Rozdział V

POWOŁANIE OŚRODKA POMOCY UWIĘZIONYM, INTERNOWANYM,
I ICH RODZINOM przy Kościele o.o.Jezuitów w Łodzi.

   „Z temperamentu nie jestem społecznikiem, tylko wychowawcą. Jednak jak na jezuitę przystało, dostrzegam aktualne potrzeby zagrożenia”.
                                                                   /Wypowiedź o. Stefana Miecznikowskiego SJ w 1993r./.

13 grudnia ludzie pod Kościołem są bladzi, przerażeni, zdezorientowani. Wymieniają ułamkowe informacje, z których wynika, że nocne aresztowania miały wyjątkowo szeroki zasięg. Wszyscy zadają sobie jedno dramatyczne pytanie: co to ma znaczyć? Co z tego wyniknie? Krążą niesamowite plotki o wywożeniu uwięzionych w głąb Rosji. Czy polski żołnierz będzie strzelał do robotnika – po tym, czym byliśmy w Sierpniu?Wiadomo jedno: trzeba coś robić i robić to razem. Ratować wiarę w rzeczywistą ludzką solidarność. Na społeczeństwo można liczyć, ludzie spontanicznie dzielą się tym, co mają, znoszą za furtę klasztoru OO.Jezuitów dary, pieniądze, papierosy, żywność, informacje o poszkodowanych. Do ojca przychodzą studenci, emeryci, licealiści – pytają, jak można pomóc.Ten żywioł wymaga organizacji. Po podjęciu decyzji wspomagania represjonowanych, ojciec udaje się na Komendę MO, żeby oficjalnie o tym zawiadomić „władzę“. „To księdza obowiązek! – słyszy z ust oficera.(185)

***
Dziełem wieńczącym uwrażliwienie społeczne i oddanie Ojczyźnie o. Stefana Miecznikowskiego SJ, było powołanie tej niezapomnianej grudniowej niedzieli (dnia 13.XII.1981r), przyszłego “Ośrodka Pomocy Uwięzionym, Internowanym i ich Rodzinom”, przy kościele o.o.Jezuitów w Łodzi“ [usankcjonowanym specjalnym dekretem przez Ordynariusza łódzkiego – ks.Biskupa Józefa Rozwadowskiego w dniu 18 grudnia 1981r).  A zaraniem jego powstania, była Msza św. o godz.10:00, podczas której wypowiedział te słowa:-… „ Już wszyscy wiemy, jak rząd i partia określiły swój stosunek do narodu. Położony został koniec złudzeniom, że Polak z Polakiem może się dogadać. W aparacie władzy zapadła decyzja sprawowania rządów w sposób, który stosuje okupacja wojskowa w podbitym kraju. Poprzedziły ten fakt hasła „porozumienia narodowego”. Ks. Prymas Józef Glemp powiedział niedawno w Bytomiu, że porozumienie znaczy „po rozumie”, a nie siłą”.
Nie wiemy jeszcze, co oznacza w szczegółach ogłoszony stan wojenny. Znając naszą praktykę polityczną i legislacyjną, łatwo przewidzieć, na jakich drogach naród będzie „ocalony”. Należy przypuszczać, że będzie to: – militaryzacja zakładów pracy – wówczas polecenie służbowe staje się rozkazem; zastąpienie sądownictwa cywilnego przez prokuraturę wojskową i sądy wojskowe;- zakaz odbywania zgromadzeń publicznych:- zawieszenie ustawy o cenzurze. Należy się też liczyć z zakazem wydawania pism;- odłożenie wyborów do rad narodowych: ograniczenie w ruchu międzynarodowym i międzywojewódzkim. Zresztą dowiemy się, zobaczymy.  Jest to zamach na ustrój konstytucyjny i porządek prawny. Jest to przekreślenie umów społecznych z Gdańska, Szczecina i Jastrzębia. Jest to chęć obezwładnienia narodu, który ośmielił się zażądać samorządności i był w tym żądaniu nieustępliwy – po wielu próbach oszukania go i po doprowadzeniu go do ruiny gospodarczej i do progu zniewolenia społecznego.
Wszystkie uzasadnienia, jakie są i będą podawane oficjalnie, trzeba ocenić w kategoriach propagandy, a ona określa się jednym słowem: „Kłamstwo!”. Módlmy się w tej godzinie nawrotu czasów ponurych, polecajmy Bogu naszą ludzką nadzieję. Nikt nam nie jest zdolny odebrać naszej godności, choć tak boleśnie w nią ugodzono. Nikt nie pozbawi nas woli bycia narodem wolnym i samodzielnym. Kościół był zawsze ze społeczeństwem, gdy broniło swoich wych praw i gdy walczyło o ich przywrócenie. One mu się słusznie należą. Teraz też, Kościół nie opuści praw narodu w jego trudnych chwilach..(186)
Tym samym, dał do zrozumienia, że nie może biernie akceptować bezpodmiotowego traktowania obywatela, i włączy się w taką pomoc, jaka będzie w jego kompetencji i zakresie. Zwłaszcza, że już dotarły do niego pierwsze sygnały o uwięzionych działaczy i sympatyków “Solidarności”, a ich rodziny nie znały miejsc ich odosobnienia – organy Milicji Obywatelskiej o takim fakcie cynicznie zaprzeczały.
Zachowało się kilka zdjęć zrobionych w Ośrodku, a na jednym z nich na białej kartce przylepionej do drzwi, informacja:- Przyjęcia w Sprawie Internowanych i Uwięzionych odbywają się codziennie, oprócz sobót i niedziel od godz.15-ej do 19-tej. A na pozostałych kartkach:- Prosimy o: papier śniadaniowy, celofan, pudła tekturowe, torby plastikowe, sznurki, papierosy i słodycze.
W rzeczywistości Ośrodek działał do godziny milicyjnej (22:00), a w jego początkowym etapie, było podjęcie decyzji o sporządzaniu list uwięzionych członków “Solidarności” [ przy nieocenionej pomocy wolontariuszy – w znacznej części byłych “wychowanków” z Duszpasterstwa Akademickiego, którego o.Miecznikowski był duszpasterzem w latach 1967-1979.], aby już od stycznia 1982r inicjator tego projektu  mógł przejść do kolejnego zakresu działania – wyjazdów do więzień i ośrodków internowania w całej Polsce. Pierwsze i niestety nieudane dotarcie o.Miecznikowskiego za mury więzienne miało miejsce 29 grudnia 1981r [brak zgody Naczelnika więzienia kobiecego w Olszynce Grochowskiej]. Niezrażony niepowodzeniem, dociera następnego dnia [30 grudnia ’81] do więzienia w Sieradzu, aby już 6 stycznia 1982r, wejść za bramę więzięnną w Łęczycy. Nie bał się ryzyka zawrócenia przez posterunki wojskowo-milicyjne i konsekwencji administracyjnych z powodu braku zezwolenia na wyjazdy poza miejsce zamieszkania [określał to dekret stanu wojennego], oraz  z przyczyn zdrowotnych, czy nawet ostrej zimy z temp. -22 C. W Zakładzie Karnym w Łęczycy, odprawił Mszę św. Była to sprzyjająca okoliczność aby ustalić tożsamości Internowanych i przyjęcia od nich grypsów. W celu kolejnych ustaleń personalnych o. Miecznikowski uznał za celowe dotarcie do innych Zakładów Karnych i ośrodków odosobnienia w całej Polsce. Był to ogromny wysiłek, zważywszy na jego warunki fizyczne i wiek [drobna postura, ukończone 60 lat życia]. Jednak te wszystkie niedogodności w podróży z licznymi przesiadkami, wielokilometrowe marszruty, a także niechęć ze strony Naczelników ZK [odmowy wejścia na  teren więzienia], nie zrażały go. Takim trudnym miejscem był ZK Kwidzyń [ok.280 km od Łodzi] i ZK Hrubieszów [ok.450 km od Łodzi], dokąd siedmiokrotnie dotarł w okresie stanu wojennego i nie został wpuszczony. W takich przypadkach, stojąc godzinami pod drugiej stronie drogi lub ulicy, machał uniesioną ręką w stronę zakratowanych okien, w przekonaniu, że któryś z więźniów dostrzeże jego postać w szczelinie blindy i w ten sposób zaświadczy o swojej łączności duchowej z cierpiącymi, co jak się okazało, miało dla wielu uwięzionych ogromne znaczenie psychologiczne. Bywało, że po podróży trwającej dobę, mógł widzieć się z uwięzionymi [ wybranymi  przez Naczelnika ZK], tylko przez 1,5 minuty.    

ORGANIZACJA OŚRODKA.
Dlaczego Ośrodek powstał przy Kościele o.o.Jezuitów?… Bo kojarzył się od 1945 z wolnością słowa, miejscem oporu wobec władzy. Zaczął oczywiście o.Tomasz Rostworowski SJ [Sodalicja Mariańska, a potem jego aresztowanie].  A później ten Ruch „ROPCiO“. A jak powstawała „Solidarność“, były co tydzień w tym Kościele prelekcje z bardzo znanymi ludźmi. Dlatego ludzie tam od razu poszli. No i osobowość o.Miecznikowskiego, który pochodził z rodziny, dla której patriotyzm i walka w obronie Ojczyzny nie były pustymi słowami.(187)

***
Wokół o.Miecznikowskiego było skupione środowisko zróżnicowane, ale dzięki temu, że jego członkowie uznali ideowe przywództwo i autorytet tego zakonnika, podjęte dzieło mogło przynieść szerokie spektrum dobra. O.Stefan Miecznikowski nie byłby wstanie objąć tak szeroką skalę działalności Ośrodka, bez tzw. “prawej ręki”. Była nią w początkowym okresie Jadwiga Twarkowska-Krakowiak a później Barbara Gruchała [-Gruszczyńska]. Nie sposób wymienić wszystkich współpracowników o.Stefana Miecznikowskiego, którzy współpracowali z nim w biurze koordynującym taką pomoc [a było ich ponad 50 osób], w tym również: „łączników“, magazynierów, kierowców, czy osób pukających do drzwi domów rodzin internowanych, aby dostarczyć paczki z żywnością, lekarstwami, środkami czystości, czy też pieniądze. Paczkę należało dostarczyć dyskretnie i taktownie, gdyż z reguły rodziny aresztowanych nie zgłaszały się o taką pomoc sądząc, że zostanie to źle odebrane, albo z obawy o prowokacje ze strony “SB” [miało to miejsce na terenie Łodzi, gdzie najpierw osoba powołująca się na Ośrodek przy Kościele oo.Jezuitów dostarczała paczkę w której zamiast żywności były ulotki i inne materiały debitowe, aby w chwili później mogli wkroczyć funkcjonariusze „SB“ i aresztować odbiorcę, pod zarzutem antypaństwowej działalności].(188)      

***
Ja to wiem z ust Ojca, i również od innych, że jak nastał Stan Wojenny, to przyszli do niego znajomi ci z kręgu  Ojca – i powiedzieli: „Niech się Ojciec ukryje, bo na pewno po Ojca  przyjdą“. Ojciec odpowie-dział, że on nigdzie nie będzie wyjeżdżał, nigdzie nie będzie się  ukrywał.(189)

***                                                
O ile mi wiadomo, od 13 grudnia Ojciec sam przyjmował interesantów. Dopiero po Nowym Roku, dyżury objęły różne osoby, ponieważ Ojciec często był zajęty wyjazdami i rozwijającą się pracą Ośrodka, poza terenem jego działania.
Od 28.12.1981r przez kilka dni, byłam „przy furcie“. Ojciec musiał wyjechać i prosił mnie, abym przyjmowała dla niego informacje od interesantów. Byłam na zwolnieniu lekarskim (25.12.1981 złamałam prawą rękę) i mogłam prośbę Ojca spełnić. Od tego dnia rozpoczęła się moja działalność w Ośrodku i trwała do Wielkanocy. Odeszłam w sposób naturalny z powodu powrotu do pracy poza Łodzią. W pierwszych kilku tygodniach, praca Ośrodka koncentrowała się w domu klasztornym; wykorzystywano rozmównicę do przyjmowania interesantów, a pokój gościnny za furtą, na spotkania zespołu pracującego. Magazyn zlokalizowano w piwnicy oraz w garażu na terenie klasztoru. W styczniu, przeniesiono całość działalności do Duszpasterstwa Akademickiego. Magazyn „żywnościowy“ był pod sceną teatralną, a odzieżowy w sali teatralnej i w razie potrzeby w kaplicy św. Krzysztofa, tuż obok ośrodka akademickiego. Wszystkie te pomieszczenia były przeznaczone na potrzeby doraźne do pracy Ośrodka.(190)

*** 
Dyżury na “furcie” – z uwagi na dużą ilość interesantów – pełniły na zmianę Barbara Kulak-Janowska, Hanna Brzozowska i Jolanta Słobodzian. Udokumentowaniem prowadzonej działalności  zajmowały się: – Stanisława Hejwowska, Ewa Jażdżewska-Goldsteinowa, Maria Wykrota, Maria Bartoszewska oraz Krystyna Jachowicz-Kociołek. Ze względów bezpieczeństwa, księgowości w pełnym zakresie tego słowa, nie było. Zapis pomocy materialnej i finansowej ograniczył się do:
1/ „OFICJALNEJ KARTOTEKI” – systematycznie uzupełnianej o nowe wiadomości przynoszone przez łączników, odpowiedzialnych za kontakt z rodzinami osób pozbawionych pomocy. Odnotowywano adresy domowników, warunki materialne, miejsce osadzenia internowanego, ew.daty rozpraw sądowych i wydanych wyroków. Wpisywano także datę udzielonej pomocy i jej rodzaj, z podaniem zawartości lub kwoty pieniężnej.
2/ NIEOFICJALNEJ KARTOTEKI: – stanowiącą wierną kopię poprzedniej.                                           

KRONIKA.

