w życiu. W głowie coraz wyraźniej tworzył się obraz tego, co może być, nawet trochę przesadny. W każdym razie, określenie Stan Wojenny zaczęło organizować moją podświadomość. I tak, idąc po tych schodach myślę sobie: – Kropiwnicki jeśli rzeczywiście byłeś w czepku urodzony – co podobno jest faktem historycznym – no to, będziesz miał szczęście, jeżeli zostaniesz stąd wyprowadzony w kajdankach na rękach, a jeżeli nie…
Ale trudno, człowiek który został wybrany i któremu powierzono odpowiedzialność, tej odpowiedzialności musi sprostać. Jeszcze miałem nadzieję, że po tym oglądzie pomieszczeń stwierdzimy, że nie ma właściwie czego szukać i zrealizujemy nasze poprzednie plany. A tu z jednej strony jest sprzęt nagłaśniający, są maszyny drukarskie i mnóstwo papieru, a z drugiej strony przychodzą ludzie, którzy powinni wiedzieć, co mają robić, bo przecież Uchwały Komisji Krajowej sam rozpowszechniałem wcześniej w milionowych nakładach, w różnego rodzaju ulotkach i biuletynach. Tymczasem, jest taka sytuacja pod tytułem: „Co my mamy robić?“. No to, zdawałem sobie sprawę, że po raz drugi w historii „Solidarności“ zdarza się taka sytuacja, po raz pierwszy w konflikcie, gdzie ludzie prawdopodobnie ze strachu, czy z lęku, wynikającego z poczucia odpowiedzialności chcieliby, żeby decyzję za nich podjął kto inny. I to nie taką, żeby ona była później podjęta, ale taką, która zostałaby podjęta w tej chwili. Wobec tego poszedłem do Andrzeja Słowika, który w tym czasie rozmawiał z rodzinami, które przychodziły do niego, czy to skarżyć się, kogo aresztowano, czy takich, którzy pytali, co mają robić, i jak to ma wyglądać. Powiedziałem wtedy:- Jest absolutna konieczność wydania ulotki, bo inaczej tego wszystkiego nie opanujemy i wobec tego siadam i piszę.
Łódź, dnia 13.12.1981r.
DO WSZYSTKICH MIESZKAŃCÓW ZIEMI ŁÓDZKIEJ
Dziś w nocy stała się w historii naszej Ojczyzny rzecz bezprzykładna:- Rząd wypowiedział wojnę Narodowi. Uczynił to w 11 rocznicę podobnej decyzji, decyzji która rozpoczęła tragedię i zbrodnię Grudnia 1970. Decyzję podjęli przedstawiciele tej samej władzy, która pod pomnikiem Ofiar w Gdańsku ślubowała Narodowi, że już nigdy więcej…Ten sam Rząd, który nadal zwodzi naród deklaracjami gotowości zawarcia Porozumienia Narodowego.
W nocy, oddziały ZOMO, MO i SB rozpoczęły aresztowania wśród działaczy NSZZ“Solidarność“. W aresztach osadzeni zostali prawdopodobnie prawie wszyscy członkowie Prezydium Zarządu Regionalnego Ziemi Łódzkiej. Do godziny 10:00 w niedzielę, na wolności przebywali Andrzej Słowik i Jerzy Kropiwnicki, którzy w czasie akcji aresztowań znajdowali się w drodze z Gdańska do Łodzi, oraz Kazimierz Bednarski i Ireneusz Kuzan. Aresztowaniami objęto członków Zarządu Regionalnego oraz przewodniczących komisji zakładowych. Oddział ZOMO wtargnął do budynku MKZ, zagarnął wszystkie druki i dokumenty, maszyny do pisania, radioodbiorniki, telewizor i magnetofony. Ogołocone zostały nasze tablice informacyjne. Od północy nieczynne są telefony i telexy. Oczywiście, ta akcja nie zdoła sparaliżować naszego Związku. Nie zdoła zastraszyć naszego Narodu i rzucić go na kolana.
Od 7:15 istnieje Międzyzakładowy Komitet Strajkowy Ziemi Łódzkiej.
MKS Ziemi Łódzkiej zarządza:
1/ Powołać natychmiast Zakładowe Komitety Strajkowe we wszystkich zakładach pracy. W razie ich aresztowań – powoływać następne.
2/ Rozpocząć powszechny strajk zgodnie z instrukcjami Zarządu Regionalnego z marca 1981 roku, od godz.9:00 14 grudnia.
Domagamy się:
1/ Natychmiastowego uwolnienia aresztowanych.
2/ Cofnięcia decyzji o proklamowaniu stanu wojennego.
3/ Zwrotu zagrabionego mienia i dokumentów oraz wynagrodzenia strat.
4/ Zaprzestania zbrodniczej polityki konfrontacji z Narodem.
Strajk trwa do skutku. Odwołać go może jedynie Prezydium Zarządu Regionalnego w pełnym składzie, przed kamerami IV Ośrodka Łódzkiego.
Wzywamy władzę do rozsądku. Metodami gwałtu i przemocy Narodu Polskiego do uległości zmusić się nie da. Kto z naszym Narodem chce osiągnąć uczciwe Porozumienie – musi go traktować uczciwie i z szacunkiem. Potrafimy ponieść cierpienia, aby Polska była Polską. Jest nas 10 milionów.
Jeszcze Polska nie zginęła!
Andrzej Słowik Jerzy Kropiwnicki
Gdzieś grało radio, a w małym telewizorku szły kolejne kawałki programu o stanie wojennym, że jakiś WRON został powołany. A to, o wyciągniętej ręce, jakieś listy ekstremistów, a jeszcze ktoś tam coś oświadczał. No… i napisałem jedną stronę tej ulotki.
Można powiedzieć, że zostało użyte tam zdanie, które przeszło do historii:- „Dziś w nocy stała się w historii Ojczyzny rzecz bezprzykładna: Rząd wypowiedział wojnę Narodowi“.
W pokoju w tym czasie, już było chyba z pięciu, albo sześciu członków Zarządu, w tym znalazł się znowu Włodek Bogucki, który miał się schować i nie wiadomo po co tam się pojawił. Doszedłem do wniosku, że dla dobrego skutku wystarczą dwa podpisy, pozostali niech próbują przetrwać i nie powinni być w sposób wyraźny sygnatariuszami tego, tym bardziej, że nie chodziło tutaj o uchwalenie jakiejkolwiek Uchwały, tylko o przypomnienie, co zostało przez władze Związkowe wcześniej na taki przypadek postanowione. Podpisałem. Andrzej podpisał i zaniosłem to pismo-odezwę do drukarni na parterze, gdzie przebywało z pięć, sześć osób [ w tym: Piotr Lisiewski- drukarz]. W niedługim czasie, było już tych ulotek ponad 10 tysięcy. Jednocześnie zarządziliśmy, że mają być wydawane ludziom za darmo, bez żadnych ograniczeń, wydawnictwa bezdebitowe, no i wszystkie zapasy. Także wszystkie inne druki, czy to były stare wydawnictwa tygodnika „Solidarność“, czy jakieś wydawnictwa Zjazdowe, wszystko to wydawaliśmy ludziom bez ograniczeń, przez okno, na parterze. I to tak trwało, nie wiem, chyba z godzinę. Ludzie się gromadzili przed całym budynkiem. Był już duży tłum ludzi. Wydrukowaną ulotkę dałem do odczytania przez głośnik, ale kolega, [mec. Marek Markiewicz] któremu ją dałem, nie bardzo sobie radził z tym sprzętem i nawet ja, stojąc niedaleko od głośnika nie rozumiałem, co on mówi. Był przyzwyczajony do sprzętu wysokiej jakości, więc wziąłem mikrofon i przeczytałem tę ulotkę tak, żeby ona była czytelna, oddzielając poszczególne wyrazy i poszczególne zdania. To było czytelne. Po reakcji tłumu tam na dole było słychać, że każde słowo dobrze dociera do ludzi. Potem mówię do niego – No… to teraz spróbuj w ten sposób. Sam widzisz, że to nie jest ani radio ani telewizja, tylko zestrojony sprzęt, taki jaki nam się udało reaktywować.
Zostawiłem tam tę ekipę, która dawała nagłośnienie, kazałem zostawić część ulotek dla potrzeb zgłaszających się Komisji Zakładowych, a resztę po prostu rozdawać ludziom. Nie rzucać, tylko rozdawać. Mieliśmy świadomość, że jak się rozrzuci, to część w tym śniegu się zniszczy. Członkowie Komisji Zakładowych także je brali, m.innymi; wziął także paczkę takich ulotek Longin Chlebowski, który był wtedy szefem Komisji Zakładowej w MPK i który zapewnił rozrzucanie także tego po mieście. Nie wiem, czy tego samego dnia to zrobił, w późniejszych godzinach, czy następnego dnia rano. W każdym razie, to już jego trzeba zapytać, jak to się odbyło. W sumie, było nas w lokalu z sześciu członków Zarządu, może nawet siedmiu i gdzieś z dziesięciu różnych ludzi, którzy byli w bliskim kręgu Prezydium Zarządu, jak np. mec. Rafał Kasprzyk, który był doradcą Prezydium Zarządu Regionalnego z którym zresztą rozmawialiśmy na temat tego, co on, jako prawnik, jest w stanie powiedzieć na temat tego Stanu Wojennego. Jego zdanie było takie, że mamy do czynienia z jakąś bezprawną awanturą, która ma wszelkie cechy zamachu stanu, gdyż nie spełnia po prostu kryteriów prawnych, jeżeli chodzi o proklamacje Stanu Wojennego.
W pewnym momencie jeszcze poszedłem do innego pomieszczenia i kazałem tam zamknąć drzwi. Nagrałem na kasetę dwudziestoparominutowe przemówienie. Jak skończyłem nagrywać, dałem je do odtwarzania, na przemian z tamtą ulotką. A tam w międzyczasie, przez to samo okno, już całą akcją dyrygował nasz Komisarz Strajkowy, który niestety później bardzo źle się spisał, Marek Burski [podpisał „lojalkę“]. Na przemian puszczał kasetę, czytał ulotki, intonował pieśni i w ogóle był bardzo aktywny. Przyjechała karetka pogotowia z panią dr [Anną]Jakuszewską. Pani doktor podeszła do mnie i powie-działa: – Przyjechałam, aby Pana zabrać i przechować.
– Dziękuję bardzo, ale do prowadzenia dalszej walki, a w szczególności, jeżeli trzeba kierować strajkiem, to do tego lepiej nadaje się Andrzej Słowik. Co do mnie, to owszem, ale proszę najpierw jego schować, a ja tu mam, jeszcze parę rzeczy do zorganizowania. Jak zorganizuję wszystko, to też chętnie będę się ewakuował. Na razie póki ten tłum, póki ludzie tutaj przychodzą, to nie bardzo mogę to zrobić.
Ona uznała, że to jest słuszne.
– Wobec tego, przyjadę ponownym kursem.
Poszedłem do Andrzeja i przekazałem mu, że jest taka sytuacja. Andrzej zaczął się pakować. I w tym momencie, mój przyjaciel Rafał Kasprzyk mówi:- Andrzej, jeżeli stąd wyjdziesz, to ludzie powiedzą, że uciekłeś jak szczur z tonącego okrętu.
– Oczywiście…:(130)
Andrzej ma bardzo silnie rozbudowane poczucie godności. Kurtka z powrotem na wieszak i jak by było mało tego, to zdjął buty, założył papcie i siadł za biurkiem. A to był ostatni moment, w którym mógłby stamtąd wyjechać. Straciłem następnie pół godziny, aby go o tym przekonać. Najpierw obrugałem Rafała, że się tutaj wygłupia, że tu chodzi o dalszą walkę, a nie ucieczkę z pola bitwy. I że do tego, aby prowadzić ten symboliczny opór na miejscu, to wystarczy, że ja jestem tutaj, a wszyscy inni, powinni się czym prędzej stamtąd ewakuować, szczególnie te osoby, które mają jakieś znaczenie w swoich zakładach pracy i odliczyć się jutro w zakładzie pracy. I robić to, co w ulotce jest napisane i że bardzo proszę, żeby nie próbowano nas zastępować w kierowaniu akcją. Ustalenie jest takie: ja zostaję tutaj, póki będzie można. Ci, którzy są z Komisji Zakładowych, mają stąd zniknąć. A ci, którzy są członkami Zarządu, mają się stąd ewakuować. Andrzej ma się ukryć, takie są wyraźne dyspozycje i proszę się w to nie mieszać. I to zostało przyjęte. Ale niestety, w tym momencie dostaliśmy wiadomość z dołu:- „Sierżant Garsija“ pałą rozbija tablice informacyjne na zewnątrz budynku!
Za chwilę przeszliśmy na drugą stronę pokoju – bo my byliśmy w pokoju w którym okna wychodziły na podwórze – więc przeszliśmy na tę stronę od ulicy, aby zobaczyć, co się dzieje. Okazało się, że od strony pl.Wolności nadjechała kolumna samochodów, z której wysypują się milicjanci, a pod bramą budynku, gromadzi się taka grupa ludzi w czapeczkach narciarskich, mających w ręku, jakieś różne przedmioty, które nam się wydawały, raczej mało milicyjnym sprzętem. Ktoś krzyknął:- Widzę siekierę!.. A ktoś inny:- Widzę łom!… No i, za chwilę oni rozchylili skrzydła bramy, bo skrzydła te były tylko przymknięte. Rozepchnęli tę bramę i na schodach usłyszeliśmy tupot, a pokój w którym byliśmy, coraz bar-dziej zapełniał się ludźmi. Po czym w pokoju w którym urzędował Andrzej Słowik, pojawił się wojsko-wy, w stroju moro, w stopniu kapitana. A z nim, jeszcze kilku, trudno powiedzieć, czy to byli tylko wojskowi, bo moro wojskowe i milicyjne były do siebie bardzo podobne. Wszyscy z „kałaszami“. Przy nim, jakiś cywil, który podszedł do Andrzeja i oznajmił:- Koniec tego działania, ma obywatel opuścić lokal razem z nami.
– Jestem u siebie w pracy – odrzekł Andrzej ze spokojem w głosie: – A jeżeli pan ma jakiś interes, to niech najpierw się wylegitymuje i poda przyczyny, dla których się tu znalazł, bo ja pana i jego kolegów tutaj nie zapraszałem.
Ja w tym czasie stałem obok, bo kiedy oni wpadli, to nas porozdzielali. Stałem w jednym miejscu, blokowany tam przez dwóch, czy trzech funkcjonariuszy, a Andrzej za biurkiem blowany od reszty przez dwóch, czy trzech uzbrojonych funkcjonariuszy. Pozostałych, zgromadzono pod ścianą i też izolowano od reszty. I tutaj, zupełnie jak w komicznym filmie; raptem do pokoju sekretariatu, nie wiem jakim sposobem, wtargnął Wojciech Mantaj z aparatem fotograficznym i spytał:- Czy mogę robić zdjęcia?.. Ten cywil odwrócił się do niego, wziął ten aparat za obiektyw – a to był bardzo porządny aparat – i po prostu palnął tym aparatem o ziemię. I to była dla mnie, mniej więcej odpowiedź. Chyba Mantaj w tym momencie zrozumiał, co tak na prawdę się dzieje. Następnie, zaczęło się wyprowadzanie nas z lokalu, przy czym, mnie wyprowadzono jako przedostatniego. Przede mną z boku i za mną, byli funkcjonariusze z „kałaszami“. W sumie szedłem, jak to się mówi, w takim czteroosobowym „kokonie“. Zszedłem stamtąd jako przedostatni, a za chwilę do tego samego samochodu sprowadzono Andrzeja. To był samochód w którym mieściło się kilkanaście osób, w tym żona Andrzeja Słowika. Jadąc później tym samochodem żartowaliśmy, że nareszcie ma możność widzenia się z mężem. Jechaliśmy dosyć długo i pewnym momencie samochody stanęły i okazało się, że jesteśmy na dziedzińcu ul.Lutomierskiej. Słyszeliśmy, że pozostałe samochody, w których też było mnóstwo ludzi, są tam rozładowywane i że milicjanci pokrzykiwali:- Szybciej, szybciej! Bieg, bieg! Ruchy, ruchy!… I takie tam okrzyki. Po czym, z naszego samochodu zaczęli wyjmować ludzi, ale już pojedynczo. Wzięli Marka Burskiego, potem wzięli Marka Markiewicza, więc w tym momencie mówię do Andrzeja:- Oni będą chcieli tutaj zmontować jakiś program, ale pamiętaj, żeśmy w ulotce napisali, że tylko w takich warunkach, kiedy będziemy mieli możliwość swobodnej wypowiedzi, a tutaj, nie jest na to miejsce. Będę z milicjantami robił program telewizyjny?…Kiwnięcie głowy Andrzeja, zbiegło się ze słowami wypowiedzianymi z ekspresją przez Rafała Kasprzyka:- Jeżeli o mnie chodzi, to podpiszę wszystko, co mi dadzą do podpisania i spier… Biorę się do roboty podziemnej – czy jakiejkolwiek – do protestu, do strajku.
To pierwsze pojęcie, wtedy jeszcze nie istniało, myślało się o organizowaniu strajków. Doszliśmy z Andrzejem do wniosku: że nie ma mowy, my niczego nie podpiszemy, nie ma takiej możliwości. No to Rafał, chwilę pomyślał i powiedział:- Wy jesteście osoby symboliczne, a ja nie.
Znowu to tak trwało, że nas po kolei stamtąd wypraszano. Wyszedłem przedostatni, Andrzej po mnie. W gmachu Wojewódzkiej Komendy przebywałem w różnych pokojach. W pewnym momencie, byłem w takim pokoju, który wydawał mi się czymś na kształt katafalku. To znowu w jakimś pomieszczeniu, gdzie dziesięć stóp było od ściany do ściany. Dlaczego mnie tak przemieszczano, nie mam pojęcia. Wreszcie zaprowadzono mnie do gabinetu, gdzie siedziało dwóch „cywili“. Zaproponowali podpisanie „lojalki“. Odmówiłem. Poinformowali, iż została podjęta decyzja o internowaniu mnie. Pierwsze wezwanie dostałem do gabinetu, w którym był prok.Zygmunt Tomżyński. Od razu powiedział, że będzie pro-wadził przesłuchanie, oraz, że zmienił się mój status z internowanego na tymczasowo aresztowanego. Przedstawił mi taki kwestionariusz przesłuchania, wypełnił dane osobowe, po czym odczytał dość monotonnym głosem:- „ Poinformowany, o prawie odmowy do składania zeznań… Oświadczam że… itd.
A ja oświadczyłem, że będę składał zeznania tylko w obecności mojego adwokata. Formuła z kryminalnych filmów amerykańskich.
– To znaczy się… Odmowa zeznań?
– Powiedziałem, co powiedziałem.
– No, to tak zapiszę. To proszę to podpisać.
I na tym to się skończyło. Odprowadzono mnie do celi i za kilka godzin wezwano mnie z całym ceremoniałem ponownie.
Słychać było:- Góra!, Dół !… Jakieś takie okrzyki:- Idzie!.. Dawaj!..
Przeprowadzono mnie po schodach, prowadzono jakimiś korytarzami, istny labirynt.
…- „ Przyprowadzono mnie z „dołka“…, z ciemnej i brudnej nory do jasnego, czystego, normalnego biurowego pokoju. Zarośnięty, nieświeży, ze zmrużonymi od blasku jasnych żarówek oczami. […].(131)
Siedziało tu dwóch panów: przedstawili się jako vice-prokuratorzy wojewódzcy. Kazano mi siadać na krześle, wtedy funkcjonariusze wyszli. Oprócz dwóch vice-prokuratorów – Zygmunta Tomżyńskiego {Wojciecha] Ekierta był Aplikant, młody chłopak.
No i zaczęli ubolewać, że to tak wszystko się źle skończyło, a mogło się skończyć lepiej, po czym oświadczyli, że oni tutaj wezwali mnie na zapoznanie się z aktami sprawy, ponieważ przeciwko mnie będzie skierowane oskarżenie i będę miał proces karny.
– Podjęta została decyzja o aresztowaniu pana. Chyba, że podpisze pan dokument, który zaraz przedstawimy.
Wtedy jeszcze nie miałem żadnego doświadczenia więziennego, więc nie zażądałem żadnego długopisu, ani ołówka, ani kartki, tylko próbowałem pamięciowo opanować, co tam takiego było. Czytałem akta sprawy: tekst ulotki, zeznania świadków, akt oskarżenia. Panowie prokuratorzy cierpliwie czekali.Były zeznania niektórych osób, które z nazwiska znałem. Niektóre z nich, wzbudziły mój niesmak i zdziwienie, bo były to zeznania osób albo przestraszonych bardzo, albo współpracujących, którzy wszystko wiedzieli, wszystko widzieli. A w szczególności zwróciły u mnie uwagę zeznania jednej z osób, której zupełnie nie znałem. Ten człowiek pisał, że przyszedł do znajomego, jakiegoś tam pana Marszała, który pracował gdzieś w poligrafii i ten człowiek, którego w żaden sposób nie kojarzyłem, wszystko widział, wszystko wiedział. I od razu wiedział o co chodzi. Wiedział, że jest Stan Wojenny, wiedział jakie przepisy w tym Stanie Wojennym obowiązują i wiedział, że my je świadomie łamaliśmy. Można powiedzieć, świadek obdarzony panoramicznym oglądem sytuacji i zdolnością bilokacji, ponieważ wiedział, co się dzieje na poszczególnych piętrach tego budynku i miał na dodatek dużą swobodę obecności w gabinecie Przewodniczącego Słowika, drukarni i wszędzie. Bardzo bogate zeznania. Były także zeznania niektórych kolegów z Prezydium Zarządu Regionalnego, co było dla mnie przykrą konstatacją. Odnotowałem, że to kolejna taka przykra sprawa, bo w dzienniku „Głos Robotniczy“, który nam dano na chwilę do ręki w łęczyckim więzieniu, znajdowało się także oświadczenie, Marka Burskiego, człowieka, który był Komisarzem Strajkowym Zarządu Regionalnego i który w znacznej mierze kierował tamtą akcją pod budynkiem, w sensie technicznym. To on tam uruchamiał odtwarzanie nagrań, on wręczał mikrofon temu, kto miał czytać ulotkę, czasami sam ją czytał, intonował pieśni patriotyczne. A w ogóle uchodził w „Solidarności“ za czołowego radykała. Takie jego ulubione zdanie, które wygłaszał przy każdych okazjach, kiedy myśmy się zastanawiali, w którym momencie akcję wyhamować, bo może być niebezpieczna dla ludzi, bo możemy sprowokować uderzenie sił milicyjnych w Zakładzie, który nie ma specjalnie możliwości obrony, to on zawsze mówił: – Co…, już u was „gaciuwa“? A tutaj okazało się, że to był biedny chłopak, którego starzy wyżeracze z KOR-u, KP-u, ROPCiO, chcieli wyprowadzić na manowce i on teraz zrozumiał, co za fatalna ścieżka przed nim była i on wobec powyższego chce żyć i apeluje o przerwanie wszelkich strajków i akcji protestacyjnych… “Jako były komisarz strajkowy Zarządu Regionalnego NSZZ „Solidarność“ na teren regionu łódzkiego, zwracam się do wszystkich moich kolegów związkowców, do wszystkich ludzi, którzy gotowi są wysłuchać mojego oświadczenia…Teraz, gdy obowiązuje stan wojenny, chcę powiedzieć, że nie wezmę na swoje sumienie odpowiedzialności za życie i zdrowie ludzi, za narażenie ich na skutki przeciwstawiania się władzy. Chcę pomóc wszystkim skołowanym ludziom, którym brakuje wyobraźni, co może się zdarzyć, którzy myślą, że ciągle jeszcze coś jest na niby…
Ale od chwili powstania naszego Związku, zaczęli się kręcić wokół niego różni ludzie. W Łodzi do Zarządu Regionalnego przychodzili z KOR, KPN, ROPCiO… Gdy odmówiłem użycia swego nazwiska, na przykład nie chciałem należeć do założycieli Korowskich Klubów Samorządnej Rzeczypospolitej, ludzie ci przestali utrzymywać ze mną jakiekolwiek kontakty. Pamiętam, jak członek KOR, Józef Śreniowski, obiecywał, że powymiata z Zarządu Regionalnego wszystkich, którzy nie chcą robić tego, czego chce KOR. Teraz rozumiem, że chcieli oni nasz związek wykorzystać dla siebie, że po naszych plecach chcieli wspinać się po władzę…Dziś widzę, że dalej wielu z tych, którzy chcą walczyć z władzą, wykorzystuje do tego związkowców. Oni podburzają do strajków, wychodzenia na ulicę…Koledzy, wzywam was do rozwagi i do zrozumienia sytuacji w jakiej znajduje się Polska. Wierzę, że większość z was myśli podobnie i dlatego zdecydowałem się na napisanie tego oświadczenia. Łódź, dnia 19 grudnia 1981r. Marek Burski.(132).
Cała ulotka wskazywała na dobre pióro dziennikarskie, tak jak dobry dziennikarz usiłuje się wcielić w robotnika i potem dowiedziałem się, że rzeczywiście jeden z łódzkich dziennikarzy to zredagował, a Marek Burski bez jakichkolwiek kłopotów to podpisał. To wtedy, kiedy nas na dziedzińcu na Lutomierskiej wyciągnięto z samochodu i zamknięto tam, przed wywózką do Łęczycy. Dlatego jego nie było wśród osób wywiezionych do Łęczycy.
Tzw. „lojalka“ podpisana przez Marka Burskiego.
…Łódź, dnia 13.XII.1981. Burski Marek, Łódź ul. […].
OŚWIADCZENIE
Ja, niżej podpisany oświadczam i zobowiązuję się do zaniechania wszelkiej działalności szkodliwej dla Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, w szczególności do przestrzegania obowiązującego porządku prawnego.(133) Burski Marek
W tym dokumencie, który dostałem do przeczytania, były różne zeznania na temat: co my robiliśmy, a czego nie robiliśmy, no i na sam koniec był sformułowany zarzut, w którym było napisane, że jestem oskarżony z Dekretu o Stanie Wojennym, art.46.1.2. Nie było informacji na temat wysokości wyroku, więc jak to już przejrzałem, spytali czy sobie jeszcze tutaj czegoś życzę… Powiedziałem, że mam kilka pytań, ale czy mógłbym prosić o szklankę wody. I w tym momencie wyszedł aplikant, po tę wodę…Proszę, jakieś pytania?…Tak. Pierwsze moje pytanie: o co chodzi w tym Dekrecie o Stanie Wojennym i w tym konkretnym artykule, bo nie wiem, nie znam. No, tak…Dekret o Stanie Wojennym został przyjęty przez Radę Państwa, i on w tej chwili jest dobrze znany. Art.46 mówi o kontynuowaniu działalności związkowej w warunkach Stanu Wojennego. Punkt pierwszy mówi o kierowaniu akcją protestacyjną, punkt drugi o organizowaniu akcji protestacyjnej, albo odwrotnie. W każdym bądź razie, jeden z nich mówił o organizowaniu, drugi o kierowaniu. Przeczytałem ten dokument. Moje podstawowe zastrzeżenie do tego dokumentu brzmi tak:- Sugeruje się, że prowadziłem działalność nielegalną, kiedy działałem zgodnie z wszelkimi zasadami prawa, bo „Solidarność“ była organizacją legalną. Całość jej działania była legalna, bo było to zgodnie i z prawem polskim i z konwencjami międzynarodowymi…
– „…Ma pan jeszcze jakieś pytania? Proszę pytać, panie Kropiwnicki, proszę pytać, panie doktorze. Te artykuły?.. To z Dekretu obejmującego przepisy karne stanu wojennego. 46.1., mówi o kontynuowaniu działalności związkowej. 46.2., o kierowaniu akcją protestacyjną. Zagrożenie? (spoglądają na siebie, smutnie kiwają głowami). Proszę zrozumieć. Nie będziemy panu stwarzać fałszywych nadziei..Zbyt wiele szacunku..Panie doktorze, proszę zrozumieć, stan wojenny, to rodzaj terapii wstrząsowej dla społeczeństwa. Bardzo ostrej terapii. To może wymagać także ostrych kar. Bardzo ostrych. Proszę zrozumieć, panie doktorze. Na dzień dzisiejszy – to oczywiście może się zmienić, ale na dzień dzisiejszy, to tak na 99 procent – będziemy musieli domagać się kary śmierci…“.(134)
W momencie, kiedy on to wypowiadał, wszedł ten Aplikant ze szklanką wody i połowa szklanki mu się wychlapała, ze względu na emocje jakie tutaj poczuł. Widocznie się tego nie spodziewał. W każdym razie wyglądało na to, że jest bardziej zszokowany niż ja.
– … I to bardzo prawdopodobne, że taki wyrok zapadnie. I zostanie w krótkim terminie wykonany. Pan rozumie: społeczeństwo musi przeżyć wstrząs. Terapia szokowa...
Coś jeszcze mówią, nie słyszę ich. Wierzę im. Uwierzyłem im. Są zmartwieni, jest im przykro […]. Gdyby powiedzieli mi to w śledztwie, traktowałbym to jako grę. Jako pogróżkę, której celem jest „zmiękczenie“ mnie, wymuszenie jakichś zeznań, może nawet wymuszenie podpisania jakiegoś parszywego oświadczenia – takiego, jakie podpisał nasz komisarz strajkowy Marek Burski. Ale śledztwo już się skończyło. Akta podpisane i oddane. Koniec sprawy. Teraz już tylko sąd. Oni nie mieli już żadnego interesu do mnie. Uwierzyłem, uwierzyłem i ze zdziwieniem stwierdziłem, że nie wzbudza to we mnie paniki. Pierwsza myśl: -Jak to dobrze, że nie dwa lata wcześniej. Człowiek musi kiedyś umrzeć. Gdyby zdarzyło się przed 1980 – jakoś głupio. Żył, umarł – nic. Ani życie specjalnie ciekawe. A tak – nażyłem się przez półtora roku! Boże, jak ja się nażyłem! Czułem, że żyję! Te kilkanaście miesięcy warte są takiej ceny. I taka śmierć. Ona może się przydać. Może posłużyć sprawie, dla której żyłem…Później, gdy już wiedziałem, że wyroku śmierci nie będzie, wielokrotnie wracałem do tej rozmowy. I utwierdziłem się w przekonaniu, że rozmawiali ze mną szczerze. Że wariant „społecznej“ terapii rzeczywiście był (przynajmniej dla nich) realny![…].(135) Wypiłem tę szklankę wody.
– Czy coś jeszcze, panie doktorze?
– Więcej pytań nie mam.…Bałem się bicia, bałem się innych dotkliwości życia więziennego. Bałem się kolegów. Ale śmierci nie. Przecież ja uwierzyłem we własną śmierć. Umarłem wtedy, 16 grudnia 1981 roku. Od tej pory żyję „na kredyt“. Przeżyłem własną śmierć. Nie można umrzeć dwa razy. Może kiedyś znowu zacznę bać się śmierci. Gdy uwierzę w życie, w jego trwałość. Teraz nie boję się. Śmierć. Problem jedynie w tym, by nie była bezużyteczna. Wtedy, 16 grudnia 1981 roku, nie byłaby.Teraz? […]. Wdzięczny jestem panom wiceprokuratorom wojewódzkim, że uwolnili mnie od lęku przed nią? […]. Przeczytałem, podpisałem. Aplikant zabrał akta.(136).
Odprowadzono mnie do celi, a po drodze sobie tak myślałem…- No, kiedyś człowiek musi umrzeć. Dzisiaj jestem dosyć zdziwiony swojej tamtejszej reakcji, bo ona była, zupełnie taka spokojna i aż za bardzo racjonalna. Gdyby to było dwa lata temu, to… Był, żył, śladu na ziemi nie zostawił, może się dobrze zapowiadał. A tak, no to człowiek przez ten czas, zdążył coś zrobić i dobrze, że tyle udało się zrobić, bo tego już zapomnieć nikt nie potrafi.
Ledwie się tam, zdążyłem położyć na swoim materacu, gdy wezwano więźnia, który leżał dokładnie naprzeciwko drzwi. Przez tzw.„judasz“, czyli „kukiel“, rodzaj takiego otworu przez który strażnicy kontrolują co się dzieje w celi, widzą kilka materacy, które znajdują się naprzeciwko. To był więzień, podobnie jak i pozostali w tej celi, aresztowany za przestępstwa kryminalne, za jakieś kradzieże, za jakieś pobicia. W ogóle w celi, poza odchodami, śmierdziało także rzygowinami, ponieważ od czasu do czasu, zamykano pijaczków. No więc, człowieka ze środka tej pryczy wezwano na zewnątrz, pozostali w tym czasie wypytywali mnie:- Co tam, tego?…
– Prawdopodobnie będę miał „czapę“.
– Niemożliwe…
Wówczas nie mówiłem jeszcze, że będę miał „czapę“, mówiłem, że będę miał wyrok śmierci. Wrócił z korytarza ten wezwany na rozmowę więzień i mówi do mnie:- Zamieniamy się na materace.
Wtedy jeszcze nie zwróciłem uwagi, jak ważna to była decyzja. Jeszcze nie miałem tego doświadczenia. Dopiero później, skonstatowałem te wszystkie rzeczy, że więźniowie w takiej celi starali się być, jak najdalej od tej śmierdzącej „bomby“ i wobec tego ustalono zasadę, kto ostatni ten najbliżej niej, a ten więzień, proponuje zamianę i mówi:- Pan se, tutaj dużo czyta, to lepiej tutaj.
Podziękowałem i się przeniosłem oczywiście. Za chwilę facet odzywa się:- Będzie miał „czapę“.
Zdążył to powiedzieć, wezwano na korytarz dwóch kryminalistów, jednego z lewej, a drugiego z prawej strony. Tamci po kilku minutach wrócili mówiąc: – Będziesz miał „czapę“. A my mamy ciebie pilnować, żebyś sobie krzywdy nie zrobił.
Przez całą noc, nie wyłączono światła nad drzwiami, no i było widać, że dość często strażnik z tamtej strony odchyla zasłonę „judasza“ i zagląda do środka. A ja, spałem nieźle. Nie miałem problemów z zasypianiem. Jak już zasnąłem, to już nie wiedziałem, czy zagląda strażnik, czy nie zagląda. I aż do rana tam byłem. Rano znowu wyprowadzono mnie z celi. Odciski palców, fotografia. Nie ma mowy o tym, aby się facet uczesał, nie ma mowy o tym, aby się facet ogolił. Wyciągają z ciemnej celi do prześwietlonego pokoju i robią zdjęcia w kontrastowej technice, więc potem taki facet na zdjęciu wygląda jak „dziesięć lat bez wyroku“, bez potrzeby przeprowadzania rozprawy.
Jeszcze jakiś czas, przesiedziałem w innej celi samotnie, bez okien i po ciemku. Po czym drzwi się otworzyły i wezwano mnie do więziennej „budy“. A w niej, już siedziało kilkanaście osób z różnych Komisji Zakładowych, w tym jeden mocno podpity mąż jakiejś włókniarki, który tam trafił, bo przyszedł awanturować się, że mu żonę zamknęli. Na dziedzińcu stało kilka tych „bud“, a potem okazało się, że dwie lub trzy z nich rzeczywiście zajechały do punktu docelowego. Jechaliśmy kilkadziesiąt minut. Punktem docelowym było więzienie w Łęczycy. Wśród tych osób, które ze mną jechały, był Andrzej Słowik, a na miejscu ze zdumieniem stwierdziłem, że jest także dr Marek Edelman, Andrzej Woźnicki, i Mieczysław Malczyk, oraz przewodniczący z „Uniontexu“. Krótko mówiąc, za wyjątkiem jednej osoby, która w tym towarzystwie jakoś odbijała od tego wszystkiego, był I.Sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej w jakiś zakładach, który najbardziej martwił się o to, że jego tutaj zamknęli, a na działce ma króliki i one mu powymarzają i zdechną. Muszę przyznać, że kiedy wezwano mnie na rozmowę do Naczelnika więzienia – zresztą bezprzedmiotową w sumie – to próbowałem interweniować w sprawie tego człowieka tłumacząc, że to nie jest członek „Solidarności“.
– Nie bardzo rozumiem tej sytuacji? A w tym niezrozumieniu, dostrzegam brak logiki, skoro razem z nami siedzi Sekretarz “POP“ PZPR. Więc, jest jakieś zupełne pomieszanie w tym względzie.
Obok Naczelnika więzienia siedział facet w cywilu, który się nie przedstawił. Naczelnik wysłuchał to, co powiedziałem i stwierdził, że on ma do mnie właściwie tylko jeden rodzaj informacji.
– Bierzemy z każdej celi po jednej osobie, aby przekazała pozostałym tę wiadomość, że jesteście na statusie internowanych. I ten stastus w tej chwili został wstępnie określony, jako status tymczasowo zatrzymanych i że wobec powyższego, będziecie mieli prawo do zachowania odzieży cywilnej. Możecie napisać kartkę do domu, będziecie mogli nabyć pocztówki jakie tutaj mamy, znaczki, i to posłać. Będziecie mogli kupić w kantynie więziennej papierosy, no i inne rzeczy, jakie tam ewentualnie są. Spodziewamy się przy tym, że nie będziecie utrudniać nam życia, to my w zamian, nie będziemy wam utrudniać życia.
