Książka

Biografia

Ksiądz Stefan Miecznikowski, zdjęcie starszego pana z siwymi włosami zaczesanymi do góry w dużych okularach.

O. dr Stefan Miecznikowski SJ [łac. Societas Jesu]
(fot. ze zbiorów Zbigniewa Koszałkowskiego)

Urodził się w Warszawie 25 sierpnia 1921, jako syn Stefana i Leokadii z domu Prusak. Miał siostrę Janinę.  Wielki wpływ na jego osobowość miała szkoła, harcerstwo i wychowanie patriotyczne w domu. To stamtąd wyniósł szacunek, umiłowanie i oddanie własnego życia Ojczyźnie, oraz chęć ponoszenia za nią ofiarę i gotowość do jej obrony. A przy tym, oddany ideałom skautingu – wstąpił do Związku Harcerstwa Polskiego i do końca życia nie rozstawał się  z  krzyżem harcerskim. Zatem, nie dziwią jego słowa, kiedy powiedział o sobie w wywiadzie dla „Dziennika Łódzkiego” w dniu 9 grudnia 1970: – „Należałem do dobrej drużyny harcerskiej w Warszawie, pracowałem w Towarzystwie Przyjaciół Weteranów z 1863. To ukształtowało moją wrażliwość. Dla nas wychowanych w 20-leciu międzywojennym, sprawa Polski, sprawa narodu, sprawa wspólna, była ważniejsza niż wszystkie inne “.
W okresie okupacji stanął przed dylematem wyboru swojej przyszłej drogi życia. 
A na ten wybór, miała znaczący wpływ męczeńska śmierć zadana z rąk Kozaków –  św. Andrzejowi Boboli – autorowi tekstu ślubów lwowskich króla Jana Kazimierza, zwanego apostołem Polesia i jego kanonizacja w 1938. Decyzja wstąpienia do zakonu Jezuitów, zaskoczyła rodzinę, zwłaszcza Stefana seniora, z zawodu elektromontera. Pragnieniem ojca było, aby jego syn został inżynierem. Sprzeciwił się decyzji syna i rozstał się z nim bez pożegnania. I nie zmieniły tego listy, jakie na przestrzeni lat napisał syn do ojca, które pozostały bez odpowiedzi. Stefan senior, pojednał się z synem dopiero po 30 latach,  kiedy przyszedł do Kościoła w Olsztynie, gdzie jego syn prowadził rekolekcje ignacjańskie. Wrażenie wywarł na nim, nie tylko tłum w Kościele, ale słowa jakie usłyszał.

„Stefku, czy ty nie żałujesz, że wybrałeś tę drogę? Ciężka to jest przecież droga“-  pytała siostra Janina. „Nie”- odpowiadał – „Nigdy nie żałowałem i nie żałuję”. A na zarzuty „SB”, że prowadzi działalność antypaństwową, odpowiadał: -„To moja powinność. Jestem księdzem”.

A miał 19 lat, kiedy jesienią 1940 wraz z przyjacielem Władysławem Kusiakiem, wyruszył pieszo w niebezpieczną drogą do Seminarium Jezuitów w Starej Wsi, oddalonej od Warszawy ok.400 km. To był wyczyn. Tylko wielka determinacja i Opatrzność Boża, mogła pokonać nie tylko trudy fizyczne tej ryzykownej eskapady.
W 1943 opuścił Starą Wieś, na rzecz Nowego Sącza, gdzie podjął trzyletnie studia filozoficzne. W 1946 uzyskał tytuł magistra. W latach 1947-1949 rozpoczął w Świętej Lipce – w pobliżu Kętrzyna nad jeziorem Dejnowa – pracę duszpasterską i charytatywną wśród osieroconych mazurskich dzieci, różnych narodowości i wyznań. W latach 1946-1950 kontynuował studia na Wydziale Teologicznym w Krakowie. Święcenia kapłańskie otrzymał z rąk księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego. A tuż po nich, otrzymał dekret do Kalisza, gdzie został socjuszem magistra Nowicjatu. W 1953 został skierowany do Lublina na studia pedagogiczne na KUL. Był tam duszpasterzem akademickim – a lata jego posługi, przypadły na szczyt dyktatury stalinowskiej w Polsce. W 1957r., wyjechał na studia do Rzymu, zgłębiając wiedzę o kierunku teologii ascetycznej na Uniwersytecie Gregoriańskim. W 1960 obronił doktorat, pracą zat: “Ministerium Verbi Dei. Introductio conceptum apostolatus Ignatiani R./“ Tajemnica Słowa Bożego. Wstęp do duchowości św.Ignacego“.
Po powrocie do Polski ponownie trafił do Kolegium w Kaliszu, pełniąc do 1966 obowiązki magistra Nowicjatu. W 1967 skierowany do Łodzi, spędził w tym mieście, jak sam później ocenił, najważniejsze lata swego życia. Początkowo był duszpasterzem akademickim, jednym z najstarszych duszpasterzy akademickich w Łodzi. Jednak po aresztowaniach studentów z jego otoczenia, aktywnych w rozbitej przez Służbę Bezpieczeństwa opozycyjnej organizacji „Ruch”, władze zakonne ponownie przeniosły go do Kalisza.
Powrócił do Łodzi w 1978r. Oprócz ponownej pracy w środowisku akademickim, zajął się duszpasterstwem rodzin. I wkrótce, został też kapelanem powstającego w Łodzi, Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” i jej duchowym przywódcą.  Już pierwszego dnia, po wprowadzeniu stanu wojennego, powołał przy Kościele o.o.Jezuitów – Ośrodek Pomocy Uwięzionym, Internowanym i Ich Rodzinom. Przy nieocenionej pomocy byłych wychowanków, głównie z Duszpasterstwa Akademickiego, sporządził listy aresztowanych i internowanych – ważnej informacji dla rodzin, które nie były informowane przez Milicję,  o miejscu przebywania ich bliskich. W ślad za tym, podjął szereg inicjatyw na rzecz opozycji. Przyczynił się do powstania Ośrodka dla Pozbawionych Pracy [kierowanego przez    ks.Antoniego Głowę]. Był inicjatorem powołania Duszpasterstwa Środowisk Twórczych (integrujących środowisko intelektualne Łodzi), organizował specjalne spotkania dyskusyjne (podczas tzw. spotkań  środowych”). Odprawiał Msze św. za Ojczyznę. Jego płomiennych patriotycznych kazań, słuchało tysiące  łodzian.
W 1989 został przeniesiony przez władze Prowincji  na Wybrzeże ( Jastrzębia Góra). 
Jest autorem kilku książek  m.in: Kazania stanu wojennego, Rozważania o Ojczyźnie (1998), Almanach Harcerski (1999).
Zmarł po długiej i ciężkiej chorobie w dn. 27 grudnia 2004.  Został pochowany w grobowcu Jezuitów, na Cmentarzu Katolickim na Dołach w Łodzi.
Po upadku PRL, został:
1/ Honorowym Obywatelem m.Łodzi (wrzesień 1992).
2/ Na wniosek łódzkiego Zarządu Regionu, podczas VII Krajowego Zjazdu „Solidarności”, otrzymał tytuł Honorowego Członka „Solidarności” (1995).
3/ Nominowany na harcmistrza – najwyższy stopień instruktorski w harcerstwie (17 listopada 1999).
4/ Uhonorowany „Medalem za zasługi w walce o Niepodległość Polski i Prawa Człowieka”, przez Polsko-Amerykański Ośrodek Kształcenia Zawodowego (31 sierpnia 2002).
5/ Powołany do Honorowej Rady Budowy Muzeum Powstania Warszawskiego, przez prof. Lecha Kaczyńskiego ówczesnego Prezydenta m.st.Warszawy (31 sierpnia 2003).
6/ Mieszkańcy Łodzi wybrali o.Stefana Miecznikowskiego na najbardziej popularnego  łodzianina 15-lecia wolnej Polski (2005r.).
7/ Prezydent RP prof.Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie o.Stefana Miecznikowskiego, „Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski” (3 maja 2007).
*
Z wystąpienia ojca Stefana Miecznikowskiego podczas uroczystości nadania mu tytułu Honorowego Obywatela Miasta Łodzi:
[…]. „ Rozmija się ze społecznym odczuciem nagradzanie kapłana – zakonnika honorami za działalność charytatywną, która jest jego obowiązkiem, nie zasługą (…).  A jednak nie mogłem zlekceważyć tego aktu społecznego uznania, bo autorem jego jest prosty człowiek: tramwajarz, pracownik zakładu włókiennicze-go, uczestnik ruchu zawodowego (…). Przyjmuję więc i dziękuję w ich imieniu i w imieniu własnym, skoro dostrzeżono w mej służbie akt etyczny (…). W aktualnej  chwili, kiedy ludziom mieszają się pojęcia i zasady, tworzą nowe podziały, wołajmy o przywrócenie naszemu społeczeństwu czystego tonu współdziałania i współpracy – skoro wreszcie mamy na prawdę nasz własny, choć biedny dom“.

Wstęp

       Tytuł i podtytuł tej publikacji – powstałej w całości na bazie źródeł pierwotnych i wtórnych – sugeruje wielopłaszczyznowość tematu. I tak w istocie jest. Jakkolwiek niniejsze opracowanie ma głównego bohatera, jakim był o.Stefan Miecznikowski SJ – to w jej strukturze nie mogło zabraknąć osób z Jego (i nie tylko) otoczenia, które z Nim współpracowały, były Jego wychowankami i które podzielały głoszone przez Niego wartości ( nie tylko w misyjnym wymiarze  wiary), ale i pragnienia samostanowienia własnej państwowości Polski – państwa w latach 1945-1989, de facto kolonialnego wobec Związku Radzieckiego. To nieuchronnie musiało doprowadzić do konfrontacji z aparatem represji, jakim był „Urząd Bezpieczeństwa”, a później „Służba Bezpieczeństwa” (w latach PRL tajnych współpracowników i kandydatów na tajnych współpracowników donoszących na osobę o.Miecznikowskiego, było blisko 90. – nie wszystkich w tej pracy uwzględnionych). Doświadczyli tego i inni, zwłaszcza w tak nadzwyczajnym okresie, jakim był stan wojenny w latach 1981-1983, nieprawnie proklamowany uchwałą z dnia 12 grudnia 1981r, na wniosek Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego tymczasowego, niekonstytucyjnego organu władzy, a faktycznie nadrzędnego wobec konstytucyjnych władz państwowych. Został on poparty przez Sejm Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, uchwałą z dnia 25 stycznia 1982r.
O.Stefan Miecznikowski swoją postawą dał świadectwo, jaki jest sens zawarty w słowach; – Bóg, Honor, Ojczyzna, człowiek-człowieczeństwo. I że bez względu na okoliczności i następstwa, nie można nimi  kupczyć, dla partykularnych czy małostkowych interesów. W kanonie polskich wartości, słowo Wolność jest podmiotem – do podtrzymania i budowania poczucia tożsamości narodowej – zajmuje miejsce wyróżnione, jest wymieniane w pierwszej dziesiątce wartości najwyżej cenionych przez Polaków, ustępując miejsca tylko rodzinie i miłości. Ma ono także swój wymiar moralny: niepodległość narodu, przy jedno-czesnym założeniu, że niepodległość jest rodzajem absolutnej wartości (która znajduje się w ciągłym zagrożeniu i o którą należy nieustannie walczyć, kosztem wszelkich osobistych ofiar.)”(1)
Już od pierwszych lat swojego kapłaństwa, o.Stefan Miecznikowski SJ obdzierał z zakłamania wszczepioną przez PZPR, filozofię materializmu dialektycznego Marksa. I to nie przypadek, że został kapelanem łódzkiej „Solidarności” i nie bez przyczyny zostaje mu przydzielona rola rozjemcy w skłóconym środowisku opozycyjnym w Łodzi – wyznaczony do mediacji przez Lecha Wałęsę, Przewodniczącego NSZZ „Solidarność”, zaproszonego z tego powodu do Łodzi w dniu 22 lutego 1989 przez Regionalną Komisję Wykonawczą i Międzyzakładowy Komitet Organizacyjny NSZZ Ziemi Łódzkiej.
Rola o.Stefana Miecznikowskiego w historii Łodzi jest niezwykła – bezspornie przyczynił się do zapisania chlubnej karty tego miasta w ostatniej dekadzie PRL, co mogą potwierdzić przytoczone dokumenty. A przywołanie tego okresu, automatycznie wzbudza skojarzenie ze stanem wojennym. Dlatego forma „narracji”- jakim jest konstrukcja tej publikacji z rysem „eklektyzmu” źródeł wydarzeń i epizodów ubocznych – ma na celu uwzględnienie wielu faktów i pojęć, aby stały się zbiorem połączonych elementów, dla oddania klimatu minionego ustroju i heroizmu o.Stefana Miecznikowskiego SJ. Bez ich przytoczenia, ocena działalności tego zakonnika, byłaby niepełna, spłaszczona do banalnego terminu „ Był, żył…Coś tam zrobił…”, a nawet do strywializowania jego postaci. Mają więc na celu przywołać obraz człowieka, podejmującego każdego dnia nietuzinkowe działania, nie tylko wobec internalizacji norm heteronomicznych władz PRL, ale i także presji zewnętrznej, ze strony przedstawicieli Zakonu Jezuitów, w tym: Prowincjała Towarzystwa Jezusowego [vide: TW ”Dyrektor”], i niemałego grona księży diecezjalnych i osób świeckich, A On, ani przez chwilę nie wątpił, że dobro innego człowieka i szerzej:- społeczności, jest nadrzędne i jest Jego powinnością.
Jaką trzeba mieć siłę woli i psychikę, aby temu sprostać, nie poddać się, nie ulec introjekcji, przez 43 lata inwigilacji „UB” i „SB”… – Autor pozostawia Czytelnikowi do refleksji.
Zastosowany rodzaj metodyki, ma przybliżyć rzeczywistość w PRL dla tych, którzy o historii tego okresu w ogóle nie słyszeli, albo znają ją bardzo słabo. Jeszcze inni, którzy większą część życia spędzili w PRL-u, chcieliby swoje wyobrażenia o tym okresie skonfrontować z badaniami historyka [w tym przypadku, historyka-amatora]. Jednak adresatem szczególnym są ludzie młodzi, którzy nie pamiętają tamtej epoki, dostrzegają ją jednak, choćby przez związki językowe, mają braki w edukacji lub są pod wpływem środowiska politycznego, dezawuującego historię tego okresu.
Exemplum: – W dniu 27 sierpnia 2016, ul.Józefa Kraszewskiego w Łodzi, przechodzi młodzież licealna (10 osób). W szokujący sposób reaguje na wieńce i wiązanki kwiatów, złożone dzień wcześniej pod tablicą upamiętniającą 1.strajk „Solidarności”, w byłej siedzibie zajezdni autobusowej „MPK”, mieszczącej się pod nr 7/9.(2) Odwlekany dotąd projekt napisania książki o o.Stefanie Miecznikowskim SJ i Ośrodku Pomocy dla Uwięzionych, Internowanych i ich Rodzin (powołany jako pierwszy w Polsce w stanie wojennym i  o zakresie udzielonej pomocy dla ok.600 rodzin  internowanych – nie tylko z terenu łódzkiej aglomeracji) (3), natychmiast przybrał konkretny zarys.
Każdy zryw i ruch społeczny ma różne oblicza. Zajmuje się tym socjologia humanistyczna, poprzez składowe zróżnicowanych teorii, którego wspólną osią jest zainteresowanie przeżyciami jednostek. I często wierzymy w to, co się nam mówi, póki nie uświadomimy sobie – nieraz zbyt późno – że zostaliśmy wprowadzeni na drogę wiodącą do autodestrukcji. A zwłaszcza, kiedy dotyczy to osoby, która sympatyzuje z ideologią danej organizacji politycznej i z nią współpracuje, nawet nie będąc członkiem tej organizacji. Najnowsza historia ma to do siebie, że obok ustnego przekazu, własne widzenie spraw, uefektywnia obiektywizm – im bliżej jesteśmy źródeł pisanych. A doświadczenie zbiorowe, nie jest sumą doświadczeń indywidualnych, zwłaszcza skrajnych.
Głównym, udokumentowanym źródłem wydarzeń w Łodzi w okresie PRL-u, Ośrodka Pomocy dla     Uwięzionych, Internowanych i ich Rodzin, Duszpasterstwa Środowisk Twórczych oraz wkład o.Stefana Miecznikowskiego SJ w dzieło misyjne łódzkiego Kościoła i historii Łodzi, była kilkuletnia kwerenda w archiwum „IPN” O/w Łodzi – miejscu najbogatszych zasobów meldunkowych aparatu represji i tajnych współpracowników (a zacytowanie ich, wg zasad i norm w tych służbach obowiązujących, nadaje przytoczonym dokumentom siłę waloru poznawczego – dotyczy to również scanów z Kalendarium Ośrodka Pomocy, niekiedy trudnych w odczytaniu, przez jakość pisma i estetyki, ale potraktowane przez autora jako artefakty identyfikacyjne). Podobny zakres badawczy, został przeprowadzony w Archiwach: – Mazowieckiej Diecezji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego, Archidiecezji Łódzkiej, Miasta Łodzi, Akt Nowych, oraz w procesie zarejestrowanych wywiadów (nie wszyscy współpracownicy o.Stefana Miecznikowskiego, wyrazili na to zgodę).
Niniejsza biografia miałaby bez wątpienia jeszcze i inne przesłanie oraz większą wartość artefaktu, gdyby nie decyzja gen.Czesława Kiszczaka szefa MSW, o zniszczeniu w latach 1989–1991 akt osobowych, zbiorów operacyjnych, w tym: filmów, zdjęć i nagrań z archiwum ministerialnego i podległych mu jednostek.
W/g szacunku archiwisty „IPN“ w Łodzi, zniszczono z tego regionu administracyjnego, aż 87% akt tajnych współpracowników. A w tymże oddziale „IPN“, można znaleźć informacje o ok.50.000 „TW“.(4)
W zacytowanych dokumentach źródłowych są błędy ortograficzne, fleksyjne czy frazeologiczne, a poprawki – oznaczone przez autora nawiasami kwadratowymi lub okrągłymi, miały na celu  uzupełnienie tematu – bez zmiany ich sensu poznawczego, pragmatycznego, jak i oryginalnej typografii. Dotyczy to także struktury wywiadów,  aby zachować typologię osobowości rozmówców.
 Tej publikacji nie byłoby bez empatii i życzliwości grona ludzi, którym tę drogą autor pragnie przekazać słowa podziękowania. A przede wszystkim tym, którzy zechcieli udzielić tak wiele cennych wskazówek i informacji lub w jakikolwiek inny sposób przyczynili się do jej powstania. Swoje wyrazy wdzięczności kieruję do o.dr Jacka Granatowskiego SJ, o.Józefa Łągwy SJ, o.Tadeusza Domaradzkiego SJ, Henryka Marczaka, Pawła Spodenkiewicza, Zofii Ciach, dr hab. Dariusza Jeziornego, i prof. Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego. Wynik tej pracy dedykuję swoim wnukom: – Alexowi, Elli i Szymonowi. I tym, którzy jeszcze dzisiaj utożsamiają się z mentalnością młodzieży z ul.Kraszewskiego (zachęcam szczególnie do wstrząsającej relacji z pobytu w więzieniu: – Jerzego Kropiwnickiego i Andrzeja Słowika).  Dopełnieniem dla młodego pokolenia, byłoby spotkanie z tymi, którzy byli osadzeni za swoje przekonania w więzieniu i z tymi, którzy z powodu pragnienia życia w wolnej i demokratycznej Ojczyźnie, zostali zwolnieni z pracy, relegowani z grona studentów, albo ze Szkoły.

Podpowiedź: 1.
 […]. W związku z akcją przyjęć na wyższe uczelnie, wpływają do nas pisma z M.O., w sprawie zezwolenia wydania świadectw moralności dla kandydatów na wyższe uczelnie. Po sprawdzeniu w Wydziale II. i w liście osób, których nie należy przyjąć na wyższe uczelnie, wydajemy odpowiedzi negatywne, względnie pozytywne. Obecnie wg instrukcji M.B.P.[Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego], sporządziliśmy 25 list z nazwiskami kandydatów, ubiegających się o przyjęcie, a których nie należy przyjąć. Listy te oddaliśmy osobom zaufanym.[…].(5)

2.
/1979r/ Do dyrekcji ZSB nr 1 w Łodzi. Uprzejmie zawiadamiam, że ze względów zasadniczych nie mogę brać udziału w ewidencjonowaniu uczniów “niedostosowanych społecznie”. Taką ewidencję uważam za niedopuszczalną, a jej sporządzanie uwłaczałoby mej godności zarówno osobistej jak i zawodowej oraz podważałoby mój autorytet wobec uczniów i ich zaufanie do mnie. Ponadto, co się tyczy zalecanych w pracy wychowawczej obchodów rocznic – to oświadczam, że pominąłem zupełnie rocznicę urodzin F.[eliksa] Dzierżyńskiego – w przyszłości będę robił to samo, a za rocznicę Odzyskania Niepodległości przez Polskę uznaję dzień 11 listopada, a nie 6 listopada./Władysław Barański/.
Łódź, 26.10.1979. Z arkusza spostrzeżeń pod datą 27.10.1979 “odmówił również udziału w powołaniu organizacji ZSMP [Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej] na terenie kl.Ic, którą prowadzi, ponieważ nie widzi celowości istnienia tej organizacji na terenie klasy i szkoły”./Dyrektor ZSB nr1(6).   
***
/1980r/. Obywatel Władysław Barański [fizyk]. Nauczyciel Średniego Studium Zawodowego i Zasadniczej Szkoły Budowlanej w Łodzi, ul.Przędzalniana 66. Na podstawie art.96 Ustawy z dnia 27 kwietnia 1972. Karta praw i obowiązków nauczycieli /Dz.Ustaw nr 16 poz.114/ Urząd Miasta Łodzi – Kuratorium Oświaty i Wychowania rozwiązuje z obywatelem stosunek pracy z dniem 21 czerwca 1980. 
Zgodnie z art.28 pkt.2 wspomnianej wyżej ustawy, prawo obywatela do uposażenia gaśnie z dniem 30 czerwca 1980, Tadeusz Podwysocki /Kurator Oświaty  i Wychowania/ pismo to zostało zakomunikowane W.Barańskiemu w dniu 21 czerwca w obecności grona pedagogicznego ZS[Zasadniczej Szkoły] Budowlanej, nastąpiło to już po zwolnieniu młodzieży do domu, było to zakończenie roku szkolnego/.

3.
/1982r/ Piotr SADKOWSKI, lat 17. Uczeń II kl.Technikum Elektrycznego w Łodzi, usunięty ze Szkoły za próbę zjednania uczniów do protestu wobec stanu wojennego. Wyrok 1,5 roku w zawieszeniu na 4 lata. Marek BUDZISZ, uczeń XII LO w Łodzi aresztowany za kolportowanie ulotek. Adam GROBLICKI uczeń, pobity przez „SB“, 11.01.1982r w bramie przy ul.Piotrkowskiej, za noszenie znaczka “Solidarność“.

________________________________
(1).„Słowa kluczowe. Różne języki – różne kultury” – Anna Wierzbicka 1997/2007: 283. Od 1972 na stałe w Australii. Obecnie pracuje w Australian National University.  
(2) Więcej na temat strajku w MPK (26-31 VIII 1980) zob.W.Domagalski, Kartki Trautmana. Strajk w MPK i powstanie łódzkiej „Solidarności”. Łódź 2005r.
(3) Pod pojęciem region łódzki, należy przyjąć województwo miejskie łódzkie w granicach określonych w Ustawie z dnia 28 V 1975.
(4) Radosław Peterman, referat wygłoszony w łódzkim oddziale „IPN“ w dn.26 maja 2004.                
(5) Sciśle tajne. Do Naczelnika Wydziału IV. Departamentu V-go, Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego UiAD.  Raport okresowy.1.V.br. do 31.V.br…48r.  
(6) AIPN Ld 0082/48 t.3. k.125. Urząd Miasta Łodzi, Kuratorium Oświaty i Wychowania 90-926 Łódź – 49 ul.Piotrkowska 104, Łódź, dnia 14 czerwca 1980. 

Rozdział I

KIM BYŁA PRL i JEJ APARAT REPRESJI


Polska Rzeczpospolita Ludowa (PRL) – oficjalna nazwa państwa polskiego w latach 1952 – 1989. W latach 1944 – 1952, jako Rzeczpospolita Polska. W okresie 1944 – 1989, propagandowo, potocznie i niekiedy w oficjalnych aktach władz, nazywane Polską Ludową. 27 lipca 1944 w Moskwie – Edward Osóbka Morawski [jako Przewodniczący powołanego w Moskwie Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego (PKWN) i Wiaczesław Mołotow [Minister Spraw Zagranicznych ZSRR], podpisują tajne porozumienie w sprawie uznania tzw. linii Curzona za wschodnią granicę Polski. To porozumienie, spowodowało formalną odstawę do aresztowań, wywożenia, osądzania polskich obywateli [przez podmioty sowieckie], bez udziału polskich Sądów, czy bez udziału polskiej Prokuratury. Artykuł 7. tego porozumienia stał z przeczności z Konstytucją marcową, na którą powoływał się PKWN, w/g której Obywatel ma prawo do własnego Sądu, ale Sądu swojego państwa. Tajne porozumienia Stalina z zachodnimi aliantami, de facto oddało Polskę sowieckiej strefie wpływów na kilka dekad.
Komuniści sprowadzeni ze ZSRR do Polski mieli działać w oparciu o Konstytucję marcową z 1921, tylko że ta Konstytucja, nie przewidywała istnienia KRN [Krajowej Rady Narodowej], ani też nie przewidywała istnienia Polskiego Komitetu Narodowego. Stalin finansuje KRN, przekazując na ten cel 87.500 zł, a na utrzymanie partyjnego aparatu PPR [Polskiej Partii Robotniczej] – 25.000 zł (partyjne legitymacje są drukowane w Moskwie). I w tym okresie Polska była państwem niesuwerennym, pozostającą pod dominacją Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich (ZSRR) i kierowaną przez komunistyczną Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą (PZPR), powstałą w grudniu 1948, po zjednoczeniu Polskiej Partii Robotniczej (PPR) i Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS). Jej doktryną było realizowanie ideologii marksizmu-leninizmu, poprzez przekształcenie ustroju politycznego, gospodarki i instytucji społecznych w Polsce, na wzór rozwiązań wprowadzonych w ZSRR. A jej spełnienie – poprzez terror. Państwo komunistyczne było tworem ideologicznym. Jego totalitarna natura objawiała się w ambicji ukształtowania jednolitych postaw, a nawet jednolitych poglądów – aprobaty dla teorii marksistowskiej i dla praktyki realnego socjalizmu. Jednak występujące cyklicznie kryzysy gospodarczo-polityczne na tle strukturalnych sprzeczności tego ustroju, powodowały konieczność taktycznego zawieszania czy relatywizowania tych ambicji. Tak należy tłumaczyć koncesje dawane przez władzę komunistyczną różnym środowiskom (np.chłopom, rzemieślnikom, Kościołowi instytucjonalnemu, czy też laikatowi), od których oczekiwała okresowego poparcia, kiedy nie wystarczała już zwykła legitymizacja wywiedziona z doktryny dyktatury proletariatu. Kierownictwo Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wyznaczało na każdym etapie cele cząstkowe, realizowane przez wyspecjalizowane agendy, np; – Urząd do Spraw Wyznań, Główny Urząd Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk z nadrzędnym ośrodkiem jakim był IV Departament MSW.(7)
Ten Departament operacyjny – utworzony 9 czerwca 1962 – powstał z wydzielonego Departamentu III [wchodził dalej w skład Służby Bezpieczeństwa], zajmując się walką z wrogą, „antypaństwową” działalnością
Kościołów i związków wyznaniowych w PRL. ( analiza i informacja bieżąca, prognozy dla kierownictwa MSW i PZPR, dokumentacja, sondaże wśród duchownych, współpraca z pozostałymi Wydziałami o pokrewnej tematyce w strukturze MSW).
Wydział I
– ukierunkowany na kierownicze ogniwa Kościoła katolickiego, w tym urząd Prymasa, biskupów, kler parafialny oraz tzw. kler pozytywny – patrioci, wykładowcy świeccy KUL [Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego], ATK [Akademii Teologii Katolickiej], wyższe seminaria duchowne, ich studenci i alumni, osoby świeckie kontaktujące się z klerem parafialnym.

(7) Książka Romana Graczyka “Cena przetrwania SB wobec Tygodnika Powszechnego.”
Wydział II
– ukierunkowany na stowarzyszenia kościelne, ugrupowania katolików świeckich i ich bazy wychowawcze, oraz na byłych działaczy chadeckich, Stowarzyszenia PAX, PZKS [Polskiego Związku Katolicko-Społecznego], Zjednoczone Zespoły Gospodarcze, ODISS [Ośrodka Dokumentacji i Studiów Społecznych], ChSS [Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Społecznego], aktyw świecki i duszpasterstw stanowo zawodowych, KIK [Kluby Inteligencji Katolickiej], „Znak” [Stołeczny Instytut Wydawniczy], „Więź” [Katolickie czasopismo społeczno-kulturalne, wydawane w Warszawie od 1958 roku], osoby utrzymujące kontakty z „ośrodkami dywersji”, działacze katoliccy z Europy Zachodniej, przyjeżdżający do Polski.
Wydział III
– Świadkowie Jehowy i inne wyznania nierzymskokatolickie (38 Kościołów i wyznań), centrale tych Kościołów i związki wyznaniowe, działania operacyjne mające na celu rozpoznanie ich orientacji i działań społeczno-politycznych, PRE [Polska Rada Ekumeniczna], Komisja Mieszana PRE i Episkopatu, Chrześcijańska Konferencja Pokojowa, Chrześcijańska Akademia Teologiczna, Stowarzyszenie Polskich Katolików, zakłady „Polkat” [Zakłady Przemysłowo-Usługowe, należąca do Społecznego Towarzystwa Polskich Katolików (STPK)].
Wydział V
– kierownictwa zakonów męskich i żeńskich, duszpasterstw akademickich, instytutów świeckich,
kler zakonny, parafialny, wykładowcy KUL, ATK, wyższych seminariów duchownych, studenci, alumni, zakonnicy, osoby świeckie kontaktujące się z klerem zakonnym.
Wydział VI
(jako Grupa „D” w latach 1973–1976) – grupa operacyjna do zadań specjalnych, której zadaniem
była dezinformacja i dezintegracja, badanie tendencji odśrodkowych, kontestacyjnych, opracowywanie strategicznych działań dezintegracyjnych, koordynacja działań dezintegracyjnych wszystkich jednostek IV Departamentu, prognozy dotyczące siły koncepcyjno-organizacyjnej Kościoła, koncepcje działań specjalnych w stosunku do zagranicznych instytucji centralnych Kościoła rzymsko-katolickiego, zakonów i organizacji katolickich.
IV Departament został rozwiązany 24 sierpnia 1989 decyzją ówczesnego Ministra Spraw Wewnętrznych gen.Czesława Kiszczaka. A w praktyce, został on połączony z Biurem Studiów SB pod nazwą Departament Studiów i analiz MSW.
W 1989 tuż przed upadkiem PRL, zniszczono zasadniczą część dokumentacji „czwórki”, a niektórzy
funkcjonariusze przywłaszczyli sobie i wynieśli poza resort najcenniejsze dokumenty na temat agentury.(8)
Kiedy 1 sierpnia 1944 wybucha Powstanie Warszawskie, funkcjonuje już w Lublinie – w oparciu o model sowiecki – Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego [WUBP], potocznie „UB“, powołany w dniu 21 lipca tegoż roku. Resort Bezpieczeństwa przejmuje więziennictwo, które zwykle podlega Ministerstwu Sprawiedliwości. I kiedy w Powstaniu Warszawskim giną ludzie, na terenach wyzwolonej Polski, „UB“ zamyka w obozie koncentracyjnym na Majdanku 2.500 żołnierzy AK.
13.X.1944 Ławrientij Beria [Ludowy Komisarz Spraw Wewnętrzych] pisze do Stalina:- „…zgodnie z waszym poleceniem do Lublina będzie skierowana dywizja NKWD, docelowo 8.500 żołnierzy“, a Wiaczesław Mołotow [Przewodniczący Rady Komisarzy Ludowych], w piśmie z dn. 16.X.1944 do Stalina, przekazał taką sugestię: – „..wszystkich akowców należałoby zamknąć w specjalnych obozach“.
Podczas formowania się struktur „SB“, to faktycznie już ok.100.000 obywateli polskich, na różnych terenach
środkowo-wschodniej Polski, utraciło wolność [pośród nich, ponad połowa została deportowana
wewnątrz ZSRR].

Stworzenie takiego środka “prewencji ”, uzasadnioną propagandowo, jako niezbędną strukturę do ochrony bezpieczeństwa państwa, co w praktyce oznaczało likwidację wszelkich form oporu w okresie powstawania i utrwalania władzy komunistycznej w Polsce. Środki przymusu fizycznego i psychicznego miały definiować utrwalanie władzy komunistycznej w Polsce, aby ostatecznie zniechęcić społeczeństwo do podejmowania jakichkolwiek prób odrzucenia tej obcej i groźnej ideologii.
Pierwsze placówki placówki UB, powstały tuż po II.wojnie światowej,  po  wkroczeniu Armii Czerwonej na ziemie polskie. Jej pierwszymi funkcjonariuszami byli działacze komunistyczni, przeszkoleni w ZSRR przez Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych [NKWD –  istniejący pod tą nazwą od 1917 do 1960 ], oraz byli żołnierze Armii Ludowej “AL”, członkowie PPR i niejednokrotnie kolaboranci z okresu okupacji a nawet przestępcy kryminalni. Kadrę stanowili oficerowie NKWD.
„Związek Radziecki nie jest tylko naszym sojusznikiem, to jest powiedzenie dla narodu. Dla nas, dla partyjniaków, Związek Radziecki jest naszą Ojczyzną, a granice nasze nie jestem w stanie dziś określić, dziś są za Berlinem, a jutro na Gibraltarze“. Te słowa wypowiedział ppłk Mieczysław Moczar  [łodzianin], w latach 1945 -1948 szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi [w 1947 awansowany na stopień generała brygady – agent wywiadu „Razwiedupru“/“GRU“]. Przybył do tego miasta na drugi dzień po wyzwoleniu Łodzi przez Armię Czerwoną, tj. 20 stycznia 1945 wraz z  94 funkcjonariuszami UB z Białegostoku. Stanowili oni jedną z siedmiu, tzw. grup inicjatywnych wysłanych na obszary położone na lewym brzegu Wisły. Siedzibą WUBP, został budynek Szkoły przy Al.Karola Anstadta 7 (po Gestapo). W piwnicach, urządzono katownie, w której zdrowie i także życie, straciło wielu polskich patriotów. Trafił tam również o.Tomasz Rostworowski SJ – wybitny kapłan i duszpasterz młodzieży akademickiej w Łodzi. Aresztowany w 1950 i skazany 6.IX.1951 przez WSR w Warszawie, na 12 lat więzienia, pod zarzutem „deprawacji młodzieży i działalności antypaństwowej”, którą miał upowszechniać na „kursach i zjazdach aktywu Sodalicji Mariańskich”.
Powstanie takiego źródła terroru w Polsce, budzi wątpliwości co do fundamenta iuris [ tymczasowa Instrukcja z 13 lutego 1945 o pozyskaniu pracy i ewidencji agenturalno-informacyjnej sieci, omijała ten aspekt prawny, odnosząc się jedynie do podstawowych ram działania tej formacji]. W tym też roku,  cały kraj był już objęty siecią UB, a liczba funkcjonariuszy przekroczyła w miesiącu maju – 11 tysięcy osób, natomiast w grudniu 1945 – 24 tysiące osób. W końcu 1948 w strukturach tajnych służb cywilnych zatrudnionych było 26.600 funkcjonariuszy. Wzmocnienie polskiego aparatu MBP w latach 1947-1949 spowodowało, że stało się możliwe wycofanie doradców radzieckich z Powiatowych Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego.
Jarosław Tuliszka w swoim opracowaniu zatyt.-”Historyczno-Prawne Aspekty Powstania Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego”/ Słupskie Studia Historyczne nr 13 Rok 2007/, pisze: – […]. Longin Szmidt i Władysław Gajewski twierdzili, że UBP, działał na podstawie: – ogólnie sformułowanych przepisów prawnych, zawartych w dekrecie o powołaniu PKWN, zasad programowych Manifestu PKWN i zasad Konstytucji z 1921 r. Za dodatkową podstawę prawną ich działania należy uznać dekret z 24 sierpnia 1944 o rozwiązaniu tajnych organizacji wojskowych, powierzający to zadanie dwóm resortom:- bezpieczeństwa i obrony narodowej.(9)
Czy zatem UBP funkcjonował bezprawnie? Wydaje się, że odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Należy wziąć pod uwagę wiele aspektów tego problemu. Przede wszystkim powstał w specyficznym czasie, oraz został utworzony przez określoną opcję polityczną, która po raz pierwszy, nie tylko funkcjonowała w sposób legalny w polskim życiu politycznym, ale w dodatku była główną jego siłą, skutecznie zmierzającą do osiągnięcia pełni władzy [w szerszym kontekście, prawdziwa legalizacja powojennej władzy polskiej nastąpiła dopiero po uznaniu rządu warszawskiego i cofnięciu takiego uznania dla rządu londyńskiego, przez czołowe mocarstwa ówczesnego świata].[…]. Nie bez znaczenia jest również to, że komuniści w tym czasie nie przywiązywali większej wagi do zachowania form prawnych, co do podejmowanych działań. Powstałe w tym okresie akty prawne, były lakoniczne, bez znormalizowanych pojęć, bardzo ogólne, ramowe, nie odnoszące się w delegacjach do aktów prawnych niższego rzędu.[…]. (10). UBP istniał do 1990 (od 1956 pod nazwą Służba Bezpieczeństwa). Na mocy dekretu Rady Państwa     7 grudnia 1954 rozwiązano MBP, a UBP podporządkowany został Komitetowi do Spraw Bezpieczeństwa Publicznego przy Radzie Ministrów.(11) Dnia 13 listopada 1956. Komitet ten rozwiązano i UBP pod nazwą Służba Bezpieczeństwa przeszedł pod podległość Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.(12) Ustawą z dnia 6 kwietnia 1990, SB rozwiązano, a jej miejsce zajął nowo powołany Urząd Ochrony Państwa, który obecnie nosi nazwę Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. (13)
***
Józef Z. (SB-ek):
[…]. KGB miało wydzielony korytarz w naszym budynku przy Rakowieckiej [w latach 1954-1991 Komitet Bezpieczeństwa Państwowego przy Radzie Ministrów ZSRR po reorganizacji CzeKa i NKWD – w propagandzie komunistycznej, określany jako „tarcza i miecz partii” – Щит и меч]. Najstarszy rangą pracownik był w stopniu generała. Reszta pułkownicy. Codziennie rano dyżurujący oficer radziecki był informowany poza wszelką kolejnością o tym, co się dzieje w kraju. Zwyczajem oficerów radzieckich było przychodzenie „na herbatkę”, do naczelników poszczególnych wydziałów. Rosjanie mogli wchodzić wszędzie, a w korytarz KGB wchodziło się tylko na hasło. Dojście do KGB mieli jedynie wyznaczeni polscy wysocy oficerowie.(14)
***
Po przebadaniu akt osobowych oraz innych dokumentów dotyczących 450 osób zajmujących kierownicze stanowiska w MBP oraz 249 z KdsBP [Komitet do spraw Bezpieczeństwa Publicznego], jej wyniki opublikowano w „Leksykonie bezpieki” IPN. Jest w nim nie tyle ilościowy udział poszczególnych nacji we władzach aparatu, ile ich rzeczywisty wpływ na jego funkcjonowanie.

W grudniu 1956 zmieniono strukturę UBP, powołując Służbę Bezpieczeństwa (potocznie “SB”), do której przeszła większość dawnych funkcjonariuszy “UB”, aby w swojej końcowej fazie istnienia (sierpień 1989) zatrudniać ponad 24 tys. funkcjonariuszy, którzy nadzorowali 90 tys. tajnych współpracowników (TW) w Polsce. (16) Oznacza to, że na jednego funkcjonariusza przypadało statystycznie ok.1500 obywateli. Sam
aparat represji byłby mało skuteczny, bez pomocy z zewnątrz. Bez pomocy przedstawicieli naszego społeczeństwa – a takim było Osobowe Źródło Informacji (OZI), którzy z własnej woli udzielali informacji “UB”, a potem “SB” [„..na których pomoc i dyskrecję można liczyć”]. I takie osoby nie mogą być uznawane, jako nieświadome kontaktów z tymi służbami.

Aby właściwie udokumentować wagę przekazywanych informacji (wykorzystywanych później do ich analizy), oraz przydatności konkretnych osób do określonych zadań, musiał być zastosowany zbiór zasad, określający reguły nadawania charakterystycznych nazw dla danego informatora.(17) W tej skali nazewniczej, znalazły się osoby o różnym „zaangażowaniu” – wspomniane wcześniej Osobowe Źródło Informacji (OZI), Informator, Agent, Rezydent, Kontakt Operacyjny (KO), Konsultant – potocznie jak i w języku „firmowym” – określany jako TW (Tajny współpracownik).
Wytyczne i znaczniki w Instrukcji pracy operacyjnej na przestrzeni lat przechodziły kolejne modyfikacje. (18) Ostatnią zredagowano w 1989.

Adam G. (SB-ek)
[…]. Niektórzy ludzie rodzą się donosicielami. Donosicielstwo w nich dojrzewa, aż w końcu zjawia się oficer SB, który jest wybawieniem dla donosiciela, spełnieniem jego potrzeby donoszenia. Ja jednak nigdy nie miałem zaufania do agentów. Taki dziś kapuje jednego, a jutro może donosić na mnie. (19).

Osobowe źródła informacji były wynagradzane w różnoraki sposób:
1/ finansowo (za pokwitowaniem), lub płatnością za fikcyjną umowę.
2/ rzeczowo: np. wieczne pióra, radia tranzystorowe, markowe alkohole, papierosy, prenumerata tygodników, zainstalowanie telefonu, zmiana pracy, pozyskanie mieszkania, zdobycie lekarstwa, reglamentowanych towarów, środki na remont mieszkania czy budowę domu, talon na samochód itp.
3/ pomoc w uzyskaniu paszportu, dostania się na studia, awansu w miejscu pracy lub nawet zaszkodzeniu swojemu przełożonemu.

***
Wniosek z dn, 07.04.1981r o zezwolenie przeprowadzenia rozmowy
operacyjno – sondażowej z kandydatem na tw nr 44371. [ dot: kTW “JERZY“ – o. Jerzy Z. SJ ].

Uzasadnienie wniosku:
Kandydat na tw nr rej.44371 ps. „Jerzy“, jezuita – katecheta lat 34, wykształcenie wyższe teologiczne, od połowy 1979, przebywa na terenie Łodzi.
Wyżej wymieniony w charakterze kandydata został wytypowany w lipcu 1976 przez Wydział V Departamentu IV MSW. W toku ówczesnego opracowania odbyto z nim jedną rozmowę operacyjno-sondażową związaną z wyjazdem na studia teologiczne do RFN. Z ustnych relacji przekazanych przez pracownika Wydziału V /tow ppłk Turleja/ prowadzącego opracowanie wynikało, że kandydat jest zakonnikiem zasługującym na uwagę organów Służby Bezpieczeństwa […]
[…]. Kandydat na tutejszym terenie nie wykazuje zbytniej aktywności w zakresie pracy duszpasterskiej, jak również ścisłego kontaktu z grupą tzw. „wojujących Jezuitów“, takich jak o.Miecznikowski, czy też o. Pituch, a powiązanych z grupami antysocjalistycznymi. Niemniej jednak z racji bezpośredniego sąsiedztwa i przynależności do jednego zakonu problematyka dotycząca całości jezuitów jak i wyżej wymienionych osób nie jest mu obca.[…]

insp. Wydz IV, ppor Z. Piwoński
[podpis nieczytelny]

***

TEOK – Teczka ewidencji operacyjnej na księdza. To kategoria sprawy operacyjnej i dotyczących jej akt, prowadzonej przez pion IV SB. TEOK były z założenia zakładane przez jednostki pionu IV SB, na każdego duchownego, łącznie z zakonnikami i alumnami wyższych seminariów duchownych, były formą permanentnej inwigilacji księży. TEOK miał zawierać […] wszystkie materiały dotyczące […] osoby [duchownego] i całokształtu działalności”. TEOK składały się z dwóch części.

W części I. TEOK gromadził dokumenty dotyczące personaliów duchownego – kwestionariusz personalny, karty sprawdzeniowe zawierające informacje z kartotek SB, wzory pisma maszynowego z maszyn należących do duchownego i znajdujących się w jego dyspozycji. Kopię ankiety personalnej z dokumentacji dotyczącej wystawienia dowodu tożsamości, a także wykaz TW i KO w otoczeniu poddanego inwigilacji księdza.

W częśći II. TEOK skupiał materiały operacyjne dotyczące inwigilowanego duchownego, w tym tzw. arkusz kronikarski bieżących materiałów operacyjnych (formularz z chronologicznym wyciągiem z materiałów operacyjnych dotyczących inwigilowanego), zawierający informacje przedstawiające[…] osobowość i tryb życia [duchownego], stosunek do władz państwowych i przejawy wrogiej działalności”, arkusz kronikarski z dokumentów „W” (chronologiczne streszczenie potajemnie skopiowanej bądź skonfiskowanej korespondencji), PT (chronologiczne streszczenie zawartości stenogramów z podsłuchu telefoniczne-go), PP (chronologiczne streszczenie stenogramów z podsłuchu pokojowego), Biura/pionu „B” (chronologiczne streszczenie komunikatów z obserwacji osoby inwigilowanej), oraz wszelkie inne materiały operacyjne, w szczególności doniesienia agenturalne. TEOK były rejestrowane w Biurze „C” MSW, ewidencjonowane w Wydziałach „C”, Komend wojewódzkich MO/WUSW i Referatach ds. Bezpieczeństwa Komend Powiatowych MO/RUSW (w tych ostatnich, tylko w postaci skorowidza alfabetycznego), przy czym Biuro „C” MSW, prowadziło kartotekę wszystkich duchownych w PRL. TEOK były oznaczane odrębnym numerem rejestracyjnym, właściwym dla ewidencji księży. Kartoteka TEOK w Biurze „C” MSW, zawierała informacje o danych personalnych duchownego, miejscu zamieszkania, stanowisku sprawowanym w Kościele, studiach wyższych, stopniu naukowym, cechach osobistych, wyjazdach zagranicznych, karach sądowych, administracyjnych i kościelnych, ewentualnej rezygnacji ze stanu duchownego, śmierci, a także informacje operacyjne dot. działalności inwigilowanego duchownego i jego „negatywnych wystąpieniach” etc. W przypadku, gdy SB w trakcie inwigilacji w ramach TEOK uzyskała informacje będące podstawą do założenia SOR, TEOK włączano do akt SOR, jako jej część pierwszą, a po zakończeniu sprawy operacyjnej TEOK wyłączano z jej akt. W samej TEOK miał pozostawać wyciąg z materiałów operacyjnych zgromadzonych w trakcie prowadzenia zakończonej SOR. W przypadku uzyskania o inwigilowanym duchownym informacji wymagających wszczęcia SOS, inwigilację wg zasad właściwych dla SOS, prowadzono w ramach TEOK, bez wydzielania osobnej dokumentacji. TEOK archiwizowano po śmierci lub wystąpieniu ze stanu duchownego inwigilowanego księdza. W TEOK nie umieszczano informacji o działalności agenturalnej księży pozyskanych do współpracy z SB, akta księży-informatorów SB, były zachowane osobno i prowadzone zgodnie z zasadami tworzenia akt agenturalnych (teczka personalna TW, teczka pracy TW, etc.). Większość TEOK została zniszczona na podstawie decyzji politycznej w latach 1989–1990, zachowała się kartoteka księży rzymsko-katolickich Biura „C” MSW. (20)

TEOP – Teczka ewidencji operacyjnej na Parafię.
To kategoria sprawy operacyjnej i akt jej dotyczących, prowadzonej przez pion IV SB. TEOP stanowiła formę permanentnej inwigilacji parafii (porównywalną do sprawy obiektowej). TEOP miała zawierać dokumenty dotyczące […], działania kleru na społeczeństwo w kierunku przeciwstawienia go zarządzeniom władz państwowych, powiązanie elementów reakcyjnych z klerem, organizowanie wrogiej działalności, sytuacje wymagające podejmowania czynności przez instancje partyjne i administracji państwowej”. TEOP składała się z dwóch części.

W części I. TEOP gromadzono dokumentację zawierającą podstawowe informacje na temat parafii, m.in. plan jej terytorium, fotografie kościołów i budynków parafialnych, wykazy kościołów, kaplic, klasztorów, sanktuariów, miejsc odpustowych (tych ostatnich z datami odpustów), opisy stanu majątkowego parafii, wykazy zakonników i zakonnic zamieszkałych w parafii, organizacji katolickich (ze spisem ich działaczy), a także wykazy gmin wyznaniowych innych niż rzymskokatolickie, działających w parafii.
Miały być również składane wykazy informatorów SB na terenie parafii oraz wzory pieczęci i pisma maszynowego z maszyn do pisania znajdujących się w dyspozycji parafii, oraz materiały dotyczące działających w parafii duchownych – duszpasterzy grup zawodowych.