Ważnym uzupełnieniem o działalności Ośrodka, jest KRONIKA:- chronologicznie przedstawiony obraz jego historii i wydarzeń w stanie wojennym.Pisanie kroniki polecił Ojciec:- Ewie Jażdżewskiej-Goldstein. Prowadziła ją też Zosia Kropiwnicka – Woźniakowa, a wersję kolejną, sporządzała polonistka, Bożena Cichoń.(191)

***
Ewa Jażdżewska-Goldstein przychodziła do mnie i pytała:- „Co się wydarzyło w tym tygodniu?“. I mówiłam jej wszystko. Np. we wtorek był transport z Włoch, przywieźli to i to, albo – tacy a tacy zostali aresztowani, a OJCIEC był w takim miejscu, lub w takim więzieniu. Tego typu informacje. To było pisane w dużym zeszycie. Nie robiliśmy w Ośrodku żadnych innych dokumentów, poza spisem osób potrzebujących pomocy, gdyż w każdej chwili, Służba Bezpieczeństwa mogła wpaść z rewizją. Trzeba było mieć to wszystko w głowie.(192)

***
Pisałam kronikę. Ojciec mnie o to poprosił. Miałam z nim kontakt, jeszcze przed Stanem Wojennym. Nasza znajomość zaczęła się jeszcze w Kaliszu, skąd pochodzę, a Ojciec tam był, przez kilka lat. Jestem nauczycielką, a Ojciec lubił mieć kontakt z tym środowiskiem. Miał tę świadomość, jak ogromny wpływ na uczniów mają nauczyciele. Przywiązywał do konktów z nauczycielami bardzo wielką wagę. Przychodził nie tylko do naszego domu, ale na organizowane u mojej koleżanki, tzw. „spotkania nauczycielskie“. Ojciec chętnie przychodził, żartował. Ja nie należałam do Ośrodka. Ojciec mówił wtedy o wielu rzeczach. I ja do swojego środowiska, coś tam przenosiłam. Ojciec niejednokrotnie mnie prosił, abym do Jego kazania, wybrała jakiś wiersz, czy tekst z poetów romantycznych. I pewnego razu Ojciec zwrócił się do mnie z taką propozycją, abym napisała kronikę Ośrodka. Ta kronika jest w tej chwili w siedzibie „Solidarności“. Tę kronikę pisałam ręcznie, ale były jeszcze dwa zeszyty, takie kołonotatniki o rozmariach A3 i tam było mnóstwo zdjęć, rysunków, które robił mój ojciec, który był artystą i to gdzieś przepadło. Jeden z nich, miał okładkę czerwoną a drugi niebieską. Nawet Grzegorz Wróbel z Muzeum Niepodległości pisał o tym artykuł, że to zginęło, ale jak dotąd bez echa. U mnie to wszystko było.  A po Stanie Wojennym, Ojciec poprosił mnie, abym to przyniosła do Ośrodka, gdyż Tomasz Filipczak miał kontakty, aby to zostało wydrukowane. Ja to przyniosłam i od tego momentu ślad po nich zaginął. Rozmawiałam nawet kiedyś o tym z Filipczakiem, ale on powiedział, że tego nie ma. Wielka szkoda, że tego nie ma. Były tam zdjęcia z Ośrodka z różnych akcji.[…]. „Kronikę“  pisała najpierw Ewa Jażdżewska a później  Zofia Woźniak.  Ewa pisała literacko. Ojca to żenowało i prosił, aby o nim było jak najmniej, głównie aby było rzeczowo. Z kolei Zosia miała małe dzieci i nie miała zbyt dużo czasu, więc Ojca poprosiłam, żeby dał mi wcześniej napisaną kronikę, abym nie powtarzała się. To były krótkie notatki od początku istnienia Ośrodka, a ponadto:- Ojciec dał mi materiały, które częściowo odtworzyłam. Chodziłam do Ojca dwa razy w tygodniu, dawał zdjęcia, zapiski w formie ulotki, a przynosiłam to, co już napisałam. Ojciec to czytał, wnosił uzupełnienia. Wtedy słowa, które najczęściej słyszałam to:
–  Proszę mie tak nie eksponować.
Jak to? Przecież Ojciec jest duszą tego  wszystkiego?
– Mimo wszystko proszę, aby moje nazwisko jak najrzadziej się powtarzało. Trzeba pisać głównie o tych, którzy cierpią.
Starałam się w miarę go zadowolić. Ale nie dało się inaczej.(193)                                                 

KARTOTEKA.       
Był to taki zeszyt B5. Kartotekę robiono z białego kartonu. Było tam imię i nazwisko, adres, stan rodzinny i jakie potrzeby. Opisywaliśmy tam paczki. Była zasada, którą przyjęliśmy, że robiliśmy takie małe karteczki, na których to wszystko było. Czy to była paczka rodzinna, czy więzienna, czy też odzieżowa. 
One się zasadniczo między sobą różniły. Pan Czołczyński, albo ktoś inny rozwoził te paczki, rodziny potwierdzały ich odbiór, abyśmy nie byli później o coś posądzeni. Musiała być jakaś przejrzystość. My w ogóle, bardzo mało pisaliśmy. Na zasadzie słów Ojca:- „ Im mniej na papierze, tym lepiej, gdyż nie wiesz, jak człowieka może splamić atrament“. Te karteczki przychodziły do mnie, a ja dawałam je dwóm paniom, które to wpisywały. Zmieniały się te osoby, w zależności od możliwości czasowych. A wszystkie karteczki były gromadzone osobno i chowane w zakamarkach klasztoru. Potwierdzam, że były dwie kartoteki. Kartoteka była w jednym, blaszanym pudełku. Ojciec potem powiedział:- „Wiesz co, Biskup musi mieć ogląd, co my robimy“.
I w zależności, ile było wypłat, ile paczek wydaliśmy, to ja takie sprawozdanie robiłam: – ile osób było objętych pomocą, skąd ta pomoc przyszła. Nie było wyszczególnienia imiennego, tylko ogólne. Ile paczek rodzinnych, więziennych, ile pieniędzy, co w nich się znajdowało itd. Takie sprawozdanie robiliśmy raz na rok. Jeśli chodzi o pieniądze, to ludzie dawali na „furtę“, a „furta“ przekazywała je Ojcu, albo ja, kiedy do mnie przynosili. Nigdzie się tych rzeczy nie zapisywało. Wszystko opierało się na zaufaniu. I to co wpływało, żeśmy nie rejestrowali, ale to co wydaliśmy, to do sprawozdania brałam z pokwitowań. Bo też było kwitowane. Był taki zeszyt, w którym wpisywaliśmy, komu i ile daliśmy. Ten zeszyt był także we właściwym miejscu trzymany. Jak Biskup zobaczył jaki to ogrom prac, był pełen podziwu.(194)     

JADWIGA  TWARKOWSKA-KRAKOWIAK.                                                                                                     
W Ośrodku pracowaliśmy społecznie, kto ile mógł. Ja spędzałam tam całe dnie, ponieważ nie byłam niczym związana. Ojca Stefana znałam od października 1967roku, kiedy przyszłam na studia do Łodzi, a Ojciec rozpoczynał pracę jako duszpasterz akademicki. Ojciec mnie znał, więc o tyle stwierdzenie, że byłam jego prawą ręką, może być zasadne. Barbara Gruchała – przyszła do Ośrodka w lutym. Była osobą Ojcu nieznaną. Pracowała w NSZZ „Solidarność“. Ponieważ też była niczym nie związana, szybko weszła w pracę „całodzienną“. Tym sposobem Ojciec miał dwie „prawe ręce“.(195)

BARBARA GRUCHAŁA-GRUSZCZYŃSKA.    
Kiedyś przyszedł do mnie do domu – chyba w m-cu styczniu – Marian Wróblewski z kartką od Janusza Kenica, abym weszła w struktury podziemnej „Solidarności“. To był zły pomysł, gdyż moja twarz była znana „SB“ i nie chciałam robić za tzw. “ogona“. I nijak się to miało, do tzw. konspiracji. Mogę to robić jawnie, oficjalnie. Mimo, że jestem bez pracy, na to się nie godzę. A Wróblewski:- To wiesz co, to ja porozmawiam z o.Miecznikowskim“. I po dwóch dniach przyszedł i powiedział:- Ojciec chciałby się z Tobą spotkać.
Poszłam na to spotkanie. Był to dzień po przeniesieniu Ośrodka, do dwóch pomieszczeń przy Sali Teatralnej [w bocznym budynku Kościoła o.o.Jezuitów]. To był początek lutego 1982r. Rozmowa moja z o.Miecznikowskim odbyła się w Sali Teatralnej. Powiedziałam, że jestem bez pracy i gdzie pracowałam i mogę tutaj pomóc. Miałam propozycję pracy w podziemiu, ale jest to chybiony pomysł i chcę tutaj pracować, gdzie mogę się ujawnić. Ojciec odpowiedział: – To bardzo dobrze i czy mogę zacząć od jutra. Zapytał mnie także: – Czy może do mnie mówić po imieniu? Oczywiście. – To Basiu, jutro przychodzisz, zaczynasz od rana. Przeszliśmy do dwóch pomieszczeń, gdzie był Ośrodek Pomocy. Przedstawił mnie Jagodzie Twarkowskiej i oznajmił: – To tutaj będziesz pracowała, a ona jest tutaj główną zarządzającą. Na razie będziecie pracowały wspólnie, a potem ją zastąpisz. Było to dla mnie ogromnie zaskoczenie. Pierwszy raz się widzimy, a tutaj Ojciec daje mi takie zadanie. Świadczyło to o Ojcu, o jego wielkim  zaufaniu do mnie. Marian Wróblewski mógł coś o mnie powiedzieć, ale to różnie mogło być. I tak się zaczęła moja rola. Jagody czas się kończył, gdyż ona przyjechała na święta Bożego Narodzenia do Łodzi – pracowała w Instytucie Badawczym Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Radzikowie pod Warszawą. W Łodzi złamała rękę i ona Ojcu pomagała. A potem ten gips leżał na półce. Jagoda była do Wielkanocy, a później już nie miała zwolnienia i musiała wrócić do pracy.

***
Jadwiga Twarkowska była przez pierwsze dwa miesiące tzw.“prawą ręką“ Ojca w Ośrodku. A potem ja przyszłam. Bo ona wyjechała, wróciła do pracy [Instytut Sadownictwa w Skierniewicach]. Idąc do Ośrodka, brałam ze sobą kanapkę. Jak przyszłam – Jadwiga Twarkowska mieszkała u państwa Jażdżewskich na ul. Kościuszki. A na rogu ul. Sienkiewicza i ul. Nawrot, była piekarnia. Jak ona szła do Ośrodka, to w tej piekarni kupowała bochenek chleba. Ja zawsze coś przyniosłam i w ten sposób sobie radziłyśmy. Był w Ośrodku kącik z czajnikiem, herbatą. Byłam wtedy taka szczupła, że Ojciec się tym zaniepokoił i któregoś dnia powiedział:– „Ty musisz coś tu jeść, jakiś ciepły posiłek!“. Najpierw chodziłam na obiady do Szkoły Gastronomicznej na ul. Sienkiewicza (pani Fejowa – mama pani Bartyzel, tam załatwiła mi wejście). A potem do NOT-u  [Naczelna Organizacja Techniczna].  A niekiedy było tyle pracy, że szkoda mi było czasu, aby wyjść z Ośrodka i wtedy jadłam tylko kanapkę. Niejednokrotnie, jak ludzi wychodzili z pracy ktoś przynosił jakąś kanapkę. Różnie to było. Np. pani Pomorska – starsza pani – mówiła: – „O, wy tutaj głodni jesteście“. I przynosiła nam w garnuszkach obiad, jakąś zupę najczęściej. Nie zawsze podgrzewaliśmy, bo to wszystko było ciepłe.(196)                 

***                                                                                                              
Żywiliśmy się we własnym zakresie. Kuchnia klasztorna nie żywiła nas. Była możliwość zagotowania wody na herbatę i przygrzania w garnku np. zupy z puszki. To dla osób, które w Ośrodku spędzały dużo czasu. Inni przychodzili na krócej i nie wymagali dokarmiania. W pomieszczeniu Ośrodka był telefon wewnętrzny, z którego rzadko korzystano. Rzadko w ogóle korzystano z telefonów, ponieważ mieliśmy świadomość, że jest na podsłuchu.(197)

*** 
W Ośrodku była jedna maszyna do pisania. Nie było telexu. Posiadanie tego urządzenia, mogło być pretekstem nawet do zamknięcia Ośrodka. Trzeba pamiętać, że plac kościelny, był jedną wielką skrzynką kontaktową.