I na tym się ta rozmowa z grubsza biorąc skończyła. Nawiasem mówiąc, to co napisałem, nigdy do domu nie dotarło. Wróciłem do celi i powiedziałem, co usłyszałem. W celi było kilkanaście osób, m.innymi te, które już wymieniłem, bo one trafiły do tej samej celi. W pewnym momencie, stłoczono nas u podnóża schodów w takim właściwie pomieszczeniu, niby sala, niby holl, niby rozszerzenie, nie wiadomo co. Po ciemku pozwolono nam także wyjść na to, co oni nazywali „spacerniakiem“, a co było takim bardzo malutkim podwórkiem, pośrodku którego był zasypany śniegiem klomb, a ścieżka wokół niego była strasznie wyślizgana i dosyć trudno się tam chodziło, ale na szczęście, nikt nie upadł. Pozwolono rozmawiać, tylko nie wolno było podnosić głosu. W celi też nie mieliśmy problemu z tym, abyśmy mogli rozmawiać. Nie było też problemu, kiedy koledzy zaczęli wycinać i dekorować ściany różnymi wycinkami. Krzyż został tam powieszony. Ktoś tam wyrysował „Solidarność“ i przykleił przeżutym chlebem; to służyło jako podstawowy przelepiec. Łóżka były piętrowe. Muszę powiedzieć, że większość czasu w celi przespałem. Dopiero wtedy poczułem, jak bardzo byłem zmęczony. Dlatego, że te ostatnie dni grudniowe przed aresztowaniem, były pod dużym napięciem i ponieważ odpowiadałem za informacje w Zarządzie Regionalnym, byłem odpowiedzialny za przekaz wiadomości przechodzących w systemie łączności teleksowej. Była rozbudowana cała siatka ogólnopolska, gdzie każdy wiedział, od kogo otrzymuje wiadomość, od kogo otrzymuje rezerwowy przekaz i gdzie ma wysłać w miejsca podstawowe i gdzie ma wysłać jako rezerwę. Te dalekopisy, które stały w sąsiednim pokoju, w stosunku do tego, w którym urzędowałem w Zarządzie Regionalnym, właściwie bez przerwy terkotały i huczały. Jeden z nich nie był włączony w system przekazu, ponieważ na nim myśmy przesyłali do centralnej dystrybutorni nasze wiadomości, które potem ukazywały się w ogólnopolskim „Biuletynie…“ i były już rozpowszechniane razem z innymi. Przekaz z „góry“ był dosyć łatwy. Z dalekopisu wysuwała się tasiemka, którą należało włożyć do czytnika następnego dalekopisu, wykręcić adres i go uruchomić. Potem z niego do następnego, i w ten sposób cztery dalekopisy szeregowo, zabierające tasiemkę z jednego do drugiego, dokonywały przekazu. A jeżeli chodzi o wysyłanie „w górę“, no to trzeba było z tekstem siąść przy specjalnej dziurkarce. Tam była założona taśma i trzeba było to najpierw napisać, a potem tę nadziurkowaną taśmę włożyć do dalekopisu i wysłać. Tępiłem próby pisania bezpośrednio na dalekopisie dlatego, że to zabierało za dużo czasu i za bardzo blokowało obieg informacji. Budziło to konflikty pomiędzy moimi pracownikami, a pracownikami pism informacyjnych, różnego rodzaju gazet „Solidarności“, które wychodziły pod naszym patronatem, ponieważ tamci zazwyczaj pchali się od razu do tego wolnego dalekopisu i na nim próbowali prowadzić korespondencję, na co moi pracownicy nie pozwalali, goniąc ich do dziurkarek. W każdym razie w pokoju, w którym urzędowałem, właściwie przez cały dzień, był taki rytmiczny stukot o dużym natężeniu i dopiero, kiedy wylądowałem w więzieniu, to zdawało mi się, że otacza mnie jakaś zupełnie niesamowita cisza. Następnego dnia rano, dostarczono nam „Głos Robotniczy“, a w nim było napisane, że w stosunku do Andrzeja Słowika i Jerzego Kropiwnickiego, podjęto decyzję o tymczasowym aresztowaniu. Za chwilę, ta sama wiadomość była powtórzona przez radiowęzeł, tzw.“kołchoźnik“. Andrzej Woźnicki powiedział, że to nie jest miejsce i warunki w jakich przebywają osoby na statusie, jaki tu określono i wobec powyższego, on nie wie, czy mnie i Słowika, nie będą stąd zabierali. Zdążył to powiedzieć, drzwi się otworzyły i wszedł do celi Naczelnik – w stopniu dla mnie nieznanym, gdyż chodził po cywilnemu – i powiedział:– Proszę się pakować.
No, więc spakowałem się i pożegnałem. Wyprowadzono mnie do takiej sporej więźniarki, która ma takie wewnętrzne kraty, podzielana na dwie części, dwie ławy naprzeciwko siebie. Tam za chwilę znalazł się także Andrzej Słowik, oraz Jacek Bierezin. Nie mówiono nam, gdzie jedziemy. Wylądowaliśmy znowu na Lutomierskiej i tam znowu nas rozdzielono. Ja wylądowałem w takiej celi, w której był bardzo długi taki rodzaj podestu – podest był drewniany – na którym leżały obok siebie materace. Była to, jednolita prycza od ściany do ściany. I tu, także zasady były takie, że ten, który przychodził do celi, kładł się na ostatnim miejscu. Ta zasada nie była przypadkowa, ponieważ przy tym ostatnim miejscu stała tzw. “bomba“, czyli olbrzymi kocioł z pokrywą, do którego więźniowie się załawiali. I tam oczywiście śmierdziało. Wtedy byłem osobą palącą, tak jak i wszyscy pozostali więźniowie i to ratowało nas od smrodu, jaki tam panował.
Wyprowadzano nas do ubikacji, ale tylko raz dziennie. Pozostałe razy, trzeba było załatwiać do tej właśnie „bomby“. Wyprowadzano nas także dwa razy do mycia. Przy czym organizowano to w ten sposób, że krany były wprawdzie na zimną i gorącą wodę, ale rano puszczano gorącą, a wieczorem zimną. Na dobrą sprawę, rano można było się umyć tylko pod warunkiem, że człowiek namoczył ręcznik, odczekał i wytarł się w ten mokry, gorący ręcznik, bo umyć się pod tą gorącą wodą, nie dało się w żaden sposób. Można się było oparzyć. Dosłownie ukrop lał się ze ściany. A wieczorem, woda o temperaturze parę stopni powyżej zera. Cela miała okienko, ale tak małe, że tam ledwo cokolwiek światła przez nie wpadało. Głównym źródłem światła, była żarówka nad drzwiami celi. Miałem ze sobą książkę na temat <<Powstania Warszawskiego>>, autorstwa Cezarego Chlebowskiego, którą nam dano w ostatnim dniu Komisji Krajowej. PAX, uczynił z tego prezent. Myśmy postanowili, że nie będziemy przywykać do prezentów i wobec tego, każdy z nas za swój egzemplarz zapłacił. I tę książkę miałem w swoim bagażu i nie została zakwestionowana. Zakwestionowano mi wszystkie inne rzeczy, takie jak wydawnictwa bezdebitowe, jakieś plakaty, jakieś ulotki, jakieś notatki, a to mi zostawiono, więc to czytałem. Było to dla mnie lektura bardzo interesująca, ponieważ opisywała mniej więcej te same działania i zdarzenia, jakie były w książce Kamińskiego[Aleksandra] <<Kamienie na szaniec>>. Tyle, że tam, były właściwie przedstawione akcje, natomiast w tej książce była pokazywana głównie kuchnia. Tzn., w jaki sposób te akcje przegotowywano, jak organizowano dostawę broni, samochody, sygnalizację pomiędzy ludźmi i poszczególnymi oddziałami. W jaki sposób organizowano potem ewentualną opiekę lekarską, a w jaki sposób inne zabezpieczenia nad tym wszystkim. I każda akcja, którą znałem z <<Kamienie na szaniec>>, tu była tak skonstruowana, że jedną stronę zajmował opis akcji, natomiast co najmniej kilka – do dziesięciu stron – zajmowały opisy, jak całą akcję przygotowano, jak ona technicznie była przygotowana. To było dla mnie dosyć interesujące, nie dlatego, żebym w tym momencie widział jakieś praktyczne tego zastosowanie, ale to tak bardzo urealniało tamtą piękną opowieść Kamińskiego, którą czytałem jeszcze w szkole podstawowej.
Trzeba było wybrać takie miejsce na tej pryczy, gdzie zbiegało się światło padające z tego okienka ze światłem z zakratowanej wnęki, gdzie była żarówka. No, ale dawało się. Wtedy miałem bardzo dobry wzrok, nie potrzebowałem żadnych okularów. To dawało się zrobić.
Po załatwieniu tych wszystkich formalności, znowu kazano mi się spakować, samochód i wylądowałem na ul.Smutnej. Wtedy stwierdziłem, że tak właściwie w więzieniu, to chyba w sensie emocjonalnym i realizmu, co do przyszłości, to człowiek schodzi w dół. Póki jest na tym tzw. „dołku“ milicyjnym, to po 48.godzinach może zostać wypuszczony, bo tam na ogół dłużej nie trzymają, chyba że mają jakieś specjalne powody, aby kogoś dłużej trzymać. Taka wtedy była zasada. Doświadczeni kryminaliści marzą natomiast, żeby ich z „dołka“ jak najszybciej przeniesiono do aresztu, bo jak mi mówił jeden z tych kryminalistów, w areszcie jest inaczej. Nie rozumiałem, co to znaczy w areszcie jest inaczej, ale wynikało, że lepiej.
Samochód zajechał na Smutną i tam zostałem wprowadzony do celi. Nadal zostawiając moją własną odzież i pozwolili wziąć ze sobą to, co miałem w bagażu, chociaż znowu starannie tam przejrzano to, co miałem w bagażu. I po raz kolejny coś tam zabrano. Wymacano także skutecznie egzemplarz ulotki, którą zwinąłem skrupulatnie i gdzieś wcisnąłem pod podszewkę kurtki. Zostałem wprowadzony do celi, i w tym momencie zrozumiałem, dlaczego jest inaczej. Po pierwsze: cela wydawała mi się jasna, z „normalnym“, choć zakratowanym oknem, tylko cztery łóżka, po dwa w pionie. Trzech więźniów oprócz mnie, kibelek w rogu, nie zasłonięty, stolik, stołki. W ogóle, wyglądało to zupełnie lepiej niż na „dołku“, gdzie miskę z jedzeniem trzymaliśmy na kolanach i po ciemku. Jak się okazało, jednym z więźniów jest chłopak, który po prostu przedłużył sobie przepustkę z wojska i milicja go zgarnęła. Czekał, czy zostanie odesłany do jednostki, czy co innego go spotka. Podobno ukrywał się w domu. Drugi opowiadał o tym, że został wrobiony w gwałt na koleżance podczas jakiejś imprezy, z zemsty, bo ją rzucił. A trzeci mówił, że on prowadzi różne interesy. Jak wyszedł z celi, wywołany przez strażnika, to pozostali mówili, że z przemytem i obrotem srebra miał coś wspólnego. Zresztą po kilku dniach, też mi powiedział, że on w srebrze się obraca. Jak przyjdzie co do czego i ja wyjdę, to chętnie by ze mną współpracował, bo lubi facetów o silnych nerwach. Taką ofertę pracy dostałem w więzieniu. Można powiedzieć, że po tym jedzeniu, jakie mieliśmy na „dołku“, to tu wydawało się bardzo smaczne. Dostaliśmy tzw.“beton“. W łódzkim więzieniu uważany za jedną z najlepszych potraw. To puree z grochu. Trafiał mi się „beton“ na Rakowieckiej w Warszawie, w Hrubieszowie i w Barczewie, i wszędzie poza Łodzią, był traktowany jako dopust Boży. Widocznie ten kucharz łódzki potrafił to robić w taki sposób, że więźniom to smakowało. Wśród więźniów kryminalnych kiedy się okazało, że jestem z „Solidarności“ – to mój prestiż od razu wzrósł. Dlatego, że dla tych, którzy nie pierwszy raz mieli do czynienia z więzieniem, albo z osobami, które przebywały w więzieniu, „Solidarność“ kojarzyła się przede wszystkim z tym, że zlikwidowano golenie głowy na łyso, przed wypuszczeniem na wolność. Nie było jeszcze mody na łyse pały. Łysa pała zwracała uwagę, to było takie naznaczenie człowieka przed wyjściem na wolność. Specjalnie strażnicy próbowali znaleźć jakąś „wpadkę“, która by uzasadniała tak na tydzień przed wypuszczeniem, na dwa dni przed wypuszczeniem, żeby ogolić głowę na zero. To zlikwidowano.
Zlikwidowano także – i to cieszyło się największą estymą – tzw, „pasy“. „Pasy“, to była taka właściwie nieformalna kara, bo w regulaminie więziennym jej nie było. To był środek obezwładnienia w stosunku do więźniów, którzy stawali się w nad miarę agresywni, wpadali w histerię, czy po prostu stawali się niekontrolowani w swoich zachowaniach agresywnych. Była to cela, którą nazywano też „termosówką“, ona charakteryzowała się tym, że to była cela w celi. Między jedną a drugą ścianą tej celi, była odległość 60-70 cm. tak, że można ją było przejść dookoła, choć z pewnym trudem. Była krata, odrębna dla tej „termosówki“, inaczej nazywanej „bunkrem“ i były podwójne drzwi. Jedne wewnątrz, a drugie do tego szerszego pomieszczenia. Nie miała okna, tylko miała szybę, czy plastik, wstawiony dla oświetlenia wnętrza. Miała fatalne wietrzenie – przez kratkę w suficie – a po środku takiej celi, stała taka prycza, przymocowana do posadzki bardzo sztywno i ona miała obejmy na ręce i kilka pasów. To miało zapewnić takie całkowite obezwładnienie, niby dla opanowania nadmiernego wybuchu emocji i agresywnych zachowań, ale tak na prawdę, był to taki dodatkowy element tortur więziennych. Chodziły także opowieści o tym, jak tzw.„fachowiec“ strażnik, potrafił więźnia bardzo łatwo tam złamać i upokorzyć, bo wkładał pod kręgosłup – wiedział w którym miejscu – kostkę mydła, albo paczkę zapałek na sztorc. Dokładnie wiedział w którym miejscu i najdalej po 5.minutach, człowiek miał mokre i pełne kału gacie. Puszczały nerwy. Nie kontrolował już siebie i wtedy najczęściej właśnie w takim stanie człowieka wypuszczano. Trafiłem do takiej celi w Barczewie.
…„Jedne drzwi, drugie i jestem w „bunkrze“. I nie jestem pierwszy: pod ścianą stoi Władek [Frasyniuk], bez kajdanek. Dobrze jest. Ciekawe, co dalej? […]. Na korytarzu słychać jakiś łomot, jakieś stuki, krzyki – znaczy, nie domknęli zewnętrznych drzwi bunkra. Gdyby domknęli, byłoby zupełnie cicho. Hałas przybliża się. Drzwi otwierają się i do celi wchodzi, a raczej wbiega mocno popchnięty w plecy – Stański [Tadeusz].
– Ale fajna kratka! – krzyczy Stański – przez takie otwory „Cyklon B“ w obozach koncentracyjnych puszczali!).
A jak dopływa powietrze do tego otworu? Przez zewnętrzne okno? Nie, bo też wmurowane w ścianę. Zaraz, zaraz, gdy były otwarte drzwi od korytarza, powietrza by nie brakowało, pomimo że wewnętrzne drzwi były zamknięte. A są one „hermetycznie szczelne“. Wygląda na to, że obieg jest następujący: powietrze z korytarza przechodzi do większej, czyli zewnętrznej celi, przenika do wolnej przestrzeni między sufitem mniejszej a większej celi. Odstęp wynosi dobre pół metra – wysokość normalnej celi znamy i stamtąd przez kratę, przepływa powietrze do wewnętrznej celi. Oczywiście system działa, gdy otwarte są drzwi na korytarz. Jeśli nie – mamy tyle powietrza, ile mieszczą gabaryty większej, zewnętrznej celi.[…].
– Zaduszą nas skur…! – Andrzej mi mówił, że jak go tu zamknęli samego, to po pół godzinie miał dosyć. Tu brak powietrza dla jednego, a nas jest trzech,
– „Kropa“, ty się połóż, źle wyglądasz.
Kładę się na tym cholernym łożu. Metalowa konstrukcja wbudowana w podłogę pośrodku celi, pokryta jest deskami: łoże z zagłówkami. Układam się wykonując szereg skomplikowanych ruchów ciałem – rękami niewiele mogę sobie pomóc – skute. […], próbuję delikatnie delikatnie przekręcić nieco kajdanki – może znajdę takie ułożenie, że ucisk będzie mniejszy. Robię to po omacku, bo oczy trudno otworzyć: żarówka w tym eleganckim pomieszczeniu umieszczona jest nad drzwiami. Dobra, silna żarówka – chyba ze 150 W i jeszcze metalowa błyszcząca, odpowiednio wygięta blacha tuż za nią ( do celi dają łobuzy najwyżej 60. watowe). W sumie niezły reflektor, prosto w oczy leżącego. Rozumiem, dlaczego ten zagłówek ma taki właśnie kąt – oprzesz na nim głowę – i żarówka dokładnie naprzeciw oczu. Jakie to wszystko starannie przemyślane, jak dokładnie wykonane! Ciekawe – czy mają takich zdolnych konstruktorów, którzy spontanicznie chwytają istotę bunkra, czy też jest jakaś tajna instrukcja drobiazgowo opisująca takie właściwości owego szczególnego pomieszczenia?…Z satysfakcją odnajdujemy ślady pozostałe po odcięciu metalowych uszu – uchwyty do pasów. Z satysfakcją, bo to w okresie jawnego działania „Solidarności“ zlikwidowano ten „środek zabezpieczający“, będący w istocie średniowieczną torturą. „Pasy“ legenda więzień. Kto nie widział tego urządzenia, nie słyszał szeptanych tonem grozy opowieści więźniów, nie jest w stanie sobie tego wyobrazić. Była to straszliwa represja. Poddawanego, kładziono na wznak na takim właśnie łożu, jak to tutaj, ręce przypinano do ram łoża przy pomocy specjalnych obejm. Do uchwytów przy tejże metalowej ramie przypięte były cztery komplety pasów: jeden do unieruchomienia głowy, pozostałe szły przez korpus i nogi. Unieruchomienie było kompletne. Najmniejsza zmiana pozycji – niemożliwa. Najbar-dziej odporni „pękali“ po 20 minutach, nawet jeśli nie stosowano dodatkowych tortur fizycznych. Wystarczał ten przymusowy bezruch. Wśród opowieści powtarzały się relacje o dwóch dodatkowych „atrakcjach“ dodawanych powszechnie w ramach „oddolnej“, ale najwyraźniej tolerowanej, inicjatywy podoficerów i oficerów ochrony: o dociskaniu obejm na rękach w ten sposób, że obieg krwi w dłoniach ulegał zahamowaniu[…]. Kara, czy też raczej tortura, kończyła się po zemdleniu poddanego jej działaniu. Opowiadano o trwałych skutkach tej decyzji […].(137)
Na skutek działania „Solidarności“, to zniesiono. Zniesiono tzw.„smutniak“. To był czarny chleb więzienny, ale nie należy tego kojarzyć z tym chlebem żytnim, który ludzie kupują, ze względów zdrowotnych. To był taki chleb, robiony na takiej recepturze, że właściwie po roku pobytu w więzieniu, więzień musiał wyjść z chorobą wrzodową. Zniesiono go. Miał być normalny chleb na mieszance żytnio-pszennej. Było jeszcze kilka usunięć takich najbardziej uciążliwych praktyk i działań w tym życiu więziennym, co więźniowie sobie niesłychanie wysoko cenili. Trochę też liczyli na to, że „Solidarność“ – jak to oni mówili – wygra, i oni wyjdą z więzienia. Bo w tamtym czasie nastroje wśród kryminalnych były takie, że wszyscy są przeciwko tym łobuzom komuchom i oni też są antykomunistyczni. I jeśli ktoś był naprawdę działaczem politycznym, no to, od razu miał odpowiednio wysoki status. Ci więźniowie z którymi siedziałem poinformowali mnie, że w areszcie już trzeba przestrzegać pewnych reguł, jeżeli chodzi o zasady współżycia w więzieniu. Np. nie wolno powiedzieć „k…wa“, należy powiedzieć „k..wa twoja mać“, albo w skrócie „Watwa“. A wyjaśnienie było takie: że to się posyła bluzg w kierunku Naczelnika. Ponieważ Naczelnicy w tamtym czasie, mieli zwyczaj pouczania więźniów:- „Że tu, w więzieniu, ja jestem waszym ojcem i matką“. I jeżeli mówiło się do drugiego więźnia „k…wa twoja mać“, to było wiadomo, że to się odnosi do Naczelnika, a nie do mamusi. Obrazić czyjąś mamusię, czy czyjegoś tatusia w więzieniu, to niewyobrażalne. Także obrażenie rodzeństwa, niewyobrażalne.
Z takich rzeczy, gdzie posuwali się za daleko, to było urządzanie sobie kpin, pod tytułem:- „A co twoja dziewczyna teraz robi?“. No i to często, ułatwiało pracę prokuraturze, bo można było faceta doprowadzić do załamania. Były jeszcze takie zasady o których trudno mi teraz wspominać. Jak ktoś chciał puścić bąka, to musiał ostrzec. Nie wolno było otworzyć klapy od sedesu, jeżeli ktoś akurat jadł. Jeżeli nie mógł wytrzymać, bo potrzeba była bardzo pilna, to musiał krzyczeć. Jak powiedzieli mi współmieszkańcy celi, w momencie kiedy wszedłem do celi, wyłączono tzw.„betoniarę“, czyli wewnętrzny radiowęzeł więzienny. Jak mówiono, wcześniej regularnie “klawisz“ przynosił jedną gazetę na celę, na ogół to był „Głos Robotniczy“, który w Stanie Wojennym wychodził jako gazeta partyjna, ale od momentu jak tam się znalazłem, to egzemplarz „Głosu Robotniczego“ dostałem do celi tylko raz, i to wtedy, kiedy była poda-na informacja o akcie oskarżenia w stosunku do Andrzeja Słowika i do mnie. No i otrzymywałem tam zawiadomienia o tym, że jestem tymczasowo zatrzymany, i że mam ileś tam dni do złożenia protestu. No, to napisałem protest, że byłem w Ośrodku Internowania, wobec tego nie było niebezpieczeństwa, że gdzieś ucieknę, albo będę unikał procesu i nie widzę specjalnego powodu, dla którego przeniesiono mnie najpierw do aresztu milicyjnego, a potem do więzienia. Dość w szybkim tempie dostałem odpowiedź prokuratora, że podtrzymuje decyzję. Dostałem „Zawiadomienie“ 18 grudnia 1981r, że 19 grudnia 1981r, odbędzie się rozprawa w Sądzie. Wymieniono tam budynek przy pl.Dąbrowskiego [w Łodzi]. Rozprawa miała być przed Sądem Wojewódzkim. Następnego dnia rano, po śniadaniu, zostałem wyposażony w kawałek chleba pociętego na kromki, oraz kilka plastrów słoniny i zawitek cukru. Podobne, takie zaopatrzenie dostawali więźniowie, którzy jechali na rozprawy sądowe, żeby tam w trakcie przerwy obiadowej, mieli się czym posilić, a cukier był do ewentualnego osłodzenia kawy czy herbaty, jaką na terenie Sądu podawano.
Znalazłem się w samochodzie więziennym, w którym już był Andrzej Słowik. Skuto nas razem no i… ruszyliśmy.Rozprawa miała być w Sądzie Wojewódzkim przy pl.Dąbrowskiego, a my jechaliśmy i jechaliśmy. W każdym bądź razie, bardzo długo. I wreszcie, gdy stanęliśmy, okazało się, że jesteśmy przed budynkiem Sądu w Zgierzu i że znajdujemy się w środku konwoju. Przed nami są jakieś samochody wypełnione uzbrojonymi milicjantami w hełmach i za nami są samochody wypełnione uzbrojonymi milicjantami w hełmach.
Dosyć trudno jest wysiadać z samochodu, jak jest się skutym kajdankami z drugą osobą. A jeszcze na dodatek, jak samochód akurat parkuje w ten sposób, że trzeba wysiadać na pryzmę śniegu. No więc, z pewnymi pod tym względem przygodami, bo tam albo jeden, albo drugi się ślizgał, zapadał się w śniegu. Wprowadzono nas do tego budynku, do podziemi i tam zamknięto w takiej obszernej celi, której frontową ścianę stanowiły kraty. I dowiedzieliśmy się, że to jest właśnie budynek Sądu i że tutaj będzie się odbywała rozprawa. Za jakąś chwilę, zobaczyliśmy się z adwokatami. Do tej pory nie wiedzieliśmy, czy ich mamy, czy nie mamy. Próbowaliśmy się dowiedzieć, jakie jest ich zdanie na temat rzeczywistego naszego zagrożenia. Powiedzieli, że kara śmierci raczej nam nie grozi. Dlatego, że w tzw.międzyczasie, wyszła jakaś Uchwała Sądu Najwyższego mówiąca o stosowaniu kary śmierci. A w niej zapis, że wyrok musi być jednomyślny zarówno co do kary, jak i co do jej wysokości i że były tam jeszcze dodatkowe ograniczenia, których prawdopodobnie Sąd będzie przestrzegał. Adwokaci promienieli optymizmem, który niestety nie wydawał mi się zbyt szczery. Wyglądało mi na to, że chcą przede wszystkim pod-trzymać nas na duchu. Powiedzieli, że za chwilę będziemy się mogli zobaczyć z naszymi rodzinami, ponieważ już taki wniosek złożyli i już wiedzą, że decyzja Przewodniczącego składu sędziowskiego jest taka, że będziemy się mogli na chwilę z rodzinami zobaczyć. I rzeczywiście, żona Andrzeja Słowika i moja żona, pojawiły się też w tym podziemnym pomieszczeniu, którego znaczną część zajmowała nasza cela. Oczywiście, nie otworzono krat, widzieliśmy się przez kraty. Po jakimś czasie zaprowadzono nas do sali sądowej. Na piętrze, albo na parterze, trudno mi jest w tej chwili powiedzieć, rozpoczęła się rozprawa od sprawdzenia naszych danych personalnych. Bardzo szybko doszło do składania wniosków proceduralnych i dowodowych przez adwokatów. Po pierwsze: adwokaci składali wniosek o odroczenie tej rozprawy, ze względu na to, że nie mieli możliwości kontaktu z klientami, bo władze aresztu w sposób definitywny to utrudniały i że aresztanci widzieli się ze swoimi bliskimi po raz pierwszy. A poza tym, było jeszcze tych wniosków co niemiara, także dotyczących tego, gdzie, kiedy i w jakiej formie został opublikowany Dekret o Stanie Wojennym, kiedy została podjęta decyzja o jego przyjęciu, no i cała lista propozycji, kogo wezwać na świadków. I oczywiście, były tam propozycje wezwania na świadków osób z najwyższych władz państwowych, z Rady Państwa i z WRON-u, dla świadectwa w jakichś tam sprawach. Sąd jedne sprawy rozstrzygnął natychmiast, inne: że po zastanowieniu. Natomiast przyjął wniosek o przerwaniu obrad do następnego posiedzenia. Doszło tam nawet do takiej śmiesznej sytuacji. Chyba mec.Olczyk[Mirosław] zagadnął Sąd o to, czy pan prokurator, mógłby sformułować oskarżenie w oparciu o akt prawny, a nie powoływać się na Dekret o Stanie Wojennym z 13 grudnia. Data na Dekrecie o Stanie Wojennym jest z 12 grudnia, więc dobrze by było, aby to zostało ustalone. Adwokaci podnosili to, że nie mieli czasu na przestudiowanie Dekretu o Stanie Wojennym, ponieważ dopiero dzisiaj, tegoż dnia, udało się im wyprosić jeden, jedyny egzemplarz w kiosku w Sądzie Wojewódzkim w Łodzi. I dotychczas cała wiedza o stanie wojennym, zapewne też u pana prokuratora, pochodzi z „Głosu Robot-niczego“, który jak wiadomo, nie jest prawnie uznanym dokumentem promulgacyjnym. Moimi obrońca-mi byli: mec.Eugeniusz Sindlewski, mec.Stanisław Maurer i mec.Andrzej Kern. Natomiast u Andrzeja Słowika, mec.Mazur[Lech], mec. Ożadowicz [Wiesław] i mec. Olczyk. To były bardzo poważne osoby w tamtym czasie dlatego, że zarówno Kern jak i Sindlewski, pełnili bardzo poważne funkcje w Zarządzie Adwokackim i wcześniej i później. Natomiast pan mec.Stanisław Maurer, pochodził z tzw. starej rodziny adwokackiej z tradycjami. To było mocne nazwisko na terenie Łodzi i jest nadal. W swoim gronie uchodził za takiego, niezwykle dokładnego i niezwykle błyskotliwego, mającego ogromną umiejętność skojarzeń. Pan mec.Sindlewski uchodził w tamtym gronie, i słusznie, za osobę najwyżej wykształconą w sensie formalnym, ponieważ zrobił doktorat i zrobił go niejako na potrzeby tej obrony, bo dotyczył jakiegoś ważnego uczonego włoskiego, którego nazwiska nie pamiętam, na temat sytuacji związanych ze sta-nem wojennym, ze stanami wyjątkowymi, z prawami obywateli w takich sytuacjach. Wiedziałem, że korzystali oni także z pomocy dr.Piotra Daranowskiego, dzisiaj profesora, który pracował w Katedrze Prawa Międzynarodowego i dostarczał im notatek, na temat paktów praw człowieka, podpisanych przez Polskę, gdzie jest także mowa o sytuacjach i stanach wyjątkowych. Mieliśmy niewątpliwie bardzo dobrze przygotowanych obrońców. Mec.Maurer w pewnym momencie – jeszcze nie na tej rozprawie – podniósł kwestię, która okazała się później fundamentalną, a mianowicie:- To był chyba jeden jedyny przypadek w całej historii PRL-u, ale również w całej historii Polski, gdzie obrona postanowiła oprzeć swoją obronę na 1. artykule kodeksu karnego. A więc na tym, gdzie są sformułowane podstawowe zasady cywilizacyjne, takie jak: „prawo wstecz nie działa“ i „nie można skazać nikogo bez ustawy przewidującej przestępstwo i karę“. Po łacinie to brzmi Lex retro non agit. Non lekx crimen sine lege. Wobec tego, po kilku godzinach, bo tam były różne serie tych składanych wniosków dowodowych, prokurator je wszystkie odrzucał. Jako oskarżyciel występował prokurator Jacek Rządkowski, można powiedzieć, czynił to, w niegodnym stylu stalinowskim. Skład sędziowski starał się zachowywać poprawnie. Natomiast u prokuratora nie brakowało złośliwości, ani odezwań, które wyraźnie miały na celu, albo wyprowadzenie nas z równowagi, albo poniżenie naszej godności. Co zresztą potem miało dla niego już w późniejszych czasach, pewne konsekwencje, kiedy wyszedł z Prokuratury i usiłował zostać radcą prawnym i wpisać się na listę zawodową tego zawodu. Ponieważ jego rola w tych procesach była dosyć znana, Samorząd Radców Prawnych wezwał mnie do złożenia oświadczenia na temat zachowania się prokuratora Rządkowskiego w procesach mnie dotyczących. Mówię w procesach, bo on, jak już wyszedłem z więzienia, po raz drugi wystąpił w procesie, dotyczącym mnie wtedy, kiedy starałem się o powrót do pracy na Uniwersytecie Łódzkim. To była sytuacja dosyć kuriozalna, dlatego że prokurator oskarżający w procesach karnych, rzadko pojawia się przed Sądem Pracy. Więc, to razem nieładnie rysowało jego sylwetkę, albo takiego, można powiedzieć, chłopca na posyłki esbecji, albo człowieka po prostu chorego z przerażenia i z nienawiści. W każdym razie myślę, że dobrze się stało, że nie jest w Prokuraturze i dobrze się stało, że nie został także Radcą Prawnym.
Odwieziono nas z powrotem do więzienia. Po drodze, dowiedziałem się od Andrzeja, że po jednej nocy w tym więzieniu na ul.Smutnej, zabrano go ponownie na „dołek“, na ul.Lutomierskiej. Trudno powiedzieć z jakiego powodu. Następna rozprawa była za dwa czy trzy dni: już w tej chwili tego dokładnie nie pamiętam, w każdym bądź razie w tym terminie, i ona już była na terenie Łodzi, w Sądzie Wojewódzkim przy pl.Dąbrowskiego. Niektóre z zeznań świadków wyglądały dosyć komicznie, inne były dla nas przykre. Te komiczne wtedy, kiedy okazało się, iż człowiek, który złożył najszersze i najbardziej profesjonalne zeznanie, wiedział, co to jest Stan Wojenny, wiedział czym grożą konsekwencje złamania prawa, itd. Krótko mówiąc, niemal znał Dekret na pamięć, zanim Dekret został opublikowany. W ogóle wszystko wiedział, wszędzie był, wszystko słyszał. Okazało się, że jest to człowiek niedorozwinięty umysłowo. Jak tylko adwokaci znaleźli notatkę, gdzie on skończył szkołę, no to zaczęli podważać jego wiarygodność na zasadzie: – Czy pan wie, tutaj jest sąd, tutaj jest pan sędzia, tu jest oskarżony, tutaj jest prokurator. A kto my jesteśmy?
Po trzykrotnym takim nawrocie do tego samego pytania, wydusił z siebie:– Zastępcy ludzi.
Potem zadano mu pytanie dotyczące tego, co on tam widział, u kogo był, po co był? Niby to wszystko było w protokole, ale adwokaci jak już się zorientowali z kim mają do czynienia, to jeszcze raz, zadawali mu te same pytania. A on; – Tak – odpowiadał niezbornie, i było widać, że z tego świadka pożytku nie będzie. [Jednym ze świadków był Wiesław Mastalerz, lat 25, chałupnik w Spółdzielni Inwalidów „Polimer“ w Łodzi]…Na pytanie Przewodniczącego, skąd świadek wiedział o zakazie działania związków zawodowych, świadek początkowo milczy, a potem oświadcza, że nie umie odpowiedzieć.- „Ja nie bałem się aresztowania, ale wiedziałem, że trzeba mówić prawdę“[…].(138)
No, gorzej było z naszym kolegą z Prezydium Zarządu, panem Ireneuszem Kuzanem.(139). To był taki nauczyciel WF ze Zgierza, który nie wiedział przed Sądem, kogo ma się bardziej bać, czy Sądu, czy prokuratora, czy nas. I próbował najpierw, przedstawiać taką wersję pod tytułem: Ja nic nie wiem, ja nic nie widziałem, po czym Sędzia sięgał do protokołu i odczytywał jego zeznanie: – Świadek w tym momencie oświadczył do protokołu, że… Czy Świadek chce zmienić swoje zeznanie? I tutaj panika.
– Nie.
– No to, niech Świadek kontynuuje.
Świadek kontynuuje. Sędzia znowu zagląda do akt.
– W protokole mamy zapisane… Świadek powiedział że… Czy Świadek chciałby zmienić zeznanie?
– Nie…
Z panem Kuzanem była ta przykrość, że złożył zeznania, których nie musiał składać i potem chciał się z tego wycofać i nie potrafił. Więc to było wszystko w sumie żałosne. Było widać, że tam się toczy pewnego rodzaju gra, między Sądem, a adwokatami dlatego, że adwokaci starali się przeciągać rozprawę. mec.[Andrzej] Kern, wnosi o zaznaczenie w protokole, że Sąd nie jest w stanie stwierdzić, czy budynek sądu w Zgierzu nie ma urządzeń nasłuchowych […].)(140)
Potem mówili mi, że oni z premedytacją starali się tę rozprawę przeciągać, licząc na to, że w miarę, jak ta odległość od wprowadzenia Stanu Wojennego do naszego skazania, będzie się wydłużała, to niebezpieczeństwo wysokiej kary będzie się zmniejszało. Były też powody formalne. To też podnosili obrońcy, np. w/g przepisów, zawiadomienie o rozprawie zostało doręczone w dniu poprzednim, co jest niezgodne z Art.305 KPK, §1 [Pomiędzy doręczeniem zawiadomienia a terminem rozprawy głównej powinno nastąpić przynajmniej 7 dni…]. W kilka dni po opublikowaniu Dekretu, ukazała się Uchwała Sądu Najwyższego w sprawie stosowania kary śmierci. Już się zaczęła organizować międzynarodowa opinia publiczna i różnymi drogami prowadzić interwencję. Wobec powyższego, gra na czas była grą właściwą. Natomiast, Sąd najwyraźniej miał polecenie, szybkiego zakończenia sprawy. Jednocześnie tak, aby nie sprawiać wrażenia, że postępuje brutalnie. To w szczególności było widać, na drugiej rozprawie, kiedy Sąd chyba chciał tego dnia doprowadzić do wyroku. Na sali siedział człowiek, o którym słyszeliśmy później, że był to przedstawiciel w cudzysłowie „Ministra sprawiedliwości“. Prawdopodobnie ktoś, albo z pionu propagandy KC – albo osoba specjalnie oddelegowana przez WRON – przebierał nogami i czekał na wyrok. Wiadomo też, że po każdej rozprawie Sędzia jeździł do Warszawy z taśmami: nagraniami tego, co było na sali sądowej. W pewnym momencie, adwokaci zaczęli ostro protestować przeciw-ko przedłużaniu się rozprawy. Zaczęła się o godz. 9:00, a zbliżała się już godz. 21:00, czyli godzina policyjna w tamtym czasie. Więc znowu wybuchła polemika między prokuratorem a obrońcami na temat tego, kto zagwarantuje bezpieczeństwo świadkom i obrońcom, jeżeli wyjdą z tego gmachu po 21:00 i będą się chcieli dostać do domu. Prokurator argumentował, że Sąd ma po temu różne narzędzia, ale Sędzia najwyraźniej nie chciał brać na siebie tej możliwości i wobec tego, godzinę wcześniej, gdzieś około godz. 20:00, tę rozprawę przerwał. Gdy dotarliśmy na trzecią rozprawę – to już było 30 grudnia 1981 – sala była zapełniona bardzo silnie zbudowanymi mężczyznami. Po rozprawie dowiedzieliśmy się, że to byli bokserzy z milicyjnego Klubu „Gwardii“. Z osób znajomych, poza rodzinami, widzieliśmy tylko dr Marka Edelmana i adwokata Rafała Kasprzyka, który wcisnął się na salę rozpraw, na cudzej wejściówce, bo on był wtedy, niezależnie od pracy na Uczelni, także aplikantem i z resztą kolegów, którzy z nim byli w grupach seminaryjnych, miał możliwość uzyskania przepustki. Oczywiście, nie na swoje nazwisko. Więc udało mu się do tej sali przemycić. Znowu rozprawa trwała wiele godzin i ostatecznie, prokurator zażądał 12 lat więzienia, pozbawienia praw publicznych na lat 4. i konfiskanę mienia. Wyrok zapadł na 4,5 lata więzienia, plus na 4 lata pozbawienia praw publicznych, jednakowy dla Andrzeja i dla mnie. Sędzia poinformował, że od tego wyroku, jeden z sędziów złożył votum separatum. Nawiasem mówiąc, po latach, ten sędzia co złożył votum separatum, próbował szpanować w środowisku, jako ten, który miał odwagę sprzeciwić się wyrokowi. Tylko problem polegał na tym, że on po pierwsze uznał, że rozprawa powinna być rozpatrywana przez Sąd wojskowy, a po drugie: że powinna być rozpatrywana z art.48., w którym istniała możliwość wyższego dolnego limitu kary. Specyficzny rodzaj odwagi z jego strony został zademonstrowany.