W części II. TEOP gromadzono karty sprawdzeniowe zawierające informacje z kartotek SB, dotyczące osób wymienionych w części I. TEOP, „arkusz kronikarski” materiałów operacyjnych dotyczących parafii (chronologiczny wyciąg z materiałów operacyjnych, w szczególności doniesień agenturalnych), oraz plany operacyjne dotyczące parafii. TEOP były rejestrowane w Biurze „C” MSW, ewidencjonowane w Wydziałach „C”, Komend wojewódzkich MO/WUSW i Referatach ds. Bezpieczeństwa Komend powiatowych MO/RUSW (w tych ostatnich tylko w postaci skorowidza alfabetycznego). TEOP były oznaczane odrębnym numerem rejestracyjnym Biura „C” MSW (zachował się dziennik rejestracyjny parafii rzymsko-katolickich). Większość TEOP została zniszczona na podstawie decyzji politycznej w latach 1989-1990.(21)                                                             

AKCJA „KRUK“ – utworzona z zapisków z wewnętrznego szkolenia Służby Bezpieczeństwa.
ZAŁOŻENIA: wprowadzić i upowszechnić pojęcie „ksiądz ekstremista“, przy jego pomocy stworzy się pozory, że większość księży oraz biskupi pragną zgody z władzami państwowymi, a tylko nieznaczna część, podobnie jak „Solidarności“, jest ugodzie przeciwna.
CEL AKCJI: poróżnić duchowieństwo między sobą poprzez rozeznanie wśród nich lojalnych i „ekstremistów“. Tych ostatnich odizolować od społeczności wierzących, a osamotnionych i osaczonych zniszczyć. Przygotować teren do generalnej rozprawy z Kościołem.
METODY: wszystkie komendy woj.MO mają listy „księży ekstremistów“ ze swojego terenu, posiadają także listy księży nadużywających alkoholu i nie przestrzegających celibatu, lub też skłóconych z władzami kościelnymi. Tych ostatnich zamierzają wykorzystać jako konfidentów w wypadku aresztowania. Księża z drugiej listy nie będą bronieni przez biskupów – za przykład może posłużyć ks.Sylwester Zych z Otwocka, którego biskup w obronę nie wziął, a przecież grupa młodzieży z Otwocka została zorganizowana przez prowokatorów i miała wciągnąć ks.Zycha, jako ofiarę prowokacji. Prowokacja udała się i zaszachowano również biskupa. Akcja „KRUK“ zakłada, że w razie konfrontacji z Episkopatem, nie będą przeprowadzane masowe aresztowania, lecz dotyczyć będą tylko „księży ekstremistów“. Po 13 grudnia 1981 próbnie dokonano kilka aresztowań księży, każdego pod innym pozorem; za antypaństwowe kazania, za współpracę z „terrorystami“, za wzbudzania antypaństwowych nastrojów wśród młodzieży, udział w zamieszkach. Miały one także za zadanie sprawdzić reakcję biskupów, by w razie ich niezdecydowania uderzyć szerzej. Analizowano, jaki rodzaj prowokacji byłby wobec biskupów najskuteczniejszy. Akcja „KRUK“ rozpoczęła  się w marcu 82 r., a wydatnie nasiliła się we wrześniu, posługując się przede wszystkim, choć nie tylko, spreparowanymi aferami, prowokacjami, rozdmuchanymi skandalami, oszczerstwami. […]. (22) Poszczególnych jezuitów rozpracowywano przy użyciu całego arsenału środków i metod pod każdym możliwym względem. Monitorowano ich zamiłowania i hobby, predyspozycje i kwalifikacje, charakter i temperament, postawy i oceny, słabości i nałogi, sentymenty i resentymenty. Sporządzano im wnikliwe charakterystyki. Chociaż z reguły koncentrowano się na informacjach istotnych z punktu widzenia operacyjnego – to nie gardzono również błahostkami. Szukano jakiejkolwiek podstawy pod ewentualny werbunek, czy neutralizację danego zakonnika“[…]. Szczególnie interesowano się kandydatami do objęcia eksponowanych stanowisk, czy jezuitami z perspektywą kariery zakonnej lub kościelnej. Wnikliwie też bezpieka rozpracowywała młodego jezuitę, zanim wyraziła zgodę na jego wyjazd na zagraniczne studia. Preferowano tych, z którymi wiązano jakąś nadzieję na chociażby luźną przyszłą współpracę […]. (23)
Funkcjonariusz „SB“ mógł się skontaktować osobiście z kandydatem, w celu ustalenia ważnych i niezbędnych informacji. Z takiego spotkania był zobowiązany zrobić notatkę służbową, w której przedstawiał swoje wnioski w sprawie celowości realizowania dalszych przedsięwzięć. Szczególnie interesowano się charakterem znajomości kandydata z osobami, które miał inwigilować, jego poglądami politycznymi i religijnymi oraz postawą moralną. Jeżeli zamierzano zwerbować „TW“ na podstawie materiałów kompromitujących, funkcjonariusz miał obowiązek w sposób tajny, zgromadzić dowody potwierdzające popełnienie przez kandydata przestępstwa lub kompromitujących czynów.(24)
We wspomnianym już projekcie Instrukcji w sprawie werbowania duchowieństwa, zwracano uwagę na konieczność pozyskiwania informacji o rodzinie kandydata, jego przywiązania do rodziny, pomocy materialnej udzielanej rodzinie, stopniu zaufania i popularności w środowisku kapłańskim, warunkach życiowych, stopniu przywiązania do dóbr materialnych oraz jego popularności wśród osób świeckich.(25)
Motywem werbunku mógł być także argument patriotyzmu i lojalności wobec PRL. Dopiero wtedy zebrane materiały mogły określić kierunek rozmowy werbunkowej, podparty odpowiednimi argumentami do prowadzenia dialogu operacyjnego.(26)
Funkcjonariusz operacyjny po zakończeniu tych wszystkich czynności, sporządzał raport, w którym prosił o zezwolenie na dokonanie werbunku.
Przy doborze miejsca werbunku, nakazywano dbać o zachowanie wymogów konspiracji. Rozmowę werbunkową przeprowadzano najczęściej w miejscu zamieszkania – na Plebanii lub w biurze paszportowym, a niekiedy na posterunku milicji. Instrukcja z 1955 zalecała wykorzystać w tym celu naturalne okazje kontaktu kandydata w urzędach, w sprawach wezwań do biur ewidencji ludności, w sprawach dochodzeń o antypaństwowym charakterze i zdarzeniach w okolicach Plebanii lub przypadkowego uczestniczenia w nich. Można było wezwać kandydata na TW, nie wzbudzając podejrzeń otoczenia.
Najczęściej takim miejscem sprzyjającym do werbunku księży było biuro paszportowe, w którym udziela-no zgody na wydanie paszportu i zgody na wyjazdy zagraniczne.  A duchowny nawet nie miał świadomości, że rozmawia z funkcjonariuszem „SB“.
Innym miejscem były pomieszczenia na Plebanii. Zazwyczaj kancelaria parafialna lub rozmównica, co naturalnie nie mogło wzbudzić żadnych podejrzeń ze strony otoczenia. Dodatkowym pretekstem do prze-prowadzenia rozmowy werbunkowej osoby duchownej były formalności związane np. z uczestniczeniem w wypadku drogowym [ Milicjant z „drogówki“, po stwierdzeniu na miejscu zdarzenia, że kierującym była osoba duchowna, miał obowiązek wezwać funkcjonariusza „SB“]. Pierwsza rozmowa zawierała elementy zastraszenia. Zazwyczaj zabierano na kilka dni prawo jazdy, aby mieć pretekst do dalszych spotkań.
Wśród księży diecezjalnych lub zakonnych, byli również i tacy, którzy dobrowolnie przystawali na współpracę z „SB“ z przekonania i ze źle rozumianej lojalności wobec organów państwa komunistycznego, albo z powodu konfliktu z przełożonym lub z poczucia niedocenienia i braku  awansu. Ci byli najcenniejszymi agentami, często wykorzystywanymi jako agenci wpływu na swoje środowisko i obszar duszpasterskiego posługiwania. Funkcjonariusz mógł odstąpić od pobrania pisemnego zobowiązania i nie informować „TW“ o nadanym pseudonimie, a proponując współpracę użyć terminu „konsultacje“. Podczas werbunku duchownych w zasadzie poprzestawano na ustnej deklaracji, a w niektórych przypadkach jako „zobowiązanie“, traktowano de facto „oświadczenie“ o zachowaniu tajemnicy kontaktów i treści rozmów z funkcjonariuszem „SB“. „ Zobowiązanie takie mogło być formułowane w sposób bardziej lub mniej wyraźnie wskazujące na istotę stosunku między tajnym współpracownikiem a służbą bezpieczeństwa, w zależności od podstawy pozyskania i stopnia zjednania tajnego współpracownika“ […]. Zobowiązanie określało pseudonim, pod jakim będzie występował tajny współpracownik. Pseudonim ustalano także w tych przypadkach, gdy nie pobierało się zobowiązania, a gdy sytuacja tego wymagała, nie zapoznawano z pseudonimem tajnego współpracownika i nie pobierano od niego takiego dokumentu, co mogłoby ujemnie wpłynąć na jego stosunek do współpracy.(27)
W zainteresowaniu operacyjnym resortu bezpieczeństwa byli jezuici, którzy pod jakimś względem wybijali się ponad przeciętność […]. Resort bezpieczeństwa interesował się domami formacji i formacją jezuitów na wszystkich szczeblach. Lecz na tym odcinku przyszło mu się zmierzyć z największymi trudnościami, bowiem jezuici oddelegowani do formacji, byli postrzegani przez aparat bezpieczeństwa jako „psy węszące agentów”. Wystarczy wymienić w tym szeregu o. Stefana Miecznikowskiego SJ., czy o.Kazimierza Dąbrowskiego SJ. [ojciec duchowy, spowiednik Wyższego Seminarium Duchownego w Płocku w latach 1949-1955] […]. W szczególnym zainteresowaniu aparatu bezpieczeństwa znajdowały się placówki kluczowe z punktu widzenia Prowincji czy z punktu widzenia bezpieki. Jako, że jezuici posiadali swoje placówki w ośrodkach akademickich, kulturalnych i robotniczych, a także pielgrzymkowych, dlatego też żadna z nich nie pozostawała poza tym zainteresowaniem. Największą uwagę bezpieka przywiązywała do rozpracowywania duszpasterstw akademickich i duszpasterstw inteligencji, a była to szczególna domena jezuitów“(28).
Proces pozyskiwania tajnych współpracowników spośród duchowieństwa, zwłaszcza diecezjalnego, „SB“ rozpoczęła od początku swojej działalności. Zredagowana w 1949r Instrukcja stwierdza m.in.- że na agenta rozpracowującego Kościół na poziomie dekanatu, szczególnie nadawał się dziekan, ksiądz blisko z nim związany lub duchowny odpowiedzialny za masowe organizacje katolickie, działające w dekanacie […]. A wśród pracowników Kurii:- referent duszpasterski, wizytator nauki religii, aż po natoriusza […].
Kanclerze Kurii, rekrutują się z wysokiego aktywu klerykalnego a wnioski o ich werbunku należy każdorazowo uzgadniać z Ministerstwem […]. Na tajnych współpracowników należy typować popularnych i wpływowych kanoników, profesorów seminariów oraz proboszczów w dużych miastach. Szczególną rolę miała spełniać agentura wśród duchowieństwa parafialnego, zwłaszcza w małych miasteczkach i na wsi. To oni mieli oddziaływać na środowisko wiernych, sabotując zarządzenia Biskupów, poprzez nieodczytywanie listów duszpasterskich, lub tylko wybranych fragmentów, pomoc w zwalczaniu band i aktów sabotażu, informowanie o działaniach istniejących na terenie parafii różnorakich organizacji świeckich i kościelnych. […]. Do inwigilacji zakonów i zgromadzeń zakonnych w pierwszej kolejności, należało typować przełożonych domów zakonnych, zakonników opiekujących się konfrateriami religijnymi, moderatorów ruchu religijnego, katechetów i redaktorów czasopism religijnych. (29)

Zawsze się starano, aby w jednym miejscu, było co najmniej dwóch „TW“, w celach weryfikacji ich meldunków i oceny ich wiarygodności, jako współpracowników. Aby takiego współpracownika zwerbować, funkcjonariusz „SB“, musiał postąpić zgodnie z określoną procedurę. Czyli:- sprawdzić kandydata w kartotece osobowej, a następnie przedłożyć przełożonemu wszystkie materiały, celem uzyskania pozwolenia na dalsze opracowanie kandydata do werbunku. Takiego zezwolenia udzielali Naczelnicy Wydziałów w Departamentach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, Wojewódzkich Urzędach Bezpieczeństwa oraz kierownicy jednostek powiatowych i delegatur „UB“. Taką konieczność akceptacji kandydata na „TW“, określała Instrukcja z 1955, ze zmianą z 1970. (30) Po uzyskaniu zgody na podjęcie werbunku, kandydat był zarejestrowany w ewidencji kontrolnej i zakładano mu kartę ewidencyjną, przechowywaną w Departamencie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego lub w odpowiednim Wydziale Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.(31)
W latach 50-tych, skala współpracy duchownych katolickich, którzy uwikłali się we współpracę z „UB“, jest oceniana w granicach 1.000 (10%, wszystkich ówczesnych polskich duchownych). W roku 1980  współpracowało z IV Departamentem MSW ok. 3.000 tajnych współpracowników z ogółu 18.500 polskich duchownych (15%). Jej wzrost przypada na okres stanu wojennego i był spowodowany tą nadzwyczajną sytuacją, wymagającą dodatkową rolę duszpasterską księży (charytatywną, mediacyjną), co ułatwiało „SB“ werbunek nowych współpracowników. W niektórych diecezjach, ze SB miał nawet współpracować co czwarty duchowny.(32)
A pytanie, kogo zaliczyć, a kogo nie, do współpracowników „SB“, jest otwarte i nie każdy przypadek takiej współpracy da się ocenić tak samo. Również wypowiedzi protinus i non recta, dobiegające z debaty publicznej, jakoby “SB” zajmowała się systematycznie fałszowaniem dokumentów, nie są do przyjęcia przez tych, którzy zgłębili metody pracy Służby Bezpieczeństwa i wczytali się w pozostawione źródła.

Józef Z.: (SB-ek)
…Dla nas nie było takich słów jak moralność czy etyka. My tych słów nie używaliśmy. One dla nas nie miały sensu, bo służba wykorzystywała niemoralność, a z moralnością walczyła. Im bardziej niemoralne zachowanie, tym lepiej dla nas, tym łatwiej zbliżyć się do człowieka, przeniknąć go. Ci, którzy mieli coś na sumieniu, byli dla nas najważniejsi, stanowili najlepszy materiał agenturalny.
[…]. Konflikt lojalności nie występuje. Masz być lojalny wobec przełożonego, dalej wobec służby, jeszcze dalej wobec ojczyzny. Gdybyś jeszcze chciał być lojalny wobec Boga i spełniać te wszystkie dziwne przy-kazania, zachowując się etycznie, to możesz być pewien, że zwariujesz. Zamkną cię w Tworkach, albo wyślą do Barcinka. Nawet jeśli nie zwariujesz naprawdę, to tak trochę zwariujesz, żeby było przykrycie na to, co możesz ewentualnie mówić jako niewariat. A już ze szpitala, możesz wyjść jako wariat rzeczywisty, klasyczny przykład schizofrenika. Już ktoś się o to postara. Wiesz o tym.

Mirosław B.: (SB-ek)
…Myśmy byli funkcjonariuszami przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Cywilne życie towarzyskie sprowadzało się do minimum. Trzeba było uważać, żeby czegoś nie wypaplać przy wódce. Nie rozmawiało się o konkretach. Nawet z kolegami. O nikim nie mogłem powiedzieć, że jest moim przyjacielem. Nie chciałem mieć przyjaciół. Taki przyjaciel mógł się okazać niebezpieczniejszy niż wróg. W SB każdy z nas był sam.(33)

“PP” – podsłuch pokojowy (wykorzystywany także przez odpowiednie służby Wojska Polskiego), ale zdecydowanie rzadziej niż podsłuch telefoniczny czy telegraficzny. Z dwóch powodów:
– 1/ Trudność jego zainstalowania. Funkcjonariusze musieli wejść do pomieszczeń prywatnych czy budynków publicznych w sposób gwarantujący pełną konspirację.
– 2/ Konieczność stosowania – ze względu na ograniczenia techniczne – przewodowych instalacji podsłuchowych (kabel łączący mikrofon z magnetofonem) – i taki sposób instalowania tych urządzeń, aby uniemożliwiły osobom podsłuchiwanym nie tylko zorientowanie się o podsłuchu, ale i ich odnalezienie (kable przykrywano tynkiem i zamalowywano farbami lub lakierami, zgodnie z odcieniem i strukturą wcześniej pobraną przez funkcjonariuszy). Wiązało się to również: z utworzeniem punktu odbioru (PO), oraz wybrania lokali przejściowych (LP) uwarunkowań właściwych dla lokali kontaktowych (LK) i mieszkań konspiracyjnych (MK). W/g Instrukcji z 1979a (§3 i §4), założenie „PP“, musiało być zatwierdzone przez Ministra Spraw Wewnętrznych, lub jego zastępców, Dyrektorów Departamentów:- I, II, III-A i IV. Od 1983 wystarczył podpis Komendantów Wojewódzkich MO (szefów WUSW) i ich zastępców (szefowie „SB“). A w/g Instrukcji 1980b, założenie „PP“ następowało na pisemny wniosek jednostki operacyjnej „SB“. Instalowanie jak i likwidacja podsłuchów, leżała w gestii Wydziału „T“, względnie Sekcji „T“, Wydziałów Zabezpieczenia Operacyjnego, lokalnych jednostek „SB“.

URZĄD DO SPRAW WYZNAŃ. 

Jednostka administracyjno-państwowa, powołana Ustawą [akt normatywny] z dnia 19 kwietnia 1950. W jej skład wchodziły trzy wydziały:
– ogólny, rzymskokatolicki i nierzymskokatolicki. Współpracował nie-mal ze wszystkimi ministerstwami, w tym: – z Ministerstwem Oświaty (nauczanie religii, szkół wyznaniowych, seminariów duchownych), Ministerstwem Finansów (polityka podatkowa), Ministerstwem Budownictwa (budownictwo sakralne), oraz ze Służbą Bezpieczeństwa. Był zatem częścią aparatu kontroli i represji państwa wobec kościołów i związków wyznaniowych. W rzeczywistości, przez niemal cały okres PRL, organ ten był narzędziem walki ateistycznego państwa z religią. 

Pierwszym przejawem niechęci wobec Kościoła było zerwanie we wrześniu 1945 konkordatu regulującego od dwudziestu lat stosunki między Polską a Stolicą Apostolską. Równolegle komuniści przystąpili do tworzenia „własnego”, lojalnego środowiska katolickiego. Jego zalążkiem stała się grupa Bolesława Piaseckiego [po wojnie współpracował z „UB“ jako TW.„Tatar”], skupiona wokół tygodnika „Dziś i Jutro”. W 1947 stworzył Stowarzyszenie „Pax“ – bezskutecznie namawiał kardynała Stefana Wyszyńskiego, by ten uznał prawo Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, do typowania kandydatur na stanowiska biskupie.  Cztery lata później w opozycji do episkopatu powstał ruch „księży patriotów”.[…].  A już zapowiedzią pełnej Konfrontacji władz PRL, było sejmowe przemówienie premiera Józefa Cyrankiewicza z 1949, gdy przestrzegł Kościół „przed podniecaniem namiętności przeciw państwu ludowemu”. W styczniu 1950 państwo przejęło środki i nieruchomości najważniejszej kościelnej organizacji charytatywnej – Caritasu.
Dwa miesiące później, władze przeprowadziły szeroko zakrojoną operację przejęcia tzw. dóbr martwej ręki. [ majątki kościelne nieuczestniczące w obrocie, wolne od podatków do 1789, których nazwa pochodzi od ręki zmarłego, której nie można odtworzyć, a uzyskane głównie w rezultacie nadań panujących i rycerstwa, a później szlachty i magnatów]. Kolejną ustawą, Sejm uchwalił zmiany w organizacji naczelnych organów państwowych. Akt ten został ogłoszony 28 kwietnia w Dzienniku Ustaw, a formalnie wszedł w życie w połowie maja. Ustawa zakładała przeniesienie nadzoru państwa nad kościołami i związkami wyznaniowymi z likwidowanego Ministerstwa Administracji Publicznej do powoływanego UdsW [Urzędu do spraw Wyznań], który podlegał wyłącznie Urzędowi Rady Ministrów.
Kompetencje nowego organu były niezwykle szerokie. Jego zadaniem była „troska” o zabezpieczenie praw duchowieństwa i „ich obowiązków wobec ludowej ojczyzny”. Nadzorowanie działalności kościołów, szkolnictwa wyznaniowego, ewidencjonowanie obiektów kościelnych. Pod tymi ogólnymi zapisami krył się rzeczywisty cel, jakim było dążenie państwa do coraz bardziej bezpośredniego podporządkowywania Kościoła, polityce ateistycznego państwa. W przyszłości kluczowym elementem UdsW, staną się wydawane zezwolenia na budowę nowych świątyń oraz kontrola nad obsadzaniem stanowisk kościelnych.
Funkcjonariusze urzędu, prowadzili także listy kleryków powołanych do wojska. Ściśle współpracowali również z organami bezpieczeństwa. Przedstawiciele Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, a później MSW, byli obecni podczas wszystkich kluczowych narad kierownictwa UdsW. Wielu pracowników urzędu, było funkcjonariuszami „bezpieki“, oddelegowanymi do pracy w UdsW. Działania podejmowane przez urząd, ułatwiało istnienie wydziałów ds. Wyznań, przy prezydiach wojewódzkich i niektórych miejskich radach narodowych. Działania UdsW, były więc zakwestionowaniem zasady wolności religijnej. Jakakolwiek aktywność o charakterze religijnym, nie była możliwa bez nadzoru urzędu. Było to złamanie artykułu 115. wciąż obowiązującej konstytucji marcowej: „Kościoły mniejszości religijnych i inne prawnie uznane związki religijne rządzą się same własnymi ustawami, których uznania Państwo nie odmówi, o ile nie zawierają postanowień, sprzecznych z prawem”. Sprzeczny z dawnymi, demokratycznymi standardami był też sposób podejmowania decyzji. Ich tryb był niejawny i nieuzasadniany konkretnymi przepisami prawa.
W 1952 lokalnym przedstawicielstwom urzędu nakazano sporządzanie charakterystyk duchownych. Był to wstęp do podjętej rok później próby, narzucenia pełnej kontroli państwa nad nominacjami na stanowiska kościelne. 10 lutego 1953 Rada Państwa, wydała dekret o obejmowaniu tego rodzaju funkcji. Zgody organów państwowych wymagało tworzenie i znoszenie stanowisk kościelnych oraz obejmowanie ich przez duchownych. W przypadku stanowisk diecezjalnych, decyzje miało podejmować prezydium rządu, a w innych przypadkach prezydia wojewódzkich i miejskich rad narodowych.
Władze zyskały także prawo usuwania „niewygodnych duchownych”. Już w pierwszych dniach marca, wszyscy biskupi diecezjalni, otrzymali wezwania do Wojewódzkich Rad Narodowych. Otrzymali żądanie, usunięcia wymienionych z nazwiska kapłanów. Decyzja miała zostać wykonana natychmiast lub w czasie pięciu dni. Kapłani mieli opuścić miasto lub diecezję i otrzymywali zakaz obejmowania jakichkolwiek funkcji, poza kapelanami zakonów żeńskich. Kluczową rolę w podejmowaniu wszystkich decyzji, miał odgrywać Urząd ds. Wyznań. Był również organem odwoławczym od podejmowanych postanowień.
Władze nałożyły na duchownych, obejmujących stanowiska kościelne, obowiązek składania przysięgi na wierność państwu. Wbrew zapisom prawa, wymagano jej też od kapłanów już pełniących swoje funkcje. Biskupi składali ślubowanie w Urzędzie ds. Wyznań, a pozostali księża w prezydiach Wojewódzkich Rad Narodowych. „Zgodnie ze swym obowiązkiem obywatelskim w swej działalności duszpasterskiej będę     nawoływał wiernych do poszanowania prawa i władzy państwowej, do wzmożonej pracy nad odbudową gospodarki narodowej i podniesieniem dobrobytu Narodu. Przyrzekam, że nie podejmę niczego, co mogłoby być sprzeczne z interesami Polski lub godzić w bezpieczeństwo i całość Jej granic” – głosiła rota     przysięgi. Doświadczenia w kontaktach z UdsW, podsumowywał w zapiskach „Pro memoria”, Prymas Stefan Wyszyński: „Wszystko tonie w Urzędzie pana Bidy. Jest to straszny człowiek w swej roli dla Kościoła w Polsce. Nowy [Iosif]Hurko czy [Aleksandr]Apuchtin. On to – na rozkaz – utrąca wszelkie próby budowy nowych kościołów. Rozbudowująca się stolica Polski, może pozostać bez kościołów, gdyż plany nie przewidują w nowych dzielnicach świątyń”. Wspomniany Antoni Bida, był pierwszym szefem UdsW: w latach 1950–1955. Wcześniej stał na czele cenzury.   
8 maja 1953, Episkopat Polski, przyjął memoriał odpowiadający na próby podporządkowania Kościoła  katolickiego komunistycznym władzom. W jego ostatnich słowach biskupi stwierdzali: „Rzeczy Bożych na ołtarzu cesarza składać nam nie wolno. Non possumus! [Nie możemy]”. Walka o niezależność nominacji kościelnych, trwała aż do odwilży październikowej. Jednak już w 1955 w podsumowaniu prac urzędu, zauważano nieskuteczność dotychczasowych działań. „Nie jest dobrze, gdy we wszystkich kurialistach  widzimy samych wrogów, a całą kurię traktujemy, jako reakcyjny monolit – nasza polityka winna iść w kierunku wygrywania różnych sprzeczności, zachodzących w kurii i wyróżniania tych kurialistów, którzy wykazują chęć porozumienia się z nami. Niektóre nasze wojewódzkie wydziały potrafią już bardzo dobrze realizować tę jedynie słuszną linię postępowania. Stwierdzono również, że rozmowy przeprowadzane z  ordynariuszami są niestarannie przygotowane i często w takich rozmowach nie umiemy należycie odeprzeć ich argumentów i ich rzekomych dowodów”.
W grudniu 1956 zawarto nowe porozumienie o obsadzaniu stanowisk kościelnych. Dawało ono znacznie więcej swobody Kościołowi. Zdejmowało także odpowiedzialność z urzędu, który tracił możliwość rozstrzygania odwołań przedstawicieli hierarchii kościelnej. Instancją odwoławczą stała się Komisja Wspólna Rządu i Episkopatu. W ramach uprawnień Urzędu, po 1957, wciąż znajdowała się m.in. kwestia wydawania pozwoleń na budowę kościołów i lokowania nowych cmentarzy. W praktyce przez niemal całe lata sześćdziesiąte budowa nowych obiektów sakralnych była właściwie niemożliwe. W 1966 na piętnaście wniosków o utworzenie nowych parafii, po odwołaniach strony kościelnej, pozytywnie zaopiniowano cztery. Cztery lata później na 37 wniosków odmownie załatwiono 29. Od połowy lat sześćdziesiątych Kościół obchodził te przepisy, powołując w miejsce planowanych parafii ośrodki duszpasterskie. […].
Władze złagodziły swoją politykę dopiero na początku lat osiemdziesiątych, gdy traktowały zgodę na budowę Kościołów, jako kartę przetargową w stosunkach z episkopatem.
Po krótkim okresie odwilży, w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, urząd i inne organy reżimu przystąpiły do nowego etapu walki z przejawami obecności Kościoła w sferze publicznej. […]. Protesty dotyczyły też zakazów wznoszenia kapliczek przydrożnych, próśb o wzniesienie Kościoła, czy próśb o odprawianie mszy podczas obozów młodzieżowych.
Prowadzony przez Kazimierza Kąkola urząd [ od 1974 do 1980 ], włączył się w przygotowania do pielgrzymki Jana Pawła II. Polskie władze nie zgodziły się na pierwszy planowany termin, zmieniły listę miast, które Papież miał odwiedzić, i skróciły okres jej trwania do minimum. Wbrew radom Leonida  Breżniewa, który sugerował powtórzenie scenariusza z 1966, gdy władze nie wyraziły zgody na pielgrzymkę Pawła VI, władze PRL wiedziały, że odmowa miałaby dla nich nieobliczalne konsekwencje.
Pewną skutecznością działań, wykazał się także następca Kąkola – Jerzy Kuberski, który na czele UdsW stał w latach 1980–1982. Jego rozmowa z prymasem Józefem Glempem w nocy z 16 na 17 grudnia 1981 doprowadziła do wstrzymania publikacji, opracowanego przez episkopat komunikatu krytykującego wprowadzenie stanu wojennego.
Urząd miał wpływ również na przebieg drugiej pielgrzymki Jana Pawła II. Na pytanie o zezwolenie na podejście Papieża pod Pomnik Ofiar Czerwca 1956, jeden z urzędników odpowiedział: „Zatrzymanie się Ojca Świętego przy krzyżach poznańskich, zostawmy sobie na wizytę Jana XXIV lub Jana Pawła V, za sto lat”. Podróż apostolska z 1983, była jednak dla władz klęską. W każdej z siedmiu większych mszy, uczestniczyło minimum milion osób, a trzeba pamiętać, że dwukrotnie Jan Paweł II odprawiał dwie msze jednego dnia. Tak było np. 20 czerwca, kiedy msze odbyły się w Katowicach i Poznaniu, a także następnego dnia – we Wrocławiu i na Górze św. Anny. Zgromadzeni Polacy unikali otwartych manifestacji politycznych, a bodaj największym przejawem niesubordynacji wobec reżimu były oklaski, których burza  wybuchała zawsze, gdy padały słowa „solidarność” lub „sierpień” – w dowolnym kontekście. Reakcją UdsW i bezpieki były wspólnie wysunięte propozycje nasilenia walki z Kościołem, m.in. przez zwiększenie działań na rzecz „laicyzacji przestrzeni publicznej”. Ich manifestacją, były kolejne próby usuwania krzyży z miejsc publicznych. Nasiliły się także ataki na duchownych, związanych z duszpasterstwem ludzi pracy, m.in. na ks. Jerzego Popiełuszkę.
Trzecia wizyta Jana Pawła II, w roku 1987, również była poprzedzona długimi negocjacjami. Reżim chciał, by Papież nie wypowiadał się w sprawach opozycji i poparł Społeczną Radę Konsultacyjną. Oba warunki zostały odrzucone, a  komunistyczny rząd nie zdecydował się na konfrontację. Ocena pielgrzymki sporządzona przez pracowników PZPR, MSW i UdsW, była przyznaniem się do klęski podejmowanych przez nich prób, zredukowania podróży Ojca Świętego do jej wymiaru religijnego.[…]. „ Papież zachowywał się w naszym kraju, jak polski książę”. Pielgrzymka z 1987 była dowodem niemal zupełnego wyczerpania się ideologicznej siły reżimu, którą tak bardzo próbowano wzmocnić zaledwie cztery lata wcześniej. Urząd ds.Wyznań, został zlikwidowany, przez Sejm ustawą z 23 listopada 1989. Jego zamknięcie, nie oznaczało końca karier jego funkcjonariuszy. Jerzy Kuberski, który po odwołaniu ze stanowiska w 1982, został kierownikiem zespołu ds. kontaktów roboczych ze Stolicą Apostolską, przy Ambasadzie Polskiej w Rzymie, u progu transformacji systemowe -j został pierwszym (i ostatnim) ambasadorem PRL przy Stolicy Apostolskiej.(34)   

***
Dokument asygnowany przez Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Poznaniu, Wydział do Spraw Wyznań WZ.III-1/638/64, Poznań, dnia 9 listopada 1964 – Poufne – Adresowany do Urzędu do Spraw Wyznań w Warszawie. Oto jego treść: Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Poznaniu – Wydział do Spraw Wyznań w załączeniu przesyła sprawozdanie z przeprowadzonej wizytacji domu zakonnego Kolegium Księży Jezuitów w Kaliszu, ul.23 Stycznia 2. w dniu 10 października 1964 – do wykorzystania.

S p r a w o z d a n i e
z przeprowadzonej wizytacji domu zakonnego Towarzystwa Jezusowego /OO. Jezuici/
w Kaliszu ul. 23 Stycznia 2 [ fragment].

Komisja w składzie:
1.  Wydział do Spraw Wyznań P.W.R.N w Poznaniu – Krzysztof  Later
2.  Wydział Finansowy P.M.R.N w Kaliszu –  Edward Karolak
3.  Miejska Komenda Straży Pożarnych –  Henryk Kozyra
– dokonując wizytacji domu zakonnego w dniu 10 października 1965, szczególną uwagę zwróciła na następujące zagadnienia:
1/. Rozpoznanie domu zakonnego od strony statystycznej i personalnej.
2/. Rozpoznanie faktycznej działalności religijnej i społecznej.
3/. Rozpoznanie źródeł utrzymania mieszkańców domu oraz ustalenie stanu majątkowego i podatkowego.
4/. Ustalenie zależności i wzajemnych powiązań między domem zakonnym a władzami zakonnymi i kościelnymi.

[…]. W dniu wizytacji na podstawie książki meldunkowej zamieszkiwało ogółem 43 osoby, z tego 8 księży, 3 kleryków po nowicjacie, 11 braci profesów, 12 nowicjuszy, 2 kandydatów zakonnych. Ponadto 7 osób świeckich zameldowanych tam na pobyt stały. Sprawozdaniu tym jest podany życiorys przełożonego domu zakonnego o.Leona Nowaka, jego zastępcy o.Wacława Niedźwiadka oraz ocenę ich religijności i stosunek do władz, a także z kim otrzymują kontakty towarzyskie. Jaka i w jakim zakresie jest prowadzona w ramach tego kościoła rektorskiego działalność. Szczególnie zwrócono uwagę na pracę z ministranta-mi i zdaniem „wizytujących” nieoficjalną szeroko zakrojoną pracę charytatywną wobec osób starszych i potrzebujących pomocy moralnej i materialnej. Wzbudził także niepokój o. Józef Urpsza, który jako były farmaceuta wykorzystuje swoje szerokie kontakty z farmaceutami zagranicznymi, sprowadzając leki dla potrzebujących, co również ma wpływ na szeroką penetrację miejscowego społeczeństwa oraz na indywidualne oddziaływanie na niektóre grupy społeczne. W kolejnym punkcie sprawozdania zarzucono nieprawidłowe prowadzenie ksiąg rachunkowych i że zakonnicy kwestionują uprawnienia Komendy Straży Pożarnej odnośnie wstępu do pomieszczeń klauzurowych a Wydziału do Spraw Wyznań do prawa prze-  prowadzania wizytacji. Kolejny zarzut to: – nieudostępnienie wszystkich niezbędnych materiałów do kontroli finansowej /rachunki, rozliczenia/ i odmowę odpowiedzi na szereg zadawanych pytań i.t.d.
We wnioskach zalecono podporządkowanie się Wydziałowi Finansowemu i ustalenie przesyłek finansowych z zagranicy oraz ich nadawców, a poprzez Wydział Zdrowia i Opieki Społecznej spowodować  ograniczenie działalności charytatywnej i opiekuńczej zakonu, jak również przesyłek leków zagranicznych.
[W załączonym spisie osób i ich funkcji, zamieszkałych w domu zakonnym, jest również podany o. Stefan Miecznikowski –  jako magister nowicjatu].
Podpisał: St.Inspektor Wydz. ds. Wyznań /Krzysztof Later/.

[Kolejne sprawozdanie z „wizytacji”: – […]. które zasadniczo nie odbiega w swoich założeniach kontrolnych i co do wniosków, w stosunku do wcześniej przytoczonego. Zmieniły się tylko przełożeni domu zakonnego, byli nimi:- mistrz nowicjatu i rektor o.Stefan Miecznikowski i jego zastępca ds. administracyjnych o.Wacław Butowski. Zmniejszył się stan osoby do 19. Odnotowano, że do urn wyborczych do Sejmu PRL w dniu 19 marca 1972, nie przystąpił o. Stefan Miecznikowski oraz kilku innych zakonników z powodu choroby.(36)
Podpisał:- Starszy Inspektor mgr Antoni Żyłkowski.

________________________________
(9) J.T. str.106. Dekret PKWN z dnia 24 sierpnia 1944 r. o rozwiązaniu tajnych organizacji wojskowych na terenach wyzwolonych. Dz.U nr 3, poz.12./, L. Szmidt, W. Gajewski, Rola Polskiej Partii Robotniczej…, J.T.str. 78-79.
(10)  Ibidem: str.110.
(11) Ibidem:str.110.- Dekret z dnia 7 grudnia 1954 o naczelnych organach administracji państwowej w zakresie spraw wewnętrznych i bezpieczeństwa publicznego. Dz.U nr 54, poz. 269 z późn. zm.
(12) Ibidem: str.110.- Ustawa z dnia 13 listopada 1956 o zmianie organizacji naczelnych organów administracji publicznej w zakresie bezpieczeństwa publicznego. DzU nr 54, poz. 241.
(13) Ibidem: str.110.- Ustawa z dnia 6 kwietnia 1990  o Urzędzie Ochrony Państwa. Dz.U nr 30, poz. 401.
(14) „Pajęczyna“ Barbary Stanisławczyk i Dariusza Wilczaka.str.11.
(15)Twarze bezpieki w PRL w latach 1944 – 1956. Instytut Pamięci Narodowej Komisja Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu. ISBN 83–89078–94–5. Warszawa 2005. Redakcja naukowa: prof. Krzysztof Szwagrzyk.
(16) Przemiany w MSW w latach 1989-1990. Paweł Piotrowski. Warszawa 2004.
(17) Instrukcja nr 012/53 o pracy aparatu bezpieczeństwa z siecią agenturalną. Warszawa 15 VIII 1953. Instrukcje pracy
operacyjnej aparatu bezpieczeństwa (1945-1989), opr. i wstęp T.Ruzikowski, Warszawa 2004,str.33, 69-70,97.
(18) Instrukcja w 1970 [w:]. Ibidem, s. 127.
(19) Ibidem.str.11.
(20) Instrukcja 1963a, cz. I, cz. III, podsumowanie końcowe pkt. 2.
(21) Instrukcja 1963a, cz. II, III, podsumowanie końcowe pkt. 1.
(22) BIULETYN  ŁÓDZKI Nr 8 z 31.I.1983 – redagowany przez Robotniczy Komitet Oporu NSZZ „Solidarność“.
(23) Mateusz Ihnatowicz: „Charakterystyka operacyjna jezuitów Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej na podstawie materiałów aparatu bezpieczeństwa w Polsce Ludowej z lat 1945-1989“. str.143-144.
(24) Kościół katolicki w czasach komunistycznej dyktatury. Między Bohaterstwem a agenturą. Studia i materiały. Tom 3. str.72-73.
(25) Projekt w sprawie werbunku agentury… str.121.
(26) Instrukcja nr 03/60 str.100.
(27) Instrukcja pracy operacyjnej z 1960, str.109
(28)Kościół katolicki w czasach komunistycznej dyktatury. Między Bohaterstwem a agenturą. Studia i materiały. Tom 3. str.143-144, 146.
(29) Instrukcja w sprawie werbunku agentury w szeregach kleru katolickiego, Warszawa 26 VII 1949 [w]. Metody pracy operacyjnej aparatu bezpieczeństwa wobec Kościoła i związków wyznaniowych 1945-1989, wstęp, wybór dokumentów i redakcja A. Dziurok. 2004r. Str.119-120.
(30) Instrukcja pracy operacyjnej Służby Bezpieczeństwa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Warszawa 1 II 1970 [w]. Instrukcja pracy operacyjnej, str.128/Instrukcja pracy operacyjnej z 1960  str.109.
(31) Instrukcja Nr.04/55, str.71
(32) Dr hab. Paweł Skibiński, Uniwersytet Warszawski.
(33) B.S.i D.W. str.11
(34) Michał Szukała (PAP) Dzieje.PL Portal historyczny. Publikacja 19.04.2020. 
(35) Pieczęć okrągła – ARCHIWUM AKT NOWYCH W WARSZAWIE. Zespół archiwalny Nr 1587 Urząd do Spraw Wyznań w Warszawie Sygn.133/84

Rozdział II

NSZZ „SOLIDARNOŚĆ”

NSZZ „Solidarność“. Niezależny Samorządny Związek Zawodowy o zasięgu ogólnopolskim powstał w 1980, na fali niezadowolenia społecznego z powodu pogarszającej się sytuacji ekonomicznej społeczeństwa oraz sposobu sprawowania władzy przez PZPR. Związek ten, w momencie rejestracji, liczył ok.10 mln. członków – 80% zatrudnionych, a jego działaniem kierował elektryk ze Stoczni Gdańskiej – Lech Wałęsa [ TW “Bolek”, w/g źródeł „IPN“].

Proces tworzenia struktur Związku w regionie łódzkim w latach 1980-1981, przebiegał analogicznie do scenariusza wydarzeń w innych częściach kraju. Silną pozycję,  wynikającą w dużym stopniu ze znaczenia strajku zorganizowanego w sierpniu 1980, zyskało ogniwo zakładowe związku, reprezentujące Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne, dowodem czego, stał się wybór Andrzeja Słowika, na stanowisko przewodniczącego Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego, a następnie Zarządu Regionalnego NSZZ „Solidarność“ Ziemi Łódzkiej. Znaczącą reprezentację w regionalnych władzach  Związku, zyskało także środowisko akademickie, a Jerzy Kropiwnicki i Grzegorz Palka, przyjęli funkcje zastępców Słowika, wpływając w istotny sposób na formułowane w łódzkim środowisku opozycyjnym, postulaty reform ekonomicznych. Skutkowało to, stosunkowo słabszą od przewidywanej, pozycją działaczy związkowych, reprezentujących w Łodzi, dominujący przemysł włókienniczy, angażując się w działalność struktur ponadregionalnych, kontestujących częściowo działalność MKZ/ZR Ziemi Łódzkiej, tj.Sieci Organizacji Zakładowych NSZZ „Solidarność“, wiodących zakładów pracy (Jerzy Dłużniewski z Zakładów Przemysłu Bawełnianego im.Marchlewskiego w Łodzi), oraz Krajowej Sekcji Włókna i Skóry, której przewodził Marek Czekalski z Przędzalni Czesankowej Anilany „Polanil“ w Łodzi. Legalna działalność struktur w regionie łódzkim, została przerwana wraz z ogłoszeniem przez władze PRL, decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego […].(37)

POROZUMIENIE SIERPNIOWE.

Cztery porozumienia zawarte przez rząd PRL z Komitetami Strajkowymi powstałymi w 1980, zakończyły wydarzenia Sierpnia 1980 roku.

1/ Porozumienie w Szczecinie – w dniu 30 sierpnia 1980, sygnowane przez Mariana Jurczyka i Kazimierza Barcikowskiego [z ramienia rządu – członek Biura Politycznego KC PZPR],

2/ Porozumienie w Gdańsku – 31 sierpnia 1980, w sali BHP Stoczni Gdańskiej im.Lenina – sygnowane przez Lecha Wałęsę i Mieczysława Jagielskiego [z ramienia rządu – vicepremier PRL],

3/ Porozumienie w Jastrzębiu Zdroju – 3 września 1980 – sygnowane przez Jarosława Sienkiewicza z MKS, przy Kopalni Węgla Kamiennego Manifest Lipcowy i Aleksandra Kopcia [z ramienia rządu – vicepremiera PRL],

4/ Porozumienie w Hucie Katowice (Dąbrowa Górnicza) – 11 września 1980 sygnowane przez Zbigniewa Kupisiewicza i Franciszka Kaima [z ramienia rządu – MinistraHutnictwa] .

W pierwszym punkcie porozumień szczecińskich i gdańskich stwierdzano, że działalność Związków Zawodowych nie spełniła nadziei i oczekiwań pracowników, dlatego uznaje się za celowe powołanie  nowych, Niezależnych Samorządnych Związków Zawodowych, które byłyby autentycznym reprezentantem klasy pracującej. Na podstawie tego punktu dopuszczono do zarejestrowania NSZZ „Solidarność”.

W dalszej części Rząd PRL, zobowiązał się m.in. do wniesienia do Sejmu ustawy o ograniczeniu cenzury. Władze zobowiązały się do ponownego zatrudnienia osób zwolnionych z pracy, po wydarzeniach 1970 roku [masakra na Wybrzeżu – protesty robotników w dniach 14-22 grudnia] i w 1976 roku [wydarzenia radomskie, w dniach 26-30 czerwca]. W kwestii gospodarczej, władze zobowiązały się do opublikowania podstawowych założeń reformy, umożliwiającej zwiększenia samodzielności przedsiębiorstw i udziale samorządu robotniczego w zarządzaniu,  oraz publicznej dyskusji nad nią. 

***

Gdy podpisano Porozumienie Sierpniowe powiedzieliśmy, że będziemy coś robić oficjalnie. Trzeba było ogłosić założenie „Solidarności” w Łodzi. Pamiętam jak nieżyjący już Mieczysław Malczyk, działacz opozycyjny, wyszedł po mszy św. w kościele jezuitów przy ul. Sienkiewicza i powiedział, że na ul. Nawrot, w mieszkaniu Grzegorza Palki, zawiązuje się „Solidarność”. Było to na początku września. Wiadomo, że wszyscy wszystkich podejrzewali. Przyprowadziłem więc pana Malczyka do swojego domu i dałem matryce do powielacza. On je wziął i w ten sposób narodził się moment zaufania. Wydaje się, że to są drobiazgi, które jednak miały wielkie znaczenie. Jeśli ludzie sobie nie ufali, to nic nie zrobili. (38)

___________________________________________

(36) Ibidem. Sygn.133/90 - Poznań, dnia 7.IV.1972. Stempel: POUFNE.

(37) Sebastian Pilarski (współpraca Krzysztof Kolasa). Procesy Polityczne Działaczy NSZZ „Solidarność“ w Łodzi w okresie stanu wojennego. IPN Komisja Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu O/Łódź. Łódź 2013. s. XII-XII

(38) Wojciech Hempel – Bezpłatny dodatek z okazji 40. Rocznicy Powstania Solidarności "DZIENNIK ŁÓDZKI" 28/08/2020.

Rozdział III.1

STAN WOJENNY W POLSCE
(od 13 grudnia 1981 do 22 lipca 1983)

Przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego rozpoczęto już w sierpniu 1980. W październiku sporządzono pierwszą listę osób przewidzianych do internowania i była aktualizowana w kolejnych miesiącach.(39)

***
/Źródło: – AIPN Łd,271/13, k.5-6/.
„Akceptuję“                                                                           Warszawa, dnia …27 października 1981r.
B.[ogusław] Stachura [podpis nieczytelny]                                                             [wpisano odręcznie]                                                                                                                           Tajne spec. znaczenia                                                                                                                                                                   Egz. nr….31…[wpisano odręcznie]

 Instrukcja operacji krypt. „Klon“
I. Postanowienia wstępne.
1. Operacja „Klon“ dotyczy przeprowadzenia rozmów ostrzegawczych, po wprowadzeniu stanu wojennego z osobami wytypowanymi przez jednostki operacyjne Służby Bezpieczeństwa.
2. Przeprowadzenie rozmów, ma na celu skłonienie osób, z którymi zostaną przeprowadzone, do zaniechania działalności zagrażającej bezpieczeństwu państwa w warunkach stanu wojennego, w tym poprzez pozyskanie do współpracy operacyjnej ze Służbą Bezpieczeństwa, dezintegrację środowisk, w których prowadzona jest szkodliwa politycznie działalność oraz demaskowanie zamierzeń i działań politycznego przeciwnika.
3. W rezultacie rozmowy, uznając, że spowoduje ona zaniechanie działalności zagrażającej bezpieczeństwu państwa lub że stosowanie środków, o których mowa w pkt. 4 nie jest celowe, należy przyjąć oświadczenie o zobowiązaniu do przestrzegania porządku prawnego (druki przesłano do KW MO).
4.   Jeżeli w rezultacie rozmowy uzna się, że nie spowoduje ona zaniechania działalności zagrażającej bezpieczeństwu państwa w warunkach stanu wojennego, osoba wezwana na rozmowę podlega internowaniu. Decyzję o internowaniu podejmie komendant wojewódzki MO, na podstawie przepisów dekretu o stanie wojennym.

II.  Organizacja przygotowań i przebiegu rozmów ostrzegawczych.
Etap I – przygotowawczy. 
1. Osoby, z którymi przeprowadzone zostaną rozmowy, typują jednostki operacyjne Służby Bezpieczeństwa. Wykaz osób podlega okresowej aktualizacji, nie rzadziej niż dwa razy w miesiącu.
2. Do przeprowadzenia rozmów, należy wyznaczyć inspektorów operacyjnych i śledczych KW MO, członków aktywu partyjnego i – jeżeli jest to uzasadnione – aktywu ZSMP, działającego w KW MO. Dokonując doboru funkcjonariuszy w celu przeprowadzenia rozmów z konkretnymi osobami, należy w szczególności uwzględnić przynależność zawodową osób, poziom wykształcenia i wiek.
3. Jednostka operacyjna, która wytypowała osobę do przeprowadzenia rozmowy, przygotowuje plan rozmowy, uwzględniający podstawowe okoliczności, które winny być podniesione w rozmowie, w szczególności dane o udziale tej osoby w działalności zagrażającej bezpieczeństwu państwa oraz dane personal-ne i o sytuacji rodzinnej.
4.  Komendant wojewódzki MO wyda polecenie przygotowania i zatwierdza plan wykonania operacji „Klon“, przez podległe mu komórki organizacyjne KW MO, uwzględniający:
– wykaz osób, z którymi prowadzone będą rozmowy ostrzegawcze;
– wykazy funkcjonariuszy, którzy będą prowadzić rozmowy;
– określenie sposobu wezwania na rozmowę i funkcjonariuszy, którzy dokonają doprowadzenia oraz miejsc prowadzenia rozmów;
– tryb przedstawienia wniosków wynikających z przeprowadzenia rozmowy i podejmowania decyzji w sprawie internowania lub zwolnienia;
– organizacja transportu osób, które w rezultacie rozmów zostały internowane – do ośrodków odosobnienia.

Etap II – realizacja.
1. Rozmowy ostrzegawcze prowadzić należy w siedzibie komendy wojewódzkiej lub innych jednostek-organizacyjnych MO. W ciągu pierwszego dnia operacji winny się one odbyć z większością wytypowanych osób.
2.  Osoby wytypowane do rozmów wzywa się do stawienia w siedzibie jednostki MO, wyznaczonej  w planie operacji. Jeżeli z posiadanego rozpoznania operacyjnego wynika, że wytypowana osoba nie będzie uchylała się od stawiennictwa – można dokonać wezwania telefonicznie, poprzez funkcjonariusza MO, bądź pisemnie. Inne osoby doprowadzają na rozmowy umundurowani funkcjonariusze MO.
3.  W toku rozmowy wskazać należy na okoliczności charakteryzujące działalność zagrażającą bezpieczeństwu państwa, wyjaśniać, że działalność ta jest sprzeczna z porządkiem prawnym i uprzedzić, że w wypadku jej nieponiechania może skutkować zastosowanie[m] środków represyjnych.
4.  Z rozmowy sporządzić należy notatkę, która – obok relacji z przebiegu rozmowy – zawierać winna wnioski w przedmiocie dalszego postępowania – stosownie do pkt. 3 i 4 rozdziału I Instrukcji.

***
/Źródło: AIPN Łd, pf 86/14, t.2/karta: 122-135/     
Komenda Wojewódzka MO w Łodzi                                                                            Łódź, luty 1983
Wydział Śledczy SB                                                                                                  Tajne spec.znaczenia Egz. Nr 1                                                      [wpis.odręczny]      

Koncepcja planistyczna i przebieg akcji internowań w województwie m. łódzkim.

[…] II. Opracowanie założeń do planu akcji internowań.
W oparciu o wymienione wnioski „o izolację osoby“, wydziały operacyjne KWMO w Łodzi zgłosiły do Wydziału Śledczego łącznie 107 osób podlegających internowaniu, w następującym układzie:
Wydział II   –   11,
Wydział III –   60,
Wydział IV –     8,
Wydział V  –   28,
Na bazie tych wielkości zespół planujący akcję przystąpił do szczegółowej analizy otrzymanego zadania, celem wypracowania odpowiednich założeń jego realizacji. Dla zorientowania się w układzie sytuacyjnym, na szczegółowy plan województwa miejskiego łódzkiego naniesiono miejsca zamieszkania lub pobytu osób wytypowanych do internowania. Pozwoliło to dokonać podziału województwa na dwa rejony, w których powinny działać siły biorąć w akcji tj. Rejon „północny“ z bazą umieszczoną w KW MO w Łodzi oraz Rejon „południowy“ z bazą usytuowaną w pomieszczeniach KD MO Łódź-Polesie. Wytypowanie wymienionych jednostek jako baz, w których będą działały nasze siły, wynikało z ich centralnego położenia w stosunku do poszczególnych miejsc zamieszkania lub pobytu osób podlegających internowaniu.
W konsekwencji, miało to wpłynąć bezpośrednio na szybkość działania i maksymalne skrócenie czasu akcji. Do realizacji planowanego przedsięwzięcia postanowiono użyć siły i środki MO i SB garnizonu  łódzkiego z wyłączeniem ZOMO, BCP i WRD, wychodząc z założenia, iż w przypadku ogłoszenia stanu wojennego, jednostki te nie powinny być rozproszone. Mając na uwadze szybkość i skuteczność planowanej akcji, po zbadaniu możliwości transportowych, podjęto decyzję użycia do działań także samochodów prywatnych funkcjonariuszy, którzy wrazili zgodę na wykonanie zadania  służbowego własnym pojazdem.
Na mocy decyzji Biura Śledczego MSW w Warszawie, osoby internowane winny zostać umieszczone w wyznaczonych centralnie ośrodkach odosobnienie. W naszym przypadku, w zakładach karnych w Sieradzu   i Łęczycy.[…] Na realizację tego etapu zaplanowano czas 4 godzin. Łącznie dla wyszczególnionych etapów przeprowadzenia akcji specjalnej bilans czasowy zamknięto wielkością 11 godzin. W oparciu o tak sformułowaną koncepcję, dokonano rozliczenia sił i środków niezbędnych do zrealizowania zadania. Jak ustalono łączna ich wielkość winna wynieść:   
–  siły ludzkie – 778 funkcjonariuszy;
–  transport     – 249 samochodów osobowych i 4-5 samochodów więźniarek;
–  łączność     –  stała przewodowa – telefony wewnętrzne, 2 radiostacje bezprzewodowe łączące kierownictwo akcji z rejonem bazą KDMO Łódź-Polesie, jako zabezpieczenie awaryjne.

III.   Postanowienia końcowe.
1. Jeżeli po wprowadzeniu stanu wojennego, operacja „Klon“ realizowana jest bez jednoczesnego zarządzenia operacji „Wrzos“ – rozmowy ostrzegawcze przeprowadzić należy w trybie określonym w niniejszej Instrukcji, również z osobami wytypowanymi do objęcia akcją „Wrzos“.
2. Osoby, z którymi przeprowadzono rozmowę ostrzegawczą i które złożyły oświadczenia o lojalności, podlegać winny kontroli operacyjnej jednostek Służby Bezpieczeństwa. W przypadku stwierdzenia, że prowadzą one działalność zagrażającą bezpieczeństwu państwa, osoby te należy internować w ośrodku odosobnienia.
3.  Pracę operacyjną w ośrodku odosobnienia organizuje i prowadzi się wg zasad określonych w piśmie dyrektora Biura Śledczego MSW nr J-0019/81/M z dnia 8 lutego 1981.
4.  O przebiegu i wynikach operacji „Klon“ informować należy według zasad przewidzianych dla operacji „Wrzos“ (pismo dyrektora Biura Śledczego MSW nr J-00124/81/M z dnia 5 października 1981) z tym, że informacje o przebiegu operacji, do chwili jej zakończenia, przekazywać należy codziennie w godz. 12.00, 18.00 i 24.00. […].

12 XII 1981.
Godzina 16.50 – z[astępca] komendanta wojewódzkiego MO ds. Służby Bezpieczeństwa powiadamia kierownika akcji o konieczności przybycia do jednostki;
Godzina 17.20 – z[astępca] komendanta wojewódzkiego MO ds. SB informuje kierownika akcji o otrzymaniu decyzji sztabu MSW w zakresie przystąpienia do wykonania zadania internowań podając godz. „0“, jako czas jej rozpoczęcia;
Godzina 17.50 – kierownik sztabu KW MO w Łodzi, wydaje polecenie oficerom dyżurnym MO i SB, o uruchomieniu systemu alarmowego, opracowanego dla potrzeb akcji internowań, a znajdującego się w stałej ich dyspozycji;
Godzina 18.00 – kierownik akcji udaje się do miejsca swego urzędowania i uruchamia system alarmowy dla podległych sobie funkcjonariuszy; Godzina 19.30 – kierownik sekcji dokonuje odprawy dla kierowników rejonów-baz, sekcji odbioru internowanych, kierowników sekcji osadzania i oficerów łącznikowych;
Godzina 20.05 – komendant wojewódzki MO podpisuje nakazy zatrzymań i decyzje o internowaniu wy-typowanych osób oraz imienne upoważnienia dla kierowników sekcji osadzeń, udających się do zakładów karnych w Łęczycy i Sieradzu;
Godzina 21.00 – kierownicy rejonów sekcji odbioru internowanych po odebraniu dokumentów wykonawczych udają się w miejsca swojego działania;
Godzina 21.05 – kierownicy sekcji osadzeń udają się samochodami służbowymi do zakładów karnych w Łęczycy i Sieradzu, celem zorganizowania ośrodków odosobnienia i zameldowania o gotowości przyjęcia internowanych;
Godzina 21.20 – oficerowie łącznikowi wyposażeni w imienne listy internowanych, udają się do komend dzielnicowych MO Łódź-Śródmieście, Łódź-Bałuty, Łódź-Górna i Łódź-Widzew;
Godzina 21.30 – Wydział Łączności instaluje, w rejonie-bazie KDMO Łódź-Polesie i pomieszczeniu kierownika akcji, radiostację zabezpieczającą łączność bezprzewodową na wypadek awarii łączności telefonicznej wewnętrznej;
Godzina 22.00 – kierownicy rejonów meldują kierownikowi akcji gotowość do wykonania zadania. Takie same meldunki, składają oficerowie łącznikowi;
Godzina 22.45 – na polecenie kierownika akcji kierownicy rejonów-baz i oficerowie łącznikowi z godziną 23.00 rozpoczynają odprawy z funkcjonariuszami biorącymi udział w akcji, wydają im dokumenty wykonawcze;
Godzina 23.00 – kierownik akcji składa komendantowi wojewódzkiemu MO meldunek o przystąpieniu do  odprawy w rejonach-bazach. Jednocześnie powiadamia, iż do godz.22.45 zgłosiło się 70 proc. Stanu osobowego wyznaczonego do zadań;
Godzina  23.30 – sieć telefoniczna województwa miejskiego łódzkiego przestaje funkcjonować. Początek operacji „Azalia”. Jej celem: zajęcie (wspólnie z żołnierzami WP) obiektów Polskiego Radia i Telewizji oraz zablokowanie środków łączności.
Godzina 23.45 – kierownicy rejonów zgłaszają gotowość do rozpoczęcia akcji. Oficerowie łącznikowi meldują o zakończeniu odpraw i skierowaniu patroli funkcjonariuszy w wyznaczone rejony działań;
Godzina  23.55 – kierownik akcji melduje komendantowi wojewódzkiemu MO o gotowości do działań;
Godzina    0.00 – kierownicy rejonów uruchamiają sekcję zatrzymań;

   Godzina  0.10 – kierownik rejonu bazy „Południe“, melduje o zatrzymaniu pierwszej osoby;

Telegram 1:
„Do szefa Sztabu Generalnego WP gen. broni F. Siwickiego,
Nr IB00727/81
Data 12 grudnia 1981. 
„Uprzejmie proszę o spowodowanie wydania polecenia, aby siły wojskowe były w gotowości do wykonania akcji krypt. „Azalia”, w dniu 12.12, godz. 23.30. Zainteresowani dowódcy jednostek wojskowych proszeni są o nawiązanie w tej sprawie kontaktu z właściwymi komendantami wojewódzkimi MO”. 
Gen.broni Kiszczak.