*** 
Do Kościoła o.o. Jezuitów docierało dużo informacji, dot. zatrzymań, aresztowań przez „SB“ i  „MO“.  Te informacje trzeba było weryfikować. Dostałem upoważnienie, wystawione przez Ojca. Przyszedłem do Ojca i powiedziałem:- „Ojcze, jestem do dyspozycji“. Ta rozmowa odbyła się w poniedziałek 14 grudnia 1981r.(198)

***        
W dwóch pokoikach na początku był Ośrodek i teraz jest jeden duży salon, a kiedyś był on przedzielony ścianą kartonową i tam była wydzielona Kancelaria. Wszystkie pokoje „na furcie“, były zajęte przez Ośrodek.(199)  

***
Natłok ludzi, którzy przychodzili z różnymi informacjami był ogromny, a poza tym przychodziły paczki i one były składowane w pokojach. Ruch był ogromny, co w końcu zaczęło dezorganizować życie zakonników. A poza tym dostrzeżono, że to wszystko się rozrasta i jest potrzeba chwili to przenieść. To była decyzja o.o. Jezuitów:- „Idźcie na drugą stronę. Sala Teatralna jest do waszej dyspozycji“. Pod salą Teatralną był magazyn (pod sceną, to było pomieszczenie, gdzie kiedyś Ministranci grali w ping-ponga). A kolejnym miejscem zmienionym na magazyn był garaż. Tam trzymaliśmy rzeczy, nawet wtedy kiedy było ciepło, żywność. Natomiast pod sceną, była jednakowa temperatura, i tam było chłodno. Na półkach, trzymaliśmy żywność.(200)
Wszystkie pomieszczenia były zamykane tylko na yaloskie klucze. Nie były dodatkowo plombowane. A wszystkie ważniejsze dokumenty były trzymane w klasztorze. Furtka w ogrodzeniu oddzielająca garaże od placu i główna brama wejściowa na teren Kościoła, była na noc zamykana na klucz.(201)

***        
Z tego, co Ojciec nam mówił – ja nie wiem, czy to było 13, 14 czy 15 [grudnia 1981r], ale na pewno w ciągu tygodnia, to on poszedł do Biskupa Rozwadowskiego i mu to oświadczył, że wobec tego nie-szczęścia, jakie spadło na Polskę, on się czuje w obowiązku pomagać. Często dzieci zostały same, ludzi  pozbawiono środków do życia. Po prostu oświadczył Biskupowi, że zakłada taki Ośrodek Pomocy dla Uwięzionych, Internowanych i ich Rodzin. Słyszałem to z ust samego Ojca.(202)  

***  
Pracowałam zawsze do 22:00 i chyłkiem przed 22:00 przemykałam się do domu, aby nie narazić się, a była przecież godzina milicyjna. A później, kiedy przesunięto godzinę milicyjną na 23:00, to już 7:00-8:00 rano, byłam u Jezuitów. Nikt nie przestrzegał żadnych godzin przyjęć. Przyjechał transport z darami w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia –  było to po obiedzie. Odbieram telefon i słyszę głos Ojca:– „Basia, transport jest! Francuzi przyjechali. I trzeba rozpakować“. To ja wiedziałam, z kim mogę się skontaktować, a z kim nie. Zwłaszcza w okresie świąt. Kto wyjechał, albo był u rodziny. I w takich sytuacjach niejednokrotnie dzwoniłam do Zofii i Mirka Czołczyńskich, lub Marka Cichonia, aby przyszli i pomogli rozładować samochody. A nie raz, nie dwa przychodził tylko Marek i we dwójkę rozładowywaliśmy. I wówczas nie tylko Francuzi – jak wtedy – ale  ktoś przypadkowy, też nam pomagali.(203)          

***
Marek Cichoń  poznał w Ośrodku przyszłą żonę, podobnie jak Barbara Gruchała męża. OJCIEC udzielał ślubu swoim współpracownikom.(204)
ŁĄCZNICY.
Praca w Ośrodku była oparta na łącznikach. Rodziny przekazywały im swoje potrzeby i na ich „zamówienie“, były przygotowywane paczki. Odbiór był potwierdzany na pokwitowaniu.

***
Łącznicy przychodzili do Barbary Gruszczyńskiej na „furtę“, lub bezpośrednio do o. Miecznikowskiego. Zgłaszali się spontanicznie. Jest potrzeba, jest kontakt. W większości Ojciec znał ich osobiście, np. Ania Lucińska. Inni polecali swoich znajomych. Te osoby miały za zadanie rozpoznanie potrzeb rodzin internowanych. Łącznik jak miał czas, to przychodził. Na jakiej zasadzie byli łącznicy angażowani do tej posługi, tu mamy mało wiadomości. Ci łącznicy chodzili zaraz po 13 grudnia, a kiedy my w styczniu się włączyliśmy, to już praktycznie oni nie byli potrzebni. Już były gotowe listy. Był taki dzień jak sobota, gdzie na „furcie“ był pokój, gdzie rodziny, jak się wybierały w odwiedziny do swoich internowanych, to przychodziły na rozmowę. I ja czasem takie dyżury pełniłem.(205)  

WYWIAD ŚRODOWISKOWY.

Chcę powiedzieć, że jak tylko Ośrodek otrzymał informację, że ktoś został zatrzymany, robiło się wywiad.
W tym czasie na „furcie“ dyżurowały:- Małgorzata Wojtunik, Ewa Goldstein-Jażdżewska, Krystyna Kociołek, pani Zofia Czołczyńska. One przeprowadzały wstępny wywiad, jak przychodziły rodziny na „furtę“, a my robiliśmy dokładniejszy wywiad. Była zakładana kartoteka, imię nazwisko, sytuacja rodzin-na, ułożone alfabetycznie w pudełkach. Kiedy chodziłem do domów rodzin Internowanych, aby uzyskać więcej informacji, miałem „Upoważnienie“ od OJCA, ze stemplem Kościoła o.o. Jezuitów z adnotacją, że jestem współpracownikiem Ośrodka Pomocy Internowanym, Uwięzionym i ich Rodzinom. To pomagało nawiązać rozmowę. Z pierwszym wywiadem dotarłem do domu teściowej Pawła Spodenkiewicza o potwierdzenie faktu jego internowania. Dlaczego poszedłem do niej, a nie do jego żony? Ponieważ mieliśmy adres jego zameldowania na ul. Zachodniej, a on już w tym czasie wynajmował z żoną mieszkanie pod innym adresem na Widzewie. Od matki dowiedziałem się o jego nowym adresie. Oczywiście, pokazałem swoje Upoważnienie. Po powrocie do Ośrodka, ustnie przekazałem adres Pawła Spodenkiewicza osobom, które prowadziły kartotekę.(206)

*** 
Skąd Ojciec wiedział, że trzeba pójść do domu Andrzeja Słowika? Tego nie wiem, ale Ojciec powiedział, że jest tam syn Słowika i należy im pomóc. Do pani Słowik, jak dobrze pamiętam, nie poszłam na wywiad, aby spytać co potrzebuje, tylko od razu pojechaliśmy z gotową paczką do jej domu. I zastaliśmy tam tylko teściową Słowikowej, była sama w domu i ta kobieta się rozpłakała. Powiedziała do mnie: – „Proszę pani, my naprawdę nie mamy już co jeść“.
Innym razem byłam w domu u państwa Kosmalów [mąż Ryszard był uwięziony w Z.K. Hrubieszów], gdzie bardzo długo nie mogłam nawiązać kontaktu z panią Kosmalową, chociaż obydwie jesteśmy nauczycielkami. Jak się okazało, ktoś tam uprzedził, że mogą przyjść na taki wywiad osoby niepowołane.(207)    

***  
Pani Czołczyńska miała najlepszy kontakt z rodzinami Internowanymi. Ona najlepiej potrafiła nawiązać z nimi kontakt. Kolejna zasada: – aby nie sugerować się tym, jak jest mieszkanie umeblowane. Bo ten człowiek, który na to zapracował, został aresztowany i rodzina, w wielu przypadkach zostawała bez środków do życia, bo to był jedyny żywiciel, a tu nieraz dzieci, itd.(208)  

TRUKTURA BEZPIECZEŃSTWA.
Strukturę bezpieczeństwa dla swojej działalności i osób z nim współpracujących Ojciec stworzył, wykorzystując swoje doświadczenie, wyniesione z harcerstwa – ruchu społeczno-wychowawczego – do którego wstąpił 10 maja 1934, w wieku 13 lat, aby później, już jako jezuita, uzyskać stopień podharcmistrza. Zwrotne informacje o kondycji materialnej i zdrowotnej uwięzionych i internowanych, jak i ich rodzin, miały wpływ na rozszerzenie działalności tego Ośrodka pomocy.  

PROWOKACJE na „FURCIE“.
Była zasada jedna. Nawet jeśli ktoś z jakąś prowokacyjną informacją przychodził, to my przyjmowaliśmy to normalnie tak, jakby się nic nie stało. A potem, my to wszystko sobie weryfikowaliśmy. Na pierwszy rzut oka, nie zawsze można było ocenić, czy to jest prowokacja, czy nie. Oczywiście, jak przyszedł do mnie jakiś pan i powiedział, że chce gazetki nam dać, to mu odpowiedziałam:– „Nie czytam takich rzeczy, to mnie nie interesuje“.
Musiałam w ten sposób zareagować, bo nie miałam pewności, czy ktoś zaraz po nim nie przyjdzie. Była żelazna zasada, że to co robimy jest o wiele ważniejsze. Gazetki niech sobie będą, ale niech będą rozkolportowane na dziedzińcu. Róbcie to tak, żeby to nie poszło na nasze konto. U nas są robione ważniejsze rzeczy i przez jakąś taką nieprzemyślaną decyzję, moglibyśmy o wiele więcej stracić. Poza tym, za  Ośrodkiem stał Biskup, któremu wypominano jego istnienie.  Ojciec Miecznikowski i Ośrodek byli solą w oku dla „SB“. Ja miałam np. taką sytuację – zadzwonił do mnie brat Władysław Kusiak SJ i powiedział: – „Tu jest jakiś pan“.
Akurat nikogo z koleżanek nie było na „furcie“. Idę tam – byłam już wtedy w pomieszczeniach Ośrodka, po drugiej stronie placu kościelnego  i ten mężczyzna mówi: – „Proszę pani, ja siedziałem w Białołęce, ja wyszedłem z więzienia i ja siedziałem z Grzesiem Palką w jednej celi“.
– „A ma pan jakiś dowód na to?“.
To on mi pokazał zwolnienie i było napisane jego imię i nazwisko. I już wiedziałam, że to blef, bo my mieliśmy rozrysowane, kto z kim siedział. Ale nie dałam po sobie poznać.
– „Ja nie mam w co się ubrać, mnie jest potrzebny garnitur, coś do jedzenia“.
– „No, wie pan“ – odpowiedziałam – „Garnituru, to tak od razu nie mam“.
Ale pomyślałam sobie, że mimo wszystko mu pomogę, aby dać mu szansę, aby do jakiegoś ludzkiego życia wrócił, bo znowu będzie kradł. W tym jego zwolnieniu było napisane, z jakiego artykułu siedział  i zorientowałam się, że z karnego, Zadzwoniłam do Marka i on przygotował mu paczkę i ją daliśmy. I  nie powiedziałam, że pan kłamie, bo po co? To nie było sensu. Potraktowaliśmy go jako więźnia, któremu należało pomóc. Ojciec zresztą powiedział:- „Oprócz Internowanych, mamy także więźniów i im także, w ramach możliwości trzeba pomóc“
Jak tam się poszło do Internowanych, to tam można było zobaczyć, jak potrzebne jest w takim miejscu duszpasterstwo kapelanów, jak potrzebna jest ich posługa.
Ojciec rozmawiał w tej sprawie z ks. Janem Sikorskim z parafii św. Michała Archanioła na Mokotowie w Warszawie i wtedy podniesiono kwestię kapelanów więziennych. W tym celu Ojciec jeździł także do Biskupa Bronisława Dąbrowskiego, aby poruszyć te sprawy na szczeblu Episkopat-Rząd. Pierwszym butem wsadzonym w drzwi, byli Internowani, a potem uwięzieni. Z uwięzionymi nie było tak łatwo. Ojciec podejmował wiele prób, aby dotrzeć do nich na ul. Rakowiecką w Warszawie. Dopiero w okresie Wielka-nocy, udało się Ojcu wejść do tamtejszego więzienia, a tam Jerzy Kropiwnicki wręcz domagał się spowiednika, jako osoba wierząca, aby odbyć sakrament pokuty i pojednania. Sprowadzono jakiegoś księdza, ale Kropiwnicki odmówił spowiedzi uzasadniając, że go nie zna. I potem przez rodzinę, Ojciec został powiadomiony, że prawdopodobnie go tam wpuszczą. I tak się stało. Wpuszczono tam Ojca. I wtedy widział się tylko z Andrzejem Słowikiem, gdyż  Kropiwnicki za jakąś karę, nie miał zezwolenia na widzenie się z Ojcem.(209)