Bolesław Kuligowski, Sędzia Sądu Wojewódzkiego w Łodzi.
– Zdanie odrębne z 30 grudnia 1981-
… „ W tym stanie rzeczy Sąd Wojewódzki w Łodzi do orzeczenia w tej sprawie nie jest właściwy, bowiem te podlegają orzecznictwu sądów wojskowych, zgodnie z art.1 pkt 9 Dekretu z dnia 12.XII 1981 […]. (141)
Pan [Zbigniew] Dominikowski, który był przewodniczącym składu sędziowskiego dokonał tego, co mu nakazano. Wykonał sprawnie i wykonał to, można powiedzieć w białych rękawiczkach, w tym sensie, że nie pozwolił sobie na żadne niestosowne uwagi, czy to do obrońców, czy to do oskarżonych. Starał się zachować tzw. profesjonalną uprzejmość. Kilka miesięcy później, został Sędzią Sądu Najwyższego.
Z tamtego czasu pamiętam dość specyficzny przypadek Wigilii w więzieniu. Dano nam jakąś rybę z puszki i czarny chleb zamiast opłatka. Podzieliliśmy się chlebem. Wykonaliśmy jakieś ozdoby, wydzierając papier na różne tam sposoby. Dwóch młodszych chłopaków popłakało się przy tej okazji. Próbowaliśmy zaśpiewać kolędę, ale ja mam zbyt dobry słuch, żeby ryzykować swoje śpiewanie.
No więc, 30 grudnia odprowadzono nas do więzienia, już z wyrokami. Jeszcze w Sądzie, powstała taka nerwowa atmosfera, gdzie wypowiedzieliśmy, co mieliśmy do powiedzenia i Sąd zarządził przerwę na obrady, bo myśmy nie wypierali się naszej działalności. Andrzej miał takie wystąpienie na temat tego, czego się w życiu dorobił, to jest godność i jedynie, czego oczekuje od Sądu, to poszanowania tej godności. To było wyraźnie pite do prokuratora, który używał takich słów jak:- podłe…tchórzliwie… itp. Tego rodzaju słowa, zupełnie nie à propos całej akcji. Bo jak można tchórzliwie organizować protest i wciągać do niego kilkanaście zakładów pracy na terenie miasta Łodzi, ryzykując własnym życiem? Kiedy skład sędziowski wyszedł na obrady usłyszałem szeptem wypowiedziane słowa:- I co to będzie?… Co to będzie?..
To ja mówię:- Andrzej, to nie ma znaczenia. Ważne, żebyśmy nie dostali „czapy“. A jak dostaniemy jakiekolwiek więzienie, to i tak, nie będziemy w nim do końca. To jest absurd, to się musi zmienić.
I kiedy wrócili i powiedzieli, że 4,5 lat, to odrzekłem:- No… nie dosiedzimy tego. Spokojnie.
Informacje o nas, były wielokrotnie powtarzane w miejscowej telewizji, w radiu, w „Głosie Robotniczym“ [gazeta łódzka codzienna]…„Wyrok w sprawie A.Słowika i J.Kropiwnickiego. Sąd Wojewódzki ogłosił wczoraj wyrok w sprawie Andrzeja Słowika i Jerzego Kropiwnickiego. Uznał ich winnymi tego, że: Andrzej Słowik jako przewodniczący i Jerzy Kropiwnicki jako wiceprzewodniczący Zarządu Regionalnego NSZZ „Solidarność“ Ziemi Łódzkiej w dniu 13 grudnia 1981r w Łodzi zorganizowali i przeprowadzili akcję protestacyjną w siedzibie Zarządu Regionu, wzywając do powoływania zakładowych komitetów strajkowych i do rozpoczęcia strajku powszechnego. Sąd skazał ich w trybie doraźnym na kary po 4,5 roku pozbawienia wolności, a ponadto orzekł wobec nich kary dodatkowe pozbawienia praw publicznych na okres po 4 lata“.(142)
Ta sprawa funkcjonowała w przestrzeni publicznej, a Rada Adwokacka w Łodzi zebrała się i jak się okazało, powstała tam nawet pewnego rodzaju konkurencja pomiędzy adwokatami. Tak wielu chętnych chciało się zgłosić do naszej obrony. Nawiasem mówiąc, oni podjęli się obrony całkowicie bezpłatnie, co w Łodzi było wyjątkowe, bo w tamtym czasie, jak już byłem w więzieniu, to się dowiedziałem, że na drzwiach Rady Adwokackiej w Częstochowie wywieszono kartkę z napisem:- „Obrony w procesach politycznych nie przyjmujemy“. A w Lublinie przyjmowali, ale brali takie stawki, że ci koledzy z którymi się spotkałem w więzieniu, a którzy właśnie pochodzili z terenu lubelskiego, to można powiedzieć, że na wspomnienie adwokatów dostawali „żyły“. Bo tamci prawnicy bardzo drenowali kieszenie, a ci ludzie, to często mieli niezbyt wysokie dochody. Byliśmy jeszcze przez kilka dni w tym więzieniu na Smutnej. Nie mieliśmy między sobą żadnego kontaktu. Za to, od czasu do czasu, widzieliśmy się z adwokatami, widzieliśmy się z naszymi rodzinami. Doświadczeni więźniowie nam mówili, że tylko patrzeć, jak nas stąd wezmą i zwiną. Bo tu jesteśmy na razie w oddziale aresztu, a tam po wyroku, raczej się nie przebywa przez dłuższy czas. Dwa tygodnie, góra. No i tak…5 lub 6 stycznia, wzięli mnie z celi do „budy“, takiej więźniarki, dobrze obudowanej. Andrzej Słowik już tam siedział i pojechaliśmy. I znowu, dość długo i długo. Aż wreszcie okazało się, że jesteśmy na dziedzińcu Aresztu Śledczego na Mokotowie w Warszawie. Tam znowu nas rozdzielono. Był to ten ubecki oddział 10., a obecnie trzeci.
W którejś z gazet znalazłem informacje o osadzeniu mnie w więzieniu, czyli w tym areszcie ubeckim, zarówno z członkami KOR-u , jak i KPN-u. To zresztą się potwierdzało, gdyż przez dłuższy okres czasu siedziałem z Janem Józefem Lipskim. A od adwokatów dowiedziałem się, że Andrzej Słowik siedział w jednej celi z Leszkiem Moczulskim, to doszedłem do wniosku, że być może jestem trzymany tak długo w areszcie śledczym, by wykorzystać mnie w przygotowywanym procesie, dla tych grup przedsierpniowych opozycjonistów. Wobec powyższego, zdecydowałem się na taki krok, że napisałem list do adwokatów z zapytaniem:- W jakich przypadkach mogę nie udzielać zeznań przed sądem, albo w śledztwie. No i… przy najbliższej wizycie moi adwokaci powiedzieli mi: tak…- „Kodeks karny decyduje o tym, że mam prawo odmowy wtedy, kiedy rzecz dotyczy mnie, albo moich bliskich. W innych przypadkach, nie mam takiego prawa “. Ale, jak powiedział mi jeden z nich;- „Człowiek przecież nie musi wszystkiego pamiętać. I czymś innym jest odmowa zeznań, a czymś innym jest gotowość zeznawania, ale brak pamięci, uniemożliwia odpowiedź na pytania“. Ta rozmowa z adwokatem, miała miejsce gdzieś na początku grudnia 1983r. Kilka dni po tej wizycie, raptem kazano mi się pakować i zostałem przeniesiony do innej celi. Przeniesienia do innej celi w tym esbeckim, czy ubeckim pawilonie, nie były niczym szczególnym. Oni, co jakiś czas zmieniali cele, a często także i skład osób w celi – jak oni uzasadniali – ze względów bezpieczeństwa. Żeby człowiek w celi, nie miał specjalnych schowków. Żeby nie miał tam specjalnych dróg porozumie-wania się. Żeby nie miał swoich różnych sposobów na kontakt z innymi, a także po to, żeby ewentualnie mieć nowe wiadomości. Wtedy, kiedy skład celi się zmienia, ludzie zaczynają coś o sobie opowiadać, a „SB“ podsłuchuje. Często też zmiana celi była powiązana z rewizją, w wyniku której, rekwirowano wszystkie tzw. rzeczy niedozwolone, a więc zarówno przedmioty ostre, jak i różnego rodzaju rękopisy, czy zadrukowane kartki. Tym razem jednak, nie zostałem przeniesiony do innej celi na tym samym oddziale, ale kilka pięter niżej, chyba na poziomie sutereny. Zostałem sprowadzony do celi, gdzie było jakieś 8.osób. Cela ta, była ciemnawa i dosyć nieprzyjemna. Od pozostałych, dowiedziałem się, że jest to tzw. “przejściowa“, do której wrzucają, albo tych więźniów, których przywożą z innych aresztów, czy więzień, i dopiero ich rozmieszczają, albo tych, których przygotowują do transportu do innych więzień. W tej celi nie byłem długo, chyba dwa, może trzy dni. W każdym razie poznałem tam człowieka, który był osobą znaną z działalności w wydawnictwie podziemnym. Człowieka o którym wręcz krążyły różne anegdoty i powieści dlatego, że on był przedmiotem eksperymentu socjologicznego, prowadzonego przez jednego z prominentnych profesorów w latach siedemdziesiątych. Trafił do więzienia, za jakieś przestępstwo kryminalne i profesor objął go swoją opieką. Nie wiem, czy po przeprowadzonych badaniach wyselekcjonował, czy w jakiś inny sposób go wybrał, w każdym bądź razie, dostarczał temu człowiekowi książki, zeszyty. Odbierał od niego egzaminy, stawiał go przed Komisjami i tamten w więzieniu skończył szkołę podstawową, średnią i zaczął studia. I w którymś momencie, ten eksperyment władza przerwała. Ale ten człowiek, do tego stopnia już był wykształcony i jednocześnie na władzę wściekły, że przerwała mu zajęcie do którego on się już wciągnął, że jak wyszedł z więzienia, to skorzystał z dawnych kontaktów, trafił w środowisko KOR-owskie i stał się jednym z głównych poligrafów Wydawnictwa „Oficyna JP“. To było Wydawnictwo, które przed sierpniem jeszcze, wydawało mnóstwo ciekawych rzeczy, poza debitowych. Tam np. można było dostać książkę, w której były dokumenty dot. Paktu Ribbentrop-Mołotow, łącznie z wypowiedziami różnych prominentów sowieckich, z tekstami ulotek, jakie były rozrzucane w momencie, gdy wojska sowieckie wkroczyły na tereny kresowe II Rzeczypospolitej. Ale także były tam wydawane różne dzieła literackie. Wśród różnych publikacji była też taka, która cieszyła się szczególną popularnością w środowisku opozycji i „Solidarności“, a mianowicie: „Obywatel, a Służba Bezpieczeństwa“. Okazało się, że właśnie mam w celi autora tej publikacji. Była to książka, którą on oparł na swoich doświadczeniach, na rozmowach z więźniami, z kolegami, w której sformułował kilka prostych i oczywistych jak się później przekonałem, zasad. Wśród nich, były także takie, niby oczywiste; żeby nie podejmować żadnych rozmów z esbekami w Urzędzie, nie umawiać się z nimi na mieście, nie przychodzić do Komendy, jeżeli jest wezwanie na telefon. Jeżeli jest „Wezwanie“, to musi być określony powód i charakter, w jakim osoba wezwana ma tam się stawić. No i mnóstwo innych, bardzo takich, niby prostych, a ważnych rzeczy. Mówię niby dlatego, że potem, w okresie działania podziemnego „Solidarności“, miałem mnóstwo kłopotów, żeby te proste zasady wbijać swoim kolegom, współpracownikom do głowy, ponieważ każdy z nich uważał się za mądrzejszego od esbeka, który go przesłuchiwał, co zresztą na ogół było prawdą. Tylko, że żaden z nich nie brał pod uwagę tego, że on może zagadywać esbeka, i ten esbek może być rzeczywiście głupszy od niego, tylko że esbek działa w ramach pewnej organizacji i pewnego systemu i cała ta trzygodzinna rozmowa może mu być potrzebna do tego, żeby wyłowić jedno zdanie. Ale tego, nigdy nie udało mi się wpoić, zwłaszcza wtedy, kiedy rozmawiałem z ludźmi, bardzo inteligentnymi, wywodzącymi się ze środowisk robotniczych. Można im było mówić, a oni i tak te zasady łamali, bo…byli upojeni swoją przewagą moralną i intelektualną nad tymi, którzy ich przesłuchiwali. I nie sposób było ich przekonać, że tu nie chodzi o demonstrację przewagi moralnej, czy intelektualnej, tylko o to, żeby nie dać esbecji informacji, która może im służyć do rozpracowania, rozbijania organizacji i nawet do uwięzienia ich członków. W każdym razie, rozmawialiśmy tam, jak to się mówi: „O starych Polakach“, no i w pewnym momencie w nocy, kiedy się upewnił, że pozostali mieszkańcy naszej celi już śpią, mówi do mnie:- „Ale wiesz, ja trochę czuję nieczyste sumienie, bo widzisz… Ja zeznawałem. Nic ważnego im nie powiedziałem. To co było oczywiste… że rzeczywiste kierownictwo KOR-u stanowiło pięć osób, które po nazwisku wymieniłem. Skarbnikiem KOR-u to był ten, a ten z kolei… Ale oni, to wszystko wiedzieli.
A ja mu mówię, słuchaj:- Czy ty przypadkiem czytałeś tę książkę, którą napisałeś i kolportowałeś? Przecież tam, w tej twojej książce, stało jak byk napisane… Nie ważne co Esbecja wie – z punktu widzenia procesu – ważne co może potwierdzić, bo przed Sądem nie może mówić o tym, co pozyskała jakimiś metodami operacyjnymi, tylko musi postawić świadka, albo mieć zeznanie tego świadka. No to, mają twoje. Mogli z tysiąca źródeł wiedzieć, że ten był skarbnikiem, że ci działacze stanowili rzeczywiste kierownictwo, a jeszcze inni stanowili tylko zespół autorytetów moralnych, którzy rozciągali parasol nad tym ścisłym kierownictwem, to teraz mają zeznania na ten temat. Tak, to mogli mieć wątpliwości i się zastanawiać, czy prof. Edwarda Lipińskiego postawić przed Sądem, czy nie, za działalność antysocjalistyczną. A ty, im powiedziałeś . . .
– No, nie, nie… przecież ja, nic takiego nie mówiłem.
– No właśnie, im to powiedziałeś, że tamten był tylko osłoną, autorytetem, który błogosławił tę działalność, ale sam jej nie wykonywał. I powiedziałeś, kto tę działalność prowadził.
Muszę powiedzieć, że to była jedna z bardziej wstrząsających dla mnie chwil w tym Mokotowie. W swoim życiu widziałem tylko dwóch ludzi, tak bardzo wytatuowanych. A w tamtym czasie tatuaż, był związany wyłącznie z więzieniem, albo służbą na morzu. Normalni ludzie tego nie nosili, a i sami przestępcy, w szczególności ci, którzy stanowili elitę przestępczą, czyli złodzieje, dbali o to, żeby nie mieć widocznych „dziargów“. Co najwyżej kropka w kąciku oka i więcej nic. Wszystko musiało być, powyżej mankietu koszuli i poniżej kołnierzyka koszuli, tak żeby broń Boże, nie było widoczne. A tu, było tego mniej więcej tak, że jak w łaźni zdjął koszulę, to się robiło ciemno, ponieważ wydziergany był aż do paznokci u nóg. Coś niesłychanego. Mógł stanowić dla swojej dziewczyny, lekturę na długie jesienne noce. Dlaczego on zaczął gadać? Obiecali mu, że go wypuszczą, a on miał już uzgodnioną datę ślubu. Miał dziewczynę, w której się kochał. Więc znowu obśmiałem go i spytałem, czy on na prawdę czytał swoją książkę, przecież tam są dokładnie opisane te zagrywki, żeby zachęcić kogoś do mówienia, przez różnego rodzaju obietnice. A potem się okazało, że ten esbek, wobec którego on się otworzył i któremu uwierzył w te obietnice, został przeniesiony, a następny „ o niczym nie wiedział “.
Po dwóch chyba dniach z tej „przejściówki“, zostałem wraz z kilkoma jeszcze więźniami, ale kryminalnymi, wśród których było kilku Cyganów – dzisiaj zwanych Romami – załadowany do więźniarki i ruszyliśmy gdzieś w Polskę. Oczywiście, nie mówiono nam, gdzie i po co? To było rano. I jechaliśmy, jechaliśmy i jechaliśmy. Gdzieś po drodze dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w Lublinie, potem dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w Zamościu. Wreszcie, byłem już w więźniarce sam, kiedy dojechaliśmy do Hrubieszowa. No i w Hrubieszowie, zostałem wprowadzony na taki dwupiętrowy blok, w którym cele miały dwu-piętrowe łożka. To były cele więźniów politycznych, tak na prawdę stu procentowej „Solidarności“. Aresztowani za strajki, za manifestacje, już po wyrokach. Przeważali ludzie z Warszawy i z Lublina, ale było też kilka osób z Łodzi, i kilku z Nowego Sącza. Wspominam o tych ostatnich, bo to byli rolnicy, albo potomkowie górali. Dla nich siedzenie wiosną w więzieniu było czymś nieznośnym. Chociaż, to były zupełnie inne warunki niż te, które mieliśmy w esbeckim więzieniu na Mokotowie. W Warszawie wychodziło się na „spacerniak“, mniej więcej wielkości ok.24 m2, a wokół była ułożona ścieżka z płyt chodnikowych. Pośrodku był skrawek trawnika, i jedyną rzecz, którą było widać, to niebo nad nami, i druty kolczaste wokół ścian, takiej betonowej klatki i nic więcej. Chyba wtedy odkryłem w sobie niezwykłą wrażliwość na przyrodę. Każdy kiełkujący krzaczek, czy trawka, budziła mój entuzjazm, zresztą nie tylko u mnie. Więźniowie wynosili pestki od jabłek, czy od innych owoców, które otrzymali na widzeniu i wciskali to w ziemie. Po czym się cieszyli, jak to zaczynało kiełkować. Ale, jak to osiągnęło wysokość 20 cm, to służba więzienna kosiła. Ten brak kontaktu z przyrodą był tam deprymujący. Natomiast w Hrubieszowie sytuacja skrajnie różna. Po pierwsze: okna wprawdzie zakratowane, ale były nieosłonięte. Była krata, ale można było widzieć przez nie świat, hen, hen… po horyzont. Żartowaliśmy, że dzikie pola stąd można oglądać. Zresztą nie bez powodów. Dlatego często nasuwała się nam popularna pieśń o tym bez-kresie „W stepie szerokim“, którą śpiewaliśmy. Ale jedną z często śpiewanych tam pieśni, którą się śpiewało – i to czasami z powodu, a czasami bez powodu, w zależności jak komuś w duszy zagrało i coś zaintonował – była podczas Świąt, „Boże, coś Polskę“. No więc… śpiewaliśmy „Boże coś Polskę“, bo wtedy wielu z nas, znało kilka zwrotek tej pieśni. Akurat w tamtym czasie „Tygodnik Powszechny“ wydrukował jakąś wersję z początków XIX wieku, z wszystkimi możliwymi zwrotkami tej pieśni. Łącznie z tymi, które tam sławiły anioła pokoju, czyli cara Aleksandra I. „Warszawianka“, też jak się okazało miała tych zwrotek więcej, niż się je zwykle zna. No, ale oprócz tego, takim ulubionym zaśpiewem, często na początek całego koncertu, była ta pieśń, która szła w serialu „Pan Włodyjowski“, czyli „W stepie szerokim“. Ten „step szeroki“ widzieliśmy z okien na co dzień płaszczyzna hen, hen, hen..
Spacerniak był olbrzymi, wielkości boiska piłkarskiego. Wyprowadzano tam całe piętro na spacer, więc wychodziły trzy zmiany, kilkadziesiąt osób za każdym razem. Niby próbowano ograniczać rozmowy z okna budynku do spacerniaka, ale tak na prawdę, to było tolerowane. Można było, jak to się mówi, mieć wymianę informacji. Jak się okazało w tym więzieniu, kilka miesięcy wcześniej, prowadzono walkę o status więźnia politycznego, domagając się różnych przywilejów, związanych z takim statusem i ta walka, głównie polegała na ogłaszaniu głodówek. Czasem jednodniowych, czasem kilkudniowych. W przypadku, gdy ktoś został przez strażników pobity, to głodówka trwała dłużej.
Była tam ustalona już pewnego rodzaju hierarchia autorytetów spośród osób, które miały za sobą tzw. rozpoznawalność społeczną, jak członkowie Komitetu Strajkowego z „Ursusa“, czy też w późniejszym czasie przywódcy MKRS-u albo tacy, którzy się przebijali na zasadzie wiedzy, inteligencji. W tamtym więzieniu, kilka razy próbował do nas dotrzeć o.Miecznikowski. Mówiono mi, że podejmował takie próby już od wiosny i ani razu mu się to nie udało. Widziano go za to, bo stawał na drodze widocznej z okien, po jednej i po drugiej stronie więzienia, no i tam błogosławił. Był rozpoznawalny. Ktoś tam dawał hasło, że jest o.Miecznikowski. Jeżeli chodzi o kontakty z rodziną, to było tam mniej intruzywnego nadzoru, niż gdzie indziej. Właściwie, wszystko co rodzina z żywności przywiozła, to można było do celi wziąć. Zakres tych wszystkich rzeczy, których na rynku wewnętrznym brakowało, to tam był nieprawdopodobnie wysoki. Kościół, rodziny, wszyscy starali się, abyśmy coś dobrego otrzymywali. Oczywiście, to nie rekompensowało faktu, że siedzieliśmy w więzieniu w którym pilnowano starannie, żeby nasz kontakt ze światem zewnętrznym poza rodzinami, był maksymalnie ograniczony.
Nie było wizyty Czerwonego Krzyża. Czerwony Krzyż jak mi wiadomo, odwiedził ośrodki internowanych, natomiast nic mi nie wiadomo, aby był w więzieniu.
Kilka razy zmieniał się skład mojej celi, także wśród więźniów, którzy tam byli, np. Longin Chlebowski, wówczas Przewodniczący NSZZ „Solidarność“ w łódzkim MPK. Było tam także dwóch ludzi o bardzo podobnych nazwiskach:- Bogdan Lubera z Łodzi, też pracownik MPK, nawiasem mówiąc brat Marii Lubery, w swoim czasie mojej zastępczyni, a później V-ce minister w Ministerstwie Pracy i Spraw Socjalnych. On sam miał zaledwie szkołę średnią, jakieś technikum i jak mówili adwokaci, pięknie kłamał przed Sądem i nigdy władzy nie udało się obronić zarzutu, że on był wydawcą i autorem większości publikacji tego, co kolportował. Gdy złapano go na kolportażu i sugerowano, że to on redagował „bibułę“, za każdym razem mówił:- Ja?.., Kiedy nawet technikum nie skończyłem.
W ten sposób, ze dwa razy się wybronił przed wyrokiem, bo jak go milicja złapała z paczką jakiejś bibuły to mówił, że właśnie ją znalazł i niósł na milicję. Szedł tak dalece w zaparte, że Sąd nie wiedział, co z tym robić. Kiedyś zrobiono mu rewizję, a on był stróżem, bo go wywalili przecież z pracy po więzieniu w Hrubieszowie. Był stróżem w bloku, na łódzkim „Manhattanie“. I w jakimś pomieszczeniu dla szczotek i innych takich przyrządów, zorganizował drukarnie. Namierzyli, że jest tam taka kanciapa, w której nie wiadomo co jest. On się oczywiście zdziwił, bo w życiu tej kanciapy nie widział. Zebrano odciski palców i powiedzieli:– Spokojnie, udowodnimy. A on nadal:- W ogóle nie wiem, o co chodzi.
I nie wiem, czy jakaś niedoróbka w laboratorium, czy bałagan, czy zgubili dowody, w każdym razie, chociaż tam mogły być tylko jego odciski palców, to jego odcisków palców tam nie znaleźli. Już nie żyje niestety. W Hrubieszowie było kilka buntów. Były tam bunty, którymi kierowałem. Z wiosną to napięcie zaczęło bardzo narastać. Jednocześnie był nacisk z naszej strony, choćby przez ogłaszane głodówki. W ten sposób wywalczyliśmy pewien zakres wolności. Mogliśmy oglądać telewizor do godz, 22:00. Nie wyłączano radiowęzła na noc, który odbierał „Warszawę jeden“. Pozwolono mi na nauczanie angielskiego. Z Uniwersytetu Warszawskiego dostałem magnetofon i taśmy, oraz podręczniki do nauki tego języka. No i prowadziłem tam zajęcia. Ktoś tam z moich kolegów prowadził z kolei zajęcia z historii Polski. No ale, bunt ciągle tlił się w powietrzu. W szczególności, najmłodsza część więźniów wpadła na pomysł, że trzeba się awanturować w więzieniu na potęgę, to wtedy „oni“ będą mieli nas dosyć i nas z tego więzienia wyrzucą. To ciężko było im wybić z głowy, a jednocześnie, tam granice lojalności i poczucia wspólnoty, wyznaczał próg celi. Więc, jak tam chłopaki narozrabiali i następnie dostali manto, to następnie cały oddział wchodził w głodówkę. Bardzo przygotowaliśmy się na 3 maja. Jak przyszedł 3 maja, to z okien wywieszono zrobione z prześcieradeł transparenty. A ci, którzy byli na spacerniku, nie chcieli z tego spacernika zejść, tylko chodzili w kółko i śpiewali, a reszta budynku im w tym towarzyszyła. Komendant ostrzegł, że ta sprawa już przekracza jego kompetencje. Wychodził do nas. Nie bał się. Nie miał powodu dlatego, że myśmy nie posuwali się do aktów agresji w stosunku do służby więziennej. Tu muszę przyznać, że służba więzienna traktowała nas tam z pewnego rodzaju szacunkiem. Naczelnik powiedział, że tu już kompetencja wychodzi z jego rąk i on niestety musi zawiadomić wojewódzką zwierzchność o tym, że nie jest wstanie opanować sytuacji w więzieniu, ale na nas nie zrobiło to wrażenia, robiliśmy swoje. Po jakimś czasie z okien więzienia poinformowano nas, że przyjechała kawalkada samochodów, z czymś, co się nazywa „atandą“. Tak nazywano takie oddziały szturmowe, które przyjeżdżały z interwencją. Niektóre większe więzienia miały własne takie oddziały do zaprowadzenia porządku w więzieniach. Oni byli w hełmach, z tarczami w których były wizjery, no i działali na ogół bardzo brutalnie. Myśmy w końcu zgodzili się zejść z tego spacerniaka, no i zaczęły się awantury. Potem się dowiedzieliśmy, że doszło do zasadniczego sporu, pomiędzy Komendantem, a jego Zastępcą. Jeden uważał, że już czas, żeby „atanda“ przystąpiła do działania, a drugi wstrzymywał, bo było tak, że od momentu, kiedy ten oddział interwencyjny podejmował akcję, to już na okres tego działania Komendant nie był komendantem. Mógł sobie siąść w swoim gabinecie, palić papierosa i czekać na zakończenie akcji i na to, że mu powiedzą, że znowu jest komendantem. Ostatecznie, walenie w drzwi i awantury spowodowały, że doszło do kilku pobić. No to, ogłosiliśmy strajk, to był najdłuższy strajk, jaki się w tamtym więzieniu odbywał, strajk głodowy, trwający chyba dwa tygodnie. Myśmy ten strajk w końcu wygrali, bo to już było coraz bliżej wizyty Jana Pawła II w Polsce. Interwencje kościoła u władz państwowych dawały lepsze rezultaty niż kiedykolwiek, zaczęto mówić o zbliżającej się amnestii.
Oczywiście, tam od czasu do czasu, pojawiały się takie spory wewnątrz więzienia. Ktoś tam w imieniu TKK, zwrócił się do więźniów z „Solidarności“, żeby wyrazili swoje poparcie dla TKK i myśmy to zrobili. Dostaliśmy przemycony „kwit“ w tę stronę i on następnie poszedł w drugą i został opublikowany w jakieś tam gazetce podziemnej, bo nam ktoś o tym doniósł. Natomiast rzeczywisty spór, wywołała sprawa zaproszenia Jana Pawła II do Polski i jego spodziewana wizyta. Jak wiadomo, Zbigniew Bujak, TKK, część ekspertów uważała, że taka wizyta, w takim czasie, to jest uwiarygadnianie władz stanu wojennego i że wobec powyższego, nie powinien być przez Kościół zaproszony i nie powinien był zaproszenia przyjąć. I to był dominujący pogląd. Jakieś 2/3 więźniów było, mniej więcej tego zdania. Byłem wtedy w mniejszości, ale w znaczącej mniejszości, bo było nas tam ok. 1/3, którzy uważaliśmy, że trzeba mieć zaufanie, bo przecież ten Papież się wczoraj nie urodził i nie przyjeżdża z Antarktydy, tylko o Polsce i o sytuacji w Polsce wie prawdopodobnie więcej, niż każdy z nas z osobna. No, jak doszło już do tej wizyty, a my byliśmy po wygranym proteście, pozwolono nam słuchać Jego kazań z Mszy św. i tutaj Naczelnik okazał się nawet lojalny dlatego, że mieliśmy lepsze sprawozdanie niż przeciętny telewidz, czy radiosłuchacz w Polsce. Wtedy media prowadziły taką politykę, że pełna transmisja była z Warszawy, ewentualnie transmisja na początek i transmisja na końcu, a resztę transmisji traktowano jako lokalne i szły z nich sprawozdania wyłącznie w telewizji lokalnej, lub w radiu lokalnym. Natomiast w radiowęźle więziennym szło wszystko, bez względu na to, czy była Msza św, akurat w Polsce północnej czy południowej, wschodniej, czy zachodniej. No i bardzo szybko okazało się, że sceptycy zmienili się w entuzjastów, w szczególności po tej modlitwie przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, jaką Papież odbył. Przed tą pielgrzymką, skończył się wyrok iluś tam osobom i oni obiecali, że pojawią się na którejś Mszy św. i że zademonstrują swoją obecność w naszym imieniu. No i potem dostaliśmy zdjęcia, gdzie nasi koledzy rozwinęli wielki transparent „Więźniowie ZK Hrubieszów“. Po tej pielgrzymce, zdarzyła się rzecz, która można powiedzieć, była dla mnie jedną z najbardziej przykrych w czasie siedzenia w więzieniu. A mianowicie: w telewizji zobaczyliśmy program na żywo, w którym „produkowali się“ przedstawiciele jednej z ogólnopolskich struktur „Solidarności“. To się OKOS nazywało – Ogólnopolski Komitet Obrony Solidarności.
We władzach tego OKOS, był znany łódzki socjolog i działacz opozycji przedsierpniowej, pan Andrzej Mazur, który później okazał się być TW „Wacławem“, od lat czterdziestych począwszy, współpracownik SB. I on właśnie z kimś tam jeszcze był u Ministra Sprawiedliwości, Sylwestra Zawadzkiego. No i jak to się mówi: cały w uśmiechach i lansadach. I tam, w akcie dobrej woli, deklarujący ujawnienie struktur i oczekujący podobnego aktu, ze strony władz. Można powiedzieć, że nic bardziej podłego nam w tym momencie zdarzyć się nie mogło. A jeszcze dla łodzian, którzy tam byli, rzecz była dodatkowo przykra, bo wprawdzie nie byłem w dobrych stosunkach z Mazurem ze względu na zdarzenia, które miały miejsce w październiku 1980r, kiedy pod naciskiem ekspertów, próbowano wyrzucić z Prezydium MKZ Ziemi Łódzkiej Grzegorza Palkę, konfliktując go bardzo ostro z Andrzejem Słowikiem. Po tej próbie zamachu, która początkowo wydawała się skuteczna, ale ostatecznie skończyła się niepowodzeniem, myśmy się rozstali z tymi doradcami, proponując im zmianę formuły, żeby już nie byli ekspertami od wszystkiego, tylko żeby określili pole swojej kompetencji. Oni się na to obrazili i uznali, że myśmy z obszaru patriotycznego, przeszli pod kuratelę KOR-u, no bo oni reprezentowali, albo ROPCiO, lub Ruch Wolnych Demokratów. Przy czym, co ciekawe, to działacze ROPCiO, mam tu na myśli Benedykta Czumę, Andrzeja Terleckiego, Stefana Niesiołowskiego, nie uznali tej współpracy za skończoną i nie dali się pociągnąć przez tamtych ekspertów. Niektórzy z nich, nawet jak np.Benedykt Czuma i Stefan Niesiołowski weszli także do głównego nurtu „Solidarności“, poprzez wybory w swoim zakładzie pracy. A w sumie…ponieważ nikt nie zamierzał odbierać im redagowania czasopisma „Solidarność Ziemi Łódzkiej“, no to oni przy tym czasopiśmie pozostali i byli tam pożyteczni. Stefan Niesiołowski był wtedy niewątpliwie już osobą z głównego nurtu „Solidarności“, bo był Przewodniczącym Komisji Zakładowej na Uniwersytecie Łódzkim i delegatem na Zjazd Regionalny „Solidarności“. Na Zjazd Krajowy nie kandydował. Tak więc, z Andrzejem Mazurem zerwałem kontakty dość dawno, nawet w swoim czasie groził mi Sądem za zniesławienie. Udzielił podłego wywiadu do „Dziennika Łódzkiego“ i po tym, jak się zdarzył strajk studencki, to właśnie Andrzej Mazur z kolegami, na tym strajku studenckim się odmeldowali. Ale, jak się studenci zorientowali, że są to ci eksperci, którzy właśnie tam dali tę publikację, to podziękowali im za współpracę. A ja, to umieściłem w komunikacie, który się powoli przekształcał w „Dziennik Zarządu Regionalnego NSZZ Solidarność“. Najpierw Mazur zażądał ode mnie „odszczekania“ tej wiadomości, a potem, że pozwie mnie do Sądu o zniesławienie. Agresywny był on i pani Kawecka, z którą moje kontakty były w ogóle żadne. Pan mec.Grabowski, który też z tego środowiska się wywodził, przez cały czas, aż do końca swojego życia zachował dobre i bliskie kontakty, i był szanowany także w Prezydium Zarządu. Pan Andrzej Ostoja-Owsiany też, jeżeli go Mazur nie podpuszczał, to nie atakował „Solidarności“, no i w którymś momencie zdecydował się wstąpić do KPN-u. To było jednocześnie jego rozstanie się ze środowiskiem „Wolnych Demokratów“… Jak już powiedziałem, wtedy jeszcze tego nie widzieliśmy, kim był Andrzej Mazur. On występował wówczas, jako przedstawiciel jednej ze struktur, i to struktur ogólnopolskich i potem, po wyjściu już z więzienia, dowiedziałem się od pana Andrzeja Ostoja-Owsianego i od pana Andrzeja Terleckiego, w jaki sposób do tego wywiadu doszło. Jak się okazało, było to nieuprawnione, tzn.struktura zastanawiała się nad podjęciem rozmów z rządem i ewentualnie nad postawieniem warunków ujawnienia, w tzw. nowej sytuacji, przy czym akurat zarówno część łódzka, struktura łódzka, jak i przedstawicielstwo struktury ogólnopolskiej w Łodzi, byli temu przeciwni i w efekcie nie znaleźli się na spotkaniu, na którym zapadały decyzje. Zapadła decyzja, żeby rozmowy z władzami podjąć, ale w żadnym przypadku nie należy zaciągać zbyt daleko idących zobowiązań. No i następnie, oni wszyscy dowiedzieli się z telewizji, co się właściwie stało i jak twierdzili, był to dla nich dość spory szok. Struktura łódzka przygotowała wobec powyższego do publikacji oświadczenie, w którym odcinała się od tego, co zrobił w ich imieniu Andrzej Mazur w towarzystwie – już nie pamiętam kogo – w rozmowie przed kamerami z Ministrem Sprawiedliwości. Ale się okazało, że tego oświadczenia nie udało się opublikować, ponieważ cały nakład został zajęty przez „SB“, które wpadło do miejsca, gdzie była drukarnia i składzik do kolportażu. Zostali aresztowani członkowie łódzkiej struktury i postawiono im warunek, albo skorzystają z ujawnienia załatwionego przez Centralę, albo idą siedzieć. I oni doszli do wniosku, że nie mają specjalnie wyjścia i zgodzili się na ujawnienie. O tym już dowiedziałem się z kolei, z głośnika więziennego, będąc w Barczewie. Kilka tygodni po wizycie Ojca Świętego, nastąpiło dosyć wyraźne poluzowanie ze strony władz. Ogłoszono kolejną amnestię. W stosunku do mnie, skutkowało to, obniżeniem kary o połowę.