Telegram 2:
„Do Komendantów Wojewódzkich MO.
Towarzyszu Komendancie! Rozkazuję wykonanie  wykonanie akcji „Synchronizacja”.
1. Zapadły odpowiednie decyzje. Ogłoszenie nastąpi 13.12.81 o godz. 6.00, przez radio w programie pierwszym.
2. Polecam podjąć przygotowanie i realizację operacji kryptonim „Azalia” [blokada komunikacji i telekomunikacji] w dniu 12.12.81 o godz. 23.30, a o godz. 24, to jest godzinę później, akcję kryptonim „Jodła” [internowania] i następnie „Klon” [rozmowy ostrzegawcze].
3. Tam gdzie są warunki, akcją „Jodła” objąć siedziby Regionów [NSZZ „S”], przejmując dokumenty i unieruchamiając urządzenia poligraficzne – bez niszczenia.
4. Operację w stosunku do obiektów radiowo-telewizyjnych wykonać o godz. 24.00 w dniu 12.12.81 zgodnie z planem.
Przypominam o zachowaniu bezwzględnej tajemnicy”
Gen. broni Kiszczak.

13 XII 1981
Godzina  1.05 – kierownicy sekcji osadzania przebywający w zakładach karnych w Łęczycy i Sieradzu, meldują o gotowości przyjęcia internowanych;
Godzina 1.10 – oficer łącznikowy działający w KDMO Łódź-Śródmieście melduje, iż z Zarządu regio-nalnego NSZZ „Solidarność“ wyjechał samochód z czterema osobami. Został zablokowany, a jego pasaże-rowie zatrzymani (jedna z tych osób została internowana);
Godzina 2.20 – kierownicy sekcji osadzeń działający w ZK w Łęczycy i Sieradzu, meldują o przyjęciu pierwszych transportów internowanych;
Godzina 5.00 – kierownicy rejonów baz meldują o zakończeniu akcji internowań i utrzymaniu zasadzki w miejscu zamieszkania [wpisano odręcznie nad przekreślonym maszynowo, nieczytelnym wyrazem], jednej niezatrzymanej osoby;
Godzina 5.30 – kierownik akcji składa komendantowi wojewódzkiemu MO meldunek o jej zakończeniu. W dalszym ciągu jedna osoba niezatrzymana – zasadzka w miejscu jej zamieszkania utrzymana do godziny 14.00 (wynik negatywny);
Godzina 6.00 – kierownicy rejonów baz z udziałem funkcjonariuszy SB KWMO rozpoczynają akcję    rozmów profilaktyczno-ostrzegawczych. W jej wyniku komendant wojewódzki MO wydaje decyzję o dal-szych internowaniach. Zarządzenie nr 061/81 powołuje do życia grupę śledczą działającą do dnia 4 I 1982 […].
Wyk. 4 egz.                                                             
Kpt.mgr A.[polinary] Jakubowski  
Opr. AJ Dr.KD 
Stempel: Naczelnik Wydziału Śledczego KW MO w Łodzi
[nieczytelny podpis] 

***
/Źródło: Archiwum Centralnego Zarządu Zakładów Karnych, 98/7, mps./

Zarządzenie nr. 50 /81/CZZK (nr wpisany odręcznie)
Ministra Sprawiedliwości  z dnia 13 grudnia 1981. W sprawie utworzenia ośrodków odosobnienia.   

Na podstawie art.45 ust.1. Dekretu z dnia 12 grudnia 1981. o stanie wojennym /DzU Nr 29 poz.154/ zarządza się, co następuje:    
                                                                          §1.  
Tworzy się ośrodki odosobnienia w:
– Białej Podlaskiej
– Białymstoku
– Cieszynie w woj.bielskim
– Bydgoszczy-Fordonie i Potulicach w woj.bydgoskim
– Chełmie, Krasnymstawie i Włodawie w woj.chełmskim
– Lublińcu w woj.częstochowskim
– Gdańsku oraz Juracie i Strzebielinku w woj.gdańskim
– Gorzowie Wlkp. w woj.kaliskim
– Bytomiu, Jastrzębiu Zdroju, Raciborzu, Sosnowcu i Zabrzu w woj.katowickim
– Kielcach
– Jaworze [nazwa wpisana odręcznie nad przekreślonym tekstem] i Wierzchowie w woj.koszalińskim
– Krakowie przy ul.Montelupich 7
– Uhercach w woj. krośnieńskim
– Głogowie w woj.legnickim
– Łodzi, przy ul.Kraszewskiego 1/5
– Iławie, Ostródzie w woj.olsztyńskim
– Opolu oraz Grodkowie i Strzelcach Opolskich przy ul.Świerczewskiego 3, w woj.opolskim
– Wronkach w woj.pilskim
– Łęczycy w woj.płockim
– Poznaniu i Gębarzewie w woj.poznańskim
– Radomiu
– Rzeszowie-Załężu
– Promnik woj.siedleckie ( wpisane odręcznie nad przekreślonym tekstem)
– Sieradzu
– Łowiczu w woj.skierniewickim
– Suwałkach
– Goleniowie i Kamieniu Pomorskim w woj.szczecińskim
– Nisku w woj. Tarnobrzeskim
– Świdnicy w woj. Wałbrzyskim
– Włocławku
– Warszawie przy ul. Ciupagi 1 oraz przy ul.Chłopickiego 71a
– Wrocławiu przy ul. Klęczowskiej 31
– Zielonej Górze.
                                                                             §2
Ośrodki odosobnienia są tworzone jako samodzielne jednostki organizacyjne lub jako odrębne oddziały w zakładach karnych, aresztach śledczych i ośrodkach przystosowania społecznego.

                                                                             §3
Zadania w zakresie wykonywania internowania w ośrodkach odosobnienia spełnia Służba Więzienna.
                                                                             §4
Zarządzenie wchodzi w życie z dniem podpisania. 
W porozumieniu:
Minister Spraw Wewnętrznych                                                                      Minister Sprawiedliwości
[Prostokątna pieczęć I Zastępcy Ministra]                                                  [Nieczytelny podpis ministra
Spraw Wewnętrznych gen.dyw.                                                                      Sylwestra Zawadzkiego
Bogusław Stachura – podpis nieczytelny].

                                                                              ***
Nie jest to pełen wykaz ośrodków odosobnienia, np. w dokumencie Nr 42 jest mowa o ośrodku w Łupkowie woj.podkarpackim.(40)

***
/Źródło: BUiAD IPN, 185n/30,mps/.  
załącznik do „Informacji Dziennej“ MSW z dnia 14 XII 1981.
Wyniki działań podjętych przez resort spraw wewnętrznych w związku ze stanem wojennym.

Internowanie osób.
Na ogólny stan przewidzianych do internowania 4318 osób, na terenie kraju zatrzymano łącznie 3392 osoby, w tym:
–   88 członków b.KOR-u,
–   78 członków KPN,
– 135 z kierownictwa KK NSZZ „Solidarność“,
– 403 członków ZR NSZZ „Solidarność,
– 1051 członków kierownictwa KZ NSZZ „Solidarność“.
Akcję internowania kontynuuje 45 wojewódz.
II. Rozmowy profilaktyczne.
Do tej pory przeprowadzono 394 rozmowy profilaktyczne, w tym m.in. z :
– 6 członkami władz regionalnych,
– 12 członkami komisji zakładowych „Solidarność“.
Z ogólnej liczby osób, z którymi przeprowadzono rozmowy, deklarację lojalności złożyło 349 osób, odmówiło zaś 45. Osoby te internowano. […].
Trwają nadal poszukiwania 28 osób, w tym m.in.: [Zbigniewa]Bujaka, [Władysława]Frasyniuka, [Andrzeja]Jastrzębskiego, [Patrycjusza] Kosmowskiego, [Bogdana]Lisa, [Jacka]Merkela i [Zdzisława] Rozwalaka […]. Otrzymują:
Tow. Wojciech Jaruzelski
Tow. Kazimierz Barcikowski
Tow. Mirosław Milewski
Tow. Stefan Olszowski
Tow. Florian Siwicki
Tow. Michał Atlas
Protokół z posiedzenia WRON (Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego) zawiera nast. komunikat:–        „Przeciwnik został pokonany na pierwszej, najsilniejszej pozycji oporu i w najbliższych tygodniach musi zostać sparaliżowany również na kolejnych pozycjach”. Czyli zostało zdławione najsilniejsze źródło oporu, jakim były strajki w zakładach pracy na terenie Polski oraz inne próby otwartego przeciwstawiania się       istniejącemu porządkowi konstytucyjnemu.
                                                                           Godz. 24.00
Tego sobotniego wieczoru telewizja polska nadaje w programie drugim, film braci Taviani – “Św. Michał miał koguta”. Nagle, dokładnie o północy, film zostaje przerwany w momencie, kiedy Strażnik zamierza wyrzucić więźnia z łódki do morza. Na ekranie pojawia się wystraszony spiker i oświadcza: “Dziękuję państwu. Dobrej nocy”.(41)
                                                                            Godz. 24.20
Kapitan Górnicki [Wiesław, od 1986 podpułkownik – bliski współpracownik gen.Jaruzelskiego], który nadal dyktuje przemówienie generała, robi małą przerwę zanim podejmie: Rada państwa, w zgodnie z postanowieniami Konstytucji, wprowadziła dziś o północy stan wojenny na obszarze całego kraju…”. Starsza z dwóch maszynistek przestaje pisać i wybucha płaczem.(42)
                                                                             Godz. 24.35
Generał Czesław Kiszczak otrzymuje wreszcie informacje, na którą czekał od wielu godzin w swoim gabinecie na drugim piętrze ogromnego gmachu MSW: – “Oni wszyscy wyszli”. Ci “oni”, to przywódcy “Solidarności”. Minister Spraw Wewnętrznych obawiał się tylko jednego:- że sztab “Solidarności”, powia-domiony o mających nastąpić wydarzeniach, zabarykaduje się wewnątrz Stoczni (gdzie normalnie pracuje ponad dziesięć tysięcy osób) i że ciężko będzie go stamtąd wydostać. Nie mówiąc już o symbolicznym znaczeniu, jaki miałby ewentualny atak milicji i wojska na zakłady, w których 16 miesięcy wcześniej pod-pisano słynne Porozumienie.(43)
                                                                            Godz. 06:00
„…Tu Polskie Radio Warszawa. Mamy dziś niedzielę, 13 grudnia 1981. Rozpoczyna się szczególny dzień w historii naszego państwa i naszego narodu. Za chwilę przed mikrofonami Polskiego Radia przemówi generał armii Wojciech Jaruzelski ”… Głos prezentera jest spokojny, opanowany, bez śladu emocji… Rozlega się Hymn Narodowy, Mazurek Dąbrowskiego…
„Obywatelki i Obywatele Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej! Zwracam się do was jako żołnierz i jako szef rządu polskiego. Zwracam się do Was w sprawach wagi najwyższej. Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią. Dorobek wielu pokoleń, wzniesiony z popiołów polski dom ulega ruinie. Struktury państwa przestają działać. Gasnącej gospodarce zadawane są codzienne nowe ciosy. Warunki życia przytłaczają ludzi coraz większym ciężarem.[…]. Zwracam się do wszystkich obywateli – nadeszła godzina ciężkiej próby. Próbie tej musimy sprostać, dowieść, że „Polski jesteśmy warci”!..Rodacy! Wobec całego narodu polskiego i wobec całego  świata, pragnę powtórzyć te nieśmiertelne słowa: JESZCZE POLSKA NIE ZGINĘŁA, PÓKI MY ŻYJEMY“. Ukonstytuowała się Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego. Powodując się nadrzędnym interesem narodowym i powagą historycznej chwili Rada Państwa…wprowadziła z dniem 13 grudnia 1981 roku, stan wojenny na obszarze całego kraju”.(44)
Polskie Radio nadaje tylko muzykę poważną, głównie Chopina, a przemówienie gen.Jaruzelskiego TVP emituje co godzinę. W rozporządzeniu Rady Ministrów, opublikowanym dn.12 grudnia 1981, karta 14-18, określono zasady przeprowadzenia internowania. Internować można było każdego obywatela polskiego, który ukończył 17. lat.[…].(45)

***
Oficjalnym powodem stanu wojennego była pogarszająca się sytuacja gospodarcza kraju (od kwietnia do października 1981, ponowny system tzw. kartek żywnościowych dla szerokiego wachlarza towarów np. mięso, masło, tłuszcze, mąka, ryż, mleko dla niemowląt, buty itd.), oraz zagrożenie bezpieczeństwa energetycznego w kraju wobec zbliżającej się zimy.      
W 1981 roku dochód narodowy spadł o 12% rok do roku poprzedniego. Władze radzieckie przekazały  polskiej stronie rządowej informację, że w związku z sytuacją w Polsce w 1982 roku ZSRR dostarczy do Polski mniej ropy naftowej (o 64%) i gazu (o 47%). Oleju napędowego Polska miała nie uzyskać wcale. W dodatku, całkowicie załamał się skup produktów rolnych. Rolnicy stracili zaufanie do pieniądza, za który nie mogli nabyć innych towarów na rynku. W tej sytuacji rząd zmuszony był do wprowadzenia tzw. sprzedaży wiązanej (za maszyny trzeba było płacić zbożem) co było cofnięciem się do formy gospodarki wymiennej. Jednocześnie „Solidarność” wzywała rolników do wstrzymywania się ze sprzedażą państwu produktów rolnych. Brak towarów na rynku i w sklepach był spowodowany zahamowaniem produkcji w fabrykach z powodu strajków organizowanych przez NSZZ „Solidarność”.
Historyk  prof. Andrzej Paczkowski [ w okresie PRL, działacz opozycji demokratycznej], uznaje, że  rzeczywistymi powodami były obawy reżimu komunistycznego przed utratą władzy, związane z utratą kontroli nad niezależnym ruchem związkowym, w szczególności NSZZ „Solidarność”, oraz walki różnych stronnictw w PZPR, nie mogących dojść do porozumienia w kwestii formy i zakresu reform ustroju polityczno-gospodarczego PRL. Za dodatkowy i najważniejszy argument uznano groźbę interwencji zbrojnej w Polsce, przez państwa  Układu Warszawskiego [zwłaszcza ZSRR].
Ogółem od 13 XII 1981 – 30 IV 1982 roku internowano 7198 osób. Aresztowano 6600 osób. Wszczęto 5083 postępowań przygotowawczych w trybie doraźnym, którym objęto 6793 osoby.(46)
Oddziały ZOMO wkroczyły do lokali „Solidarności”, aby zniszczyć urządzenia, zwłaszcza łącznościowe poligraficzne i zatrzymać przebywających w nich ludzi. Jednostki pancerne i zmechanizowane ruszyły z koszar w stronę tras wylotowych, węzłów komunikacyjnych, głównych skrzyżowań i obiektów strategicznych. Wkrótce w zimną, grudniową noc w opustoszałych punktach miast, żołnierze zaczęli rozpalać koksowniki. W bezpośrednich działaniach przeciwko własnemu nardowi wzięło udział ok 100 tysięcy żołnierzy oraz funkcjonariuszy MO i SB, 1750 czołgów, 1400 pojazdów opancerzonych, 500 wozów bojowych piechoty i 9 tysięcy samochodów.(47)
Dla wzmocnienia jednostek MO w ramach mobilizacji powołano: 30237 osób do jednostek manewrowych, 13370 osób do posterunków MO, 1875 osób do dodatkowo sformowanych 21 kompanii MO, 2700 do Wojsk Ochrony Pogranicza i 900 do Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych MSW. Pobrano 3600 pojazdów z gospodarki narodowej.(48) […]. Z ZSRR otrzymano jedynie 22525 ćwiczebnych granatów łzawiących, z CSRR 32500 granatów łzawiących i 10 tysięcy pałek, z NRD najwięcej, bo aż 360440 granatów łzawiących, 40700 świec dymnych, 10000 pałek zwykłych i 10975 pałek składanych.(49)
Główny autor stanu wojennego generał  Wojciech Jaruzelski, wraz z najbliższym otoczeniem przebywał w gmachu Rady Ministrów. Wiesław Górnicki kończył pisanie tekstu deklaracji przewodniczącego nie ujawnionej jeszcze, Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. O godz. 6 rano w I programie Polskiego    Radia rozpoczęto nadawanie, poprzedzonego hymnem narodowym, przemówienia Wojciecha Jaruzelskiego, nagranego uprzednio w polowym studio, w koszarach pułku łączności wojsk lotniczych. O godz. 12:00 telewizyjną wersję nadał I program TVP. Przebrani w wojskowe mundury popularni spikerzy TVP zaczęli odczytywać monotonnym głosem dekrety o stanie wojennym, o postępowaniu w sprawach przestępstw i wykroczeń, o zmianie ustroju sądów i prokuratury wojskowej, komunikaty o militaryzacji wielu jednostek administracji, całych branż, jak komunikacja, telekomunikacja, energetyka, górnictwo, porty morskie i ok. 130 zakładów pracy. Do zmilitaryzowanych instytucji posłano ponad 8 tysięcy komisarzy wojskowych, oficerów służby czynnej, którzy zupełnie nie mieli pojęcia o organizacji zakładów i produkcji, a do tego bardzo często byli skorumpowani. Wprowadzono godzinę milicyjną (od godz.22:00 do 6:00), cenzurę  korespondencji, zakaz opuszczania miejsc zamieszkania. Na gmachu KC PZPR zamiast czerwonej, załopotała flaga narodowa. O godz.5:30 przedstawiciele władz zbudzili Prymasa Polski Józefa Glempa, zawiadamiając o wprowadzeniu stanu wojennego. Dwa kazania wygłoszone przez ks. Prymasa, poranne w Częstochowie i wieczorne w Warszawie, transmitowane przez radio bez wiedzy mówiącego, zawierały m.in. wezwanie do zaniechania oporu fizycznego i zapewnienie, że Kościół będzie bronić prześladowanych.(50)

W czasie gdy w Warszawie wojskowi kurierzy dostarczali członkom Rady Państwa zawiadomienia o nadzwyczajnym zebraniu, w Gdańsku kończyły się dwudniowe obrady Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”. Uczestnicy obrad zaczęli opuszczać teren Stoczni Gdańskiej. Krótko po godz. 1:00, ZOMO otoczyło hotele, gdzie nocowali członkowie Komisji Krajowej i przystąpiło do zatrzymań.[…].

Samolotem  [rządowym, pilotowanym przez majora Gawlasa – start o godz.23:00, po pięciu godzinach oczekiwania na specjalnego pasażera], Lech Wałęsa [ w towarzystwie pułkownika „SB”], został przewieziony do Warszawy, a później do Chylic [ na obrzeżach Warszawy]. Umieszczono go w dawnej willi byłego sekretarza KC PZPR, Jerzego Łukaszewicza. Znajdował się tam Stanisław Ciosek i kilku generałów. W środku nocy, na „rozmowy” przybył wicepremier Mieczysław Rakowski.[…].(51)  Od 11 maja 1982 Lech Wałęsa przebywa jako internowany w Arłamowie (do 15 listopada 1982) – przewieziony helikopterem z Otwocka do rządowego ośrodka wypoczynkowego w Bieszczadach, położonego tylko kilka kilometrów od granicy z ZSRR. Izolowany od innych działaczy Solidarności i oddalony od głównych ośrodków ruchu, miał być kartą przetargową władz lub z wolna zostać zapomniany. Mieszkał w dwupokojowym apartamencie, pod nr 52 – pilnowali go  funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu.

***
/Źródło: Notatka Biura Ochrony Rządu i Biura Śledczego MSW dotycząca listu biskupa gdańskiego Lecha Kaczmarka (z 9 lipca 1982), do Przewodniczącego Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, gen.Wojciecha Jaruzelskiego w sprawie zwolnienia z internowania Lecha Wałęsy./.

Warszawa, 26 lipca 1982.  
[data dzienna wpisana odręcznie]
Tajne
Egz[emplarz] pojed[y]n[czy]

Notatka
W związku z pismem Biskupa Gdańskiego ks. Lecha Kaczmarka z dnia 9 lipca 1982, ustalono co następu-je:
1. Pismo ks. bp. L[echa] Kaczmarka z dnia 11 lutego br., skierowane do Przewodniczącego Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, nie wpłynęło do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
2. W okresie internowania L[ech] Wałęsa odwiedzany był 14-krotnie, przez członków rodziny w następujących terminach:
  1) żona Danuta z dziećmi:             
16-18 XII 1981r   
4-25 XII 1981r                                                                                                                                                  
8-15   I   1982r
  26   II  1982r
  28   III 1982r
  9-13   IV 1982r
  11   V 1982r
  31 V-3VI 1982r
Od dnia 25 VI 1982 do chwili obecnej, Danuta Wałęsa przebywa wraz z dziećmi w miejscu internowania Lecha Wałęsy. Ob. Danuta Wałęsa została poinformowana o możliwości odwiedzin męża wraz z dziećmi w każdym dowolnym terminie. Koszty pobytu rodziny pokrywa państwo. Jednocześnie wielokrotnie rodzina L[echa] Wałęsy, korzystała w celu odwiedzin, ze środków transportu MSW.

2) Ponadto L[ech] Wałęsa odwiedzany był przez:
a) brata Stanisława Wałęsę    11 I 1982r
    wraz z siostrą Izabellą Młyńską    18 II 1982r         
b) brata Zygmunta Wałęsę                 10 III 1982r
c) szwagra Bronisława Młyńskiego  17 III 1982r
3) L[ech] Wałęsa w okresie internowania był 42-krotnie odwiedzany przed przedstawicieli Kościoła […].
– bp B[ronisław] Dąbrowski -14 XII 1981r
– bp Zygmunt Kraszewski – 25 XII 1981r
– ks. A[lojzy] Orszulik  – 20 XII 1981r, 25 XII 1981r, 27 XII 1981r, 1 I 1982r, 3 I 1982r, 10 I 1982r, 17 I – 24 I 1982r, 30 I – 31 I 1982r, 14 II 1982r, 24 II 1982r, 28 II 1982r, 4 IV 1982r, 2 V 1982r, 9 V 1982r, 23 V 1982r, 30 V 1982r, 18 VII 1982r,
– ks. Jankowski [Henryk]  – 24 – 25 XII 1981r, 8 – 9 I 1982r, 27 I 1982r, 16 II 1982r, 23 II 1982r, 4 III 1982r, 17 III 1982r,
– ks. Górski 23 II 1982r
– ks. Chmiel [Jana] 21 III 1982r, 8 IV 1982r, 15 IV 1982r, 18 IV 1982r, 25 IV 1982r,
– ks. Cebula [Cybula Franciszka] 28 III 1982r
 [spowiednik Lecha Wałęsy – późniejszy kapelan Prezydenta Lecha Wałęsy – w latach 1969-1990 zarejestrowany jako TW „Franek“].
– miejscowy proboszcz ks. Potocki [Andrzej]  6 VI 1982r, 13 VI 1982r, 20 VI 1982r, 27 VI 1982r, 4 VII 1982r, 11 VII 1982r.
4) W okresie internowania L[ech] Wałęsa odwiedzany był przed przedstawicieli instytucji i organizacji zagranicznych:
– Zdzisław Pręgowski – przemysłowiec szwajcarski – 10 III 1982r
– Valticos [w oryginale Walticas] – wiceprzewodniczący Międzynarodowej Organizacji Pracy 14 V 1982r
– Delegacja Międzynarodowego Czerwonego Krzyża 26 II 1982r, 26 VI 1982r
Przez cały okres internowania L[echowi] Wałęsie dostarczane są bez ograniczeń artykuły żywnościowe z Bazy Zaopatrzenia Specjalnego. W okresie od dnia 13 XII 1981r do dnia 26 VII br. L[ech] Wałęsa skonsumował samotnie lub w towarzystwie osób go odwiedzających:
– wódka                                                          85 butelek
– wino                                                            35 butelek
– winiak i koniak                                           29 butelek
– szampan                                                      42 butelki
– piwo                                                            512 butelek
ponadto dostarczono mu 638 paczek papierosów
5) Ponadto L[echowi] Wałęsie umożliwiono w miejscach internowania oglądanie programów telewizyjnych, słuchanie programów radiowych oraz dostarcza się prasę codzienną – dzienniki: „Trybuna Ludu“, „Żołnierz wolności“, „Rzeczypospolita“.

Stwierdzono fakty dostarczania L[echowi] Wałęsie przez osoby odwiedzające pism, książek i materiałów o charakterze religijnym. Jednocześnie zanotowano fakty przekazywania L[echowi] Wałęsie przez duchownych wydawnictw bezdebitowych, jak np. paryska „Kultura“.
W czasie internowania L[ech] Wałęsa nie zwracał się o udostępnienie innych wydawnictw.

6) L[ech]Wałęsa może poruszać się w określonym rejonie miejsca internowania, umożliwia mu się spacery, gry i zabawy z rodziną, łowienie ryb (Otwock), i codzienne uprawianie sportu, bilard, ping-pong.
7) W okresie internowania L[ech]Wałęsa trzykrotnie podejmował głodówkę. Były to okresy 2-3 dniowe. Jednocześnie spożywał w ukryciu artykuły spożywcze, m.in. czekoladę, dostarczane przez osoby odwiedzające.

  Kilkakrotnie Lech Wałęsa uskarżał się na bóle zęba i dwukrotnie na dolegliwości serca. Wielokrotne propozycje udzielenia konsultacji przez wybitnych specjalistów spotykały się ze stanowczą odmową L[echa] Wałęsy. Jedynie wyraził zgodę na przeprowadzenie badania EKG w dniu 23 I br. I dwukrotną wizytę u stomatologa (Centralny Szpital Kliniczny MSW), którego następnie podejrzewał o założenie zatrutego opatrunku i następnie odmówił dalszych wizyt.
Także 25 V br. odmówił porady lekarza wojskowego na terenie miejsca internowania stwierdzając, że… “nie podda się badaniom, nawet gdyby miał umrzeć“. Aktualny stan zdrowia L[echa] Wałęsy należy określić jako dobry. Opracowano w Biurze Ochrony Rządu i Biurze Śledczym MSW.(52)
***
Przyszły Prezydent RP przyznał jednak, że podczas internowania miał w ośrodku w Arłamowie luksusowe warunki. – To była złota klatka. Mogłem sobie życzyć, co chciałem. Lubiłem szampana i parę butelek wypiłem. Ja musiałem uważać, bo ja tam byłem między osami – podkreślił były lider „Solidarności”.(53)

Tego szczególnego Internowanego odwiedzał również płk. Władysław Iwaniec [co najmniej 6 razy] – od maja 1982r., Zastępca Komendanta Instytutu Badań Społecznych WAP [Wojskowej Akademii Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego, dawny dowódca Lecha Wałęsy [odbywał zasadniczą służbę wojskową w latach 1964–1965, w batalionie łączności 8 Dywizji Zmechanizowanej w Koszalinie].

***

1981 grudzień 17, Warszawa – Notatka ppłk. doc. dr. hab. Władysława Iwańca z rozmowy przeprowadzonej z Lechem Wałęsą w miejscu jego pobytu […]. „W sprawach stanu wojennego i roli wojska wypowiadał się tak, że wyraźnie można było dostrzec, iż praktycznie nie zdaje sobie sprawy z rzeczywistości w tym względzie i mało o tym wie. Uwagę o prawie wojennym i jego rygorach zlekceważył, twierdząc, że ludzie tego nie zaakceptują. Samo prawo wojenne i skutki jego nieprzestrzegania potraktował jako fakultatywne. Kiedy wymieniłem sprawę Słowika [Andrzeja] z Łodzi, stwierdził:
– „Daję sobie głowę uciąć, że go zwolnią wcześniej niż innych zatrzymanych”.
Mnogość koncepcji i rozwiązań zgłaszanych przez Wałęsę oraz przeskakiwanie z tematu na temat, znacznie utrudniały rozmowę. Wydaje się jednak, że uzasadnione jest sformułowanie kilku wniosków ogólnych. Głównym jest ten, że jest to człowiek prymitywny, a zarazem typ cwaniaka i hochsztaplera. Wydarzenia wyniosły go na taką pozycję społeczną, że musi wypowiadać się (i musiał decydować) o sprawach, które są mu znane tylko jako hasła. Zajmowanie tej pozycji przez pewien czas utwierdziło go w przekonaniu, że pełni misję dziejową i że jest upoważniony do wypowiadania się i decydowania o sprawach najszerszych.[…].(54)

W zachowanych w dokumentach sporządzonych przez funkcjonariuszy BOR, można znaleźć informacje na temat wielu wypowiedzi Wałęsy, które były przychylne władzom, a niepochlebne wobec działaczy związkowych i uczestników opozycji demokratycznej.

Jeden z funkcjonariuszy notował, że Wałęsa mówił o tym, iż „popiera w 90 proc. decyzje gen. Jaruzelskiego” – „uważa, że 13 grudnia to było jedyne możliwe i bardzo dobre pociągnięcie”. Potrafił być wulgarny – w czasie rozmowy z prokuratorem wojskowym miał stwierdzić, że „posunięcie Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego było potrzebne do »rozpierdolenia« KPN i KOR”.

O ile po latach, te wypowiedzi mogą się wydawać szokujące, o tyle nie można na nie potrzeć bez uwzględnienia ówczesnych realiów. Wałęsa starał się przed władzami uwiarygodnić jako partner do rozmów. […]. „Na pytanie, dlaczego nie poprze oficjalnie działalności gen. Jaruzelskiego, powiedział, że nie może się do tego przyznać” – notował funkcjonariusz BOR. […](55)

***

Po transformacji ustrojowej w Polsce, Wałęsa często odwiedza Arłamów ze względu na sentyment. To jedno z jego ulubionych miejsc wypoczynku. Nie zajmuje jednak apartamentu, w którym przebywał.

Godz. 12:25
Polskie Radio, zaczyna nadawać komunikat Ministra Spraw Wewnętrznych. Na całym terytorium wprowadza się godzinę milicyjną:- od 22:00 do 6:00 rano. Zakazuje się przebywania w miejscach publicznych bez dokumentów tożsamości (uczniowie w wieku powyżej 13 lat muszą mieć legitymacje szkolne lub tymczasowe dowody osobiste). Zakazuje się zmiany miejsca pobytu i przenoszenia się do innej miejscowości bez zezwolenia. Wolności osobiste są zawieszone. Osoby, które ukończyły szesnaście lat, a nie przekroczyły sześćdziesięciu, mogą być powołane do bezpłatnej pracy dla celów obrony […].

Godz. 16:31
Radio Warszawa podało do wiadomości, że Komitet Obrony Kraju zarządził „militaryzację“ części administracji państwa i kilku dziedzin gospodarki. Zmilitaryzowano koleje, transport samochodowy, PKS, pocztę, radio, telewizję, jednostki organizacyjne straży łączności, przedsiębiorstwa obrotu produktami naftowymi CPN, zespoły portowe, niektóre zakłady energetyczne ( tj. kopalnie i elektrownie), zawodowe straże pożarne, zakłady produkcji specjalnej (tj. wszystkie przedsiębiorstwa pracujące dla wojska) i komunalne przedsiębiorstwa komunikacyjne. Zgodnie z osławioną Ustawą z dnia 21 listopada 1967 roku, dotyczącą powszechnego obowiązku obrony kraju, wszyscy pracownicy zakładów zmilitaryzowanych zostają „zmobilizowani“. Czas pracy określany jest przez władze, pracownicy mogą być skoszarowani i przenoszeni na dowolne stanowiska. Osoby, które nie zgłoszą się do pracy, uchylą się od niej lub odmówią   wykonania polecenia służbowego, podlegają karze więzienia od 2 lat aż do kary śmierci włącznie […].

Godz. 19:00
„Radio Warszawa“ komunikuje niektóre bieżące zarządzenia. M.in.:- wolne soboty (jedna ze zdobyczy „Solidarności“) zostają zniesione, tydzień roboczy liczy znowu sześć dni i jeśli sytuacja tego będzie wymagała, może być powiększony do siedmiu: dzień pracy może być powiększony do 12 godzin, roczny urlop ma wynosić 12 dni (jeden dzień za jeden dzień pracy). Radio Warszawa nadaje dekret o stanie wojennym. Trzy lata więzienia grożą tym, którzy nie poniechają działalności związkowej, pięć lat za organizowanie strajku lub manifestacji, pięć lat za rozpowszewchnianie fałszywych wiadomości…

Na ulicach miast patrole milicji i wojska, czołgi, transportery opancerzone i wozy bojowe. Osoby zatrud-nione w systemie zmianowym lub nocnym – aby dotrzeć do pracy – musiały uzyskać w swoim zakładzie specjalne przepustki. Utrudniony był sam dojazd – w godzinie milicyjnej nie kursowały taksówki; również wieczorne kursy autobusów były odwołane. Obowiązywał też zakaz opuszczania stałego miejsca pobytu. Na przejazd do innego miasta trzeba było zdobyć stosowne pozwolenie, a w przypadku wyjazdu kilkudnio-wego – dodatkowo zarejestrować się po przyjeździe w miejscowym urzędzie. Władze zarówno cywilne jak i mundurowe, mogły odmówić wydania pozwolenia – bez podania zainteresowanemu przyczyny.

***

Nie odpowiadały nawet numery alarmowe, np. pogotowia ratunkowego. Stąd należy przypuszczać o nie-określonej liczbie „cichych ofiar” stanu wojennego, tj. o ludziach, którym nie udzielono pomocy z powodu blokady łączności telefonicznej. Gdy w styczniu 1982 roku, przywrócono połączenia telefoniczne, rozmowy międzymiastowe podlegały kontroli. Funkcjonariusze bezpieczeństwa mieli prawo przerwać połączenie gdy uznali, że zagraża to interesom i obronności państwa. Najbardziej znanym jej przejawem był ostrzegawczy komunikat w słuchawce telefonicznej:- „Rozmowa kontrolowana, rozmowa kontrolowana...”.

Szczególnym zainteresowaniem służb „cieszyły się” rozmowy z zagranicą, przywrócone z okazji święta   22 lipca 1982. Podobnej cenzurze podlegały listy i przesyłki pocztowe. Początkowo, osoby prywatne nie miały prawa wysyłania paczek, a później należało przynosić je do urzędu pocztowego otwarte tak, aby odpowiedni pracownik sprawdził ich zawartość. Jeśli cenzor uznał potencjalne zagrożenie dla interesów państwa (sic!), rekwirowano listy i paczki na rzecz skarbu państwa. Nie przysługiwało odwołanie. Alternatywą dla zatrzymania nieprawomyślnego listu, było częściowe zamazanie jego treści [w rzeczywistości cenzura korespondencji funkcjonowała z różnym nasileniem przez cały okres PRL].(56)

Adam G. (SB-ek)
Każdy naczelnik poczty był naszym człowiekiem. Jeśli nie było wyraźnego rozkazu co kontrolować, sprawdzano listy wyrywkowo, jakieś grube podejrzane koperty, mocno zaklejone taśmą. Prowadzono jednak najczęściej kontrolę systematyczną, na nazwisko lub adres.

Marian A. (SB-ek)
[…]. Jeśli pracownik obserwacyjny rozpracował figuranta, to najpierw zlecał obserwację w biurze B. „Betka” chcąc wiedzieć o figurancie wszystko, musiała czytać korespondencję od figuranta i do figuranta. Zlecano nam przechwytywanie listów. Najpierw określało się czas inwigilacji korespondencji. Powiedzmy, że to było pół roku. Przez pół roku żadna kartka, żaden list wrzucony do skrzynki, ani żadna korespondencja przychodząca do figuranta nie mogła przejść niezauważona, nie przeczytana. Obserwacja chodziła za figurantem krok w krok. List wrzucony do skrzynki albo zostawiony w okienku na poczcie natychmiast przejmowaliśmy. List wyjęty ze skrzynki rozpoznawaliśmy po charakterze pisma, po nazwisku adresata. Czasem, jak na miejscu mieliśmy kłopoty z odszukaniem, zabieraliśmy wszystkie listy ze skrzynki i dopie-ro na poczcie szukaliśmy, a po znalezieniu resztę korespondencji wrzucaliśmy z powrotem do skrzynki. […]. Do otwierania służył specjalny, metrowej szerokości pulpit parowy. Po naciśnięciu z góry prasą list otwierał się sam, nie pozostawiając żadnych śladów, żadnych mechanicznych zniszczeń. Do czytania między wierszami używano lampy ultrafioletowej. Jeśli sami uszkodziliśmy kopertę albo list tak, że nie mogły potem iść do adresata, to dysponowaliśmy sztabem grafologów, którzy bezbłędnie kopiowali charakter pisma. Mieliśmy też wszystkie możliwe koperty, każdy rodzaj papieru. Pomyłki się nie zdarzały. Czasem chcieliśmy mieć oryginał w kieszeni i dlatego przepisywaliśmy. […]. Styl i forma listu określały człowieka. Teraz, gdy czytam listy drukowane w różnych gazetach, to mogę z dużym prawdopodo-bieństwem określić charakter osoby piszącej, zawód w przybliżeniu, ale raczej celnie, nie mówiąc już o wieku piszącego z dokładnością do pięciu, dziesięciu lat. Jeśli widzę charakter pisma, to jeszcze łatwiej jest powiedzieć coś o człowieku. W swoim życiu przeczytałem dwieście, może trzysta tysięcy cudzych listów. To był kawał roboty.(57) Prywatną korespondencję Polaków kontrolowano, aż do połowy 1989.

***

Jednoznacznie można zinterpretować szyfrogram z dnia 10 września 1981 kierownika sztabu Operacji “Lato ’80”, Vice-ministra Spraw Wewnętrznych gen. Bogusława Stachury do komendantów wojewódzkich MO, dotyczący wydawania broni palnej wytypowanym osobom z aparatu partyjnego, państwowego i stronnictw sojuszniczych.(58)

Według informacji złożonej na posiedzeniu Sztabu MSW 8 stycznia 1982r “zabezpieczono” 49 tys. jednostek broni i 7 mln sztuk amunicji, przeznaczonych dla “aktywu”.(59)

Niezależnie od przygotowań do wprowadzenia stanu wojennego, w tym internowania czołowych działaczy opozycji, z myślą o przyszłości, przygotowywano kadry, do kontrolowania władz “Solidarności”. Nowy Związek, mieli organizować wytypowani przez odpowiednie służby MSW umiarkowani działacze NSZZ “Solidarność”, w tym oczywiście przedstawiciele resortowej agentury.(60)
Stan wojenny, bagatelizowany przez pewne środowiska, co do wagi fizycznych i psychicznych zagrożeń, jaki niósł wobec ludności, także w relacjach interpersonalnych, degradacji ekonomicznej, kulturowej i szeroko postrzeganej przestrzeni społecznej, obnaża jego prawdziwe oblicze szer. Marian Olczak, udzielając wywiadu na temat sytuacji w plutonach specjalnych ZOMO. Szczególnie złowrogo wybrzmiewa następujący fragment:– […] „ Za zabicie człowieka nie grożą nam żadne konsekwencje. Wszystko idzie na konto osobistego zagrożenia i działania w zwartej grupie“.(61)

***

 

PIERWSZE LISTY do INTERNOWANIA.

Najstarsza z zachowanych list, osób przewidzianych do internowania, jest datowana 28 października 1980. Na posiedzeniu KOK [Komitetu Obrony Kraju], 4 listopada, gen.Wojciech Jaruzelski poinformował, że został przygotowany “zestaw niezbędnych aktów prawnych dotyczących stanu wojennego”.(62)

Pierwsze wstępne listy przeznaczonych do zatrzymania przedstawicieli opozycji, ułożono przez SB w marcu 1981r i zawierały niekiedy nazwiska osób przebywających za granicą. Ich częściowe  upublicznienie ujrzało światło dzienne na łamach łódzkiego “Głosu Robotniczego”, pod znamiennym tytułem:- “Pierwsza lista internowanych – skrajnych działaczy “Solidarności” i nielegalnych organizacji”.
Na str.3 tej gazety, na uwagę zwracał tytuł – “Akt oskarżenia przeciwko Słowikowi i Kropiwnickiemu skierowany do sądu”. Czytamy w uzasadnieniu:- .. “W nawiązaniu do informacji o wszczęciu  śledztwa w  trybie doraźnym i tymczasowym aresztowaniu przewodniczącego Zarządu Regionu Ziemi Łódzkiej “Solidarności”, Andrzeja Słowika i jego zastępcy Jerzego Kropiwnickiego, którym zarzucono zorganizowanie i przeprowadzanie akcji protestacyjnej mającej na celu ukonstytuowanie komitetów strajkowych i doprowadzenie do strajku powszechnego, wczoraj Prokuratura Wojewódzka w Łodzi, skierowała w tej sprawie, akt oskarżenia w trybie doraźnym do Sądu Wojewódzkiego w Łodzi…”.(63)

Wspomniany dziennik należał do 16 lokalnych gazet partyjnych (na 49 województw), który oprócz centralnej tuby propagandowej “Trybuny Ludu” i “Żołnierza Wolności”, dostał koncesją na wydawanie od 14 grudnia 1981, do których już wkrótce przylgnęło określenie „gadzinówki” [w czasach Ottona von Bismarcka, utworzono tajny „fundusz gadzinowy”, którego celem było pozyskiwanie przychylności dziennikarzy, mających rozpowszechniać informacje propagandowe – korzystne z punktu widzenia zaborcy i używane w czasie hitlerowskiej okupacji przez „Nowego Kuriera Warszawskiego”].         

DEKLARACJA LOJALNOŚCI.               
/potocznie: – „lojalka”/

Według definicji, jest to pisemne zobowiązanie się przez daną osobę do przestrzegania określonych przepisów, do którego podpisania władze PRL nakłaniały działaczy opozycji politycznej w Polsce.  Oświadczenie to, miało następującą treść:

 – „ Ja, niżej podpisany oświadczam i zobowiązuję się do zaniechania wszelkiej działalności szkodliwej dla Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, w szczególności do przestrzegania obowiązującego porządku prawnego.”Własnoręczny podpis, a powyżej nazwisko i imię, adres, data.

Podpisujący taki dokument musiał się liczyć z tym, że jego nazwisko może trafić do opinii  publicznej poprzez celowe ujawnienie, aby nie tylko zdyskredytować jego autora ale i w celach profilaktyki społecznej. Takim wstrząsem dla łodzian w pierwszych dniach stanu wojennego, było „Oświadczenie” Marka Burskiego, byłego komisarza strajkowego ZR NSZZ „Solidarność” Regionu Łódzkiego, opublikowane w „Głosie Robotniczym” [jednoznacznie zinterpretowane jako „lojalka”].

 […]. „Koledzy, wzywam was do rozwagi i do zrozumienia sytuacji w jakiej znajduje się Polska. Wierzę, że większość z was myśli podobnie i dlatego zdecydowałem się na podpisanie tego oświadczenia.
Łódź, dnia 19 grudnia 1981r. Marek Burski”.(64)

To było już drugie “Oświadczenie” Marka Burskiego: – pierwsze podpisał 13 grudnia 1981.(65)

Lojalka nie była zobowiązaniem do współpracy z organami państwa, w tym z SB, jednak jej podpisanie było rozumiane zarówno przez władze, jak i przez opozycjonistów, jako deklaracja zaprzestania działalności opozycyjnej.

A tak zapisał swoją reakcję na “oświadczenie” Marka Burskiego w swoim dzienniczku pt. “Mój 13 grudnia” Jerzy Kropiwnicki  już po aresztowaniu:…

– „Następnego dnia ponownie zobaczyłem się z adwokatami – w sali widzeń więzienia przy ul.Smutnej. Pokazali mi gazetę z apelem Marka Burskiego o przerwanie strajków. Był  to  n a j s m u t n i e j s z y moment w ciągu całego pobytu w więzieniu. Ten, któremu zdarzało się, iż mnie i Słowikowi zarzucał tchórzostwo, podpisał apel, w którym stwierdzał, że jego, spokojnego człowieka chcieli w radykalizm wepchnąć działacze KOR i ROPCiO. A on  teraz chce żyć, bo jest młody i wzywa do przerwania strajków – jako były Komisarz Strajkowy Zarządu Regionu, oczywiście”. I często tak było, że radykalni działacze pozostawali na wolności, zachowywali pracę i możliwość uprawiania swego zawodu podczas, kiedy ich nieradykalnych kolegów więziono, szykanowano, pozbawiano pracy, nękano. Pamiętam jakie zdziwienie wśród dziennikarzy wywołał fakt, kiedy okazało się, że Konrad Turowski, szef “Solidarności” w łódzkiej prasie [red.”Dziennika Łódzkiego”] i częsty gość Zarządu Regionu, oczywiście, znany raczej z ostrych wypowiedzi, nie został internowany. Choć już w nocy 13 grudnia 1981 r. bezpieka zamknęła siedmioro łódzkich dziennikarzy w tym; chociażby  publicystę katolickiego o tak umiarkowanych i koncyliacyjnych poglądach, jak Marek Papis…”.

***

/ Źródło: AIPN Ld Pf 86/14 t.2
[brak adresata]

Kolejne osoby działające w strukturach opozycji demokratycznej NSZZ „Solidarność“, „KSS-KOR“, KPN, czy Ruchu Młodej Polski, były wzywane do Komend MO, w tych samych celach [treść tych dokumentów to schemat, niezależnie w której Komendzie były przeprowadzone rozmowy]. Odnotowane na nich daty, świadczą o kolejnym etapie koncepcji stanu wojennego w Polsce. Taką propozycję do podpisania „lojalki“, otrzymali m.in.:
1/ Marek Edelman          –  data 19.11.1981r /karta 11   – podpis nieczytelny ppor.J.Lewsza
2/ Małgorzata Bartyzel   –                 – ,, –      /karta 13   –     –  ,,  –       –  ,,  –             –  ,,  –      
3/ JacekBartyzel              –                 – ,, –      /karta 15   –     –  ,,  –       –  ,,  –            –  ,,  –
4/ Marek Chwalewski     –    25.11.1981r /karta 47   – St.Inspektor Wydz.III- por.T.Kowalczyk
5/ Maria Dmochowska    –          27.11.1981r/karta 63   –    –  ,,  –       –  ,,  –       – por.J.Stasiak
6/ Paweł Spodenkiewicz –            3.12.1981r/karta 99   –    –  ,, –        –  ,,  –       – por.T.Grosman
7/ Jerzy Kropiwnicki      –             4.12.1981r/karta 102 –   –  ,,  –        –  ,,  –       –     –  ,,  –
8/ Grzegorz Palka           –             8.12.1981r/karta 105 –   podpis nieczytelny ppor. L. Filipow
[Nikt z nich nie podpisał]       

ŚWIADKOWIE WYDARZEŃ.     

Janusz KENIC.(66)
Była godz 23:45, kiedy zostałem wybudzony ze snu. Do mojego domu przyszedł mój przyjaciel Ryszard Pacer, który też był członkiem Zarządu Regionu „Solidarności“ wraz z panią Aniołczyk, żoną drugiego mojego przyjaciela Aleksandra, już internowanego. A więc, internowania zaczęły się wcześniej, nim ogłoszono Stan Wojenny. I żona Aleksandra z płaczem powiedziała, że przyszła Milicja, wyprowadziła go, nie mówiąc, po co, dokąd, dlaczego? W tej sytuacji postanowiliśmy z Ryszardem, aby coś w tej sprawie zrobić, nie mając pojęcia, co się naprawdę dzieje. Próbowaliśmy skontaktować się przez telefon, ale telefon nie działał. Postanowiliśmy pojechać do Zarządu Regionu taksówką. Jechaliśmy ul.Piotrkowską i kiedy zbliżaliśmy się od strony ówczesnej ul.Świerczewskiego do budynku „Solidarności“ zauważyliśmy, że Zarząd Regionu, jest obstawiony przez milicję. Ulica nie była zablokowana, dlatego można było ominąć kilka stojących milicyjnych samochodów. Na zewnątrz kręciło się sporo tajniaków i mundurowych. Podjąłem decyzję, aby się nie zatrzymywać, gdyż byłoby to nierozsądne wpakować się w łapy służby bezpieczeństwa. Przejechaliśmy to miejsce, jadąc dalej w stronę ul.Czerwonej. Drzwi do Zarządu Regionu, jeszcze wtedy nie były zniszczone. Była godz. 24:15, nie później.

Pojechaliśmy jeszcze do Zajezdni tramwajowej MPK i tam zobaczyliśmy, że też wszystko było przez milicję obstawione. Doszliśmy do wniosku, że jest to sytuacja konfrontacyjna. Jak to się wtedy mówiło:- Władza wypowiedziała wojnę, społeczeństwu. Wobec tego postanowiłem powiadomić o tej sytuacji Ordynariusza Łódzkiego ks.Biskupa Józefa Rozwadowskiego z którym byłem wtedy zaprzyjaźniony, ale stwierdziłem, że jak sam tam podjadę i będę dobijał się do drzwi pałacu biskupiego, to może się dla mnie skończyć aresztowaniem. Przecież pałac biskupi, jest w bliskiej odległości od budynku Zarządu Regionu. Wobec tego, pojechaliśmy na ul.Obywatelską do parafii Św.Urszuli Ledóchowskiej, gdzie proboszczem był ks. Adam Lepa, z którym także byłem zaprzyjaźniony. Zbudziłem go, za pomocą dzwonka u drzwi – tam jest dom sióstr zakonnych, a obok po lewej stronie parterowy domek, w którym mieszkał ks.Proboszcz ze swoją matką i wikariusz. Ks. Adam Lepa mnie wpuścił i powiedziałem mu o co chodzi. Wtedy ks.Adam odrzekł, że w tej sytuacji powinien być powiadomiony Ordynariusz. Wsiedliśmy do tej samej taksówki, którą przyjechałem. Mój przyjaciel Ryszard wysiadł z niej, aby pójść do domu, a ja z księdzem Adamem pojechałem do pałacu biskupiego. Podjechaliśmy pod pałac. Ks.Adam Lepa zadzwonił do drzwi, przedstawił się i wtedy otworzyła drzwi siostra zakonna. Weszliśmy na pierwsze piętro, prowadzeni przez siostrę zakonną, gdzie ks.Biskup miał pokoje gościnne i gdzie miał też swoją sypialnię. Zostaliśmy przez siostrę zakonną wprowadzeni do takiego pomieszczenia dla interesantów a ona poszła obudzić Ordynariusza. Ks.Biskup przyszedł do tego pomieszczenia. Był ubrany w sutannę i zadał normalne pytanie w tej sytuacji:
– Co się stało?
Samo poinformowanie go, odbywało się na stojąco. Ks.Biskup był tym wszystkim zaskoczony, kiedy zdałem relację z tego co widziałem i jednocześnie kiedy ks.Adam Lepa potwierdził to wszystko, bo widział na ulicach ruchy pojazdów milicyjnych i wojskowych. A poza tym, kiedy podjeżdżaliśmy pod pałac biskupi, to było widać, co się działo przed Zarządem Regionu. Tłum milicji. Ks.Biskup był blady z przejęcia, bardzo głęboko tę informacje przeżył, to było po nim widać. Usiedliśmy przy stole i porozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, jakie przedsięwziąć możliwości do dalszego działania. Poprosiłem ks.Biskupa, aby jakoś Kościół zaopiekował się tymi, którzy potrzebują pomocy, chodziło mi o rodziny aresztowanych działaczy „Solidarności“ nie tylko tych znanych, ale i szeregowych. Słusznie przypuszczałem, że aresztowania dotkną także i takich szeregowych członków naszego Związku. Nie wiedziałem, że istnieje coś takiego jak instytucja internowania, tego wtedy nie byłem świadomy. Mówiliśmy jedynie o uwięzionych, aresztowanych. Takim językiem. Po wymianie tych zdań, kiedy to wszystko ks. Biskup wysłuchał, powiedział do mnie:- Słuchaj, nie ma sensu, abyś wracał do domu, bo za chwilę ciebie też zaaresztują. Bezpieczniej będzie jak nie będziesz się nigdzie szwendał, chodził nie wiadomo gdzie. Zostań tutaj u mnie. Przeczekasz najbliższe dni i zobaczysz, jak to wszystko wygląda.

Przecież nikt z nas nie wiedział, w tym momencie z czym to się je, czy nie będzie np. wywózki do Związku Radzieckiego. I zostałem, mieszkając w pałacu biskupim, w jednym z pomieszczeń dla gości, który był na drugim piętrze. Ks. Adam Lepa wrócił do siebie. Byłem gościem ks. Biskupa przez 4-5 dni. W tym czasie docierały do mnie wiadomości, co się dzieje w Łodzi i nie tylko z relacji ks. Biskupa i kanclerza ks. Andrzeja Dąbrowskiego, który przychodził i rozmawiał ze mną.