***
Pewnego razu siedzę na furcie, gdy wchodzi młody mężczyzna i mówi, że chce rozmawiać z Ojcem Miecznikowskim. Odpowiadam:- „Nie ma Ojca w Łodzi, wyjechał. A o co chodzi?“.
– „Ja mam taką sprawę… Ale chciałbym ją tylko osobiście przedstawić o. Miecznikowskiemu“.
– „Ojciec Miecznikowski ma do mnie zaufanie i posadził mnie na tej „furcie“, to może zdobędę i pana zaufanie“.
– „Proszę pani, ja jestem rzemieślnikiem“…- I wyjął 10.000 zł i podał. To była, jak na owe czasy, znaczna suma.(210) 

 TRANSPORTY z DARAMI.
Najpierw była tzw. spontaniczna fala. A potem skala potrzeb zaczęła się rozrastać. Przed Bożym Narodzeniem 19/20 grudnia 1981r, przyjechał pierwszy transport – paczki z Holandii, na których były napisane pozdrowienia po polsku. Dzieci te pozdrowienia napisały. Różne pozdrowienia. Z Francji też dostaliśmy transport i też dzieci pisały życzenia na paczkach. Z Holandii raz przyszedł transport butów i też dzieci napisały na paczkach życzenia. I my odpisywaliśmy darczyńcom. W niektórych paczkach były kartki z adresami, że darczyńcy obejmą bezpośrednio opiekę nad konkretną rodziną. Wtedy przekazywaliśmy adresy i wtedy już bezpośrednio od nich szła pomoc.[…]. „Furta“ była czynna od godz 9:00 do 19:00 i „Furtian“ – Brat Władysław Kusiak SJ, był zmieniany przez osoby świeckie.(211)

***                                                                          
Transport z Holandii dotarły do Ośrodka przy ul. Sienkiewicza, pozyskany z Diecezjalnego Referatu Charytatywnego Kurii Biskupiej w Łodzi. Pomimo przyklejonych do kartonów napisów po polsku życzeń świątecznych „Wesołych Świąt”, wywołujących wzruszenie u rozładowujących je pracowników placówki, przesłane dary sprawiły nie lada kłopot. Okazało się bowiem, że wszystkie towary –  w większości odżywki dla dzieci – nie miały polskojęzycznych opisów. Ale trzeba było szybko zrobić paczki, dla rodzin internowanych. Robią je: – prof. Kazimierz Sobolewski, Halina Urbanowicz, Krzysiek Galant, Zdzisław Krakowiak, Ewa Goldstein z synkiem Pawłem. Jest sobota, śnieg po kolana, komunikacja nie jeździ, a trzeba było te odżywki opisać po polsku, bo napisy na tych odżywkach były w języku niderlandzkim. Język niderlandzki nie jest językiem znanym, ale teściowa Ewy Goldstein, była z pochodzenia holenderką. Z paczek wyciągnięto kilka odżywek, wsadziłem wszystko do torby, poszedłem do dr Goldstein – pracowała w Szpitalu im. Korczaka. Miałem jeszcze adres na ul. Tkacką, gdzie mieszkała, na wypadek, gdyby wyszła już z pracy. Najpierw poszedłem do szpitala im. Korczaka, a tam dowiedziałem się, rozmawiając z jakąś pielęgniarką lub lekarką, że tylko pani Goldstein może to przetłumaczyć, ale ona jest w domu. Po powrocie do Ośrodka, osoby które dobrze pisały, kilkakrotnie przepisały przetłumaczony tekst i dołączyły do paczek. Na nogach przeszedłem w jedną i drugą stronę, gdyż nie było komunikacji spowodowanej obfitymi opadami śniegu. Tego dnia odbyłem ok.15 km. marszrutę. Skończyło się tym, że wróciłem do domu po godz. 20:00. Do Świąt Bożego Narodzenia już byłem porządnie zakatarzony. Przez to przeziębienie, nie chodziłem do pracy, jak również do Ośrodka. Dopiero po Świętach Bożego Narodzenia zjawiłem się na ul. Sienkiewicza ponownie.(212)

***
Rozwożenie “prezentów” leżało w gestii Marka Cichonia, który jako pierwszy dotarł do większości domów osób internowanych i zatrzymanych, korzystając z pomocy Mirosława Bulskiego oraz Zdzisława Krakowiaka, dysponujących własnymi samochodami – „Fiat 125-p”.(213)

***
Pomimo pisemnych zaświadczeń upoważniających do rozwożenia darów, wystawionych przez parafię pw. Najświętszego Serca Imienia Jezus, oraz delegacji służbowych opatrzonych kurialnymi pieczęciami, napo-tykali wiele przeszkód na swej drodze, począwszy od kontroli milicyjnych, poprzez trudności z odnalezieniem adresu a skończywszy na nieufności ze strony obdarowywanych. Może  dlatego, że wielu z nich, nie było z tej parafii, a może i dlatego, że zdarzały się także sytuacje, kiedy SB stosowało prowokacje podrzucając “trefną” paczkę wypełnioną np. nielegalną prasą. W kilka minut później milicja robiła rewizję i zatrzymywano obdarowanego.(214)

***                                                                                                                                            
Jeżeli chodzi o sprawy paczek, to zajmowało się tym młode małżeństwo Mirosława i Leszek Orzechowscy. Ona była w początkującej ciąży, on grał na skrzypcach w Filharmonii. Była z nimi ich koleżanka i ja do nich dołączyłem. Magazyny nie były plombowane, tylko zamykane na klucz. Wielka brama od strony ulicy, była zamykana. Tylko jeden raz zamykałem bramę z Ojcem.

***
Dostawałem kartki z nazwiskami potrzebujących rodzin i ich adresami, z rodzajem paczki. Np. czy miała to być paczka rodzinna, dla dzieci, czy też do więzienia. Te kartki przygotowywały dziewczyny z Ośrodka, które miały kontakt z rodzinami. Paczki były różnej wielkości. Np. do więzienia nie można było dawać nic, co było w szkle. Jeżeli były takie rzeczy, to były przekładane do plastikowych pudełek, które przynosili ludzie. Dostawałem od Barbary Gruchały-Gruszczyńskiej karteczkę, na której była adnotacja, jaką paczkę mam przygotować, do kogo, jaki adres, co ma tam być. Jak przychodził transport, to go wtedy rozładowywałem. Miałem wtedy dwa magazyny. Jeden był pod sceną w kaplicy Św. Krzysztofa, drugi był w garażu po drugiej stronie placu kościelnego. Oba pomieszczenia były chłodne, gdzie można było produkty żywnościowe przechowywać. Na początku były ustawiane na ławkach, a później znalazły się tam  metalowe stelaże magazynowe. Czy były one zakupione, czy darowane, tego nie wiem. Każda paczka była rozpakowywana i artykuły segregowane na półkach, w zależności od zawartości:- oddzielnie były słodycze, mąka, tłuszcze. Jeżeli były jakieś artykuły jednotematyczne, np. karton mąki, to się nie rozładowywało, tylko te pudła szły od razu do garażu. Puste pudełka po artykułach, które wykładałem na półkach, były odłożone, aby później pakować do nich artykuły przeznaczone dla internowanych lub ich rodzin. Nie były dodatkowo pakowane papierem, tylko zawiązywane sznurkiem. Później miałem do pomocy Waldka Wykrotę, którego musiałem przyuczyć, jak się zawiązuje paczki. Reasumując w magazynie były nas czworo:- ja, Waldek, małżeństwo Leszek i Mirka [Orzechowscy] oraz koleżanka mojej żony – wszyscy krótko po studiach. Kiedy Leszek i Mirka odeszli z uwagi na jego pracę i jej ciążę, pozostał mi do pomocy Waldek Wykrota.  I mimo, że był przepis, że do więzienia nie może być paczka większa niż 1 kg., to my i tak wkładaliśmy do niej więcej. Np. pani Czołczyńska wypiekała bardzo smaczne ciasteczka. Domowe ciasteczka robione w dużych ilościach z owsianki, kakao i to szło do więzień. Największy problem był wtedy, kiedy przychodziło masło w blokach. Jak to podzielić? Chyba 20 kg. bloki. Miałem u siebie długi nóż i tym ciąłem masło, a potem Mirek Czołczyński zrobił u siebie w pracy na bazie piły,  mechaniczny nóż, z uchwytami. I tym już znacznie lepiej się cięło. To wszystko się wtedy segregowało i pakowało w papier pergaminowy. Jak Ojciec coś powiedział na Mszy św. co potrzeba, to ludzie przynosili różne rzeczy, także taki papier. Jak przychodziły Święta i trzeba było dużo więcej paczek zrobić, to przy-chodzili do pomocy i inni, w tym:- Waldemar Bohdanowicz.(215)

***
Po Wielkanocy 1982r, my pracownicy Ośrodka, zrobiliśmy dla rodzin Internowanych „jajko“. A po kolejnych świętach Wielkanocnych, ta uroczystość odbywała się na sali teatralnej (później także opłatek na Boże Narodzenie). Były oczywiście jaja, babki wielkanocne, inne ciasta, owoce. Zawsze był Biskup lub Kanclerz, a już zawsze Biskup był obecny podczas opłatka na Boże Narodzenie.

***
Kiedyś był transport z Wlk. Brytanii. Część tego transportu miała być w naszym Kościele rozładowana a pozostała, w innym mieście. Przetrzymali ich na granicy tak, że dotarli do Łodzi wieczorem i Wydział Charytatywny Kurii był nieczynny. My wcześniej zaansowaliśmy im, że tak będzie. Podpowiedziano nam, że wieczorem ks. Grzegorz Kudrzycki, będzie w swojej parafii p.w. Matki Boskiej Różańcowej na Stokach i jeśli Anglicy przyjadą, to wystarczy, jak ja tam pojadę, to wtedy ksiądz podstempluje wszystkie dokumenty. Ks. Kudrzycki wziął ze sobą wszystkie stemple. Pojechałam tam z Angielką, która przyjechała tym transportem. Mówiła świetnie po polsku z lekkim akcentem. Miała męża Polaka.(216)

***
11 marca 1982r, studenci Uniwersytetu im. Gethego z Frankfurtu n/Menem – było ich chyba z sześciu a może nawet ośmiu –  przywieźli dary dwoma furgonetkami „Volkswagena“. Były tam głównie środki medyczne do szpitala „Palmowskiego“ [Zespół Opieki Zdrowotnej dla Szkół Wyższych w Łodzi „Palma“] i trochę żywności. A za nimi przyjechał inny duży transport. Najpierw oni zostali rozładowani, a potem z tego Tir-a, który niemal za nimi wjechał na plac, przeładowywano paczki do tych niemieckich furgonetek, aby można było nimi podjechać pod garaż i tam to wszystko rozładować – aby nie tracić czasu na ich przenoszenie. Nie było możliwości, aby tak duży samochód tam wjechał. Później ich pilotowałem, aby bez trudu dojechali do tego Szpitala. Były przypadki, że niektóre transporty zostały przekierowane do Ośrodka Pozbawionym Pracy, ks. Antoniego Góry.

***                                                                                                 
16 marca 1982r, otrzymaliśmy zamrożone mięso mielone z Kościoła Ewangelicko-Reformowanego w Łodzi, przy ul. Świerczewskiego [obecnie ul. Radwańskiej 37]. Basia Gruchała –  zadzwoniła do mnie informując, że jest tego 190 paczek. Mięso to, było pakowane w kartonach, w folii po 2 kg. Dostawa ze Szwecji  była zbyt duża dla tego kościoła – nie mogli tego mięsa rozprowadzić. Dostałem listę osób, usiadłem z mapą i zanim Zdzisio Krakowiak przyjechał swoim „Fiatem-125p“, miałem rozpisaną marszrutę, jak to rozwieźć. W ciągu jednego popołudnia, obskoczyliśmy rodziny, które były pod naszą opieką w Głownie, dotarliśmy także do Zduńskiej Woli, Łasku i trochę tego mięsa zostawiliśmy w Pabianicach. Ale przedtem byliśmy w Zgierzu i Ozorkowie. Ok. godz. 22:00, wróciliśmy do Łodzi. Musieliśmy to rozwieść szybko, bo był krótki termin.  Z tego samego kościoła, dostaliśmy także odzież. Pastor Jerzy Stahl współpracował z naszym Ośrodkiem, przekierowując kilka transportów żywności z Niemiec i Austrii.