Natomiast bardzo wielu z pośród moich współwięźniów – kolegów, wtedy wyszło na wolność. A nas tam zostało dosłownie kilku. I któregoś dnia – jak nas było ze trzy osoby – dwóch z pośród nas, wzięto do „Nyski“ więźniarki; mikrobusa, dobrze opancerzonego i osiatkowanego. I wyjechaliśmy. Jeden z kolegów został w Hrubieszowie. Jak później się dowiedziałem, kilka dni później wyszedł z tego Hrubieszowa. Myśmy po wielu godzinach jazdy, znaleźli się w Łęczycy. Tam był nocleg. Następnego dnia rano, już sam zostałem przewieziony do Barczewa. Propozycja podpisania „lojalki“, czy wyjazdu za granicę, w tym momencie nie była sugerowana. To było później. Tutaj wyraźnie było ukierunkowanie na takie czyszczenie tych więzień politycznych, czy oddziałów politycznych w więzieniach i kumulowanie wszystkiego właściwie w jednym więzieniu, właśnie w Barczewie. I tam umieszczono mnie na tzw. oddziale izolacyjnym, który tam, w miejscowej gwarze więziennej nazywano „kwarantanną“, gdzie umieszczano więźniów, przywiezionych z innych więzień, zanim umieszczono ich na konkretnym oddziale i w konkretnej celi, w tym nowym więzieniu. Było to także taka izolacja wtedy, kiedy stosowano w stosunku do kogoś represje regulaminowe. A więc, tam były tzw.“kabaryny“, czyli cele, które miały szczególny sposób zabezpieczenia, mniejsze okienka, siatka oprócz kraty w oknach, dodatkowe drzwi z kraty po otarciu tych drzwi głównych. Prycze były przymontowane do podłogi i do ścian, i one były kilkuosobowe, maksimum czteroosobowe. Tam znajdowała się ta tzw. “termosuwa“, o której wspomniałem wcześniej, do której trafiłem z Władkiem [ Frasyniukiem] i Tadkiem [Stańskim]. Niebawem, okazało się, że w więzieniu na tym oddziale, znajduje się już także kilku moich kolegów z różnych miejsc. A wciągu kilku najbliższych dni, byliśmy już w komplecie, tzn. był tam Andrzej Słowik, którego przywieziono gdzieś chyba z Fordonu, był Leszek Moczulski, Tadeusz Stański i Romuald Szeremietiew, których przywieziono z aresztu śledczego w Warszawie, bo niedawno zakończył się ich proces trwający obłędnie długo. Był też Władysław Frasyniuk i Piotr Bednorz – przywiezieni z Dolnego Śląska.
…14 maja, poniedziałek, 54 dzień głodówki ciągłej. Dzisiejszej nocy, z niedzieli na poniedziałek, Piotr Bednorz targnął się na swoje życie! Nic byśmy o tym nie wiedzieli, gdyby nie to, że Romek, wskutek swoich kłopotów sercowych, źle spał tej nocy i słyszał zamieszanie na oddziale, a potem przez okno widział jak Piotrka na noszach nieśli do szpitala więziennego.[…]. Natychmiast zażądałem widzenia z naczelnikiem. Tadek ogłosił głodówkę powszechną.[…]. W godzinę później przyjął mnie mjr. Lisowski w towarzystwie lekarza-chirurga. Chirurg poinformował mnie, że Piotr wbił sobie nóż w brzuch i rozciął powłoki na przestrzeni kilkunastu centymetrów.[…].(143)
Za jakiś czas dowiedzieliśmy się, że na tym oddziale z więźniami kryminalnymi, przebywa Edmund Bałuka.
… Cela nr 12 jest na końcu korytarza. Kiedyś mieszkał tu Erich Koch, zbrodniarz wojenny. Mieszkał tu do października ubiegłego roku. Potem wzięli go na oddział szpitalny [zm. 12 listopada1986 w Barczewie, w wielu 90 lat]. Teraz mieszka tu Edmund Bałuka, Przewodniczący komitetu strajkowego Stoczni Szczecińskiej w 1970, przywódca Polskiej Socjalistycznej Partii Pracy, członek NSZZ „Solidarność.[…].(144)
Zaczęliśmy się o niego upominać i niebawem on się wśród nas znalazł, ubrany w samo tylko prześcieradło, ponieważ uważał, że dopóki jego wyrok nie jest uprawomocniony, nie będzie zakładał stroju więziennego, bo ma prawo do stroju cywilnego. Strój cywilny zabrano, to on się ubrał w prześcieradło. To nie robiło dobrego wrażenia na więźniach kryminalnych wśród których przebywał. No… można powiedzieć, że wyzwać więźnia od kobiety, było najgorszym wyzwiskiem wśród tzw. grypsujących, więc tym bardziej, gdy ktoś się ubrał za kobietę. On miał tam status wzbudzający kontrowersje, bo z jednej strony był więźniem politycznym i był traktowany jako honorowy grypsujący, ze strony tamtego środowiska, ale z drugiej strony, ze względu na sposób zachowania, a zwłaszcza ze względu na ten strój, który no…W tym, trudno było załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne, więc niebawem ślady tego były widoczne na jego odzieży. Pewnie w porę przeniesiono go na nasz oddział, bo obawiam się, że nastąpiłoby tam przełamanie w stronę represji wewnątrz przestępczej. Jak mówiłem, ten tzw. oddział „kwarantanna“, był czymś zupełnie odrębnym miejscem. Nawet dzisiaj, jest to oddzielny budynek, chociaż warunki tam są już znacznie lepsze, bo niedawno miałem okazję to więzienie zwiedzać. Był to przy okazji jedyny oddział nieskanalizowany i w dalszym ciągu trzeba było tam korzystać z kotłów na odchody. Dodatkowo udręką było to, że w tej samej łaźni, w której myśmy się kąpali, kąpano także więźniów umieszczonych piętro wyżej, gdzie mieścił się oddział chorych na choroby zakaźne. Był szpital więzienny, ale w innym budynku, a tam nie trzymano więźniów chorych na żółtaczkę. Nie wiem, skąd się tam żółtaczka brała, w takich rozmiarach. Czy zwożono już chorych, czy jedni od drugich się zarażali, tego nie wiem. W każdym bądź razie, w tym budynku piętro wyżej był oddział chorych na żółtaczkę, a łaźnia była wspólna. Ponieważ szczebelki pod nogami były drewniane, więc niebezpieczeństwo przenoszenia się w takich przypadkach żółtaczki, a także grzybicy było wielkie. Wszyscy mieliśmy po jakimś czasie grzybicę stóp.
… Łaźnia. Podwójnej wielkości cela. Drewniana ścianka z drzwiami i okienkiem do wydawania bielizny oddziela pomieszczenie kąpielowe od pakamery-składziku. W tej pakamerze znajdują się również zawory wody gorącej i zimnej. Obsługują je kalifaktorzy [ w polskiej gwarze więziennej kalifaktor – skracane do kajfus – oznacza więźnia funkcyjnego]. Oni też wymieniają bieliznę. Czystą przywożą tu z ogólnej pralni. Co tydzień wymienia się bieliznę osobistą. Co dwa tygodnie jest „wymiana duża“ – prześcieradeł i powłoczki na poduszkę. Ja robię tylko „wymianę dużą“. Po grzybicy, którą złapałem w mokotowskim Areszcie Śledczym MSW (Pawilon III) nabrałem ostrożności. Bieliznę osobistą wymieniam tylko wtedy, kiedy dają „nówki“. Mam dwa komplety (jeden „ukradłem“) i piorę sam. Ręczniki również. Wreszcie tu piorą o wiele czyściej niż w Warszawie i Hrubieszowie, ale…Wolę nie ryzykować. Rozbieram się w „przedsionku“. Dwie ławy, kilka kołków do zawieszenia odzieży. Drewniana ścianka, o dwumetrowej wysokości, pomalowana jasno-brązową farbą olejną, oddziela prysznice. Rozbieram się i rozmawiam z kalifaktorami.
– No, jak tam z „pajęczynką“ (bielizną), panie Górski? Są „nówki“?
– Nie.
– Kiedy będą?
– Nie wiem. Nowych dali do pralni i magazynu i nie idzie się dogadać.
Słychać kroki za drzwiami. Kilka osób. Kalifaktorzy milkną spłoszeni.
– No, to dawajcie wodę.
Wierzchnią odzież zdjąłem, położyłem na ławie. Układam ręcznik i czystą zmianę bielizny przyniesioną z magazynu. Wchodzę do części prysznicowej, pomieszczenia dużo jaśniejszego niż „moja“ obecna cela. Cztery prysznice. Woda leci z dwóch – słusznie, skoro „w ramach izolowania“ mamy kąpać się pojedynczo. Proszę kalifaktorów o miskę. Ustawiam ją pod jednym z pryszniców. Nowe drewniane szczebelki, o które walczyliśmy przez trzy miesiące, nie zdążyły sczernieć.
To było w listopadzie kiedy dowiedzieliśmy się, że w łaźni na naszym oddziale kąpią się chorzy na żółtaczkę zakaźną. Oddział dla zakaźnie chorych znajduje się na piętrze, nad nami. Służbę nocną odbywają ci sami strażnicy. I ten sam wychowawca u nich, i u nas.[…].(145)
A oto odpowiedź, na moją skargę, skierowaną w tej sprawie do Naczelnika Więzienia:
[Stempel:] Okręgowy Zarząd Zakładów Karnych
10-575 Olsztyn
[Stempel:] Zakład Karny w Barczewie
Al. Zwycięstwa 5,. Tel.231-51
Wpłynęło 14 luty
DOP-10/84/S
Nr 2044
Obywatel
Naczelnik Zakładu Karnego w Barczewie.
Proszę zawiadomić skazanego Jerzego Kropiwnickiego, że skargę jego z dn.2.01. dot. kąpieli w warunkach zagrażających zdrowiu w ZK w Barczewie uznałem za bezzasadną. Skazani chorzy na żółtaczkę ostatni raz kąpali się w łaźni, z której m.in. korzystał J.Kropiwnicki, w dniu 23 XII 1983. Po tym terminie, w dniu 30 XII 1983 dokonano dezynfekcji łaźni środkiem skutecznie likwidującym wirusy żółtaczki – tj. Roztworem chloraminy, a ponadto lizolem. Uruchomienie, po przeprowadzonej dezynfekcji, odrębnej łaźni przeznaczonej wyłącznie dla skazanych chorych na żółtaczkę rozwiązało ten problem.
Wykonano w 3 egz.
Dyrektor (-)
1-2 adresat, ppłk mgr J.Kolczyński…
3-a/a s.1
[…]. … Między palcami stóp smaruję maścią przeciwgrzybiczną. Grzybica wróciła kilka dni temu. Nabyta jeszcze w Hrubieszowie. W Mokotowie „złapałem“ grzybicę w pachwinach, w Hrubieszowie na stopach. Ta pierwsza ustąpiła dawno. Ta druga trzyma się uparcie.[…].(146)
… Wylądowałem w jednej celi z Andrzejem Słowikiem, w innej celi był Władysław Frasyniuk z Piotrem Bednorzem, a jeden z KPN-owców siedział z Leszkiem Moczulskim, drugi z Bałuką, przynajmniej przez pewien czas. Po jakimś czasie, kiedy próbowano nam stopniowo zaostrzać tam warunki pobytu, gdyż początkowo usiłowano przebrać nas w tę odzież więzienną, a potem próbowano nam golić zarost, próbowano tam…Dużo szczegółów by gadać, które dla ludzi przebywających na wolności nie mają żadnego znaczenia, a dla nas były punktem honoru, jak to: czy się meldujemy strażnikowi wieczorem, czy się nie meldujemy. Czy mamy prawo do biblioteki więziennej, czy go nie mamy. Czy wstajemy na baczność za każdym razem, jak strażnik otwiera drzwi, czy nie wstajemy. W efekcie, dość wcześnie atmosfera zrobiła się tam napięta, a władze więzienne postąpiły w tym momencie dość miękko. Zresztą ten okres został przeze mnie dokładnie opisany w książce „Zapis protestu“. Jak tam wyglądał budynek, jak wyglądało nasze życie.
Jerzy Kropiwnicki Barczewo 22.03.1984
c.16.0.XIV w/m
Pan Naczelnik ZK
Niniejszym informuję, że z dniem 23 bm. Rozpoczynam głodówkę ciągłą, bezterminową, Protestuję w ten sposób przeciw represjom stosowanym wobec więźniów politycznych w tut.ZK, wyrażającym się w:
1.Trzymaniu ich na oddziale spełniającym funkcję oddziału represyjnego – na tym samym oddziale przebywają odbywający kary regulaminowe więźniowie kryminalni, przenoszeni na ten oddział w tym właśnie celu.
2.Bardzo złych „warunkach mieszkaniowych“ – niedostateczne oświetlenie światłem dziennym, nieocieplone podłogi.
3.Pozbawieniu możliwości korzystania z posług religijnych.
4.Braku działalności K.O.
5.Organizowaniu widzeń w warunkach gorszych niż mają je więźniowie kryminalni.
6.Pozbawieniu kontaktu z innymi więźniami politycznymi.
7.Ograniczaniu kontaktów z bliskimi, oraz innych represjach znanych Panu również dobrze jak mnie.
Jednocześnie informuję, że swoją głodówką protestuję przeciw pobiciu Edmunda Bałuki, przez funkcjonariuszy służby więziennej.
Nie bardzo podoba mi się styl tego pisma – ale trudno. Poszło i jest jakie jest. Chowam starannie odpisy i zapiski. Wprawdzie jutro niedziela, a w niedzielę tu przeszukiwań nie było[…].(147)
…Jak ja bym chciał poczytać coś fachowego na temat głodówki! To, co wpadło nam w ręce w Hrubieszowie było ogromnie pożyteczne – w tym sensie, że korzystało się z każdej informacji – ale jak niewiele, w stosunku do naszych potrzeb, tych informacji było użytecznych…A więc piszę dla siebie, dla kolegów i dla lekarzy.. Piszę historię organizmu, który pozbawiony jest pożywienia. Organizmu ludzkiego. Przeżycia psychiczne, generalny „stan ducha“, też będą ważne.[…]. A więc do rzeczy: jestem człowiekiem chorowitym. Przeszedłem chyba wszystkie możliwe choroby dziecięce, w wieku dwunastu lat „ujawniło się“ uczulenie – szczęśliwie wyleczone w ciągu następnych dwóch lat dzięki staraniom prof.[Mieczysława] Obtułowicza z Krakowa (wdzięczność moja dozgonna dla tego człowieka: uczulenie przejawiało się jako astma przy każdym, najmniejszym zaziębieniu. Nie życzę tego nikomu). Łatwo się zaziębiam, łapię wszelkie możliwe infekcje. W 1974r „nabyłem“ chorobę wrzodową dwunastnicy. Na szczęście ujawniła się bardzo ostro, co umożliwiło wczesną identyfikację i leczenie bez „wycinanek“. Pozostała po niej blizna i nadkwasota ujawniająca się szczególnie ostro każdej wiosny i jesieni.[…]. Gdy mnie zamknęli – po miesiącu wszystko wróciło. „Dzięki temu“, mam dietę żołądkową w więzieniu. To tu niezwykle ważne – po pierwsze dlatego, że tak zwana „dieta podstawowa dla niepracujących“ jest tak niezdrowa na dłuższą metę, że zdrowy może wyjść z więzienia z „problemami przewodu pokarmowego“, a po drugie jest „oszczędna kalorycznie“. Ja, posiadacz diety L1-L1N często otrzymuję tu biały ser, mięso, surowe jajka… Waga? Wyjechałem z Hrubieszowa z wagą 74.900. W końcu września miałem 10 kg mniej – to skutek 18-dniowej głodówki.[…].(148)
… Miałem w ręku taką książkę. Nie pamiętam czyją. W sumie o technice głodówki było niewiele, ale jedno było ciekawe. Porównywali tam zachowanie organizmu ludzi głodujących w różnych warunkach: rozbitkowie, zawały w kopalni, akcje protestacyjne i głodówka lecznicza. Wyszło im, że w wymuszonych głodówkach, na stresie, niektóre objawy ujemne – aceton i coś tam jeszcze pojawiały się po sześciu-ośmiu dniach. Przy leczniczych – w komforcie psychicznym – po osiemnastu.
– Już ci Gontarczyk i Lisowski stworzą tu komfort! Albo Kuza, Albo szanowny pan doktor Sobolewski – ale w cholerę, trzeba ich olewać (lekceważyć, nie zwracać uwagi).
– Ten aceton, to podobno najgroźniejsza rzecz. Mogą być trwałe zmiany. Podobno działa na cały organizm,mięśnie, narządy wewnętrzne, wzrok. Chyba w ogóle na mózg. To wiem już z „drugiej ręki“. W ogóle porządną głodówkę, to podobno zaczyna się od rycyny, żeby oczyścić organizm. Inaczej zatruwasz się resztkami pokarmowymi. Stąd chyba ten aceton.[…].(149)
Wezwanie do lekarza. Waga? Nie. Bada ciśnienie. Zagląda w oczy, w gardło. Naciska skórę w górnej części ramienia, na mięśniu dwugłowym, ściska skórę na piersi.[…]. Wypisuje jakąś kartkę. Po raz kolejny powtarza, że karmienie jest nieprzyjemne. Że ryzyko uszkodzenia żołądka – zwłaszcza u „wrzodowca“. Zaglądam w kartkę. Dieta L-2. Czyli sztuczne karmienie. „rura“. Ano zobaczymy. Wracam do celi.[…].
11 kwietnia, środa, 21 dzień głodówki ciągłej. Wstaję słaby, z lekkim bólem głowy. Poza tym – wszystko w porządku.[…]. Drzwi otwierają się. Do celi wchodzi Kuza, jeszcze dwóch oficerów, kilku strażników. Dreszcze strachu po plecach, serce w gardle. Co się dzieje?! Rewizja? Przenosiny do innego więzienia? Chyba bić nie będą? Strażnik wnosi krzesło. Stawia. Wyjmuje z kieszeni kajdanki. Przesłuchanie z biciem? Stoję i patrzę osłupiały. Felczer, pielęgniarka z garnkiem. Oddycham z ulgą – to obstawa do sztucznego karmienia![…]. Ulga i w tym samym momencie przygnębienie: skoro zdecydowali się karmić przymusowo, to znaczy, że na razie „porozumienia“ nie będzie.[…]. Kuza miota się po celi. Pokrzykuje do strażników, do mnie, wymachuje rękami. Wprowadza bardzo nerwową atmosferę. Staram się nie zwracać na to uwagi. Podchodzę do felczera.
– Co się dzieje, panie „doktorze“?
– Wiecie.. Wie pan, wiecie Kropiwnicki, taki przepis – musi być sztuczne karmienie. Uprzedzałem.[…].
Ręce mu drżą, nerwowo miętosi swój kitel. Ruch w celi. Kuza staje obok, [Zdzisław] Słoń wycofuje się z celi, chowa się za drzwiami.
– Z taką asystą?
– Taki przepis…
– W porządku. Może pan odnotować, że karmienie się odbyło, lej pan tę bryję w kubek. Wypiję. Przy takiej obstawie…
Umyka oczami. Jest blady.
– Nie wolno. Musi być przez sondę. Taki przepis.
– Wie pan, że mam wrzody żołądka, że może pan tą rurą uszkodzić mi żołądek na trwałe.
– Tak. Ale taki przepis …
– No więc jak?! – włącza się Kuza. – Będzie po dobroci, czy z kuciem? Będziesz stawiał opór?
– Proszę nie zwracać się do mnie „na ty“. Nie życzę sobie!
– Będziecie stawiali opór?
– To się okaże.
– Kuć go!!!
Rzuca się na mnie kilku strażników. Kotłujemy się po celi. Próbują wykręcić mi ręce. Nie wychodzi. Kręcimy się w kółko, przewracamy stołki, stolik uderza o ścianę, coś z niego wypada, odrywa się zasłona kibla. Kuza wrzeszczy, strażnicy sapią. Wyrywam się z rozpaczą, już wiem, że nie dam rady, że to beznadziejne, ale walczę. Dwóch łapie mnie za ręce, trzeci skacze mi na plecy. Kręcę się jak fryga. Czwarty nachyla się błyskawicznie i podrywa mi nogi. Lecimy wszyscy czterej. Jęk sprężyn – lądujemy na łóżku. Padam plecami na tego z tyłu. Przy upadku udaje mi się wyrwać jedną rękę, lewą. Na prawej zatrzaskują kajdanki. Szarpię się. Wyciągam lewą do przodu. Prawą mam wykręconą do tyłu.
– Kuć do tyłu!- ryczy Kuza.[…].
„Cyganka“ gestem nakazuje wyjście strażnikom. Stają w drzwiach. W celi zostają oficerowie: „Cyganka“, Kuza i Lewandowski oraz felczer i pielęgniarka. Z uczuciem upokorzenia siadam na krześle. Felczer moczy koniec gumowej rury w białej bryi. Ręce mu się trzęsą. Usiłuje wepchnąć mi rurę do gardła. Uderzenie mdłości, żołądek kurczy się spazmatycznie, rwie się, boleśnie skacze do gardła. Felczer pcha. Skurcz i znowu skurcz. I znowu. Ściśnięte gardło nie przepuszcza rury. Słyszę swój ryk – charkot. Kurczę się cały z obrzydzenia. Skręca mnie. Wewnątrz rwie mnie w nieustannych skurczach. Nie wymiotuję, nie mam czym. Rwiący ból wnętrzności. Z forsowanego przemocą przełyku rozchodzą się kolejne, szybko po sobie następujące skurcze bólu i obrzydzenia. Spazmatyczne beczenia przechodzą w kolejny ryk wydoby-wający się gdzieś z głębi trzewi. Wreszcie rura przestaje się poruszać. Opieram zęby na rurze. Żebym tylko nie zwymiotował, bo znowu się zacznie!… Jeszcze wstrząsają mną mdłości. Brodę mam zaślinioną, jestem zasmarkany, z oczu ciurkiem ciekną łzy. Chwytam kawałek ligniny, który pielęgniarka położyła mi na kolanach i usiłuję się powycierać. Wstyd. Upokorzenie. Rozpacz. Głucha rozpacz. Felczer trzyma rurę, pielęgniarka podaje mu kubek bryi. Wlewa do lejka na końcu rury. Mdłości, skurcze żołądka nasilają się. Kącikiem ust wylewa się gęsta ślina. Jeszcze jeden kubek. Kolejny atak mdłości. Felczer przerywa wlewa-nie. Oddaje kubek pielęgniarce, szybkim ruchem wyciąga rurę z przełyku. Szarpnięcia mdłości, obrzydzenia. Część bryi wylewa się za rurą, Podbiegam do umywalki. Ale nie wymiotuję, choć wstrząsają mnie skurcze obrzydzenia. Myję twarz. Czuję się potwornie. Dokonał się na mnie gwałt! Takie upokorzenie! Przy tylu gapiach. Płaczę z wściekłości, z upokorzenia, z rozpaczy. Gryzę ręce. Nie przeżyję tego! Bydlaki! Podetnę sobie żyły. Nie przeżyję tego upokorzenia, podeptania godności, kompromitacji! Dosyć tego! Niech to już raz się wreszcie skończy! Miotam się po celi (felczer i strażnicy opuścili ją natychmiast po zakończeniu karmienia) zrozpaczony i nieprzytomny z gniewu na cały świat. W pewnym momencie stwierdzam, że trzymam w ręku nóż. Świetnie! Jeden ruch i…! Przytomnieję!.[…]. Ważenie: 58.600 kg. od ostatniego ważenia, minus 0,400. Od 19 marca: minus 5.900 kg. Od 11 listopada: minus 15 kg.[…].(150)
***
-… Aktualnie wraz z Jurkiem Kropiwnickim trzymamy głodówkę. Od środy 11 IV, zaczęli nas dokarmiać. Jurek łyka sondę sam. Ja nie pozwalam się karmić, więc od 3 dni najpierw odbywa się obezwładnianie, zakuwanie w kajdanki, a potem otwieranie ust siłą, przy pomocy dźwigni i tortur. Słowo tortury należy traktować dosłownie, gdyż po osadzeniu mnie na krześle depczą mi palce stóp, wykręcają ręce i nogi, często w odwrotnych kierunkach, tj. w ten sposób, że wykręcając ręce zmusza się mnie do wyprostowania się, a ten który wykręca nogę, nie dopuszcza do wyprostowania. Kładą mi nogi na krawędź łóżka i któryś z nich siada na nogach wyłamując stawy kolanowe w odwrotną stronę lub dociska kości goleniowe do kątownika łóżka. W tym czasie, inny wykręca mi do tyłu głowę i silnie uciska na zawiasy szczękowe, a lekarz bądź pielęgniarka operuje kleszczami przy szczękach. Kiedy zaczynam krzyczeć, wkładają kleszcze między zęby i wtedy mnie mają. Pozostaje im tylko włożyć sondę i lać mannę. Zwykle przychodzi 5-6 funkcjonariuszy oraz lekarz i pielęgniarka. Jedna z nich, też posunęła się do torturowania mnie, kiedy zaczęła bardzo mocno ugniatać mi węzły chłonne, co jest szczególnie bolesne.[…]. Podejrzewam, że będziemy jeszcze długo musieli z Jurkiem głodować. Jesteśmy zdecydowani na to. Nie ustąpimy.
Pozdrawiam wszystkich, którzy pamiętają i działają. Barczewo,13 IV.. Andrzej Słowik.(151)
…Śmierć w więzieniu, w wyniku głodówki… Głodówki o prawa więźniów politycznych. O godność ludzką. To ma sens… Może polityczni, ci którzy są i którzy (jak dowodzi historia PRL) nie będą musieli przechodzić przez to, przez co przechodziliśmy my i nasi poprzednicy. Może przestaną stawać wobec wyboru między chronieniem swej godności, systemu wartości, jaki wyznają, a chronieniem zdrowia i życia…Może nie będzie już takich, jak D. czy O., którzy wyszli z więzienia przez gabinet psychiatry-czny i takich, którzy w rozpaczy targnęli się na własne życie, i takich, którzy w wyniku walki o swe prawa wyszli z więzienia ze zrujnowanym zdrowiem. I takich, których system więzienny złamał. Tych, którzy przyjęli na siebie rolę donosicieli. I tych, którzy wyszli z więzienia z tatuażami…Śmierć. Wdzięczny jestem panom prokuratorom wojewódzkim, że uwolnili mnie od lęku przed nią.(152)
W tym samym tygodniku został opublikowany „LIST OTWARTY WIĘŹNIÓW Z BARCZEWA DO GENERAŁA JARUZELSKIEGO.[…]. Wszystkie te fakty świadczą o świadomym stosowaniu wobec nas działań, ktore są sprzeczne z często powtarzanymi przez władze PRL tezami o rzekomym humanitarnym traktowaniu więźniów, a w stosunku do więźniów politycznych istnieniu „szczególnych uprawnień“. Jest to celowe wprowadzenie w błąd opinii publicznej w kraju i za granicą. Okoliczność ta zmusza nas do napisania niniejszego listu otwartego.
16 IV. Piotr Bednorz, Władysław Frasyniuk, Patrycjusz Kosmowski, Leszek Moczulski, Tadeusz Stański, Romuald Szeremietiew.“
A poniżej, dodatkowa informacja: „Gwałtowne nasilenie represji rozpoczęło się 20.III, po powrocie do Barczewa Edmunda Bałuki. Wysłany do Gdańska, został on w areszcie na Kurkowej brutalnie pobity, doznał złamania dwóch żeber i uszkodzenia nerki. Już w Gdańsku rozpoczął głodówkę protestacyjną. W Barczewie dołączyli się do niej pozostali więźniowie polityczni. Stało się to sygnałem do systematycznego maltretowania i znęcania się nad nimi. Obecnie głodówkę kontynuują Słowik i Kropiwnicki, pozostali Odpowiedzialni za znęcanie się nad uwięzionymi przywódcami „S“ i KPN:- naczelnik więzienia Lutrzykowski, lekarz więzienny Ryszard Sobolewski; funkcjonariusze: Jerzy Lisowski, Jan Statkiewicz, kpt. Smochowski, Wacław Hapner, Antoni Lewandowski, Zdzisław Siemaszko, Zdzisław Słoń, Ryszard Jakubaszek, Hilary Kutrza, Kazimierz Olechowski.
Jedyny znany mi przypadek, to umożliwienie Andrzejowi Słowikowi wyjazdu pod nadzorem, na pogrzeb jego Ojca. W Barczewie miałem dosyć regularne kontakty z adwokatami, moimi obrońcami. Był tam mecenas Eugeniusz Sindlewski, Stanisław Maurer i Andrzej Kern i oni dość często tam się pojawiali u mnie.
Łódź dnia 12 kwietnia
Sekretariat Episkopatu Polski
Za pośrednictwem Kurii Biskupiej Diecezji Łódzkiej
Informacja o sprawie Andrzeja Słowika i dr. Jerzego Kropiwnickiego
[…]. PS.III. Trudności w wykonywaniu obowiązków obrończych w postępowaniu wykonawczym.
Wszyscy wyżej wymienieni adwokaci są również obrońcami skazanych w postępowaniu wykonawczym. Odwiedzali oni skazanych w Hrubieszowie, Potulicach i ostatnio – w Barczewie. Swobodny kontakt ze skazanymi trwał do dnia 17 grudnia 1983 roku. W dniu tym administracja Zakładu nie zezwoliła adw.Maurerowi i Ożadowiczowi na widzenie, twierdząc, że skazani nie chcą się z nami widzieć.
Odmówiono prośbę, by skazani uczynili to na piśmie. Podobna sytuacja powtórzyła się w dniu 23 grudnia 1983 roku, gdy do skazanych pojechali adw. Kern i Maurer.
W grudniu 1983 roku skazani powiadomili pisemnie swych obrońców, że nie jest prawdą, by odmówili widzenia z nimi.[…].
Od marca 1984 roku widzenia ze skazanymi zostały obrońcom przywrócone.[…].
…IV. Aktualna sytuacja skazanych.
Zakład Karny w Barczewie jest więzieniem ciężkim. Położony on jest na terenie podmokłym, co sprzyja powstawaniu chorób reumatycznych. Obaj nasi klienci niemal od początku pobytu w Barczewie zajmowali cele wyposażoną w tak małe okno, że niemal przez cały dzień – chcąc się uczyć lub czytać, zmuszeni byli do zapalania światła elektrycznego. Mimo takich warunków stosunki między skazanymi a administracją późną jesienią 1983 roku ułożyły się dosyć dobrze. Jednakże od 4 grudnia 1983 roku – jak wynika z relacji skazanych – administracja Zakładu bez jakiegoś uzasadnionego powodu przystąpiła konsekwentnie do pozbawienia skazanych, uzyskanych przez nich przywilejów. Rozpoczęły się coraz częstsze przeszukiwania cel, zaczęto odbierać przedmioty osobiste, pomoce naukowe, książki, własno- ręcznie poczynione notatki, ubrania cywilne. Gdy rozmowy z administracją nie dawały rezultatu, skazani rozpoczęli przemienną głodówkę: co dzień głodowała inna cela (więźniowie polityczni zajmowali cztery cele). To spowodowało dalszą eskalacje kar regulaminowych. Doszło do wypadku pobicia Andrzeja Słowika i do wszczęcia przeciwko niemu postępowania karnego za rzekome ubliżenie strażnikom więziennym. Po wizycie adwokatów: Kerna, Mazura i Ożadowicza – w dniu 13 marca roku – pojawiły się oznaki pewnego odprężenia. Jednakże w dniu 22 marca roku, skazani dowiedzieli się o pobiciu w Gdańsku współwięźnia – Bałuki, którego zabrano tam rzekomo do lekarza. Od dnia 23 marca roku Andrzej Słowik i Jerzy Kropiwnicki przystąpili do ciągłej głodówki.[…]. W czasie ostatnie wizyty w Barczewie adwokaci: Kern, Maurer, Olczyk i Sindlewski – w dniu 7 kwietnia roku – czynili wszystko, co było w ich mocy, by nakłonić skazanych do przerwania głodówki, tym bardziej, że zastali obu w bardzo ciężkim stanie.[…]. Pragniemy dodać, że w ostatnim okresie skazani osadzeni są w pojedynczych celach, nie mogą wysłuchiwać Mszy św. i nie są odwiedzani przez księdza. Z tych wszystkich względów zdecydowaliśmy się zwrócić o pomoc i opiekę nad skazanymi: Andrzejem Słowikiem i Jerzym Kropiwnickim do Episkopatu Polski. Łączymy wyrazy głębokiego szacunku. Lech Mazur, Mirosław Olczyk, Wiesław Ożadowicz, Andrzej Kern, Stanisław Maurer, mec. dr Eugeniusz Sindlewski.(153)
Docierały do naszej celi w Barczewie echa tego, co się działo w kraju. Docierały głównie w ten sposób, że mieliśmy przemycony do celi odbiornik, na którym, z zachowaniem wszelkiej ostrożności, słuchaliśmy „Wolnej Europy“. Ten odbiornik nigdy nie wpadł. W pewnym sensie żałuję, że go zniszczyłem już po wyjściu z więzienia, kiedy obawiałem się rewizji w domu. A zniszczyłem dlatego, że uważałem iż pomysł był tak sprytny, że należało strzec go przed ujawnieniem, ponieważ być może jeszcze kiedyś, można by było z niego skorzystać. Staraliśmy się o prawo do Mszy św.
***
Ps.VIII. Obliczyłem ilość dni „przegłodowanych“ w czasie całego pobytu w więzieniu w proteście przeciw odmawianiu praw więźniom politycznym bądź represjonowaniu ich:
A. W Hrubieszowie (okres pobytu: 10 XII 1982 – 9 IX 1983
1. głodówki comiesięczne ( 13, 13 i 14) – 16 dni
2. 7-dniowa głodówka „ o status więźnia“ – 7 dni
3. protest przeciw pobiciu kolegów – 4 dni
Łącznie: ———— 27 dni
B. W Barczewie (okres pobytu: 9 IX 1983 – 24 VII 1984)
1. głodówki comiesięczne – 7 dni
2. głodówka wrześniowa – 18 dni
3. głodówka rotacyjna – 26 dni
4. głodówka wiosenna – 57 dni
Łącznie: ———— 108 dni
W sumie: 135 dni.
Ps.IX. Pytanie Tadka [Stańskiego]: „Czy uważasz, że warto było podejmować głodówkę?“.
Pytanie źle postawione. Powinien zapytać: Czy trzeba było?
– Tak. Nawet, gdyby koszty były jeszcze większe, niż są. Tam, gdzie w grę wchodzi obrona godności ludzkiej i walka o prawa więźniów politycznych, nie ma „zbyt wysokiej“ ceny.[…].(154)
[Przed więzieniem Jerzy Kropiwnicki ważył 80 kg, a po głodówce;- 56.4 kg]
***
W kilka tygodni po zakończeniu głodówki, gdy wygraliśmy właściwie wszystkie punkty tego, na czym nam zależało – jeżeli chodzi o status więźnia politycznego – umieszczono nas w jednej celi. Jak się okazało, była to jedyna cela, która była skanalizowana. Przerobiono świetlicę na rodzaj kaplicy więziennej, dostarczono nam telewizor. Odbywaliśmy już wspólne spacery i w pewnym momencie została ogłoszona amnestia i w końcu lipca znalazłem się w Łodzi. Zrobiono jeszcze taki dosyć chamski i złośliwy numer – nie wiem z jakiego powodu – czy z obawy, że będziemy zbyt dobrze witani w Łodzi. Dość, że powiadomiono rodziny, że następnego dnia wychodzimy z więzienia. Rodzina Andrzeja Słowika i moja, pojechały do Olsztyna, bo to jest parę kilometrów od Barczewa, żeby następnego dnia rano być w więzieniu. I jak przyjechali pod bramę o godzinie 9:00 rano, to zostali poinformowani, że my zostaliśmy zwolnieni poprzedniego dnia. Rzeczywiście, poprzedniego dnia, gdzieś ok. godzinie 3:00 po południu, kazano nam się pakować ze wszystkim, i gdzieś o godz. 5:00-6:00 po południu, skończyła się cała procedura wypisywania nas z więzienia i okazało się, że czeka na nas taka duża stara „Wołga“, a w niej trzech „ubeków“, którzy powiedzieli, że będą nam towarzyszyć w przejeździe do Łodzi. Nie było tam najwygodniej, chociaż „Wołga“ jest dosyć dużym samochodem, ale było tak, że dwóch siedziało z przodu, a jeden siedział między nami z tyłu. I w ten sposób jechaliśmy do Łodzi. Przyjechaliśmy już późnym wieczorem lub wczesną nocą, jak to woli. Okazało się, że u Andrzeja Słowika nikogo w domu nie ma. Jechaliśmy od strony Zgierza, a od tamtej strony, mieszkał Andrzej Słowik i dom zamknięty. Wtedy komórek nie było, więc nie było jak się porozumieć. Potem był blok w którym ja mieszkałem. Też mieszkanie zamknięte i nikogo w nim nie było. Postanowiłem jechać do teściowej i namówić Andrzeja, żeby zanocował u mnie. Próbowaliśmy się tam dodzwonić do mieszkania, ale było to bardzo trudne. Od sąsiadów dowiedzieliśmy się, że teściowa z moją żoną i moim synem, pojechali do Olsztyna. Natomiast w mieszkaniu był mój szwagier, który pracował i wobec powyższego nie mógł sobie pozwolić, na tego rodzaju wyprawę. Ale on miał pioruńsko ciężki sen. Myśmy się tam długo dobijali do drzwi. Jednocześnie od sąsiadki nieustannie dzwoniliśmy telefonem. Na szczęście, jeden aparat telefoniczny stał przy jego łóżku, więc po iluś tam – kilkunastu, kilkudziesięciu minutach – wreszcie dobudził się i w ten sposób z Andrzejem z jednej celi, wylądowaliśmy w jednym pokoju. Za dzień czy dwa, z aresztu na Mokotowie w Warszawie, wyszedł Grzegorz Palka, przygotowywany do procesu, w którym mieli być sądzeni przywódcy „Solidarności“, tzw. radykalnego nurtu „Solidarności“. Był przygotowywany także drugi proces kierownictwa „KOR-u“, ale jedno i drugie zostało zaniechane, gdyż już warunki się zmieniły. Ponieważ moja rodzina była w kontakcie z Ośrodkiem prowadzonym przez o. Miecznikowskiego, numery telefoniczne mieliśmy u siebie w domu. Uznałem za stosowne zadzwonić do o. Miecznikowskiego i powiedzieć, że jestem już na wolności. O. Miecznikowski zaprosił mnie do siebie, do domu zakonnego, a tymczasem pojawiła się u mnie pani Barbara Gruchała-Gruszczyńska, którą znałem wcześniej, bo była pracownicą podległą mi w dziale biura prasowego. Rozmowa z Ojcem miała charakter…taki bardziej na zasadzie powitania. Taka mocna i zdecydowana rozmowa, to miała miejsce jakieś dwa miesiące później, po porwaniu i śmierci ks. Jerzego Popiełuszki. Andrzej i ja, zostaliśmy uroczyście przywitani po Mszy świętej, odprawianej co tydzień „Za Ojczyznę“ o godz.10:00, w Kościele ojców Jezuitów. Byli wszyscy koledzy, którzy wcześniej wyszli z więzienia, było mnóstwo ludzi. Na zdjęciach zrobionych widać, jak dziedziniec kościelny był zapełniony ludźmi, którzy tam przyszli nas witać. Prawdopodobnie tego chciały uniknąć władze, kiedy nas w inny sposób dostarczyły do Łodzi. Od ojca Miecznikowskiego dowiedzieliśmy się także, że jesteśmy oczekiwani w Warszawie w Szpitalu, na oddziale prowadzonym przez panią docent Zofię Kuratowską. Przez tamten oddział przechodzili wszyscy, którzy prowadzili głodówkę w więzieniu. Tam odbywali badania. Docent Kuratowska była jedną z wybitnych organizatorek i osób działających w Prymasowskim Ośrodku Pomocy, który mieścił się przy Kościele Św. Marcina w Warszawie. No więc, wzięliśmy co trzeba i pojechaliśmy do tamtego szpitala, gdzie przeprowadzono nam bardzo dokładne badania. Tam też, odwiedzali nas różni ludzie, których wcześniej znaliśmy. Niektórzy z moich kolegów, z którymi siedziałem w jednej celi na Mokotowie, czy w Hrubieszowie. Myśmy tam spędzili tydzień – może trochę więcej – na takich właśnie badaniach, a potem siłą rzeczy, żeśmy tam od czasu do czasu zaglądali. Ilekroć jechaliśmy pociągiem do Warszawy, także i pod inne adresy, to na korytarzu stało zawsze kilku panów. Potem ci panowie podążali za nami, jak szliśmy do tramwaju. Czuliśmy oddech i obecność „śledzi“, jak to się ich wtedy nazywało. A w szczególności, była ona bardzo widoczna, kiedy wybieraliśmy się do Warszawy. Jeśli samochodem, to za nami jechało jakieś auto, a jeżeli pociągiem, to na korytarzu zawsze można było ich zobaczyć. W Warszawie, dość łatwo żeśmy się ich pozbywali, gdyż oni Warszawę znali gorzej niż my. Kiedyś studiowałem w Warszawie, więc siłą rzeczy, byłem w stanie wymyśleć takie przejścia, przy których można było ich zgubić.