Z ks. Biskupem widywałem się codziennie. I kiedy dowiedziałem się, że jako jedyny z Prezydium Zarządu Regionu zostałem na wolności, i ludzie dopytują się, szukają osoby, która by im powiedziała, co mają dalej robić, stwierdziłem, że ja nie mogę dalej tu siedzieć. Nie po to mnie wybierano, abym się w bezpiecznym miejscu ukrywał. Honor mi na to nie pozwalał. Powiedziałem o tym w rozmowie z ks.Biskupem. Co będzie, to będzie, ale już dalej nie mogę tu siedzieć. Wyszedłem wyprowadzony z pałacu biskupiego wieczorem, przez podwórko, sąsiadującego z Kurią budynku, gdyż obawialiśmy się, że główne wejście, będzie pod obserwacją służby bezpieczeństwa. To wszystko było tak zorganizowane przez ks. Kanclerza, że mój przyjaciel Ryszard Pacer, który kontaktował się ze mną, przekazując mi informacje poprzez ks.Kanclerza, czekał na mnie w samochodzie przy ul.Czerwonej. Oczywiście, było już zorganizowane miejsce, gdzie mógłbym się ukrywać. I tak się to odbyło.

Ok. godz.10:00 rano, siostry z domu biskupiego, powiadomiły kanclerza Kurii ks.Andrzeja Dąbrowskiego o wizycie Aleksandra Wilkanowskiego, Dyrektora Wydz. d/s Wyznań Urzędu Miasta Łodzi. Niespodziewana wizyta, owiana była tajemnicą. Wilkanowski nie odpowiedział na żadne z pytań skierowane do niego. Nerwowo poprosił w imieniu Komisarza Wojennego o spotkanie z nieobecnym Bp.Rozwadowskim. W tym samym czasie Bp. Rozwadowski, brał udział we wcześniej zaplanowanych uroczystościach poświęcenia sztandaru Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność”, Pabianickich Zakładów Przemysłu Bawełnianego ”Pamotex”, w kaplicy bł. Maksymiliana Kolbego w Pabianicach. Termin spotkania ustalono na godz. 14:00. Poinformowany po powrocie o całym zajściu Biskup Ordynariusz, zgodził się przyjąć gościa. Po południu Dyrektor „wyznaniówki”, zjawił się ponownie w siedzibie Kurii, w asyście płk.Kazimierza Garbacika, Komisarza Wojskowego wojew. łódzkiego. Rozmowa przebiegała w napiętej atmosferze. Pułkownik Garbacik poinformował Bp-a Rozwadowskiego, że przybył w imieniu gen. Wojciecha Jaruzelskiego, by zapewnić, że nowo zaistniały stan rzeczy w niczym nie będzie ograniczał swobody działania Kościoła. Liczono w ten sposób na pomoc ze strony hierarchii kościelnej w mediacji między władzą a społeczeństwem. W odpowiedzi Bp. Rozwadowski wyraził wielkie ubolewanie wobec zaistniałych wydarzeń, nazywając 13 grudnia 1981, jednym z najczarniejszych dni w powojennej historii naszego kraju. Sprzeciwił się także aresztowaniu dwóch łódzkich księży i nakłanianiu ich do podpisania tzw. lojalki.

Rozmowa z Komisarzem Wojskowym i Dyrektorem d/s Wyznań… Znam to z relacji Biskupa, który do mnie przyszedł na drugie piętro i opowiedział mi, jak to się wszystko odbyła. Ta rozmowa odbyła się w pokoju z oknami na Katedrę! Jest tam duży salon, gdzie ta rozmowa się odbyła. W tym momencie rozmowa się skończyła, kiedy Komisarz opowiadał o pokojowym działaniu władz. Ks.Biskup podszedł z nim pod ramie do okna i okazał mu milicjantów goniących i pałujących bezbronnych ludzi, uciekających przed nimi i przed gazem łzawiącym, do wnętrza Katedry. I zapytał: – „Czy tak ma wyglądać pokojowa koegzystencja miedzy władzą a społeczeństwem“. W tym momencie Komisarz spuścił głowę i rozmowa się skończyła. Ta sytuacja bardzo dotknęła ks.Biskupa do głębi serca, był zdruzgotany tą sytuacją. Ks. Biskup był wielkim patriotą, czego dawał wyraz w trakcie całego Stanu Wojennego i jednocześnie był człowiekiem walki, Bożej walki. Ta pierwsza jego reakcja, nie polegała na tym, że człowiek jest załamany i nie ma chęci do działania. Wręcz przeciwnie.(67)

Jolanta KLUSZCZYŃSKA.(68)
Nasza „Telekomunikacja“ od 13 grudnia 1981r została w Łodzi zmilitaryzowana. Żołnierze z karabinami maszynowymi weszli do portierni; – otworzył im portier, bo drzwi wejściowe były zawsze zamykane. Ciężkie metalowe drzwi były przeszklone, aby portier mógł zobaczyć, kto za nimi stoi i dzwoni. Portier był wystraszony, bo oni otoczyli go z wycelowaną bronią i żądaniem oddania broni osobistej. A to był starszy człowiek. I ze łzami w oczach powiedział: – „Panowie nie zabijajcie mnie, bo ja mam rodzinę“.

To doskonale pamiętam, bo rozmawiałam z tym portierem. Nie wiem, czy on jeszcze żyje, czy już nie. Ale to tak wyglądało, że oni wpadli i rozbroili go. U nas były dwa wejścia. Główne wejście od strony Al.Kościuszki przez wieżowiec i z drugiej strony od ul.Wólczańskiej. I oni weszli od strony ul. Wólczańskiej. Na drugim piętrze była „Centrala międzymiastowa“, a na trzecim „Telegraf“. A tam już, nie było żadnego zamknięcia, bo jak oni weszli do budynku, to już wszędzie drzwi pootwierali. Na „Centrali“, w ogromnej sali z łącznicami była nocna zmiana, Same kobiety – młode dziewczyny i starsze kobiety. Było ich 12. W ciągu dnia, byli zazwyczaj uczniowie-praktykanci ze Szkoły Łączności, ale wtedy w nocy, zawsze pracowały kobiety. Wojsko nie weszło spokojnie do Centrali, tylko wpadli tam. A kobiety siedziały tyłem do wejścia, obsługując łącznice. Wpadli tam z bronią, wycelowaną w kobiety. Jedna z nich, dostała ataku histerii. Kazali natychmiast odejść im od łącznic i powyrywali wszystkie sznury, przerywając rozmowy. Odsunęli kobiety od ich stanowiska pracy. Piętro niżej była przełączalnia automatyczna miasto-wa. Wchodziło się do przełączalni zaraz z holu po prawo, a do Centrali międzymiastowej wchodziło się polewo, schodami na drugie piętro. W pierwszej kolejności, oni weszli na drugie piętro, aby powyrywać wszystkie sznury z połączeniami, w trakcie rozmów które trwały. Kobiety musiały być do rana i dopiero poszły do domu, kiedy przyszła ranna zmiana. Były cały czas pod strażą. „Telegraf“ i przełączalnia, wszystko już było nieczynne. Ja dopiero przyszłam następnego dnia na dyżur, na godz.14:00. Wtedy już wszędzie było wojsko i na portierni i na górze. I jak tylko my przyszłyśmy, to siedziałyśmy cały czas na krzesłach, bo nic nie działało. Wchodząc do budynku, byłyśmy przez wojsko wylegitymowane i sprawdza-no, co mamy w torebkach. Rewizji osobistej nie było. Żołnierz, który nas legitymował, nie poinformował o niczym, ale my już wiedziałyśmy co się stało, bo już od godz.6:00 radio przekazywało, że został wprowadzony Stan Wojenny w Polsce. Siedziałyśmy do godz. 21:00, do kolejnej zmiany. U nas, był siedmiogodzinny dzień pracy. Od 21:00 do 7:00 rano, od 7:00 do godz.14:00 i od 14:00 do 21:00. Byłam wtedy na II-giej zmianie. Od tej grudniowej nocy, cały czas było wojsko, a my tylko podpisywałyśmy listę obecności i siedziałyśmy nie pracując. Później jeszcze doszło ZOMO, na przemian z wojskiem zajmując nasze pomieszczenia. Kiedy zezwolono na połączenia telefoniczne, to przy każdej pracownicy siedział żołnierz, a później tylko ZOMO i wtedy, każda rozmowa musiała być podsłuchiwana i miałyśmy polecenie, że jeśli w trakcie tych rozmów będzie treść antypaństwowa, należało ją przerwać. Dano nam do podpisania pismo o zachowaniu tajemnicy państwowej i żeby zgłaszać sprawy o podejrzanych rozmowach i osobach, które się ukrywały. Jak słyszałam, że rozmowa schodzi na sprawy polityczne, to przerywałam rozmowę mówiąc, że rozmowa jest kontrolowana. Żeby wiedzieli, że są podsłuchy.(69)

***

W nocy z 12 na 13 grudnia 1981r. zostały wyłączone wszystkie telefony, nie tylko zwykłych obywateli, ale także służb ratunkowych: placówek służby zdrowia, w tym pogotowia ratunkowego i straży pożarnej. “Zdławienie kontrrewolucji” okazało się ważniejsze od życia ludzkiego, telefonów nie włączono nawet podczas powodzi na Żuławach. Taki stan trwał do 10 stycznia 1982. Ważnym dokumentem oceniającym przestrzeganie praw człowieka i obywatela w Polsce w stanie wojennym okazał się raport Komitetu Helsińskiego [powstał w styczniu 1983, obejmując okres od 13.XII.1981r. do 31.XII.1982r., przemycony na Zachód i przedstawiony delegacjom rządowym uczestniczącym w Konferencji Madryckiej KBWE].(70)
I choć nie uwzględniono w nim wszystkich skutków stanu wojennego, na przykład fali emigracji i ucieczek z kraju, to wyjawia się z niego i tak wystarczająco ponury okres w historii PRL.

***

W tym samym czasie bliżej nieokreślona dotąd liczba chorych na skutek niemożności szybkiego powiadomienia pogotowia nie otrzymała na czas pomocy lekarskiej. To zapewne przyczyniło się do większej, nieznanej dotąd, liczby zgonów, choćby w wypadku chorób serca. O takich sytuacjach wspominają wielokrotnie świadkowie stanu wojennego. Jeden z nich odnotował: – „Tej niedzieli umarło dziecko naszej sąsiadki, trzyletni chłopczyk […] umierał i nie było lekarza, pogotowia, niczego. Wzywali pogotowie przez wojsko, milicję, trzy razy i nikt nie przyjechał. Nie mieli na to głowy. Walczyli z »Solidarnością«”.(71)

***

Wyłączenie telefonów w nocy z 12 na 13 grudnia spowodowało, że wiele informacji rozchodziło się tzw. pocztą pantoflową. Część z nich ulegała zniekształceniu, przyczyniając się do powstawania plotek. Niewykluczone też, że SB celowo puszczała je w obieg, aby pogłębić efekt wprowadzenia stanu wojennego. Były i takie, które odtwarzały elementy przebiegu wojskowych zamachów stanu za granicą. Przykładem może być pogłoska o trzymaniu internowanych na stadionach. Wraz z dopływem wiarygodnych, potwierdzonych informacji dotyczących losów internowanych plotki na ich temat zanikały. 10 stycznia zostały włączone telefony lokalne. Automatyczną łączność telefoniczną w całym kraju przywrócono dopiero 19 maja 1982 r. Ci, którzy byli szczęśliwymi posiadaczami telefonów, bądź korzystający z aparatów publicznych,  po ich uruchomieniu mieli okazję wysłuchiwać komunikatu: – „rozmowa kontrolowana”.

***

BARBARA GRUCHAŁA-GRUSZCZYŃSKA(72)
Byliśmy jeszcze w sobotę 12 grudnia do godz.22:00 w Biurze Prasowym „Solidarności“, przygotowując biuletyn. W tym biuletynie miały być materiały związane z 17 grudniem 1981r – nawet makiety były na tę okoliczność przygotowane – a druga część miała zawierać sprawozdanie z Komisji Krajowej z Gdańska i informacje o Uchwałach, jakie tam zapadły. Oczywiście, to wszystko szło przez teleks. I ponieważ nic nie przychodziło – jeszcze wtedy łączność ze światem była – więc zadzwoniliśmy do Gdańska. Powiedziano nam, że te Uchwały będą spływać dopiero najwcześniej o 4:00 rano, a nawet o 6:00. Więc powiedziałam do kolegów:- „Bez sensu, aby czekać w nocy, idźmy do domu i prześpijmy się“. I na godz. 14:00 w niedzielę umówiliśmy się, aby ten biuletyn zredagować. Servisy miały być z SIMU i BIPSU z Mazowsza oraz z Gdańska. Oczywiście, te informacje z Gdańska były wtedy najważniejsze. Ok. 23:30 wyszliśmy z budynku. Została tylko koleżanka, która obsługiwała teleksy, aby to wszystko przyjęła. Kiedy później z nią rozmawiałam, powiedziała, że kiedy zorientowała się, że telefony nie działają, przeraziła się tym (teleksy były na łączach telefonicznych). Po godz. 24:00. pobiegła do Kurii, aby zadzwonić, że jest awaria. A tam okazało się, że i u nich telefony są nieczynne. Wróciła do budynku i wtedy MO ją aresztowało. Funkcjonariusz SB i MO, wkraczając do budynku „Solidarności“ połamali meble, zabrali dokumenty, ale jakimś cudem pozostawili teleks i inny sprzęt techniczny. Oprócz tej koleżanki od teleksu, było w budynku jeszcze kilka osób. M.in:- Sekretarz, Alfred Skórzewski i wielu innych, członków Prezydium „Solidarności“, mających dyżury. W niedzielę wyszłam z domu, aby pójść na Mszę św. do Katedry, na godz.8:00. I kiedy szłam ulicą, usłyszałam wołanie sąsiadek: -„Pani Basiu, pani Basiu!!! Jest stan wojenny!
Po Mszy św. poszłam w stronę budynku „Solidarności“. Wszystko było pozamykane. Brama nie była zniszczona, okna również były całe. Wokół budynku, jakby nic się nie działo. Pomyślałam sobie, że lepiej będzie, jeśli tam nie wejdę, aby nie zostać aresztowaną. Przyszłam do domu, byłam z rodzicami. Mnie na razie nie szukali. Ale pewne zasady konspiracji musiałam podjąć, w dalszych kontaktach z ludźmi.(73)

TW.“MICHAŁ”.
Michał BOROWICZ.

/Źródło: AIPN Ld 0040_287.pdf. Karta 17-18-19. Nr ewidencyjny 43962/.           Łódź dn. 2.01.1982r.

Przyjął: Gałecki                                                                                                       
Data 30.12.1981r                                                             Tajne spec. znaczenia
Miejsce: [nieczytelne] KWMO                                          Egz. Pojed.
Informacja operacyjna spisana ze słów źródła t.w.

 “Michał” zatrudniony był w Zarządzie Regionalnym NSZZ “Solidarność” Ziemi Łódzkiej na  stanowisku kierowcy. Miał przydzieloną “Wołgę” LDS 831B. Pracę w Regionie rozpoczął w lutym 1981r. Do pracy tej wciągnął go Andrzej Trautman [TW.”Brodacz”], którego dobrze znał jeszcze z pracy w poprzednim miejscu tj. MPK. Początkowo pełnił funkcję kierownika gospodarczego […], potem jako kierowca.
karta:18 […]. W dniu 13.12.81r na godz.6:00 udał się z domu do ZR NSZZ “Solidarność”, gdyż w tym dniu miał mieć dyżur. Pod ZR zastał milicję, nie próbował wejść do środka, tylko pozostał w pobliżu. […].
Po dniu 13.12. do jego mieszkania przychodzili pracownicy byłego ZR, rozmowy dotyczyły co będzie z nimi dalej. […]

St.Insp.Wydz. IV
ppor.T.Gałecki
/podpis nieczytelny/  

***

TW “Józef” [Zbigniew Gajda] Nr 45350 był także kierowcą w ZR NSZZ “Solidarność” Ziemi Łódzkiej.

***

Budynek Z.R. NSZZ “SOLIDARNOŚĆ” Ziemi Łódzkiej, przy ul.Piotrkowskiej 258/260, został zbudowany w 1982r. (w stylu włoskiego renesansu),  wg projektu Gustawa Landau-Gutentegera, dla łódzkiego inżyniera i przemysłowca Henryka Birnbauma. W 1933r. po dojściu do władzy Adolfa Hitlera, doszło tam do antyniemieckich demonstracji (w budynku mieścił się Konsulat Rzeszy z komórką NSDAP, wykonująca także działania szpiegowskie).  Po wyzwoleniu Łodzi, lokatorami tamże, został oddział zwiadu  Armii Czerwonej, aby ostatecznie zostać siedzibą Centrali Przemysłu Skórzanego. W pierwszym kwartale 1981r. budynek został przekazany Zarządowi Regionalnemu NSZZ „Solidarność”. 13 grudnia 1981r., ZOMO spacyfikowało i aresztowało działaczy łódzkiej „Solidarności” [ „NN” zdjął z elewacji budynku,  tablicę ZR „Solidarności” Ziemi Łódzkiej i powierzył do przechowania ks.prałatowi Stefanowi Ciesielskiemu, ówczesnemu proboszczowi Kościoła katedralnego]. Do 1983r. w budynku stacjonowały oddziały „MO” i „ZOMO”. Ten symbol „Solidarności” został rozkradziony, zniszczony i w końcu podpalony przez nieznanych sprawców. W tej sprawie, do redakcji łódzkich gazet: „Głosu Robotniczego”, „Dziennika Łódzkiego” i „Expressu Ilustrowanego” wpłynęły pisma podpisane przez Kazimierza Bednarskiego /LDO 44446/, Janusza Kenica /LDO 44728/, i Pawła Wielechowskiego /LDO 44181/, z żądaniem ukazania się w łódzkiej prasie informacji, zawierającej wyjaśnienia przyczyn powstania pożaru w zamkniętym budynku [w dniu 01.03.1983r]. Autorzy listu zawarli sugestię celowego podpalenia, aby zostały zatuszowane zniszczenia i braki w majątku związkowym [publikacja nie ukazała się ].(74) W tym samym roku, budynek pozyskała  Politechnika Łódzka, a pięć lat później „Związek Młodzieży Socjalistycznej”. Od 1995 r budynek stał się własnością Instytutu Europejskiego. W sierpniu 2005r z okazji 25 rocznicy powstania NSZZ „Solidarność” z inicjatywy Instytutu, na budynku umieszczono tablicę pamiątkową poświęconą Zarządowi Regionu NSZZ Solidarność i wydarzeniom 13 grudnia 1981. A w lipcu 2008r, na budynku odsłonięto tablicę pamiątkową poświęconą pierwszemu Prezydentowi Miasta Łodzi w III RP, Grzegorzowi Palce, którego wsparcie przyczyniło się do powstania Instytutu Europejskiego.  W 2018r., ks.prałat Ireneusz Kulesza, proboszcz parafii Św.Stanisława Kostki w Łodzi – następca ks.Stefana Ciesielskiego – przekazał  9 listopada 2007r, przechowywaną dotąd w łódzkiej Katedrze tablicę ZR „Solidarności”, Instytutowi Europejskiemu w tym mieście.

GODZINA MILICYJNA. [od godz. 22:00 do godz. 6:00].
Naruszenie „godziny milicyjnej“ potraktowane zostało przez przepisy stanu wojennego jako wykroczenie i zgodnie z art.50, ust.3 Dekretu o stanie wojennym, zagrożone karą aresztu do 1 miesiąca i karą grzywny do 5.000 zł, a po nowelizacji kodeksu wykroczeń podwyższonej do 20.000 zł, z możliwością stosowania trybu przyspieszonego [osobę zatrzymaną doprowadzano do Sądy w ciągu 48 godzin. W stanie wojennym, tryb przyspieszony stosowano często, jako represję po manifestacjach ulicznych].(75)

ZEZWOLENIA na PRZEMIESZCZANIE SIĘ.

Komunikat Urzędu Miasta Łodzi.
[…]. Każda osoba opuszczająca dotychczasowe miejsce pobytu stałego lub czasowego, powinna otrzymać zezwolenie miejscowego terenowego organu administracji państwowej stopnia podstawowego, tj. naczelnika gminy, miasta, miasta i gminy, dzielnicy, prezydenta miasta Pabianic i Zgierza. Zezwolenie jest bez względu na czasokres danej miejscowości. Nie są wymagane zezwolenia dla mieszkańców miasta Łodzi przy przemieszczaniu się z jednej dzielnicy do drugiej, oraz mieszkańców gmin, przemieszczających się na krótkotrwały pobyt (12 godz.) z miejscowości do miejscowości (np. […] przejazd do pobliskiej miejscowości do punktu skupu, po odbiór węgla itp.). To krótkotrwałe przemieszczanie, może odbywać się w czasie nie objętym godziną milicyjną, a więc od godz. 6 rano do godziny 22 wieczorem. (76)  
***
13 grudnia, czasowo wstrzymano możliwość zakupu paliw na potrzeby prywatne. Od 23 grudnia 1981 r. przywrócono możliwość zaopatrywania w paliwo taksówek (co trzeci dzień 40 l do zbiornika).
***
Od pierwszego lutego 1982 r., chyba jako pocieszenie dla właścicieli samochodów w sytuacji wprowadzanych gigantycznych podwyżek, umożliwiono osobom prywatnym zakup paliw. 10 l mógł zakupić użytkownik auta o pojemności silnika poniżej 900 cm3, a 15 l powyżej tej pojemności. Obowiązywały talony na benzynę zezwalające na nabycie jej ograniczonej ilości.         
***
W związku ze stanem wojennym Polskie Koleje Państwowe odwoływały pociągi dalekobieżne, choć oficjalnie deklarowano, że nie ma „żadnych ograniczeń w kursowaniu pociągów”. Jeździły składy pod-miejskie, wożące ludzi do pracy.
***
13 grudnia 1981 r. zawieszono międzynarodową i krajową komunikację lotniczą. Rejsy samolotowe częściowo wznowiono 17 grudnia 1981 r. Początkowo na międzynarodowe lotnisko wstęp miały tylko osoby z adnotacjami w paszportach zezwalającymi na wyjazd. Inni byli zawracani przez ochraniających lotnisko milicjantów. Notabene w stanie wojennym (ale także i wcześniej) porwano kilka rejsowych samolotów linii krajowych, m.in. do Berlina Zachodniego. Władze przedstawiały te czyny, jako akty terrorystyczne i surowo traktowały ich sprawców, wydając wyroki zaocznie.
***
Zgodnie z zarządzeniem władz obsługa bankowa osób prywatnych oraz przedsiębiorstw 14 i 15 grudnia została wstrzymana (nie dotyczyło to utargów sklepowych i wypłat związanych ze skupem rolnym). Do wyjątków należeli piekarze, którzy jako przedstawiciele zawodu o strategicznym znaczeniu dla władz mogli podejmować pieniądze z banku.(77)
***
Nowe przepisy nie ominęły organizacji zgromadzeń i imprez masowych. Jedynie nabożeństwa i ceremonie religijne mogły odbywać się bez specjalnych zezwoleń. Inne uroczystości – jak wesela, chrzciny czy nawet prywatki, wymagały zgody organów administracyjnych. W pierwszą noc sylwestrową stanu wojennego, balów nie było, a Studniówki ’82, o ile się odbywały, miały skromny i symboliczny przebieg. Nawet pogrzeby wymagały poinformowanie władz. 
***
Od dłuższego czasu w zaopatrzeniu obowiązywał system kartkowy, obejmujący wiele podstawowych pro-duktów, m.in. mięso, masło, mąkę, kaszę, płatki zbożowe, ryż, proszek do prania, papierosy, alkohol, czekoladę, inne słodycze, mydło, artykuły dla niemowląt. Problemy zaopatrzenia wiązały się bezpośrednio ze sferą produkcji, która także znajdowała się w kryzysie.(78)
Kartki sprawiały też trudności przy sprzedaży. Sporo wysiłku niekiedy kosztowało przygotowanie porcji np. kurczaka o odpowiedniej wadze. Jak wspominała sprzedawczyni:- “ Na te 70 dkg, trzy razy się leciało po tego kurczaka, żeby utrafić”. Podobnie było z opakowaniami proszku do prania, niedostosowanymi do norm przydziałowych, co powodowało kłopoty dla kupującego i sprzedawcy, który musiał proszek ważyć. Nie obywało się bez strat w ważonym towarze. Na skutek problemów z zaopatrzeniem, często nie wykupywano kartek o czasie. Władze nawet kilkakrotnie przedłużały ich ważność.(79)
***
Wprowadzenie stanu wojennego nie poprawiło niekorzystnej sytuacji gospodarczej w Polsce i nie usunęło oznak zapaści ekonomicznej kraju. Władze zapowiedziały wdrożenie reformy gospodarczej począwszy od 1 stycznia 1982r (będącej elementem systemu tzw. normalizacji). Pierwszym efektem tych działań, było jednak wprowadzenie od 1 lutego 1982r podwyżki cen żywności średnio o 241%, a także opału i energii średnio o 171%. W roku 1982 nastąpił spadek realnych dochodów ludności średnio o 30%, w porównaniu do dochodów z roku 1981, a przeprowadzona rewaloryzacja, nie była w stanie zrównoważyć obniżenia ich wartości. W okresie 1980-1985r zadłużenie zagraniczne wyniosło ponad 50 mld dolarów amerykańskich – spowodowało to deficyt towarów na rynku wewnętrznym, ponieważ Polska była zmuszona zwiększyć eksport, aby wykonać te zobowiązania. Braki na rynku żywnościowym zmuszały władze do utrzymania systemu reglamentacji wielu artykułów – w 1982 objęła ona m.in. buty (1 para obuwia na osobę na rok) i alkohol (0,5 litra na osobę dorosłą na miesiąc). W 1983 r. władze stopniowo rezygnowały z reglamentacji wybranych towarów. Od lutego zniesiono ograniczenia w kupnie mydła i proszków do prania, niedługo potem alkoholu i papierosów, a następnie słodyczy (z wyjątkiem czekolady). W czerwcu wycofano się z przydziału tłuszczów i mleka. Obowiązywały nadal kartki na mąkę, przetwory zbożowe, cukier. Jednak, jak się okazało, czasowo reglamentację przywracano. Kartki na kiełbasę i mięso, wycofano dopiero           1 sierpnia 1989r.(80)
***
Z kryzysem gospodarczym i deficytem większości towarów wiązało się funkcjonowanie tzw. czarnego rynku, czyli drugiego, nieoficjalnego obiegu handlowego. Jego częścią była praktyka ukrywania towarów przed klientami. Handel deficytowymi dobrami był dla niektórych wręcz sposobem na życie. Nielegalny handel alkoholem wzmacniał stale obecny problem alkoholizmu Był to problem społeczny charaktery-styczny dla całego okresu PRL.(81)
***
W 1980 r kurs dolara wynosił 125 zł (by przy panice w stanie wojennym, osiągnąć na czarnym rynku 1000 zł. Po tym krótkotrwałym wzroście, kurs czarnorynkowy oscylował wokół 800-900 zł, by wiosną 1982 r., spaść do 360-400 zł. Za przeciętną pensję, można było w 1981 r. kupić $35, a w 1988 – $22. Przeciętne wynagrodzenie: w 1980r – 6.040 zł / $48,32, w 1981r – 7.689 zł, w 1984r – 16.838 zł, w 1985r- 20.005 zł.
***
Dodatkową ilustracją skali podwyżek [w latach 80-tych], są odnotowane w źródłach proporcje cen, do zarobków. Na przykład para butów kosztowała około 6 tys. […]. Przy średniej zarobków 10.114 zł [1980 -1985] i w przypadku jedynego żywiciela rodziny, był to bardzo znaczący wydatek. Inne ceny: mleko – 15 zł, chleb – 18 zł, kiełbasa około 380 zł, ser żółty – 200 zł, ziemniaki – 60 zł.(82)
***
W wielu placówkach służby zdrowia, stale brakowało jednorazowego sprzętu medycznego (np. igieł, strzykawek) oraz materiałów opatrunkowych. Zdarzało się również, że w szpitalach nie było tak podstawowego wyposażenia, jak łyżek, widelców, kubków itp. Kryzys zaopatrzeniowy dotknął też usługi diagnostyczne. Na przykład; ze względu na brak odczynników, papieru oraz klisz opóźniało się wykonywanie zdjęć rentgenowskich. Odczuwano niedobór papieru do EKG292. Ważnym problemem służby zdrowia był, np. brak koksu do ogrzewania i przygotowywania posiłków. W jednym z miast województwa jego zapasy w styczniu 1982 r., wystarczyły na dwa dni, a niedostarczenie w terminie kolejnej partii tego surowca groziło wstrzymaniem przygotowywania posiłków dla pacjentów miejscowego Szpitala. Kryzysowa sytuacja występowała również w zaopatrzeniu w leki. W lecznictwie otwartym (realizującym ówcześnie 90 proc. Potrzeb), niedobory leków obejmowały około dwustu medykamentów. Najbardziej odczuwano niedobór środków przeciwbólowych, antybiotyków, leków przeciwastmatycznych, przeciwreumatycznych. Dodatkowo słabo rozwinięta była sieć Aptek.(83)

PRZEBIEG INTERNOWANIA.
Małgorzata BARTYZEL.
(84)
Z domu wyprowadziło mnie trzech Funkcjonariuszy ze starszym cywilem “SB”, a dwóch pozostało wewnątrz. Dlaczego aż tylu ich było? Nie wiem. Zapomniałam jeszcze o kierowcy samochodu i jednym Funkcjonariuszu pod balkonem. Nie byłam sama, bo niewiele wcześniej przyjechał mój pracownik z BIPSU, żeby mi powiedzieć, że coś się dzieje i o czym nie chciał mówić przez telefon. Mój mąż miał pojechać do Gdańska, ale nie zmieścił się do pociągu. “Esbek” był zaskoczony, że jest w domu i powiedział: – „Panie Bartyzel, a Pan nie pojechał do Gdańska, bo myśmy dla Pana nakazik do Gdańska wysłali“ – czyli musieli poczekać na jakiś papier. Nie było jednak mowy o internowaniu. Powiedzieli mi, że na chwilę coś trzeba wyjaśnić, tylko jeden milicjant szepnął, żebym się ciepło ubrała, bo jest bardzo duży mróz, więc się zorientowałam co mnie czeka. Ale nic nie zapakowałam, nawet szczoteczki do zębów, bo była mowa, żebym szybko się ubrała. Uzupełnieniem tego wyjątkowego “klimatu”, był łom, pozostawiony ostentacyjnie przy wejściu i zachowanie psa, z którym przyszli. Nie było rewizji. Gdyby nie ten milicjant, nie wzięłabym nawet grubego swetra i kożuszka. Mogli się jednak spodziewać, że będą u mnie jacyś ludzie z opozycji czy „Solidarności“. Nasz adres przy ul.Tatrzańskiej, był lokalem kontaktowym, jeszcze przed naszym ślubem – po śmierci Staszka Pyjasa, przechowywałam tam Józka Ruszara, który przyjechał na wiec na UŁ i potem bezpieka chciała go dopaść. W tym mieszkaniu, odbywało się wiele konspiracyjnych spot-kań w końcówce lat 70-tych, więc i później był to dom, do którego przychodziło wiele osób znanych i nie-znanych. W sierpniu 1980 r mieliśmy tam, nieformalny areszt domowy, po wcześniejszym zatrzymaniu na 48 godz. Może z tego powodu rozbiegli się po domu, z czego wnoszę, że mogli spodziewać się więcej osób. Odnosili się stanowczo, ale grzecznie. Jacek, mój mąż utknął za drzwiami po ich otwarciu. Dopiero po dłuższej chwili starszy “esbek” zwrócił na niego uwagę. Nie pozwolił sobie na odebranie okularów, przez młodego Funkcjonariusza. Wyrwało mu się słowo „Swołocz “. To była także reakcja na to, że ten cywilny Funkcjonariusz wymachiwał bronią, ale zaraz ją schował. W Komendzie “MO” spotkałam dużo znajomych, m.in. Iwonę Śledzińską-Katarasińską, Krzyśka Turowskiego, Jacka Kwaśniewskiego, a po chwili dojechał mąż [Jacek], Andrzej i Rafał Terleccy – oni podpici, eleganccy, prosto z wesela i Marka Chwalewskiego z Pabianic w pidżamie. Dopiero w pokoju przesłuchań odczytano mi decyzję o internowaniu i musiałam poddać się rewizji. Nie powiadomiono mnie na jak długo i gdzie, zostanę osadzona. Na transport w nieznane czekałam na “dołku” z Iwoną Śledzińską-Katarasińską. Przed wejściem do celi, pod-szedł do mnie stary profos z tego aresztu, którego pamiętałam z wcześniejszych zatrzymań na 48 godzin i przynosił mi papierosy. Był rozżalony, że nie puścili go na emeryturę i wyznał, że najmował się do pilnowania przestępców, a nie politycznych. Nie podano nam żadnego picia, bo zwozili aresztowanych cały czas. W “budzie” do której mnie wsadzono, były boksy z siatki. Kobiety i mężczyźni siedzieli obok siebie. Nikt nie miał przy sobie żadnych bagaży. Funkcjonariusze siedzieli w kabinie samochodu. Zatrzymywali się w lesie, repetowali broń. To była taka demonstracja, że mogą nas zastrzelić. Ilu nas było w tej “budzie”, tego nie wiem, byliśmy mocno stłoczeni. Przy takiej demonstracji z bronią pamiętam, jak Jacek Kwaśniewski powiedział nachylając się do wszystkich, że jak zaczną strzelać, to rozbiegamy się na różne strony. W końcu “buda” wjechała na teren więzienia w Sieradzu i tam wysiedli mężczyźni, a kobiety z mojego transportu chyba z pięć, zostały zawiezione do starego aresztu, pamiętającego jeszcze carskie czasy. Tam było kilka cel z piecami w których jak napalono, to można było się zaczadzić, tak bardzo kopciły, a jak nie, to można było zamarznąć. Oprócz Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej, była Jadzia Płuska z Wielunia. O kolejnym transporcie do kolejnego miejsca nie byłyśmy powiadomione. Obie z Iwoną uprałyśmy na noc bieliznę a wkrótce po rozpoczęciu ciszy nocnej kazali nam się szybko ubrać i do nieogrzewanej Nyski milicyjnej nas wpakowali, z gołymi nogami, a na dworze -15°C. Nikt nie mówił, gdzie jedziemy. Po drodze zatrzymaliśmy się na długi postój na parkingu Komendy przy Lutomierskiej, gdzie było SB. Milicjanci wysiadali, my nie. Na Olszynkę Grochowską dojechałyśmy o świcie, zamarznięte, tam w celi też było zimno. Rewizja – zdawania ubrań przy temperaturze na zewnątrz -20°C. Dano koce, zaprowadzono do cel. Po kilku dniach oddają nam płaszcze i kurtki na stałe do celi, ze względu na zimno. Oddają też podręczne drobiazgi z torebek, kosmetyki.
Przez kołchoźnik, była nadawana radiowa jedynka i komunikaty więzienne. Np. pobudka o 6:00, cisza nocna o 22:00. Cele, były mniej więcej wypełnione miastami. Szybko znalazłyśmy metody komunikacji wewnętrznej przez zablindowane okna, grypsy. Więźniarki kryminalne roznosiły posiłki, przywożąc wózkami. Odnosiły się do nas z podziwem, niektóre podkradały kosmetyki. Kąpiel pod prysznicem raz w tygodniu. Relacje między nami były dobre, choć zdarzały się kłótnie. Długie rozmowy. Czytałam książki non stop i jak oddano nam rzeczy malowałam paznokcie, doprowadzając tym do pasji Iwonę Śledzińską. Na tzw. “spacerownik”, wyprowadzano nas raz dziennie, po jednej celi, na godzinę spaceru. Spacerownik był za wysokim murem, przechodziłyśmy gęsiego ścieżką za mur. Na ogół pilnował nas Strażnik z wieży, a drugi na dole. Myśmy chodziły, trochę ćwiczyły i śpiewały. Nie tylko pieśni solidarnościowe, ale np. “Musimy siać…”albo “Sadźmy przyjacielu róże…”. Funkcjonariuszki zawsze miały broń. Dłuższy czas ukrywałyśmy przed Cecylią Duninową, że jej córka Kinga, matka pięciomiesięcznego Stasia, jest w sąsiedniej celi. Przypadek sprawił o odkryciu tej absurdalnej sytuacji. Minęły się w drzwiach dwie grupy wychodzące na spacer. Waleniem metalowymi naczyniami w drzwi i groźbą głodówki, sprawiłyśmy, że Kinga Dunin została zwolniona. A do nas zostały skierowane groźby o pobiciu i nowych wyroków. Później doszła Msza święta. I dopiero po awanturach otwarto cele na te Msze i mogłyśmy się zobaczyć z innymi celami. 23 grudnia 1981r, do Olszynki Grochowskiej przyjechał o.Stefan Miecznikowski, musiał przy-wieźć więcej paczek, ale w/g posiadanych informacji, tylko jedna paczka dotarła do celi, zaadresowana do dr Marii Dmochowskiej. A w Boże Narodzenie przybył do nas Prymas Polski ks.kard.Józef Glemp. Odwiedził wszystkie cele i chwilę rozmawiał z nami, a potem odprawił Mszę św.
Transport do Gołdapi, odbył się w połowie stycznia, bez uprzedzenia, ani wskazania miejsca. Jak już byliśmy blisko, to powtarzały się sceny z pierwszej nocy stanu wojennego, tj. zatrzymywania się na odludziu, scenki z bronią, a przed samą Gołdapią mówiono, że za chwilę będziemy przekraczać granicę.
Agnieszka Romaszewska, jak tylko było miejsce ludne i znalazła jakąś szparę w milicyjnej “budzie”, to wyrzucała karteczki w nadziei, że może ktoś znajdzie i odczyta którędy nas wiozą, bo dokąd, nie wiedziałyśmy. Jak tylko przywieziono nas do Gołdapi oznajmiono nam o zakazie otwierania okien i drzwi balkonowych [były zabite gwoździami], z groźbą użycia broni. A dziewczyny równolegle, we wszystkich pokojach natychmiast zaczęły otwierać okna i zrzucać śnieg z balkoników. To była taka pierwsza próba sił.
Kolejny raz o. Miecznikowski przyjechał już do Gołdapi, ale zgodzili się na widzenie z jedną, a nie ze wszystkimi łodziankami – padło na mnie. O tym z kim będę mogła się zobaczyć, powiadomiła mnie Strażniczka. Od razu nabrałam od koleżanek garść grypsów. W rozmównicy, uściskaliśmy się z o.Miecznikowskim bardzo serdecznie. A cała rozmowa z o.Miecznikowskim odbyła pod czujnym okiem Strażniczki. Zwracał się do mnie po imieniu Małgosiu, ciepło i serdecznie. Pytał o stan zdrowia, nie tylko moje. W jej trakcie dowiedziałam się, gdzie jest mój mąż. Na koniec, była krótka modlitwa i podczas    błogosławieństwa, wręczyłam Ojcu grypsy. Podałam w uścisku z rękawa sukienki do rękawa sutanny. A w nich była m.in. lista kobiet w ciąży, i tych, które pozostawiły w domu dzieci i chorych. Cała rozmowa trwała mniej niż pół godziny pod rygorem, że jeśli ją przedłużymy to odbiorą mi widzenie z rodziną.
Grypsy były przygotowane na każdą okoliczność. Nie byłam rewidowana, ale byłam przygotowana, że tak może być. Miałam je w podwiniętym rękawie. To były ciasno zwinięte karteczki zapisane bardzo drobniutkim maczkiem. Dziś bez okularów nie przeczytam. Po powrocie do koleżanek, opowiedziałam im szczegółowo o tej rozmowie z o. Miecznikowskim. Dzieliłyśmy się każdą informacją. Psychicznie bywało różnie, w sumie gorzej niż w Olszynce Grochowskiej. Niektóre się złamały i podpisały lojalki. Porodu nie było, ale poronienia tak, po ciąży, którą lekarz uznał za nieistniejącą. Wiele dziewczyn było w gipsie, od betonu po którym przez tyle tygodni chodziłyśmy. Lekarze w Gołdapi bardziej wojskowi niż medyczni, chyba, że ktoś trafił do Szpitala, a tam duże wsparcie i życzliwa ludność, także w kuchni. Jedzenie było marne, choć tu kuchnia się starała. Ośrodek w Gołdapi był pokazowy. W dwuosobowych pokojach były cztery panie. Stan osobowy był sprawdzany dwa razy dziennie, ale bez meldunków, Strażniczki same liczyły. Były kipisze, czasem też przez “SB” z zewnątrz. Zapraszano na przesłuchania i rozmowy, oferowano lojalki lub wyjazdy zagraniczne, oferowano pomoc. Niektóre były straszone zamianą na wyrok więzienia. Budynek trochę zagrzybiony, ale dość porządny. Tam był czysty surrealizm, piękna przyroda, a wokół drut kolczasty, milicja, więziennictwo, “SB”, wojsko. Czas, wypełnialiśmy różnie. Niektóre z nas prowadziły wykłady, szkolenia, robiły na drutach, nocami grały w karty, wydawały gazetę. A ja uczyłam się angielskiego i grałam w brydża. Podkochiwał się we mnie pewien “esbek”, wyjątkowo brutalny, a wiem o tym, bo zwierzał się po pijanemu Agnieszce Lipskiej. 14 czerwca 1982r obchodzono w Gołdapi półrocznicę. W holu, zawisł transparent „Solidarności“. Internowane kobiety milczały przez 125 minut. Komendant zażądał zdjęcia transparentu. 22 lipca 1982r Święto Narodowe. Tego dnia została nas już tylko garstka. W mojej celi tylko Jadzia Szczęsna. 24 lipca, likwidacja Ośrodka w Gołdapi. Nie miałam osobistej rewizji przy wyjściu, bo trafiłam na zakochanego “Esbeka”, który zobaczywszy mnie spytał tylko, czy potrzebuję taksówkę, bo on może zamówić. I nie czekając na moją odpowiedź, natychmiast to zrobił, nawet podając mi bagaż do drzwi samochodu. Nie przeszkadzało mu to chwilę wcześniej, brutalnie przeszukać bagaż Zeni Łukasiewicz i po chwili ordynarnie odezwać się do następnej. Ten ciężki okres, nie skończył się dla mnie z chwilą powrotu do Łodzi. Przez pięć i pół roku byłam bez pracy, dorabiałam dorywczo korypetycjami i od czasu do czasu pisząc jakiś artykuł, a mój mąż zwolniony został z internowania, dopiero w połowie grudnia 1982r. Dopiero w domu dowiedziałam się, że kiedy byłam internowana, to ks. Biskup Józef Rozwadowski, na prośbę mojej mamy [Haliny Fejowej] i zapewne o. Miecznikowskiego, wpisał mnie na listę 11 osób, o które wystąpił do Komendanta Wojewódzkiego MO, płk. Moczkowskiego [Bronisława]. (85)

Marek CHWALEWSKI (1).(86)
Mieszkałem wtedy w Pabianicach na „Starówie“, ul.Konopna 8. Byłem kawalerem. Mieszkałem w swoim mieszkanku sam. Była godzina, tak między 20:00, a 21:00, gdy dostałem telefon – ostrzeżenie z „Solidarności“, że komuniści wyprowadzają czołgi. Czyli, będzie stan wojenny.
– Ukryj się gdzieś – usłyszałem.
Ja nie planowałem działania tak skrytego, gdzieś w konspiracji, jak robili to inny. Na pewno nie dałbym się wtedy wziąć, zabrać, gdyby te ostrzeżenia nie powtarzały się. Raz, a potem drugi i to usypia czujność. Nie wiadomo co jest grane. Tak sobie myślałem, że znowu tam, takie sobie gadanie że „Stan Wojenny“. I niestety, okazało się, że tym razem jest to prawda. Jest godz. ok. 22:30.  Słyszę nie pukanie, ale walenie do drzwi. Takie energiczne. To było na pierwszym piętrze. Otwieram drzwi na łańcuch, który blokuje drzwi. Ale wystarczyło, że jeden drab, szarpnął mocno drzwiami i ten łańcuch zerwał. Zobaczyłem czterech cywili, którzy wpadli do środka. Nie przedstawili się. Skojarzyłem sobie ten wcześniejszy telefon, i już wiedziałem, że tym razem ostrzeżenie było prawdziwe, że jest Stan Wojenny. Była zima, ale ja przed snem zawsze sobie otwierałem balkon, aby wpuścić świeżego powietrza, wtedy się po prostu lepiej śpi. Wyskoczyłem na balkon i zacząłem krzyczeć, jak tylko mogłem głośno:
– „Ratunku“ napadli mnie bandyci!“.
Ale nikt z tym ratunkiem nie przyszedł. Odciągnęli mnie od balkonu, i jeden z nich pilnował, abym się do tych drzwi nie dostał. Oczywiście,  pozamykali balkon i okno.
–  Proszę się ubierać, jesteście aresztowani – powiedział jeden z nich.
Zapytałem: – A wy kim jesteście?
I dopiero raczyli powiedzieć, że są z milicji.
– Proszę pokazać legitymacje, chce je zobaczyć. O której się, przychodzi?… Jest godz.22:30, znowu rewizja?“.
– Tym razem chcieliśmy pana poinformować, że został wprowadzony Stan Wojenny. I proszę nam nie utrudniać. Proszę z nami“.
Nawiążę wcześniej do mojego ojca. Oficer „SB“ ostrzegał ojca, żeby na mnie wpłynął, abym zaprzestał tej pracy przeciwko rządowi, bo oni się ze mną bawić nie będą. Przy pierwszej lepszej okazji wyprowadzą mnie do lasu i zastrzelą jak psa.
– Chce pan mieć syna?
Ojciec odpowiedział: – Jak zdążycie. A nie wiadomo, kto lepiej strzela.
Ja miałem broń, tylko nielegalnie, z tym że, zawsze ją miałem pod ręką. Oficer „SB“ w stopniu kapitana, może przypomni mi się nazwisko, ale i tak na pewno fałszywe, zakonspirowane. Ale wypadałoby je wymienić, może przypomni mi się… Szukali broni, dokumentów. A tę broń, szukali tak, aby jej nie znaleźć.  Jeden z nich wyciąga pistolet, mierzy do mnie i mówi:
– Jazda na dół do samochodu. Jedziemy do lasu, koniec z Tobą.
A ja mówię: – Bardzo przepraszam, chcesz bandyto strzelać, to strzelaj tutaj w mieszkaniu, ale do żadnego lasu z wami nie pojadę!“.
Co za różnica, gdzie mieli mnie zastrzelić.
– Jest Stan Wojenny.
Odpowiedziałem: – No to, co? Strzelaj!… Nie masz odwagi, bo patrzę ci w oczy?.
Odwróciłem się plecami: –  A teraz?
Drugi z funkcjonariuszy powiedział: – „Zostaw, zostaw, bierzemy go“.
Do spania zawsze się lekko ubierałem. Mieszkanie było dość ciepłe. Byłem tylko w majteczkach i w podkoszulku.
– Ubieraj się!
– Nie przypominam sobie, abym z panem pasał świnie… I nie mam zamiaru się ubierać. Chcecie, to mnie zabierzcie, tak jak jestem, ale się nie ubiorę. Nie będę wykonywał żadnych waszych poleceń, bo jesteście po prostu oprawcami. Jeden z nich zabrał z wieszaka moje ubranie, tak na rękę. A dwóch sprowadziło mnie do cywilnego samo-chodu osobowego, zupełnie nagiego. Butów ten funkcjonariusz niestety nie zabrał. Zabrał tylko ubranie. Zawieźli mnie na Komendę MO na ul.Kopernika w Łodzi. Funkcjonariusz rzucił moje ciuchy na krzesło. Od jednej z kobiet internowanych usłyszałem:
– Panie Marku, niech Pan się ubierze, bo sił będzie na długo panu potrzeba teraz. Niech pan sobie zostawi zapas sił i da im spokój, bo to nie ma sensu. Postanowiłem się ubrać, aby jak wariat nie biegać na golasa. No i ubrałem się w to, w czym na co dzień chodziłem, w sweter i marynarkę. Dopiero w więzieniu w Sieradzu, dostałem porządne więzienne buty. Zgromadzili nas w sali na parterze. Spisywali dokumenty. Trwało to chyba z godzinę.  Było nas chyba ze 20 osób, ale nie chciałbym wymieniać liczb, aby się nie pomylić. Większość ludzi, było z KSS KOR-u. Z nimi też współpracowałem, np. z Józkiem Śreniowskim. Były też wśród zatrzymanych trzy panie, które współpracowały z KOR-em. M.innymi była pani, której syna zamordowali na Komendzie, ale nie pamiętam w której, nie pamiętam nazwiska. Z mężczyzn, też teraz nie pamiętam nazwisk. Wiem tylko, że byli z KOR-u, ale kto, żeby ich wymienić, to nie pamiętam. Józek Śreniowski byłby więcej wiedział, kto tam wtedy był.(87)

INNE:
Podczas aresztowania w domu Kingi Dunin – Horkawicz, jej mąż Sergiusz [Kowalski], bronił ją przed aresztowaniem (w konsekwencji pobity). Został internowany, a Kinga zabrana z 5-cio miesięcznym Stasiem na Komendę M.O. A tam, funkcjonariuszka milicji, wyrwała synka z jej rąk i przekazała do Domu Dziecka w Warszawie [to dziecko, było chore]. Janusz Dunin-Horkawicz [dziadek], bezskutecznie dowiadywał się o miejscu umieszczenia wnuka. W tych poszukiwaniach, nie był osamotniony. Potwierdzeniem tego była kartka, wciśnięta w szczelinę drzwi mieszkania, aby zgłosił się do oo. Jezuitów przy ul.Sienkiewicza w Łodzi.(88)

Z.K. w SIERADZU.
Marek CHWALEWSKI (2).  
/Zakład Karny, ok.70 km od Łodzi. Powstał z inicjatywy Fryderyka Skarbka w 1836 r. w budynkach po manufakturze. Karę wówczas wykonywano w systemie celkowym augsburskim (więźniowie w nocy byli odosobnieni pojedynczo w celi, zaś w dzień pracowali wspólnie). W roku 1868 więzienie przejęli Rosjanie. Posiadało ono już wówczas własny szpital, kaplicę, fabrykę płótna i przędzalnię. W okresie II Rzeczypospolitej więzienie służyło polskiemu wymiarowi sprawiedliwości. W czasie II wojny światowej wykorzystywane przez hitlerowców, stało się miejscem martyrologii Polaków. Po wojnie obiekt w dalszym ciągu pełnił funkcje izolacyjne. W 1956 r. został podporządkowany resortowi sprawiedliwości. Zakład Karny w Sieradzu był przeznaczony dla mężczyzn. Jego pojemność to 923 miejsca. To jednostka typu zamkniętego z oddziałami typu półotwartego oraz aresztem śledczym./

…Wsadzili nas do więźniarki i przewieziono do więzienia w Sieradzu. Nie mówili, gdzie nas wiozą. Rozmawialiśmy w trakcie transportu, o Stanie Wojennym i gdzie nas mogą wywieźć. Nie pamiętam, czy to był korytarz, czy była to duża sala,  ale zgromadzili nas po to,  aby wydać koce do spania  i skierowali do cel. Więźniów kryminalnych wyprowadzali do innych cel, lub wywieźli do innego więzienia, to już trudno jest dojść, ale był tam wielki bałagan, porozrzucane po celach przedmioty i to według mnie, bardzo potrzebne dla każdego więźnia – zdjęcie rodzinne, czy kubek, szczoteczki do zębów. Po wejściu do celi zobaczyłem, że tych ludzi zabierano w pośpiechu. Mam trochę praktyki, gdyż byłem wcześniej dwa razy internowany. Z kim siedziałem? Już teraz nie pamiętam z kim. Było nas sześciu internowanych, ale do licha nie pamiętam,  kto tam jeszcze był. Ale inne zdarzenie z tej celi pamiętam. Po kolei wzywano nas na tzw. rozmowy „profilaktyczne“ – o tym decydowało „SB“. Namawiali do współpracy lub do podpisania “Oświadczenia”, tzw.“lojalki“. Otwiera się cela i strażnik mówi:– Chwalewski do wyjścia!
– Do wyjścia?…-  No to, wychodzę. Zostałem zaprowadzony na pierwsze piętro i  tam usłyszałem od tego strażnika:
– Sala taka i taka, oficer „SB“ czeka, chce przeprowadzić rozmowę.
Odpowiedziałem strażnikowi: – Proszę pana, niech mnie pan odprowadzi do celi, bo ja z tymi panami rozmawiać nie mam zamiaru.
–  Czyli nie będzie pan rozmawiał?  
– Kategorycznie odmawiam.
– Dobrze.
I odprowadził mnie do celi. Rano szykuje się cała cela na spacer. Zakładam swoje buty więźniarskie, a tu okazuje się, że cały obcas jest ucięty nożem, równo.
– Który to zrobił? Co wam się za głupie żarty trzymają?! – zwróciłem się z pretensją do kolegów – Rzeście mi buty zepsuli.
– To nie są twoje buty, tylko państwowe.
Zareagowałem: – Ale jak będę chodził, jeden but wyższy od drugiego. Po co to wam potrzebne?
Jeden z kolegów powiedział do drugiego kolegi: –  Powiedz mu, niech się nie wścieka.
Okazało się, że koledzy wycięli z gumy obcasa, pierwszą pieczątkę: – Internowani, rok 1981 w ZK Sieradz. Byli fachowcami, znalazły się żyletki i ładnie to wycięli. I nawet mam taką, odbitą w książeczce do nabożeństwa, którą mam jeszcze do tej pory. Jak to już zobaczyłem, że coś takiego robią, to powiedziałem:
– Dobrze, dobrze. Wszystko w porządku, tylko drugiego obcasa mi nie ucinajcie.  
Pamiętam inne zdarzenie ze spacerniaka. Śnieg tak ładnie pięknie poprószył, wszędzie biało, czyściutko na dworze i jeden z kolegów na spacerniku na plecach się położył i machając rękoma i nogami, zaczął robić „orła“, jak to robią dzieci. Wstał, dorobił koronę. Strasznie to się nie spodobało strażnikowi na wieżyczce. Na jego okrzyki, nie zareagowaliśmy.(89)

/Źródło: Archiwum Akt Nowych. Radio Wolna Europa/

Marek NIESIOŁOWSKI (90)
Pogrzeb naszego ojca… Ojciec umarł 26 grudnia 1981r. W ogóle, nie chcieli go zabrać z domu do Szpitala. Dopiero po awanturze rodziny, zabrali go do Szpitala na Stokach, na Internę. I umarł tam, nie powiadamiając mnie o tym. Pogrzeb był 31 stycznia 1981, w Sylwestra. Dowiedziałem się o tym od mamy i siostry Ewy, które przyjechały do Sieradza 4 stycznia 1982, już po pogrzebie.
Rodzina musiała dostać zgodę z Urzędu Miasta, na kondukt pogrzebowy, na ten dzień obowiązujący. Siostra musiała się dowiedzieć w zakładzie pogrzebowym, że taki przepis obowiązuje. Poszła tam i ktoś musiał podpisać zobowiązanie, że nie będzie żadnej demonstracji. I taką zgodę uzyskali. Nie pamiętam, czy to był wymóg Wydziału Wyznań. Takie zobowiązanie podpisała koleżanka siostry dr Ewa Małolepsza i ona wzięła odpowiedzialność za spokój na pogrzebie. W „Głosie Robotniczym“ z 30-31 grudnia 1981 powinna być notatka „Zarządzenie o zgodę na kondukt pogrzebowy“. O. Miecznikowski interweniował w Komendzie „MO“, aby mnie i brata wypuścili, że my nic nie zrobimy. Ale na próżno. I okazało się, że grób jest wykopany zbyt płytko. To stwierdziła moja siostra, zadzwoniła do Mieczysława Góry – pracowali razem w Muzeum Archeologiczno-Etnograficznym, na Placu Wolności w Łodzi. Wziął i sam wykopał ten grób. I gdyby nie poszła wcześniej na cmentarz, nie byłoby pogrzebu. Obstawa na  pogrzebie była solidna, co drugi to „Ubek“. O.Miecznikowski był na pogrzebie, celebrował ceremonię pogrzebową. Powiedział piękne słowa, stojąc na pryźmie śniegu.
Nie wiem, kto powiadomił o. Miecznikowskiego, może siostra, może ktoś ze znajomych, trudno mi to powiedzieć. Wcześniej, doszły takie wiadomości do mnie w więzieniu w Sieradzu, ale na zasadzie:- ojciec dwóch braci zmarł i nie chcą ich puścić na pogrzeb. Ale kogo, nazwisko?… Taka myśl mi przyszła, że może o nas chodzi, ale tylko tyle. Potwierdzenie otrzymałem dopiero od rodziny.