***                                                      
Pewnego razu przyszedł duży transport odzieży. Była ona składowana w kaplicy Św. Krzysztofa. W pozostałych magazynach, nigdy nie było odzieży, tylko tam wyłącznie była składowana. I wtedy zapadła decyzja, aby część ubrań przekazać do Cerkwi prawosławnej, przy ul. Piramowicza. Furgonem zostało to wszystko zawiezione. To była sobota, kiedy tam pojechaliśmy i tego dnia działała przy Cerkwi tzw. szkółka niedzielna. I dzieciaki wnosiły te worki z odzieżą do środka. Odzież była pakowana w worki foliowe. A u nas w magazynie była odzież segregowana, na damską, męską, dziecięcą.(217)

ODPRAWA CELNA.
W wielu przypadkach, samochody z darami, były zaplombowane i odprawa celna odbywała się na placu kościelnym. Urząd Celny był przez nas powiadamiany, że taki transport dotarł. Zazwyczaj jechałam na ul. Karolewską z pismem, powiadamiającym ich o przyjeździe takiego transportu i zaraz przyjeżdżali celnicy i taki transport kontrolowali. Nie później niż na drugi dzień. Był zazwyczaj rozstawiony obok samochodu stolik, przy którym celnik wypełniał dokumenty.  Aby było jednoznacznie wiadome, że jest to transport charytatywny, dokumenty przewozowe musiały być potwierdzone stemplem Kurii Biskupiej, przez Wydział Charytatywny. I my tam z tymi dokumentami jechaliśmy.(218)

***
W Urzędzie Celnym w Łodzi, nie zachowały się żadne dokumenty dot. spraw j/w.

***
Był kiedyś transport, w którym były paczki imiennie adresowane, a także takie, które trzeba było chronić przed celnikami. Te paczki były odbierane przez ludzi, którzy po nie przychodzili. Tych paczek nie rozpakowywałem. Pewnego razu, była paczka imienna dla dr. Marka Edelmana. Prawdopodobnie były tam materiały i rzeczy do poligrafii. Jeśli chodzi o odzież, to głównie pochodziła z Niemiec. Transporty, które do nas przychodziły, były odprawiane na granicy, lub na miejscu, na terenie Kościoła o.o. Jezuitów. W pierwszym przypadku, był to niekiedy problem, bo celnicy mieli zwyczaj kłóć paczki, w ten sposób upewniając się, co do ich zawartości. A niekiedy w paczkach była żywność i jednocześnie proszek do prania. Ale były też transporty plombowane na granicy. Przyjechał kiedyś transport z „trefnym“ ładunkiem. I ja wiedziałem, które paczki nie powinny trafić pod kontrolę celnika. Parę metrów od samochodu, był ustawiony stolik z krzesełkiem, przy którym celnik mógł rozłożyć dokumenty i je podpisać. Otworzyłem z nim tylne drzwi naczepy, wszedłem na burtę i kiedy celnik był zajęty sprawdzaniem paczki ustawionej na stoliku, wtedy szybko podawałem tzw. „trefną“ paczkę. Najczęściej był pojedynczy celnik. Przy mniejszych transportach też przychodził celnik i losowo sprawdzał dwie-trzy paczki.(219)  

***
Było niekiedy tak, że kierowcy samochodów i obsługa towarzysząca, wyładowali dary, zjedli obiad w Klasztorze i jechali dalej, np. Włosi do Gdańska. I nieraz im towarzyszyłam, jadąc z nimi do Gdańska, bo znałam to miasto. Z tym, że  oni wcześniej się anonsowali, że przyjeżdżają. Takim źródłem, mającym z Włochami najlepszy kontakt, był ks. Grzegorz Kulesza.(220)  

***
Mikrobus dostaliśmy w darze od Francuzów. Z jakiegoś kontaktu Ojca, ale nie wiem z jakiego. Chcieliśmy go zarejestrować jako furgon, wymontowaliśmy nawet siedzenia. Płaciło się wtedy cło, od kilograma. Urząd Celny, nie zgodził się na taką zmianę przeznaczenia samochodu.. W końcu, przy okazji transportu z Francji, ktoś po niego przyjechał i go zabrał. Stał jakiś czas przy garażach.(221) 

MAGAZYNY/ PACZKI.
W budynkach przyległych do Kościoła i Klasztoru powstały magazyny z żywnością, odzieżą, przywożone transportem samochodowym z Włoch, Francji, Republiki Federalnej Niemiec, Anglii, Holandii.  Pomoc w Anglii organizowała Jadwiga Piłsudska-Jaraczewska, dr Bożena Laśkiewicz i nieznana z imienia i nazwiska rodowita brytyjka. Z Holandii znanym organizatorem był prof. Stefan Skotnicki, z Belgii Bolesław Lachowski, a z Francji księdza prałata Eugeniusza Plater-Zyberg’a.(222)

***
O pomoc poprosił mnie Ojciec, którego znałam krótko wcześniej. Moja pomoc polegała na tym, że zanosiłam paczki, do p.p. Spodenkiewiczów z żywnością, przekazywałam informację od Ojca. Pani Spodenkiewicz była z małym dzieckiem – chłopiec [Tomek], ok.2.lat, i w dodatku w stanie błogosławionym. Zapamiętałam ją, jako osobę smutną i mocno przeżywającą internowanie męża. To były krótkie spotkania. Spisywaliśmy krótkie relacje:- byłam takiego i takiego dnia, pod adresem takim a takim, zaniosłam paczkę, przekazałam wiadomość i jakie są aktualne potrzeby. Po każdej wizycie przychodziłam do Ośrodka i relacjonowałam je najczęściej Ojcu, albo osobie z Ośrodka. Miałam jeszcze trzy rodziny pod opieką, ale ich nazwisk nie pamiętam.[…]. Legitymowałam się dokumentem „Zaświadczeniem” od Ojca, że jestem osobą delegowaną.[…]. Raz w tygodniu, zawoziłam paczki rodzinom, jechałam wtedy autobusem. Jak długo sprawowałam tę funkcję łącznika? Chyba rok.(223)

***                                           
Pierwszą paczkę zawiozłem do żony Pawła Spodenkiewicza. Pojechałem tam ze Zdziśkiem Krakowiakiem  Nie chciała w ogóle z nami rozmawiać, bo miała taką informację, rozpowszechnianą przez „SB“, że osoby z Ośrodka roznoszą paczki z ulotkami, a zaraz po nich, służby te, wkraczają do domów i dokonują rewizji, za co możne było wtedy trafić do więzienia. Po prostu bała się. Tę paczkę rozpakowaliśmy na korytarzu. I dopiero wtedy, kiedy zobaczyła co w niej jest – przez łańcuch w drzwiach –  ją przyjęła. Później, żona Spodenkiewicza, jak przychodziła do Ośrodka, brała największą tubę pasty. Paweł Spodenkiewicz dużo jej zużywał w więzieniu.

***
Były sporadyczne przypadki, że tramwajem zawoziłem paczki do rodzin internowanych. Podam przykład: – kiedyś pani Dłużniewska [ jej mąż Jerzy], podjął w stanie wojennym działalność w podziemiu, za co  został skazany na 3 lata więzienia], przyszła po paczkę. Z uwagi na to, że nie mogła jej unieść, trzeba ją było z tą paczką odwieźć do domu. Pojechałem z nią na ul. Północną, gdzie mieszkała.(224)
Jednorazowa zapomoga finansowa dla rodzin Internowanych wynosiła 5.000 zł [średnia pensja]. Na początku paczka więzienna ważyła 1 kg. Kiedyś harcerze przynieśli w plecakach mięso z Białej k/Zgierza, to pani Zofia Czołczyńska przetapiała brzuszek i to było wlewane do pojemników po margarynie. Do opakowania szklanego nie mogło to być wlewane, bo to ważyło. Taką akcje ogłosił Ojciec podczas Mszy św. Mieliśmy pełno tych pojemników.(225)

***
Jak Ojciec jechał do ZK Łowicz, czy do innego zakładu internowania, to brał paczki dla każdego Internowanego, plus dwie, trzy, cztery paczki dla funkcjonariuszy, żeby nie zazdrościli. Paczki były dla Internowanych z Regionu Łódzkiego.(226)

***
Były sporadyczne przypadki, kiedy dostawaliśmy artykuły takie jak, margaryna lub inne tłuszcze z krótkim terminem ważności i już wiedzieliśmy, że nie da się w tak krótkim czasie jej rozprowadzić, to wtedy, aby się nic nie zmarnowało, mieliśmy kontakt ze znajomym cukiernikiem, aby to wykorzystał. Były to sporadyczne przypadki, takie jak jakieś uroczystości dla rodzin Internowanych, opłatek w oktawie Bożego Narodzenia, czy na Wielkanoc, to wtedy ten cukiernik, wypiekał dla nas ciasta, ofiarując je dla kilkudziesięciu osób.(227)

***
Na apel Ojca, podczas Mszy św. ciasta piekły kobiety z miasta.  I one to przynosiły do Ośrodka. Ciasta były przechowywane w pomieszczeniu w Duszpasterstwie Akademickim, a później to Duszpasterstwo było przeznaczone na Ośrodek. A tam było podpiwniczenie, gdzie był magazyn. Ciasta były przynoszone wieczorem w piątek, lub w sobotę rano z uwagi na to, że rodziny Internowanych odwiedzały swoich bliskich w niedzielę i dla nich było one przeznaczane. Także Ojciec zawoził ciasto w paczkach. Były dwa rodzaje paczek:- dla rodzin, a drugie dla Internowanych. Luksusowe artykuły jak kawę, dostawali Internowani, a nie rodzinyA poza tym, chociażby ten smalec, który w domu przetapialiśmy i nalewaliśmy do pojemników po serkach. Płaty słoniny woziłem rowerem do domu, typowym rowerem z bagażnikiem, jeździłem nim na okrągło do minus 10 C.(228

***    
To nie były kanały kościelne, wykorzystywane przez Ojca. To poszło jakby od drugiej strony, to że mieliśmy na Stolicy Piotrowej swojego Papieża, to on mobilizował Kościół i kręgi kościelne i z tego kierunku, a także z doniesień radiowych i prasowych ruszyła ta pomoc. Ruszyła pomoc, także ze strony Włoskich Związków Zawodowych (CISL). A pierwszymi, którzy do nas z Włoch przyjechali, byli: Giorgio Molla i Sergio. To oni byli z organizacji kościelnej Komuzione Liberazione. A drugim motorem, to był ks.Don Peppino Barbesta, z okolicy Loggi. I on też tam mobilizował ludzi, zbierał datki, za które kupowali dary. Transporty włoskie były na poziomie. Tam wszystko było nowe, nie przeterminowane. Ale zdarzały się artykuły spożywcze z Francji lub Wlk.Brytanii, które nadawały się tylko do wyrzucenia:- były przeterminowane. Albo odzież w takim stanie, że nawet biedakowi byśmy nie zaproponowali.(229)


POKOJE GOŚCINNE.
Pokoje gościnne były w miejscu, gdzie teraz jest rozmównica. W dwóch pokoikach były dwie wersalki. A w dużym pokoju, gdzie teraz jest salon, był on przedzielony, na Kancelarię i na pokój, w którym też była wersalka. Jeśli trzeba było, to i tam można było przenocować.


***
Jeżeli przyjeżdżał transport np. z Holandii – z reguły dwie-trzy osoby, to spały o o.o. Jezuitów. Były tam pokoje gościnne. I wtedy już była dla nich robiona przeze mnie kolacja, śniadanie. Siostra zakonna robiła posiłki dla o.o. Jezuitów. A obiad już dostawali od Siostry zakonnej, jeżeli zostawali dłużej. Jeżeli były większe grupy, to wtedy spali rozlokowani po mieszkaniach naszych ludzi. Jak np. z Francji przyjeżdżało kilka osób, np. dwa osobowo-towarowe Volkswageny – to nieraz było i z 8-9.osób, jak w przypadku wspólnoty Taizé. Albo przyjeżdżał TIR, a z nim mikrobus. Np. z Włoch, oprócz TIR-a, przyjeżdżał bus z kilkoma osobami…Słuchałam cały czas w domu Wolnej Europy, BBC i już w grudniu 15 czy 16 grudnia Wolna Europa powiedziała o Ośrodku Pomocy w Łodzi w Kościele o.o. Jezuitów, którym kieruje o. Stefan Miecznikowski.(230) 

***
Każdy z nas opiekował się przybyłymi cudzoziemcami. Znam francuski, dlatego nocowali u mnie Francuzi. Muszę przyznać, że przyjmowanie obcokrajowców było swego rodzaju atrakcją. Przyjeżdżały wspólnoty modlitewne, księża, zakonnicy. Rozmowa z takimi ludźmi była niezmiernie ciekawa. Do tej pory koresponduję z jedną z osób, poznanych wówczas. Ogromnie mnie te kontakty wzbogaciły. Takie spotkania uświadamiały nam, że Europa o nas nie zapomniała. Do nas należało również nawiązanie kontaktów z zakonspirowanymi solidarnościowcami, gdy przyjeżdżający chcieli z nimi współpracować.(231)

 WSPÓŁPRACA Z KURIĄ.
Kiedy szedłem do Kurii, aby coś tam załatwić, miałem naturalnie „Upoważnienie“ z pieczęcią o.o. Jezuitów z moim imieniem i nazwiskiem, na niewielkiej kartce, z adnotacją że jestem współpracownikiem o.o. Jezuitów. Tam pracowała s. Janina służebniczka, która zarządzała darami w Kurii. Byłem tam może ze dwa-trzy razy, aby pomóc przy rozładowaniu Tir-ów. Kiedyś przyjechał duży transport margaryny z Niemiec. Samochód ciężarowy z przyczepą. Wieczorem dostałem telefon, że jest potrzebna pomoc. Kurii był telefon do Ośrodka, a potem Basia Gruchała-Gruszczyńska mnie o tym powiadomiła. Kierowcami byli Turcy. Podziwiałem umiejętności kierowcy, kiedy wprowadzał tyłem cały zestaw, przez wąską bramę, gdzie było po 20 cm luzu. W dodatku ul. Worcella, nie jest szeroka i wjechać tam tyłem, to nie była taka prosta sprawa. Kilku mężczyzn, którzy byli na Mszy św. w Katedrze, zgłosiło się do rozładowania. A i tak rozładunek trwał do późnej nocy. To był garaż seminaryjny. Pewną ilość tej margaryny, dostał później nasz Ośrodek. Tę margarynę prawdopodobnie przywiózł Mirek Bulski. Do południa miał on więcej czasu. Inne sprawy, to już Ojciec załatwiał.(232)

***                                                           
Wydziałem Charytatywnym przy Kurii Biskupiej – nie było wtedy „Caritasu“ –  kierował ks. Grzegorz Kudrzycki.  I Biskup Rozwadowski, któregoś dnia wydał polecenie, że jeśli w paczkach, które przychodzą do Kurii, będzie kawa, herbata albo czekolada, s. Janina [ w podeszłym wieku – z trudem chodziła], a która nad tym wszystkim miała nadzór, została zobligowana, aby taki transport kierować do Ośrodka o.o. Jezuitów.