Wtedy, czyli tuż po naszym powrocie do Łodzi, ojciec Miecznikowski nie poruszał żadnych spraw, mających znamione strikte polityczne. Głównie załatwiał z nami sprawy bytowe i informował, że trzeba się udać do tego szpitala w Warszawie i dobrze byłoby także, abyśmy się pokazali w tym Ośrodku przy kościele Św. Marcina. A z kolei Basia Gruchała-Gruszczyńska, próbowała nas zaopatrzyć w różne rzeczy, które były w tym dobrze wyposażonym Ośrodku Pomocy, przy Kościele o.o. Jezuitów. O. Miecznikowski nas poinformował, jakiego rodzaju aktywność przejawia ten Ośrodek, jaki ma zakres działania, ale to wszystko było na zasadzie, że „o tym wszystkim porozmawiamy, jak wrócicie z Warszawy“. Część badań odbywała się na miejscu, w tamtejszym Szpitalu. To był oddział gerentologii i chorób krwi, czyli krótko mówiąc umieralnia. Pani docent Kuratowska dokonywała tam dosłownie cudów, co zresztą było widać, kiedy ją zdjęto z ordynaorstwa tego oddziału. W ciągu jednego tygodnia zmarło tam sześć osób. Cały jej zespół, który ona zorganizowała, to był jeden z niewielu oddziałów szpitalnych, w jakich miałem do czynienia w życiu, gdzie człowiek nie mający żadnego statusu społecznego, który powodowałby jego szczególne traktowanie, był tam traktowany z nadzwyczajną cierpliwością i dobrocią. I to się rozciągało na pielęgniarki. Z salowymi tam różnie bywało, ale za to pielęgniarka z pięć razy wzywana do tego samego chorego, który po prostu nie miał żadnego innego powodu, poza jednym, że nie mógł zasnąć. Ale i wtedy okazywało się, że najbardziej zależało mu na tym, aby pielęgniarka podrapała go po plecach, co zresztą robiła i to był sposób traktowania tam pacjentów. Pobieranie krwi do analizy odbywało się w ten sposób, że człowiek się budził, jak już miał rękę przywiązaną i pielęgniarka nad nim stała z igłą. Cały personel medyczny starał się, aby chory tam nie miał żadnych dodatkowych udręk i można powiedzieć, że starali się o to bardzo skutecznie. Odwiedził mnie tam, także Andrzej Machalski, człowiek którego poznałem w Hrubieszowie, jeden z przywódców tzw. MRKS [Międzyzakładowy Robotniczy Komitet Solidarności], bardzo radykalnej struktury warszawskiej. Jej dziełem były te wszystkie tzw. „zadymy“, które się w Warszawie odbywały, w tym: rozrzucanie ulotek. Współpracowali z radiem „Solidarność“. To była struktura, która w tamtym czasie uważała, że nieustanie pokazywanie władzy „brzuszka“ – jak oni to nazywali – jest bez sensu. Trzeba władzy pokazywać siłę, a nie „brzuszek“. Z wyglądu, nikt by pana Andrzeja Machalskiego nie posądził o taki radykalizm, bo to człowiek, który się odzywał zawsze takim miękkim spokojnym tonem, miał grube szkła w okularach, a jak coś potrzebował przeczytać, to jeszcze brał lupę do ręki. Nikt by nie uwierzył, że został złapany na kolejnym dachu, z którego nie miał już gdzie zeskoczyć. Ale jednocześnie było wiadomo, jak ktoś znał jego życiorys, że on miał kiedyś wielkie osiągnięcia w lekkoatletyce. Przed stanem wojennym pracował, w jednym z wydawnictw koncesjonowanych katolickich, jakie wtedy istniały. Po wyjściu z więzienia założył prywatną firmę, która niebawem stała się jedną z największych firm prywatnych w Polsce. Spytaliśmy go:- Czy mógłby nas podrzucić do Gdańska na spotkanie z Lechem Wałęsą? On się tego podjął i któregoś dnia, samochodem pojechaliśmy do Gdańska. Po drodze, mieliśmy świadomość, że jesteśmy obserwowani. W którymś momencie, wlepiono nam mandat na 300 złotych, co wtedy było nie mało. Mniej więcej tyle, co byłoby dzisiaj, nawet trochę więcej. A poza tym, do Gdańska dojechaliśmy bez żadnego problemu. Spotkaliśmy się z Lechem Wałęsą. Wrażenia z tej rozmowy mieliśmy bardzo mieszane, bo Lech miał do powiedzenia Andrzejowi to m. innymi: że na pewno na niego nie głosował, na ostatnim Zjeździe, a mnie…, że odmówiłem mu wejścia do Prezydium Komisji Krajowej i jakieś takie dosyć dziwaczne w tym momencie stwierdzenie:
– A może dobrze zrobiłeś, bo być może dalej byś siedział.
– Właśnie wyszedłem z więzienia i członkowie Prezydium też.
Dał nam duży karton papierosów importowanych, oraz chwalił się tam różnymi gadżetami, które miał… A to, jacyś górnicy mu przynieśli…A to, ktoś znowu…A to, ktoś jeszcze…A tutaj dyplom od Papieża, a tam, pozdrowienia od kogoś. Takie tam… W sumie przykro.
Powracając do pobytu w Szpitalu… O. Miecznikowski utrzymywał kontakt z nami i z naszą rodziną i było wiadomo, że my tam w Warszawie, jesteśmy z dziesięć dni, to góra. Tam nas odwiedził ks. Jerzy Popiełuszko. I żeśmy się dogadali, że się już z nim w życiu widziałem. Był to taki przypadek…Studiowałem na SGPiS i studenci odbywający przeszkolenie wojskowe w czasie studiów mieli taki obóz, kończący cały cykl szkolenia. On był skoszarowany w ramach represji władz PRL wobec Kościoła. Było to w koszarach w Barczewie w 1967r. Nie spotkałem się wówczas „towarzysko“. Usłyszałem o nim, jako o „buntowniczym kleryku“. Widzieliśmy się z nim przelotnie. Przy drugim spotkaniu, opowiedział o Mszach za Ojczyznę w swojej parafii i zaprosił na Pielgrzymkę Ludzi Pracy do Częstochowy. Mówił też, że stara się unikać spotkania z Prymasem Józefem Glempem, bo słyszał, że zapadła decyzja o skierowaniu go do Rzymu na studia, dla bezpieczeństwa. Oczywiście, mógł odmówić – ale Prymasowi odmówić nie wypada. Było w Łodzi, kilku księży zakonnych i diecezjalnych, którzy prowadzili u siebie Msze święte za Ojczyznę, jednak z jakiegoś powodu ks. Biskup Józef Rozwadowski nie mianował żadnego z nich Duszpasterzem Ludzi Pracy. Mianował natomiast ks. Jana Sobczaka. Mówiono, że jak Bp Józef Rozwadowski nie potrafił zdecydować się, kto byłby najlepszym kandydatem, to pozostawiał sprawę losowi, tzn. czekał, kto pierwszy zamelduje się na audiencji, i obdarzał go tym obowiązkiem. No i niestety, obdarzył takim obowiązkiem księdza, który był w bardzo delikatnej sytuacji. Budował kościół i pokrywał kopułę blachą miedzianą, a blachy miedziane wtedy na rynku, ani w sklepie, albo za pomocą internetu się nie zamawiało. Taki produkt był ściśle reglamentowany i było wiadomo, jak ktoś zaczyna czymś takim pokrywać dachy, to „esbecja“ momentalnie o tym wie, a otrzymanie blachy miedzianej w sposób nielegalny, narażało na różnego rodzaju konsekwencje. A w każdym bądź razie, na represje.
Relacje z ks.Janem Sobczakiem były dość skomplikowane. Uważałem, że było błędem ze strony św.p. Biskupa Rozwadowskiego, mianowanie ks.Sobczaka, późniejszego prałata, Duszpasterzem Ludzi Pracy, co stało się po męczeńskiej śmierci, dzisiaj już błogosławionego ks.Jerzego Popiełuszki, kiedy Episkopat powziął decyzję, że organizuje Duszpasterstwo Ludzi Pracy i że wobec tego, mają być wyznaczeni Diecezjalni Duszpasterze. I dlatego, siłą rzeczy, zachowałem daleko idącą ostrożność…
***
Meldunek łódzkiego SB dla dyżurnego operacyjnego MSW w Warszawie z 9 września 1985r.
4 dni wcześniej odbyło się zebranie organizacyjne aktywu Duszpasterstwa Świata Pracy. Przewodniczył mu proboszcz parafii na Retkini – ks.Jan Sobczak, poproszony przez biskupa Rozwadowskiego by został duszpasterzem robotników stwierdził, że nominacja stanowi dla niego zaskoczenie, ale ponieważ jest człowiekiem upartym, to doprowadzi robotę do wyznaczonego celu.[…]. Na propozycję jednego z uczestników spotkania, że do inicjatywy warto by włączyć kogoś ze znanym nazwiskiem, np.[Andrzeja] Słowika, ks.Sobczak stwierdził, że Słowik prowadził działalność polityczną. Dodał, że niestety drogi Kościoła i „Solidarności“ rozeszły się. Kościół nie może i nie będzie angażował się w akcje polityczne. Tolerowani są co prawda, tacy księża jak [ks.Henryk] Jankowski, czy [o.Stefan] Miecznikowski, ale nie potrzeba ich w duszpasterstwie robotników, przynajmniej z dwóch względów; – po pierwsze, to co oni robią, jest nauką nienawiści, a Kościół nie może się narazić na takie zarzuty;- po drugie, ich działalność jest obliczona na doraźny efekt, a Kościołowi chodzi o efekty długofalowe i trwałe.(155)
A to, że ojciec Miecznikowski nie spotykał się z powszechnym prestiżem wśród księży, też mnie nie dziwi. Było bardzo wielu takich, którzy traktowali go jak bohatera, ale było też trochę takich, których uwierał na sumieniu, ponieważ ich na tego rodzaju odwagę i działalność stać nie było. Więc po prostu, mając pretensje do siebie, nie lubili jego, bo stanowił dla nich wyzwanie i wyrzut sumienia. Niektórzy w tym swoim strachu, mieli jeszcze dodatkową niechęć, polegającą na tym, że wtedy, kiedy myśmy głodowali w Barczewie – kiedy był trzydziesty lub czterdziesty dzień głodówki – ojciec Miecznikowski zorganizował akcję, żeby w miarę możliwości we wszystkich Kościołach, na tej samej Mszy św. o godz.10:00, wszędzie do intencji wiernych, włączyć intencję w naszej sprawie. I okazało się, że były Kościoły, które tego odmówiły. Później okazało się, że i w samym zakonie Jezuitów, jedni byli z pełnym podziwem w stosunku do ojca Miecznikowskiego, a inni uważali, że ich bez potrzeby naraża. Człowiek nie może siebie nie lubić, więc ci, których dręczyły wyrzuty sumienia, musieli nie lubić ojca Miecznikowskiego. Nie jestem tym specjalny zdziwiony. Sądzę, że każdy psycholog, by takie zjawisko potwierdził…
…W środowisku kościelnym nie brakowało jednak głosów przyjaznych Jezuicie. Świadczył o tym m.in. meldunek z 12 lutego 1985r Wydziału d.s.Wyznań UMŁ [Urzędu Miasta Łodzi], w którym napisano, że Stefan Miecznikowski oceniany jest pozytywnie wśród kurialistów z racji skupienia wokół siebie opozy-cjonistów należących do elity intelektualnej Łodzi oraz tych ugrupowań, które popierają Kościół.(156)
…Po porwaniu ks.Popiełuszki, ojciec Miecznikowski wyraźnie zradykalizował swoją zewnętrzną działalność. Do tej pory była ona i tak widoczna w Łodzi, bo ten Ośrodek Pomocy był tylko częścią działalności ojca Miecznikowskiego. Oprócz tego, działało tam kilka Duszpasterstw. Takich środowisk, które nie mogły znaleźć sobie miejsca, na legalne działanie. Do nich należało: Duszpasterstwo dziennikarzy,
Duszpasterstwo Środowisk Twórczych itd. Były tam organizowane spotkania raz w miesiącu, gdzie przyjeżdżali ludzie znani ze swoich postaw opozycyjnych. Łatwiej byłoby mi wymienić kogo nie było, niż kto był. Był tam i pan Tadeusz Mazowiecki i pan Dariusz Fikus, Jacek Kuroń, Marek Edelman. Było tam też zorganizowane wyjątkowe spotkanie…Chyba jako pierwsze wtedy w Polsce, którego tematem była kwestia: „Polacy, a mniejszości etniczne“. Na tej dużej konferencji byli Białorusini, Łemkowie i Ukraińcy. Później, jak już taka możliwość się otworzyła, to ojciec Miecznikowski zabiegał o to, żeby go wyznaczono na misję na Wschodzie. Najchętniej na Litwę. Ale niestety, nic z tego nie wyszło, zakon był innego zdania. Jeszcze wtedy, jak było porwanie ks. Jerzego Popiełuszki, i nie było wiadomo, czy i kiedy zginął, to ojciec Miecznikowski najpierw zarządził modlitwę na terenie Kościoła, a myśmy brali w tym udział. Później pojechaliśmy do Warszawy z Andrzejem Słowikiem i Grzegorzem Palką, i tam przebywaliśmy na terenie Kościoła Św. Stanisława Kostki, aż do momentu, w którym otrzymaliśmy wszyscy wiadomość, że znaleziono ciało. Ojciec Miecznikowski urządził olbrzymie uroczystości w Kościele. Wtedy też, został postawiony ten krzyż, z tablicą przed Kościołem o.o. Jezuitów na ul. Sienkiewicza 60. Ilekroć tam jestem, to tablica ta jest częściowo przysłonięta kwiatami i nie zwróciłem uwagi, czy nadal jest tam nadal znak zapytania, przy dacie śmierci [jest]. Jeszcze wtedy, nie było pewne, jakiego to było dnia i wobec tego przy dacie śmierci ojciec Miecznikowski kazał umieścić znak zapytania. To jednocześnie wskazuje, że to było jedno z pierwszych miejsc upamiętnienia śmierci ks. Jerzego Popiełuszki.
Wracając do duszpasterstwa. U o. Miecznikowskiego, było tak, że niby była swoboda, ale było oczywiste, że każdy krok, trzeba było jemu relacjonować, bo w pewnym momencie zgodził się na utworzenie przy Kościele o.o.Jezuitów, Duszpasterstwa Ludzi Pracy, jako jeden z kroków po śmierci ks.Jerzego Popiełuszki. Tam było środowisko szczególne, bo my zapraszaliśmy tylko osoby, wyłącznie z polecenia struktur podziemnych, lub też tajnych Komisji Zakładowych. Popularnie mówiono, że to „podchorążówka“.
Prowadziliśmy różnego rodzaju szkolenia i dyskusje na tematy związane z katolicką nauką społeczną. A w szczególności o prawach człowieka, o prawach pracownika. Niby mogłem robić to, co chciałem, ale tak na prawdę, byłem zobowiązany do zrelacjonowania tematów o.Miecznikowskiemu. Te spotkania u Jezuitów odbywały się w aneksie, gdzie jest w tej chwili kaplica Św.Krzysztofa. Na piętrze od schodów po lewej stronie, czyli nie tam, gdzie kaplica, tylko po drugiej stronie, była taka salka szkolna. Tam, te kilkanaście osób się zbierało. Sprowadzałem na te spotkania głównie specjalistów z Uniwersytetu Łódzkiego. Takich, których znałem jako osoby godne zaufania. I to Duszpasterstwo trwało tam, do słynnych czerwcowych wyborów. Ojciec Miecznikowski był także jednym z inicjatorów, którzy podchwycili ideę ks.Jerzego Popiełuszki na organizowanie pielgrzymki ludzi pracy do Częstochowy, trwających po dzień dzisiejszy.
Trzydziesta pierwsza odbyła się w tym roku, zawsze w trzecią niedzielę września. Brałem udział we wszystkich – prócz pierwszej – bo była zorganizowana w 1983 roku. Kiedy byłem tam, to na miejscu okazało się, że spotkaliśmy z całej Polski ludzi, którzy niedawno wyszli z więzienia z różnych miejsc. To była jedyna pielgrzymka którą widziałem, jeszcze z uczestnictwem ks.Jerzego Popiełuszki, bo w niedługi czas potem, został przecież w październiku porwany i zamordowany. Moja współpraca polityczna i społeczna z o.Miecznikowskim, zaczęła się po naszym wyjściu z więzienia, po zakończeniu tych wszystkich badań szpitalnych. I została bardzo zintensyfikowana z inicjatywy o.Miecznikowskiego, jako reakcja na śmierć ks.Jerzego Popiełuszki. O.Miecznikowski bardzo mocno to przeżył i uznał, że na tego rodzaju zbrodnie, nie można reagować zaprzestaniem działalności, pasywnością, tylko trzeba być aktywnym, być zdecydowanym na to, aby przeciwstawić się złu. Ta pielgrzymka, na której byłem w Częstochowie, to jak się spojrzało na ten plac poniżej „Szczytu“, to jeszcze wtedy, było tam, bardzo mało ludzi, zaledwie kilka tysięcy. Nawet uważałem, że jest to błąd, że jest to organizowane pod „Szczytem“. Myślałem tak, że gdyby to zrobiono w Kościele, no to Kościół pękałby w szwach. A tutaj, trochę ludzi stało na wałach, trochę pod „Szczytem“. To sprawiało wrażenie kilkutysięcznej grupy, najwyżej.
A w tej grupie tych, co stali pod „Szczytem“, w połowie to byli łodzianie, pod przywództwem o. Miecznikowskiego. To zawsze była potem jedyna grupa, która jeździła tam z namalowaną przez jedną z artystek z ASP, chorągwią Matki Boskiej Bolesnej i o. Miecznikowski sobie czasami żartował, że robotnicy to nie koniecznie pod kościelnymi sztandarami. Ale przywiązanie do tego akurat sztandaru, było tak duże, że robotnikom bynajmniej to nie przeszkadzało. Ta współpraca trwała aż do „Okrągłego stołu“.
Trzeba było dwukrotnie interweniować we władzach Jezuitów, żeby o.Miecznikowskiego z Łodzi nie zabierano. Raz to się odbyło dosyć gładko. Za drugim razem już trochę ciężej dlatego, że było wiadomo, że są także naciski władz na to, żeby przestał być Proboszczem. Ale zakon Jezuitów, który jest przecież zakonem intelektualistów, szybko znalazł rozwiązanie, po prostu rozdzielono – czego na ogół się nie robi – funkcję proboszcza i przełożonego Domu Zakonnego – Superiora. Nie znam treści porozumienia, jaki zawarł Ks.Kard.Stefan Wyszyński z Rządem PRL-u, ale podobno tam był jakiś zapis o koniecznych konsultacjach przy obsadzaniu stanowisk administracyjnych w Kościele, na przykład proboszczów. Więc tutaj zakon postąpił w ten sposób, że zwolnił ze stanowiska proboszcza o.Miecznikowskiego. Zresztą, po zakończeniu zwyczajowej kadencji, rozdzielono funkcję Proboszcza od funkcji Superiora. I w ten sposób o.Miecznikowski został nadal w parafii, jako Superior. Z tego co wiem, powodowało to, różne iskrzenia wewnętrzne. Jednak te okoliczności, nie zraziły Ojca do kontynuowania swojej dotychczasowej działalno-ści, nawet wtedy, kiedy zaczął dostrzegać objawy podziału w łódzkiej „Solidarności“. Podział ten, tak na prawdę, nie został wywołany przez Lecha Wałęsę, on go tylko potwierdził. Dlatego, że konflikt trwał. Jego wyraźne symptomy, ukazały się po powrocie Andrzeja Słowika z nielegalnego wyjazdu zagranicznego, gdzie jak się okazało, on po prostu popsuł plany tej grupie, która otaczała Lecha Wałęsę. Rzecz polegała na tym, że w Polsce twierdzono – cofam się o kilka lat w stosunku do przyjazdu Lecha Wałęsy do Łodzi – że nie da się zarejestrować NSZZ „Solidarność“ w żadnej ze światowych niekomunistycznych Central Związkowych dlatego, że jest tam nieprzyjazny układ członkowstwa i wpływów. W jednej z nich: chadec-kiej, wpływy ogromne mają Związki Zawodowe Niemiec, że one blokują przyjęcie Polski, ponieważ zachowują się lojalne wobec Rządu Niemieckiego, który ma swoje interesy polityczne i żeby nie drażnić Rosji. A z kolei w drugim, o nachyleniu socjaldemokratycznym, dominacja Związków Szwedzkich, naj-bogatszych w tym zestawie, powoduje lojalność wobec Rządu Szwedzkiego. I że tam, nie ma dobrego klimatu dla przyjęcia „Solidarności“ w poczet członków. Andrzej Słowik wyjechał na cudzym paszporcie na Zachód, wziętym od jakiegoś Jugosłowianina. Był tak zrobiony, żeby maksymalnie przypominał rysopisem owego właściciela paszportu. Chyba fotografii nie zmieniano, tylko zmieniono wizerunek Andrzeja. I on przedostał się przez Szwecję do Brukseli, gdzie skontaktował się z biurem „Solidarności“. No i okazało się, że tam dla odmiany, panuje taki klimat, że nie rozumieją, dlaczego Polska nie występuje z wnioskami o afiliację, bo obydwie Centrale Związkowe, są gotowe na przyjęcie „Solidarności“ w charakterze organizacji afiliowanej, czyli stowarzyszonej. I to tak dalece, że uzgodniły między sobą nawet to, że ze względu na wielkość „Solidarności“ i jej szerokość palety politycznej, reprezentowanej przez członków, oraz ze względu na specyficzną sytuację antyzwiązkową w Polsce, gotowe są zrobić wyjątek w swojej dotychczasowej polityce i podpisać akt stowarzyszenia, nie roszcząc wzajemnych pretensji. Sekretarzem Generalnym tych chadeckich Związków Zawodowych, był wtedy Jan Kułakowski, który tam, od wielu, wielu lat, przebywał. I chyba to jego zabiegi spowodowały, iż takie stanowiska przyjęły obydwa te Związki, chociaż mieliśmy też bardzo dobre układy w tej socjaldemokratycznej Centrali, niezależnie od pana Kułakowskiego. Mieliśmy też bardzo dobre układy jako „Solidarność“ z amerykańską centralą związków zawodowych [AFL-CIO], które miały swoje wpływy w obydwu światowych federacjach. Sprawa stała się dosyć dziwna i zagadkowa. Okazało się, że obydwie Centrale czekają na wniosek z Polski. W tym czasie po Polsce, krążyła także i druga wiadomość: że hierarchia Kościoła katolickiego, ze względu na stanowisko Ojca Świętego, jest przeciwna afiliacji Polski, w zagranicznych Związkach Zawodowych i że to stanowisko Ojca Świętego w tej sprawie jest po prostu negatywne. Na Watykanie uważało się, że byłby to krok, z którego nie byłoby możliwości prowadzenia jakiegoś dialogu z władzą. Andrzej Słowik spotkał się tam – już nie pamiętam, czy w Brukseli, czy w Paryżu, bo był tam przekazyw-ny, z jednego miejsca do drugiego z Bohdanem Cywińskim z którym udał się do Rzymu. I tam została mu załatwiona audiencja u Ojca Świętego. W czasie tej audiencji Andrzej zorientował się, że Ojciec Święty jest zdecydowanym zwolennikiem włączenia „Solidarności“ w te organi-zacje światowe. Bez wątpienia Papież, słuchając pytań jakie stawia Andrzej – uznał, że nie są one bez powodu – bo niebawem do Komisji Episkopatu, do Prymasa Polski, przyszła wiadomość o stanowisku Ojca Świętego w tej sprawie. I Arcybiskup Tadeusz Gocłowski poinformował Lecha Wałęsę o tym, jak wygląda w tej kwestii stanowisko Episkopatu. Zorganizowana została także wyprawa Andrzeja za ocean, z jeszcze innymi papierami, ale niestety, na tym samym paszporcie. I Andrzej natknął się tam na fantastyczną głupotę urzędniczą, bo w momencie, kiedy na granicy ze Stanami Zjednoczonymi zwrócił się do urzędniczki amerykańskiej z prośbą o niewbijanie pieczątki do paszportu, to najpierw wbiła pieczątkę w paszport, a potem wbiła kasatę tej pieczątki. Tam Andrzej spotkał się z szefostwem Centrali AFL-CIO. Także z wysokimi urzędnikami amerykańskiej administracji rządowej. I również z organizacjami, które były założone po to, aby pomagać polskiej opozycji. Nieco wcześniej, przed wyjazdem Andrzeja na Zachód, ujawniona została jeszcze jedna myśl, która w tym samym czasie, albo nieco wcześniej, ukazała się w publikacjach. Wyszła Książeczka-broszura Jacka Kuronia, w której stawiał tezę – zresztą mówił o tym w wielu miejscach w Polsce – że skończył się czas „Solidarności“, jako Związku Zawodowego. Książka miała tytuł „Krajobraz po bitwie“ i on tam przeprowadza analizę, z której wynikało, że NSZZ „Solidarność“ przed Stanem Wojennym, była wielkim konglomeratem, w której mieściły się i Związki Zawodowe, i Ruchy Ekologiczne, i quazi partie polityczne, i coś tam jeszcze, i coś tam jeszcze. I w tej broszurze stwierdził, że funkcje „Solidarności“ zostały częściowo przejęte przez inne organizacje: a to przez „Wolność i Pokój“, a to przez organizacje ekologiczne. Nawet OPZZ, ma wszelkie cechy wiary-godnego Związku Zawodowego. I to, co właściwie pozostaje, to pozostaje w „Solidarności“, to jej siła opozycyjna, i że stała się ona takim wielkim ruchem opozycyjnym w stosunku do PRL-u. Mniej więcej w tym samym czasie, Andrzej Celiński, który był wtedy ważną osobą w „Solidarności“, bo był bliskim współpracownikiem Lecha Wałęsy i jednocześnie bardzo bliskim współpracownikiem Bronisława Geremka i Tadeusza Mazowieckiego, dostał zgodę na wyjazd do Stanów Zjednoczonych, na zaproszenie. I niebawem w amerykańskim wydaniu „Newsweeka“, na przed-ostatniej stronie – jest to najbardziej prestiżowa strona, jeżeli chodzi o oświadczenia polityczne – ukazała się jego wypowiedź, której główną tezą było stwierdzenie, że „Solidarność“ stała się już ruchem politycz-nym, partią opozycyjną, choć kraj jeszcze nie jest demokratyczny. Tego rodzaju stwierdzenia, miały także swoje praktyczne konsekwencje. Taką, bardzo poważną konsekwencją praktyczną, miało być przesterowa-nie funduszy amerykańskich i związkowych z tych central europejskich – właściwie światowych, ale loko-wanych w Brukseli – z „Solidarności“, na opozycję demokratyczną. Oznaczało to technicznie, przestero-wanie ich z Biura w Brukseli na Biuro w Paryżu. I w momencie, w którym pojawił się tam Andrzej Słowik, ze swoimi stwierdzeniami i pytaniami, oraz tezami, które przekonały Biuro brukselskie i wyraźnie wyjaśniły stanowisko nie tylko Ojca Świętego, ale także wpływowych osób na Zachodzie polskiego pochodzenia, jak i takich, którzy interesowali się zawodowo i urzędowo sprawami polskimi, sprawa została zablokowana. Tu w kraju wiedziano, w tym gronie, które było świadome tych planów i tej perspektywy, że wyjazd Andrzeja może to popsuć. Był taki etap, kiedy Andrzej widując się z przedstawicielami z bliskiego otoczenia Zbigniewa Bujaka, miał akceptację na zorganizowanie swojego wypadu za granicę. W pewnym momencie, te kontakty zostały przerwane, i przyszedł wyraźny przekaz: TKK nie wyraża zgody. Andrzej jednak został wysłany za granicę, w czym był duży udział organizacji, którą kierował Andrzej Machalski.
W Paryżu, Andrzej w jakimś miejscu, natknął się twarzą w twarz, z Markiem Edelmanem i niebawem ta informacja, że Andrzej Słowik jest w Paryżu, została przez Marka Edelmana przekazana do Bronisława Geremka. I Geremek na to zareagował rozmowami z kilkoma osobami w Paryżu i w Brukseli, w których dał taki przekaz, że pojawił się na Zachodzie „Pan Nielojalny“, z którym nie należy podtrzymywać kontaktów. Ale ta rzecz już zaszła bardzo daleko, a na dodatek okazało się, że nawet na Zachodzie, w tym środowisku polskim, w którym generalnie ceniło się autorytet Geremka, Mazowieckiego, w środowiskach KOR-owskie, z którym związany był Celiński, że interesy tam nie są jasne i klarowne, jak z perspektywy warszawskiej mogłoby się wydawać. I Biuro brukselskie, nie było wcale zachwycone, ewentualnością samolikwidacji i zrywania kontaktów ze Związkami Zawodowymi, a także z zakończeniem swojej misji, więc w efekcie tej próby dezawuowania Andrzeja, nie odniosły skutku. Wrócił do kraju, sprawozdał Lechowi Wałęsie, co tam usłyszał. Oprócz tego, załatwił jakieś dostawy maszyn drukarskich dla struktury łódzkiej. Nawiasem mówiąc, nie dotarły, bo była wpadka. Natomiast, jeżeli chodzi o Lecha Wałęsa, to on natychmiast to wszystko sprawdził. Potwierdzono mu w Episkopacie i potwierdzono także w Ambasadach. Wałęsa podpisał wniosek o afiliację w obydwu tych organizacjach. Jednocześnie zatruto go informacją, że Andrzej Słowik, przebywając na Zachodzie, tak na prawdę, zabiegał o uznanie go za rzeczywistego lidera „Solidarności“. O tym dowiedziałem się wiele lat później dlatego, że sprawa ta, także rykoszetem wróciła do Brukseli. I pani Anna Oulatar na rocznicowym Zjeździe „Solidarności“ powiedziała mi, że oni taką wiadomość powzięli, i ją próbowali dementować, ale to już było, jak to się mówi „po herbacie“…
Andrzej Słowik był jednym z liderów założycieli „S“. Był przed stanem wojennym członkiem Prezydium KK i był osobą znaną na Zachodzie. Jego misja uratowała istnienie „S“, jako Związku Zawodowego. To było warte wszelkiego ryzyka.
Lech Wałęsa jak wiadomo, jest człowiekiem miłosiernym i wybaczy wszystko, za wyjątkiem tego, co dotyczy jego osoby. Tutaj zrobił się niezwykle twardy w kwestii Słowika, tym bardziej, że jego łatwość wybaczania łączy się także z doskonałą pamięcią, w sprawach które wiążą się z jego domniemaną krzyw-dą, pamięć ma słoniową. Więc on, oczywiście pamiętał – bo mu doniesiono – że na Pierwszym Zjeździe „Solidarności“, Andrzej Słowik aktywnie organizował poparcie dla jednego z konkurentów Lecha Wałęsy, przy wyborach na Przewodniczącego Związku, a to, że po Wyborach zachowywał się w stosunku do Wałęsy bardzo lojalnie, to już nie miało dla Lecha żadnego znaczenia. Lech Wałęsa przyjechał w 1989 do Łodzi z dobrą pamięcią tego wszystkiego i przyjechał tutaj w takiej sytuacji, że nie tylko środowiska, które były nam niechętne, ze względu na popsucie ładnej wizji rozwoju sytuacji, ale także pełen urazów osobistych, przybył tutaj niby dla zagaszenia sporu wewnętrznego, ale tak na prawdę, żeby rzucić na nas anatemę. No, nie wyszło. Okazało się, że na tej sali, a własciwie hali, na której zorganizowano spotkanie; była to hala ŁKS-u, mieszcząca się pod trybunami stadionu, jak podała „Wolna Europa“, wchodzącego na salę Wałęsę powitały okrzyki:– „Słowik!“.., „Słowik!…“.Prawdopodobnie wynikało to stąd, że byli zapro-szeni na scenę członkowie RKO, natomiast nie zaproszono nikogo z nas. Wywiązała się tam nawet taka kłótna, przekrzykiwanie. Lech Wałęsa próbował obrócić to wszystko w żart. Do jakiejś szczególnie ekspansywnej pani powiedział:– Rozumiem, że pani kocha Słowika, ale może by pokochała także i mnie. A ona odkrzyknęła:– „Czemu nie! Ale dlaczego nie ma Słowika, tutaj na scenie? Zasłużonego dla „Solidarności“ człowieka?!…
Po przemówieniu Wałęsy, działacze RKO zostali zaproszeni do jednej z mniejszych sal konferencyjnych. Zaproszono też i naszą trójkę, ale nikogo więcej. Z pośród tzw. dostojnych gości, szanowanych przez „Solidarność“ w Łodzi, został tam także zaproszony o.Miecznikowski i zostali zaproszeni także mecenasi, którzy występowali w procesach w obronie osób prześladowanych w Stanie Wojennym. W czasie tego spotkania, upominał się o nas m.innymi: późniejszy vice marszałek Sejmu, św.p. mec.Andrzej Kern. Bardzo emocjonalne przemówienie wygłosił o.Miecznikowski. Było widać, że to zrobiło duże wrażenie na Wałęsie, bo jakby raptem stracił całą parę. Najpierw mu oddech wybiło to, co działo się na dole, ale myślał, że w takim bardziej przyjaznym sobie otoczeniu, będzie mógł złapać drugi oddech. Ale to już było widać, że po wystąpieniu mec.Kerna i o.Miecznikowskiego, właściwie nie ma atmosfery, w której mógłby podjąć tego rodzaju zamiar. Tym bardziej, że ataki jakie próbowali tam przeprowadzić członkowie „Solidarności“ związani z RKO, wypadły bardzo blado i nie przekonywująco. I w efekcie, ten wątek skończył się na tym, że Lech Wałęsa swoim zwyczajem powiedział:- No… To ja, tutaj, mam takie wyjście… Niech powstanie taki Komitet, który tu doprowadzi do jakiejś zgody. No… I niech ksiądz, będzie w tym Komitecie. I pan, panie mecenasie Kern, niech też będzie w tym Komitecie.
W ciągu następnych iluś tam dni, o.Miecznikowski bardzo zabiegał o to, aby ten Komitet powstał, a następnie, żeby doszło do spotkania i do jakiś uzgodnień między tymi dwiema strukturami. To trwało dosyć długo. Skończyło się niczym. Któregoś dnia, o.Miecznikowski – po dwóch, czy trzech miesiącach – powiedział z ambony:- Niestety muszę publicznie powiedzieć, że misja, jaką powierzył mi Przewodniczący „Solidarności“, nie będzie przeze mnie wykonana. Nie udało mi się doprowadzić nawet do spotkania obydwu tych grup. Przy czym chciałbym tutaj powiedzieć otwarcie i uczciwie, że dobrą wolę w tej sprawie wykazywali członkowie Prezydium Zarządu Regionalnego Ziemi Łódzkiej.