Mieczysław GÓRA.(91)
Janusz Niesiołowski, senior rodu zmarł w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia. Dwóch synów internowanych:- Stefan i Marek. A Ewa, ich siostra, została sama z całym bagażem do zorganizowania pogrzebu. Troszeczkę jej pomagałem w załatwianiu spraw urzędowych. I tak wypadło, że pogrzeb zaplanowano na dzień 31 grudnia, w Sylwestra, na godz. 14:00. Miał być pochowany w grobie rodzinnym. A w przeddzień, Ewa, dzwoni do mnie  – miała dni wolne i powiedziała:
„Słuchaj, za płytko wykopali grób, tylko na 1,30.m. [w/g przepisów 1,70], i nie chcą pogłębić “. 30 grudnia, od samego rana, zjawiłem się w Administracji cmentarza i poprosiłem o łopatę, kilof. No i jeszcze do tego była szypa. Uzgodniłem wszystko z grabarzami, od nich dowiedziałem się, jak głęboki ma być grób, aby zmieściły się w przyszłości, dwa, a nawet trzy trumny. Wyszło, że 2,60 cm od powierzchni ziemi. Ale zapomniałem jeszcze o jednym narzędziu, o drabinie.  Kopałem może z 1,5 godziny. Patrzę, nie ma jak wyjść z tego dołu grobowego. Dobrze, że umówiłem się w Administracji, że przyjdą do tego grobu za dwie godziny i miałem zamiar tam czekać. A ja, przed czasem zrobiłem to pogłębienie. Na szczęście przechodziła jakaś pani i ją poprosiłem o pomoc, aby przyszli grabarze i mnie wyciągnęli. Tak się też stało. Przyszli grabarze i za pomocą drabiny z niego wyszedłem. To był okres między Świętami, było dużo pogrzebów. Taka była argumentacja grabarzy, dlatego podjąłem taką decyzję. W/g mnie dalsze kopanie w surowej glinie, było dla nich za uciążliwe. Tak to tłumaczę. Chcę powiedzieć, dla wyjaśnienia dalej spraw pogrzebowych w tym dniu i następnym, że zapewniliśmy internowanym: Markowi i Stefanowi Niesiołowskim, serwis fotograficzny całego pogrzebu. Stąd dzisiaj rodzina ma zdjęcia, wykonane przez dwie osoby: Krzysztofa Cyrka i przeze mnie. Dwoma aparatami dokumentowaliśmy przebieg całości pogrzebu. Dzisiaj wiem od Marka Niesiołowskiego, że ma te zdjęcia. Dla rodziny, to było ważne. Nie zwolnili internowanych chłopaków na ten pogrzeb. Przynajmniej mogli później zobaczyć przebieg tego pogrzebu. To był pomysł nawet nie mój, tylko pana Cyrka, obecnie profesora na Uniwersytecie Toruńskim. Niedawno o tym mu przypomniałem, kiedy chowaliśmy Ewę Niesiołowską. „Patrz“ – powiedział: – „Twoja robota się przydała. Twoje pogłębienie..“. W tym grobie rodzinnym, jesienią 2008r – była wtedy piękna słoneczna i ciepła pogoda – pochowano seniorkę rodu Halinę. A zimą 26 stycznia 2013r, chowaliśmy Ewę. I jeszcze ta trumna, zmieściła się tam. Mam taką satysfakcję, że pomogłem w sprawie. A najbardziej cieszyłem się, że zrobiłem chłopakom reportaż zdjęciowy z tego pogrzebu.
Uroczystość pogrzebową celebrował o. Stefan Miecznikowski. Bardzo ładnie mówił o zmarłym, że był uczestnikiem wojny polsko-bolszewickiej w 1920r, i był żołnierzem września 1939r, później także w AK. Mówił dość szczegółowo, co nieboszczyk, Janusz Niesiołowski, zrobił w podziemiu. Nie było żadnych demonstracji, gdyż dodatkowo wszyscy byli pod wrażeniem pierwszych dni Stanu Wojennego. Wtedy po pogrzebie, nawiązała się między nami a o.Miecznikowskim łączność, już innego rodzaju. Dołączyliśmy się do grupy pomagającej w Ośrodku Pomocy dla Uwięzionych, Internowanych i ich Rodzin, przy Kościele o.o.Jezuitów, jako Komisja Zakładowa „Solidarności“, w Muzeum Archeologiczno-Etnograficznym.

Podwoziliśmy rodziny Internowanych, do miejsc internowania. Dla mamy Haliny i Ewy Niesiołowskiej, dwukrotnie załatwiliśmy transport, do więzienia w Łowiczu, w którym siedział Marek. A po jego wyjściu, zawieźliśmy go do Darłówka nad morze, do brata Stefana, gdzie siedział. To była wczesna jesień 1982r.

Z.K. w  ŁĘCZYCY.
Paweł SPODENKIEWICZ.
(92)
/Zakład Karny, ok.70 km od Łodzi. W Polsce o najostrzejszym rygorze. Nigdy, nikomu, nie udało się stąd uciec. W średniowieczu Klasztor Dominikanów, zmieniony w 1799r na więzienie przez władze pruskie. Najwięcej skazanych przebywało tu w okresie międzywojennym – ponad 1200 osób. Więzienne cele, musiały pomieścić nawet 50 osób. Wyrok za długi karciane, odbywał w nim mąż Marii Konopnickiej. Tu swego czasu, siedział Władysław Gomułka./

Zostałem zatrzymany o godz. 1:00-1:30 w nocy we własnym domu przy ul. Nowopolskiej (mieszkaliśmy w małej kawalerce 20 m2). Tego dnia, a właściwie tej nocy, byłem na przyjęciu u przyjaciół. Wtedy wielką atrakcją było słuchanie czarnych płyt. Ktoś miał dwie płyty czarne, pamiętam ich tytuły:- „Sketches of Spain”- Miles Davis’a. Wróciłem do domu nocnym autobusem, ulice zupełnie puste. Nie zauważyłem, że coś się dzieje. Jak wszedłem do domu, to funkcjonariusze stali w pokoju. Pokazali mi jakiś dokument. A na tej kartce napis: – „ Stan wojenny“. Powiedzieli: – „Jest Pan internowany“, co dla mnie było nowym pojęciem. Żona była z 3. letnim synkiem i była dodatkowo w 9. miesiącu ciąży. Dramatyczna sytuacja rodzinna. Żona była blada, przerażona. Jeden z funkcjonariuszy był po cywilnemu, drugi w mundurze. Zabrałem coś ciepłego i szczoteczkę do zębów. Zrozumiałem, że jest stan wyjątkowy. Jak mnie wyprowadzali, to miałem zamiar rzucić się do ucieczki, ale się zawahałem. Nie byłem skuty kajdankami. Wyszliśmy przed dom – po chwili czekania, podjechał cywilny samochód „Fiat-125p“. Zawieźli mnie na ul. Lutomierską [Komenda Wojewódzka „MO”].
Miałem zwyczaj, że nie wdawałem się w rozmowę z UB-ekami. Wprowadzono mnie do pokoju na którymś piętrze, tam mnie posadzono. Tam dostałem kartkę z decyzją o internowaniu. Była dziwna sytuacja, bo na pustym stole, leżała kartka z numerem telefonu mojego kolegi. To było celowo, aby rzucić podejrzenie. Skąd ta kartka się tam wzięła, nie wiem. Nie pamiętam w jakim stopniu był funkcjonariusz. Był uprzejmy. Potem wyprowadzono mnie na dół do piwnicy. Tam były cele, część więzienna. Ale nie od razu wprowadzono mnie do celi, tylko stałem na korytarzu i tam dołączono do mnie Jerzego Drygalskiego. Znaliśmy się wcześniej – też opozycjonista. Ubrany był w długi płaszcz, pamiętam, że zdenerwowany, pytał się pilnujących nas funkcjonariuszy, czy jego rodzina będzie powiadomiona. A oni odpowiadali, że “Tak” (dobry naukowiec, miał bronić doktoratu w grudniu). Zamieniliśmy zdawkowe pozdrowienia – obaj byliśmy zdenerwowani, krótko tam staliśmy. W końcu wyprowadzono nas na dziedziniec, do samochodu więźniarki “Star-Osinobus”. Buda zamknięta, bez okien. W środku ławki, krata zaraz za drzwiami. Wszedłem tam i muszę powiedzieć, że się ucieszyłem. W tym sensie, że spotkałem znajomych, przyjaciół. Nagle przestałem się czuć samotny. Wśród nich byli: – mój przyjaciel Wojtek Jeśman, Janusz Hetman – głównie ludzi z mojego środowiska KOR-wskiego – Maria Dmochowska, Jadwiga Szczęsna (matka Joanny Szczęsnej). Aresztowani byli ubrani różnie. Marian Miszalski był w pidżamie. Odkąd go pamiętam, to chodził cały czas w pidżamie. Tak chodził w więzieniu.
Zawieźli nas do ZK Łęczyca. Próbowaliśmy przez jakąś szparę zobaczyć kierunek jazdy, ale szpary były zbyt małe, aby to stwierdzić.  Nad ranem dotarliśmy do ZK Łęczyca, gdzie jeden blok był opróżniony dla więźniów politycznych. W tym celu ściągnięto wszystkich funkcjonariuszy z urlopów i po pracy. Oni też byli powiadomieni w ostatniej chwili i dopiero wtedy dowiedzieli się, że jest stan wojenny (aby się nie rozniosło, strażnicy nie byli wcześniej powiadomieni). Przed otwarciem drzwi “budy” rozlegało się szczekanie psów i to było bardzo deprymujące. Ale wtedy pani Szczęsna, rozładowała napięcie mówiąc: – A teraz “ścieżka zdrowia”, a po chwili:- “Ale, my ich…”.
Po otwarciu drzwi, zobaczyliśmy szpaler strażników więziennych, stojących po bokach „budy”. Wprowadzono nas do mrocznego budynku – wchodziliśmy parami. Strażnicy milczeli.  Była duża sala, gdzie stało biurko. Zauważyłem, że poprzednikowi kazano wyjąć wszystko z kieszeni.I ja wtedy, włożyłem rękę do kieszeni, bo zdałem sobie sprawę, że mam tam kartkę z adresem mojego kolegi ze studiów Zdziśka Pakulskiego – spotkałem go dzień wcześniej na ulicy. Postanowiłem to połknąć. Strażnicy, a było ich sporo to zauważyli i rzucili się na mnie, zabierając tę kartkę. Oczywiście, tego samego dnia, miał Pakulski rewizję. Wszyscy internowani stali w rzędzie, przed biurkiem. Zapisywano personalia. Zbierano odciski palców. Zaprowadzono nas do cel. Było tam trochę zamieszania, starałem się trzymać blisko Wojtka Jeśmana, aby trafić do tej samej celi. W końcu trafiliśmy do jednej celi z Benedyktem Czumą, Januszem  Płóciennikiem i jednym „Solidarnościowcem“, którego nazwiska teraz nie pamiętam [ był to Walenty Jakobson – cela nr.15]. Byliśmy w piątkę, ale po dniu-dwóch, tego nieznanego mi “Solidarnościowca” wypuszczono i zostaliśmy we czterech. Więzienie miało grube mury z drewnianą podłogą w celach, był kaloryfer. Było dość ciepło. Na ścianach bazgroły, prycze [piętrowe], umywalka, sedes, mały stolik, taborety, śmierdzące koce. Mieliśmy na sobie własne ubrania. Przez zakratowane okienko była szpara, przez którą coś było widać. Bo za kratami była blinda, płyta ze zbrojonego szkła. Przez tę szparę słychać było hałas. Widać było przejeżdżające „Skoty“ [transportery opancerzone]. Nie było widać ludzi.
Kołchoźnik – był zawieszony nad drzwiami. Oprócz komunikatów o posiłki były wiadomości, oficjalne radiowe. Kołchoźnik nie nadawał muzyki. Tam usłyszeliśmy o masakrze w Kopalni Wujek. To był szok. Byliśmy bardzo wkurzeni. Rozpłakałem się…
Pamiętam, że był pieczony chleb. Zupełnie czarny chleb, taki jak glina. Małe bochenki, nawet dość smaczne. Jadłospis zapowiadali w kołchoźniku z wyliczeniem, co do grama kalorii. Absurdalna sytuacja. I to się powtarzało. Monotonny głos funkcjonariusza brzmiał jak komunikat na kolei. Jego głos był dla Internowanych zabawny. Jedzenie było podłe. Podstawowym daniem była zupa, w której było wszystko:- kluski, ziemniaki i kasza. Nie wiem, co to były za zupy. Niesmaczne, generalnie. Sztuka  mięs, była kawał-kiem mięsa z tłuszczem, ze skórą, niejednokrotnie nie “ogoloną” z włosów. Ziemniaki gotowane w parniku, jedne nieugotowane inne rozwalające się. Drzwi w celach były na całą szerokość otwarte i każdy z nas podchodził ze swoimi metalowymi miskami – takimi psimi miskami, po poprzednich więźniach z wyrytymi inicjałami. Dwaj funkcyjni więźniowie kryminalni w drelichach więziennych i z napisem na plecach „ZK”, nosili kotły. Nakładali nam łychami jedzenie do misek. Nazywaliśmy ich “kalifaktorami” – tak nazywał ich Benedykt Czuma, który wprowadził nas w te tajniki więziennego życia, w jego język, problematykę więzienną, zachowanie strażników itp.Kiedy tam zostaliśmy “zakwaterowani”, od razu wzięliśmy się za szorowanie naczyń.
Spacerniak: – puszczali celami. Trwało to może z 10 minut. Zbyt krótko. Dlatego był problem niedotlenienia. Brak ruchu. Ja robiłem jakieś ćwiczenia, aby się dotlenić, wykonywałem różne ćwiczenia. Nawet skakałem żabką wokół spacerniaka. Był to okrąg wokół klombu o promieniu 15 metrów. Właściwy spacerniak był w innym miejscu, ale był nieodśnieżony, pokryty dużą warstwą śniegu, dlatego chodziliśmy wewnątrz dziedzińca. Wartownik nas pilnował i kolejny na „Kogucie“ [wieżyczka więzienna]. Pierwsze dni, były głównie przeznaczone na sen. Bo wszyscy, ogromnie wcześniej pracowali. Był w celi jakiś „Solidarnościowiec“, zdaje się, że nazywał się Wiśniewski [Edwin – cela 29] – Cały czas leżał na pryczy, tak go ścięła sytuacja „Stanu wojennego“ i Internowania. Po kilku dniach wyszedł. Nie wiadomo dlaczego. Nikt nam nie mówił, jak długo tam będziemy. Strażnicy też nic nie wiedzieli. Więźniowie kryminalni, którzy roznosili kotły z jedzeniem, nie nawiązywali z Internowanymi kontaktów. Benedykt miał kupę dzieci, Wojtek też miał małe dziecko, Janusz Płóciennik też miał małe dzieci. To była trudna sytuacja z tego powodu dla nas. Szczególnie dla mnie, to oczywiste. Żona była w ciąży,  do pewnego momentu ciąża była problematyczna, musiała leżeć.
Była Msza Święta w Łęczycy, w sali większej niż nasza cela. Ołtarz ze zestawionych stołów. Wszyscy Internowani byli na tej Mszy Św. I wtedy mogli się wszyscy zobaczyć. Atmosfera podniosła. Wrażenie niesamowite, zwłaszcza z kazania ojca Miecznikowskiego. Nie jestem katolikiem, wiec nie miałem doświadczeń z kazaniami, nie byłem osłuchany, ale to kazanie ojca było dla mnie objawieniem. Mówił wyrafinowanym językiem, przepiękną metaforą. W tym dniu było święto Trzech Króli. Ojciec Miecznikowski, opisał historię wędrówki za gwiazdą betlejemską tych mędrców. Powiedział m.innymi:- „..Tak jak oni wędrowali za tą gwiazdą, tak my powinniśmy wędrować za głosem sumienia… To jest dla nas drogowskaz“. W tym czasie, kiedy tkwiliśmy w tym brudzie, w tej brzydocie, gdzie wszystko w tym więzieniu było tak uchychłane, to było coś jak z innego świata – piękna klasyczna polszczyzna, piękna retoryka.
Tuż przed wigilią dostaliśmy ciasto z Ośrodka Pomocy dla Internowanych, Więzionych i ich Rodzin, działającego przy Kościele oo.Jezuitów w Łodzi. Ciasto pochodziło z Holandii. Pierwszy raz jedliśmy takie gotowe ciasto. Przynieśli nam strażnicy do celi, zapakowane w folii, z kolorową taśmą. Oprócz tego, było fajne poczucie, że Zachód o nas pamięta, że Zachód o nas wie. Nie pamiętam, czy był opłatek. To mi się zatarło. Może z chleba?.. Wcześnie wyłączali światło – o godz. 21:00. To nas denerwowało [zapadały kompletne ciemności]. I my zrobiliśmy kaganek z margaryny i z tej folii od ciasta holenderskiego. W zrobionym z folii naczynku, rozpuściliśmy margarynę, kaganek kopcił, drgał. Wyglądaliśmy jak z obrazu Caravaggia.

Krzysztof BIŃKOWSKI. 
[…] Umieszczono nas w dwóch celach, pod nr 27 i 29, pozostawiając pomiędzy nami pustą celę. Pozostawiono ją zapewne dla wygodnego podsłuchiwania nas. Pomieszczenie było dosyć duże, w odróżnieniu od okna, które było nad wyraz maciupeńkie i ponadto przesłonięte blendą z nieprzezroczystego szkła. Po zgaszeniu światła w biały dzień w celi było po prostu ciemno. Możliwości porozumiewania się istniały praktycznie tylko w czasie spaceru i to też nie bezpośrednio. Sam spacernik wyglądał jak tunel łączący klatkę lwa z areną cyrku. Poruszaliśmy się takim tunelem w kółko. Wartownik pilnował, aby sąsiednia cela znajdowała się dokładnie po drugiej stronie spacernika. Czasami komuś udało się odwrócić uwagę klawi-sza i spowodować, że upuszczona kartka trafiała do tych z drugiej grupy. Więzienny radiowęzeł podawał, co będzie jutro do jedzenia. Lektor rozśmieszał nas do łez z powodu swego niezwykle grubego głosu. Komunikat brzmiał mniej więcej tak:- „Śniadanie: kawa czarna słodzona, chleb, margaryna. Obiad:- ziemniaki, surówka, krupnik z kaszy pęczak. Kolacja: mleczna – manna, kawa. Kalorii 2950; cena posiłku 52,53 grosze. Smacznego!”. Poprzez kołchoźnik ogłaszano też listę ukaranych więźniów. Pewnego razu podano, że któryś z kryminalnych został ukarany za rysowanie kredą na spacerniku antypaństwowych napisów. Innym razem o tym, że w czasie wystawiania kostki [złożonego ubrania] na korytarz, ktoś nakleił sobie na czole 500 zł. Kara w tym wypadku brzmiała:- 14 dni twardego łoża.[…]. Znowu wzywano nas na rozmowy. Powołując się na podpisaną przez PRL Kartę Praw Człowieka i Obywatela, zaczęliśmy domagać się Statusu Więźnia Politycznego. Odpowiedzią na nasze żądania była audycja, którą nadano przez radiowęzeł więzienny. W audycji padło zdanie, że czołowi przywódcy „Solidarności”, dopuścili się zdrady narodu. Przyrównano np. Słowika z Łodzi, Moczulskiego i innych, do Judasza. Po pewnym czasie podano komunikat, iż na życzenie słuchaczy powtórzą audycję.[…]. Do Łęczycy w krótkich odstępach czasu zaczęły jechać transporty z Łodzi, Płocka, Lublina i Warszawy.[…]. Od czasu do czasu odwiedzał nas ksiądz Stefan Miecznikowski […]. Siwiutki jak gołąbek, malutki człowieczek odziany w komżę. Mały wzrostem, ale wielki sercem. Spotkania z ks.Miecznikowskim stanowią niezapomniane przeżycia. Odwiedzając nas, witał się z każdym z osobna. Na zakończenie każdej Mszy św., śpiewaliśmy „Boże coś Polskę”. Pieśń ta, śpiewana tutaj i w takim czasie, brzmiała szczególnie wymownie. Wreszcie SB, zabroniła księdzu Miecznikowskiemu, spotykanie się z nami.[…].(93)

Z.K. w  OLSZYNCE GROCHOWSKIEJ.
Dr Maria DMOCHOWSKA
.(94)
/ ok.150 km od Łodzi. Warszawskie więzienie na Grochowie z zewnątrz wygląda niepozornie. Można ten budynek pomylić z innymi, które znajdują się przy ulicy Chłopickiego. Początki Aresztu Śledczego, sięgają lat 70-tych.  Polskie Koleje Państwowe, rozpoczęły budowę Zakładu Karnego w Warszawie-Grochowie, który miał być ośrodkiem pracy więźniów dla potrzeb kolejnictwa. W dniu 22 maja 1975 roku na podstawie Zarządzenia nr 19/75/ CZZK Ministra Sprawiedliwości, zniesiono Areszt Śledczy w Warszawie-Pradze oraz Zakład Karny w Warszawie-Grochowie i utworzono Areszt Śledczy w Warszawie-Grochowie, przeznaczony dla kobiet/.

[…]. “ Przed świtem lądujemy w Olszynce Grochowskiej, areszcie – więzieniu dla kobiet. Jest to kompleks baraków, prawie w polu. Pawilony, długie korytarze, każdy oddzielony od innych kratą. „Klawiszki“, wystrojone w eleganckie mundury, same „oficerki“ – i wyraźnie po wódce, ale choć były     „w stanie wskazującym na użycie“, trzymały się sztywno i z pewnym, dla widza z boku, zabawnym fasonem. V pawilon, od września czekał na „Solidarność“, pusty, opróżniony, [mimo tłoku w kobiecym więzieniu], odmalowany, a ponieważ nikt nie zna dnia ani godziny, więc też i nie był ogrzewany. Można sobie to wyobrazić: minus 20 stopni mrozu na dworze, cienkie ściany baraku i brak ogrzewania.[…]. W nocy światła zapalone.[…]. Nasza cela nauczyła się, więziennymi metodami, porozumiewać z koleżankami obok. Przez ścianę, „w czwórce“, jest Gaja Kuroniowa, Krysia Romaniuk, Halinka Stefanowska, autorka żeglarskich piosenek, redaktor redakcji morskiej P[olskiego] R[adia], znana spikerka i dziennikarka z TV Ewa Komorowska, Agnieszka Romaszewska [- Guzy, dziś znana reporterka z trudnych terenów]. Gdzieś dalej, siedzi Krysia Lityńska, Ludka Wujcowa i inne, czyli „kwiat“ warszawskiej i polskiej opozycji. I nagle wstrząsająca wiadomość. W 5. celi, siedzi Kinga Dunin-Horkawicz, matka pięciomiesięcznego synka Stasia – żona Sergiusza [Kowalskiego], matematyka, też internowanego. Jego pobili, gdy ich bronił. A ją zabrali z dzieckiem na ręku. Na Komendzie, funkcjonariuszka „MO”, podstępnie wyrwała małego Stasia z rąk Kingi. W naszej celi, siedziała „Inka“[Cecylia] Dunin, matka Kingi. Przeżyłyśmy wtedy straszne chwile. Inka, przez otwarte okna, mimo mrozu, nawiązała krzykiem, kontakt z córką. Obie cele, natychmiast podjęły solidarnościową głodówkę w sprawie uwolnienia Kingi. Ona groziła władzom, nie tylko głodówką, ale nawet samobójstwem.“ […].(95)

„INKA“ Cecylia DUNIN-HORKAWICZ(96)
[…]. Pobyt w areszcie śledczym, to jakby przedsionek piekła. Tam należy się pożegnać z normalnym, ludzkim traktowaniem, poczuciem własnej godności i prawem do obrony. Kiedy pierwszy raz usłyszałam trzask zamykanych drzwi celi, odczułam co to strach – od obawy o przyszłość, po paniczne przerażenie. Będąc w celi, utraciłam ludzką podmiotowość, stałam się bezwolnym obiektem manipulacji władzy […]. Olszynka Grochowska – to doświadczenie całkiem nowe. Dowiedziałam się, jak smakuje pozbawienie człowieka wszelkich praw do prywatności. Przede wszystkim, należy liczyć się z tym, że w każdym momencie, można być podpatrywanym, podsłuchiwanym i kontrolowanym przez funkcjonariuszy. Tak było w celi, w gabinecie lekarskim, w czasie widzeń, w łaźni, wszędzie!.. Intymność nie istnieje. Najdotkliwiej to odczułam w sferze higieny osobistej. Mycie się w zasięgu wzroku obcego człowieka, wspólna łaźnia, gdzie do każdego prysznica tłoczy się kilka gołych bab. Publiczne urządzenia sanitarne, ratowane przygodną szmatą w charakterze zasłonki, no i wszechobecny brud. To wszystko powodowało, stan ciągłe-go zażenowania, a dosadniej – permanentnego wstydu. Ale głębokiego upokorzenia, poza zwykłym wstydem, doznałam w gabinecie lekarskim szpitala więziennego na Rakowieckiej, gdzie trzech funkcjonariuszy, obok lekarza, „konsultowało“ mój guz piersi […].(97)

TRANSPORT KOBIET DO GOŁDAPI.
/ok. 440 km od Łodzi. Ośrodek Wczasowy Zarządu Głównego ZZ Pracowników Prasy, Książki, Radia i Telewizji [600 metrów od granicy z ówczesnym ZSRR]. Był miejscem Internowania kobiet od 6.01.82 do 24.07.1982.  Formalnie Ośrodek Internowania utworzono 9.01.1982, a pierwszy transport (z ok.50) z kobietami trafił tu, już 6.01.1982 z ZK w Ostródzie. W sumie, były tam umieszczone 392 kobiety.. Przetrzymywano głównie działaczki „S” (najwięcej, bo ponad 110, także KOR, KPN i WZZ)/. Ostatnie 24 kobiety opuściły Ośrodek 24.07.1982, a wydarzenie to, filmowała TV NBC; – po minięciu szlabanu internowane rozwinęły ukryte flagi narodowe i transparent z napisem „Solidarność”. Kilka z nich  udzieliło NBC wywiadów.

Żadna z kobiet w transporcie do Goldapi, nie była informowana o miejscu docelowym. A podróż trwająca wiele godzin – w dodatku na wschód, którego kierunek wskazywało słońce – wywoływało huśtawkę nastrojów, jakiej doświadczyły, zwłaszcza że w „obiegu“ funkcjonowało przeświadczenie wywózek do Rosji. Mieli w tym swój udział funkcjonariusze, eskortujący internowanych, którzy w ten niewybredny sposób, traktowali „wrogi element“. – „Dali prowiant na dwie doby: bochenek starego chleba, kawałek słoniny i dwie cebule. Dokąd jedziemy? – pytałyśmy. – „Do Estonii“.(98)

Halina MIKOŁAJSKA.(99)
„Metalowa skrzynia bez okien. Pojazd widmowy, w którym wymioty zaczynają się mniej więcej po godzinie jazdy. Pudło z metalową ścianką, dzielącą je, na dwa przedziały, tak wąskie, że osoby siedzące naprzeciw siebie, nie mieszczą kolan, muszą się więc wzajemnie zaklinować. Twarde ławeczki, również wąziutkie. Siedzi się na czubku tyłka, na kości ogonowej, pojazd jest nieresorowany“.(100)

Małgorzata BARTYZEL (2).
– Kiedy i w jakich okolicznościach zostały panie powiadomione o kolejnych przenosinach. Tym razem do Gołdapi?  
– W połowie stycznia, bez uprzedzenia, ani wskazania miejsca. Jak już byliśmy blisko, to powtarzały się sceny z pierwszej nocy (13  grudnia 1981r) tj., zatrzymywania się na odludziu, scenki z bronią, a przed samą Gołdapią mówiono, że za chwilę będziemy przekraczać granicę z ZSRR. Agnieszka Romaszewska, jak tylko było miejsce ludne i znalazła jakąś szparę, to wyrzucała karteczki w nadziei, że może ktoś znajdzie i odczyta, którędy nas wiozą, bo gdzie, nie wiedziałyśmy.
– Czy to był przypadek, że została pani wybrana do rozmowy z ojcem Miecznikowskim?
– Nie. Ojciec Miecznikowski był już w Olszynce Grochowskiej u mnie, na rozmowie, a potem w Gołdapi, przyjechał do wszystkich. Zgodzili się na jedną, a mnie znał.
– Czy strażniczka powiadomiła panią wcześniej z kim będzie widzenie?
– Tak, wtedy tak. Nazbierałam garść grypsów.
– W jakim pomieszczeniu ta rozmowa się odbyła? Jaka to była pora dnia?
– W rozmównicy, chyba koło południa. Rozmowa odbyła się pod czujnym okiem strażniczki na siedząco, ale uściskaliśmy się serdecznie,  no i dowiedziałam się, gdzie jest mój mąż.
– Czy Ojciec pytał o inne internowane kobiety?
– Pytał o wszystkie, ale strażniczka sprowadziła rozmowę na mnie, potem już była jakby uśpiona. Pytał o
stan zdrowia. Listę kobiet internowanych dostał w grypsach i informacje o kobietach w ciąży, posiadające dzieci i chore.
– Z tego wynika, że była pani już wcześniej przygotowana na takie odwiedziny. Gdzie pani ukryła te grypsy? Nie była pani rewidowana?
– Przygotowane byłyśmy na każdy moment. Nie byłam rewidowana, ale byłam przygotowana, że tak może być. Miałam je w podwiniętym rękawie. To były ciasno zwinięte karteczki, zapisane bardzo drobniutkim maczkiem. Dziś bez okularów nie przeczytam. Podałam je ojcu w uścisku z rękawa do rękawa.
– Jak długo trwała ta rozmowa? I czy w jej trakcie, była modlitwa, spowiedź?
– Modlitwa tak, spowiedź nie. Ta rozmowa trwała mniej niż pół godziny, pod rygorem, że jeśli ją przedłużymy, to odbiorą mi widzenie z rodziną.
– W jaki sposób ojciec Miecznikowski zwracał się do Pani?
– Małgosiu, ciepło i serdecznie.
– Czy były przypadki porodu?
– Porodu nie. Poronienia tak, po ciąży, którą lekarz uznał za nieistniejącą. A skutkiem pobytu w Gołdapi, było moje poronienie.(101)
***
[…]. Internowane kobiety witała funkcjonariuszka, informując o zasadach obowiązujących w Ośrodku.
– „Zakazuje się otwieranie okien, w razie podjęcia próby otwarcia okien, żołnierze mają rozkaz strzelać…“. Początkowo okna i drzwi były pozbawione klamek. Okna, oraz wyjścia na balkony i tarasy, były pozabijane gwoźdźmi. Każde piętro było oddzielone zamykanymi na noc drzwiami…
Spacery, odbywały się jedynie na dwóch tarasach:- nad pomieszczeniem przeznaczonym na kawiarnię i stołówką. Nikt wcześniej nie zdawał sobie sprawy, jak twardy jest beton. Wynikało to stąd, że nie pozwolono nam chodzić „po ziemi“. Już na przełomie maja i czerwca zaczęła się rozwijać nieznana przypadłość. Spośród tych, które były internowane najdłużej, co i rusz któraś z kobiet lądowała w gipsie. Okazało się, że to reakcja stawów na długotrwałe przebywanie w zamknięciu i chodzeniem po betonie… Ziemia zdawała się tak miękka, iż miało się wrażenie zapadania w bagno po same uszy. Nawet na chodniku, chodziło się z ugiętymi nogami. Ten stan, utrzymywał się w moim wypadku, jeszcze przez miesiąc po wyjściu z Ośrodka […].(102).
[Pozbawiona pracy w latach 1982-1987. Otrzymała ją w Kaliszu 1987r].

Dr Maria DMOCHOWSKA (2).
…Funkcjonariusze „SB“ zjeżdżali z całej Polski, aby nakłonić kobiety do podpisywania „lojalek“. Rozmowy odbywały się w pokoju z tabliczką „POKOJÓWKA“. Podczas rozmowy, funkcjonariusze SB nadmie-niali matkom małych dzieci, że synek lub córka moczą się w nocy i z tęsknoty jąkają się, a starsze dzieci nie uczą się. Mężowie znajdują pocieszenie u innych kobiet, a studentkom – że nie wrócą już na studia. Sięgano po takie metody, jak sfałszowany telegram, który dostała jedna z internowanych kobiet, że mąż odchodzi od niej z dziećmi. Do szczególnie dramatycznej sytuacji doszło 12 lutego, gdy do Ośrodka dotarła informacja, że Halinie Galińskiej ze Szczecina, zmarł syn.
Udzielenie przepustki na pogrzeb, szczecińska SB uzależniła od podpisania przez nią „lojalki“. Odmówiła. Pozostałe internowane kobiety, podjęły głodówkę.(103). Jeśli któraś z internowanych kobiet była chora i nie miała swoich leków, to zwracałam się do dwóch lekarzy miejscowych, ze szpitala MSW, którzy do Godapi przyjeżdżali i bez problemu wypisywali leki, o które prosiłam. Byłam zawodowo wyżej od nich, specjalistą drugiego stopnia z doktoratem. Oni zawsze uwzględniali moje sugestie. A jeśli chciałam takie  pospolite leki, typu „Antygrypina“, czy coś podobnego, to zwracałam się do szefowej ambolatorium.
 To była ubeczka, oficer „SB“, ze Szpitala w Olsztynie – tak przynajmniej mówiono. I ona, też to realizowała.(104) W Gołdapi, były bardzo przykre represje psychiczne u niektórych kobiet, np. znana koleżanka Halina Galińska ze Szczecina, której syn popełnił samobójstwo, kazali jej podpisać „lojalkę“, przed wyjazdem na  pogrzeb. Odpowiedziała, że nie podpisze. To nie pozwolili jej wyjechać na pogrzeb. No, to myśmy zarządziły, że zrobimy głodówkę i protest. Natychmiast ją puścili. I myśmy się zebrały, żeby zebrać pieniądze, aby z Gołdapi mogła dojechać taksówką do Szczecina, dlatego, że to już było późno, przed pogrzebem. No i ona pojechała do tego Szczecina, dostała chyba tydzień przerwy w odbywaniu Internowania. Czy ona wróciła do Gołdapi, czy nie, to już tego nie pamiętam. I to była właściwie największa, najważniejsza represja, zresztą bardzo poważna, która się zdarzyła.
Poza tym przyjeżdżali nasi ubecy, którzy nas prowadzili. Do warszawianek i innych także. I oczywiście proponowali „lojalki“, czymś tam straszyli. Młodym dziewczynom mówili, że jak ona tu jest, to mąż lata gdzieś poza domem. Takie normalne ubeckie nękanie. Ale my byłyśmy na to bardzo odporne, pomagałyśmy koleżankom. Ja też miałam różne nękania psychiczne, dość poważne. Jak się zrobił „okrągły stół“, przestałam się udzielać charytatywnie, gdyż zajęłam się polityką. Kościół diecezjalny, nie pchał się w  Polsce specjalnie do pomocy, tylko zakonny. (105)    

Dr Elżbieta SEFEROWICZ(106)
25.VI.1982r., sporządziła raport o stanie zdrowia kobiet internowanych w Gołdapi, który został przemycony i dostarczony do Polskiego Episkopatu i Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Oprócz sentencji, że decyzję o leczeniu nie podejmowali lekarze, a funkcjonariusze resortu MSW, był spis kobiet z chorobami serca, nerek, nadciśnieniem, wrzodami żołądka i dwunastnicy, nerwicy i depresji [ został też uwzględniony przypadek kobiety z podejrzeniem guza mózgu i chorej z blokadą kamiczną nerki, ze wskazaniem operacyjnym], które winne być natychmiast zwolnione z internowania w celu leczenia w specjalistycznych jednostkach służby zdrowia.
W piśmie tym, wskazała na przebywanie w Ośrodku matek wychowujących dzieci do lat szesnastu. Tylko wśród 66 kobiet internowanych po 1.V.1982r, znajdowało się się 19. matek, wychowujących dzieci do lat 16, w tym 4. wychowujące samotnie dzieci.(107)
Na skutek tego raportu, przybyła delegacja Międzynarodowego Czerwonego Krzyża [wśród nich lekarze], która po zbadaniu sytuacji na miejscu, zostawiła zalecenia, potwierdzające fakty medyczne, opisane przez dr Elżbietę Seferowicz. Naczelnik Ośrodka, przesłał te zalecenia poszczególnym komendantom wojewódzkim MO, ze skutkiem zwolnienia tylko dwóch kobiet.(108).
Nie wiadomo, ile kobiet internowanych w Gołdapi współpracowało z SB, ale takie osoby były. Nawet swoją agentkę w osobie Wandy Folejewskiej „Ewa“, członkinię ZR Pojezierze NSZZ „Solidarność“, „internowano“ na trzy tygodnie do Ośrodka w Gołdapi, ale nie zdobyła zaufania i ją „odwołano“.(109) Miejsce uprzednio zaplanowanym do internowania kobiet, był Zakład Karny w Bydgoszczy – Fordonie, ale w końcu uznano, że względów propagandowych, należałoby wyznaczyć „łagodniejsze“ warunki.
Wybór padł na trzykondygnacyjny Ośrodek Wczasowy, Zarządu Głównego Związku Zawodowego Pracowników Prasy, Książki, Radia i Telewizji w Gołdapi, oddalony 3,5 km od Gołdapi i 600 metrów od granicy państwa. Wkomponowany  w kompleks leśny Puszczy Rominckiej z 75 pokojami trzyosobowymi, dla 225 osób. Ośrodek miał jedną wadę: – nie był ogrodzony, a teren wokół niego, nie był oświetlony. Oceniono, że do ochrony wewnętrznej wystarczy 17. funkcjonariuszy Służby Więziennej z OZZK w Olsztynie, a do zewnętrznej, zaprawieni w służbie wartowniczej żołnierze z Podlasko-Mazurskiej Brygady Wojsk Ochrony Pogranicza (WOP) z Białymstoku. W liczbie 34.(110) 
W styczniu 1982r., skierowano dodatkowo dwudziestu funkcjonariuszy, w tym: wiele pracownic tego resortu. 16 stycznia zmilitaryzowano ten Ośrodek, co oznaczało, że pracownicy cywilni, kucharki, palacze, magazynierzy itp., podlegali przepisom wojskowym.(111). Pierwszy transport Internowanych kobiet, dotarł 6 stycznia. Największą grupę stanowiły działaczki NSZZ „Solidarność“, ale także z KOR, KPN i WZZ. Najstarsza liczyła 63 lata, najmłodsza 19.(112).

Ojciec Miecznikowski tylko raz, został wpuszczony na teren Gołdapi i rozmawiał z Internowanymi  kobietami. Ale też skontaktował się z tamtejszym kapelanem i też mu pewne rzeczy przekazał.     Żołnierzom, a także kolejnym ich zmianom zapowiadano, że będą pilnować kryminalistek, Żydówek, terrorystek, prostytutek i złodziejek. Żołnierze byli zakwaterowani w namiotach. W nich jedli, spali i odpoczywali, a służbę odbywali na otwartej przestrzeni, co w połączeniu z dużymi mrozami stycznia 1982r, daje obraz bardzo ciężkich warunków ich służby. Trudno więc się dziwić, że z rozżaleniem patrzyli na warunki, w jakich przetrzymywano internowane kobiety. Początkowo nie mogli zrozumieć, dlaczego te “kryminalistki i prostytutki”, mają tak dobrze, szczególnie w porównaniu z nimi.[…]. Internowane nie pozostały im dłużne – rzucały żołnierzom kanapki, owoce, słodycze i papierosy.[…]. Te kontakty z żołnierzami nie uszły uwadze funkcjonariuszom SB, rezydującym w Ośrodku. Kapitan [Jan]Okrągły, informował dowództwo wojskowe o tej nagannej sytuacji. Np. 10 czerwca funkcjonariuszka SW [Służby Więziennej], znalazła w pokoju Anny Walentynowicz gryps: “Pani Walentynowicz, my o Pani sprawie pamiętamy – żołnierze”. […].
Internowane w Godapi, cały czas zdawały sobie sprawę z propagandowego celu umieszczenia ich w tym miejscu. Kamery telewizyjne rejestrowały warunki, w jakich były przetrzymywane, filmowano także bagaże zwalnianych z Ośrodka, aby pokazać, jak się “wzbogaciły” na zagranicznej pomocy dla internowanych.[…]. Materiały, na temat OO [Ośrodka odosobnienia] w Gołdapi, jakie emitowała telewizja, publikowała prasa. Miały pokazać polskiej i ogólnoświatowej opinii publicznej, oficjalny obraz warunków panujących w Ośrodku. Pokazywały “złotą klatkę”, w której zostały zamknięte “nieprzystosowane do życia w społeczeństwie degeneratki “ .
Klasycznym przykładem takiego materiału, jest tekst autorstwa literata i dziennikarza Dionizego Sidorskiego, opublikowany w “Gazecie Współczesnej”. Sidorski pojechał do Gołdapi, gdyż, jak sam stwierdził, „tyle niestworzonych rzeczy ludzie o tym wygadują, warto zobaczyć jak tam jest naprawdę”.[…]. Według niego, internowane przebywały w Gołdapi prawie że na własne życzenie […], “… nie kwapią się do wyjścia.[…]. Tu żyją w luksusie i […] w aureoli bohaterów narodowych”.
Dziennikarz opisał szczegółowo wyposażenie Ośrodka, które ocenił następująco: „Standard wyższy niż na przykład w orbisowskim hotelu <<Solec>> w Warszawie […], za blisko 600 zł za dobę”.
Spotkania Internowanych z duchownymi i odprawiane dla nich Msze św. przedstawił, jako seanse „nienawiści i śmierci”, aby potem Internowane, „udały się do swoich pokoi, by w poczuciu tryumfu pokosztować przywiezionych im przez księży zagranicznych darów”. Darów tych, według Sidorskiego, było tyle, że „wiele kobiet utyło”, a zwolnione internowane „opuszczają ośrodek z pełnymi walizami, które ledwo mogą donieść do szlabanu”.[…].(113)      

Z.K. w ŁOWICZU.
Paweł SPODENKIEWICZ
(2).
/Zakład Karny, ok.70 km od Łodzi. Jego początki sięgają roku 1974. Na leżących na obrzeżach miasta terenach kolejowych, zlokalizowano Ośrodek Zewnętrzny Aresztu Śledczego w Łodzi. Osadzeni w nim mężczyźni, mieli pracować na rzecz PKP. Mieszkając w kolejowych barakach, budowali więzienne mury. Zakład penitencjarny, usamodzielnił się w 1977 roku. Z zewnątrz, łowickie więzienie przypomina małą fortecę. Równomiernie rozmieszczone wieżyczki wartownicze, wysokie mury oraz na głucho zamknięta potężna brama. W PRL-u, była to ostatnia wielka inwestycja w Łowiczu i aby więzienie nie mieściło się na końcu ulicy Lenina – i nie miało negatywnych skojarzeń – przemianowano ją na ulicę Wiejską./

…W styczniu 1982r przetransportowano nas do Zakładu Karnego w Łowiczu.  Pawilony parterowe, cienkie ściany, betonowa podłoga, budynek z pustaków. Tam to dopiero było zimno.
Więźniowie kryminalni, którzy dostarczali np. obiady w kotłach, zagadywali Internowanych, próbowali nawiązać kontakt. Był pośród nich fryzjer. Mieliśmy cynk od innych więźniów, aby mieć na niego „oko“ – albo na naprawiającego kaloryfery. W celi, co kilka godzin zapalano światło kontrolnie. Przez „Judasza“, ktoś zaglądał. Powodowało to wybudzenie. I po następnych dwóch godzinach, kolejne światło w celi [„żarówa“ u sufitu]. Wszystko śmierdziało – mieszał się pot ze stęchlizną. Dostaliśmy szare koszule, sznurowane i drelichy. A proszek, w którym były prane, drażnił skórę. Więźniowie polityczni, mieli jeszcze kurtki – szarobeżowe z napisem „ZK“, na kołnierzach. Na te koszule, nakładaliśmy swetry i to, co kto miał. Po przywiezieniu nas do ZK w Łowiczu, major Przybysz [Kazimierz, Z-ca Naczelnika], przedstawił nam regulamin, jaki w tym więzieniu obowiązuje. Zapowiedział zasady i reżim, jaki będzie obowiązywał. Staliśmy pod ścianą na korytarzu, kiedy do nas przemawiał. Był nieprzyjemny. Powiedziałem wtedy:- „My jesteśmy więźniami politycznymi i nie będziecie nas w żadne drelichy więzienne ubierać“.
Od razu wzięli mnie w obroty. Zabrali do pustej celi, gdzie na siłę, ostrzygli – miałem długie włosy. Był potężny strażnik, nazywany „Piciwara“. Przybliżył swoją tłustą twarz do mojej mówiąc:- „Co ty tutaj… podskakujesz? Chcesz dostać w pysk!“.
Nie odzywałem się podczas tego strzyżenia, bo widziałem, że tylko na to czeka, aby mnie uderzyć. Miałem instynkt samozachowawczy. A potem wrzucili mnie do izolatki, na parę dni. Izolatka – to najwspanialsza rzecz. W celi zagęszczenie w towarzystwie 8-10 osób, a ta izolatka, była taką oazą „komfortu“. W ciszy i spokoju mogłem się położyć, Izolatka była nazywana “tygrysówką“. Była zwykłą, małą celą z pryczą, tylko że miała dodatkową siatkę na oknie i między drzwiami celi, a samą celą – kratę. Skojarzenie z klatką tygrysa, stąd prawdopodobna jej nazwa.
W ZK w Łowiczu było nas na początku 10-12 osób w celi, a potem był standard 8. osób [nr celi 215]. Kraty w oknach, budynek z prefabrykatów. W kołchoźniku nie było zapowiedzi o posiłkach, ale leciała  cały czas muzyka. Ktoś w radiowęźle przełączał na inne fale, jak mu nie odpowiadała muzyka. Np. był zapowiedziany koncert Milesa Davisa. Zarówno ja, jak i moi koledzy uradowani, że będziemy mogli wysłuchać koncertu, rozłożyliśmy się wygodnie na pryczach, ale gdy tylko odezwała się trąbka, niewidoczny „operator“, przełączył na inną stację. Przy najbliższej sposobności spytaliśmy o to „operatora“, dlaczego to zrobił. Usłyszeliśmy:- „Gdy leci taka muzyka, to więźniowie kryminalni walą stołkami w drzwi“.
Pobudka  o godz 7:00: – Wszyscy musieliśmy stać przy pryczach i jedna osoba miała  meldować:– „Stan celi ośmiu, obecnych ośmiu“. A potem Witek Sułkowski (poeta) wymyślił taką formułę, która upowszechniła się podczas meldunku:- „Jako chorzy“. Nie wszystkim chciało się tak wcześnie wstawać. A później tylko jedna osoba wstawała – a inni spali – i meldowała:- „Stan celi ośmiu. Siedmiu, jako chorzy“.
Opieka lekarska:- koszmarna. Lekarz przychodził co jakiś czas i trzeba było czekać na przyjęcie do tego lekarza. Tak było z dentystą, który przychodził raz w tygodniu. Rozbolał mnie ząb w środę po południu,  a lekarz był tego dnia rano i musiałem cały tydzień czekać. Dentysta konował. Kiedy poszedłem do niego, cały korytarz był wypełniony więźniami. Pomyślałem sobie, że do północy będę czekał na przyjęcie. A tu raz, dwa. Każdy więzień wychodzi lekko zakrwawiony. Wchodzę, przedstawiam swój problem, a dentysta mi mówi:- „Ja nie leczę zębów, ja wyrywam“.
Ubłagałem go, aby mi ten ząb wyleczył, ale go spartolił i później go straciłem. Wszedł do celi major Przybysz, a Zbigniew Sekulski siedział na stole. Major Przybysz:- „Gdy do Pana przychodzą goście, to też pan siedzi na stole?“. A Sekulski wziąwszy miskę więzienną, taką jak dla psa, odpowiedział: – „Gdy do pana przychodzą goście, to podaje im pan jedzenie w takiej misce?
Ta odpowiedź rozwścieczyła majora, zaraz go wzięto na bok. Samego pobicia nikt nie widział, wzięli go do innej celi. Dopiero po pobiciu i po izolatce, Sekulski trafił do naszej celi i rzępolił na gitarze. Grał cały czas jeden i ten sam utwór na okrągło. Śpiewał przy tym: – „Wybacz charakter pisma, maszynę mi też zabrali…Wybacz charakter pisma, maszynę mi też zabrali…“.
Zachowanie Strażników ewaluowało, stawali się coraz bardziej łagodni – pojednawczy, od tego incydentu z Sekulskim. Być może spowodował to ojciec Miecznikowski. Major Przybysz był kompletnie omotany przez tego zakonnika. Zwłaszcza od momentu, kiedy ojciec Miecznikowski pojechał do majora do szpitala, który uległ wypadkowi. Prowadził „Żuka“, jadąc po dostawę mięsa, którego nie dostarczono na czas do więzienia. Pojechał sam, co nie było mu wolno zrobić. Zderzył się z innym samochodem. Był w stanie ciężkim. To był człowiek, dla którego kontakt z osobą duchowną był bardzo ważny. Szacunek, respekt. Do służby więziennej trafiali mężczyźni z okolicznych wiosek. Był to rodzaj awansu społecznego. Wszyscy strażnicy w ZK Łowicz, byli rolnikami. Major Przybysz też pochodził ze wsi, stąd ta wiara. Myślę też, że na jego zmianę mogły wpłynąć i takie okoliczności, jak został wymieniony z nazwiska w Radiu Wolna Europa. Sąsiedzi się o nim dowiedzieli i życie dla niego było od tego momentu trudne. Nawet na zwyczajowe „Dzień dobry“, mało kto mu odpowiadał. Ojciec Miecznikowski odwiedzał go kilkakrotnie w szpitalu. Podarował mu Biblię i przynosił paczki z żywnością, owocami. Major Przybysz zaczął się powoli zmieniać. Ojciec potrafił trafić do ludzi.
Dostawałem „Oświadczenie“ do podpisania, czyli „lojalkę“, słysząc za każdym razem to samo uzasadnienie, wypowiedziane przez funkcjonariusza „SB“; “ Ma pan okazję wcześniej wyjść, ale jak podpisze pan takie zobowiązanie“. Od razu wychodziłem z pomieszczenia w ogóle się nie odzywając.
Była kwestia opieki nad synkiem. Do pewnego momentu, opiekowali się nim, moi rodzice. Ale oni byli poddawani naciskom bezpieki. Z całą pewnością i pod wpływem tych działań, kiedyś podczas „widzenia“ powiedzieli:- „…Muszę podpisać “deklarację lojalności”, bo oni nie są w stanie opiekować się moim synem“. Wynikało to z presji nachodzenia ich przez SB. Pojawił się poważny problem: – moralny. Powie-działem, że tego nie podpiszę. I obraziłem się na rodziców, że coś takiego mi zaproponowali. Nawet po wyjściu z więzienia, przez rok z nimi nie rozmawiałem. Potem zrozumiałem, że byli pod presją. Rozmowa ta, odbyła się w publicznej rozmównicy. Były i inne rodziny. O tym powiedział mi mój ojciec. To była jego inicjatywa. Kiedy odmówiłem, moja teściowa zajęła się wychowaniem Tomka. Ojciec Miecznikowski zorganizował wtedy pomoc w postaci bardzo przemiłej pani dr Ireny Łabiszewskiej, obecnie zatrudnionej w Bibliotece Uniwersyteckiej…
***
Kiedyś pani Spodenkiewicz poprosiła mnie, abym wpłynęła na ojca Miecznikowskiego, aby Paweł  podpisał jakiś dokument. Jej było bardzo trudno i chciała, aby mąż jak najszybciej wrócił do domu.  Oczywiście do tego nie doszło. Ojciec Miecznikowski dość gwałtownie zareagował:- „Absolutnie, nie mam zamiaru wywierać żadnego nacisku!”. Moja rozmowa z Ojcem odbyła się w Ośrodku, w „cztery oczy”.[…](114)
***                                                                         
…Kolejny raz spotkałem się z o.Miecznikowskim w celi więzienia. Podziękowałem mu za pomoc, jaką udzielił moim dzieciom [żona urodziła córkę w marcu]. Ojciec Miecznikowski odpowiedział:- „Ależ, nic wielkiego, że wam pomagamy. To wy, więcej zrobiliście, narażając się“. Były bardzo ciepłe stosunki pomiędzy Ojcem a Internowanymi. Jeżeli ktoś chciał coś przekazać, to podczas spowiedzi lub pod pozorem spowiedzi.
Wizyta „ Polskiego Czerwonego Krzyża“. Wspominam ją, jako bardzo nieprzyjemną. Były trzy kobiety. Wchodzi jedna i mówi:-„Oj, jak tu brudno. Czy wy w ogóle tutaj nic nie czyścicie?“. A kolega odpowie-dział:- „Nie czyścimy, bo nie brudzimy“.
Nie wyglądała na działaczkę charytatywną. To były pozory w dostarczaniu pomocy z ich strony, niby sprawdzały jakie są warunki, ale nic z tego potem nie wyniknęło. Ze „Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża“ – przywieźli środki czystości. Także maszynki do golenia „Gillette“, które się odchylały. Oprowadzał ich po celach Piotr Bikont. W dzień przed wizytą, zrobiono we wszystkich celach parawany przed sedesem.(115)