***
Pod koniec kwietnia 1982, Kuria Biskupia dostała mięso – na szczęście zamrożone. Dobrze, że były jeszcze dni chłodne i to mięso zostało wniesione do garażu. Ale musieliśmy w ciągu doby to mięso rozprowadzić, Co można było z takim ładunkiem zrobić. Powiadomiliśmy całą parafię i to mięso rozprowadziliśmy.

*** 
Kuria Biskupia dostawała na początku, małe dostawy darów. Ks. Biskup Rozwadowski już podczas pierwszych transportów z darami powiedział:- „Wszystkie czekolady nie dla innych, tylko dla Ośrodka Jezuitów“. A potem, kiedy Ośrodek dostawał dużo darów, to my z kolei przekazywaliśmy je do Kurii. Kiedyś był transport mąki i wtedy uruchomiliśmy nawet ludzi z parafii, aby ją wzięli. W sumie kilka ton. Poza tym, dostawaliśmy suchą kiełbasę. Była zawsze przynoszona w dużych torbach przez dwóch panów z Jerzowa k/Łodzi –  nie ujawniali nazwisk –  anonsując krótko:- „Proszę pani, jest kiełbasa“.(233)

POMOC MEDYCZNA / „BIAŁA NIEDZIELA“.
Oprócz żywności i ubrań, przywożone były także cenne lekarstwa i odżywki dla dzieci. Powstała przyklasztorna Apteka, skąd potrzebujący mogli otrzymać za darmo medykamenty – trudno dostępne w publicznych Aptekach. A w ślad za tym o. Stefan Miecznikowski stworzył pomoc medyczną, w której uczestniczyło wielu znanych łódzkich lekarzy m.in. doc. Jadwiga Lipska-Wygodzka, dr Maria Dmochowska, dr Zofia Szczerska, czy pracujący w szpitalu im.”Pirogowa” dr Marek Edelman [zmarła tam Gaja, żona Kuronia]. W Szpitalu w Łowiczu, cenną pomocą medyczną służyła dla osadzonych w pobliskim więzieniu, dr Ewa Zbudniewek i dr Piotr, doprowadzając wielu z nich, do wcześniejszego zwolnienia.

***
Pomoc taką zorganizowała  dr Ewa Kowalewska i dr Maria Dmochowska [w Szpitalu „Kopernika“, w Poradni  Hematologicznej], przyszła do Ośrodka i zaoferowała pomoc medyczną.
 – „Ojcze, musiałam tutaj przyjść, aby się podnieść duchowo“. I niejednokrotnie jechałam do niej, do szpitala Kopernika, aby umówić się na wizytę z jakąś chorą osobą. Jak Internowani zostali zwolnieni, to musieli być przebadani.(234)

***
Ojciec wsparł inicjatywę lekarzy, którzy zorganizowali „Białe niedziele“ w Kołacinku za Brzezinami i Białej, k. Zgierza. Byli to m.in. – Dr Ewa Kowalewska, dr Perlikowska, dr Józef Szymczyk. Akcja godna podkreślenia, ponieważ przyniosła wiele dobrego. Z tych wsi, rolnicy organizowali pomoc przez “Solidarność Rolniczą” dla Ośrodka w Łodzi.(235)

***
Inną „Białą niedzielą“, była pierwsza niedziela po Wielkiej Nocy [jest teraz Niedzielą Miłosierdzia Bożego] – podczas której celebrowana była rocznicowa Msza św. związana z przyjęciem przez Ojca święceń kapłańskich. Kupowaliśmy jakieś kwiatki, ale nie było żadnej pompy z tego tytułu.236)

PONIEDZIAŁKOWE NARADY.
Na zebraniach ze współpracownikami Ośrodka, dzieliliśmy się sprawami, które do nas spływały i różnymi problemami. Ojciec dzielił się tymi informacjami, które przez tydzień uzbierał, m. innymi: z Episkopatu, czy z więzień.

***  
My rozsiadaliśmy się, kiedy OJCIEC przychodził i opowiadał: o danej sytuacji, co zastał w Zakładach Karnych, jakie zmiany tam zaszły i pytał:– „Czy są jakieś trudności, czy są propozycje usprawnienia naszej pracy?“. Ktoś się wypowiadał, pytał. Tak było.(237)

***  
Byli obecni na nich wszyscy współpracownicy. Ojciec przekazywał te informacje, które nie mógł przekazać podczas Mszy św. w Kościele, np. o sytuacji panującej w danym Zakładzie Karnym, o czym nie należało poinformować ogółu. Ojciec informował o swoich wyjazdach. Zebrania były w pomieszczeniu budynku z kaplicą św. Krzysztofa, gdzie obecnie mieści się kawiarnia.(238)

*** 
To były krótkie spotkania. Nie wszyscy siedzieli, bo było mało miejsca, a wokół paczki, ciasto. Ojciec                                                                     opowiadał gdzie jedzie, co mu się przydarzyło. Zawsze zabiegany. Wpadał na zebrania w ostatniej chwili.(239)

WYJAZDY  OJCA do Z.K.
Pierwszą próbę dotarcia do Internowanych kobiet, o. Miecznikowski podjął 29 grudnia 1981r. ale nie został tam wpuszczony.

***
Kolejna próba, została uwieńczona powodzeniem. 30 grudnia 1981r. wszedł wtedy do  Zakładu Karnego w Sieradzu.

***
O. Miecznikowski starał się podnieść więźniów na duchu. “Już samo Jego pojawienie się i ciepło, które w sobie miał, bardzo pomagało” – opowiada Marek Czekalski. Ojciec tłumaczył nam, że jesteśmy kimś wyjątkowymi. Takimi bohaterami współczesnych czasów. Mówił, że musimy wytrzymać, nikt nie może się załamać, wszystko będzie dobrze, nasze rodziny są dzielne. Odradzał nam emigrację. Jego zapewnienia – że jeżeli ów wspaniały czas “Solidarności” ma mieć sens w przyszłości, to teraz trzeba zdać egzamin – były bardzo mądre. Ojciec doskonale rozumiał, że było nam ciężko i źle”.[…]. Razem z nami siedzieli w więzieniu działacze “Solidarności” z Wybrzeża. Ich duszpasterzem był wówczas ksiądz Jankowski. Nie przyjechał do więzienia, tylko przysłał Internowanym swoje zdjęcie…zamiast pocieszenia.(240)

***
Ojciec najczęściej przekazywał informacje uwięzionym, w trakcie spowiedzi. Nawet osoby niewierzące przystępowały do tzw.„ spowiedzi“, z zachowaniem procedur zewnętrznych, ale to nie była klasyczna spowiedź tego człowieka. Mówił o pozyskanych w ten sposób informacjach, aby dostarczyć je rodzinom. Miałem kilka takich wyjść np. na Kurczaki [dzielnica Łodzi – oddalona od Kościoła oo. Jezuitów ok.7 km.]  a gryps miałem w skarpetce. Nieraz przechodziłem obok Komendy „MO“ na ul. Piotrkowskiej 268, jak funkcjonariusze wychodzili z pracy, ale nigdy mnie nie zatrzymali do kontroli.(241)

***
Wizyta Kard. Glempa w ZK Łowicz – „[…] Kardynał Glemp sprawił na Internowanych w więzieniu w Łowiczu, złe wrażenie. Prymas w zasadzie skreślił „Solidarność‘. Uważał, że rozdział „Solidarności“ jest zamknięty. Pisał o tym tygodnik „Mazowsze“ i inne gazety podziemne. Siedząc w ZK Łowicz, nie miałem o tym pojęcia, że tak pisano o Prymasie. Prymas zachowywał się w sposób protekcjonalny, nie traktował tych ludzi jako ludzi – przywódców ruchu społecznego, tylko jako parafian. Po tym spotkaniu, kolega mój wpadł do celi i powiedział: – “Już nigdy nie pójdę do Kościoła“.(242)   

***
1/…“ Solidarność Walcząca“ była pismem typowo informacyjnym. Zamieszczała wiadomości, które docierały z łódzkich zakładów pracy i instytucji od zatrudnionych tam działaczy „Solidarności“, za pośrednictwem kolportażu. Stworzona wówczas sieć współpracowników okazała się później bardzo przydatna w okresie wydawania „Biuletynu Łódzkiego“. Lokalne informacje dotyczyły przede wszystkim represji. Szczególnie często ukazywały się relacje o losie osób internowanych, a numer 15 (z 25 marca) był w całości poświęcony tej tematyce. Szczegółowych informacji dostarczał redakcji ks. S. Miecznikowski, który regularnie odwiedzał ośrodki dla internowanych“.
/ W latach 1982-1989 miejsca druku zmieniały się wielokrotnie. Znajdowały się w następujących miejscach:
1. […]
2. Na Dąbrowie, w okolicach ul. Tatrzańskiej. Od początku 1982 do drugiej połowy 1982 – „Solidarność Walcząca“. Lokal załatwiony dzięki pośrednictwu  ks. Miecznikowskiego. Na ul. Broniewskiego w domku jednorodzinnym. Od końca lutego 1982 były tam drukowane 2-3 numery „Solidarności Walczącej“. Pomieszczenie załatwione przez ks. Miecznikowskiego […].(243)

***
Jak wiele mówi o.o. Miecznikowskim jego godna uwagi postawa, niech świadczy zdarzenie z wizyty w ZK Łowicz w upalny dzień czerwcowy 1982r….Cele były małe i bardzo zimne. Zimno od dołu. Internowani chodzili w takich wysokich butach, z cholewami na grubych podeszwach i w wełnianych skarpetach – bo  to więzienie w Łowiczu zbudowano na bagnistym terenie, a podłogi z betonu, okna dość wysoko umieszczone, piętrowe łóżka. Kubeł służył za toaletę, bez zasłony żadnej. Godzina spaceru na zewnątrz […]. Było bardzo gorąco, byłem tylko w szortach i w jednej tylko cienkiej koszulce. Ojciec wsiadając do samo-chodu zapytał mnie: – „ Panie Mirku, niech Pan pozwoli, że ja sobie odepnę haftkę u sutanny“.[…].(244)

***
Rodzina Wojtka Hempela, zrobiła potężne wysokie buty, ale inni też chodzili w podobnych. Podłoga bez podpiwniczenia, wylewka betonowa, od której ciągnęło zimno. Cienkie ściany, zrobione z pustaków. Było generalnie zimno. Paczki, które dostarczano do cel, Internowani nazywali „ Marchewą“ . Dlaczego? Tego nie wiem.(245)

***
W ZK Łowicz były trzy śluby na raz. Ojciec ślubów udzielał. Odbyło się to w świetlicy – sala niewielka, 22-24 metry kwadratowe na pierwszym piętrze. Do tych trzech par, przyjechała okrojona rodzina i dzieci. Przyszło też, kilku Internowanych na tą uroczystość. Jeden, czy dwa stoły były złożone jako ołtarz. Był tylko jeden Strażnik – Naczelnika nie było. Strażnik siedział w kąciku i przyglądał się uroczystości. To było w lecie w 1982r. Wtedy Ojciec dostał naręcze kwiatów od par poślubionych. Kiedy wyjechaliśmy z Łowicza, powiedział do mnie: – „Panie Mirku, gdzieś te kwiaty, pod jakimś krzyżem musimy umieścić…  O, wie pan, tam coś widać“…
Podjeżdżamy, a to był pomnik żołnierzy radzieckich.
– „Nie, nie tam“.[…].
Mało rozmawialiśmy podczas podróży. Nie należę do gadatliwych i Ojciec również. Zwykle siadał na fotelu obok, wyciągał nogi na ile było to możliwe w „maluchu“ [„Fiat-126p“] i drzemał, bo siedzenia z tyłu były zwykle czymś zajęte. Nie zwierzał się.(246)