Ten list, czy też oświadczenie, zostało odczytane przez o.Miecznikowskiego, w czasie tzw.„Mszy za Ojczyznę“. One tym się różniły od innych „Mszy z Ojczyznę“, że w wielu Kościołach one się odbywały raz w miesiącu, natomiast u o.o. Jezuitów była to coniedzielna Msza św. o godz. 10:00. Uczestniczyłem w tej i w pozostałych „Mszach za Ojczyznę“, które były prowadzone aż do mojego wyjazdu, już po „Okrągłym Stole“ i już po Wyborach, kiedy wyjechałem na stypendium do Stanów Zjednoczonych. Ojciec był wstrząśnięty tym, co się stało. Wydaje mi się, że stracił już serce do Łodzi, i do tutejszych działaczy. Zresztą w niedługi czas potem, jego więzi z „Solidarnością“ bardzo osłabły, a on sam już nie zabiegał o dalsze pozostanie w Łodzi. Stwierdził, że jego misja się już skończyła i nie widzi jej dalszych perspektyw. Następny raz zobaczyłem o.Miecznikowskiego już w śpiączce w Łodzi…
***
W czasie przerwy w obradach „Okrągłego Stołu“, Lech Wałęsa odwiedził kilka dużych ośrodków, i tam prowadził pewien rodzaj agitacji w stosunku do „Okrągłego Stołu“ i do tego, co się będzie działo, także ze Związkiem. Mieliśmy takie przesłuchy, że Lech Wałęsa przyjedzie do Łodzi, między innymi po to, żeby rzucić klątwę na Słowika, Palkę i Kropiwnickiego. Nasi partnerzy z RKO, zrewanżowali się nam za wejściówki na plac na Lublinku, w czasie wizyty Ojca Świętego Jana Pawła II, gdy ówczesny Metropolita Łódzki ks.Abp Władysław Ziółek, dał pewną ilość wejściówek dla „Solidarności“ w nasze ręce. Do celebry zaprosił o.Miecznikowskiego, ks.Bp Władysław Ziółek [dziś Arcybiskup senior]. W imieniu tegoż biskupa złożono mi propozycję odczytania w czasie Mszy „papieskiej“, jednej z intencji w Modlitwie Wiernych. Otrzymałem w Kurii specjalną przepustkę uprawniającą do wejścia na teren ołtarza, wystawio-ną przez BOR. Miałem powody, aby przypuszczać, że SB podejmie starania, abym nie pojawił się na plat-formie ołtarza. Wszedłem na plac I., do sektora „zwykłego“, posługując się zwykłą wejściówką „bezimienną“. Stamtąd przeszedłem do sektora ołtarzowego. Przy wejściu okazałem przepustkę „BOR-owską“ Ks.prałat Konrad Krajewski [dziś kardynał, Jałmużnik Ojca Świętego], przeprowadził próbę czytania przy ołtarzu. Potem poprosił, byśmy byli w pobliżu i wrócili na platformę ołtarza, gdy usłyszymy komunikat o zbliżaniu się papieskiego helikoptera. Mój powrót okazał się bardzo trudny. Przy stopniach prowadzących do ołtarza pojawił się BOR-owiec i stwierdził, że moja przepustka nie uprawnia do wejścia. Za liną okalającą plac na zapleczu ołtarza pojawili się SB-cy. Znałem ich z widzenia, a jednego nawet po nazwisku. Tyle że „operacyjnym“. Raz nazywał się Lech Janowski, a kiedy indziej Jan Lechowski. SB-cy „zachęcali“ mnie, bym wyszedł poza teren ogrodzony liną i tam poczekał. Odmówiłem. Próbowali odciągnąć mnie siłą, ale z drugiej strony trzymał mnie o.Miecznikowski, a później ks.kanclerz Andrzej Dąbrowski [dziś Infułat]. Gdy zaczęły lądować helikoptery SB-cy wycofali się, ale dostęp do ołtarza był nadal blokowany. Wpuszczono mnie dopiero po interwencji Ks.Alojzego Orszulika [dziś św.p. biskupa z Łowiczu]. W 1992 spotkałem tamtego BOR-owca, jako „ochroniarza“ Marszałka Sejmu, Wiesława Chrzanowskiego. Zapytałem, czy pamięta tamten incydent i jakie miał polecenie. Powiedział, że bardzo proste: nie wpuścić, lekko sprowokować do próby przedarcia się, aby wydać SB-kom. Wylądowałbym na Komendzie MO i SB.
***
… W miarę, jak poszerzał się zakres wolności w Polsce i jak jednocześnie otwierały się inne możliwości działania jawno-politycznego, to funkcja takich spotkań w Duszpasterstwach, siłą rzeczy trochę słabła. Najbardziej aktywne były w stanie wojennym: Duszpasterstwo Środowisk Twórczych, prowadzone przy kościele o.o.Jezuitów, ale także Duszpasterstwo Ludzi Pracy, pod patronatem ks.Józefa Belniaka, które działało w kościele Salezjanów. W niedługim czasie, po zamordowaniu ks.Jerzego Popiełuszki, o.Miecznikowski zaproponował nową formę działania. Kiedyś Andrzej Słowik po wyjściu z więzienia zagadywał o to, że są w innych Kościołach Duszpasterstwa Ludzi Pracy, bardziej w tę stronę zorientowane – o.Miecznikowski mówił, że tę rolę spełniają „Msze św. za Ojczyznę“, oraz spotkania Duszpasterstwa Środowisk Twórczych. Ale, po śmierci ks.Jerzego Popiełuszki zaprosił nas i powiedział, że jeszcze raz przemyślał sprawę i doszedł do wniosku, że rzeczywiście należy tu otworzyć Duszpasterstwo, takie bardziej pracowniczo – robotnicze, związane z „Solidarnością“. I uznałem za oczywiste, że ja mam to prowadzić. Postanowiliśmy tam przyjąć formułę spotkań zamkniętych, tzn. uczestnicy byli przez nas zapraszani. Część z nich na tej zasadzie, że myśmy znali osoby, które tam zaprosiliśmy, a o kolejne zwróciliśmy się do szefów istniejących struktur, bez względu na to, czy byli bardziej z RKO, czy bardziej z nami. I poprosiliśmy o to, aby oddelegowali jakiś swoich zaufanych. Ponieważ na tym Forum, nie zamierzaliśmy toczyć sporu o to, kto reprezentuje „Solidarność“ i jakie są jego w tym względzie tytuły uprawnienia. Na początku uruchamiania tej inicjatywy, to nie miało żadnego znaczenia, bo RKO nadal uznawało nasz autorytet. Wtedy jeszcze. Do zerwania doszło znacznie później, po nielegalnym wyjeździe Andrzeja Słowika za granicę i po powrocie z tego wyjazdu, czyli gdzieś mniej więcej półtora roku później, od powstania całego tego Duszpasterstwa, którego jak mówiłem, prowadzenie o.Miecznikowski mi zlecił. O.Miecznikowski, nie był łatwym człowiekiem do współpracy, bo on niby otwierał pola do współpracy, ale bardzo się wszystkim interesował. I tak na prawdę, bez nakazywania, powodował to, ze trzeba było z nim wszystko uzgadniać. Niby miałem swobodę, ale jak to się mówi, zawsze byłem dopytywany:- A co tam?. .A kiedy?.. A jak?.. A kto?…
***
O.Wojciech Skórewicz SJ został pobity na ul.Sienkiewicza, przed Kościołem o.o.Jezuitów. Było to 3-maja 1988. Msza św. celebrowana przez o.Miecznikowskiego skonczyła się o 18:00. Uczestniczyły w niej liczne delegacje z wieńcami i wiązankami kwiatów. Mieliśmy przejść z nimi pod Katedrę i złożyć je na płycie Nieznanego Żołnierza. Na placu, na przeciwko Kościoła, już od rana parkowały pojazdy wypełnione fun-kcjonariuszami MO. Stało też kilka „suk“ – samochodów do przewozu więźniów. Gdy Msza św. się skoń-czyła – wyskoczyli z samochodów i ustawili się po przeciwnej stronie ulicy. Andrzej Słowik i ja wzięliśmy wieniec i ruszyliśmy w kierunku bramy. Za nami ustawiły się pozostałe delegacje. O.Miecznikowski pod-biegł do nas i radził, żebyśmy raczej pojechali samochodem, bo może władze chcą „tylko“ zablokować przemarsz. Andrzej pobiegł do swojego samochodu, ale ja nie poczekałem. Nie wierzyłem, że uda się przejechać, a pamiętałem, że następnego dnia Andrzej miał na teren zajezdni MPK i zorganizować tam wiec. Nie mogłem dopuścić, by go aresztowano. Ruszyłem, a za mną reszta. Skręciłem w lewo w kierunku ul.Piłsudskiego [nazwa dzisiejsza], po kilkunastu krokach zostałem zatrzymany, podbiegło do mnie trzech barczystych milicjantów. Dwóch złapało mnie pod ręce i razem z wieńcem zanieśli mnie do miejsca parkowania. Trzeci biegł przed nami i rozganiał ludzi. Zostałem wrzucony do „suki“, a wieniec trafił do ciężarówki. Tę procedurę powtórzono kilkakrotnie. Zawieziono nas do aresztu, przy Komendzie Dzielnicowej na Piotrkowskiej.
Wszyscy wylądowaliśmy na jednej zakratowanej sali, w piwnicy gmachu. Jako człowiek doświadczony, radziłem zatrzymanym, by ograniczyli się do stwierdzenia, iż chcieli złożyć kwiaty i w ten sposób uczcić ważne święto. Ostrzegłem też osoby poturbowane przez MO, że milicjanci postawią im zarzuty ataku na funkcjonariusza na służbie. Zwróciłem uwagę na młodego człowieka w ciemnym garniturze, ze śladami pobicia na twarzy i podartą marynarką. Radziłem pobitym, by nie skarżyli się na pobicie. Mogą to zrobić po wyjściu i dokonaniu obdukcji. Tu niech ukrywają ślady przemocy. Dwóch zostało tak poturbowanych, że nie dało się tego ukryć. Jednym z nich był wspomniany młody człowiek, drugim znany łódzki aktor – Ryszard Mróz. Wytypowałem jako „nr 1.“ nieznanego młodzieńca. Okazało się, że to jezuita ks.Wojciech Skórewicz. Znalazł się przypadkiem w centrum zamieszania. Wracał z miasta. Pod bramą kościelną napad-ło na niego 2. milicjantów. Tłumaczył, że jest księdzem i wraca do domu, ale dostał pałą. Spadły mu oku-lary, a gdy się pochylił by je podnieść, znowu zaczęli go bić. Okulary podeptali, wykopali mu z ręki brewiarz. Pobity, z oberwanymi klapami marynarki, trafił do aresztu. Zwróciłem się do zebranych, by poświadczyli, że ksiądz nie brał udziału w manifestacji oraz, by pierwszy zwolniony pobiegł do Jezuitów i zawiadomił o.Miecznikowskiego. Spisano nasze dane i ok.północy zostaliśmy zwolnieni. Na ulicy czekał już na nas o.Miecznikowski i za chwilę byliśmy w refektarzu. Tam opowiadaliśmy przebieg wydarzeń popijając herbatę. W trakcie tego spotkania doszło do przykrego incydentu. Jeden z jezuitów wykrzyczał, że całe zamieszanie i atak milicji, został sprowokowany przez tych, co poprowadzili tłum. O.Miecznikowski kazał mi iść spać, a przedtem pomodlić się i przemyśleć – bo Polacy mają prawo uczcić święto Królowej Polski i Konstytucji 3-maja w sposób godny i źle się dzieje, że się w tym przeszkadza. O.Miecznikowskiemu udało się załagodzić sprawę ks.Wojciecha. Od czasu tamtych wydarzeń o.Wojciech bardzo się zradykalizował. Na własnej skórze doświadczył jak wygląda sprawiedliwość i poszanowanie praw człowieka i obywatela w PRL.
O.Miecznikowski przygotowując się do Mszy św.za Ojczyznę, właściwie cały dzień spędzał na rozmowach z ludźmi, do których miał zaufanie, gościł w różnych domach. Miał taki krąg osób. Wielu z nich było zaangażowanych w Ośrodku Pomocy i oczywiście on, z tych rozmów, czerpał bardzo szeroką informację. Był także dobrze zorientowany, co się dzieje w Polsce i w naszym mieście. Prowadził także taką działal-ność z pośród tego kręgu osób, z którymi w jakiś tam sposób był związany. Zapraszał na wspólne wczasy rodzinne, które organizował w Gorcach. Ja z tego nie korzystałem, ale to był zupełnie inny powód. Miałem problem z tym, żeby odzyskać kontakt ze swoim synem. Najpierw aktywna działalność w „Solidarności“, potem więzienie. Wyszedłem z więzienia, kiedy syn miał 12 lat. Widać było, że jego takimi bezpośrednimi bliskimi jest babcia, matka, wujek. Wtedy skorzystałem z okazji, bo okazało się, że on tam gdzieś połknął bakcyla chodzenia po górach. Lubiłem bardzo chodzić po górach. Zadbałem o to, żeby wyjeżdżać z nim przynajmniej na te dwa, trzy tygodnie. Tylko we dwóch. Nawet, jeżeli byliśmy potem, następne dwa tygodnie wspólnie z żoną, czy z żoną i teściową, to i tak, przynajmniej dwa tygodnie łaziliśmy po górach sami, od schroniska do schroniska z plecakami na plecach. I to było bardzo skuteczne. Jako pretekst, było zdobywanie tych kolejnych górskich odznak turystycznych. I mnie takie spotkania, imprezy, jakie robił w czasie wakacji o.Miecznikowski, siłą rzeczy mniej interesowały, ale wiem, że np.Grzegorz Palka ze swoją rodziną w nich bardzo żywo uczestniczył…
A jak się zbliżała ta pielgrzymka papieska, o. Miecznikowski rozmawiał z wieloma osobami, co należałoby tutaj przygotować. Myślę, że kilka osób miało ten sam pomysł i Ojciec doszedł do wniosku, że…– jak to się mówi – różni ludzie mogą przygotowywać różne rzeczy, ale siła intelektualna tego Ośrodka może być wykorzystana w ten sposób, że dla Ojca Świętego zostanie przygotowany „Raport o Łodzi“, gdzie będzie opisany stan społeczny, materialny, zdrowotny naszego miasta. Prośba o przygotowanie takich opracowań została skierowana do różnych osób kompetentnych i mających dostęp do materiałów źródłowych na ten temat. Było to oparte nie tylko na przemyśleniach, ale także na twardych danych, będących w posiadaniu różnych instytucji. O.Miecznikowski powiedział mi, że „Raport“ został przekazany do Watykanu, jeszcze przed rozpoczęciem Pielgrzymki…
***
… Panią Barbarę Gruchałę-Gruszczyńską, znałem z czasu działania „Solidarności“. Ona była moją „prawą ręką“ czy „lewą ręką“, jak kto woli, w Biurze Rzecznika Prasowego i tam współpracowaliśmy przez kilka miesięcy. Po moim wyjściu z więzienia, dowiedziałem się, że jest ona zatrudniona w tym Ośrodku Pomocy i spełnia tam bardzo ważną rolę i że o.Miecznikowski, darzy ją dużym zaufaniem. W tej chwili nie pamiętam, czy ona do mnie zadzwoniła, raczej ona, niż ja do niej, bo nie miałem wtedy po wyjściu z więzienia zbyt wielu aktualnych numerów. W każdym razie, miałem zaproszenie do spotkania się z o.Miecznikowskim. Ojciec zaprosił nas, tzn. Andrzeja Słowika, Grzegorza Palkę i mnie, na Mszę św. za Ojczyznę o godz. 10:00. Przyszliśmy tam. Poproszono nas do prezbiterium, razem z rodzinami. W oprawie tej Mszy św. nie braliśmy udziału, bo ona była przygotowana przez artystów scen polskich, a w szczególności przez pana Ryszarda Mroza, panią Mirosławę Marcheluk – była ostatnio Dyrektorką „Teatru Nowego“ z mojej nominacji, a przedtem jakiś czas była Dyrektorką w „Teatrze Powszechnym“ – jedna z najwybitniejszych aktorek łódzkich. I ona tam, do spółki z panem Mrozem i jeszcze kilkoma aktorami, zapewniała oprawę, czyli te wszystkie punkty, które w czasie Mszy św. mogły sprawować wówczas osoby świeckie. Jej środowisko to zapewniało. A po Mszy św. zostaliśmy zaproszeni do sali, która spełniała rolę i sali teatralnej i sali przyjęć, i tam się odbyło już mniej formalne powitanie. A cały dziedziniec przed Kościołem był wypełniony ogromną ilością ludzi. Także, podczas Mszy św. nie wszyscy się mieścili w Kościele i rzeczy-wiście, było to gorące przyjęcie. Proszę nie zapominać, że Stan wojenny, był wtedy formalnie odwołany, ale nadal istniejący. I nie było miejsca na odpowiedzi na pytania, które tam padły, ponieważ byłoby to niestosowne. Było wiadomo, że w tym tłumie, która nas tam wita, była pewna ilość funkcjonariuszy i donosicieli. I że oni przyszli tam do pracy. Ich praca miała polegać na tym, aby złożyć następnie relacje, jak przebiegało to spotkanie, i co mówili świeżo wypuszczeni z więzienia. Byliśmy wtedy na podwyższo-nym stopniu ostrożności, nawet jeżeli padały prowokacyjne pytania, to nie napotykały na żadną odpo-wiedź. Okazję do zrelacjonowania tego, jak wyglądało nasze życie w więzieniu, miałem nieco później. Miałem spotkanie w Duszpasterstwie Dziennikarzy, też u o.o Jezuitów, gdzie przedstawiciele łódzkiej prasy w większości, albo wyłącznie ci, których wyrzucono z łódzkich gazet, Radia i Telewizji słuchali, co miałem do powiedzenia, zadawali liczne pytania. Potem miałem takie szersze spotkanie w Duszpasterstwie Środowisk Twórczych, też u o.Miecznikowskiego, gdzie odpowiadałem na wiele pytań, też dotyczących więzienia i warunków naszej walki tam, i o co chodziło z tym statusem więźniów politycznych. Natomiast rozmowy o tym, co robić i jak robić w najbliższym czasie, nie mogło być podane w debacie na forum publicznym. To jest oczywiste, dla każdego, kto tamte czasy pamięta…
Dostaliśmy zaproszenie do ks.Bpa Rozwadowskiego, wówczas ordynariusza łódzkiego. To zaproszenie przyszło za pośrednictwem obecnego ks.Infułata, a wtedy Kanonika i Kanclerza Kurii ks.Andrzeja Dąbrowskiego, który był przez ks.Bpa Rozwadowskiego bardzo silnie angażowany w sprawę związaną z więźniami politycznymi. On był tą osobą, która z upoważnienia ks.Biskupa obserwowała procesy polityczne, prowadził rozmowy z rodzinami, z obrońcami, także był człowiekiem, który był mojej rodzinie dobrze znany. Ks.Bpa Rozwadowskiego znaliśmy oczywiście wcześniej, bo składaliśmy mu, jako członkowie Prezydium Zarządu Regionalnego, kurtuazyjne wizyty. W czasie jednej z tych wizyt – jeszcze przed Stanem Wojennym – zapytaliśmy ks.Bpa Rozwadowskiego, czy nie można byłoby zaprosić do Łodzi, Ojca Świętego Jana Pawła II, bo w tylu miejscach Ojciec Święty bywał, w niektórych po dwa razy, a Łódź miasto w samym centrum Polski – drugie co do wielkości – jest jakoś pomijane. Ks.Bp Rozwadowski stwierdził, że to jest w ogóle wspaniały pomysł, bo Ojciec Święty jeszcze do tej pory, nie odwiedził żadnego takiego specyficznego ośrodka fabrycznego, gdzie większość pracowników stanowią kobiety i że to jest myśl, z którą na Watykanie się niezwłocznie podzieli. Spotkanie po naszym wyjściu z więzienia odbywało się w bardzo ciepłej atmosferze. Ks.Bp Rozwadowski zadeklarował, że dopóki nie znajdziemy jakiś środ-ków utrzymania, to on będzie nas wspierał, także finansowo. Rodziny nasze w tym spotkaniu nie uczestni-czyły. A co z zamysłem dalszego działania w Związku?… Jednym z oczywistych kierunków działania było to, że Andrzej Słowik jeszcze będąc w więzieniu, do spółki z Jurkiem Dłużniewskim, kiedy już zbliżał się termin wyjścia z więzienia tego ostatniego na wolność, to ustalił w jaki sposób powinny być zreorganizo-wane struktury w mieście. Wiedzieliśmy, że część członków dawnego Prezydium, czy dawnego Zarządu, wykonuje jakieś opozycyjne działania na terenie Łodzi. Zarówno Dłużniewski, jak i Słowik, mieli też na ten temat wiadomości, bo one docierały do więzień i na podstawie wyrobionego w ten sposób przekonania, opracowali pewien projekt, polegający na reorganizacji tej ewentualnej struktury podziemnej w Łodzi. I pomysł na to, aby spróbować oddzielić działalność jawną zewnętrzną, od działalności ściśle konspira-cyjnej, przy jednoczesnym zachowaniu łączności między jedną a drugą. No, i…efektem tej rozmowy było m.innymi zorganizowanie RKW, w której pan Dłużniewski odgrywał bardzo ważną rolę, a przy jej zorga-nizowaniu powoływał się na upoważnienia od Andrzeja Słowika. Zresztą, te upoważnienia zostały dodatkowo potwierdzone, w kilka miesięcy później, kiedy zmarł ojciec Słowika i Andrzej dostał prze-pustkę na pogrzeb. Wprawdzie był nadzorowany, ale udało mu się zgubić pogonie i dokonał kilka wizyt w Łodzi i w Warszawie. Tu bardzo pomocną i sprawną okazała się pani dr Maria Lubera. Andrzej rozważał także ewentualność niepowrotu do więzienia i wejścia do działalności podziemnej, ale jak się okazało, ani struktury łódzkie, ani struktury warszawskie ad hoc, nie były w stanie tego zorganizować i zapewnić. W pewnym momencie służby bezpieczeństwa już były na tropie, a Andrzej jeszcze przez pewien czas, oczekując na jakieś decyzje w swojej sprawie – jeżeli chodzi o podziemie – wylądował na oddziale szpitalnym u dr Marka Edelmana. Ale po dniu, czy po dwóch, wzięli go stamtąd i przenieśli do szpitala więziennego i za kilka dni wrócił do więzienia w Barczewie.
***
Pyt.– Czy miał pan okazję rozmawiać z o.Stefanem Miecznikowskim, przed jego przenosinami do Gdyni?
– O.Stefan wyjeżdżał z Łodzi w złym nastroju. Mówił mi, że ile mógł, tyle dokonał. Oraz, że wyczerpał możliwości i jest bezradny, wobec podziałów w łódzkiej „Solidarności“.
Pyt.– Czy mógłby pan uzupełnić temat różnic programowych i postaw, pomiędzy PZRZŁ, a RKW?– Dwie różnice zasadnicze… Uważaliśmy, że „Solidarność“ w przyszłości powinno zostać związkiem zawodowym, a nie opozycyjną „quasi partią“ oraz, że władze PRL, nie miały prawa zdelegalizować NSZZ „Solidarność“, a zatem obowiązuje dawny Statut, oraz władze, wybrane w jedynych w całym okresie PRL, demokratycznych Wyborach.
Pyt.– W odróżnieniu od pana i Andrzeja Słowika, mam wrażenie, że rola św.p.Grzegorza Palki w NSZZ „Solidarność“ w Łodzi i tuż po jego wyjściu na wolność jest zmarginalizowana w przestrzeni publicznej. Gdy pytam młodzież licealną, a nawet studencką, to najczęściej te dwa pierwsze nazwiska są wymieniane, a Grzegorza Palkę kojarzą jedynie z funkcją Prezydenta m.Łodzi. I kolejne pytanie:- Czy mógłby panprzestawić „swoją“ charakterystykę i rolę jaką pełnił św.p.Grzegorz Palka w pracach na rzecz NSZZ „Solidarność“ w Łodzi i w Prezydium Zarządu Regionu Ziemi Łódzkiej?
– Grzegorz był człowiekiem bardzo opanowanym i bardzo odważnym. Uczestniczył w imieniu nas trzech, w tajnych spotkaniach w Warszawie, organizowanych przez Jacka Kuronia i Henryka Wujca. W Prezydium przyjął funkcję „skarbnika“ i „szefa techniki“. Wszystkie decyzje związkowe i polityczne podejmowaliśmy wspólnie.
Pyt.– Jest pan autorem hymnu więziennego „Idzie Solidarność“. Ten hymn był już śpiewany w Zakładzie Karnym w Hrubieszowie, zanim pan tam trafił?
– Tak.
5 czerwca 1982
Hymn więźniów politycznych z ZK Hrubieszów I pieśń, która wolność zwiastuje
(na melodię: „Piechota”) Już strajki złamane w Ursusie i Łodzi
Kreml wydał dziś rozkaz, że nadszedł już czas Na Śląsku polała się krew
Zadławić tę polską odnowę W Poznaniu i Gdańsku tłum nowy wychodzi
Generał melduje: są pałki i gaz I wszędzie rozlega się śpiew
I czołgi do akcji gotowe Kotwice na murach, to walki jest znak
Refren: Idzie „Solidarność” ulicami Co wrogów narodu przeraża
Robotnicy, chłopi, polski lud Z ulotek, plakatów wolności czuć smak
Nie zastraszysz gazem, ni pałkami I jedna się wizja powtarza
Nie powstrzymasz marszu, próżny trud Czy znasz generale tę prawdę, ten fakt!
Wciąż ZOMO szaleje, w więzieniach już tłok Dla wszystkich już jasna jest ona
SB-cja działaczy katuje Że naród zwycięży i złamie twój bat
Lecz oto nadchodzą, już słychać ich krok I wronę twą orzeł pokona
J. Kropiwnicki, Łódź 1982r.
Pyt.– Gdzie ten hymn został napisany i jak mógł trafić do Zakładów Karnych?
– Hymn napisałem w Areszcie Śledczym w Warszawie – na prośbę młodego chłopca z KPN, współwięźnia. I nie wiem, jak przeniknął do ZK w Hrubieszowie.
Pyt.– W jednej z publikacji przeczytałem pana wypowiedź, że po raz pierwszy spotkał o.Stefana Miecznikowskiego, w siedzibie NSZZ „Solidarność“. Czy jego wizyta była umówiona wcześniej?
– Odwiedził nas w lokalu MKZ Ziemi Łódzkiej przy ul.Sienkiewicza, niezapowiedziany, w październiku
1980r. Rozmawiał ze Słowikiem i ze mną, oferując pomieszczenia swej Parafii na potrzeby szkoleń związkowych.
***
Rodziny Słowika i Kropiwnickiego pojechały do więzienia w Barczewie, a okazało się, że bezpieka wsadziła obu do „Wołgi“ i przywiozła w nocy do Łodzi. I oczywiście, ich mieszkania były zamknięte. Kropiwnicki powiedział: – To jedziemy do mojej teściowej. I pojechali na ul.Sterlinga i tam się rozlokowali. Ponieważ wiedziałam, że mogą przyjechać, byłam już o godz. 6:00 rano u Jezuitów. Rodziny powiedziały nam o tym, gdy tylko dostały wiadomość o ich wypuszczeniu i pojechały do Zakładu Karnego, aby ich odebrać. A jak zwykle bezpieka, nie licząc się z ludzmi, zrobiła rodzinom psikusa. I oni się minęli. Weszłam do klasztoru o.o.Jezuitów, bocznym wejściem. Drzwi otworzyła mi Siostra zakonna, która już była wcześniej, aby przygotować śniadanie dla zakonników. Wzięłam klucze i poszłam na „furtę“. Jeszcze nikogo nie było. Ojcowie spali, gdy zadzwonił telefon. Podniosłam słuchawkę:- Słucham, ojcowie jezuici.
Kropiwnicki od razu poznał mnie po głosie i powiedział: – Dzień dobry Basiu. Witam, Kropiwnicki. Jestem z Andrzejem u teściowej na Sterlinga“.
Odpowiedziałam:- Dobrze, to ja zaraz do was przyjadę.
Wsiadłam w autobus „57“ i pojechałam. Ledwie się przywitaliśmy, dzwonek do drzwi. Wchodzi mec.Kern (dowiedział się o nich od o.o.Jezuitów). Wsiadł w samochód i przyjechał na Sterlinga, pół godziny po mnie. Prawdopodobnie był to czwartek. W domu teściowej był telefon. Zadzwoniłam do o.Miecznikowskiego, który miał wówczas Rekolekcje dla Sióstr, na południu Polski – wszystkie telefony, który mi podawał Ojciec, miałam w głowie, ze względów bezpieczeństwa – z tych też powodów, żadnych notatek nie prowadziłam. Starałam się wszystko zapamiętać. Nawet wtedy, kiedy kronikę Ośrodka prowadziła Ewa Goldstein i jej przez kilka dni nie było. A kiedy przyszła do mnie, aby tę kronikę uzupełnić, to się zdziwiła, że pamiętam wszystkie zdarzenia z ostatniego tygodnia. Nawet wszystkie adresy miałam w głowie. Ojciec gdziekolwiek wyjeżdżał to mi mówił, gdzie jedzie. I wtedy, powiedziałam do słuchawki:- Ojcze, są! I usłyszałam:- Jak są, to ja zaraz przyjeżdżam. No, będzie trudno, ale spróbuję. Proszę wszystko przygotować, zostanie dla nich odprawiona Msza św.“.
Zostawił Rekolekcje i przyjechał. Oczywiście, my swoją „pocztą pantoflową“, powiadomiliśmy nie tylko parafian o tej Mszy św. Był tłum ludzi w Kościele. Przekazałam też tę wiadomość Notariuszowi Kurii, ks.Ireneuszowi Pękalskiemu [obecnie Biskupowi pomocniczemu], a on z kolei, miał powiadomić ks.Biskupa [Józefa Rozwadowskiego – ordynariusza łódzkiego]. Biskup był wtedy na urlopie i przerwał go, aby się spotkać z nimi. Odwrotną „pocztą“ przyszła wiadomość, że Biskup Rozwadowski czeka w pałacu Biskupim, w niedzielę o godz. 16:00. Kropiwnicki i Słowik przyszli pieszo, a Palka przyjechał z kuzynką „Tarpanem“, do biskupiego pałacu. Główne przywitanie było na Mszy św. w Kościele o.o.Jezuitów. Pełno ludzi w Kościele i cały plac kościelny nimi wypełniony. Kiedy to zobaczyli, łzy im pociekły ze wzruszenia, bo zobaczyli pełną swoją akceptację:- Warto było siedzieć.[…].
Ojciec bardzo przeżywał głodówkę Andrzeja] Słowika i Jerzego Kropiwnickiego. Trwała ponad pięćdziesiąt dni. Po latach Kropiwnicki mówił, że wtedy Ojciec im uratował życie. Ta wiadomość była wszędzie monitowana. Oni się po prostu zaparli, walczyli o prawa więźniów. Przeszli kilka więzień i stwierdzili, że tak dłużej być nie może, aby tak traktować więźniów. Wiedzieliśmy, że jest to gra o życie tych ludzi. Ojciec próbował interweniować przez Kurię Biskupią, przez Episkopat. W tej sprawie prowadzono też rozmowy na szczeblu Episkopat – Rząd. Taka była wówczas rola Kościoła. Podobnie na terenie Diecezji Łódzkiej, nieżyjący już ks.Bp.Rozwadowski, zawsze się upominał o uwięzionych, o ich sytuację. Biskup bardzo się tym tematem zajmował i zawsze otrzymywał od Ojca najświeższe informacje. W drastycznych przypadkach zwracał się o wsparcie do Episkopatu.(157)
OKRĘGOWA RADA ADWOKACKA w ŁODZI.
Dzień po ogłoszeniu stanu wojennego – 14 grudnia 1981r, zwołano otwarte posiedzenie Okręgowej Rady Adwokackiej w Łodzi, na którym zapadła decyzja o zapewnieniu aresztowanym działaczom związkowym pomocy prawnej. Groźne konsekwencje dla obrońców niosła też ze sobą poufna instrukcja Ministra Sprawiedliwości Sylwestra Zawadzkiego z marca 1982r, nakazująca sędziom informowanie prezesów Sądów o przypadkach kwestionowania przez obrońców legalności ogłoszenia stanu wojennego.(158)
Mec. Andrzej KERN.(159)
[Rozprawa sądowa Andrzeja Słowika i Jerzego Kropiwnickiego – 19 grudzień 1981r.].
W Sądzie Wojewódzkim w Łodzi zastałem już moich kolegów współobrońców. Po dłuższym oczekiwaniu, poproszono nas do gabinetu Prezesa Sądu [Wojewódzkiego w Łodzi, Tadeusza Lenczewskiego]. Z bladą twarzą i wyraźnie podekscytowany poinformował, że ze względów bezpieczeństwa rozprawa odbędzie się nie w gmachu Sądu, lecz w innym miejscu, którego nie może ujawnić. Impulsywny Staszek Maurer już chciał protestować, lecz uspokoił go [Eugeniusz] Sindlewski:- „Jeszcze nie teraz. Najpierw zobaczymi się z „nimi“…(160)
– „ Ale jak, kiedy komunikacja nie działa“ – dopytywaliśmy.
– „Są przygotowane autokary“ – brzmiała odpowiedź.[…].
Wsiedliśmy. A konwój, składający się z kilku autobusów i wozów milicyjnych, ruszył w drogę. Kierunek , Las Łagiewnicki. Rozmowy urwały się. Zatrzymaliśmy się przed gmachem Sądu w Zgierzu, gdzie całe kwartały ulic otoczone były milicyjnymi wozami bojowymi. Korytarz Sądu zapełniali funkcjonariusze w hełmach, uzbrojeni w pistolety maszynowe i pałki służbowe. Wszystkich uprzedzono, że przed zakończeniem procesu, nie będą mogli opuścić budynku. Na sali było już kilkanaście osób, wśród których siedział również rzecznik prasowy MSW. Wiedzieliśmy, co to oznacza:- wieczorny dziennik TV miał poinformować cały kraj o surowych wyrokach. […].(161)
Adwokatura nawiązała jako jedyna w kraju, z tego co mi wiadomo, od początku instytucjonalną współpracę z Zarządem Regionalnym “Solidarności”, już w 1980r we wrześniu, utworzyliśmy przy Okręgowej Radzie Adwokackiej, taki punkt konsultacyjny, dla nowo powstających – to się nazywało – Związków Zawodowych, ale praktyka była taka, że tych porad udzielaliśmy głównie – przede wszystkim działaczom “Solidarności” robotniczej i rolniczej, ten punkt był utworzony wspólnie z młodymi naukowcami z Uniwersytetu Łódzkiego.
Paweł SPODENKIEWICZ:- [mec.] Rafał Kasprzyk, prawdopodobnie?..
Andrzej KERN:- Rafał Kasprzyk, już nieżyjący pan dr [Jerzy] Loga, [prof.] Piotr Daranowski, dzisiejszy Prodziekan bodajże. Bardzo dużo serca tam wkładał, św.p.dr Loga.
Paweł SPODENKIEWICZ:- Specjalista od prawa pracy.
Andrzej KERN:- Tam odbywały się różne sympozja, które organizowaliśmy, na temat zupełnie dziewiczych problemów np. jak: ma wyglądać współpraca różnych związków zawodowych w jednym z zakładzie Jak ma wyglądać kwestia godzin nadliczbowych, poza tym, staraliśmy się propagować zdobycze między-narodowego prawa praca, które powinny znaleźć odbicie w polskim. No, dzięki tej placówce, która powstała bardzo dużo Komitetów Zakładowych “Solidarności” powstało i takim wyrazem podziękowania ze strony Andrzeja Słowika było to, że kilkunastu łódzkich adwokatów, zostało zaproszonych jako goście honorowi, na I-szy Krajowy Zjazd “Solidarności” w Gdańsku. Kilkunastu adwokatów, między innymi: dziekan [Eugeniusz] Sindlewski i ja. Część Rady Adwokackiej także. I również Adwokatura Łódzka udzieliła parokrotnie wsparcia materialnego “Solidarności”. Doradcą Związku przez jakiś czas był również mec. Karol Głogowski, a potem ta rola mnie przypadła. I kiedy wybuch stan wojenny […] w pierwszej dekadzie grudnia w “Bistonie” [Zakład Przemysłu Dziewiarskiego przy ul.Dąbrowskiego], odbyło się takie duże zebranie Łódzkiej “Solidarności”, na które zaproszono właśnie przedstawicieli Łódzkiej Adwokatury i św.p.Dziekan Sindlewski, wypowiedział takie znamienne słowa, które przytaczam:-“ Jesteśmy z wami, gdy jesteście silni nadzieją całego Narodu, ale pamiętajcie, gdyby przyszły dla Związku nie daj Boże ciężkie czasy, Łódzka Adwokatura, nigdy was nie opuści”. To było chyba 8. albo 7. grudnia, a potem przy-szedł 13 grudnia i 14 grudnia wbrew dekretowym zakazom odbyło się poszerzone zebranie Okręgowej Rady Adwokackiej, uzyskaliśmy już wtedy znajomość i pierwszą informację o aresztowaniu Andrzeja Słowika i Jerzego Kropiwnickiego, no i kiedy, zadałem pytanie, kto gotów jest się podjąć obrony, to pod-niósł się las rąk. Kilkadziesiąt osób podniosło ręce, i to była dla mnie najbardziej taka chwila, po której poczułem się dumny, że jestem członkiem tej korporacji[…]. Formalnie broniliśmy ich obojga, ale formalnie rzec biorąc, Słowika bronił kolega adwokat [Mirosław] Olczyk, i nieżyjący już [Lech] Mazur i [Wiesław] Ożadowicz, a Kropiwnickiego – dziekan Sindlewski, Stanisław Maurer i ja. Czyli, to była maksymalnie dopuszczalna liczba adwokatów, kodeks postępowania karnego pozwala mieć nie więcej jak trzech obrońców. Poza tym wszystkie te osoby, to byli ludzie już liczący się w Łódzkiej Adwokaturze, przedstawiciele jej najwyższej władzy w Łodzi, była to jawna demonstracja po stronie tych naszych związkowych kolegów.
Paweł SPODENKIEWICZ:- Pan wtedy, jaką funkcję pełnił?
Andrzej KERN:- Ja wtedy pełniłem funkcję Sekretarza Okręgowej Rady Adwokackiej w Łodzi. Maurer był członkiem Rady Adwokackiej, natomiast Olczyk, Ożadowicz i Mazur, byli we władzach takiej nowo powstałej organizacji, która się nazywała “Stowarzyszenie Adwokatów i Aplikantów Adwokackich”, która została rozwiązana w stanie wojennym. To było ogrupowanie o charakterze ogólnopolskim. W Łodzi ona powstała, natomiast objęła potem całą Polskę, no i był problem z organizowaniem obrony. I wtedy z dziekanem Sindlewskim złożyliśmy wizytę ks.Biskupowi Józefowi Rozwadowskiemu, który przyjął nas bardzo serdecznie, i dzięki Bogu wysłuchał naszej prośby, żeby pomocy prawnej, przede wszystkim w sprawach takich najważniejszych, przede wszystkim obrony wolności ludzi, nie organizować przy Parafiach dlatego, że nie opanowalibyśmy tego wszystkiego, a trzeba było nad tym panować, a w szczególności, aby nie dopuścić do obron ludzi, których można było podejrzewać o współpracę z “bezpieką”.