***
/Źródło: AIPN Ld Pf86/14 t2.karta: 92

___________________________________________

(38) Wojciech Hempel – Bezpłatny dodatek z okazji 40.Rocznicy Powstania Solidarności “DZIENNIK ŁÓDZKI 28/08/2020.
(39) „Stan wojenny w Polsce. Kalendarium wydarzeń 13.XII.1981-31.XII.1982.Warszawa 1999, s.7.
(40) Nieco inny wykaz ośrodków można znaleźć w publikacji „Dziennik interniowanego. Grudzień 1981-grudzień 1982, Gdańsk-Warszawa 1989, s.258-259 A.Drzycimski i A.Kinaszewski (ps.Jan Mur).
(41) Gabriel Meretik “Noc Generała”. str.21.
(42) Ibidem- G.M.str.32.
(43) Ibidem- G.M.str.37.
(44) proklamacja WRON „Trybuna Ludu” 13.XII 1981. str.1.
(45) A.Paczkowski. Wojna polsko-jaruzelska. Stan wojenny w Polsce 13.XII.1981-22.VII.1983. Warszawa 2007, s.101-103 i Stan wojenny w dokumentach władz PRL 1980-1983, opr. B.Konopka, G.Majchrzak, Warszawa 2001, s.65-66.
(46) Raport z działalności sztabu MSW w ramach operacji „Lato 80” w okresie od 16 sierpnia 1980 roku do 30 kwietnia 1982 roku .MSW nr 610, s,52-53 – AUOP.
(47) prof.Andrzej Paczkowski, Pół wieku Dziejów Polski, PWN, 2006, s.513-517.
(48) Ibidem:...MSW nr 610, s.64 – AUOP.
(49) Ibidem: ...MSW nr 610,załącznik nr 54 – AUOP.
(50) Prof.Andrzej Paczkowski, Pół wieku Dziejów Polski, PWN, 2006, s.513-517.
(51) L.Wałęsa, Droga nadziei.Wydawnictwo Znak.1989, s.246.
(52) AAJ KPRM, URM, Gabinet Wojciecha Jaruzelskiego, 1.4/8, mikrofisza.
(53) Ibidem: 1.4/8, mikrofisza./ „Newsweek“ 10.12.2012r.
(54) Raport pułkownika Iwańca, „Przegląd Tygodniowy”, 13 I 1995, nr 2/.
(55)Tomasz Kozłowski – historyk, pracownik BEP IPN, współautor (z Grzegorzem Majchrzakiem) książki „Kryptonim 333. Internowanie Lecha Wałęsy w raportach funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu“. (2012).
(56) Ibidem- G.M. str.188
(57) Ibidem: B.S. i D.W.
(58) Kopka, Majchrzak, Stan wojenny w dokumentach PRL, s.50./L.dz.AB-IX-002193/81.
(59) Ibidem: s.15./ A. Paczkowski, Od sfałszowanego zwycięstwa do prawdziwej klęski, Kraków 1999, s.90.
(60) Ibidem: s.16./ A. Mokrzyszewski, Społeczna ocena władzy i “Solidarności” [w:] Polacy '81. Postrzeganie kryzysu i konfliktu, pod red. W. Adamskiego, Warszawa 1996. Zob. dok. nr 5 i 6.
(61)„Biuletyn Łódzki“(nr 11-12). Włodzimierz Domagalski. str.19. Wydawnictwo Inicjał 3. 2006.
(62) Ibidem. Kopka, Majchrzak, Stan wojenny..., s.14.// Cyt. L. Kowalski, narodziny stanu wojennego “Arka” 1993, nr 48, s.176.
(63)“Głos Robotniczy”: z 17.XII.1981. Str.1.
(64)“Głos Robotniczy”: z 21.XII.1981r. Nr. 253 str.4.
(65) AIPN Łd,pf 86/21, t.12,k.27, 87.
(66) Od 1969-1970r. oficer w Łódzkiej Komendzie Straży Pożarnej, 1973-1981 komendant ochrony przeciwpożarowej w Fabryce Transformatorów i Aparatury Trakcyjnej „Elta” w Łodzi. Od połowy l. 60. związany z duszpasterstwem akademickim przy kościele oo.Jezuitów w Łodzi. 1968-1970 w konspiracyjnej organizacji niepodległościowej „Ruch”. Od 1977r., uczestnik ROPCiO. Współorganizator „S” w miejscu pracy [„ELTA”], członek Prezydium NSZZ "Solidarność" Regionu Ziemi Łódzkiej. Od V 1981 delegat na I. Walnym Zebraniu Delegatów Regionu Ziemia Łódzka. Od VI 1981 członek Prezydium Zarządu Regionalnego. We wrześniu i listopadzie 1981r delegat na I. Krajowy Zjazd Delegatów. Ukrywając się w stanie wojennym przewodniczył strukturze podziemnej: Tajny Tymczasowy Zarząd Regionu Ziemi Łódzkiej. Wyjście Janusza Kenica. z podziemia (by chronić go przed niejawnymi naciskami SB), ogłosił o.Miecznikowski publicznie, w grudniu roku 1982r. A po tym, jak nie mógł znaleźć pracy, nawet fizycznej (ostatecznie zatrudniono go przy budowie kościoła na Retkini), od 1983-1996 na emigracji w Szwecji. Po powrocie do Polski prywatny przedsiębiorca.
(67) Relacja w dn.26.II.2013r.
(68) Pracownica“Telekomunikacji” w Łodzi, w latach 1980-2000.
(69) Relacja w dn. 14.IV.2013r..
(70) Kopka, Majchrzak, Stan wojenny w dokumentach PRL, s.24.
(71) W stanie wojennym..., s. 8/5.
(72)W latach 77-80 współpracowała z Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela w Łodzi (odpowiedzialna za kontakty ze środowiskiem warszawskim (Andrzej Czuma, Leszek Moczulski) i lubelskim (o.Ludwik Wiśniewski). Przygotowywała do druku ulotki oraz pismo "Bratniak", kolportowała pisma ulotne KOR-u, ROPCiO, KPN. W latach 80-81 pracownik etatowy Biura Prasowego Zarządu NSZZ "S" Regionu Ziemi Łódzkiej. W latach '81-85 z inicjatywy ojca Stefana Miecznikowskiego organizowała - w ramach Ośrodka Pomocy Więzionym i Internowanym przy Duszpasterstwie Środowisk Twórczych (parafia ojców jezuitów) - pomoc represjonowanym w zakresie material-nym, prawnym, medycznym, a także organizowanie im odpoczynku. Tamże współorganizowała spotkania m.in. z ks.Józefem Tischnerem, Andrzejem Wajdą, Jerzym Turowiczem, Andrzejem Wielowiejskim. Od '81 inwigilowana. W styczniu '82, przesłuchiwana na Komendzie Wojewódzkiej MO (Lutomierska), w maju '83, zatrzymana na kilka godzin i zrewidowana./Noty biograficzne Łodzian/
(73) Relacja z 11.02.2014r.
(74) AIPN Ld_ pf _88/3 t.4 k.310. Stempel w nagłówku nieczytelny i także podpis mjr.mgr.Czesława Pędzieszczaka Naczelnika Wydziału V.
(75) Kopka, Majchrzak, Stan wojenny w dokumentach PRL, s.282.
(76)“Głos Robotniczy”, z dn.16.XII.1981r, str 5.
(77) Komunikat Prezesa NBP, „Trybuna Ludu”, 14 XII 1981.
(78) M.Fuszara, Prawne aspekty reglamentacji..., s.120; J.Kaliński, Z.Landau, Gospodarka Polski w XX wieku, Warszawa 1999, s.347.
(79) M.Fuszara, Patologia systemu reglamentacji [w:] Umowa o kartki, red. J. Kurczewski, Warszawa 2004,s.117 i 183.
(80) R.Terlecki, Wojenna codzienność..., s. 370; J. Muszyńska, A. Osiak, D. Wojtera, Obraz codzienności w prasie stanu wojennego..., s.131. Po zniesieniu reglamentacji, „Życie Warszawy”, 28 VI 1983; J. Muszyńska, A. Osiak, D. Wojtera, Obraz codzienności w prasie stanu wojennego..., s.132.
(81) O życiu codziennym w PRL z Antonim Dudkiem, Zdzisławem Zblewskim i Marcinem Zarembą rozmawia Barbara Polak, „Biuletyn IPN” 2003, nr 2, s. 24.
(82) H.Komorowska, Musisz wiedzieć..., s.122.
(83) M.Lipińska, „Trzeba mieć zdrowie, żeby się leczyć”, „Stolica”, 9 V 1982, nr 8; Sprzęt medyczny ważny jak leki, 8 VIII 1982, nr 21.,APW Otwock, UM Ząbki, 56, Protokół posiedzenia Miejskiego Sztabu Operacyjnego w Ząbkach w dniu 4 I 1982 r., k. 9.
(84) (ur.1955-zm.2016).Po filologii polskiej. W 1975 roku zbierała podpisy pod listem przeciwko zmianom w Konstytucji PRL. W 1978 roku współzakładała Ruch Młodej Polski. W 1980 roku podjęła pracę w Zarządzie Re-gionu NSZZ "Solidarność". Pracowała w redakcji "Solidarności Ziemi Łódzkiej", kierowała Łódzkim Oddziałem Biura Informacji Prasowej "Solidarności", w czasie w I Zjazdu "S" redagowała gazetę zjazdową. Internowana w okresie 13.12.1981 - 22.07.1982 w Gołdapi. Pozbawiona możliwości pracy w latach 1982-1987r. Od 1990 roku pracuje jako dziennikarka i wykłada na uczelniach wyższych. Jest członkiem Katolickiego Stowarzyszenia Dzienni-karzy, Związku Artystów Scen Polskich, w latach1998 -2002 była radną Rady Miejskiej Łodzi. W 2005r. została posłanką na Sejm RP, V. kadencji z listy PiS.
(85) To stanowisko pełnił w okresie 1971-1975, a następnie w latach 1981-1983 . Od 1983 do 1989 r. był szefem Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Łodzi: kierował bezpieką na całym terenie województwa łódzkiego [w “bezpiece” od 1945 r]. Zmarł w lipcu 2014r. W III RP nominowany na generała brygady. Hołd zmarłemu oddał wówczas pełniący funkcję Komendanta Wojewódzkiego Policji w Łodzi, insp.Dariusz Banachowicz oraz generał Tadeusz Ławniczak. Pięć dni po pogrzebie Moczkowskiego, oddający mu hołd Dariusz Banachowicz, został przez prezydenta Bronisława Komorowskiego mianowany na stopień generalski - nadinspektora policji.// wg Niezalezna pl.10.09.2014, 08:52.
(86) Technik energetyk. Współpraca z KOR-em, za pośrednictwem Józefa Śreniowskiego (głównie kolportaż „Robotnika”), uczestnictwo w Ruchu Wolnych Demokratów (1978-1980) i ROPCiO (1977-1980). Sygnatariusz Karty Praw Robotniczych z Pabianic (jedyny z tego miasta) w 1979 r., członek NSZZ „Solidarność” (od 1980), członek Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania w Łodzi (1981), członek „Solidarności Walczącej” (1988-1989). Internowany 13.12.1981 do 13.12.1982 i przetrzymywany w ZK Sieradzu, ZK Łowiczu i ZK Kwidzynie, gdzie został pobity, podczas próby udzielenia pomocy nieprzytomnemu koledze. Po zwolnieniu z internowania przewodniczył lokalnej (Pabianickiej) Tajnej Komisji „S”.
(87) Relacja z dn.19.IV.2013r.
(88) Relacja Pawła Spodenkiewicza z 05.10.2012r
(89) Ibidem.
(90) Inżynier i nauczyciel. Działacz opozycji w PRL.W marcu 1968, uczestnik wieców studenckich oraz strajku na uczelni. Od 1969 działacz podziemnej organizacji „Ruch”. Uczestniczył w przygotowaniach do podpalenia Muzeum Lenina w Poroninie. W czerwcu 1970r, zatrzymany i tymczasowo aresztowany. 8 sierpnia 1971 skazany wyrokiem Sądu Powiatowego dla Łodzi-Śródmieścia, na karę trzech i pół roku pozbawienia wolności. Od września 1980 członek NSZZ „Solidarność”. Był delegatem na I. Walnym Zgromadzeniu Delegatów Regionu Ziemia Łódzka. W Kościele o.o.Jezuitów. Współautor listu pracowników Muzeum do Sejmu PRL z żądaniem uwolnienia łódzkich przywódców Związku. W latach 1992-1995 delegat na Walne Zgromadzenie Delegatów Regionu Ziemia Łódzka i Krajowego Zjazdu Delegatów, członek Komisji Programowych. Członek Stowarzyszenia Naukowego Archeologów Polskich oraz Towarzystwa Polsko-Japońskiego Oddziału w Łodzi. 2002-2007, wiceprezes Zarządu Federacji Rodzin Katyńskich /Relacja z dn.18.IV.2013r/.
(91) Archeolog. Od 1969 pracownik Muzeum Archeologicznego i Etnograficznego w Łodzi. W III 1968 uczestnik jednodniowego strajku okupacyjnego na Wydziale Filozoficzno-Historycznym U.Ł. Od 1970 współorganizator corocznej
naukowej Sesji Sprawozdawczej Łódzkiego Ośrodka Archeologicznego. Od 1976 współpracownik KOR, KSS KOR. Od IX
1980 w „S”, członek Komitetu Założycielskiego, następnie Komitetu Zakładowego. Po 13 XII 1981 współorganizator
Mszy św. za Ojczyznę, niezależnych wystaw o tematyce historycznej w Kaplicy św. Krzysztofa przy Kościele o.o.Jezuitów. Współautor listu pracowników Muzeum do Sejmu PRL z żądaniem uwolnienia łódzkich przywódców Związku. W latach 1992-1995 delegat na Walne Zgromadzenie Delegatów Regionu Ziemia Łódzka i Krajowego Zjazdu Delegatów, członek
Komisji Programowych. Członek Stowarzyszenia Naukowego Archeologów Polskich oraz Towarzystwa Polsko-Japońskiego Oddziału w Łodzi. 2002-2007, wiceprezes Zarządu Federacji Rodzin Katyńskich /Relacja z dn.18.IV.2013r/.
(92) Socjolog. Współpracownik KOR, członek NZS. Brał udział w akcji ulotkowej po zamordowaniu Stanisława Pyjasa i wiecu solidarnościowego na schodach Kościoła św. Teresy w Łodzi. Wraz z Jackiem Bartyzelem i Piotrem Amsterdamskim pracował nad projektem deklaracji łódzkiego SKS. W 1978 roku brał udział w akcji ulotkowej, informującej o akcjach przemocy milicji w Łodzi. Uczestnik strajku okupacyjnego studentów w Łodzi (21.01.1981- 18.02.1981, w trakcie którego był członkiem SKJ (Studencki Komitet Jedności) z ramienia UŁ. Nękany pozbawianiem mieszkania, ciężko pobity przez nieznanych sprawców w 1978 roku. Internowany w Łęczycy i Łowiczu (od 13.XII.1981 do 12.10.1982r). Po wyborach 1989 roku dziennikarz i autor książek o tematyce historyczno-dziennikarskiej. Od 2007r., do 2018r, pracownik „IPN“ w O/Łodzi./
(93) „Dziennik stanu wojennego“- Krzysztof Bińkowski. Opr. Robert Spałek.
(94) Lekarz.W 1980 r. współorganizowała "Solidarność" w łódzkich szpitalach. Została członkiem Międzyzakładowego
Komitetu Założycielskiego, następnie Zarządu Regionu i delegatem na I Zjazd "Solidarności". Pełniła funkcję przewodniczącej Sekcji Służby Zdrowia; opracowywała i pisała programy działania służby zdrowia. Jako jedyna z Łodzi uczestniczyła w "strajku w Sali Herbowej" w Gdańsku w listopadzie 1980 r. Była twórcą "Raportu o stanie zdrowia włókniarek". W stanie wojennym internowana 13 grudnia 1981 r. Przebywała w ośrodkach odosobnienia w Łodzi, Łęczycy, Olszynce Grochowskiej i Gołdapi do maja 1982 r. Po wyjściu z internowania, współpracowała z ośrodkiem ojca Miecznikowskiego, przy Kościele oo.Jezuitów oraz z Jerzym Dłużniewskim i Ryszardem Kostrzewą. Leczyła byłych internowanych i aresztowanych, pisząc o stanie ich zdrowia raport dla Episkopatu Polski, w latach 2006–2012. Wiceprezes Instytutu Pamięci Narodowej, posłanka na Sejm X., oraz I. i II. kadencji. Członkini Prezydium Zarządu i Rzecznik Prasowy Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej.
(95) „Dekret na czarownice, czyli historia prawdziwa prozą i wierszem* o łódzkich ekstremistkach“, które nie poddały się WRON-ie. Maria Dmochowska.Wspomnienia, str.13-14 i 16.
(96) Po filologii polskiej. Absolwentka KULu. W stanie wojennym internowana w ZK.Sieradz, ZK.Olszynce Grochowskiej
(od 13.12.1981r do 18.01.82r). Po internowaniu, przygotowała materiał do "Raportu o Łodzi", pt."Próba diagnozy świadomości społecznej i kondycji środowiska Łódzkiej PWSSP" - Łódź, 1987r.
(97) Ibidem. Wspomnienia,str.30-31.
(98) “Wspomienia...”.Anna Marczyk. Nauczycielka WF. Internowana w Gołdapi od 15.XII.1981r do 29.IV.1982r.
(99) Aktorka i reżyserka. W latach 1953−1962 wykładała w Warszawskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej. Od
1976 była członkinią Komitetu Obrony Robotników (KOR), a następnie Komitetu Samoobrony Społecznej „KOR”.
Wielokrotnie nękana przez Służbę Bezpieczeństwa, znalazła się wśród artystów, którzy nie mogli występować w Radio i w
Telewizji, a później także i w Teatrze. W okresie stanu wojennego internowana, przebywała w Jaworzu, Gołdapi i
Darłówku.
(100) Ibidem. W stanie wojennym...s.131.
(101) Ibidem.
(102) M.Bartyzel. Pierwsze śniegi – czas próby. str.45 i 47.
(103) AO, IV-55N z dn.12-20.II.1982r.
(104) Relacja z dn.15.02.2014r.
(105) Ibidem.
(106) Lekarz. Od 1972 do 1980, należała do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR). We wrześniu 1980, wstąpiła
do NSZZ „Solidarność“. Zasiadała w Prezydium Sekcji Krajowej Służby Zdrowia. W stanie wojennym, internowana w
Gołdapi (od 13.12.1981 do 14.07.1982r.). W okresie 1989–1993, wchodziła w skład Krajowego i Regionalnego
Sekretariatu Ochrony Zdrowia „S”. Pełniła funkcję posła, na Sejm X. kadencji z ramienia Komitetu Obywatelskiego i
I. kadencji z listy NSZZ „Solidarność“, okręgu katowickiego, gdzie przewodniczyła Komisji Zdrowia.
(107) AIPN Bi.53/94 k.22 i 22 .
(108) AIPN Bi,53/32. s.65/.
(109) Rocznik Augustowsko-Suwalski. t.VIII. Suwałki 2008.
(110) AIPN Bi,359/9.k.8-11/.
(111) AIPN Bi.359/16.k.103].
(112) AIPN Bi.359/6/ APS,WKO 1/15/
(113) Ośrodek Odosobnienia dla Internowanych Kobiet w Gołdapi (6I-24 VII 1982r., str.33-34, 38-39).
(114) Relacja z dn. 01.02.2013r.
(115) Relacja z dn. 05.10.2012r.
(116) Ibidem.
(117) Ibidem. M.N...2013r
(118) Relacja z dn.18.11.2014r.
(119) Relacja z dn.13.IV.2013r
(120)„Pożółkłe ślady nikczemności“,„Dziennik Łódzki, 18 grudnia 2004r. Mariusz Gross, Paweł Spodenkiewicz.
(121) Gabriel Meretik “Noc Generała”, str.97.
(122) Ibidem.B.G.-G...2014r.
(123) Ibidem.K. B.(2)

















Rozdział III.2

STAN WOJENNY W POLSCE
(od 13 grudnia 1981 do 22 lipca 1983)

Marek CHWALEWSKI (3).
 …Była tam dość duża cela. Siedziało nas 6. lub ośmiu w  jednej celi. Pierwszy dzień. Jeszcze żeśmy się ze swoich manatków nie rozpakowali, kiedy otwierają się drzwi celi i słyszę:
– Chwalewski, do wyjścia!
Wystawiłem głowę za drzwi, patrzę, a na korytarzu stoi ta banda z pałami i psami u nogi. I mój dobry znajomy, major Przybysz z więzienia z ul. Stokowskiej w Łodzi.
–  A niby dlaczego mam wychodzić? O co chodzi?
Major Przybysz:-  To się dowiesz, ja ci powiem. 
Koledzy z celi:– Nie wychodź, bo cię spałują i my nie będziemy mogli ciebie obronić. Nie wychodź.
A ja mówię:– Ależ oczywiście niech tutaj wejdą, to bunt będzie w całym więzieniu, takiego szumu narobimy. A do majora Przybysza:-  Niech pan się odczepi.
Major Przybysz pogadał szeptem z którymś z funkcjonariuszy. Funkcjonariusze odeszli razem z pieskami.
– Jestem sam – oznajmił major – Czy teraz wyjdziesz?
Niech pan wejdzie do celi to pogadamy, ja nie mam nic do ukrycia.
– Chciałem w cztery oczy.
Koledzy w celi: – Nie wychodź, bo się zaczaili  i oberwiesz.
Major: – Taki bohater ze Stokowskiej, a tu się boi?
– Wcale się nie boję – I wyszedłem z celi.
Major: – Poznajesz mnie?
– Tak, poznaję. I co pan ode mnie chce?
Major:- Ja chcę jednego. Chcę mieć tutaj spokój. Daj mi słowo… Znam cię, bo jak dasz słowo, to dotrzymasz, że nie będziesz prowokował, że nie będę miał przez ciebie kłopotów.
Chwilę się zastanowiłem.
– Dobrze – odpowiedziałem – Ale ja mam też ważny punkt. Widzi pan ten znaczek „Solidarności“ w klapie?
Major:- No tak… Masz zdjąć to, natychmiast!
– Ano właśnie. Jeśli pan chce, abym się tutaj zachowywał, jak pan to mówi, przyzwoicie. Bo nie wiem, jak ma wyglądać przyzwoite zachowanie w więzieniu, to ja chcę nosić ten znaczek w klapie, przez cały okres internowania, żeby nie miał prawa mi go nikt zdjąć, czy zerwać.
Major: – Dobra, kur… Dobrze.
Dotrzymał słowa. Ten znaczek miałem później także i w więzieniu w Hrubieszowie. Przeszedłem tam „ścieżkę zdrowia“, byłem pobity, a tego znaczka udawali, że nie widzą. 
Z o.Miecznikowskim spotkałem się dopiero w Łowiczu. Wszystkie wizyty Ojca, wszystkie Mszy św, spotkania w celach, po przyjacielsku. Prawie na wszystkich byłem. Starałem się być z o.Miecznikowskim.  Z okazji jakiś uroczystości kościelnych, czy państwowych przyjechał ks.Biskup Józef Rozwadowski [metropolita łódzki]. Ten czarny krzyż, który wisi nad moim komputerem, jest zrobiony z długiej szczotki do zamiatania śmieci po celi. Jest wycięta odpowiednia długość, ramię i jest złożony. Umalowany rozpuszczoną steryną ze świeczek, dobrze wymieszaną z sadzami. To wszystko było podgrzane i na gorąco malowane. Z tyłu, ma przyklejoną etykietkę, kiedy to było, z jakiej okazji, jak się nazywał Biskup. I ks.Biskup, ten krzyż poświęcił. Krzyż ten leżał na honorowym miejscu na ołtarzu. Byłem na tej Mszy św., i byłem w  pierwszym szeregu. Msza święta była na korytarzu. Ołtarz był zrobiony ze zwykłych mebli więziennych. Na ołtarzu były prześcieradła. Głównie zajął mnie podczas tej Mszy św. ten krzyż, bo to z naszej celi.
Byłem z o.Miecznikowskim, bo on miał swoją ferajnę przyjaciół, tak bym to powiedział, którzy lgnęli do niego. To był człowiek… Nie chciałbym używać słów górnolotnych, bo nigdy tego nie robię, nie lubię, ale według mnie, był to człowiek święty. Pewnego razu przyszedł do naszej celi rozpromieniony, zadowolony, jakby już komunistów diabli wzięli.  Więc pytam: – Co się stało?
Ojciec Miecznikowski: –  Panowie, mam załatwione, że zostanę internowany i razem z wami będę tutaj.
Razem będziemy tutaj. Czekam tylko na decyzję władz, kiedy do was przyłączę.
To powinni potwierdzić ci, którzy ze mną byli. Ojciec przywoził paczki, bardzo nam pomagał. Nie tylko paczki żywnościowe, ale i lekarstwa. Ale dla mnie, przynajmniej dla mnie, liczył się człowiek.
Ja do niego mówiłem: – Ojcze…proszę Ojca.
A on do mnie: – Mareczku… Jak tam? Uśmiechnij się?
Odpowiadałem: – Nie mam się z czego cieszyć, niech Ojciec gazetę przeczyta.(116)                                                                                      

Marek NIESIOŁOWSKI (2).
…To była choroba żołądka. Miałem ataki. Lekarz w ZK Łowicz, był bardzo porządnym człowiekiem, przychodził z tamtejszego Szpitala. Przepisywał jakieś leki, ale to nie pomagało i lekarz powiedział, że należy mnie zabrać do Szpitala. I przewieziono mnie tam. Władze więzienne, nie chciały wyrazić na to zgody. W końcu lekarz, zwrócił się z pismem do Naczelnika Więzienia, żeby to pismo podpisał, że on nie poniesie odpowiedzialności, jeżeli zostanę w takim stanie w więzieniu. Względy medyczne, powodują taką konieczność. Oni łaskawie się zgodzili. I przez tydzień, albo dwa – już dobrze nie pamiętam – pilnował mnie Strażnik więzienny, który siedział na korytarzu, przy otwartych drzwiach.
Leżałem na sali z innymi chorymi, w sali 6-8 osobowej. W końcu lekarze, zaczęli protestować u Naczelnika więzienia, że nie mogą pacjentów leczyć, bo obecność Strażnika, stresuje ludzi. Ordynator dr Kaczorowski [Jan], bardzo przyzwoity lekarz – już nie żyje – w końcu narobił rabanu i tego Strażnika zlikwidowali. I po dwóch tygodniach przestali mnie pilnować. Co chwilę kogoś przywozili z więzienia do Szpitala i odwozili. Jeśli dobrze pamiętam, był na chirurgii jeszcze Włodek Gromiec, a na Internie:-Tomek Mysłek, Jacek Bartyzel, Józef Śreniowski i inni.

Wtedy to się już rozluźniło, był koniec czerwca, czy już lipiec 1982r. Mogliśmy chodzić swobodnie po terenie Szpitala, a nawet do miasta, przez dziurę w płocie. Totalny luz. Józek Śreniowski uciekł z tego Szpitala. I potem gdzieś się ukrywał. Jak on uciekł, to władza prawdopodobnie doszła do takiego wniosku – aby się nie powtarzały takie przypadki – by umieszczać chorych z Zakładów Karnych, na oddziałach psychiatrycznych. A my prawdopodobnie, byliśmy królikami doświadczalnymi, w rodzaju: – jak społeczeństwo zareaguje, na umieszczenie Internowanych z więzień, w psychiatrycznym Szpitalu, aby następnych tam umieszczać. I to wydaje mi się prawdopodobna wersja. Szum się zrobił wielki. Pielęgniarki powiedziały, że wywożą wszystkich Internowanych z Interny, niewiadomo gdzie. A za chwilę i nam z Chirurgii kazali się ubierać. Kazali wszystkie rzeczy swoje zabrać i wsadzili mnie do „Nyski“, wraz z Tomkiem Mysłkiem, Gromcem i Bartyzelem. Wydaje mi się, że był to samochód bez żadnych napisów w rodzaju „MO“, aby to odbyło się po cichu. Przywieźli nas do Szpitala Wojewódzkiego w Zgierzu. Kiedy weszliśmy na ten Oddział, to już lekarze tego Szpitala stali przy oknach, patrząc na nas. Całe półpiętro w jednym ze skrzydeł na drugim piętrze, został opróżniony przez chorych, aby zrobić dla nas miejsce. Prawdopodobnie przesunęli tych chorych do innych sal, albo wywieźli do innego Szpitala. Jest tam hol i wejście do trzech korytarzy. Całą noc i dzień funkcjonariusze „SB“, pilnowali nas w tym holu. W dzień minimum było dwóch funkcjonariuszy, a w nocy aż czterech. „Urzędowali“ głównie w holu, tam też spali. Funkcjonariusze tylko krótkofalówką przekazywali co jakiś czas meldunki. Niekiedy, wychodząc do łazienki, widzieliśmy, że leżały pistolety na stole. Widocznie uwierały ich, kiedy spali w fotelach. Można było taki pistolet im zabrać. Lekarze praktycznie nie interesowali się nami, przepisując te same leki, które dostawaliśmy w Szpitalu w Łowiczu. Żadnych leków psychotropowych nie ordynowali. Badali ciśnienie i nic więcej. Strasznie się zdziwiłem, kiedy zobaczyłem, że do nas przyjechał ks.Kanclerz Andrzej Dąbrowski i dr Lidka Grabowska [z Komitetu Prymasowskiego] z córką. Kompletne zaskoczenie, że już wiedzieli, gdzie jesteśmy. Byliśmy w tym Szpitalu do 15 lipca 1982r. Tego dnia przyszli i powiedzieli:- Pakujcie się. Nigdy nie mówili, gdzie jedziemy. Wsadzili nas do „Nyski“. Po drodze, gdzieś w lesie, zatrzymali się, otworzyli drzwi i usłyszeliśmy:- Wychodzić!…
Spytaliśmy: – Po co? Padła odpowiedź:- Za potrzebą. Nie wiedzieliśmy, czy to prawda, czy coś z nami nie zrobią w stylu Katyńskim. Zawieźli nas do ZK Kwidzyń.(117)

SZPITAL POWIATOWY W ŁOWICZU.
Dr Ewa ZBUDNIEWEK
.(118)
Z o. Miecznikowskim niewiele miałam wspólnego bo… podczas moich studiów na „Lumumbowie“ w Łodzi – wtedy jeszcze myśmy mówili „Bystrzycka“ – trochę miałam do czynienia z Duszpasterstwem u Św.Teresy, u Salezjanów. Ale jak zaczęli zamiast zabieraniu głosu, rozdawać cukierki, to się wycofałam. Nie odpowiadało mi to. U Jezuitów owszem, bywałam, na prelekcjach bpa Bejze [Bohdana]. Chodziło o filozofię. Myśmy mieli wtedy na studiach filozofię marksistowską i bardzo mi to, równolegle pasowało. Ojca Miecznikowskiego po raz pierwszy widziałam, jak wypuszczono z więzienia chłopaków z ROPCiA. Byłam u Krystyny de Corde w domu – koleżanki ze studiów i wyciągnęła mnie na jakieś spotkanie w Duszpasterstwie Akademickim przy Kościele oo.Jezuitów. Widziałam o.Miecznikowskiego z daleka i tyle.
No i zdarzył się nam stan wojenny. Miałam wtedy dyżur na oddziale chirurgicznym w Szpitalu łowickim. Chirurgiczny dyżur, wyjątkowo spokojny, a taki zdarzał się rzadko. Oddział był ogromny, 80 łóżkowy. Ostry dyżur na okrągło i jeden lekarz dyżurujący. Myśmy jako lekarze, mieli dyżury pod telefonem. Jak już było koniecznie trzeba, to się ściągało kolegów. Szczególnie po wypadkach masowych. Zdarzało mi się ściągać cały zespół kolegów, bo w pojedynkę nie da się rady. A więc siedziałam i pisałam dokumentację, bo to kiedyś trzeba było zrobić… Więc, to się w nocy robiło i podglądałam jednym okiem Kongres Kultury Polskiej, który wtedy odbywał się w Warszawie. W naszym gabinecie był bardzo dobry telewizor. Dostaliśmy go, w podziękowaniu od Łowickich Zakładów Przemysłu Pończoszniczego „Syntex”, za skuteczne uratowanie ich pracowników, po wypadkach, które tam się zdarzały. I w pewnym momencie, wyłączyła się wizja, wyłączyła się fonia. Czarny ekran, klops, telewizor nawalił. Zmartwiłam się, bo rano przyjdą do pracy koledzy i usłyszę: – Manipulowałaś przy nim. Ok.6:00, kiedy go ponownie włączyłam przekonałam się, że telewizor nie nawalił. O godzinie 7:00, była w Szpitalu, Msza św. Jeżeli było to możliwe, to bardzo lubiłam być w niedzielę na tej Mszy, bo już nie musiałam iść osobno. Ksiądz zdruzgotany, mówił o jakimś stanie wojennym, ale myśmy nic o czymś takim nie słyszeli. Przyszłam do domu, a właśnie doktor Krystyna de Corde, miała do mnie tej niedzieli przyjechać. Krystyna w ogóle nie wiedziała, że jest stan wojenny. Rano wstała, nie włączyła radia, nie włączyła nic. Zbierała się, żeby na pociąg zdążyć i u nas – żyła wtedy moja mama – dopiero dowiedziała się, że jest stan wojenny. Mówię do niej słuchaj:- Będą bardziej twoi, niż moi znajomi internowani. A ona odpowiada:– Ale oni są przecież tylko w Związkach Zawodowych. Wtedy powiedziałam:- Zobaczysz, co się stanie. No i rzeczywiście.
Początek stycznia 1982r. Łowicz jest malutkim miastem. Tu  się ludzie znają. Przychodzi informacja, że opróżniają jeden pawilon w więzieniu dla Internowanych. I kiedy z Łodzi przewożono internowanych, to mówił mi później Marek Niesiołowski, że jak przez dziurę zobaczył Łowicz-Przedmieście, to powiedział do kolegów w „budzie“:- Jest w Łowiczu dr Ewa, ona do nas dotrze. No i po kilku dniach, to nie było nawet tydzień, jak przyszedł dr Piotr [nazwisko zastrzeżone] nasz kolega, lekarz wojskowy po WAM-ie, który u nas robił specjalizację z chirurgii. On był do południa na Oddziale, a po południu w jednostce. Młody chłopak, wtedy miał stopień porucznika i powiada, że został wyznaczony jako lekarz dla Internowa-nych. Mówię do niego:- Piotrusiu, świetnie. To jak będziesz w więzieniu u tych internowanych sprawdź, czy jest wśród nich Marek Niesiołowski, Benedykt Czuma, albo Stefan Niesiołowski. I masz ich ściągnąć do siebie na badanie, choćby się zapierali, pozdrowić ode mnie i od dr Krystyny i zapytać, czego im potrzeba.
Byłam już wtedy z drugim stopniem specjalizacji – chirurgiem całą gębą. A to było młode dziecko, które jak sądzę, całą rzecz traktowało na zasadzie zabawy w złodziei i policjantów. Takie odniosłam wrażenie, że jemu się to podoba. Taka gra. Piotrek przychodzi następnego dnia do pracy i mówi, że dopadł pana Niesiołowskiego, który się bardzo zapierał i do Izby Chorych nie chciał przyjść. Ale jak przy badaniu usły-szał pozdrowienia i pytanie, to się rozpromienił i powiedział, że chcą herbaty. Nie było wtedy też o herbatę najłatwiej, ale się zorganizowało, bo myśmy zsypali kilka paczek i Piotrek zaniósł ją następnego dnia w woreczku do więzienia. Marek Niesiołowski przyszedł na kontrolę i pod paskiem spodni, wyniósł woreczek herbaty. Tak to wyglądało. Czyli pierwsza prośba była zrealizowana. A potem było ich wiele. I tak się zaczął kontakt. Po krótkim dość czasie, nie umiem powiedzieć ile tygodni to trwało, ale kontakt był idealny.
Z dr Krystyną De Corde, spotykaliśmy się u niej w domu, przy okazji imienin i nie imienin. I tam, wiele osób poznałam, w tym; kilku późniejszych Internowanych. Przyjeżdża Krystyna, bo ojciec Miecznikowski jej powiedział:- Będę się modlił, a ty jedź. Więc bez przepustki, bez niczego, przyjechała. Mogło być miesiąc od stanu wojennego, może półtora. To nie było proste wtedy, bo Krystyna, słusznie podejrzewała i przekazała Ojcu, że ja mam ten sposób bycia i takie możliwości, że mogę już coś konkretnego wiedzieć o Internowanych. A to już było po tej sytuacji, kiedy „Wolna Europa“ krzyczała, że Benedykt Czuma ma zapalenie opon, a on miał podrażnione zatoki po prostu i smarkał. Więc Krystyna przyjechała. A ja, już wcześniej wywiozłam z domu, na zaprzyjaźnioną Plebanię na wsi, wszystko to, co dotyczyło „Solidarności“. Miałam czysty dom. Był to taki czas. Wszystko się przechowało. No i przekazałam Krysi, pewne informacje. Cały czas był kontakt przez Służbę Zdrowia, był kontakt z Łodzią i był kontakt z Warszawą, czego nawet jak sądzę wiele osób w ogóle nie wiedziało. Pracowałam również wtedy w Poradni Kolejowej. I okulistka zatrudniona tamże, dojeżdżała trzy razy w tygodniu z Warszawy. I było dosłownie w ten sposób: – Wika, pójdziesz do Kościoła Św.Marcina. Idź tam prosto z pociągu i przekażesz to, to i to. A po powrocie do Łowicza, Wika przekazywała:- Słuchaj, jest takie i takie pytanie. Dobrze? Tak, to trwało.
Już było wiosennie, kiedy któryś ze znajomych lekarzy powiedział, że jakiś ksiądz, został wyznaczony na kapelana w łowickim więzieniu. Nie od razu to się stało, a był nim ks.Kazimierz Wójciak z zakonu Pijarów. On był później w Krakowie, a następnie w Warszawie i w Lidzie na Białorusi. Pijarzy są w Łowiczu przecież. Też niespokojny duch. Miał wtedy chyba ze 30 lat. Dostaję informację, że ksiądz Kazimierz, chce się ze mną spotkać. Po Mszy św. idę do Zakrystii i mówię:- I co? Ksiądz nie może się sam opowiedzieć, tylko przez posły?
Mieliśmy jeszcze jeden kontakt z Internowanymi. Był taki bardzo sympatyczny Internowany, leśnik. Miał na sobie wysokie buty z cholewami i ks.Kazikowi przy spowiedzi, albo zaraz po niej bąknął, że baterie do radia się im wyczerpały i nie mają. No to, Kazek do mnie:- Baterie! To ja Kazkowi baterie. Leśnik przyszedł do spowiedzi i tak długo się spowiadał zanim wszystkie baterie ksiądz nie wsunął mu za cholewy butów. Ta spowiedź była w więzieniu. Jeszcze zimą, jeden z Internowanych dostał wieńcówki. Pamiętam, że zrobiłam wtedy piekło na cały Szpital, bo nie zawieźli go do EKG windą, tylko prowadzili biedaka po schodach, w kajdankach. Ja się wydarłam:- Co wy sobie wyobrażacie? Chcecie, żeby wam odkitował na schodach, jak ma zawał?! Po pierwsze, ma utrudnione oddychanie, bo ma kajdanki, a po drugie:- po cholere jest winda?!
Głupio się im zrobiło. I tak kolejno na oddziały naszego Szpitala zaczęli trafiać Internowani. Początkowo było tak; – ilu Internowanych, tylu Strażników. Siedzieli na korytarzu w dzień i w nocy, uzbrojeni. I którejś nocy było zimno, paskudnie. I siedzą na korytarzu przy oknie dwaj młodzi „klawisze“ i jedzą na sucho jakieś kanapki. A mnie zwyczajnie się tych chłopaków zrobiło żal. Było to na Internie. I biegnąć do gabinetu, zatrzymałam się przy Punkcie Pielęgniarskim z pytaniem:- Dziewczyny, czy nie zostało herbaty z kolacji? Jak zostało, to podgrzejcie i dajcie tym „klawiszom“. „Klawisz“ też człowiek.
Rzeczywiście, pielęgniarki zagrzały, dały im po kubku herbaty. Wracam i słyszę; Bardzo pani doktor dziękujemy.
Zaczęły się potem luzy, wycofano tych Strażników. I na pewnym pięknym dyżurze – Krystyna de Corde wiedziała, w jakie dni dyżuruję – przychodzi pielęgniarka z Izby Przyjęć do mojego gabinetu i powiada; – Jakiś pan do mnie. Jakiś pan? A jeszcze wtedy, nie mieliśmy w Szpitalu Internowanych. Musiała być wiosna, musiało być dość ciepło. Mógł być marzec. Ale nie pamiętam kiedy konkretnie, bo notatek nie prowadziłam, nie było to wskazane w owym czasie. W każdym bądź razie, jakiś pan do mnie od doktor de Corde. – Wiesz co, Wala – mówię do pielęgniarki – Ale przyjdź zaraz, bo jak od niej, to będzie albo„ubol“, albo jezuita. Innego wyjścia nie ma. I wszedł. W szarym garniturku, w koszuli bez krawata, wyglądający jak biedny księgowy z najbiedniejszego „GS-u“ [Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska“], ojciec Miecznikowski. Bez koloratki, bez płaszcza. Pamiętam ten szary garniturek i niebieską koszulę. Ani śladu, że to ksiądz. Grzecznie mi się przedstawił. Wylegitymował. Wszedł kolega, dr Zdzisław Mazurkiewicz i mówię do niego:- Widzisz miałam rację, jezuita.
Ojciec przyszedł z pytaniem, co ja wiem o tych internowanych. Krystyna wiedziała, że te informacje muszą docierać do mnie i znając mnie, musiała Ojcu powiedzieć, że jestem trochę niespokojny duch i że będę próbowała coś zrobić. To musiał wtedy Ojciec Miecznikowski, śliczny cywilny, przyjechać do mnie. Do tej pory widzę ten rzewny garniturek i niebieską koszulę.
Do Łodzi dochodziły różne przesadzone rzeczy, a u nas dość szybko w więzieniu zaczęto ich traktować na luzie. Otwarte cele, oni się między sobą kontaktowali. Nie było dramatów. A przesadzone informacje docierały do Łodzi i dlatego o. Miecznikowskiemu chodziło o informacje:- Co jest, jak jest, czy są chorzy, czy są zdrowi? I te informacje Ojcu przekazałam. Nie było mowy o przekazywaniu czegokolwiek na piśmie, to było bezpieczne. Ojciec stwierdził, że to jest rzeczywiście świetny kanał informacyjny. A od niego dowiedziałam się, co chciał przekazać Internowanym. Więc im przekazałam. Ojciec Miecznikowski dowiedział się, kto siedzi w więzieniu, tylko nie było łączności z nimi. Miał dojście do Internowanych tylko lekarz i kapelan. Tudzież dwie pielęgniarki z oddziału chirurgicznego, które jeszcze przed stanem wojennym, miały zatrudnienie w Izbie Chorych w łowickim więzieniu. Swoje dziewczyny z chirurgii. Wobec tego, miałam wiele połączeń. I w tym czasie na gębę przekazywało się przez Krystynę, potem przez Ojca Miecznikowskiego i przez tą okulistkę Wikę, informacje do Warszawy, do Kościoła Św. Marcina. W obie strony szły te informacje. Minął jakiś czas. Chłopaków z więzienia kolejno się wycofywało. Dr Piotr przynosił wiadomość, że tego i tego Internowanego mogą postawić w stan oskarżenia, z obecnego statusu na politycznego. To wtedy było tak, że określonego dnia o określonej godzinie, ów Internowany zaczynał chorować. Miał bardzo określone objawy. I nie ma wyjścia, wzywa się pogotowie. Ale to musiał być określony dzień i godzina. Z reguły chorowali o godzinie ósmej wieczorem. Wtedy była zmiana u nas karetek i wszystkie obsady musiały być na miejscu. O co chodziło?… Aby jechał ten kolega, a nie tamten. Dr Wojtek Maciejak, chirurg – młody lekarz na stażu – dostawał polecenie:- Jedziesz do chorego Internowanego, przywozisz go na Oddział. A karetka, jak ich przywoziła, to już bez „klawisza“. Wtedy „klawisze“ w sumie pracowali po 24 godziny i nie wytrzymywali, więc wycofano „klawiszy“ ze Szpitala. Przez to zrobił się luz. Tylko, jak mówię, to musiał być określony dzień, określony zestaw dyżurny. W sumie leżało ich w Szpitalu kilkunastu. Izba chorych w więzieniu była zorganizowana z sensem, ale oni chorowali tak „ciężko“, że musieli znaleźć się w Szpitalu. Myśmy ich zaczęli wyciągać od lutego.
Marek Niesiołowski miał chorobę wrzodową i można to było leczyć, nie w warunkach szpitalnych. Pielęgniarka Wala, poszła do Niesiołowskiego, gdy dotarło do nas, że przejdzie w status więźnia politycznego, a to już był „smrodek“. Poszła do Izby Chorych w więzieniu, gdzie była zatrudniona jeszcze przed stanem wojennym i poprosiła o doprowadzenie Marka Niesiołowskiego:- Pan prosił o plaster opatrunkowy, prawda? A w tym klasycznym opakowaniu była kartka, na której miał napisane, na co ma się skarżyć, jak ma się zachowywać. I że będzie zabrany do Szpitala. Po jakimś czasie, zaczął się źle czuć. Wezwano pogotowie i przywieziono do nas, do Szpitala. Tylko pierwszego z nich – tego z wieńcówką – przywieziono więziennym samochodem.
Minął czas, kiedy Komitet Prymasowski w Warszawie nawiązał kontakt i wtedy, kiedy Ojciec Miecznikowski, mógł tutaj częściej przyjeżdżać i nawet bywał u mnie w domu. Z kieszeni habitu wyciągał tony grypsów. A po wizycie Prymasa Glempa u Internowanych, doszliśmy do wniosku z o. Miecznikowskim i z Warszawą, że zawieszamy mój kontakt. Nie było wiadomo, jak potoczy się dalej sytuacja w kraju. Nie było wiadomo, co się stanie, więc różnie się z chłopakami kontaktowano, a jedyny niewykrywalny kontakt, był mój. To oni doszli do wniosku, że trzeba to zawiesić, na wszelki wypadek. Późna wiosna – lato 1982r, nie wiadomo było, co nam wykręcą. Zapadła decyzja: – Zawieszamy, jako pewny kanał połączenia.
Chodziło o to, że jak coś się odwróci…A jeśli władze podejmą kolejne złe decyzje, to wtedy będzie problem. Kiedy przyjechał Prymas Glemb, to nasi pacjenci – Internowani, dostali przepustkę i byli w więzieniu na spotkaniu z Prymasem. I wydarzyła się taka historia… Jeden z Internowanych, który był na Laryngologii w naszym Szpitalu, uciekł. Konkretnie chodziło o Józka Śreniowskiego. „SB“ pobieżnie sprawdziło Oddział, bo już wcześniej pielęgniarki stwierdziły brak pacjenta. To było lato i Internowani już mieli dostęp do cywilnych ciuchów i wychodzili od tyłu Szpitala na spacery, nawet het, het na pola. Wracali i nikt ich nie pilnował. Mieli luzy. Pielęgniarki wiedziały, że nie ma co ich szukać specjalnie, bo wyszli na spacer, nie tylko po terenie Szpitala. Józek Śreniowski i Józef Wiśniewski, był na Laryngologii  i był tam z nimi trzeci Internowany, ale nazwiska nie pamiętam. U nas był Marek Niesiołowski i jeszcze ktoś. Marka znałam, to dlatego nie mam problemu z tym nazwiskiem. A naszych Internowanych z więzienia w Łowiczu, już przewieziono wtedy do Kwidzynia. To była ta historia, kiedy im tam lanie spuszczono. Mieli zabrać tego drugiego Internowanego z Laryngologii, a nasz Dyrektor ZOZ-u – on się cały czas bał – zarządził, że dotyczy to wszystkich. Myśmy wszyscy zdrętwieli. I tu byłam w kropce. Wtedy chwyciłam za telefon – bo już wówczas telefony miejscowe działały – zadzwoniłam do ks.Kazimierza Wójciaka. Chciałam mieć świadka z Kościoła, aby był przy tym, jak ich będą zabierać i wywozić. Oczywiście, nie wiedzieliśmy gdzie. A ks.Wójciak tego dnia się pakował – przyjechała po niego pijarska „Nyska“ z Krakowa – i następnego dnia rano miał się przenosić do Krakowa. Jak dostał ode mnie telefon, wsiadł na rower i był cały czas przy tym wszystkim. I znowu, to wszystko wstrzeliło się w mój dyżur. Więc zapakowano chłopaków do „budy“ i dr Lidia Grabowska z Warszawy, była akurat w naszym Szpitalu, pojechała w ślad za nimi, swoim „maluchem“ [Fiat-126p]. Jak się okazało, zawieźli ich na Oddział Psychiatryczny w Szpitalu Wojewódzkim w Zgierzu. Była śmieszna wtedy sytuacja, gdyż pomylono mnie z koleżanką z Interii. Któryś z Internowanych na Interii, miał przy sobie jakieś trefne rzeczy i lekarce z Interii, która w tym całym procederze uczestniczyła, wsunął to wszystko do kieszeni jej fartucha. A któryś z „uboli“, to zauważył. Na szczęście stałyśmy na podwórku w kilka osób, i on pomylił ją ze mną. Obie wysokie, obie raczej wtedy ciemne, krótko ostrzyżone i się pomylił. Do Dyrektora… Pani coś wrzucili do kieszenie… Mnie?… Ja dzisiaj nie byłam na Interii, więc odczepcie się ode mnie. W tym momencie Dyrektor powiedział:- Pani doktor jest chirurgiem… No, to tą drugą panią… A Jola, koleżanka z Interii, wrzuciła te trefne rzeczy znajomej pani do torby gospodarczej. Bo ja, odwracając się, zasłoniłam ją. Jola spokojnie przyszła do gabinetu Dyrektora, zdziwiona powodem jej wezwania, i odpowiedziała zgodnie z prawdą, że nie ma nic w kieszeni – Czego ci panowie chcą? Wybebeszyła wszystko z kieszeni fartucha na biurko Dyrektora – jakąś chustkę do nosa, paczkę „Carmenów“ i coś tam jeszcze. Bo to wszystko, już zdążyła upłynnić tam, na podwórzu. Był to taki hecny trochę moment. No i później, bo to wszystko trwało parę godzin – kiedy Internowanych zapakowano do samochodu – przyszli do mojego gabinetu: dr Mazurkiewicz kolega chirurg – też swój człowiek i też brał udział w tych naszych różnych dziwnych rzeczach, państwo Bieleccy – ona lekarz internista, a jej mąż weterynarz – dr Grabowska, oraz Kazimierz Wójciak. On przyjechał – o czym już wcześniej mówiłam – na rowerze do Szpitala, po cywilnemu. Jak usłyszał ode mnie, że zabierają Internowanych, to i on w pewnym momencie się przeraził, bowiem wszystko, co było „trefne“, miał na wierzchu w swoim pokoju. A oni bardzo za nim chodzili i patrzyli.
– Rany Boskie“, co teraz robić?.. A w Szpitalu przecież dalej obstawa „ubecka“. Pamiętam tę „budę“, w której zabrano chłopaków i kilka innych nieoznakowanych samochodów. Mówię do niego:- Dobra, damy sobie radę, ja księdza wywiozę. Miałam wtedy „Syrenę“, super samochód, w kolorze rudym jak licho. Kazałam mu wyjść w określone miejsce. „Syrena“ stała na podwórzu przed Szpitalem. Zakręciłam tak, że podjechałam pod uchylone drzwi, a on skoczył szybko do środka i skulił się obok mnie na siedzeniu, aby nie było go widać. A ponieważ pracowałam również na kolei, to miałam prawo wjeżdżać i wyjeżdżać o każdej porze dnia i nocy. Wywiozłam go, pod Klasztor. Po południu „ubole“ się zastanawiali, gdzie jest ksiądz, bo oni chcieli z nim porozmawiać. Portierka, nie w ciemię bita powiada:- Chyba jest w Szpitalu, bo jego rower tutaj stoi. A ksiądz Wójciak, od świętej niepamięci, zapakował cały swój majdan do samochodu, którym miał wyjechać do Krakowa. Po tym wydarzeniu, już wieczorem, dr Lidia Grabowska przywiozła go do mnie na dyżur. Okazało się, że Internowanych zamknęli na Oddziale Psychiatrycznym w Zgierzu.
O tym opowiedziała mi dr Grabowska, która z ks.Wójciakiem tam była. Siedzieliśmy w moim gabinecie i zastanawialiśmy się, co zrobić z tą wiedzą. Co zrobić, bo to była wielka tajemnica, gdzie ich wywieziono. Lidka mówi:- Pojechałabym do Zgierza, aby zrobić jakiś raban, ale co ja mogę? I tutaj zdobyłam największą pochwałę w życiu, bo zapytałam ks.Wójciaka:- Czy musi koniecznie nazajutrz tą „Nyską“, ze swoimi manatkami wyjechać do Krakowa?.. – No, nie muszę; odpowiedział. To mówię do nich:- Trzeba rano jechać nie do Zgierza, ale do Biskupa Rozwadowskiego. I rano, dr Lidka musiała spać w Łowiczu – może u państwa Lebiodów – pojechali jej „maluchem“ do Biskupa. Przy czym ks.Wójciak, swój strój – sutannę, miał zwiniętą na siedzeniu. Przed wjazdem do Łodzi, przebrał się w krzakach. To już znam z jego relacji. O 8:00 rano, byli już w łódzkiej Kurii. I szok w zgierskim Szpitalu, bo „ubole“ bardzo pilno-wali naszych Internowanych i byli przekonani, że nikt postronny o nich nie wie. Po jakimś czasie, dowiadujemy się, że przewieziono ich do Kwidzynia. A po kolejnych 24 godzinach, znowu są w naszym Szpitalu, bo Kwidzyn [ok.250 km od Łowicza], nie chciał się paprać z chorymi. I nasz Dyrektor, dostał szamotania pępka ze strachu. Bał się ich przyjąć i około chyba 18:00, decyzja:- do północy mają wrócić do Kwidzynia. Niby jak?.. Helikoptera nie było. Trzeba było coś wymyślić, żeby nie jechali do Kwidzynia. A były jakieś telefony między partią, dyrektorem Szpitala, a „SB“ i nie wiem z kim jeszcze. Jeden z Internowanych miał problemy krążeniowe, dostał napadu wieńcówki. Chłopaki – mówię do nich – Nie ma wyjścia, zabieram was moją „Syrenę‘ i postaram się, coś z wami zrobić. I fru… Zawiozłam wszystkich do Łodzi. Było ich czterech. Znowu do Biskupa Rozwadowskiego, bo gdzie mogło być dla nich bardziej bezpieczne miejsce, jak nie w rezydencji biskupiej. A potem z Kanclerzem Kurii ks.Andrzejem Dąbrowskim, jeździłam po Łodzi i szukałam dla nich miejsca. Przez moje prywatne kontakty, ustaliliśmy miejsca dla nich. W Szpitalu im.„Kopernika“ upchałam dwóch, czy nawet trzech, a Marek Niesiołowski miał inny kontakt i on wylądował gdzie indziej. Chyba w Szpitalu „Jonschera“. Potem nawet dostałam piękne podziękowania od nich na piśmie. W tym moim samochodzie był Włodek Gromiec, Krzysztof Turowski, Jacek Bartyzel. I jeszcze najmłodszy z nich; Tomek Mysłek. Oni zostali ulokowani w „Koperniku“, na Urologii. Stawiałam sprawę kolegom lekarzom wprost:- Przyjmuj! Znałam dobrze z-cę Dyrektora Szpitala „Kopernika“, nie żyjącego już dr. Władysława Gossa, do którego pojechałam i on telefonicznie kontaktował się ze swoimi kolegami na zasadzie:- Przyjmij bo…
Bardzo pomógł tymi telefonami. I kiedy o 21:00 ostatni z nich został ulokowany w Szpitalu, to pierwszy i jedyny raz jadąc z Łodzi do Łowicza, miałam wrażenie, że jestem na obcej drodze i że tą drogą, nigdy nie jechałam. W ogóle, nie wiedziałam, gdzie ja jestem. Dojechałam do domu zielona ze zmęczenia i z nerwów, bo to jednak zajęło mi kilka godzin, upchanie tych Internowanych. Po powrocie do Łowicza, nikt o nich nie pytał. Nie wiem, czy w ogóle Kwidzyń został o nich powiadomiony, że oni przyjadą. Aż sama byłam zdziwiona, że to się udało. Jako dziecko konspiratorów wojennych i to dobrych konspiratorów w czasie wojny, miałam to widocznie w genach. Z moją mamą siedzieli wtedy państwo Mazurkiewiczowie, bo moja mama była już niepełnosprawna wówczas. I tak się skończyła moja przygoda z Internowanymi. Chyba miesiąc później wypisano ich ze Szpitali, w których leżeli.
Nigdy nie byłam w więzieniu u Internowanych. A był moment, kiedy mi nawet proponowano zatrudnienie w więzieniu, już po tych wszystkich hecach. Później już, nie miałam kontaktu z o.Miecznikowskim, ale wtedy, kiedy przyjeżdżał do Łowicza, przychodził do mnie do domu, pił herbatę, pogadał. W pewnym momencie powiedział mi:- Zawieszamy Twój kanał.
Z ks.Kazimierzem Wójciakiem, już dawno nie mam kontaktu. Ostatni raz, miałam z nim kontakt po tym, jak wywiozłam internowanych do Łodzi, i kiedy oni dowiedzieli się, że jadę do Zakopanego, to zażyczyli sobie, żeby ks.Kazimierz na Rusinowej Polanie, czyli na Wiktorówkach, odprawił w ich intencji Mszę św. Byłam tam z moimi babami i ks.Kazek, odprawił Mszę św. Potem wyjechał na Białoruś i skończyło się. Nawet nie przyjechał na wręczenie medalu 25-lecia „Solidarności“. Nie wiem, czy go zaproszono, czy też nie, bo tutejszy, krótko internowany pan Wojciech Gędek – rżnie bohatera do tej pory – decydował, kto był ważny, a kto nie. A kiedy było 10.lecie internowań, to nawet nie dopuszczono mnie do głosu, żeby powiedzieć, co się działo, jak służba zdrowia się wtedy zachowywała i co myśmy robili. On siedział tylko cztery, czy pięć tygodni, po czym stwierdzili, że można go puścić. Oglądałam w telewizji reportaż z Mszy św. z okazji 10.lecia stanu wojennego. Było bardzo mało ludzi z „Solidarności“. To było przykre. Nigdy nie zapomnę tej postaci ojca Miecznikowskiego, kiedy przyjechał „na lewo“, wtedy bez przepustki, po cywilnemu. Tak się zaczęła nasza znajomość. Ojciec Miecznikowski był wtedy tylko raz w Szpitalu, a potem przyjeżdżał do więzienia. Nie należało się w Szpitalu kontaktować, aby nie pokazać, że między nami jest jakaś znajomość, relacja:- że my, w jakimś zakresie coś działamy. Kiedy O.Miecznikowski wyjmował u mnie w domu grypsy, moja mama zapytała, czy Ojciec zanadto nie ryzykuje, pokazując te grypsy. Ojciec odpowiedział:- Przecież wiem, w jakim domu jestem.
Bałam się tylko jednego, że jak mnie przymkną, to kto się moją mamą zajmie. Ja pracując, miałam wtedy przeciętną 14,5 godziny pracy na dobę z dyżurami licząc. I tak musiałam zorganizować kogoś pod moją nieobecność, kto byłby z mamą, bo moja mama prawie nie widziała, była po paskudnym złamaniu nogi w kolanie, cały kawałek uda miała roztrzaskany. To była starsza, niesprawna pani, ale z pewnym intelektem, do końca swoich dni. Tylko, tego się bałam. To był jedyny mój strach. A poza tym, wiem jedno, że w takich sytuacjach, tak jak moi rodzice w czasie wojny działali, to jak ktoś portkami trzęsie, to nic nie zrobi. To trzeba iść na chama, na bezczelnego, choćby dr Piotr. Dr Grabowska, przyjeżdżała do państwa Lebiodów. Ich syn Rysiek– wtedy 12-letni chłopak – służył jako goniec. Wieczór, dzwonek do drzwi:- Proszę Pani, mama przesyła dla pani dwa słoiki dżemu…
– To chodź, Rysiu, chodź.
A on wtedy:- Mama kazała powiedzieć, że była pani Grabowska z Warszawy i kazała pani powiedzieć…
Mieliśmy takiego łącznika. Ja się starałam wiedzieć, jak najmniej. Nie wiem, czy Ojciec Miecznikowski był u Lebiodów. Ojciec wiedział, że to jest pewny dom, że tu można śmiało przychodzić. I przeze mnie jest kontakt. Przeze mnie były nawet sprostowania, lub przekazywanie, że temu to, czy tamto jest potrzebne.    I potem kiedy Ojciec już oficjalnie przyjeżdżał do więzienia, to mnie już w tym nie było. U dr.Wiki, spotkałam się też z jakimś księdzem, którego nazwiska nie pamiętam. Też prosił o zawieszenie kontaktu, żeby mojego kanału nie używać, bo oni już mają dojście do Internowanych. Przecież, przez te pierwsze pół roku nie było wiadomo co będzie, czy ich ciupasem na białe miśki nie wywiozą.
Chodziło o to, że jeśli na tym łączu, nie było wpadki, jeśli na tym łączu wszystkie informacje przechodziły prawdziwe, to znaczy, że nie było po drodze „wtyki“, która by coś tam zadziałała. Ojciec Miecznikowski już później przyjeżdżał w sutannie, raz czy drugi, nawet do mnie na herbatę i opowiadał co i jak. Przekazywał pozdrowienia od niektórych Internowanych, ale ja już wtedy wyłączyłam te kontakty. Na wszelki wypadek.