***  
Ojciec w pierwszym okresie jeździł do Jaworza, Darłówka, Białołęki, gdzie wszędzie otrzymywał odmo-wy. Spotykał się z tamtejszymi kapelanami, którzy mieli wejście do miejsc odosobnienia i pozostawiał im paczki dla Internowanych, albo pieniądze, aby coś tym naszym ludziom dać. Ojciec wyjeżdżał zawsze w nocy pociągiem.
– „Ale Ojciec się nie wysypia“,
– „Nie, nie.. To mi wystarczy. Ja zawsze śpię w nocy“.
Na początku, podwoził Ojca na dworzec kolejowy Zdzisław Krakowiak, ale zawsze w odwodzie był jakiś samochód. Potem Mirek Bulski, państwo Siewierowie, Mirosław Czołczyński – szczególnie do Z.K.Łowicz.[…]. Ojciec nie dbał o siebie, o materialne rzeczy. Kiedyś jechał do Tarnowa, z przesiadką w Koluszkach i tam było niewiele czasu, aby przejść na drugi peron. Spieszył się i spadł mu but. Ponieważ pociąg już ruszył z miejsca, wskoczył do niego. Przez cały Tarnów szedł w jednym bucie. Jak na „furcie“ Siostra Służebniczka Starowiejska go zobaczyła – w zniszczonej skarpetce – to odpowiedział:– „Jestem Jezuitą bosym“.
Siostry postanowiły poratować Ojca i znalazły mu brązowe buty o dwa numery za duże. A on, watą je wypchał i tak wrócił do Łodzi. Kiedy przyjechał, pokazał mi je.
– „Tak nie może Ojciec chodzić“.
– „Nie mam innych, a te są bardzo wygodne“. Chodził w nich jeszcze przez kilka lat. Ojciec miał czarną ortalionową kurtkę, szary szal, ręcznie robiony beret czarny, również ręcznie robiony. Miał też starą brązową teczkę, ten brąz był bardzo ciemny. Zawsze chodził z tą teczką, lekko przygarbiony. To była taka jego charakterystyczna postawa. Kiedyś postanowiliśmy w Ośrodku kupić Ojcu na imieniny sweter, z wełny szetlandzkiej – nie miał swetra. Imieniny Stefana są 2 września. Złożyliśmy się i kupiliśmy. Bardzo mu było do twarzy, ale ktoś, kiedyś przyszedł i powiedział:- “Sweter by mi się przydał“. To Ojciec:- „Proszę chwilę zaczekać“. I oddał mu ten sweter szetlandzki.(247)

***
Był pierwszą osobą w Łodzi, bo dopiero Kuria później się w to włączyła, nawet była przestraszona pewnie i nawet nie wiedziała, jak się zachować. On był pierwszym, który się Internowanymi zajął, potrafił jeździć gdzieś daleko pod Lublin, czy do Gołdapi, nieraz mając świadomość, że nie będzie z nimi żadnego kontaktu. Ale oni wiedzieli, że on był pod bramą. Jego siostra mówiła, która mieszkała w Olsztynie, że któregoś razu wracając z takiej właśnie wizyty, znalazł się na Dworcu kolejowym w Olsztynie już po godzinie milicyjnej, gdzieś ok.23:00. Wyszedł przed Dworzec, stoi łazik milicyjny. Podszedł do nich, mówiąc:- Panowie, jestem księdzem, właśnie wróciłem z Gołdapi. Mam tu siostrę. Czy możecie mnie podwieźć?  Siostra była przerażona, jak zobaczyła milicjantów, którzy go prowadzą. Ale wszystko dobrze się skończyło.
Wtedy pojawiła się też przy Kościele o.o. Jezuitów, nowa działalność:- Duszpasterstwo Środowisk Twórczych, które po odejściu o. Miecznikowskiego, zamarło i zostało zlikwidowane.[…]. To był człowiek o ogromnym potencjale. Ciekawą rzecz powiedział:- Tak na prawdę poznał ludzi po wprowadzeniu Stanu wojennego.[…].
Jak się mówiło na Sienkiewicza, to zawsze trzeba było dokładnie powiedzieć, bo dwie przecznice dalej, mieściła się siedziba „UB“, a później „SB“. Myśmy tam z żoną byli przesłuchiwani w sprawie o. Czumy. Był aresztowany w 1970r, w związku z akcją braci Niesiołowskich na Muzeum Lenina w Poroninie.(248)
o. Józef ŁĄGWA SJ.(249)
O. Stefan Miecznikowski mieszkał na końcu korytarza, gdzie teraz zajmuje ten pokój o. Jan Beresiński. Trudno mi powiedzieć, czy o. Stefan miał radio? Ale chyba miał takie radio z kasetą. Czy słuchał “Wolnej Europy“. Tu był o. Franciszek Przybylski i on przy obiedzie dawał takie résumé:- „Najważniejsze wieści ze świata“. Miał kartkę i przy obiedzie nam wszystko przekazywał. Nawet nieraz do północy słuchał radia, co tam w świecie piszą. Zakonników w klasztorze było wtedy 7-8. Br. Władysław Kusiak miał klucz do pokoju o. Stefana. Ktoś o 21:30 przyniósł reklamówkę dla o. Stefana. Wówczas powiedziałem, że już nie będziemy Ojca budzić i powieszę tę reklamówkę na drzwiach. Rano, o 6:45 idę do Kościoła i widzę reklamówkę na klamce, tzn. w nocy nie wstawał, sen ma spokojny. Godz.8:00, reklamówka wisi, godz. 9:00, reklamówka wisi. 10:00, reklamówka dalej wisi. Mówię więc do br. Władysława:- To jest podejrzane, otwieramy pokój. Ręce mu się trzęsły, kiedy je otwierał. – Nic się nie stało, proszę otworzyć. Otwieramy  pokój. Ojca nie ma. Dzwonimy tu, tam, Ojca nie ma. Nikt go nie widział. Godzina 17:00, przyjeżdża: – „Byłem w Warszawie“.
– Ojcze, trzeba kartkę napisać, bo się martwimy.
Innym razem chciałem mu dać bilet do koncelebry, kiedy była beatyfikacja ks. Edmunda Bojanowskiego [13 czerwca 1999r, w Warszawie], aby był blisko Papieża:- „Nie, nie, dziękuję. Jadę do Ewy Goldman“
Ojciec Stefan nie mówił o przesłuchaniach na „SB“ i jak go odwiedził por. Piotrowski Grzegorz.
– Powiedziałem do niego:- Ojciec lubi podróżować…Tak, tak, ale służbowo“.  
Pałką od ZOMO dostał na ulicy o. Wojciech Skórewicz, porwali mu marynarkę, kiedy ratował chłopaka. A jego wzięli na Komisariat, przy ul. Piotrkowskiej.(250)

***
Ojciec jadąc do Zakładów Karnych w Hrubieszowie, Barczewie, czy w Fordonie, zawsze brał więcej paczek i przekazywał tamtejszym kapelanom.(251)

WEZWANIA na KOMENDĘ “MO”.
Filmowali nas z dwóch miejsc. Z pierwszego piętra domu, który jest naprzeciwko bramy do Kościoła i z czwartego piętra w wieżowcu. Kiedyś powiedziałem do Ojca: – Może puścimy im zajączki?. [ w lusterku odbite promienie słoneczne].- Nie, nie…Niech sobie filmują.
Byłem kilkakrotnie wzywany przez “SB” do Komendy Wojewódzkiej “MO”, przy ul. Lutomierskiej. Porucznik albo kapitan – nie pamiętam dokładnie – pytał mnie:– Czy ja wiem coś o nielegalnych książkach? I użył takiego słowa, którego nie znałem [bezdebitowe]:– Nie wiem, co to znaczy.
– To jest takie coś, co jest poza legalnością. Takie wydawnictwa
– Ja nie wiem. Ja czekoladę, kawę i makaron przewożę do rodzin, ale tych książek nie widziałem.
– A czy może pan mi takie oświadczenie napisać?
Proszę pana, ja z języka polskiego to miałem trójkę. Pani profesor mi powiedziała, ty Czołczyński wybierasz się na Politechnikę, to ja ci trójkę wystawię na maturze. Robię błędy ortograficzne do tej pory i gdy mam coś napisać do jakiegoś Urzędu, to żona za mnie pisze, która jest nauczycielką. No właśnie, może pan napisze za mnie to zeznanie, a ja podpiszę.
– Ja nie mogę tego za pana pisać…A skąd pan wie, co przewozi w tych paczkach?
– Bo je sam pakuję […]
Któregoś dnia, była rewizja w naszym domu. Było kilkunastu ZOMO-wców, prawie pluton. My wcześniej, załadowaliśmy do samochodu ciastka, które upiekłam, smalec i wyjechaliśmy po południu do Ośrodka.     A oni przyszli pod naszą nieobecność, pod pretekstem, że na cmentarzu ukradziono pomnik i w naszych komórkach szukano pomnika. Jest tych komórek 17, a oni weszli tylko do naszego garażu. Oczywiście, nic nie znaleźli.(252)

***
Po każdym takim wyjeździe z Ojcem do więzienia, przychodził do domu smutny pan z “Wezwaniem”, abym stawił się w Komendzie “MO” na Lutomierskiej. Byłem przesłuchiwany przez funkcjonariuszy w cywilu – ani razu nie był to umundurowany milicjant i tam zadawano mi pytania:- “Gdzie byliśmy…Co wieźliśmy”, itd.  Zawsze było ich dwóch. I jak ja to mówię: – jeden dobry, drugi zły. Na zasadzie, że jeden przyjacielski. I zawsze przesłuchiwali mnie ci sami. Ja tam za dużo nie chciałem mówić i wtedy wchodził ten drugi, mówiąc:– “I co, zamykamy go?”…

Tych przesłuchań było kilkanaście.
– “A po co byliście na Miodowej, w Komitecie Prymasowskim?”. Albo:-“A po co byliście u pana Władysława Bartoszewskiego? Groźby były tego typu:- “Jak nie przestanie pan tam jeździć, to pozbawimy pana pracy, żonę pozbawimy pracy. I co, weźmie pana ojciec Miecznikowski na garnuszek?
Odpowiadałem:- “Jak trzeba, to weźmie”
Wiem, że Ojciec się martwił o nas wszystkich dlatego, że Mirek Czołczyński też był przesłuchiwany na Komendzie, jako jeden z pierwszych. I chyba Grzegorz Siewiera też. Nie wiem tylko, czy Zdzisio Krakowiak był tam wzywany […]. Na tych przesłuchaniach próbowano udowodnić, że na terenie Parafii jest drukarnia, czy powielacz, że tam się coś robi. No, więc ja przyjmowałem takie stwierdzenia z uśmiechem.
– “Co się pan śmieje?” 
– “Bo bzdury mówicie. Co sobie wyobrażacie, że Ojciec siedzi na strychu i korbą kręci?”[…].
– Oni uważali, że tam jest całe podziemie łódzkie skupione, w tym Kościele […].
– “A jak oni panu płacą?”. Co miałem powiedzieć:- “Z licznika”.
Licznik miałem zawsze włączony […]. Przebijano mi opony, aby nie było wątpliwości z boku, nożem […]. Parkowałem na chodniku na ulicy Podrzecznej, vis a vis domu. No i któregoś pięknego dnia rano wstaję, patrzę przez okno, a tam kufer otwarty, wgnieciony, auto z przodu rozbite. Przypadek? […]. Pojechaliśmy kiedyś do Bydgoszczy. Zaproszono tam Ojca, aby wygłosił homilię, bo w Bydgoszczy też była taka Msza patriotyczna. No  i  jak wszedłem do środka, byłem w szoku. Kościół pełen, a w nim pełno symboli narodowych, ”Solidarnościowych”, flag, wszystkiego[…]. I jak wracaliśmy do Łodzi, była szaróweczka – było to na obrzeżach Bydgoszczy,  albo tuż za miastem, gdy w pewnym momencie był las. I chyba po lewej stronie drogi także. I nagle – kierowca jak mówię, widzi wszystko naokoło – z mojej prawej strony, nagle coś szarego przeleciało i na jezdni potoczył się…kamień. W pierwszym momencie nie wiedziałem, co to jest, czy ptak, czy coś innego. No, ale jak już spojrzałem, jak się to toczy, po drugiej stronie jezdni, na drugim pasie… Ech… Ojciec widocznie to zauważył, i mówi tak: – “Mirek, co to było?”. 
– “Nic ojcze, ptak”.
Chwila milczenia i Ojciec mówi:– “Oj, to nie był ptak”. […].
Zawsze siedział na tylnym siedzeniu, był notorycznie niewyspany.(253)  

***
Druh Jerzy Miecznikowski opowiadał, że jechał z o.Miecznikowskim, na jakieś spotkanie konspiracyjne-harcerskie i podczas jazdy, odpadło koło z samochodu, na przejeździe kolejowym, które ktoś prawdopodobnie odkręcił – rzadko się zdarza, że koło samo odpada z samochodu.(254)

***
Tam były odkręcone śruby. „Trzepotało“ to koło. Kierowca wysiadł i potem okazało się, że w czterech kołach były poluzowane śruby.(255)  

***
Ojciec był dwukrotnie na rozmowie w Komendzie MO przy ul. Lutomierskiej. To tam, w czasie „rozmów“ był stawiany mu zarzut, że przekupuje funkcjonariuszy więziennych, dając im paczki. Wtedy im odpowiadał:- Jestem kapłanem i nie może być tak, że jak daję jednym, to trudno, aby nie dać drugim, dzielić ludzi. Przecież i funkcjonariusze mają rodziny, kiedy na rynku jest ogólny brak wszystkiego. I trudno, aby taki człowiek patrzył i nie dostał czekolady dla swojego dziecka.
Zarzuty, jakoby Ojciec rozdzielał dary po znajomości, nie wyszły ze strony władz, tylko ze strony „maluczkich“ ludzi. Natomiast po wydarzeniach w Kwidzyniu, ze strony Służby Bezpieczeństwa było pismo do Biskupa Ordynariusza i Superiora o.o.Jezuitów. Biskup Rozwadowski odpowiedział im, że Ojciec nie jest w jego jurysdykcji. „Bezpieka“ chciała Ojca usunąć z Łodzi. Napisali kolejne pismo, tym razem do Prowincjała o.o.Jezuitów w Warszawie, ale Prowincjał się na szczęście nie ugiął.(256)

***
Wobec groźby zlikwidowania Ośrodka przez milicję. Łącznicy zostali zobowiązani do „małżeńskiej“ wierności względem podopiecznych (na wszelki wypadek pozostała druga, tajna kartoteka).