A tacy byli we wszystkich środowiskach. Nikt z nas nie miał pewności, ale trochę “nosa” jakoś się miało i poprosiliśmy ks.Biskupa, żeby Komisarzem Kościoła d/s Aresztowanych i Internowanych wyznaczył o.Stefana Miecznikowskiego. I ta prośba została wysłuchana. W ten sposób, przy Kościele o.o.Jezuitów powstał Ośrodek Pomocy Prawnej, w którym zapewniliśmy uczestnictwo nalepszych adwokatów, jakimi Łódzka Adwokatura dysponowała. Oczywiście, dzięki bliskiej współpracy z Ojcem Stefanem, który później w szczególny sposób kierował podziękowania pod adresem dziekana Sindlewskiego, Stanisława Maurera i moim.
Paweł SPODENKIEWICZ:- Jak to konkretnie było zorganizowane? Praktycznie? Kto tym, od strony o.Miecznikowskiego kierował?
Andrzej KERN:- Pracownicy Ośrodka. On tam miał społecznych pracowników, to najczęściej były młode dziewczyny, dzisiaj panie, które znały nazwiska osób do których należy kierować.
Paweł SPODENKIEWICZ:- Pamięta pan nazwiska…
Andrzej KERN:- Małgosia Wojtunik tam działała, Basia Gruchała-Gruszczyńska. One chyba najbardziej aktywne tam były. I jeszcze pani [Bożena] Rożniata.[…] No i poza tym, mieliśmy zupełnie jeszczej wcześniej inne zadania. W czasie tego stanu wojennego, my oczywiście broniliśmy wszystkich, nie pytając do jakiej partii należą, czy jest powiązany z KOR-em, czy powiązany z KPN-em, czy tylko z “Solidarnością, czy równieź z innymi organizacjami. Nie miało to dla nas znaczenia. Natomiast, kiedy zaczęły się te spory w “Solidarności”, no to…próbowaliśmy odgrywać rolę mediatorów. Ja np. miałem pod opieką prawną cały ten Region Sieradzki i Podregion Zduńsko-Wolski. Ci z podziemia do mnie się zgłaszali z różnymi problemami. Oni wiedzieli do kogo można się spokojnie zwrócić, najpierw rolę takiego opiekuna tych osób internowanych pełnił Józef Śreniowski, a potem jak Józka aresztowali to przejął to późniejszy Prezydent Marek Czekalski.[…]. Przyjechał do Łodzi [Lech] Wałęsa, razem z ks.Jankowskim [Henrykiem], i odbyło się takie wielkie spotkanie w hali sportowej ŁKS-u. A potem w takim węższym już gronie, odbyło się spotkanie kilkudziesięciu osób z nimi, z Wałęsą i ks.Jankowskim, No i wtedy padło pytanie, na tym właśnie spotkaniu, jaki jest stosunek Przewodniczącego do Słowika, Palki i Kropiwnickiego. I on wypowiedział takie słowa, które mnie zamurowały i Ojca Stefana też:- Że oni wyrządzili mi więcej krzywdy, niż wszyscy esbecy razem wzięci. Zapanował taki harmider na sali, przekrzykiwanie się wzajemne, no i wtedy ojciec Stefan zwrócił do Wałęsy mówiąc:- Panie Przewodniczący, to są bolesne bardzo zarzuty, niech Pan nie mnoży tego morza krzywd. Należałoby to jakoś wyjaśnić.
Na to Wałęsa:- Co ksiądz by na moim miejscu zrobił? A Ojciec Stefan mówi:- Ja nie jestem politykiem, ja jestem księdzem.
– No dobrze, ale co by ksiądz zrobił?
– Jakąś Komisję powołać do wyjaśnienia tej sprawy.
– No, to proszę bardzo, ja powołuję Komisję i niech Ksiądz będzie szefem tej Komisji.
A Ojciec znowu:- Ja jestem księdzem, a nie tym…
– No, to, kogo do pomocy?
Padły wtedy nazwiska [mec] Głogowskiego i moje, które zostały przez wszystkich zaakceptowane, włącznie z Wałęsą. Ojciec Stefan zapytał go, czy się zgadza. Wałęsa wiedział już o tym, że Głogowski był przeciwny podpisania tych porozumień Gdańskich, głównie dlatego, że wpisano tam punkt o uznaniu kierowniczej roli Partii [PZPR]. Dla Karola [Głogowskiego], nie było to do zaakceptowania. W każdym bądź razie [Lech Wałęsa] nie sprzeciwił się. I myśmy przystąpili do pracy, ponieważ ci zwaśnieni ludzie, byli naszymi podopiecznymi podczas procesów, z niektórymi w większości byłem po imieniu. Wydawało się, że odbędą się dwa czy trzy spotkania i doprowadzimy do pojednania. Tymczasem, mnożyły się coraz większe jakieś przeszkody, nie ze strony Słowika, Kropiwnickiego i Palki, tylko z tamtej drugiej strony. A po tamtej stronie był Dłużniewski, Kostrzewa, i trzeci jeszcze ktoś był…
Paweł SPODENKIEWICZ:- Może [Marek] Edelman?
Andrzej KERN:- Edelman był w cieniu cały czas, ale on dyrygował tym wszystkim. I któregoś dnia, pod-czas kolejnego spotkania…
Paweł SPODENKIEWICZ:- Paweł Lipski, może?.. [Janusz] Tomaszewski?…
Andrzej KERN:- Nie. Lipski nie brał udziału. Tomaszewski też był w cieniu. Głównie Kostrzewa tam za-bierał głos. Panie Antku, niech mi pan powie, o co tu chodzi? Przecież znamy się. A on mi mówi, panie Andrzeju my to uważamy że… niech się pan nie pogniewa, ale pan jest po ich stronie i myśmy chcieli, żeby tak obiektywnie było. – Kogo by pan chciał, żeby tu był? Do kogo pan ma zaufanie. No, pan mec. [Jan] Olszewski jakby przyjechał. To ja panu gwarantuję, że Olszewski tu przyjedzie, ustalcie datę. Olszewskiego znałem kupę czasu. No i tej daty nie mogli uzgodnić. Ciągle jakieś przeszkody były. A ja gwarantowałem mu, że Olszewski przyjedzie, jakbym go poprosił to by nie odmówił. I ostatecznie Ojciec Stefan Miecznikowski odczytał takie dramatyczne oświadczenie…postawił sprawę na ostrzu noża, wiem jak bardzo ojciec Stefan to przeżył. Odczytał to z ambony 12 kwietnia 1999r, ktoś to spisał z taśmy magne-tofonej i mnie to doręczono. I że z jednej strony gotowość do negocjacji ze strony tej trójki, natomiast niechęć ze strony tamtej drugie strony, którzy w ogóle lekceważąco traktowali i poniżali tych ludzi. Na końcu ojciec Stefan Miecznikowski powiedział tak:- Stoimy u progu wznowienia legalnej działalności NSZZ “Solidatnosć”. Z czym wyjdzie nasza organizacja związkowa do społeczeństwa spragnionego poko-ju, pojednania i współpracy, a nade wszystko pragnie prawdy i uczciwości. Zwracam się do obu stron, będących w sporze z ostatnim wezwaniem o minimalną kulturę polityczną i ludzką, z wezwaniem o bezwarunkową nieagresję w krótkim czasie jaki dzieli nas do wyborów do władz Regionu, powstrzymajcie się od oskarżeń, wzajemnej krytyki i ataków, wytaczania spraw spornych. Niech każda strona pracuje dla dobra budzącego się do nowego życia Związku, tak jak potrafi, niech nic nie czyni na ewentualne zaczepki. Społeczeństwo potrafi to należycie ocenić. Odwołuję się do zdrowego rozsądku itd.
Ale przedtem jeszcze napisał tak:- Szczególnie zdumienie budzi fakt, że przedstawiciele RKO, uważają osoby Andrzeja Słowika, Jerzego Kropiwnickiego i Grzegorza Palkę, za niewarte nawet rozmów negocjacyjnych. Zapomnieli jaką postawę oni zachowali, ile wycierpieli w najtrudniejszych dla “Solidarności” czasach. Wiem, że te słowa będą dla grupy RKO gorzkie, ale nie mogę uchylić się od świadectwa prawdy, które w tej chwili jest niezbędne. Z troską patrzę w przyszłość, tej cząstki “Solidarności”, jakim jest Region Łódzki. Widząc jakie tendencje, jakie metody usiłują nią zawładnąć”.
Myśmy to wtedy jeszcze odbierali jako lokalny konflikt, związany z trudnym charakterem pana dr Edelmana. Okazało się, że nie. To był ogólnopolski konflikt. Toczyła się walka o przejęcie władzy, której potem stałem się ofiarą, dlatego że nie dopuściłem do tego, żeby powstała [nie czytelne], jak to Michnik, Geremek sobie wyobrażali i Jacek Kuroń, choć z Jackiem byłem w dobrych stosunkach zawsze, chociaż z innych bajek pochodziliśmy, wiedzieliśmy o tym. Chodziło o to, żeby utworzyć Polską Partię “Solidarność”, pod ich przywództwem, czyli odsunąć od władzy wszystkich, którzy inaczej myśleli. A oni to widzieli w sojuszu z tzw. postępową częścią Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. I to chyba byłem jednym z pierwszych osób, który to dostrzegł i dałem temu wyraz nie tyle słowami ile działalnością, poprzez forsowanie w Sejmie X Kadencji, Ustawy o przejęciu przez Skarb Państwa, majątku byłej PZPR i byłem autorem wniosku i też przeszedł w Sejmie X Kadencji, gdzie nie mieliśmy nawet 30% Uchwałę o postawieniu przed Trybunałem Stanu pana premiera Rakowskiego ostatniego Pierwszego Sekretarza PZPR, za co odgrażali mi się od początku a potem te groźby się spełniły. Uwikłali mnie w szereg proce-sów, które się bardzo wydłużyły, ale dostali po nosie. A co ja i moja rodzina przeżyła to już zupełnie inna historia.
Paweł SPODENKIEWICZ:- Walka szła na śmierć i życie…
Andrzej KERN:- Tak, tak. Michnik zachowywał się w sposób bezczelny wręcz, zaczęło nas denerwować to, że on się afiszował przyjaźnią z Jaruzelskim z Urbanem, to mnie się w głowie nie mieściło, że człowiek tak zasłużony jak on w poprzednim okresie, przecież ten człowiek wycierpiał. Jacek spędził chyba 8 lat w więzieniu, no i ci ludzie byli w pewnym momencie kompletnie zaślepieni, ale to była taka jakaś metoda tłumaczenia zwłaszcza środowisku żydowskiemu – Polakom żydowskiego pochodzenia – że największym dla nich zagrożeniem to jest polska prawica i centroprawica, co było łobuzerstwem, głupotą i nieprawdą. Nikt z nas nie miał żadnych takich zakusów, tylko niestety był taki czas w Polsce, że o tym kto jest antyse-mitą, decydował pan Michnik. I jego “Gazeta Wyborcza”. Skandal w ogóle. Musieliśmy taki czas prze-czekać.[…]. Błędem Wałęsy było powierzenie “Gazety Wyborczej” Michnikowi, to była skandaliczna decyzja. Skandaliczna decyzja. Michnik jest za inteligientnym człowiekiem i za dobrym organizatorem, żeby przepuścić taką okazję. I on opanował całą gazetę […].(162) Koledzy mi mówili że np.Andrzej Mazur [ TW.”WACŁAW”], z którym siedziałem w Łowiczu, i którego uważaliśmy za człowieka absolutnie przyzwoitego, okazał się nie tylko tajnym współpracownikiem, ale jako współwięzień był szalenie sympatyczny, bezpośredni, koleżeński, pocieszał tych młodszych. Wybrali jego i mnie do pisania tzw. ”kwitów’, jak trzeba jakiś proces wznowić. Siadałem z Andrzejem i pisaliśmy to, a potem on, a najczęściej ja, obchodziliśmy te wszystkie ugrupowania czy zatwierdzą, czy nie. I dopiero po latach się dowiedziałem, że pierwsi z tym “kwitem” bezpieka się dowiadywała, a dopiero potem ci adresaci. Ale najgorszą sytuację miał Andrzej Ostoja-Owsiany z którym się przyjaźnił.
Paweł SPODENKIEWICZ:-To był dramat.
Andrzej KERN:- Andrzej nie chciał w to wierzyć… Myśmy mieli takich dwóch opiekunów ze służby bezpieczeństwa, którzy przychodzili do Rady Adwokackiej. A Rada Adwokacka mnie delegowała do rozmów z nimi. Uzgodniłem z nimi, że jeżeli problem będzie dotyczył mnie, to ja mogę na Lutomierską pojechać na rozmowę. Jeżeli chcą czegoś ode mnie. Wolałem, żeby nie mieli mnie na sali sądowej z cyrkiem i z fajerwerkami tam zamknąć. Czy zatrzymać i tam doprowadzić. A jeżeli sprawa Adwokatury, to…[nie zrozumiałe]. Chętnie rozmawiali nie ze mną, tylko ze [niezrozumiałe imię] Szmitem. Co z tych rozmów zostało… Oni pytali głównie, czy adwokaci biorą, czy nie biorą. Np. raz prosili mnie o rozmowę, na temat tego, że Głogowski – on był takim niespokojnym duchem – ni z tego, ni owego, zaczął wydawać takie pismo “Palestra”. Myśmy byli już po “Internacie”. Najpierw byłem jego pełnomocnikiem w czasie internowania. I jak mnie udało się jego wyciągnąć, to potem mnie zapuszkowali. Paweł SPODENKIEWICZ:- Rada Adwokacka jak internowano Głogowskiego, wystąpiła z takim pismem w tej sprawie.
Andrzej KERN:- Rada Adwokacka występowała w obronie, wobec każdego internowanego. Natychmiast.
Paweł SPODENKIEWICZ:- Każdego internowanego [z łódzkiej palestry]…
Andrzej KERN:- Każdego internowanego. Czworo było internowanych, Myśmy z Głogowskim na pewno z przyczyn politycznych, natomiast pozostałe dwie osoby do dzisiaj nie wiadomo dlaczego.
Paweł SPODENKIEWICZ:- [mec.Konrad] Garda i [mec.Krystyna Kolecka] – Kona…
Andrzej KERN:- O Konę, to w ogóle nie wiem dlaczego, przecież ona się żadną polityką nie zajmowała. Natomiast przyjęła jedną sprawę, jedną obronę “Solidarnościową” i może chodziło o to, aby środowisko przestraszyć. Nie mam pojęcia do dzisiaj. Zrobili z tego sprawę, jakby chodziło o szpiegostwo. Ale to było nieprawdziwe. Ona była internowana tylko po to, aby przestraszyć środowisko, jako przedstawiciela takie-go establishmentu adwokackiego. Jak ja już wyszedłem z internowania na początku czerwca to zostałem zobowiązany do stawienia się na rozmowę profilaktyczną. Zgłosiłem się na tą rozmowę na ul.Lutomierską i przyjął mnie pan pułkownik [Czesław] Chojak, z którym wcześniej miałem incydent i mnie zapamiętał. Zaczął na mnie krzyczeć. Powiedziałem mu, że nie życzę sobie, aby na mnie krzyczał.
– A kto pan jest?.. Jestem oficerem.- Jakim oficerem?.. Wojska Polskiego. – W jakim stopniu?.. Porucznika. Muszę panu powiedzieć, że zaczął ze mną rozmawiać normalnie.[…]. Radził mi, aby w moim pojętym dobrym interesie nie utrzymywał kontaktu z ks.Miecznikowskim.[…]. Ale jeszcze w sprawie mec. Głogowskiego…To było pismo takie…On nie dysponował żadnym powielaczem. To pismo było poświęcone problemom adwokackim i styku Adwokatury ze społeczeństwem. I było pisane na maszynie. Ile można na tej maszynie napisać, może osiem egzemplarzy. Jak się dwa razy przepisało, to było szesnaście i potem rozdawane niektórym osobom. I mój rozmówca – kapitan SB – mówi:- Proszę pana, my wiemy że mecenas to pana przyjaciel, wiele wycierpiał i nie chcemy mu żadnej krzywdy zrobić, ale po co on te rzeczy robi? Odpowiedziałem – że widocznie ma taką wewnętrzną potrzebę, przecież Konstytucja zapewnia wolność słowa…
– Panie mecenasie, bądźmy poważni. Konstytucja, my wszyscy ją szanujemy, ale czasy są specjalne.
– Ale czasy specjalne są od 1944 roku – ripostowałem. A on dalej: – Pomijając Konstytucje i to wszystko, czy nie mógłby pan wpłynąć na mec.Głogowskiego, żeby przestał wydawać to pismo?
– Panie kapitanie, ja nie mam na to, żadnego wpływu.
– Ale pan jest Sekretarzem Rady Adwokackiej, a on zwykłym adwokatem.
– No, tak…Ale to nie przenosi się na drugą osobę tak, jak to ma miejsce w wojsku […]. Czasami przychodzili do nas [ “SB”], bo dostawali jakieś donosy.(163) -…Tymczasem Dekret o stanie wojennym nosi datę 14 grudnia 1981r, a w ogóle ukazał się w druku w nocy z 17 na 18 grudnia. Czyli wszystkie wyroki, niezależnie od poglądów politycznych, które zapadły skazujące w stanie wojennym do dnia 18 grudnia [1981r], one są w mocy prawa nieważne, bo obowiązuje tzw. zakaz retroaktywności, tzn. Ustawa Karna nie może działać wstecz, co wynikało nie tylko expressis verbis, z przepisów Kodeksu Karnego, ale również z międzynarodowych zobowiązań PRL-u, ponieważ w 1977r [1966r – data obowiązywania w Polsce 18-06-1977r], ratyfikowano międzynarodowy Pakt Praw Politycznych – po Helsinkach to było – i tam ustalono, że nawet w przypadkach, że zakaz reaktywności Ustawy Karnej, również obowiązuje w przypadku wprowadzenia stanu wyjątkowego. W sprawie Słowika i Kropiwnickiego złapali za gardło w bezprawie “czerwoni”. A ten ostatni przejaw tej historii jest taki, że “IPN” prowadził postępowanie karne – to było z inicjatywy prof.Kuleszy – właśnie o naruszenie zasady retroaktywności [Lex retro non agit], i umorzono postępowanie, co oprotestował Prezydent na uroczystym otwarciu tej wystawy esbeków u was w siedzibie “IPN”[…].(164) “Esbecy” przysyłali listę do Sądu tych [adwokatów], którzy nie powinni bronić, zwłaszcza w procesach wojskowych.[…]. Byłem świadkiem, jak ludzie wręczali milicjantom kwiaty tym, którzy doprowadzali ich bliskich na rozprawę […]. Spotkałem się z tym parokrotnie, m.in. w Piotrkowie Trybunalskim, kiedy ludzie spontanicznie wręczali kwiaty milicjantom żeby pokazać, że my wszyscy jesteśmy Polakami, że łączy nas więcej niż [nieczytelne]. Olbrzymie to wrażenie robiło na tych milicjantach.(165)
Paweł SPODENKIEWICZ:- A prokuratorzy? Jak ich pan pamięta? Jak się zachowywali?
Andrzej KERN:- Prokuratorzy… różnie to było. Było dużo prokuratorów, którzy po prostu starali się jakby tylko wykonywać swoje obowiązki, ale niestety większość prokuratorów która prowadziła te sprawy, to była ustalana po uzyskaniu opinii służby bezpieczeństwa. W moim przekonaniu, to osoby które prowadziły te sprawy, nie powinny pozostać w prokuraturze.[…].(166)
Paweł SPODENKIEWICZ:- Wracając jeszcze do sprawy sędziowskiej…bo wiem że w Polsce około 30 spraw… Tyle wniosków dyscyplinarnych było w sprawie sędziów, który żaden w końcu nie został zrealizowany. A ile z Łodzi było tych wniosków?…
Andrzej KERN:- Nie wiem. Nie pamiętam.[…]. Razem z moim przyjacielem Bronkiem Jaźwińskim broniliśmy liderów łódzkiego “Uniprotu”, którzy byli oskarżeni o prowadzenie, mimo zaprzestania działalności związkowej. I to chyba był luty 1982r, albo przełom stycznia i lutego, i dwa takie elementy z tego procesu utkwiły mi w pamięci, a mianowicie, pierwszy to był taki, że dowiedziałem się przed procesem, że dyrektor Zakładu “Uniprot” na ul.Obywatelskiej, w porozumieniu z Komisarzem wojskowym, wydali takie zalecenie, że jeżeli ktokolwiek z pracowników, nie stawi się do pracy a przyjdzie do Sądu, będzie zwolniony ze skutkiem natychmiastowym, bez wypowiedzenia, no i gdy z Bronkiem weszliśmy na salę sądową, to tłum ludzi ją wypełniał, dosłownie miejsca nie było. Pytam ich, co wy robicie, przecież was wywalą z zakładu pracy. A oni mówią, że się dowiedzieli, że jak się odda krew, to ma się prawo do wolnego dnia. I tego dnia, tam było z 50 albo może 60 osób, wszyscy rano poszli oddać krew. I to była taka rzecz, którą będę pamiętał do końca życia, bo to było takie miłe dla tych liderów.[…].[Janowi Łuczakowi i Krzysztofowi Patorze.](167)
Paweł SPODENKIEWICZ:- Jaką linie obrony pan przyjmował na początku stanu wojennego.
Andrzej KERN:- Łódzka linia obrony w procesach politycznych kształtowała się można powiedzieć na skórze mojego przyjaciela, adw.Karola Głogowskiego. Bo on powiedział do mnie i do Bronka Jaźwińskiego – zasadniczo jego przesłanie było takie – “Ja chcę wyjść na wolność, ale to wyjście na wolność nie może się odbyć kosztem mojej godności i moich poglądów”. I to było zasadnicze jakby przesłanie do nas.[…].(168)
Mec. Andrzej Kern, któregoś dnia opowiadał mi, że on i mec. Eugeniusz Sindlewski poszli do Biskupa Rozwadowskiego i zaproponowali mu, że Zorganizują Ośrodek Pomocy Prawnej dla rodzin osób Internowanych i Uwięzionych i powiedzieli, że to powinno być silnie scentralizowane. Zasugerowali przy tym, że winien być utworzony przy Ośrodku jezuickim. Dlaczego scentralizowany? Bo obawiali się infiltracji ze strony Służby Bezpieczeństwa.(169)
***
Przepiękna karta palestry łódzkiej. Do Ojca przyszedł mec. Andrzej Kern i dziekan palestry Eugeniusz Sindlewski, mec. Karol Głogowski, mec. Stanisław Maurer, mec. Jerzy Marendziak [wg zapisów ewidencyjnych zarejestr. przez Wydział III KM MO w Łodzi, jako TW “Jan“/“Prawnik“/“Krzemiński“, pod nr 460 [1962-1999]- „Procesy Polityczne…IPN.str.89. Sebastian Pilarski“] i powiedzieli, że chcą pomagać w procesach Internowanym i Uwięzionych. Od razu powiedzieli, że nic za to nie chcą. Ponieważ nie było wtedy Kancelarii Adwokackich, a jedynie Zespoły Adwokackie, trzeba było oficjalnie uiścić tam opłatę za usługę prawną. Te sprawy musiały być w Zespole Adwokackim zarejestrowane. I był to obowiązek takiego postępowania, aby np. mec.Kern mógł reprezentować internowanego lub aresztowanego. Te wpisowe dawaliśmy w Zespole (ok.3.500 zł). Oczywiście, te koszty na rzecz Zespołu Adwokackiego, pokrywał za rodziny internowanych lub uwięzionych, każdorazowo Ośrodek. Np. znany i szanowany adwokat Tadeusz de Virion – brał wówczas 40.000 zł za sprawę. A średnia pensja była wtedy 11.000 zł. Wszystkie pieniądze były u Ojca. Tak było najbezpieczniej. Ojciec zawsze dawał nam jakąś pulę. Nie raz były nadzwyczajne sytuacje w danym dniu, a Ojciec wyjeżdżał przeciętnie. Były przypadki, że któryś z adwokatów jechał do więzienia, to my za ich pośrednictwem mogliśmy osadzonym coś przekazać. Niekiedy sam mec. Kern przy-chodził do Ośrodka i podawał informacje, jaki „Solidarnościowiec“ ma być sądzony. A kiedy z innych źródeł docierała do nas informacja o takich przypadkach, to ja osobiście chodziłam do mieszkania mec. Kerna [mieszkał w pobliżu, na „Manhattanie“ – Śródmiejska Dzielnica Mieszkaniowa w Łodzi – kilkaset metrów od Kościoła o.o. Jezuitów] i po „Dzień dobry“, zawsze mówiłam:- „Ojciec prosi“. A kiedy mecenasa nie było w domu, to przekazywałam tę prośbę jego żonie. Tylko tyle. I to wystarczyło. Wtedy mec.Kern przychodził i omawiał daną sprawę z Ojcem. Jak rodziny Internowanych przychodziły do Ośrodka i zgłaszały potrzeby obrony prawnej, wtedy my ich kierowaliśmy do tych mecenasów, do Zespołów. Oni nie przyjmowali na „furcie“, aby nie było to potraktowane, że coś robią nielegalnie. I mogło to być potraktowane różnie. Mecenasi byli niemal na każde zawołanie.
***
Syn mec.Kerna został pobity później niż w grudniu. „SB“ czekało na niego w bramie na ul.Piotrkowskiej. To był atak na mec.Kerna. Chciano w ten sposób złamać jego ojca. Trudno powiedzieć skąd przyszła ta wiadomość do Ośrodka. Syn miał potem problemy z chodzeniem, chodził o kulach. Nie mógł pracować.(170)
***
W regionie łódzkim sprawy przeciwko działaczom i sympatykom NSZZ “Solidarność”, prowadzone były przed Sądem Wojewódzkim, Sądem Rejonowym i Wojskowym Sądem Garnizonowym w Łodzi, jak również przed Sadem Pomorskiego Okręgu Wojskowego w Bydgoszczy.
Łącznie wymienione sądy oskarżyły co najmniej 79 osób z województwa łódzkiego w związku z organizacją i udziałem w strajkach (przestępstwo z art.46 ust.1 i 2 dekretu o stanie wojennym), redagowaniem, drukiem i kolportażem materiałów bezdebitowych (art.48 ust.2-4 dekretu o stanie wojennym, art.273 §2 i art.282 kk), “publicznym lżeniem PRL i jej naczelnych organów (art.270 §1 kk), uszkodzeniem czerwonych flag (art.284 §1 kk), malowaniem “wrogich napisów” (art.48,ust.2 i 4 dekretu o stanie wojennym, art.270 §1 i art.273 §1 kk),“osłabieniem władzy ludowej” poprzez utrudnienie “prawidłowego funkcjonowania urządzeń drukarskich drukujących << Trybunę Ludu >> (art.127 kk). Należy podkreślić, że nie uwzględniono spraw wszczynanych w związku z zarzutem czynnej napaści na funkcjonariuszy MO, które w wielu przypadkach miały również kontekst polityczny.(171)
Pismo adwokatów
dot. Andrzeja Słowika i Jerzego Kropiwnickiego
Łódź, dnia 12 kwietnia 1983 r.
/KOPIA/
Sekretariat
Episkopatu Polski
/ c.d. nieczytelny/
I n f o r m a c j a
o sprawie Andrzeja Słowika i Jerzego Kropiwnickiego
I. Postępowanie sądowe
Wyrokiem Sądu Wojewódzkiego w Łodzi z dnia 30 grudnia 1981 roku, wydanym w trybie doraźnym /Sygn.akt III-K122/81. dor.Andrzej Słowik i Jerzy Kropiwnicki skazani zostali z art.46 ust.1 i 2 z dekretu o stanie wojennym z dnia 12 grudnia 1981 roku /Dz.U.Nr.29 poz.154/ na kary po 4 lata i 6 miesięcy pozbawienia wolności oraz kary pozbawienia praw obywatelskich na okres lat 4. Oskarżonych uznano za winnych tego, że w dniu 13 grudnia 1981 roku, w Łodzi, Andrzej Słowik jako przewodniczący, zaś Jerzy Kropiwnicki jako wiceprzewodniczący Zarządu Regionalnego Ziemi łódzkiej NSZZ “Solidarność”, działając wspólnie i w porozumieniu nie zaniechali działalności związkowej zgodnie z przepisami dekretu z dnia 12 grudnia 1981 o stanie wojennym lecz zorganizowali i osobiście przeprowadzili akcję protestacyjną w siedzibie zarządu Regionalnego wzywając przez nagłaśniające środki przekazu i za pomocą kolportowanych ulotek do powołania zakładowych komitetów strajkowych i rozpoczęcia strajku powszechnego.
Z ustaleń Sądu Wojewódzkiego wynika, że wspomniana akcja protestacyjna została przeprowadzona w dniu 13 grudnia 1981 roku w godzinach od 7.00 do 14.00. W okresie tym do zarządu regionalnego nie zgłosił się żaden przedstawiciel MO, Prokuratury ani też władz administracyjnych, by poinformować o zaistniałych zmianach prawnych.[…]
W dniu 30 grudnia 1982 roku obrońcy oskarżonych zwrócili się z listem otwartym do Ministra Sprawiedliwości informującym o rzeczywistym naruszeniu prawa i międzynarodowych zobowiązań PRL – przedmiotowymi wyrokami. Cenzura nie zezwoliła na opublikowanie tego listu na łamach “Ładu”.
W odpowiedzi z dnia 10 lutego 1983 roku Dyrektor Departamentu Ministerstwa Sprawiedliwości poinformował autorów listu, że przedmiotowe wyroki zgodne są z trendem orzecznictwa Sądu Najwyższego i że mimo ratyfikacji Paktów tylko prawo wewnętrzne Państwa-sygnatariusza decyduje o sposobie uznania, jaki gest działania czy zaniechania za przestępstwo, o sposobie ogłaszania przepisów przyjmują [c.d. nieczytelny].[…]. “Pragnę poinformować autorów listu, że odmienne poglądy doktryny tudzież stanowisko części praktyków, nawet bw przypadkach zasadności – w żadnym razie nie mogą stanowić podstawy jakichkolwiek decyzji organów administracji wymiaru sprawiedliwości zmierzających do zmiany orzecznictwa Sądu Najwyższego”. Stwierdzenie to jest delikatnie mówiąc nieścisłe, bowiem Minister ma prawo i obowiązek wpływać na kształt orzecznictwa Sądu Najwyższego właśnie przez wnoszenie rewizji nadzwyczajnych.
II. W nr.1/83 “Państwa i Prawa” udało się opublikować artykuł adw. Stanisława Maurera na temat retro-aktywności karnych przepisów dekretu o stanie wojennym w świetle norm prawa międzynarodowego. Publikacja ta jednak – praktycznie rzecz biorąc – pozostała bez echa. III. Czynności podejmowane przez organy samorządu adwokackiego zmierzające do uchylenia wyroków jako sprzecznych z prawem.
Obrońcy zwrócili się do Okręgowej Rady Adwokackiej w Łodzi o zajęcie się przedmiotową problematyką, zgodnie z dyspozycją art.1 ust.1 Prawa o adwokaturze /Dz.U. z dnia 7 czerwca 1982r Nr.16 poz. 124/ i podjęcie stosownych czynności. Okręgowa Rada Adwokacka zleciła swej Komisji Interwencyjnej zbadanie tej problematyki i sformuowanie wniosków. Komisja dokonała przeglądu dostępnego orzecznictwa / w tym również prawomocnych wyroków, którymi uniewinniono osoby oskarżone o działalność związkową w dniu 13 grudnia 1981 roku /oraz zwróciła się do prof.dr Jana Waszczykowskiego – specjalisty z zakresu prawa karnego oraz dr Piotra Daranowskiego – specjalisty z zakresu prawa międzynarodowego Uniwersytetu Łódzkiego o wydanie naukowych ekspertyz. Ekspertyzy te – ogólnie rzecz biorąc – potwierdziły słuszność stanowiska obrońców. Tak zebrany materiał Komisja Interwencyjna przedsta-wiła na zgromadzeniu Okręgowej Izby Adwokackiej w maju 1983 roku. Zgromadzenie podjęło uchwałę skierowaną do Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego o potrzebie dokonania wykładni prawa w zakresie retroaktywności karnych przepisów dekretu o stanie wojennym.
Zakład karny w Barczewie jest więzieniem ciężkim. Położony on jest na terenie podmokłym, co sprzyja powstawaniu chorób reumatycznych. Obaj nasi klienci niemal od początku pobytu w Barczewie zajmowali celę wyposażoną w tak małe okno, że niemal przez cały dzień – chcąc się uczyć lub czytać, zmuszeni byli do zapalania światła elektrycznego […].
W czasie ostatniej wizyty w Barczewie adwokaci: Kern, Maurer, Olczyk i Sindlewski – w dniu 7 kwietnia 1982 r – czynili wszystko, co było w ich mocy, by nakłonić skazanych do przerwania głodówki, tym bardziej, że zastali obu w bardzo ciężkim stanie. Sytuację komplikował jednak fakt, że – pod nieobecność Naczelnika Zakładu – Zastępca Naczelnika deklarując chęć zakończenia konfliktu nie miał uprawnień do podjęcia żadnych decyzji. Obaj skazani otrzymali już tyle kar regulaminowych, że nie są w stanie powiedzieć, jaką aktualnie karę odbywają i kiedy się te kary skończą. Jednakże w świetle ich wyjaśnień głodówka, nie jest ani protestem przeciwko wyrokowi, ani przeciwko uwięzieniu; chodzi im tylko o to, by ani oni, ani ich koledzy, nie byli bici i by odbywali karę w ludzkich warunkach.[…].
[brak kolejnej strony]. Prawdopodobnie syganariuszami w/w pisma byli adwokaci: adw.Andrzej Kern, adw.Stanisław Maurer, adw. dr Eugeniusz Sindlewski i adw.Mirosław Olczyk.(172)
„TYGODNIK MAZOWSZE ”.
(Nr 85 z 26 IV 1984).
* GRYPS ANDRZEJA SŁOWIKA *
Aktualnie, wraz z Jurkiem Kropiwnickim trzymamy głodówkę. Od środy 11 IV 1984 zaczęli nas karmić. Jurek łyka sondę. Ja nie pozwalam się karmić, więc od 3 dni najpierw odbywa się obezwładnianie, zakuwanie w kajdanki, a potem otwieranie ust siłą, przy pomocy dźwigni i tortur. Słowo tortury należy traktować dosłownie, gdyż po usadzeniu mnie na krześle, depczą mi palce stóp, wykręcają ręce i nogi, często w odwrotnych kierunkach, tj. w ten sposób, że wykręcając ręce zmusza się mnie do wyprostowania się, a ten który wykręca nogę nie dopuszcza do wyprostowania. Kładą mi nogi na krawędź łóżka i któryś z nich siada na nogach, wyłamując stawy kolanowe w odwrotną stronę lub dociska kości goleniowe do kątownika łóżka. W tym czasie inny wykręca mi do tyłu głowę i silnie uciska na zawiasy szczękowe, a lekarz bądź pielęgniarka operuje kleszczami przy szczękach. Kiedy zaczynam krzyczeć, wkładają kleszcze między zęby i wtedy mnie mają. Pozostaje im tylko włożyć sondę i lać mannę. Zwykle przy-chodzi 5-6 funkcjonariuszy oraz lekarz i pielęgniarka. Jedna z nich też posunęła się do torturowania mnie, kiedy 12 IV zaczęła bardzo mocno ugniatać mi węzły chłonne, co jest szczególnie bolesne […]. Podejrzewam, że będziemy jeszcze długo musieli z Jurkiem głodować. Jesteśmy zdecydowani na to. ustąpimy. Pozdrawiam wszystkich, którzy pamiętają i działają.
Barczewo.13.IV.1984r.
ANDRZEJ SŁOWIK.
***
[…]. Obecnie głodówkę kontynuują Słowik i Kropiwnicki, pozostali przerwali 30.III. Odpowiedzialni za znęcanie się nad uwięzionymi przywódcami “S” i KPN: naczelnik więzienia Lutrzykowski, lekarz więzienny Ryszard Sobolewski; funkcjonariusze:- Jerzy Lisowski, Jan Statkiewicz, kpt.Smochowski, Wacław Hapner, Antoni Lewandowski, Zdzisław Siemaszko, Zdzisław Słoń, Ryszard Jakubaszek, Hilary Kutrza, Kazimierz Olechowski.
Andrzej SŁOWIK.(173)
LIST OTWARTY WIĘŹNIÓW Z.K. BARCZEWA DO GENERAŁA JARUZELSKIEGO
/Z.K. ok.320 km od Łodzi. Jednostka typu zamkniętego. Pojemność liczy 781 miejsca. Przeznaczona dla mężczyzn odbywających karę po raz pierwszy z dodatkowymi oddziałami. Więzienie znajduje się na terenie byłych ogrodów klasztornych zakonu franciszkanów. W 1810 roku władze pruskie po sekularyzacji majątku zakonu powołały tam dom karny. Budynki zostały przeznaczone na więzienie w 1812 roku. W barczewskim zakładzie karnym 12 listopada 1986 roku zmarł w wieku 90 lat zbrodniarz wojenny, były gauleiter i nadprezydent Prus Wschodnich, Erich Koch./.