Dr Lidia GRABOWSKA.(119)
Mieszkam w Warszawie i byłam w Komitecie Prymasowskim. Co tydzień jeździłam wraz innymi lekarza-mi, do Zakładu Karnego w Łowiczu. Naczelnik więzienia był dziwnym człowiekiem. Zezwalał nam lekarzom, tzn: mnie, dr Danucie Obrowskiej i dr Bożenie Pietrzykowskiej [psychiatra], na rozmowy z Internowanymi w ich celach, bez obecności Funkcjonariuszy. On honorował nasze upoważnienia z Komitetu Prymasowskiego. To my, także kierowałyśmy chorych Internowanych do Szpitala w Łowiczu, lub do Szpitala w Warszawie. Może Naczelnik przewidywał, że to tak się skończy i budował sobie tzw. “asekurację“ na przyszłość. Podczas jednej z takich wizyt w Łowiczu, zbliżając się samochodem do Szpitala – jechałam wtedy razem z córką – już z daleka zobaczyłyśmy wokół, pełno „suk“ milicyjnych. A w Szpitalu, stan popłochu. Spytałam:– Co tu się stało?
Wtedy personel powiedział mi, że „ubecy“ zabrali podopiecznych, ale nie wiedzą gdzie. Skontaktowałam się z dr Ewą Zbudniewek, która opowiedziała mi, co się stało. Szybko wróciłam do samochodu i razem z ks.Kazimierzem Wójciakiem, ruszyłam w kierunku Łodzi. Po kilku kilometrach zobaczyłam na drodze milicyjną „budę“.
Szpital w Zgierzu…Rozmawiałam z lekarzem, który mi powiedział:- Niech pani zaczeka, postaram się skontaktować z moją koleżanką, która pracuje na oddziale psychiatrycznym, bo ona mi powiedziała, że coś dziwnego się tam dzieje.Poczekaliśmy chwilę i kiedy wrócił, powiedział tak:- Rzeczywiście, przyjechały samochody, odgrodzili kawałek Oddziału na Psychiatrii, zasłonili zasłonami i coś się tam dzieje.
Od razu byłam przekonana, że oni tam są. I wtedy pojechaliśmy do Łodzi, do Kurii. Ks.Kanclerz Dąbrowski stwierdził:- Nie będę budził Biskupa, tylko sam zadzwonię. Ks.Biskup miał drzemkę poobiednią, odpoczywał po prostu i Kanclerz zadzwonił do „Ubecji“. I przy mnie, ta rozmowa się odbyła. Powiedział do swojego rozmówcy:– Proszę pana, ja mam tutaj wysłannika z Komitetu Prymasa, podobno państwo porwali ze Szpitala w Łowiczu, naszych podopiecznych. Jeżeli chcę porozumieć się ze swoim Bickupem, to chcę wiedzieć, gdzie, co i dlaczego tak się stało? Bo ja muszę odpowiedzieć Warszawie, bo ks.Prymas się tym interesuje. To oczywiście nie było prawdą. To wszystko było w biegu. W biegu podjęte decyzje, aby jechać i szukać Internowanych. Nawet po drodze, gdzieś w rowie, ks.Kazimierz Wójciak przebierał się w sutannę.
Po odłożeniu słuchawki, ks.Kanclerz powiedział nam:– Ten „ubek“, był mocno zdziwiony, skąd my tak szybko o tym wiemy, że jest to coś nieprawdopodobnego. „Ubek“ powiedział jeszcze:- Spokojnie, ja zaraz wydam decyzję, umówimy się, państwo poczekają, dam państwu eskortę i tam pojedziemy. I tak się stało. Przysłał samochód. Jeszcze po drodze – z córką się uparłyśmy – było to trochę śmieszne, ale i romantyczne, że musimy koniecznie kupić po drodze jakieś kwiaty. Kupiliśmy bukiet biało-czerwonych kwiatów. I jak weszliśmy na ten Oddział Psychiatryczny w Szpitalu w Zgierzu zobaczyliśmy, że wszystko jest zasłonięte. Jacyś panowie w białych fartuchach. Widać było, że mają broń, bo sterczała pod tymi fartuchami, no i nas musieli wpuścić. Przecież powiedziałam – co było nie prawdą – że jestem wysłannikiem ks.Prymasa. I padł popłoch na tych, co ich pilnowali, także na personel Szpitala. Ja nie miałam czasu porozumieć się, ani z ks. Prymasem, ani z ks.Bp. Władysławem Miziołkiem. Bo tak technicznie ks.Bp Miziołek, był szefem tego Komitetu Prymasowskiego na Piwnej. A w tym Szpitalu, Internowani byli zabarykadowani w sali chorych, łóżkami zastawili drzwi, nie chcieli nas wpuścić. Oni strasznie się bali, myśleli, że coś im zrobią, że przymusowo podadzą jakieś leki. W każdym bądź razie, powitanie było bardzo rzewne. Ja się popłakałam. Oni też byli wzruszeni, obejmowali nas, wsuwając liściki do rodzin. Rozstaliśmy się z obietnicą, że zostaną przewiezieni z tego Szpitala do Łodzi. Ja nie rozmawiałam z Ordynatorem, być może ks. Andrzej Dąbrowski. Według mnie, była to pierwsza próba, tzw. „psychuszki“, zastosowania metody sowieckiej, gdzie wsadzano do psychiatrycznych oddziałów. Oni mieli tę świadomość, że jest taka metoda, że mogą zacząć im na siłę podawać jakieś psychotropy, albo jeszcze coś. Ale nie udało się. Przecież oni nie wiedzieli, co oni chcą z nimi zrobić.

INNE:
Dr Andrzej Mazur [TW „Wacław “], został „internowany służbowo“ do ZK Łowicz [zdobył m.in. status doradcy Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego Łódzkiej „Solidarności“], i przebywał w tym Zakładzie Karnym od 11 maja do 26 czerwca 1982r. Dostał wówczas zadanie, by do listy osób podejrzanych o współpracę z SB – przekazanej mu przez więźniów – dopisał trzy nowe nazwiska. Na podstawie notatki, napisanej przez ppłk.Ledzińskiego [Wojciecha – Naczelnika Wydziału V KW MO w Łodzi, odpowiedzialnego za rozpracowywanie „Solidarności“], czytamy:– „Wręczyłem < Wacławowi > sumę 10.000 zł, jako rekompensatę za pobyt bez mała dwumiesięczny – dobrowolny w ośrodku Internowania w Łowiczu. Był tym mile wzruszony“. Po wyjściu na wolność Andrzej Mazur starał się nadal inwigilować i skłócać ze sobą działaczy podziemia […]. Donosił też na księdza [o.Miecznikowskiego SJ] pomagającego więźniom […]. Wśród agentów SB, był osobą wyjątkową z powodu roli, jaką odegrał w inwigilowaniu, dzieleniu i neutralizacji środowisk nie tylko łódzkiej opozycji. Należał do tych współpracowników, którzy nie tylko donosili, ale sami wyznaczali sobie zadania a on konsekwentnie je realizował […]. Mazur zmarł w 1994r. Jego podwójne życie zostało ujawnione dopiero siedem lat później, gdy działacze dawnej opozycji antykomunistycznej mogli zajrzeć do swoich teczek.(120)
Ośrodek dla Uwięzionych, Internowanych i ich Rodzin, przy Kościele o.o.Jezuitów w Łodzi, uznając rodzinę Andrzeja Mazura za poszkodowaną [gdy był w Z.K.Łowicz], przekazywał paczki z żywnością    i odzieżą jego żonie i nieletniej córce [od 27 maja 1982r., do 16 maja 1983r.], a także zorganizował dla nich wyjazd na wakacje w dniu 2 sierpnia 1982r.

GŁODÓWKA w Z.K. BIAŁOŁĘKA.
/Zakład Karny, ok.150 km od Łodzi. To największy tego typu obiekt w Europie. Przeznaczony dla około 1.500 osadzonych. Jego projekt został wykonany w 1951 r. Zgodnie z decyzją ówczesnych władz, Nowe Centralne Więzienie (dzisiejszy Areszt Śledczy), zostało wybudowane przez więźniów. Po wprowadzeniu stanu wojennego areszt śledczy wraz z zakładem karnym został największym ośrodkiem dla Internowanych przywódców i działaczy „Solidarności“/.
[…]. “Więźniów rozlokowano w celach z piętrowymi łóżkami. W niektórych celach jest mroźno, w oknach brakuje małych szybek. Na piętrze cuchnie. Kanalizacja jest popsuta, zatkana lub zamarznięta. Więźniowie, którym szybko odczytano obowiązujący regulamin, padają na swe sienniki“.[…].(121)

GŁODÓWKA w Z.K. ŁOWICZ.
ZK Łowicz prowadził głodówkę solidarnościową z Białołęką. I kiedy Ojciec tam przyjechał, nie miał dostępu do Internowanych, ale rozmawiał z Naczelnikiem więzienia i powiedział, aby go jednak wpuścił, to postara się, aby przerwali tę głodówkę. Internowani powiedzieli, że przerwą tę solidarnościową głodówkę, ale muszą wiedzieć, czy Białołęka ją przerwała. Ojciec wrócił do Łodzi i powiedział mi o tym.  Przyszła do Ośrodka pani Śliwińska i poprosiłam ją, aby pojechała do Warszawy, do Prymasowskiego Komitetu Pomocy Internowanym i aby się dowiedziała, kiedy Białołęka przestanie głodować. I pani Śliwińska tam pojechała. Ok.16:00 telefon do mnie w Ośrodku, podnoszę słuchawkę i słyszę:- „Można siadać do stołu“. To już wiedziałam, co to znaczy. Powiadomiłam zaraz Ojca o tym telefonie. Zdzisław Krakowiak, jako kierowca był na miejscu, cały czas w pogotowiu i zaraz pojechali do ZK Łowicz. Pół godziny zajęła im jazda do Łowicza. Ojciec poinformował Naczelnika więzienia, żeby chyba ma sposób, aby Internowani przerwali głodówkę. To wtedy Naczelnik odpowiedział:– „To ja Ojca ozłocę, jak się to uda“. No i Ojciec spotkał się z głodującymi Internowanymi i powiedział im:- „Głodówka  w Białołęce jest zakończona“. Internowani na te słowa zareagowali, przerywając natychmiast głodówkę. I potem Naczelnik kilka razy pytał się Ojca, co takiego im powiedział, że przerwali tę głodówkę.
 W maju pojechaliśmy z paczkami do ZK Łowicz. Była sobota. Ojciec poszedł do Naczelnika więzienia i powiedział:- „Dzisiaj mam dużo paczek z ciastem. A ponieważ wiem, że będzie dużo spowiedzi, jest tutaj ze mną moja współpracownica, i ona pomogłaby mi rozdać te paczki“. Naczelnik zgodził się, poprosił o dowód osobisty. Wjechałam z Ojcem i ze Zdzisławem Krakowiakiem, pod drzwi do wejścia bloku, w którym byli Internowani. Zostało nam przeznaczone jedno z pomieszczeń, gdzie można było paczki rozdawać. Internowani, przychodzili do tego pokoju. Była przezabawna sytuacja, gdyż niemal wszyscy mnie znali – przecież pracowałam w Biurze Prasowym „Solidarności“. Widząc mnie, wydawali różne okrzyki zdumienia. Wydawanie paczek odbywało się bez nadzoru Strażnika, paczki nie były sprawdzane. Byłam też w poszczególnych celach. Zagęszczenie było spore, w każdej celi, ale były otwarte. Były dwa korytarze, przedzielone łącznikiem. Internowani podawali mi grypsy. Służba więzienna szybko się zorientowała, że jestem osobą znaną, że wszyscy do mnie przychodzą i chcą rozmawiać. Zobaczyli, że pomiędzy mną, a wieloma Internowanymi jest pewna zażyłość. Jeden z oficerów zaprosił mnie na herbatę, do pomieszczenia obok gabinetu Komendanta. Andrzej Terlecki mi towarzyszył. Trzeba było o czymś rozmawiać. Spyta-łam:- „Co daje Państwu internowanie tych osób?“. W odpowiedzi usłyszałam:- „No, daje dużo. Oni tutaj mają lepsze wyżywienie niż więźniowie kryminalni. Bardziej kaloryczne. Jest korzyść z tego, bo mamy tu kort tenisowy“. A kiedy Ojciec Miecznikowski, kolejnym razem przyjechał do więzienia, Naczelnik zwrócił się do niego:– „Proszę księdza, ta współpracownica, to nie byle jaka, my już wiemy, kim ona jest“.
W listopadzie, pojechał z Ojcem Miecznikowskim do ZK Łowicz, Biskup Rozwadowski. Był wtedy udzielany przez Biskupa ślub Bogdanowi Markowi Gasińskiemu. Potem było kilka ślubów. Ja też wtedy byłam, kiedy dwaj Internowani brali ślub. Na listę gości mnie wpisali. Ojciec dawał im ślub, w budynku biurowym więzienia, w pomieszczeniu świetlicy. Była ona zaanektowana na kaplicę. Tam Ojciec odprawiał Mszę św. Były też rodziny…Jadwiga Woźnicka opowiadała mi, że jak jechała do Łowicza z małą córką Martą, i chyba też z synem Jackiem, to połowę pasażerów w pociągu stanowiły rodziny, które jechały do więzienia. A mała Marta na cały głos powiedziała do jakiejś pasażerki:- „Proszę pani, a ja jadę do tatusia do więzienia!“. Taka była szczęśliwa, bo wiedziała że jej ojciec siedział za słuszną sprawę.(122)

Z.K. w HRUBIESZOWIE.
/Zakład Karny, ok.430 km od Łodzi. Istnieje od 31 lipca 1968r. Jest typu zamkniętego dla recydywistów penitencjarnych z oddziałem aresztu śledczego oraz z oddziałami typu półotwartego dla odbywających karę po raz pierwszy i młodocianych. Po 13 grudnia 1981r w więzieniu tym, przebywało 150 internowanych. Obecnie może tam przebywać 628 osadzonych/.
…13 lipca 1982r. do Hrubieszowa przyjechało kilka nowych transportów z Łodzi, Warszawy, Kielc, Rzeszowa, Lublina i Krakowa […]. Część z nas łudziła się nadzieją amnestii na 22 lipca. Gdy minął lipiec nastroje uległy radykalizacji. Wtedy właśnie dużo osiągnęliśmy, nawet specjalnie się nie wysilając. Ochrona bała się wtedy jakiejś poważniejszej akcji z naszej strony. Nastroje wśród kryminalnych również były na krawędzi buntu. W celu załagodzenia napięć wymyślono nowy regulamin. W ramach zmian pozwolono nam na posiadanie noży [dotychczas chleb krojono wyostrzonym trzonkiem łyżki stołowej], widelce, maszynki do golenia. […]. 14 listopada 1982r.[…], tuż przed opuszczeniem murów Hrubieszowa przywieziono tutaj autora naszego hymnu więziennego „Idzie Solidarność” – Jurka Kropiwnickiego i kilku innych. Przywieźli oni sporo nowych wiadomości z Mokotowa i Białołęki.[…].(123)
***
Mnie się udało wejść do więzienia w Hrubieszowie. Ojciec Miecznikowski nie wszedł, a mnie się udało.
Naczelnik powiedział, żebym była zapisana jako kuzynka jakiegoś Internowanego. Porozmawiałam z Marysią  Luberą, i jak ona pojechała na widzenie do Kazika, to go poprosiła, aby mnie wpisał jako swoją kuzynkę. To ja pojechałam. Kazik Lubera i Jerzy Kropiwnicki mieli wspólne widzenie. Ja z Marysią, siedziałyśmy przy jednym stole z żoną Kropiwnickiego i ich synem. Ojciec miał zakaz wejścia przez władze więzienne i tylko z ulicy mógł machać do Internowanych i wielu go widziało. Pojechaliśmy tam samochodem z Grzegorzem Siewierą, jako kierowcą. A potem drugi raz pojechaliśmy z Grzegorzem, ale wtedy ani Ojca, ani mnie nie wpuszczono. Zostawiliśmy tylko paczki dla Internowanych. Nigdy nie dostał się do tego więzienia. Bardzo nad tym ubolewał.(124)   

Z.K. w KWIDZYNIU.
Marek CHWALEWSKI (4).

/Zakład Karny, ok.290 km od Łodzi, typu półotwartego. Przeznaczony jest dla mężczyzn recydywistów penitencjarnych w systemie zwykłym oraz w systemie programowego oddziaływania. Ogólna pojemność Zakładu wynosi 668 miejsc zakwaterowania. W czasie stanu wojennego osadzono działaczy opozycjonistów pochodzących głównie z północno-wschodniej Polski, w sumie ok. 150 osób. 14 sierpnia 1982 r. w Kwidzynie milicja i straż więzienna przeprowadziły brutalną pacyfikację obozu internowania dla działaczy Solidarności. W jej wyniku pobito ponad 80 Internowanych, blisko połowa z nich doznała ciężkich obrażeń. Bezpośrednim powodem protestu podjętego przez Internowanych 14 sierpnia 1982 r. było niewpuszczenie do ośrodka ich rodzin w dniu odwiedzin. W reakcji na protest, władze więzienne i milicja podjęły brutalną akcję pacyfikacyjną/.

…Tutaj mam książkę IPN:- „Sprawa kwidzyńska. Internowanie, pobicie, proces 1982“. Jest tam dokładny spis internowanych, i opis tego, co się tutaj stało. Jak pan widzi, jestem na tych zdjęciach, zrobionych przez funkcjonariuszy „SB“. Jestem w pierwszym szeregu. To ja, z podniesioną ręką, groziłem im pięścią. Przecięliśmy siatkę, przedostaliśmy się na zewnątrz, tam gdzie była administracja więzienna. Od wolności dzieliła nas tylko brama więzienna. Między bramą a ziemią, jest kilkucentymetrowy odstęp. Dziecko, nie wiem, ile miało lat… malutka rączka, włożona  w tę szparę…I to dziecko krzyczy:– Tatuś, tatuś, tatuś! A ten oprych, bandyta, funkcjonariusz pałą w tę rączkę. Ja miałem być jednym z tych, którzy nie dają się ponieść emocji, ale w tym wypadku:- O, wy bandyci!… W zasadzie, to do walk pomiędzy nami nie dochodziło. No, bo żeśmy nie mieli żadnych szans. Z wierzy-czek z jednej i z drugiej strony, jeden i drugi Strażnik, mógł zgodnie z przepisami, otworzyć do nas ogień z pistoletów maszynowych. Wezwano Straż Pożarną. Strażacy włączyli motopompę strażacką. No i oczy-wiście, ja tam byłem pierwszy. I pierwszy z tej sikawy oberwałem. Ubrany byłem wtedy w kurtkę skórzaną, prawie nową, sportową dla motocyklistów, przez którą wiatr nie miał prawa się przedostać. Miałem ją zapiętą. Jak dostałem z tej sikawy prosto w piersi, w ciągu jednej sekundy, byłem dokładnie mokry, włącznie ze sznurówkami przy cichobiegach. Takie było ciśnienie, że ta woda przedarła się przez kurtkę, która chroniła przed wiatrem na motocyklu. Nie było przypadku, aby ktoś z Internowanych się nie przewrócił pod wpływem tego uderzenia wody. Jak żeśmy się ganiali po terenie z tą Strażą Pożarną, to w pewnym momencie z budynku administracyjnego zaczęli wychodzić funkcjonariusze, uzbrojeni w hełmy z przyłbicami opuszczanymi, pały szturmowe długie i mieli jeszcze coś pod kurtkami. I doszło do walk, ale my nie mieliśmy szans. Dorwali mnie i pałami po tej kurtce młócili. A ta skórzana kurtka, bułgarska zresztą, nasiąknęła wodą. I jak mi ktoś później opowiadał, aż stanął, aby popatrzeć i śmiał się, że te pałki odbijały się od mojej kurtki, jak od rycerza średniowiecznego.
Uciekamy do bloku, do baraku, gdzie mieszkaliśmy. Pod wpływem tej emocji, tego wszystkiego, niektórzy z więźniów się pogubili. Nie mogli swojej celi odnaleźć. Postawiliśmy barykadę w dużych drzwiach. Ze stołów, z krzeseł, wszystko co było pod ręką. Z biurek strażników, aby dać chwilę czasu, na opanowanie sytuacji przez nas, nie przez tych bandytów. No i to zdało egzamin. O tej barykadzie niewiele jest napisane w tej książce, dlatego, że to pachnie rewolucją.
Broniliśmy się tak długo, ile było można. Ale niedługo. Leje się woda z tych sikawek, leją na korytarze a my rzucamy w nich, czym tylko było można. No i w końcu żeśmy się zdecydowali, aby każdy sobie przypomniał, w której jest celi i uciekamy. No i  rozbiegliśmy się do swoich cel. Zamknęliśmy je za sobą. Oczywiście przedarli się. Chodzili od celi do celi i słychać było ryki tych bandziorów, uderzenia pałek, krzyki, hałas przerzucanych i tłuczonych jakiś przedmiotów. Wszystko co tam było potłukli.   
W celi była mąka z paczek od Czerwonego Krzyża, cukier, sól. To wszystko razem wymieszali, że już nawet dla świń nie nadawało się do jedzenia. Wchodzą do naszej celi. Ja w celi siedziałem z Januszem Fatygą – w tej chwili innych nazwisk nie pamiętam, ale wzrokowo każdego z nich pamiętam.
Za zgodą Naczelnika, zakładaliśmy sobie nocne lampki. Ja też lubiłem położyć się na łóżku, wygodnie rozciągnąć się i poczytać jakąś książkę. Inni radzili sobie na własną rękę. Chyba, że ktoś sobie nie mógł z tym poradzić i mnie prosił, to ja szedłem i pomagałem. I tylko tyle. Jeden z tych bandziorów zwrócił się do mnie:
– Chwalewski, jesteś elektrykiem, to twoja robota, żeś te lampki pozakładał. Masz to natychmiast pozdejmować, tę prowizorkę!-  Owszem, zakładałem, tego się nie zapieram, ale jednocześnie oświadczam, że ja tego zrywał nie będę…
Zawołał kolegów do pomocy. Trzymali mnie za ręce i nogi, i pałą bili po plecach na łóżku. W pewnym momencie jeden z tych Strażników krzyknął: – Puść go! Puść go, natychmiast!
Czy on mi w oczy patrzył, czy coś, bo ja czułem, że rosnę jak na drożdżach, że nie pozwolę się bić i koniec. Jeżeli mnie zabiją to zabiją, ale nie pozwolę się dalej bić.  I ten Strażnik chyba wyczuł, że może być przeze mnie drugi bunt. Zostawili mnie i poszli sobie. Za jakąś godzinę, cele się otwierają, słychać krzyki:- Ratunku!
Wszyscy zaniepokojeni w celi. – Co tam może się dziać?
A ja im mówię:- Ścieżka zdrowia, co innego może się tam dziać.
Tak zgadywałem z własnej zresztą praktyki.
– Na korytarz! – padło polecenie. – Zdejmij tę kurtkę. W koszulkach i podkoszulkach tylko!
No, to zdjąłem… Mam tu książkę, napisaną przez pana Włodzimierza Gromca „Pamięć“. I chciałbym prze-czytać tylko jedno zdanie, dot. tej sprawy. Gromiec opisuje krótko tę ścieżkę zdrowia. Opisuje ją tak:
-… „Jest kilka metod, gdzie przez ścieżkę zdrowia można przejść z jak najmniejszymi obrażeniami“. I dalej pisze:– „…Chyba, że tak jak Marek Chwalewski, który sobie przez ścieżkę zdrowia maszerował spacerowym krokiem“. A ja, tak wtedy sobie myślałem: –  O, tyle mi zrobicie.
Przyjechał Międzynarodowy Czerwony Krzyż i to nas uratowało, bo przecież tam w Kwidzyniu była śmiertelna ofiara. Chłopaka ze szkoły licealnej zatłukli. Lekarze z tego Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, którzy nas badali, mierzyli głównie długość śladów od pał na moich plecach i nie tylko moich. Śmieszyło mnie to, bo za miarkę służył im krawiecki centymetr, a szerokość… suwmiarką ślusarską, bo można tym dokładniej zmierzyć.
Jest niedziela i nagle słyszę:– Chwalewski, widzenie!
Poszedłem na to widzenie. Przyjechał mój ojciec. Miałem napisany gryps. O taką zapobiegliwość prosił mnie ojciec Miecznikowski, jeszcze w Łowiczu:- Mareczku, zależy mi na informacjach, żeby do prawdy dojść, musi być kilka źródeł. Ja ciebie bardzo proszę.
I ja to robiłem. I  udało mi się zawsze takie grypsy w ustach przenosić. Rozbierali mnie do naga – proszę bardzo – ale do ust nie zaglądali. Cienki papierek wkładałem pod  język. No i widzenie. Mój ojciec mówi:
– Co tu się działo? Przecież tu wojna, porozbijane meble, talerze, kałuże wody, jakieś skorupy, co się tu działo?
Chciałem powiedzieć, ale byłem pod obserwacją oficera. W pewnym momencie udało mi się podać ten gryps, i oczywiście mój ojciec przekazał go później ojcu Miecznikowskiemu.
– Koniec widzenia!
Było cieplutko, letnia niedziela. Ja w podkoszulku, ładnie ubrany. Wstaję, odwracam się i zdejmuję koszulkę. A Strażnicy patrzą, co ja robię. Zdjąłem koszulkę i mówię do rodzin odwiedzających Internowanych:– Proszę państwa… Tak traktuje klasa robotnicza, robotników. Nie mogli mi przeszkodzić i tego wystąpienia przerwać.(125) [ Oskarżony z art.274§ 2 i 270§ 1 KK ].

Marek CZEKALSKI.(126)
[…]. Moim zdaniem tzw. zajścia w Kwidzynie, zostały sprowokowane przez administrację Ośrodka, celem zaprowadzenia więziennego porządku. Najpierw wstrzymano widzenia. Tłum internowanych zaczął niszczyć siatkę, okalającą wewnętrzny dziedziniec. A niewątpliwie prowokator, próbował rozniecić ogień na dachu jednego z pawilonów – podpalił materac. Ten człowiek, szybko zniknął z Ośrodka i nie było go podczas śledztwa. Regulamin więzienny uznaje fakt podpalenia za dowód buntu więźniów. Dlatego Naczelnik, mógł w tym momencie wezwać nie tylko straż pożarną, lecz także specjalny oddział szturmowy (Atandę). Jako uczestnik i świadek tych wydarzeń stwierdzam: – protest opanowano i stłumiono wszystkimi środkami przymusu – woda pod dużym ciśnieniem, pały szturmowe, uderzenia tarczą itd. I protest skończył się, kiedy pozamykano nas w celach. Lecz wtedy właśnie zastosowano odwet – nie tylko, by nas pobić, ale także poniżyć. Było tak… Internowanych, wskazanych przez służbę więzienną uzbrojona Antanda biła do nieprzytomności. Część więźniów, wypychana z cel, była bita na korytarzu. Jeśli któryś przewrócił się na śliskiej podłodze, wrzeszczano: – Całuj buty funkcjonariusza !!!
Do naszej celi także wpadli. Jeden z nich napluł na obrazek z napisem “Solidarność” i przylepił go Mietkowi Mazurkowi na czole. W ogóle ich agresję budziły wszelkie symbole. Na ścianie był napis “Solidarność”, namalowany przez poprzednich kolegów. Kiedy N.N., próbował nie odpowiedzieć na krzyk:- Zmyj to!..–  dostał pałą szturmową w krocze. Zwinął się na podłodze. Nachyliłem się, aby mu pomóc wstać i wtedy sam zostałem spałowany. Śledztwo w tej sprawie było farsą, a sądzono ofiary, nie zaś najbardziej brutalnych funkcjonariuszy. (127)

Mieczysław MAZUREK.
[…]. Najgorsze zaczęło się, kiedy Internowanych zapędzono do cel, bijąc ich i szczując psami. Najpierw usłyszeliśmy klucz w zamku celi naprzeciwko. Słychać było, jak wyciągają ich na korytarz, uderzenia pałek, szczekanie psów, straszny krzyk i płacz bitych. Potem kolejne cele i tak przeszli do drugiego pawilonu. Stamtąd odgłosy były słabsze, a bliżej – nieustanny jęk pobitych. Etap końcowy – cela po celi, tego pałką w genitalia, tamtego zwyczajnie, przez plecy i kipisz, i towarzyszące szykany. W celach, wymalowanych symbolami “Solidarności”, Internowanych zmuszono do zdrapywania malowideł paznokciami. Przez cała noc, słychać było jęki i wołanie o pilną pomoc medyczną. Ale cele były zamknięte i następnego dnia także. I przez długi jeszcze czas. Do Szpitala odwieziono bodaj tylko jednego. Kilka dni później, byłem tłumaczem ekipy Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Widziałem rozległe ślady pobicia pałkami, powyrywane z głów i bród włosy, zdarte paznokcie. Okaleczonych było ponad sześćdziesięciu.[…].(128)

Z.K. w JAWORZU.
/Zamek piastowski (ponad 700 lat). Od 1945r, podlegał Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego – nazywany „Ubojnią“. Miejsce strasznego terroru i bestialskiego mordy, do którego mógł trafić każdy, kto nie zgadzał się z nowym ustrojem. Trafiali tam także tzw. Żołnierze Wyklęci./.
W Jaworzu siedział Stefan Niesiołowski i Jacek Bierezin. Ojciec Miecznikowski pojechał tam z paczką, dojazd tam był bardzo trudny z przesiadkami. Widzenie tylko ze Stefanem Niesiołowskim, trwało ok.1,5 minuty. Ale dla Stefana, było to spotkanie bardzo ważne. A potem Ojciec poszedł na rozmowę do kapelana tego więzienia. Jak rodziny tam jechały, to pakowało się do samochodu więcej paczek, aby część z nich trafiła do kapelana więzienia, aby mógł te paczki dostarczyć w innym czasie, kiedy nie było możliwe, aby rodziny dojechały, albo gdy Ojciec nie mógł.

/ RELACJA PORZĄDKUJĄCA /.
Dr JERZY KROPIWNICKI
(129)
13 grudnia 1981r, wracaliśmy z Gdańska do Łodzi. Za kierownicą siedział Andrzej Słowik. Zmiana kierowcy nastąpiła koło Zgierza. Mieliśmy tam tzw.“oponę“, więc trzeba było wymienić koło. W tzw. międzyczasie słyszeliśmy słynne przemówienie Jaruzelskiego, a potem także informacje, o zatrzymaniu szeregu członków ekstremy „Solidarności“ i szła lista nazwisk i na tej liście nazwisk również i my byliśmy. Co stwarzało sytuację… przenosiło ją w kategorie absurdalne, ponieważ siedzieliśmy w samo- chodzie, czy też staliśmy na poboczu, wymieniając koło, a z radia szła informacja, że jesteśmy interno-wani. Przejeżdżał tramwaj od strony Łodzi, wobec tego Andrzej pobiegł i zatrzymał tramwaj, najwyraźniej motorniczy go rozpoznał. Odbyli krótką rozmowę, po czym Andrzej wrócił i powiedział, że w Łodzi spokojnie, nie ma żadnych śladów działań milicyjnych, czy wojskowych. Nic się nie dzieje, po prostu sytuacja jak wczesnym rankiem w niedzielę i już. Za nami zatrzymał się „maluch“, w którym jechali działacze z innego Regionu i oni akurat dostali w Komisji Krajowej długo oczekiwany powielacz. To był mały jakiś Region. Nie pamiętam w tej chwili, dokładnie skąd, gdzieś z południa Polski. Też słyszeli te komunikaty radiowe, no i słysząc, że w Łodzi jest w miarę spokojnie, zapytali czy nie mogli-by zostawić tego sprzętu na kilka dni w naszym mieście, bo nie wiedzą, jak ta sytuacja wygląda tam u nich, na miejscu. Powiedzieliśmy, aby jechali za nami. Więc ruszyliśmy do Łodzi. Mieliśmy pokusę zajrzenia do własnych domów, bo jadąc od tamtej strony, najpierw przejeżdżaliśmy w dość bliskiej odległości od mieszkania Słowika, a potem pod oknami mojego mieszkania, ale doszliśmy do wniosku, że jak wejdziemy do domu, to będzie duża strata czasu. Trzeba się najpierw zorientować co się dzieje w Regionie, bo przecież w budynku Zarządu Regionu, pozostawiliśmy dyżurujących pracowników. Wjechaliśmy do centrum miasta ulicą Piotrkowską. I tak jak dziś, nie można było jechać na wprost, więc jechaliśmy równolegle ulicą Zachodnią, Alejami Kościuszki, no i wreszcie trzeba było wjechać w Piotrkowską. Wjechaliśmy w Piotrkowską, skręciliśmy w prawo w kierunku katedry i budynku Zarządu Regionalnego, no i tutaj szok. Na przestrzeni od bramy dawnych Zakładów „Olimpii“, aż do końca pałacyku, który dzisiaj zajmuje Instytut Europejski, a wtedy mieścił się tam Zarząd ZMS, czy ZSMP stały samochody różnej wielkości. Tzn, stały tam wielkie ciężarówy, z osłonami brezentowymi. Były też takie samochody typu „suka“. Były chyba dwa otwarte samochody, wzorowane na „Willysie“. Nie wiem jakiej marki, bo specjalnie się na tym nigdy nie znałem. I przy tych samochodach, od strony ulicy, stali kierowcy i palili papierosy. Na ogół umundurowani. Od czasu do czasu, ktoś z bramy Regionu wychodził, coś wynosił i wrzucał do tych samochodów ciężarowych. Było ewidentne, że dzieje się coś bardzo niedobrego, bo tych samochodów, trudno było ich wtedy liczyć, ale było ich kilkadziesiąt. Zajmowały sznurem bardzo długą przestrzeń, od strony budynku „Solidarności“. Dobrze, że Andrzej Słowik siedział za kierownicą, bo on jest bardzo dobrym i doświadczonym kierowcą, a nawierzchnia tego dnia była nieprzyjazna kierowcom, bo w nocy spadł tzw. „świeży“ śnieg. Czuło się, że samochód tak trochę zachowuje się jak łódź motorowa, pływa. Dobrze, że nie nacisnął na gaz, bo byłoby nieszczęście. Do dzisiaj ta sytuacja, wydaje mi się takim koszmarnym filmem, bo to wyglądało tak, jak czasami na filmie pokazują jakieś straszne zdarzenie i spowalniają tak, że trwa niesamowicie długo. My, w niewielkim tempie, w samochodzie oznaczonym symbolami „Solidarności“, bo to był ten sam „Fiat-125p“, którym jechaliśmy na Zjazd „Solidarności“ kilka miesięcy wcześniej. Miał na sobie naniesione różnego rodzaju oznaki pisane „Solidarycą“. 
I jechaliśmy wzdłuż tego szeregu zadziwionych milicjantów z papierosami w ręku, albo w ustach, patrzących na nas z wytrzeszczonymi oczami. My też na nich patrzyliśmy. I to trwało, trwało, trwało i trwało, aż dojechaliśmy do ulicy, która się dzisiaj nazywa ks.Skorupki. Tam Andrzej skręcił w prawo. Jezdnia tam była dobrze posypana piaskiem i solą, wobec czego przyczepność była dobra, więc Andrzej nacisnął na gaz. Było pytanie, co tak na prawdę się dzieje? Czy to rodzaj takiej prowokacji w stylu „Bydgoskim“, ściśle skoncentrowanym na jednym obiekcie, czy coś o wiele szerszego.
Postanowiliśmy zapytać się członków „Solidarności“ w najbliższym Szpitalu [im.„M.Pirogowa“]. Tam była bardzo silna Komisja Zakładowa. Tam też pracował jeden z członków Zarządu Regionalnego dr. Marek Edelman. Zajechaliśmy pod szpital. Andrzej wyskoczył zza kierownicy, pobiegł do szpitala, aby się zorientować, co się dzieje. Wrócił za chwilę i powiedział, że tak na prawdę, to oni nic nie wiedzą, za wyjątkiem tego, że postawiono ich w stan gotowości medycznej, zawsze wtedy, kiedy spodziewano się w mieście większych zamieszek, czy strajków. Taki stan, podwyższonej gotowości. A drugie ważne stwierdzenie było, że tych lekarzy których znaliśmy jako działaczy „Solidarności“, a także tych członków personelu pomocniczego, w pracy nie było.
Zrozumieliśmy, że sytuacja jest poważna i wobec powyższego w okolice Regionu nie należy wracać i ustaliliśmy, że do poniedziałku trzeba będzie jakoś tam przetrwać. Umówiliśmy miejsce spotkania na poniedziałek. Doszliśmy do wniosku, że w takiej sytuacji na władzy może zrobić wrażenie tylko to, jeżeli Związek w całym kraju zareaguje dokładnie w ten sam sposób, czyli w taki sposób, jaki ustaliła Komisja Krajowa w przypadku wprowadzenia Stanu wyjątkowego. O Stanie Wojennym się nie mówiło, bo to się wydawało absurdalne. Stan Wojenny łączył się nam w wyobraźni – mówię o Związku w całości – z działaniami wojennymi, a nie z próbą stłumienia napięć wewnętrznych. Oceniliśmy, że jest to właśnie sytuacja analogiczna do tej o której mówiły Uchwały Komisji Krajowej, i że wobec powyższego trzeba ogłosić Strajk Generalny, że trzeba, tak jak to się w „Solidarności“ zwykle działo, przejść do Strajku Okupacyjnego, znajdując w jakimś z większych zakładów twierdzę dla takiego strajku. To ustaliliśmy w samochodzie. I następnie ustaliliśmy, że nie będziemy mówili, gdzie każdy z nas będzie przechowywał się do następnego dnia. Kierowca od razu gdzieś poszedł, bo nie było powodu, aby go w te wszystkie rzeczy wtajemniczać. Jechaliśmy z Gdańska z kierowcą, ale właśnie już od Łęczycy, jako kierowca, jechał Andrzej. Kierowcą był łodzianin i był etatowym pracownikiem Zarządu Regionalnego. Wszystkie rozmowy prowadziliśmy bez jego obecności. Nie dlatego, żebyśmy nie mieli do niego zaufania, ale uważaliśmy, że im mniej ludzi wie, tym lepiej. W każdym razie rozmawialiśmy we trzech, bo w samochodzie, było nas trzech członków Komisji Krajowej. Oprócz nas był Włodzimierz Bogucki.
Czwartym członkiem Komisji Krajowej był Grzegorz Palka, ale on został w Gdańsku. W Gdańsku też została pani dr Maria Dmochowska, która członkiem Komisji Krajowej nie była, ale która pojechała tam na spotkanie „Solidarności Służby Zdrowia“. Z nami nie wracała. Włodzimierz Bogucki doszedł do wniosku, że on zostaje po tej stronie ulicy Piotrkowskiej, bo tutaj ma możliwości przechowania się. Natomiast, zarówno Andrzej jak i ja, mieliśmy podobne możliwości. po drugiej stronie Piotrkowskiej. Postanowiliśmy przejechać na drugą stronę Piotrkowskiej tyle, że jak zawinęliśmy od strony szpitala „Pirogowa“ w kierunku Piotrkowskiej i zbliżaliśmy się już do ulicy, jak nam się wydawało w bezpiecznej odległości od tamtej karawany samochodów, to przed nami zaczęła się przesuwać kolumna tych samochodów, które przedtem widzieliśmy pod budynkiem Zarządu. Zatrzymaliśmy się oczywiście w głębi ulicy i czekaliśmy aż przejadą. Do skrzyżowania mieliśmy co najmniej 100 metrów, może więcej. Poczekaliśmy, jak cała karawana nas minie. Wolniutko podjechaliśmy do skrzyżowania i okazało się, że z prawej strony jest zupełnie czysto. W perspektywie ulicy nie było widać, ani jednego samochodu. Żadnego. Również samochodów prywatnych nie widzieliśmy. Żadnych. Z lewej strony natomiast, widzieliśmy ostatnią ciężarówkę z takim białym kołem na klapie. I widać było, że znikają gdzieś w perspektywie Piotrkowskiej, chyba skręcały w ulicę Mickiewicza w lewo, żeby dojechać do Zachodniej. Wobec tego postanowiliśmy przejechać jeszcze raz pod budynkiem Zarządu Regionu wiedząc, że skoro tam nie ma blokad na jezdni, ani nie ma żadnych samochodów, to praktycznie biorąc, jest nieprawdopodobne żeby ktoś z nas, mógł być tam wbrew naszej woli zatrzymany. Przejechaliśmy jeszcze raz pod budynkiem Regionu „Solidarności“. Robił wrażenie pustego. Postanowiliśmy zobaczyć, co tam się tak na prawdę dzieje. Jednocześnie wyszedł z bramy któryś z naszych pracowników.

Dowiedzieliśmy się, że milicja była gdzieś od piątej rano i że bardzo metodycznie otwierali kolejne pokoje, zabierali wszystkie dokumenty jakie się tam znajdowały, każdy kawałek papieru. Przy pomocy specjalnego sprzętu, wyświdrowywali zamki w szafach i wypróżniali wszystko i w dosyć uporządkowany sposób znosili to na dół i ładowali na ciężarówki. Pracownikom kazali siedzieć w jednym z pokoi. I tak to trwało, aż w pewnym momencie zaczęli się bardzo spieszyć. I po prostu, bardzo szybko –  już nie w takim porządku –  co złapali, to wrzucili do samochodów. Powsiadali w nie, i ta kawalkada ruszyła. Krótko mówiąc, mniej więcej w tym momencie, kiedy dostali sygnał, że widziano nas pod budynkiem, musiała zapaść decyzja z ich strony o opuszczeniu budynku. Sprawdziliśmy, co zostało. Okazało się, że zostały nienaruszone maszyny drukarskie, zostały zapasy papieru, nie naruszono także dość sporych zapasów wydawnictw bezdebitowych. Zostało także trochę sprzętu nagłaśniającego, chociaż jak to się mówi, dla fachowca to było duże wyzwanie, bo te wszystkie tzw.znaczniki, się nie zgadzały. Ale, jeżeli ktoś potrafił to dobrze połączyć, to można się było tym posługiwać, chociaż głos nie był czysty i były tam łomoty i piski. Ale jakoś tam jeden z pracowników okazał się zdolnym pod tym względem i zdołał to tak zmontować, że nie było problemu.
Okazało się także, że jest duży zapas przygotowywanych przez nas, na rocznicę roku 1970, biało-czerwonych flag z czarną krepą, więc kazałem wstawić dwa głośniki w oknie, krepę na sztandary i wywiesić z każdego okna. Budynek zaczął się szybko zapełniać, bo przybiegali członkowie rodzin osób, które były w nocy internowane, oraz niektórzy członkowie Komisji Zakładowych z zapytaniem:- Co robić?.. I tu, już wiedziałem, że jest to koniec, jeśli chodzi o moje plany ucieczki. Po pierwsze: takie bardzo złe wrażenie miałem w momencie, kiedy zdecydowaliśmy się wejść do gmachu. Po dzień dzisiejszy uważam, że to były moje najdłuższe schody w życiu. W głowie coraz wyraźniej tworzył się obraz tego, co może być, nawet trochę przesadny. W każdym razie, określenie Stan Wojenny zaczęło organizować moją podświadomość. I tak, idąc po tych schodach myślę sobie: – Kropiwnicki jeśli rzeczywiście byłeś w czepku urodzony –  co podobno jest faktem historycznym – no to, będziesz miał szczęście, jeżeli zostaniesz stąd wyprowadzony w kajdankach na rękach, a jeżeli nie…
Ale trudno, człowiek który został wybrany i któremu powierzono odpowiedzialność, tej odpowiedzialności musi sprostać. Jeszcze miałem nadzieję, że po tym oglądzie pomieszczeń stwierdzimy, że nie ma właściwie czego szukać i zrealizujemy nasze poprzednie plany. A tu z jednej strony jest sprzęt nagłaśniający, są maszyny drukarskie i mnóstwo papieru, a z drugiej strony przychodzą ludzie, którzy powinni wiedzieć, co mają robić, bo przecież Uchwały Komisji Krajowej sam rozpowszechniałem wcześniej w milionowych nakładach, w różnego rodzaju ulotkach i biuletynach. Tymczasem, jest taka sytuacja pod tytułem: „Co my mamy robić?“. No to, zdawałem sobie sprawę, że po raz drugi w historii „Solidarności“ zdarza się taka sytuacja, po raz pierwszy w konflikcie, gdzie ludzie prawdopodobnie ze strachu, czy z lęku, wynikającego z poczucia odpowiedzialności chcieliby, żeby decyzję za nich podjął kto inny. I to nie taką, żeby ona była później podjęta, ale taką, która zostałaby podjęta w tej chwili. Wobec tego poszedłem do Andrzeja Słowika, który w tym czasie rozmawiał z rodzinami, które przychodziły do niego, czy to skarżyć się, kogo aresztowano, czy takich, którzy pytali, co mają robić, i jak to ma wyglądać. Powiedziałem wtedy:- Jest absolutna konieczność wydania ulotki, bo inaczej tego wszystkiego nie opanujemy i wobec tego siadam i piszę.