***
Dostaję na Uczelni [Politechnika Łódzka.] „Zawiadomienie”, że mam się zgłosić na Komendę przy ul. Lutomierskiej. Idę tam, a tam pierwsze pytanie: – To pani w domu nie nocuje?
– A to moja sprawa. A poza tym, skąd pan wie?.
– Bo mleko do obiadu, nieodebrane, stoi pod drzwiami.
Musieli być podczas mojej nieobecności i podczas dyżuru męża w Szpitalu [ im. ”Pirogowa”].(257)

***
To było 30 kwietnia, przyszłam do domu, a tu już była rewizja dokonywana przez „SB“. Zwróciłam się do swojego taty z pytaniem, czy ci panowie wylegitymowali się. Tata odpowiedział:- Nie.
Z kolei zwróciłam się do funkcjonariuszy:- Mają panowie nakaz rewizji?.
Usłyszałam w odpowiedzi:- Nie.
– To czego tutaj szukacie? Jak można takie bezprawie uprawiać?
Jeden z funkcjonariuszy odpowiedział:– W kodeksie postępowania karnego jest taki przepis, że podczas pościgu, można robić przeszukanie bez nakazu.
– A więc, pierwszy warunek jest już niedotrzymany, ale spytam o drugi:- Czy jest obecny wśród „ przeszukujących“ oficer?
Funkcjonariusz:– No, ja.
– To proszę się wylegitymować.
Funkcjonariusz macha legitymacją.
Proszę mi nie machać, bo ja muszę wiedzieć, kto dotyka moich rzeczy. A pan tutaj zachowuje się, jakby ten dom był pana własnością“.
Funkcjonariusz zdenerwowany podaje jakąś kartkę i tam było tylko imię i nazwisko.
– Proszę pana, a gdzie jest adnotacja o pańskim stopniu oficerskim? 
Funkcjonariusz podaje następny dokument, otwiera z adnotacją „Starszy inspektor.“
– Starszym inspektorem może być też sierżant.
Doprowadzony do granic wytrzymałości nerwowej funkcjonariusz przewraca kolejną stronę, gdzie jest wpis „Kapitan SB“.
Zwracam się do taty:- Ci panowie są ze służby bezpieczeństwa.
Funkcjonariusz:- Musimy panią zabrać.
– Z powodu?
Mamy prawo zatrzymać każdego obywatela na 48 godzin, bez uzasadnienia powodu.
W samochodzie funkcjonariusz zagadnął mnie o okrągły znaczek duszpasterstwa akademickiego, na którym był krzyż, a nad nim napis „Miłość, nauka i wiara“.
Proszę pana, znajdujemy się chyba na innych płaszczyznach i chyba nie mamy o czym mówić.
A ile, ksiądz Miecznikowski pani płaci, bo przecież nigdzie pani nie pracuje.
– Motywy, dla których jestem w tym ośrodku, nie będą dla pana zrozumiałe.
I na tym rozmowa między nami się skończyła. Dowieziono mnie do Komendy MO na ul. Lutomierską i wsadzono na tzw. „dołek“… [ Wniosek o prewencyjne zatrzymanie zatwierdził Z-ca komendanta ds Służby Bezpieczeństwa, płk mgr Jan Jasiński w dniu 27.04.1983r. Zatrzymania dokonała grupa: por. Grzegorz Osmulski, ppor. Marek Jóźwiak, mł.chor. Marek Wojciechowski. Uzasadnienie:- Wymieniona w przypadku pozostania na wolności może podjąć działania zmierzające do organizacji kontrmanifestacji w dniu 1 Maja ].(258)… Ojciec był wtedy na Rekolekcjach i dopiero po Mszy św. w niedzielę zorientował się, że mnie nie ma, w pierwszej myśli sądząc, że jestem chora. Zadzwonił do rodziców i od nich dowiedział się, co się stało. Od razu zadzwonił w mojej sprawie do Biskupa Rozwadowskiewgo, który zlecił wystąpienie w mojej sprawie do władz. W sobotę mnie zatrzymali, a w poniedziałek ok. południa już czułam jakąś nerwowość wśród funkcjonariuszy. Od jednego z nich usłyszałam:- Już pani wychodzi? Zaraz wszystko pani oddamy, proszę sprawdzić, czy wszystko się zgadza. Proszę dokładnie wszystko sprawdzić i podpisać protokół odbioru. I w pewnym momencie:- Pani Barbaro, jest pani wolna. Ale może by pani usiadła, byśmy porozmawiali, ma pani czas, przecież pani nigdzie nie pracuje.
– Jestem wolna, to do widzenia. Rodzice na mnie czekają. 
Po wyjściu od razu poszłam do o.o. Jezuitów. Ojciec był na Rekolekcjach u Sióstr Służebniczek na ul. Biegańskiego, zadzwoniłam tam. Jakaś siostra odebrała telefon i powiedziała:- Teraz jest Msza św.
– To proszę powiedzieć Ojcu, że dzwoniła Basia i jest już wolna.
Ponieważ dowiedziałam się w Ośrodku, że w mojej sprawie miał interweniować Biskup, szybko tam poszłam. Od razu do Kanclerza i powiedziałam:-  Już jestem wolna i już idę do domu.
A wieczorem, była Msza św. w Kościele o.o.Jezuitów, kiedy Ojciec wrócił z Rekolekcji. I wtedy poinformował mnie, że chce się ze mną widzieć Biskup. Więc poszłam. Biskup pytał o różne szczegóły, a ja mu podziękowałam za jego interwencję w mojej sprawie.(259)

***
W lipcu i sierpniu Ośrodek pracuje, choć na zmniejszonych obrotach. Szokiem jest dla nas fakt brutalnego pobicia więźniów w Kwidzyniu. W odpowiedzi na to, ojciec odczytuje z ambony swój protest. Naturalną koleją rzeczy, otrzymuje wezwanie na MO. Wizyta ma przebieg niewątpliwie godny przypomnienia. Urzędnik [Funkcjonariusz]: – „Wy tam macie powielacz!“.
Ojciec:- „Niech się pan nie wygłupia!“.
– „Ksiądz nieobiektywnie ocenia fakty! Księdza kazania są agresywne!“.
– „To wasza wina. Nie stwarzajcie takich sytuacji, to nie będą[ę] o nich mówił.“
– „Ksiądz w ogóle jest agresywny wobec władzy.“
„Ależ skąd, jestem w znakomitych stosunkach z naczelnikiem więzienia.“
– „No, my wiemy, jakimi sposobami!“.
„No, jakimi? Wybaczcie panowie, ale kultura po prostu wymaga, bym rozdzielając paczki, dojrzał również strażnika, który ma dziecko. Ja jestem księdzem!“
I nagle – z tamtej strony – zaskakujące pytanie: – „Co moglibyśmy dla ojca zrobić?“
I szalona odpowiedź:- „Pomóżcie mi – po pierwsze – dostać się do Kwidzynia i Hrubieszowa, po drugie – wyjechać“.
– „Dokąd? Do Rzymu?…“
„Nie, na Białoruś.“
Po wygłoszonym z ambony proteście, zbiórka na potrzeby więźniów wynosi 200 000 zł. Jest też inny efekt: przeciw Ojcu Miecznikowskiemu, Urząd do Spraw Wyznań wytacza postępowanie administracyjne „za działalność antypaństwową“. W porozumieniu z kanclerzem Kurii Łódzkiej, ojciec postanawia na to nie reagować. Władze wzbraniają mu wstępu do hrubieszowskiego więzienia, mimo trwającej głodówki ponad 100 więźniów, walczących o status politycznego. Są w ciężkim stanie, bici i przymusowo karmieni. Ojciec wielokrotnie ponawia próby dotarcia do nich, bezskutecznie. Stoi wtedy pod więzieniem i daje im znaki, że jest, że do nich przyjechał. Za którymś razem – bodajże siódmym! – ląduje w Komisariacie.
Niewyczerpana jest cierpliwość Służby Bezpieczeństwa. Jednak – my – w Ośrodku – żyjemy w ciągłym lęku, że w końcu ojca zamkną. Liczymy się z tym poważnie, ustalamy nową organizację pracy na wypadek, gdyby go zabrakło.(260)

GOŚCIE z KOMITETU PRYMASOWSKIEGO.

Ośrodek nie mógł pozostawać bez kontaktu z innymi Ośrodkami Pomocy w kraju. Wspólne kontakty, wymiana informacji i doświadczeń pozwalały na usprawnienie prowadzonych akcji. W Ośrodku w Łodzi, gościła Maja Komorowska, współzałożycielka Warszawskiego Prymasowskiego Komitetu Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i Ich  Rodzinom.

***
Maja Komorowska i inni, przyjeżdżali z Komitetu Prymasowskiego, aby wymienić z Ojcem informacje i potrzeby dot. naszego Ośrodka w zakresie dalszej pomocy Internowanym. Np. dr Lidia Grabowska  przy-jechała do Ośrodka, jak Józef Śreniowski uciekł ze Szpitala w Łowiczu. I z tego powodu kilku Internowanych, w tym m.in. Marek Niesiołowski, Tomasz Mysłek, zostali przewiezieni do Szpitala w Zgierzu – umieszczeni na Wydziale Psychiatrycznym. I ona przyjechała do Łodzi, aby wzmocnić starania, żeby ich z powrotem umieścić w Szpitalu w Łowiczu. Ks. Biskup Józef Rozwadowski od razu wysłał do władz protest, podkreślając przyjętą przez władzę zasadę zbiorowej odpowiedzialności.(261)

***
Kuria Metropolitalna Warszawska oddelegowała Józefa Maja do Łodzi ze wspomnianej placówki, aby zapoznał się z tutejszym „dziełem pomocy” i poinformował księży w stolicy o zasadach jego funkcjonowania.(262)

 INNE WYJAZDY OJCA. 
W maju, Ojciec jeździł co tydzień do Warszawy, aby pomodlić się przed relikwiami Św. Andrzeja Boboli. Rano wyjeżdżał do Warszawy, a wieczorem wracał do Łodzi. Miał wielkie nabożeństwo do tego Świętego, gdyż jak mówił, był jego patronem powołania. W dniu 17 czerwca 1938r, kiedy sprowadzono relikwie św. Andrzeja Boboli do Warszawy –  Ojciec wtedy mieszkał w Warszawie –  bardzo to przeżył. I wtedy się zdecydował, że będzie księdzem i to jezuitą. Jego wybór nie został zaakceptowany przez ojca. Dopiero wiele lat po wojnie, jego wybór został zaaprobowany, kiedy rodzice Ojca zamieszkali w Olsztynie, bo ich dom w Warszawie został zniszczony, a Ojciec miał w tym mieście Rekolekcje. Sprawił to tłum wiernych, wypełniający Kościół. I zawsze od 16 maja, była Nowenna do św. Andrzeja Boboli, przez 9. dni. Ojciec był tytanem pracy.(263)

***
Kiedyś Ojciec przyszedł do mnie do Liceum – byłam nauczycielką j. polskiego – i Dyrektorka Liceum przechodząc korytarzem, zobaczyła Ojca. Była jego wizytą oburzona. A później w Pokoju Nauczycielskim dała upust swojemu niezadowoleniu, mówiąc:- Ten Jezuita był u nas w Szkole. Jak on śmiał tu przyjść!
Rozmowa z Ojcem odbyła się na korytarzu, podczas przerwy lekcyjnej. Uczeń wszedł do Pokoju Nauczy-cielskiego i mnie wywołał na korytarz. Ta rozmowa dotyczyła Mszy świętej, niedzielnej o godz.10:00, podczas której była potrzeba recytacji patriotycznego wiersza. Ojciec chciał, aby to zrobił jakiś uczeń. Niestety nie doszło do tego, uczniowie bali się. A ja wtedy, poprosiłam jednego z uczniów, który  pięknie recytował nie wiedząc, że jego ojciec jest wysokim ofice