Latem 1983r. do więzienia w Barczewie przywieziono 9 więźniów politycznych i osadzono ich w warunkach urągających nawet normom obowiązującym w PRL. Cele 4-osobowe o powierzchni 7.m.kw. Nie-skanalizowane, zagrzybione z podłogą położoną bezpośrednio na gruncie. Po wielodniowym proteście głodowym uzyskaliśmy minimalną poprawę warunków – skanalizowanie cel. W dniu 5.XII 83r. pobito grupę więźniów, a innych polewano wodą na mrozie. Od tego momentu stosuje się wobec więźniów politycznych różnego rodzaju represje i szykany, a ostatnio także i tortury. Od pięciu miesięcy pozbawieni jesteśmy widzeń i korespondencji z rodzinami, możliwości uczestniczenia w Mszy św., spacerów, prawa zakupów artykułów żywnościowych, samokształcenia, książek, zajęć k.o. [kulturalnooświatowych], ciepłej odzieży. Przez trzy miesiące nie byliśmy kąpani (skażenie łaźni żółtaczką). Otrzymujemy najgorszą kategorię jedzenia. W okresie tym wielokrotnie sadzono nas w karcerach. Stosując brutalną przemoc, m.in. wyłamując i zrywając mięśnie barku Wł[adysławowi] Frasyniukowi i odbijając płuco T[adeuszowi] Stańskiemu, a także wysyłając E[dmunda] Bałukę do Gdańska, gdzie został skatowany. Od dwóch tygodni władze podjęły wobec nas działania, których nie można nazwać inaczej niż stosowanie tortur i tak:- Wielokrotnie osadzani jesteśmy w bunkrze głodowym. Jest to pomieszczenie o powierzchni ok.5 m. kw.bez okien i dostępu powietrza. Umieszcza się nas nawet po 3 osoby i przetrzymuje przez 5 dni. Już po kilku minutach osoby osadzone w takich warunkach odczuwają brak tlenu. W dniach 29.III. do 2.IV. osobom przebywającym w bunkrze, uniemożliwiono spożywanie posiłków. Podstawą prawną stosowania takich metod jest podobno zarządzenie Ministra Sprawiedliwości z 1975r., które pozwalało na stosowanie tego rodzaju tortur. Jak wiadomo, wielokrotnie doprowadzało to, do trwałych okaleczeń, a nawet śmierci więźniów. W 1981r zlikwidowano tego rodzaju represje. Jak się okazuje niecałkowicie, gdyż takie działania spotykają więźniów politycznych właśnie w Barczewie.
– Większość czasu jesteśmy przetrzymywani w kajdankach. Kuje się nas w sposób szczególnie dotkliwy do tyłu, przekuwając jedynie na noc ręce do przodu.
– 2 IV oprócz zakucia w kajdany, Wł.Frasyniukowi i T.Stańskiemu zaklejono plastrem usta w identyczny sposób, jak robili to hitlerowcy, rozstrzeliwując polskich patriotów. Sugerowano, że jest to przygotowanie do wykonywania takiej samej czynności.
– Stosowanie kaftanu bezpieczeństwa, twierdząc przy okazji, że więźniowie polityczni będą traktowani jak psychicznie chorzy. Użycie kaftanu bezpieczeństwa powoduje zaburzenie krążenia krwi, utratę przytomności, jest przyczyną uszkodzenia stawów.
– Stosowanie specjalnego urządzenia krępującego, wykorzystywanego przy wykonywaniu kary śmierci przez powieszenie.
– Stosowanie gazu paraliżująco-łzawiącego. Szczególnie brutalne było to w dniu 7 IV. gdy świadomie oblewano gazem oczy więźniów z odległości kilku cm w celu trwałego oślepienia. Wynikało to jasno z wypowiedzi funkcjonariusza (cyt. “Daj mu lepiej po oczach, aż oślepnie”).
– Nieustanne i bezprawne grożenie połamaniem kości.
– Cyniczne przedłużanie głodówki A[ndrzeja] Słowika i J[erzego] Kropiwnickiego. Rozpoczęcie karmienia dopiero po 22 dniach, a więc w okresie zagrożenia ich życia. Protest głodowy naszych kolegów trwa nadal.
– Identyczna sytuacja była z E.Bałuką, któremu po pobiciu, uniemożliwiono widzenie z obrońcą i prokuratorem.
– Szczególnie brutalnie wykorzystuje się fakt choroby serca R[omualda] Szeremietiewa, którego m.in. osadzono w najgorszej celi, tzw. Tygrysówce. W dniu 10 IV trzymano go przez 12 godz. skutego w bun-krze i dopiero po zasłabnięciu skierowano do celi. Tylko dzięki interwencji całej grupy i lekarza, oswo-bodzono go z kaftana bezpieczeństwa. Kolejny pobyt R.Szeremietiewa w bunkrze 12 i 13 IV skończył się następnym atakiem serca.
– Pozbawieni jesteśmy opieki lekarskiej. Ogranicza się ona w zasadzie do stwierdzeń otarcia naskórka, istnienia siniaków, a podczas naszego pobytu w bunkrze do orzeczeń braku objawów sinienia i duszenia się.
– Jakby mało było tortur i szykan, władze preparują jeszcze do tego proces karny przeciwko Wł. Frasyniukowi, który odbędzie się 5 V w Olsztynie. Procesami grozi się i innym więźniom politycznym. Wszystkie te fakty świadczą o świadomym stosowaniu wobec nas działań, które są sprzeczne z często powtarzanymi przez władze PRL tezami o rzekomym humanitarnym traktowaniu więźniów, a w stosunku do więźniów politycznych istnieniu “szczególnych uprawnień”. Jest to celowe wprowadzanie w błąd opinii publicznej w kraju i za granicą. Okoliczność ta, zmusza nas do napisania niniejszego listu otwartego.
16.IV.1984 PIOTR BEDNARZ, WŁADYSŁAW FRASYNIUK, PATRYCJUSZ KOSMOWSKI, LESZEK MOCZULSKI, TADEUSZ STAŃSKI, ROMUALD SZEREMIETIEW.
“GAZETA OLSZTYŃSKA ” /Nr.112 z 1 maja 1984./
“O warunkach odbywania kary nie decydują nazwiska ani poglądy”.
(Wypowiedź Zastępcy Dyrektora Centralnego Zarządu Zakładów Karnych – płk. Henryka Skolika).
[ fragment ].
61 osób – tylu skazanych prawomocnym wyrokiem za przestępstwa popełnione z motywów politycznych odbywa aktualnie karę. Przebywają oni w 4 zakładach karnych, w wyodrębnionych pomieszczeniach, oddzieleni od sprawców przestępstw pospolitych. O warunkach odbywania kary w jednym z nich, w Barczewie (woj.olsztyńskie) poinformował PAP, zastępca dyrektora Centralnego Zarządu Zakładów karnych płk. Henryk Skolik:
– W Barczewie pozostaje 9 osób skazanych za przestępstwa z pobudek politycznych. Wszyscy po przy-byciu do zakładu karnego zostali zapoznani z regulaminem wykonywania kary pozbawienia wolności oraz z zasadami odrębnego traktowania tej grupy sprawców, polegającymi także na zwolnieniu z obowiązku wykonywania pracy. Jest to zgodne z konwencją nr 105 Międzynarodowej Organizacji Pracy. Więźniowie ci, wykonują jedynie prace porządkowe w obrębie zajmowanych pomieszczeń mieszkalnych. Oczywiście mogą zostać za własną zgodą zatrudnieni, ale jak dotąd, żadna z wymienionych na wstępie 61 osób z możliwości tej nie skorzystała.
– 9 skazanych, o których mówiłem, zakwaterowanych jest w celach 2- i 3-osobowych. Posiadają one podstawowe urządzenia sanitarne, w tym bieżącą wodę, są skanalizowane. Wielkość cel odpowiada obowiązującym w tym zakresie normom. Sprzęt kwaterunkowy stanowi typowe wyposażenie celi więziennej. Są to: piętrowe łóżka, taborety, stoliki, szafki. Ściany są pomalowane farbą olejną, a podłoga wyko-nana jest z desek. Cele są zradiofonizowane, przeprowadzone pomiary wykazały, iż temperatura w tych pomieszczeniach nie była nigdy niższa niż 18 st. Wszystkim skazanym zapewniono bieliznę i odzież stosownie do pory roku. Ponadto naczelnik zakładu zezwolił, aby korzystali m.in. z własnych swetrów. Skazani korzystają raz w tygodniu z kąpieli. Wymieniana jest wówczas bielizna osobista, raz na dwa tygodnie także pościelowa. Wszystkim skazanym zapewniono przydziały mydła, udostępniono pastę do zębów, proszek itd. Mogą korzystać także z usług fryzjerskich, co najmniej dwa razy w tygodniu są goleni. Są to niejako warunki standardowe. Każdemu więźniowi przysługuje raz w miesiącu godzinne widzenie z rodziną. Odbywa się ono w specjalnej sali, przy stoliku, w bezpośrednim kontakcie. Uczestniczy w nich przedstawiciel służby więziennej.[…].
– Skazani prowadzą także korespondencję. Mają prawo wysyłać w ciągu miesiąca cztery listy.[…].
Od początku pobytu w Barczewie odbywający tu karę za przestępstwa polityczne mieli możliwość udziału w mszach odprawianych przez kapelana więziennego. Mogą też wysłuchiwać cotygodniowych mszy transmitowanych przez Polskie Radio. Przez pewien czas nabożeństwa odprawiane w zakładzie karnym były zawieszone. Przyczyną tego było demonstracyjne wykorzystywanie mszy i zakłócanie porządku. Nastąpiła także zmiana osoby kapelana. Nowy ksiądz, wyznaczony przez uprawnionego biskupa, odprawił nabożeństwo już w dniu 23 kwietnia br.
– Sprawa odżywiania więźniów. Otóż w trakcie odbywania kary skazani za czyny popełnione z motywów politycznych otrzymują, podobnie zresztą jak wszyscy inni więźniowie, urozmaicone wyżywienie o wartości nie mniej, niż 2600 kcal dziennie. Zapewniono w nim tyle mięsa, cukru i tłuszczów, ile obecnie w warunkach reglamentacji tych artykułów przypada na każdego obywatela naszego kraju. Niektórzy z 9.skazanych otrzymują posiłki dietetyczne, o zwiększonej kaloryczności, zalecane przez lekarza więziennego. Wszyscy też otrzymują od rodzin w czasie widzeń różne artykuły spożywcze, dokonują także zakupów w kantynie.[…]. Zróżnicowana była także w tym czasie wielkość zakupów dokonanych przez nich w kantynie: od 4 – 7 tys.zł do blisko 15 tys.zł.[…].
– Zakład karny w Barczewie wykorzystując istniejący tam szpital więzienny, zapewnia skazanym odpowiednią opiekę szpitalną w zakresie chorób wewnętrznych, bądź zabiegów chirurgicznych, a także opiekę laboratoryjną, zarówno ogólnolekarską jak i specjalistyczną. Mimo niełatwej sytuacji kadrowej żaden ze skazanych nie ma trudności z uzyskaniem porady lekarza. Trzeba jednak zaznaczyć, iż niejedno-krotnie skazani – o których mowa – nie ułatwiają personelowi medycznemu wykonywania jego obowiązków. Odnotowujemy przypadki lekceważenia zaleceń diagnostycznych, niewłaściwego stosunku do lekarzy. Wszystkie te udogodnienia mogą być, oczywiście cofane, bądź zawieszane. Zgodnie z przepisami kierownictwo zakładu karnego ma bowiem prawo stosowania nagród, a z drugiej strony kar dyscyplinarnych. Te ostatnie obejmują m.in. nagany, pozbawienie lub ograniczenie widzeń, prowadzenia korespondencji, dokonywania zakupów. Mogą być wymierzane na okres od 1 do 3 miesięcy. Konieczność zapewnienia w zakładzie karnym porządku i bezpieczeństwa sprawia, iż w ściśle określonych sytuacjach, przy zachowaniu przewidzianych przepisami warunków, może być stosowane umieszczenie w celi izolacyjnej. Konieczność takiego działania zaszła ostatnio w Barczewie w pojedynczych, konkretnych sytuacjach. Chciałbym jednak podkreślić, iż wspomniane wcześniej kary dyscyplinarne nie były stosowane w każdym przypadku w którym mogły, zgodnie z przepisami, być wykorzystane.
Kierownictwo zakładu karnego sięgało po nie w sytuacjach szczególnie drażliwych, gdy np. prowadzone z więźniami rozmowy nie odnosiły skutku. Potwierdza to dokumentacja, Skazani, popełniający wykroczenia, byli karani jedynie za co piąte lub nawet rzadziej. Nadmienić należy, iż naczelnicy zakładów karnych, w których przebywają skazani za przestępstwa popełnione z motywów politycznych, otrzymali wytyczne uprawniające ich do stosowania wobec tych osób wielu indywidualnych złagodzeń i ulg w warunkach odbywania kary. O niektórych mówiłem już wcześniej. Dotyczyły korespondencji, widzeń, otrzymywania paczek.[…].
– Zakład w Barczewie nie jest jakimś szczególnym więzieniem: standardowe warunki odbywania w nim kary są podobne do innych zakładów karnych.[…]. Środki dyscyplinarne znajdujące zastosowanie w Barczewie są jedynie przykrym i nieuchronnym skutkiem różnych przejawów negatywnego – naruszającego przepisy – a często wręcz i prowokacyjnego zachowania się przebywających tam skazanych. Środki te muszą być stosowane na elementarne wymogi dyscypliny i porządku obowiązującego w każdym zakładzie karnym. Nie mają one natomiast żadnego związku z nazwiskami więźniów i poglądami jakie reprezentują (PAP).
KOLEGIA / PROCESY SĄDOWE.
W tym czasie, bardzo niechlubnie wyróżniły się Kolegia d/s Wykroczeń – organy pozasądowe, które orze-kały przewinienia w Polsce [powołane w 1952r i czynne do 2001r], np. za nierespektowanie godziny milicyjnej, uczestnictwo w zajściach i protestach ulicznych, brak dowodu osobistego, noszenie w klapie “opornika” – elementu obwodu elektrycznego, wykorzystywanego do ograniczenia prądu [stanowił symbol oporu przeciwko komunistycznej władzy]. Czy posiadanie odbiornika radiowego o niewłaściwej częstotliwości [taką karę w wys.20 tys. zł otrzymał Jerzy Dłużniewski]. Zgodnie z kodeksem wykroczeń, Kolegia mogły wymierzać kary zasadnicze: – areszt do 3 miesięcy, grzywnę, naganę itp. Najczęściej orzekanie następowało w trybie przyspieszonym, a kary grzywny od 1.500 zł do 20.000 też należały do dotkliwych, nie tylko dla niepracujących, ale i dla tych, których uposażenie nie przekraczało średniej krajowej, tj.7.687 zł [najniższe 3.300 zł.].(174)
***
Ogółem Kolegia ds. wykroczeń od 13 grudnia 1981 r. do 21 lipca 1983 r. ukarały za wykroczenia z dekretu o stanie wojennym 207.692 osoby, w tym karą aresztu 4.273 osoby.(175)
***
Zatrzymanych uczestników demonstracji anty-pierwszomajowej, nie pozbawiano wolności, ale Kolegia wymierzały kary pieniężne, które na ten cel, dawał Ośrodek. Te pieniądze były dyskretnie dawane.
***
Na początku działalności Ośrodka, pani Słobodzian [Jolanta] i Brzozowska [Hanna] zgłosiły się, że będą chodzić na procesy „Solidarnościowców“. Rodziny przychodziły i mówiły o miejscu i czasie takiej rozprawy. Nie zawsze było możliwe tam się dostać. Były przepustki, które dawano w Sądzie, przed wejściem na salę rozpraw. Z reguły odbywało się to w małych salach, więc mało ludzi tam mogło wejść. A jak one się tam nie dostały, to szczegóły były przekazywane od naszych mecenasów. Sędziowie byli dobierani specjalnie z klucza, do takich rozpraw. Na rozprawę Słowika i Kropiwnickiego, chodził ks.Kanclerz z ramienia Kurii Biskupiej.(176)
Małgorzata WOJTUNIK.(177)
Przyszłam do Ośrodka na przełomie stycznia i lutego 1982r. Nie miałam w Łodzi pracy, bo dostałam tzw. ”wilczy bilet”. Do Ośrodka Pomocy zostałam przyjęta w grudniu 1981r. O.Miecznikowski rozmawiał ze mną w rozmównicy Klasztoru. Rozmowa dotyczyła przyjmowania zgłoszeń o represjach. W rozmównicy domu zakonnego, udzielałam porad prawnych potrzebującym ludziom. Z Basią Gruchałą – później po mężu Gruszczyńskiej – która była prawą ręką o. Miecznikowskiego, spędzałyśmy czas na pracy społecznej w domu zakonnym od rana do wieczora.
Pyt.- A jak przyjęto w Ośrodku wyroki na Jerzego Kropiwnickiego i Andrzeja Słowika?
– Wszyscy byli bardzo przejęci, ale szczegółów nie pamiętam. Proces ten był pokazowy, w aurze zastraszenia i niepewności w stosunku do wszystkich jego uczestników..
Pyt.- Czy była Pani wzywana na Komendę MO?
– Nie. Tylko w nocy, cywilny „Fiat – 125 p“, bardzo często eskortował mnie do domu. Powiedziałam o tym Ojcu. Zdenerwował się.
Pyt.- Kiedy wróciła pani do pracy?
– Najbliższe miejsce, w którym przyjęto mnie do pracy, w październiku 1982r, było oddalone 80 km od Łodzi(178)
POWOŁANIA do WOJSKA.
Dotąd były cztery kategorie wojskowe. Ostatnia kat.„E” – to orzeczenie trwałej i całkowitej niezdolności do czynnej służby wojskowej w czasie pokoju, mobilizacji i wojny. Osoba z kategorią „E”, nie podlegała w ogóle obowiązkowi wojskowemu. Powołano więc:- “Nowy rodzaj kategorii kat.“F“ – zdolny do przebywania na terenie koszar. Pluton ludzi z niedowładem ręki, z problemem chodzenia, po zawałach, ze schorzeniami kręgosłupa itp.“(179). Wojskowe obozy specjalne powołane w 1982r stanowiły ukrytą formę internowania, pod pozorem powołania na dodatkowe przeszkolenie do wojska. Pełna dokumentacja dotycząca tych obozów nadal objęta jest klauzulą – 50 letniej tajności. Miejsca takich obozów:- Czerwony Bór, Chełmno, Rawicz, Trzebiatów, Unieście, Brdowo, Czarne, Wędrzyn, Węgorzewo. [W Chełmnie byli zmuszeni do spania w namiotach – mimo ostrej zimy – 20°C ].
***
Operacja „Jesień 82”… Operację tę, opracował sztab Generalny Ludowego Wojska Polskiego tuż przed planowanym na 10 listopada 1982r strajkiem. Listy osób podejrzanych o działanie antysystemowe i związkowe sporządziły komórki MSW. W/g ustaleń historyków wynika, że od 5 listopada 1982 do 3 lutego 1983r, na „trzymiesięczne szkolenie wojskowe na poligonach w ramach służby czynnej“ trafiło ok.1500 osób, w tym do Wojskowego Obozu Specjalnego – w jednostce sapersko-pontonowej, bez broni – usytuowanego w rezerwacie Kępa Panieńska w Chełmnie k/Torunia – 304 mężczyzn. [największego „obozu“]. „Skoszarowani“ mieszkali w namiotach i zmuszani byli w trudnych warunkach zimy, do kopa-nia rowów, które następnego dnia zakopywali. Obóz polowy wybudowano na wale wiślanym – poza obszarem jednostki – pilnowanym przez MSW. Formą represji były również warunki bytowe. Niedogrzane namioty, brak opieki lekarskiej, prawa do widzeń, cenzura korespondencji, bicie, dodatkowe kary więzienia.(180) Na apelach mówiono, że nie wrócą do domu, nie zobaczą rodziny. Na podstawie materiałów MSW pod nazwą archiwalną „Przedsięwzięcia mobilizacyjne resortu spraw wewnętrznych w 1982r. Operacja Lato 80. Działalność Sztabu MSW“. Na podstawie zestawienia wykonanego w Sztabie Generalnym Wojska Polskiego wiadomo, że planowano powołać 4.752 działaczy opozycji z 597 zakładów pracy.
W wojsku znalazło się też około 3 tys. Poborowych / na mocy zarządzenia nr 0232 Szefa POW z 26.10.1982r/.[…]. Karty powołania dostarczone były przez funkcj[onariuszy] MO i SB.
5.11.82 przywieziono 320 mężczyzn [do Chełmna]. 1/3 stanu niezdolna do ćwiczeń, kat.D i E. 20 osób bez przysięgi. Regiony: Szczecin, Koszalin, Piła, Słupsk, Gdańsk, Olsztyn, Łódź. 20 listopada zwolniono 8 osób, w tym dwóch zdemaskowanych konfidentów. Zajęcia trwają od 7.00 do 18.00 /także w niedzielę/. W pododdziałach choruje 1/3 stanu, były 3 przypadki szoku penicylinowego, gdyż antybiotyk podawano bez próby. Główny lek, to zastrzyki wzmacniające. Izba chorych i szpital wojskowy w Grudziądzu – przepełnione. Chorych po zastrzykach trzyma się w namiotach.[…]. W nocy pilnują ich uzbrojone patrole. Z namiotów usunięto wizerunki papieża i krzyżyki. Oficer polityczny VI oddziału, por.Dąbrowski powie-dział, że „goła kobieta wisząca w namiocie, a papież to, to samo“ […]. Nikt im nie mówi, kiedy wyjdą. Adres jednostki: Chełmno, JW 1636 / na podstawie „Solidarnych“ nr 2/49, Poznań/. Rawicz’82…– W dn. 5-6.11. powołano w celu odbycia „ćwiczeń“ wojskowych ok.160 działaczy „S“ z Wielkopolski na okres trzech miesięcy. Ludzie z kat.C i D, wiek 25-40 lat, zabierani ze Szpitali / kilka przypadków epilepsji, chorób serca i pląsawicy oczu/, dowożeni przez MO. Część z nich była już internowana. Tryb szkolenia taki jak dla młodych roczników, kadra zawodowa i podoficerska dowieziona z innych jednostek. Żołnierzy ze służby zasadniczej i mieszkańców miasta poinformowano, że nowe kompanie powołano z kryminalistów. Środowiska: górnicy, hutnicy, kolejarze, inteligencja techniczna, naukowcy, nauczyciele, pracownicy teatrów i wielkoprzemysłowa klasa robotnicza. Na miejscu zabrano książki i radia, zakazano Mszy św. W dn. 24.11. znaleziono w salach urządzenia podsłuchowe, przeprowadzane są indywidualne rozmowy ostrzegawcze w z tymi, którzy głośno komentują te fakty. Wszystko to powoduje załamania psychiczne.[…]. Jedną z form protestu wobec „wojskowej dyscypliny“ jest odmawianie przyjmowania posiłków.[…] /wg „Obserwatora Wlkp“ nr 56/.(181)
***
W Czerwonym Borze…W pobliżu stacjonowały wojska radzieckie i straszono ich:- „Jak będziecie niepokorni, urządzimy wam drugi Katyń“.
Nazywano je obozami wojskowymi, choć tak na prawdę niewiele różniły się od gułagów.[…]. Pilnowali ich żołnierze, uzbrojeni w ostrą broń. Byli niedożywieni, przemarznięci i zastraszani.[…]. Takie wezwanie nie przyszło pocztą dla Adama Nowaka, wcześniej vice-przewodniczącego Komisji Zakładowej „S“, w łódzkich Zakładach im.Barlickiego, otrzymał je wieczorem z rąk funkcjonariusza w cywilu.- Powiedzieli mi, że jadę do Chełmna, wręczyli bilet i odwieźli na Dworzec Kaliski – wspomina – ostrzegli, że w pociągu są koledzy, którzy będą mnie pilnować. […] Postraszono go, że za samowolne opuszczenie obozu i niewykonywanie poleceń, grozi mu więzienie do pięciu lat, a jeśli będzie uciekał, żołnierze mają prawo do niego strzelać. Kiedy Adam Nowak odbywał „ćwiczenia wojskowe“, jego żona, przez dwa lata, nie dostawała wypłaty z jego zakładu pracy, ani kartek żywnościowych. Ich córka miała wtedy 2 lata. Po wyjściu z tych „wojskowych ćwiczeń“, niemal 3 lata, szukał pracy.
***
Adam Nowak – Mimo zimna nie wolno było namiotów okopywać ani sznurować. Wiatr hulał po łóżkach. Spałem przy wejściu i rano miałem na kocu śnieg. Na początku kazano nam spać tylko w pidżamie i pod jednym kocem. Dano nam stare mundury bez oznaczeń wojskowych. Aby się umyć, staliśmy często do kranów w tenisówkach w śniegu po kolana. Jedzenie przeważnie było z puszek – z dat wybitych na puszkach z lat 40 i 50. Nic dziwnego, że jedzenie było obrzydliwe i wielu chorowało. Zamęczano nas bez-sensownymi szkoleniami politycznymi, na których próbowano nam prostować kręgosłupy. Niektórzy oficerowie mówili nam wprost, że jesteśmy społeczeństwu niepotrzebni. Schorowanym ludziom zabrano przywiezione ze sobą lekarstwa.(182)
***
Ilu „ niepotrzebnych“, pochodziło z Łodzi i województwa łódzkiego, nie udało się ustalić. Wiadomo, że do obozu w Chełmni, trafiło 45 osób. Byli wśród nich:- Łukomski Wiesław, Zaborowski Mirosław, Jadwiszczak Czesław, Masłowski Grzegorz, Gasiński Piotr, Olszewski Andrzej, Zapart Jan, Mirosław Kornatowski i także Andrzej Niedbała, były vice-przewodniczący „Solidarności“ w łódzkim „Polanilu“.
***
Dla Jerzego Nowickiego; – wówczas pracownika naukowo-dydaktycznego na Politechnice Łódzkiej i działacza uczelnianej „Solidarności“, wezwanie przyszło w najmniej oczekiwanym momencie. Żona była w ciąży, a on jedynym żywicielem rodziny, miał problem z sercem. Kiedy tam dotarł, ze zdziwieniem zobaczył, że wśród rezerwistów było bardzo dużo ludzi niepełnosprawnych. Niektórzy byli w gorsetach. Jerzy Nowicki po wyjściu z tych „wojskowych ćwiczeń“, stracił pracę na Politechnice.
***
Inż.Mirosław Polipowski – kolejny łodzianin w Chełmnie, 6. kompania pontonowa od 10.11.1982r – 21.01.1983r. Jego dowódcą był por.Zbigniew Baranowski. Nr jednostki wojskowej -1636.]. […], dla przebywających w obozie w Chełmnie zajął się także o.Stefan Miecznikowski.(183)
Niesieniem pomocy dla przebywających na poligonie zajął się ks.Jan Kujaczyński – proboszcz z chełmińskiej fary, wraz z wikarym ks.Czesławem Rajdą. Pomocy z wysyłaniem lekarstw i odżywek.
***
Liczba internowanych w okresie funkcjonowania ośrodków odosobnienia nie była stała. Wg danych Służby Więziennej, przedstawiała się następująco: 14 XII 1981 – 3368 osób (w tym 134 kobiety); 31 XII 1981 – 4820 (315 kobiet); 31 III 1982 – 3044 (223 kobiety); 30 VI 1982 – 2581 (194 kobiety); 15 X 1982 900 internowanych (23 kobiety). Ostatecznie Ośr.[odki] odosobnienia zostały faktycznie zlikwidowane 23 XII 1982r. (chociaż Zarządzenie nr 67/82/CZZK Ministra Sprawiedliwości znoszące ostatnie ośrodki odosobnienia datowane jest dopiero na 28 XII 1982r.).
___________________________________________
(115) Relacja z dn. 05.10.2012r.
(116) Ibidem.
(117) Ibidem. M.N...2013r
(118) Relacja z dn.18.11.2014r.
(119) Relacja z dn.13.IV.2013r
(120)„Pożółkłe ślady nikczemności“,„Dziennik Łódzki, 18 grudnia 2004r. Mariusz Gross, Paweł Spodenkiewicz.
(121) Gabriel Meretik “Noc Generała”, str.97.
(122) Ibidem.B.G.-G...2014r.
(123) Ibidem.K. B.(2)
(124) Ibidem.B.G.-G...2014r
(125) Ibidem
(126) ur. w 1953 r. w Łodzi, absolwent Politechniki Łódzkiej. Od 78 r. współpraca ze środowiskiem korowskim w Łodzi: drukowanie "Biuletynu Informacyjnego" i pisma "Spotkania" (z W. Hemplem). Kolportaż książek i wydawnictw "drugiego obiegu", później Tygodnika "Mazowsze" w łódzkich zakładach pracy. Od sierpnia 80 współtworzy NSZZ "Solidarność" w Łodzi (szef Komisji Zakładowej "Polanilu", członek zarządu Regionu Ziemi Łodzkiej, przew. Ogólnopolskie Komisji Włókniarzy, delegat na I Zjazd "S". Internowany 13.XII.81 w Łęczycy i w Łowiczu, gdzie bierze udział w głodówce przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Uczestniczy w prelekcjach, ośrodka ojca Stefana Miecznikowskiego, przy Duszpasterstwie Środowisk Twórczych. Inwigilowany, zatrzymywany i przesłuchiwany przez SB; rewizje, odmowy paszportu (w 83 i 85 r.). Pobity w obozie dla internowanych w Kwidzyniu (wypuszczony 13.XII.82). Po wyjściu zwolniony z pracy w "Polanilu". Członek ROAD, UD i UW, były prezydent Łodzi.
(127) “Pamięć” ISBN 978-83-928737-0-9. /10.IX.2001r.
(128) Ibidem:“Pamięć”.
(129) [Dr Ekonomii. Absolwent Wydziału Handlu Zagranicznego SGPiS w Warszawie(1968). Działacz opozycji w czasie PRL. Członek Prezydium MKZ NSZZ „S“ Ziemi Łódzkiej (od X. 1980r), a następnie KKP NSZZ „S“, członek KK NSZZ „S“. Wiceprzewodniczący ZR NSZZ „S“ Ziemi Łódzkiej (od VI.1981r). Delegat na I Krajowy Zjazd Delegatów „S“,członek KK NSZZ „S“. Zatrzymany 13.XII.1981r i skazany przez sąd Wojewódzki w Łodzi na 4,5 roku pozbawienia wolności. Sąd Najwyższy podwyższył karę do 6 lat (18.III.1982r.). Więziony w ZK Hrubieszów i ZK Barczewie. Minister Pracy i Polityki Socjalnej(1991–1992), Minister-kierownik Centralnego Urzędu Planowania (1992–1993), Minister-członek Rady Ministrów (1997–2000) i Minister Rozwoju Regionalnego i Budownictwa (2000–2001), poseł na Sejm I. i III. kadencji. W latach 2002–2010, Prezydent m.Łodzi. A w kadencji 2016-2022, członek Rady Polityki Pieniężnej].
(130)„Procesy…“, str.34.
(131) Ibidem- str.165/.
(132)„Głos Robotniczy“ z dn. 21.XII.1981r, str.4.
(133) AIPN Łd, pf 86/21, t.12,k.2787.
(134) Ibidem- str.165-167.
(135) Ibidem.
(136) Ibidem.
(137) Ibidem-str.56-57.
(138) Ibidem-str.56-57./ „Procesy polityczne działaczy NSZZ “Solidarność“ w Łodzi w Okresie Stanu Wojennego“. IPN. Str.43.
(139)[Ireneusz Kuzan. Lat 31. Absolwent AWF…nauczyciel w Zespole Szkół Gimnazjalnych w Zgierzu, Przewodniczący KZ NSZZ „S“ w miejscu pracy, czł. Komitetu Założycielskiego Komisji Koordynacyjnej Pracowników Oświaty i Wychowania NSZZ „S“ w Łodzi, czł.Prezydium ZR NSZZ „S“ Ziemi Łódzkiej(1981) i Delegat na Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ „S“(wrzesień-październik1981)[…]. [w/g zachowanych dokumentów w „IPN“,TW „Bigot“, Ibidem IPN str 6].
(140)/Ibidem- IPN.str.14.
(141) Ibidem- IPN.str.69/.
(142) Głos Robotniczy Nr260,str.3, 31.XII.1981r.
(143) Ibidem -„Zapis...“.str.196-197.
(144) Ibidem- str.68.
(145) Ibidem- str.113-114.
(146) Ibidem-str.116-117.
(147)Ibidem-str.95-95.
(148) Ibidem- str.29-30.
(149) Ibidem- str.35.
(150) Ibidem- str.129-133.
(151) Gryps Andrzeja Słowika „Tygodnik Mazowsze“ Nr 85, 26.IV r.
(152) Ibidem- str.165-167.
(153) Ibidem- str.220-222.
(154) Ibidem- str.215-216/220-222.
(155) AIPN Ld Pf 13/440 t.V k.177-178. [w/g zachowanych dokumentów jako TW „ULA“- w łączności z kpt. W.Piątkowskim. Nr rej. 18035 z 20.05.1971r.]
(156) „Ksiądz Stefan Miecznikowski Jezuita i Harcerz“- Pawła Spodenkiewicza, str.124.
(157) Ibidem. Relacja z 11.02.2014r. Barbara G-G.
(158) Ibidem. Prawa człowieka... str.65.
(159) (ur.1937-zm.2007). Adwokat, współzałożyciel Związku Młodych Demokratów, działacz RWD oraz ROPCiO. Współtwórca punktu konsultacyjnego dla NSZZ „S“, przy Okręgowej Radzie Adwokackiej w Łodzi (wrzesień 1980), doradca prawny i ekspert NSZZ „S“ Ziemi Łódzkiej. Obrońca działaczy opozycji, w kilkudziesięciu procesach politycznych (m.in. J.Dłużniewskiego, K.Głogowskiego, J.Kropiwnickiego, G.Palki, A.Słowika, J.Śreniowskiego). Internowany w ZK. Łowicz (10.V. 1982r. do 4.VI.1982r), współpracownik Komitetu Helsińskiego(1984r.-1986r.), wicedziekan (1983r.-1989r.) i dziekan (1989r-1991r.) w Okręgowej Radzie Adwokackiej. Poseł na Sejm PRL (RP) z ramienia KO „S“ i PC (1989-1991. Wicemarszałek Sejmu RP (1991-1993.
(160) w/g zapisów ewidenc. zarejestr. przez „SB“ jako TW „HADRIAN“ pod nr 51827 (1985-1990) - “Procesy Polityczne Działaczy NSZZ „Solidarność“ w Łodzi, w Okresie Stanu Wojennego“, str.8 i 9, Sebastian Pilarski.
(161) Andrzej Kern, Moje procesy polityczne, „Ład“ 1989, nr 24. Por.13 grudnia 1981 roku w Łodzi...,“Dziennik Łódzki“, 13 XII 1990r.
(162) AIPN:- Andrzej Kern. Nagranie z 17.04.2007r Pawła Spodenkiewicza/ Czas: 32:37 – 55:02.
(163) Ibidem:- Czas: 1:01:41 -1:09:58.
(164) Ibidem:- Czas: 1:01:41 -1:09:58. //Czas: 1:52:24 - 1:52:32.
(165 ) Ibidem:- Czas: 1:01:41 -1:09:58.//Czas: 1:43:20 -1:46:05.
(166) Ibidem- Czas: 1:53:52 – 1:54:28.
(167) Ibidem- Czas: 2:01:08-2.:03:48.
(168) Ibidem- Czas: 2:05:57-2:07:06.
(169) Ibidem- Relacja. P.Sp...2012r.
(170) Ibidem-B.G.-G...2014r.
(171)“Procesy polityczne działaczy NSZZ “Solidarność” w Łodzi, w okresie stanu wojennego”- Sebastian Pilarski. Wstęp, XVI i XVII/.
(172)“Procesy polityczne działaczy NSZZ “Solidarność” w Łodzi w okresie stanu wojennego”- Sebastian Pilarski. Str.Wstęp, XVI i XVII/. Archiwum Archidiecezjalne w Łodzi.
(173) Przewodniczył MKZ Ziemi Łódzkiej i następnie Zarządowi Regionu NSZZ „Solidarność”. Reprezentował Związek na I Krajowym Zjeździe Delegatów w Gdańsku, gdzie został wybrany do Komisji Krajowej, a następnie do jej Prezydium. Po wprowadzeniu stanu wojennego i wezwaniu wraz z Jerzym Kropiwnickim do strajku okupacyjnego, został zatrzymany. Skazano go początkowo na karę 4,5 roku pozbawienia wolności, którą w wyniku rozprawy rewizyjnej, podwyższono do 6 lat. W trakcie osadzenia, razem z Jerzym Kropiwnickim prowadził trwającą 57 dni głodówkę. Zwolniono go w 1984 w związku z amnestią. Wyjechał na pewien czas nielegalnie poza granice kraju, prowadząc rozmowy z przedstawicielami międzynarodowych organizacji związkowych. W 1986 kierował wraz z Jerzym Kropiwnickim i Grzegorzem Palką, pracami podziemnymi strukturami Zarządu Regionu (w opozycji wobec RKW Ziemi Łódzkiej, Ryszarda Kostrzewy i Jerzego Dłużniewskiego). W 1988r. stanął na czele tajnej regionalnej komisji NSZZ „Solidarność”, pracując jako taksówkarz. W 1989r. ponownie zatrudniony w Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym w Łodzi. Od 2001 pracował jako kierowca w Ambasadzie RP w Australii, a następnie zatrudniony w Ambasadzie RP w Kanadzie.
(174) AAN, KC PZPR, Wydział Administracyjny, sygnatura 628, Informacja Ministerstwa Spraw Wewnętrznych o stosowaniu prawa w okresie stanu wojennego w celu umocnienia bezpieczeństwa i porządku publicznego oraz dyscypliny społecznej [1982], s. 5.
(175) Ibidem: sygnatura 577. Dane dotyczące stosowania ustawodawstwa związanego z wprowadzeniem, zawieszeniem i zniesieniem stanu wojennego, Wydział Administracyjny KC PZPR, sierpień 1983 r., s. 4.
(176) Ibidem -B.G-G...2014r
(177) Radca Prawny w Zarządzie Regionu „Solidarność“.
(178) Źródło:- Relacja z 18.IV.2014r.
(179) BIULETYN ŁÓDZKI Nr 8 str.2 z 31.I.1983r – redagowany przez Robotniczy Komitet Oporu NSZZ „Solidarność“ na podst. „Hutnika“ nr 41/42.
(180) Biuletyn Informacji Publicznej IPN. Komisja Ścigania Zbrodni dot.Andrzeja Niedbały z Łodzi.
(181) BIULETYN ŁÓDZKI Nr 10 str.2 z 14.II.1983r – redagowany przez Robotniczy Komitet Oporu NSZZ „Solidarność“.
(182) Ibidem.