 Łódź, dnia 13.12.1981r.
DO WSZYSTKICH MIESZKAŃCÓW ZIEMI ŁÓDZKIEJ
Dziś w nocy stała się w historii naszej Ojczyzny rzecz bezprzykładna:- Rząd wypowiedział wojnę Narodowi. Uczynił to w 11 rocznicę podobnej decyzji, decyzji która rozpoczęła tragedię i zbrodnię Grudnia 1970. Decyzję podjęli przedstawiciele tej samej władzy, która pod pomnikiem Ofiar w Gdańsku ślubowała Narodowi, że już nigdy więcej…Ten sam Rząd, który nadal zwodzi naród deklaracjami gotowości zawarcia Porozumienia Narodowego.
W nocy, oddziały ZOMO, MO i SB rozpoczęły aresztowania wśród działaczy NSZZ“Solidarność“. W aresztach osadzeni zostali prawdopodobnie prawie wszyscy członkowie Prezydium Zarządu Regionalnego Ziemi Łódzkiej. Do godziny 10:00 w niedzielę, na wolności przebywali Andrzej Słowik i Jerzy Kropiwnicki, którzy w czasie akcji aresztowań znajdowali się w drodze z Gdańska do Łodzi, oraz Kazimierz Bednarski i Ireneusz Kuzan. Aresztowaniami objęto członków Zarządu Regionalnego oraz przewodniczących komisji zakładowych. Oddział ZOMO wtargnął do budynku MKZ, zagarnął wszystkie druki i dokumenty, maszyny do pisania, radioodbiorniki, telewizor i magnetofony. Ogołocone zostały nasze tablice informacyjne. Od północy nieczynne są telefony i telexy. Oczywiście, ta akcja nie zdoła sparaliżować naszego Związku. Nie zdoła zastraszyć naszego Narodu i rzucić go na kolana.
Od 7:15 istnieje Międzyzakładowy Komitet Strajkowy Ziemi Łódzkiej.
MKS Ziemi Łódzkiej zarządza:
1/ Powołać natychmiast Zakładowe Komitety Strajkowe we wszystkich zakładach pracy. W razie ich aresztowań – powoływać następne.
2/ Rozpocząć powszechny strajk zgodnie z instrukcjami Zarządu Regionalnego z marca 1981 roku, od godz.9:00 14 grudnia.
Domagamy się:
1/ Natychmiastowego uwolnienia aresztowanych.
2/ Cofnięcia decyzji o proklamowaniu stanu wojennego.
3/ Zwrotu zagrabionego mienia i dokumentów oraz wynagrodzenia strat.
4/ Zaprzestania zbrodniczej polityki konfrontacji z Narodem.
Strajk trwa do skutku. Odwołać go może jedynie Prezydium Zarządu Regionalnego w pełnym składzie, przed kamerami IV Ośrodka Łódzkiego.
Wzywamy władzę do rozsądku. Metodami gwałtu i przemocy Narodu Polskiego do uległości zmusić się nie da. Kto z naszym Narodem chce osiągnąć uczciwe Porozumienie – musi go traktować uczciwie i z szacunkiem. Potrafimy ponieść cierpienia, aby Polska była Polską. Jest nas 10 milionów.
Jeszcze Polska nie zginęła!
Andrzej Słowik    Jerzy Kropiwnicki

Gdzieś grało radio, a w małym telewizorku szły kolejne kawałki programu o stanie wojennym, że jakiś WRON został powołany. A to, o wyciągniętej ręce, jakieś listy ekstremistów, a jeszcze ktoś tam coś oświadczał. No… i napisałem jedną stronę tej ulotki.
Można powiedzieć, że zostało użyte tam zdanie, które przeszło do historii:- „Dziś w nocy stała się w historii Ojczyzny rzecz bezprzykładna: Rząd wypowiedział wojnę Narodowi“.
W pokoju w tym czasie, już było chyba z pięciu, albo sześciu członków Zarządu, w tym znalazł się znowu Włodek Bogucki, który miał się schować i nie wiadomo po co tam się pojawił. Doszedłem do wniosku, że dla dobrego skutku wystarczą dwa podpisy, pozostali niech próbują  przetrwać i nie powinni być w sposób wyraźny sygnatariuszami tego, tym bardziej, że nie chodziło tutaj o uchwalenie jakiejkolwiek Uchwały, tylko o przypomnienie, co zostało przez władze Związkowe wcześniej na taki przypadek postanowione. Podpisałem. Andrzej podpisał i zaniosłem to pismo-odezwę do drukarni na parterze, gdzie przebywało z pięć, sześć osób [ w tym: Piotr Lisiewski- drukarz]. W niedługim czasie, było już tych ulotek ponad 10 tysięcy. Jednocześnie zarządziliśmy, że mają być wydawane ludziom za darmo, bez żadnych ograniczeń, wydawnictwa bezdebitowe, no i wszystkie zapasy. Także wszystkie inne druki, czy to były stare wydawnictwa tygodnika „Solidarność“, czy jakieś wydawnictwa Zjazdowe, wszystko to  wydawaliśmy ludziom bez ograniczeń, przez okno, na parterze. I to tak trwało, nie wiem, chyba z godzinę. Ludzie się gromadzili przed całym budynkiem. Był już duży tłum ludzi. Wydrukowaną ulotkę dałem do odczytania przez głośnik, ale kolega, [mec. Marek Markiewicz] któremu ją dałem, nie bardzo sobie radził z tym sprzętem i nawet ja, stojąc niedaleko od głośnika nie rozumiałem, co on mówi. Był przyzwyczajony  do sprzętu wysokiej jakości, więc wziąłem mikrofon i przeczytałem tę ulotkę tak, żeby ona była czytelna, oddzielając poszczególne wyrazy i poszczególne zdania. To było czytelne. Po reakcji tłumu tam na dole było słychać, że każde słowo dobrze dociera do ludzi. Potem mówię do niego – No… to teraz spróbuj w ten sposób. Sam widzisz, że to nie jest ani radio ani telewizja, tylko zestrojony sprzęt, taki jaki nam się udało reaktywować.
Zostawiłem tam tę ekipę, która dawała nagłośnienie, kazałem zostawić część ulotek dla potrzeb zgłaszających się Komisji Zakładowych, a resztę po prostu rozdawać ludziom. Nie rzucać, tylko rozdawać. Mieliśmy świadomość, że jak się rozrzuci, to część w tym śniegu się zniszczy. Członkowie Komisji Zakładowych także je brali, m.innymi; wziął także paczkę takich ulotek Longin Chlebowski, który był wtedy szefem Komisji Zakładowej w MPK i który zapewnił rozrzucanie także tego po mieście. Nie wiem, czy tego samego dnia to zrobił, w późniejszych godzinach, czy następnego dnia rano. W każdym razie, to już jego trzeba zapytać, jak to się odbyło. W sumie, było nas w lokalu z sześciu członków Zarządu, może nawet siedmiu i gdzieś z dziesięciu różnych ludzi, którzy byli w bliskim kręgu Prezydium Zarządu, jak np. mec. Rafał Kasprzyk, który był doradcą Prezydium Zarządu Regionalnego z którym zresztą rozmawialiśmy na temat tego, co on, jako prawnik, jest w stanie powiedzieć na temat tego Stanu Wojennego. Jego zdanie było takie, że mamy do czynienia z jakąś bezprawną awanturą, która ma wszelkie cechy zamachu stanu, gdyż nie spełnia po prostu kryteriów prawnych, jeżeli chodzi o proklamacje Stanu Wojennego.
W pewnym momencie jeszcze poszedłem do innego pomieszczenia i kazałem tam zamknąć drzwi. Nagrałem na kasetę dwudziestoparominutowe przemówienie. Jak skończyłem nagrywać, dałem je do odtwarzania, na przemian z tamtą ulotką. A tam w międzyczasie, przez to samo okno, już całą akcją dyrygował nasz Komisarz Strajkowy, który niestety później bardzo źle się spisał, Marek Burski [podpisał „lojalkę“]. Na przemian puszczał kasetę, czytał ulotki, intonował pieśni i w ogóle był bardzo aktywny. Przyjechała karetka pogotowia z panią dr [Anną]Jakuszewską. Pani doktor podeszła do mnie i powie-działa: – Przyjechałam, aby Pana zabrać i przechować.

– Dziękuję bardzo, ale do prowadzenia dalszej walki, a w szczególności, jeżeli trzeba kierować strajkiem, to do tego lepiej nadaje się Andrzej Słowik. Co do mnie, to owszem, ale proszę najpierw jego schować, a ja tu mam, jeszcze parę rzeczy do zorganizowania. Jak zorganizuję wszystko, to też chętnie będę się ewakuował. Na razie póki ten tłum, póki ludzie tutaj przychodzą, to nie bardzo mogę to zrobić.
Ona uznała, że to jest słuszne.
– Wobec tego, przyjadę ponownym kursem.
Poszedłem do Andrzeja i przekazałem mu, że jest taka sytuacja. Andrzej zaczął się pakować. I w tym momencie, mój przyjaciel Rafał Kasprzyk mówi:- Andrzej, jeżeli stąd wyjdziesz, to ludzie powiedzą, że uciekłeś jak szczur z tonącego okrętu.
– Oczywiście…:(130)
Andrzej ma bardzo silnie rozbudowane poczucie godności. Kurtka z powrotem na wieszak i jak by było mało tego, to zdjął buty, założył papcie i siadł za biurkiem. A to był ostatni moment, w którym mógłby stamtąd wyjechać. Straciłem następnie pół godziny, aby go o tym przekonać. Najpierw obrugałem Rafała, że się tutaj wygłupia, że tu chodzi o dalszą walkę, a nie ucieczkę z pola bitwy. I że do tego, aby  prowadzić ten symboliczny opór na miejscu, to wystarczy, że ja jestem tutaj, a wszyscy inni, powinni się czym prędzej stamtąd ewakuować, szczególnie te osoby, które mają jakieś znaczenie w swoich zakładach pracy i odliczyć się jutro w zakładzie pracy. I robić to, co w ulotce jest napisane i że bardzo proszę, żeby nie próbowano nas zastępować w kierowaniu akcją. Ustalenie jest takie: ja zostaję tutaj, póki będzie można. Ci, którzy są z Komisji Zakładowych, mają stąd zniknąć. A ci, którzy są członkami Zarządu, mają się stąd ewakuować. Andrzej ma się ukryć, takie są wyraźne dyspozycje i proszę się w to nie mieszać. I to zostało przyjęte. Ale niestety, w tym momencie dostaliśmy wiadomość z dołu:- „Sierżant Garsija“ pałą rozbija tablice informacyjne na zewnątrz budynku!

Za chwilę przeszliśmy na drugą stronę pokoju – bo my byliśmy w pokoju w którym okna wychodziły na podwórze – więc przeszliśmy na tę stronę od ulicy, aby zobaczyć, co się dzieje. Okazało się, że od strony pl.Wolności nadjechała kolumna samochodów, z której wysypują się milicjanci, a pod bramą budynku, gromadzi się taka grupa ludzi w czapeczkach narciarskich, mających w ręku, jakieś różne przedmioty, które nam się wydawały, raczej mało milicyjnym sprzętem. Ktoś krzyknął:- Widzę siekierę!.. A ktoś inny:- Widzę łom!… No i, za chwilę oni rozchylili skrzydła bramy, bo skrzydła te były tylko przymknięte. Rozepchnęli tę bramę i na schodach usłyszeliśmy tupot, a pokój w którym byliśmy, coraz bar-dziej zapełniał się ludźmi. Po czym w pokoju w którym urzędował Andrzej Słowik, pojawił się wojsko-wy, w stroju moro, w stopniu kapitana. A z nim, jeszcze kilku, trudno powiedzieć, czy to byli tylko wojskowi, bo moro wojskowe i milicyjne były do siebie bardzo podobne. Wszyscy z „kałaszami“. Przy nim, jakiś cywil, który podszedł do Andrzeja i oznajmił:- Koniec tego działania, ma obywatel opuścić lokal razem z nami.
– Jestem u siebie w pracy – odrzekł Andrzej ze spokojem w głosie: – A jeżeli pan ma jakiś interes, to niech najpierw się wylegitymuje i poda przyczyny, dla których się tu znalazł, bo ja pana i jego kolegów tutaj nie zapraszałem.
Ja w tym czasie stałem obok, bo kiedy oni wpadli, to nas porozdzielali. Stałem w jednym miejscu, blokowany tam przez dwóch, czy trzech funkcjonariuszy, a Andrzej za biurkiem blowany od reszty przez dwóch, czy trzech uzbrojonych funkcjonariuszy. Pozostałych, zgromadzono pod ścianą i też izolowano od reszty. I tutaj, zupełnie jak w komicznym filmie; raptem do pokoju sekretariatu, nie wiem jakim sposobem, wtargnął Wojciech Mantaj z aparatem fotograficznym i spytał:- Czy mogę robić zdjęcia?.. Ten cywil odwrócił się do niego, wziął ten aparat za obiektyw – a to był bardzo porządny aparat – i po prostu palnął tym aparatem o ziemię. I to była dla mnie, mniej więcej odpowiedź. Chyba Mantaj w tym momencie zrozumiał, co tak na prawdę się dzieje. Następnie, zaczęło się wyprowadzanie nas z lokalu, przy czym, mnie wyprowadzono jako przedostatniego. Przede mną z boku i za mną, byli funkcjonariusze z „kałaszami“. W sumie szedłem, jak to się mówi, w takim czteroosobowym „kokonie“. Zszedłem stamtąd jako przedostatni, a za chwilę do tego samego samochodu sprowadzono Andrzeja. To był samochód w którym mieściło się kilkanaście osób, w tym żona Andrzeja Słowika. Jadąc później tym samochodem żartowaliśmy, że nareszcie ma możność widzenia się z mężem. Jechaliśmy dosyć długo i pewnym momencie samochody stanęły i okazało się, że jesteśmy na dziedzińcu ul.Lutomierskiej. Słyszeliśmy, że pozostałe samochody, w których też było mnóstwo ludzi, są tam rozładowywane i że milicjanci pokrzykiwali:- Szybciej, szybciej! Bieg, bieg! Ruchy, ruchy!… I takie tam okrzyki. Po czym, z naszego samochodu zaczęli wyjmować ludzi, ale już pojedynczo. Wzięli Marka Burskiego, potem wzięli Marka Markiewicza, więc w tym momencie mówię do Andrzeja:- Oni będą chcieli tutaj zmontować jakiś program, ale pamiętaj, żeśmy w ulotce napisali, że tylko w takich warunkach, kiedy będziemy mieli możliwość swobodnej wypowiedzi, a tutaj, nie jest na to miejsce. Będę z milicjantami robił program telewizyjny?…Kiwnięcie głowy Andrzeja, zbiegło się ze słowami wypowiedzianymi z ekspresją przez Rafała Kasprzyka:- Jeżeli o mnie chodzi, to podpiszę wszystko, co mi dadzą do podpisania i spier… Biorę się do roboty podziemnej  – czy jakiejkolwiek  – do protestu, do strajku.
To pierwsze pojęcie, wtedy jeszcze nie istniało, myślało się o organizowaniu strajków. Doszliśmy z Andrzejem do wniosku: że nie ma mowy, my niczego nie podpiszemy, nie ma takiej możliwości. No to Rafał, chwilę pomyślał i powiedział:- Wy jesteście osoby symboliczne, a ja nie.
Znowu to tak trwało, że nas po kolei stamtąd wypraszano. Wyszedłem przedostatni, Andrzej po mnie. W gmachu Wojewódzkiej Komendy przebywałem w różnych pokojach. W pewnym momencie, byłem w takim pokoju, który wydawał mi się czymś na kształt katafalku. To znowu w jakimś pomieszczeniu, gdzie dziesięć stóp było od ściany do ściany. Dlaczego mnie tak przemieszczano, nie mam pojęcia. Wreszcie zaprowadzono mnie do gabinetu, gdzie siedziało dwóch „cywili“. Zaproponowali podpisanie „lojalki“. Odmówiłem. Poinformowali, iż została podjęta decyzja o internowaniu mnie. Pierwsze wezwanie dostałem do gabinetu, w którym był prok.Zygmunt Tomżyński. Od razu powiedział, że będzie pro-wadził przesłuchanie, oraz, że zmienił się mój status z internowanego na tymczasowo aresztowanego. Przedstawił mi taki kwestionariusz przesłuchania, wypełnił dane osobowe, po czym odczytał dość monotonnym głosem:- „ Poinformowany, o prawie odmowy do składania zeznań… Oświadczam że… itd.
A ja oświadczyłem, że będę składał zeznania tylko w obecności mojego adwokata. Formuła z kryminalnych filmów amerykańskich.
– To znaczy się… Odmowa zeznań?
– Powiedziałem, co powiedziałem.
– No, to tak zapiszę. To proszę to podpisać.
I na tym to się skończyło. Odprowadzono mnie do celi i za kilka godzin wezwano mnie z całym ceremoniałem ponownie.
Słychać było:- Góra!, Dół !… Jakieś takie okrzyki:- Idzie!.. Dawaj!..
Przeprowadzono mnie po schodach, prowadzono jakimiś korytarzami, istny labirynt.
…- „ Przyprowadzono mnie z „dołka“…, z ciemnej i brudnej nory do jasnego, czystego, normalnego biurowego pokoju. Zarośnięty, nieświeży, ze zmrużonymi od blasku jasnych żarówek oczami. […].(131)
Siedziało tu dwóch panów: przedstawili się jako vice-prokuratorzy wojewódzcy. Kazano mi siadać na krześle, wtedy funkcjonariusze wyszli. Oprócz dwóch vice-prokuratorów – Zygmunta Tomżyńskiego {Wojciecha] Ekierta był Aplikant, młody chłopak.
No i zaczęli ubolewać, że to tak wszystko się źle skończyło, a mogło się skończyć lepiej, po czym oświadczyli, że oni tutaj wezwali mnie na zapoznanie się z aktami sprawy, ponieważ przeciwko mnie będzie skierowane oskarżenie i będę miał proces karny.
– Podjęta została decyzja o aresztowaniu pana. Chyba, że podpisze pan dokument, który zaraz przedstawimy.

Wtedy jeszcze nie miałem żadnego doświadczenia więziennego, więc nie zażądałem żadnego długopisu, ani ołówka, ani kartki, tylko próbowałem pamięciowo opanować, co tam takiego było. Czytałem akta sprawy: tekst ulotki, zeznania świadków, akt oskarżenia. Panowie prokuratorzy cierpliwie czekali.Były zeznania niektórych osób, które z nazwiska znałem. Niektóre z nich, wzbudziły mój niesmak i zdziwienie, bo były to zeznania osób albo przestraszonych bardzo, albo współpracujących, którzy wszystko wiedzieli, wszystko widzieli. A w szczególności zwróciły u mnie uwagę zeznania jednej z osób, której zupełnie nie znałem. Ten człowiek pisał, że przyszedł do znajomego, jakiegoś tam pana Marszała, który pracował gdzieś w poligrafii i ten człowiek, którego w żaden sposób nie kojarzyłem, wszystko widział, wszystko wiedział. I od razu wiedział o co chodzi. Wiedział, że jest Stan Wojenny, wiedział jakie przepisy w tym Stanie Wojennym obowiązują i wiedział, że my je świadomie łamaliśmy. Można powiedzieć, świadek obdarzony panoramicznym oglądem sytuacji i zdolnością bilokacji, ponieważ wiedział, co się dzieje na poszczególnych piętrach tego budynku i miał na dodatek dużą swobodę obecności w gabinecie Przewodniczącego Słowika, drukarni i wszędzie. Bardzo bogate zeznania. Były także zeznania niektórych kolegów z Prezydium Zarządu Regionalnego, co było dla mnie przykrą konstatacją. Odnotowałem, że to kolejna taka przykra sprawa, bo w dzienniku „Głos Robotniczy“, który nam dano na chwilę do ręki w łęczyckim więzieniu, znajdowało się także oświadczenie, Marka Burskiego, człowieka, który był Komisarzem Strajkowym Zarządu Regionalnego i który w znacznej mierze kierował tamtą akcją pod budynkiem, w sensie technicznym. To on tam uruchamiał odtwarzanie nagrań, on wręczał mikrofon temu, kto miał czytać ulotkę, czasami sam ją czytał, intonował pieśni patriotyczne. A w ogóle uchodził w „Solidarności“ za czołowego radykała. Takie jego ulubione zdanie, które wygłaszał przy każdych okazjach, kiedy myśmy się zastanawiali, w którym momencie akcję wyhamować, bo może być niebezpieczna dla ludzi, bo możemy sprowokować uderzenie sił milicyjnych w Zakładzie, który nie ma specjalnie możliwości obrony, to on zawsze mówił: – Co…, już u was „gaciuwa“? A tutaj okazało się, że to był biedny chłopak, którego starzy wyżeracze z KOR-u, KP-u, ROPCiO, chcieli wyprowadzić na manowce i on teraz zrozumiał, co za fatalna ścieżka przed nim była i on wobec powyższego chce żyć i apeluje o przerwanie wszelkich strajków i akcji protestacyjnych… “Jako były komisarz strajkowy Zarządu Regionalnego NSZZ „Solidarność“ na teren regionu łódzkiego, zwracam się do wszystkich moich kolegów związkowców, do wszystkich ludzi, którzy gotowi są wysłuchać mojego oświadczenia…Teraz, gdy obowiązuje stan wojenny, chcę powiedzieć, że nie wezmę na swoje sumienie odpowiedzialności za życie i zdrowie ludzi, za narażenie ich na skutki przeciwstawiania się władzy. Chcę pomóc wszystkim skołowanym ludziom, którym brakuje wyobraźni, co może się zdarzyć, którzy myślą, że ciągle jeszcze coś jest na niby…
Ale od chwili powstania naszego Związku, zaczęli się kręcić wokół niego różni ludzie. W Łodzi do Zarządu Regionalnego przychodzili z KOR, KPN, ROPCiO… Gdy odmówiłem użycia swego nazwiska, na przykład nie chciałem należeć do założycieli Korowskich Klubów Samorządnej Rzeczypospolitej, ludzie ci przestali utrzymywać ze mną jakiekolwiek kontakty. Pamiętam, jak członek KOR, Józef Śreniowski, obiecywał, że powymiata z Zarządu Regionalnego wszystkich, którzy nie chcą robić tego, czego chce KOR. Teraz rozumiem, że chcieli oni nasz związek wykorzystać dla siebie, że po naszych plecach chcieli wspinać się po władzę…Dziś widzę, że dalej wielu z tych, którzy chcą walczyć z władzą, wykorzystuje do tego związkowców. Oni podburzają do strajków, wychodzenia na ulicę…Koledzy, wzywam was do rozwagi i do zrozumienia sytuacji w jakiej znajduje się Polska. Wierzę, że większość z was myśli podobnie i dlatego zdecydowałem się na napisanie tego oświadczenia. Łódź, dnia 19 grudnia 1981r. Marek Burski.(132).
Cała ulotka wskazywała na dobre pióro dziennikarskie, tak jak dobry dziennikarz usiłuje się wcielić w robotnika i potem dowiedziałem się, że rzeczywiście jeden z łódzkich dziennikarzy to zredagował, a Marek Burski bez jakichkolwiek kłopotów to podpisał. To wtedy, kiedy nas na dziedzińcu na Lutomierskiej wyciągnięto z samochodu i zamknięto tam, przed wywózką do Łęczycy. Dlatego jego nie było wśród osób wywiezionych do Łęczycy.
Tzw. „lojalka“ podpisana przez Marka Burskiego.
…Łódź, dnia 13.XII.1981. Burski Marek, Łódź ul. […].

OŚWIADCZENIE
Ja, niżej podpisany oświadczam i zobowiązuję się do zaniechania wszelkiej działalności szkodliwej dla Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, w szczególności do przestrzegania obowiązującego porządku prawnego.(133)                                                                                                                      Burski Marek

W tym dokumencie, który dostałem do przeczytania, były różne zeznania na temat: co my robiliśmy, a czego nie robiliśmy, no i na sam koniec był sformułowany zarzut, w którym było napisane, że jestem oskarżony z Dekretu o Stanie Wojennym, art.46.1.2. Nie było informacji na temat wysokości wyroku, więc jak to już przejrzałem, spytali czy sobie jeszcze tutaj czegoś życzę… Powiedziałem, że mam kilka pytań, ale czy mógłbym prosić o szklankę wody. I w tym momencie wyszedł aplikant, po tę wodę…Proszę, jakieś pytania?…Tak. Pierwsze moje pytanie: o co chodzi w tym Dekrecie o Stanie Wojennym i w tym konkretnym artykule, bo nie wiem, nie znam. No, tak…Dekret o Stanie Wojennym został przyjęty przez Radę Państwa, i on w tej chwili jest dobrze znany. Art.46 mówi o kontynuowaniu działalności związkowej w warunkach Stanu Wojennego. Punkt pierwszy mówi o kierowaniu akcją protestacyjną, punkt drugi o organizowaniu akcji protestacyjnej, albo odwrotnie. W każdym bądź razie, jeden z nich mówił o organizowaniu, drugi o kierowaniu. Przeczytałem ten dokument. Moje podstawowe zastrzeżenie do tego dokumentu brzmi tak:- Sugeruje się, że prowadziłem działalność nielegalną, kiedy działałem zgodnie z wszelkimi zasadami prawa, bo „Solidarność“ była organizacją legalną. Całość jej działania była legalna, bo było to zgodnie i z prawem polskim i z konwencjami międzynarodowymi…

– „…Ma pan jeszcze jakieś pytania? Proszę pytać, panie Kropiwnicki, proszę pytać, panie doktorze. Te artykuły?.. To z Dekretu obejmującego przepisy karne stanu wojennego. 46.1., mówi o kontynuowaniu działalności związkowej. 46.2., o kierowaniu akcją protestacyjną. Zagrożenie? (spoglądają na siebie, smutnie kiwają głowami). Proszę zrozumieć. Nie będziemy panu stwarzać fałszywych nadziei..Zbyt wiele szacunku..Panie doktorze, proszę zrozumieć, stan wojenny, to rodzaj terapii wstrząsowej dla społeczeństwa. Bardzo ostrej terapii. To może wymagać także ostrych kar. Bardzo ostrych. Proszę zrozumieć, panie doktorze. Na dzień dzisiejszy – to oczywiście może się zmienić, ale na dzień dzisiejszy, to tak na 99 procent – będziemy musieli domagać się kary śmierci…“.(134)
W momencie, kiedy on to wypowiadał, wszedł ten Aplikant ze szklanką wody i połowa szklanki mu się wychlapała, ze względu na emocje jakie tutaj poczuł. Widocznie się tego nie spodziewał. W każdym razie wyglądało na to, że jest bardziej zszokowany niż ja.
– … I to bardzo prawdopodobne, że taki wyrok zapadnie. I zostanie w krótkim terminie wykonany. Pan rozumie: społeczeństwo musi przeżyć wstrząs. Terapia szokowa...
Coś jeszcze mówią, nie słyszę ich. Wierzę im. Uwierzyłem im. Są zmartwieni, jest im przykro […]. Gdyby powiedzieli mi to w śledztwie, traktowałbym to jako grę. Jako pogróżkę, której celem jest „zmiękczenie“ mnie, wymuszenie jakichś zeznań, może nawet wymuszenie podpisania jakiegoś parszywego oświadczenia – takiego, jakie podpisał nasz komisarz strajkowy Marek Burski. Ale śledztwo już się skończyło. Akta podpisane i oddane. Koniec sprawy. Teraz już tylko sąd. Oni nie mieli już żadnego interesu do mnie. Uwierzyłem, uwierzyłem i ze zdziwieniem stwierdziłem, że nie wzbudza to we mnie paniki. Pierwsza myśl: -Jak to dobrze, że nie dwa lata wcześniej. Człowiek musi kiedyś umrzeć. Gdyby zdarzyło się przed 1980 – jakoś głupio. Żył, umarł – nic. Ani życie specjalnie ciekawe. A tak – nażyłem się przez półtora roku! Boże, jak ja się nażyłem! Czułem, że żyję! Te kilkanaście miesięcy warte są takiej ceny. I taka śmierć. Ona może się przydać. Może posłużyć sprawie, dla której żyłem…Później, gdy już wiedziałem, że wyroku śmierci nie będzie, wielokrotnie wracałem do tej rozmowy. I utwierdziłem się w przekonaniu, że rozmawiali ze mną szczerze. Że wariant „społecznej“ terapii rzeczywiście był (przynajmniej dla nich) realny![…].(135) Wypiłem tę szklankę wody.

– Czy coś jeszcze, panie doktorze?

– Więcej pytań nie mam.…Bałem się bicia, bałem się innych dotkliwości życia więziennego. Bałem się kolegów. Ale śmierci nie. Przecież ja uwierzyłem we własną śmierć. Umarłem wtedy, 16 grudnia 1981 roku. Od tej pory żyję „na kredyt“. Przeżyłem własną śmierć. Nie można umrzeć dwa razy. Może kiedyś znowu zacznę bać się śmierci. Gdy uwierzę w życie, w jego trwałość. Teraz nie boję się. Śmierć. Problem jedynie w tym, by nie była bezużyteczna. Wtedy, 16 grudnia 1981 roku, nie byłaby.Teraz? […]. Wdzięczny jestem panom wiceprokuratorom wojewódzkim, że uwolnili mnie od lęku przed nią? […].  Przeczytałem, podpisałem. Aplikant zabrał akta.(136).

Odprowadzono mnie do celi, a po drodze sobie tak myślałem…- No, kiedyś człowiek musi umrzeć. Dzisiaj jestem dosyć zdziwiony swojej tamtejszej reakcji, bo ona była, zupełnie taka spokojna i aż za bardzo racjonalna. Gdyby to było dwa lata temu, to… Był, żył, śladu na ziemi nie zostawił, może się dobrze zapowiadał. A tak, no to człowiek przez ten czas, zdążył coś zrobić i dobrze, że tyle udało się zrobić, bo tego już zapomnieć nikt nie potrafi.
Ledwie się tam, zdążyłem położyć na swoim materacu, gdy wezwano więźnia, który leżał dokładnie naprzeciwko drzwi. Przez tzw.„judasz“, czyli „kukiel“, rodzaj takiego otworu przez który strażnicy kontrolują co się dzieje w celi, widzą kilka materacy, które znajdują się naprzeciwko. To był więzień, podobnie jak i pozostali w tej celi, aresztowany za przestępstwa kryminalne, za jakieś kradzieże, za jakieś pobicia. W ogóle w celi, poza odchodami, śmierdziało także rzygowinami, ponieważ od czasu do czasu, zamykano pijaczków. No więc, człowieka ze środka tej pryczy wezwano na zewnątrz, pozostali w tym czasie wypytywali mnie:- Co tam, tego?…
– Prawdopodobnie będę miał „czapę“.
– Niemożliwe…
Wówczas nie mówiłem jeszcze, że będę miał „czapę“, mówiłem, że będę miał wyrok śmierci. Wrócił z korytarza ten wezwany na rozmowę więzień i mówi do mnie:- Zamieniamy się na materace.
Wtedy jeszcze nie zwróciłem uwagi, jak ważna to była decyzja. Jeszcze nie miałem tego doświadczenia. Dopiero później, skonstatowałem te wszystkie rzeczy, że więźniowie w takiej celi starali się być, jak najdalej od tej śmierdzącej „bomby“ i wobec tego ustalono zasadę, kto ostatni ten najbliżej niej, a ten więzień, proponuje zamianę i mówi:- Pan se, tutaj dużo czyta, to lepiej tutaj.
Podziękowałem i się przeniosłem oczywiście. Za chwilę facet odzywa się:- Będzie miał „czapę“.
Zdążył to powiedzieć, wezwano na korytarz dwóch kryminalistów, jednego z lewej, a drugiego z prawej strony. Tamci po kilku minutach wrócili mówiąc: – Będziesz miał „czapę“. A my mamy ciebie pilnować, żebyś sobie krzywdy nie zrobił.
Przez całą noc, nie wyłączono światła nad drzwiami, no i było widać, że dość często strażnik z tamtej strony odchyla zasłonę „judasza“ i zagląda do środka. A ja, spałem nieźle. Nie miałem problemów z zasypianiem. Jak już zasnąłem, to już nie wiedziałem, czy zagląda strażnik, czy nie zagląda. I aż do rana tam byłem. Rano znowu wyprowadzono mnie z celi. Odciski palców, fotografia. Nie ma mowy o tym, aby się facet uczesał, nie ma mowy o tym, aby się facet ogolił. Wyciągają z ciemnej celi do prześwietlonego pokoju i robią zdjęcia w kontrastowej technice, więc potem taki facet na zdjęciu wygląda jak „dziesięć lat bez wyroku“, bez potrzeby przeprowadzania rozprawy.
Jeszcze jakiś czas, przesiedziałem w innej celi samotnie, bez okien i po ciemku. Po czym drzwi się otworzyły i wezwano mnie do więziennej „budy“. A w niej, już siedziało kilkanaście osób z różnych Komisji Zakładowych, w tym jeden mocno podpity mąż jakiejś włókniarki, który tam trafił, bo przyszedł awanturować się, że mu żonę zamknęli. Na dziedzińcu stało kilka tych „bud“, a potem okazało się, że dwie lub trzy z nich rzeczywiście zajechały do punktu docelowego. Jechaliśmy kilkadziesiąt minut. Punktem docelowym było więzienie w Łęczycy. Wśród tych osób, które ze mną jechały, był Andrzej Słowik, a na miejscu ze zdumieniem stwierdziłem, że jest także dr Marek Edelman, Andrzej Woźnicki, i Mieczysław Malczyk, oraz przewodniczący z „Uniontexu“. Krótko mówiąc, za wyjątkiem jednej osoby, która w tym towarzystwie jakoś odbijała od tego wszystkiego, był I.Sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej w jakiś zakładach, który najbardziej martwił się o to, że jego tutaj zamknęli, a na działce ma króliki i one mu powymarzają i zdechną. Muszę przyznać, że kiedy wezwano mnie na rozmowę do Naczelnika więzienia – zresztą bezprzedmiotową w sumie – to próbowałem interweniować w sprawie tego człowieka tłumacząc, że to nie jest członek „Solidarności“.
– Nie bardzo rozumiem tej sytuacji? A w tym niezrozumieniu, dostrzegam brak logiki, skoro razem z nami siedzi Sekretarz “POP“ PZPR. Więc, jest jakieś zupełne pomieszanie w tym względzie.
Obok Naczelnika więzienia siedział facet w cywilu, który się nie przedstawił. Naczelnik wysłuchał to, co powiedziałem i stwierdził, że on ma do mnie właściwie tylko jeden rodzaj informacji.
– Bierzemy z każdej celi po jednej osobie, aby przekazała pozostałym tę wiadomość, że jesteście na statusie internowanych. I ten stastus w tej chwili został wstępnie określony, jako status tymczasowo zatrzymanych i że wobec powyższego, będziecie mieli prawo do zachowania odzieży cywilnej. Możecie napisać kartkę do domu, będziecie mogli nabyć pocztówki jakie tutaj mamy, znaczki, i to posłać. Będziecie mogli kupić w kantynie więziennej papierosy, no i inne rzeczy, jakie tam ewentualnie są. Spodziewamy się przy tym, że nie będziecie utrudniać nam życia, to my w zamian, nie będziemy wam utrudniać życia.
I na tym się ta rozmowa z grubsza biorąc skończyła. Nawiasem mówiąc, to co napisałem, nigdy do domu nie dotarło.  Wróciłem do celi i powiedziałem, co usłyszałem. W celi było kilkanaście osób, m.innymi te, które już wymieniłem, bo one trafiły do tej samej celi. W pewnym momencie, stłoczono nas u podnóża schodów w takim właściwie pomieszczeniu, niby sala, niby holl, niby rozszerzenie, nie wiadomo co. Po ciemku pozwolono nam także wyjść na to, co oni nazywali „spacerniakiem“, a co było takim bardzo malutkim podwórkiem, pośrodku którego był zasypany śniegiem klomb, a ścieżka wokół niego była strasznie wyślizgana i dosyć trudno się tam chodziło, ale na szczęście, nikt nie upadł. Pozwolono rozmawiać, tylko nie wolno było podnosić głosu. W celi też nie mieliśmy problemu z tym, abyśmy mogli rozmawiać. Nie było też problemu, kiedy koledzy zaczęli wycinać i dekorować ściany różnymi wycinkami. Krzyż został tam powieszony. Ktoś tam wyrysował „Solidarność“ i przykleił przeżutym chlebem; to służyło jako podstawowy przelepiec. Łóżka były piętrowe. Muszę powiedzieć, że większość czasu w celi przespałem. Dopiero wtedy poczułem, jak bardzo byłem zmęczony. Dlatego, że te ostatnie dni grudniowe przed aresztowaniem, były pod dużym napięciem i ponieważ odpowiadałem za informacje w Zarządzie Regionalnym, byłem odpowiedzialny za przekaz wiadomości przechodzących w systemie łączności teleksowej. Była rozbudowana cała siatka ogólnopolska, gdzie każdy wiedział, od kogo otrzymuje wiadomość, od kogo otrzymuje rezerwowy przekaz i gdzie ma wysłać w miejsca podstawowe i gdzie ma wysłać jako rezerwę. Te dalekopisy, które stały w sąsiednim pokoju, w stosunku do tego, w którym urzędowałem w Zarządzie Regionalnym, właściwie bez przerwy terkotały i huczały. Jeden z nich nie był włączony w system przekazu, ponieważ na nim myśmy przesyłali do centralnej dystrybutorni nasze wiadomości, które potem  ukazywały się w ogólnopolskim „Biuletynie…“ i były już rozpowszechniane razem z innymi. Przekaz z „góry“ był dosyć łatwy. Z dalekopisu wysuwała się tasiemka, którą należało włożyć do czytnika następnego dalekopisu, wykręcić adres i go uruchomić. Potem z niego do następnego, i w ten sposób cztery dalekopisy szeregowo, zabierające tasiemkę z jednego do drugiego, dokonywały przekazu. A jeżeli chodzi o wysyłanie „w górę“, no to trzeba było z tekstem siąść przy specjalnej dziurkarce. Tam była założona taśma i trzeba było to najpierw napisać, a potem tę nadziurkowaną taśmę włożyć do dalekopisu i wysłać. Tępiłem próby pisania bezpośrednio na dalekopisie dlatego, że to zabierało za dużo czasu i za bardzo blokowało obieg informacji. Budziło to konflikty pomiędzy moimi pracownikami, a pracownikami pism informacyjnych, różnego rodzaju gazet „Solidarności“, które wychodziły pod naszym patronatem, ponieważ tamci zazwyczaj pchali się od razu do tego wolnego dalekopisu i na nim próbowali prowadzić korespondencję, na co moi pracownicy nie pozwalali, goniąc ich do dziurkarek. W każdym razie w pokoju, w którym urzędowałem, właściwie przez cały dzień, był taki rytmiczny stukot o dużym natężeniu i dopiero, kiedy wylądowałem w więzieniu, to zdawało mi się, że otacza mnie jakaś zupełnie niesamowita cisza. Następnego dnia rano, dostarczono nam „Głos Robotniczy“, a w nim było napisane, że w stosunku do Andrzeja Słowika i Jerzego Kropiwnickiego, podjęto decyzję o tymczasowym aresztowaniu. Za chwilę, ta sama wiadomość była powtórzona przez radiowęzeł, tzw.“kołchoźnik“. Andrzej Woźnicki powiedział, że to nie jest miejsce i warunki w jakich przebywają osoby na statusie, jaki tu określono i wobec powyższego, on nie wie, czy mnie i Słowika, nie będą stąd zabierali. Zdążył to powiedzieć, drzwi się otworzyły i wszedł do celi Naczelnik – w stopniu dla mnie nieznanym, gdyż chodził po cywilnemu – i powiedział:– Proszę się pakować.
No, więc spakowałem się i pożegnałem. Wyprowadzono mnie do takiej sporej więźniarki, która ma takie wewnętrzne kraty, podzielana na dwie części, dwie ławy naprzeciwko siebie. Tam za chwilę znalazł się także Andrzej Słowik, oraz Jacek Bierezin. Nie mówiono nam, gdzie jedziemy. Wylądowaliśmy znowu na Lutomierskiej i tam znowu nas rozdzielono. Ja wylądowałem w takiej celi, w której był bardzo długi taki rodzaj podestu – podest był drewniany – na którym leżały obok siebie materace. Była to, jednolita prycza od ściany do ściany. I tu, także zasady były takie, że ten, który przychodził do celi, kładł się na ostatnim miejscu. Ta zasada nie była przypadkowa, ponieważ przy tym ostatnim miejscu stała tzw. “bomba“, czyli olbrzymi kocioł z pokrywą, do którego więźniowie się załawiali. I tam oczywiście śmierdziało. Wtedy byłem osobą palącą, tak jak i wszyscy pozostali więźniowie i to ratowało nas od smrodu, jaki tam panował.
Wyprowadzano nas do ubikacji, ale tylko raz dziennie. Pozostałe razy, trzeba było załatwiać do tej właśnie „bomby“. Wyprowadzano nas także dwa razy do mycia. Przy czym organizowano to w ten sposób, że krany były wprawdzie na zimną i gorącą wodę, ale rano puszczano gorącą, a wieczorem zimną. Na dobrą sprawę, rano można było się umyć tylko pod warunkiem, że człowiek namoczył ręcznik, odczekał i wytarł się w ten mokry, gorący ręcznik, bo umyć się pod tą gorącą wodą, nie dało się w żaden sposób. Można się było oparzyć. Dosłownie ukrop lał się ze ściany. A wieczorem, woda o temperaturze parę stopni powyżej zera. Cela miała okienko, ale tak małe, że tam ledwo cokolwiek światła przez nie wpadało. Głównym źródłem światła, była żarówka nad drzwiami celi. Miałem ze sobą książkę na temat <<Powstania Warszawskiego>>, autorstwa Cezarego Chlebowskiego, którą nam dano w ostatnim dniu Komisji Krajowej. PAX, uczynił z tego prezent. Myśmy postanowili, że nie będziemy przywykać do prezentów i wobec tego, każdy z nas za swój egzemplarz zapłacił. I tę książkę miałem w swoim bagażu i nie została zakwestionowana. Zakwestionowano mi wszystkie inne rzeczy, takie jak wydawnictwa bezdebitowe, jakieś plakaty, jakieś ulotki, jakieś notatki, a to mi zostawiono, więc to czytałem. Było to dla mnie lektura bardzo interesująca, ponieważ opisywała mniej więcej te same działania i zdarzenia, jakie były w książce Kamińskiego[Aleksandra] <<Kamienie na szaniec>>. Tyle, że tam, były właściwie przedstawione akcje, natomiast w tej książce była pokazywana głównie kuchnia. Tzn., w jaki sposób te akcje przegotowywano, jak organizowano dostawę broni, samochody, sygnalizację pomiędzy ludźmi i poszczególnymi oddziałami. W jaki sposób organizowano potem ewentualną opiekę lekarską, a w jaki sposób inne zabezpieczenia nad tym wszystkim. I każda akcja, którą znałem z <<Kamienie na szaniec>>, tu była tak skonstruowana, że jedną stronę zajmował opis akcji, natomiast co najmniej kilka – do dziesięciu stron – zajmowały opisy, jak całą akcję przygotowano, jak ona technicznie była przygotowana. To było dla mnie dosyć interesujące, nie dlatego, żebym w tym momencie widział jakieś praktyczne tego zastosowanie, ale to tak bardzo urealniało tamtą piękną opowieść Kamińskiego, którą czytałem jeszcze w szkole podstawowej.
Trzeba było wybrać takie miejsce na tej pryczy, gdzie zbiegało się światło padające z tego okienka ze światłem z zakratowanej wnęki, gdzie była żarówka. No, ale  dawało się. Wtedy miałem bardzo dobry wzrok, nie potrzebowałem żadnych okularów. To dawało się zrobić.
Po załatwieniu tych wszystkich formalności, znowu kazano mi się spakować, samochód i wylądowałem na ul.Smutnej. Wtedy stwierdziłem, że tak właściwie w więzieniu, to chyba w sensie emocjonalnym i realizmu, co do przyszłości, to człowiek schodzi w dół. Póki jest na tym tzw. „dołku“ milicyjnym, to po 48.godzinach może zostać wypuszczony, bo tam na ogół dłużej nie trzymają, chyba że mają jakieś specjalne powody, aby kogoś dłużej trzymać. Taka wtedy była zasada. Doświadczeni kryminaliści marzą natomiast, żeby ich z „dołka“ jak najszybciej przeniesiono do aresztu, bo jak mi mówił jeden z tych kryminalistów, w areszcie jest inaczej. Nie rozumiałem, co to znaczy w areszcie jest inaczej, ale wynikało, że lepiej.
Samochód zajechał na Smutną i tam zostałem wprowadzony do celi. Nadal zostawiając moją własną odzież i pozwolili wziąć ze sobą to, co miałem w bagażu, chociaż znowu starannie tam przejrzano to, co miałem w bagażu. I po raz kolejny coś tam zabrano. Wymacano także skutecznie egzemplarz ulotki, którą zwinąłem skrupulatnie i gdzieś wcisnąłem pod podszewkę kurtki. Zostałem wprowadzony do celi,  i w tym momencie zrozumiałem, dlaczego jest inaczej. Po pierwsze: cela wydawała mi się jasna, z „normalnym“, choć zakratowanym oknem, tylko cztery łóżka, po dwa w pionie. Trzech więźniów oprócz mnie, kibelek w rogu, nie zasłonięty, stolik, stołki. W ogóle, wyglądało to zupełnie lepiej niż na „dołku“, gdzie miskę z jedzeniem trzymaliśmy na kolanach i po ciemku. Jak się okazało, jednym z więźniów jest chłopak, który po prostu przedłużył sobie przepustkę z wojska i milicja go zgarnęła. Czekał, czy zostanie odesłany do jednostki, czy co innego go spotka. Podobno ukrywał się w domu. Drugi opowiadał o tym, że został wrobiony w gwałt na koleżance podczas jakiejś imprezy, z zemsty, bo ją rzucił. A trzeci mówił, że on prowadzi różne interesy. Jak wyszedł z celi, wywołany przez strażnika, to pozostali mówili, że z przemytem i obrotem srebra miał coś wspólnego. Zresztą po kilku dniach, też mi powiedział, że on w srebrze się obraca. Jak przyjdzie co do czego i ja wyjdę, to chętnie by ze mną współpracował, bo lubi facetów o silnych nerwach. Taką ofertę pracy dostałem w więzieniu. Można powiedzieć, że po tym jedzeniu, jakie mieliśmy na „dołku“, to tu wydawało się bardzo smaczne. Dostaliśmy tzw.“beton“. W łódzkim więzieniu uważany za jedną z najlepszych potraw. To puree z grochu. Trafiał mi się „beton“ na Rakowieckiej w Warszawie, w Hrubieszowie i w Barczewie, i wszędzie poza Łodzią, był traktowany jako dopust Boży. Widocznie ten kucharz łódzki potrafił to robić w taki sposób, że więźniom to smakowało. Wśród więźniów kryminalnych kiedy się okazało, że jestem z „Solidarności“ – to mój prestiż od razu wzrósł. Dlatego, że dla tych, którzy nie pierwszy raz mieli do czynienia z więzieniem, albo z osobami, które przebywały w więzieniu, „Solidarność“ kojarzyła się przede wszystkim z tym, że zlikwidowano golenie głowy na łyso, przed wypuszczeniem na wolność. Nie było jeszcze mody na łyse pały. Łysa pała zwracała uwagę, to było takie naznaczenie człowieka przed wyjściem na wolność. Specjalnie strażnicy próbowali znaleźć jakąś „wpadkę“, która by uzasadniała tak na tydzień przed wypuszczeniem, na dwa dni przed wypuszczeniem, żeby ogolić głowę na zero. To zlikwidowano.
Zlikwidowano także – i to cieszyło się największą estymą – tzw, „pasy“. „Pasy“, to była taka właściwie nieformalna kara, bo w regulaminie więziennym jej nie było. To był środek obezwładnienia w stosunku do więźniów, którzy stawali się w nad miarę agresywni, wpadali w histerię, czy po prostu stawali się niekontrolowani w swoich zachowaniach agresywnych. Była to cela, którą nazywano też „termosówką“, ona charakteryzowała się tym, że to była cela w celi. Między jedną a drugą ścianą tej celi, była odległość 60-70 cm. tak, że można ją było przejść dookoła, choć z pewnym trudem. Była krata, odrębna dla tej „termosówki“, inaczej nazywanej „bunkrem“ i były podwójne drzwi. Jedne wewnątrz, a drugie do tego szerszego pomieszczenia. Nie miała okna, tylko miała szybę, czy plastik, wstawiony dla oświetlenia wnętrza. Miała fatalne wietrzenie – przez kratkę w suficie – a po środku takiej celi, stała taka prycza, przymocowana do posadzki bardzo sztywno i ona miała obejmy na ręce i kilka pasów. To miało zapewnić takie całkowite obezwładnienie, niby dla opanowania nadmiernego wybuchu emocji i agresywnych zachowań, ale tak na prawdę, był to taki dodatkowy element tortur więziennych. Chodziły także opowieści o tym, jak tzw.„fachowiec“ strażnik, potrafił więźnia bardzo łatwo tam złamać i upokorzyć, bo wkładał pod kręgosłup – wiedział w którym miejscu  – kostkę mydła, albo paczkę zapałek na sztorc. Dokładnie wiedział w którym miejscu i najdalej po 5.minutach, człowiek miał mokre i pełne kału gacie. Puszczały nerwy. Nie kontrolował już siebie i wtedy najczęściej właśnie w takim stanie człowieka wypuszczano. Trafiłem do takiej celi w Barczewie.
…„Jedne drzwi, drugie i jestem w „bunkrze“. I nie jestem pierwszy: pod ścianą stoi Władek [Frasyniuk], bez kajdanek. Dobrze jest. Ciekawe, co dalej? […]. Na korytarzu słychać jakiś łomot, jakieś stuki, krzyki – znaczy, nie domknęli zewnętrznych drzwi bunkra. Gdyby domknęli, byłoby zupełnie cicho. Hałas przybliża się. Drzwi otwierają się i do celi wchodzi, a raczej wbiega mocno popchnięty w plecy – Stański [Tadeusz].
– Ale fajna kratka! – krzyczy Stański – przez takie otwory „Cyklon B“ w obozach koncentracyjnych puszczali!).
A jak dopływa powietrze do tego otworu? Przez zewnętrzne okno? Nie, bo też wmurowane w ścianę. Zaraz, zaraz, gdy były otwarte drzwi od korytarza, powietrza by nie brakowało, pomimo że wewnętrzne drzwi były zamknięte. A są one „hermetycznie szczelne“. Wygląda na to, że obieg jest następujący: powietrze z korytarza przechodzi do większej, czyli zewnętrznej celi, przenika do wolnej przestrzeni między sufitem mniejszej a większej celi. Odstęp wynosi dobre pół metra – wysokość normalnej celi znamy i stamtąd przez kratę, przepływa powietrze do wewnętrznej celi. Oczywiście system działa, gdy otwarte są drzwi na korytarz. Jeśli nie – mamy tyle powietrza, ile mieszczą gabaryty większej, zewnętrznej celi.[…].
– Zaduszą nas skur…! – Andrzej mi mówił, że jak go tu zamknęli samego, to po pół godzinie miał dosyć. Tu brak powietrza dla jednego, a nas jest trzech,
– „Kropa“, ty się połóż, źle wyglądasz.
Kładę się na tym cholernym łożu. Metalowa konstrukcja wbudowana w podłogę pośrodku celi, pokryta jest deskami: łoże z zagłówkami. Układam się wykonując szereg skomplikowanych ruchów ciałem – rękami niewiele mogę sobie pomóc – skute. […], próbuję delikatnie delikatnie przekręcić nieco kajdanki – może znajdę takie ułożenie, że ucisk będzie mniejszy. Robię to po omacku, bo oczy trudno otworzyć: żarówka w tym eleganckim pomieszczeniu umieszczona jest nad drzwiami. Dobra, silna żarówka – chyba ze 150 W i jeszcze metalowa błyszcząca, odpowiednio wygięta blacha tuż za nią ( do celi dają łobuzy najwyżej 60. watowe). W sumie niezły reflektor, prosto w oczy leżącego. Rozumiem, dlaczego ten zagłówek ma taki właśnie kąt – oprzesz na nim głowę – i żarówka dokładnie naprzeciw oczu. Jakie to wszystko starannie przemyślane, jak dokładnie wykonane! Ciekawe – czy mają takich zdolnych konstruktorów, którzy spontanicznie chwytają istotę bunkra, czy też jest jakaś tajna instrukcja drobiazgowo opisująca takie właściwości owego szczególnego pomieszczenia?…Z satysfakcją odnajdujemy ślady pozostałe po odcięciu metalowych uszu – uchwyty do pasów. Z satysfakcją, bo to w okresie jawnego działania „Solidarności“ zlikwidowano ten „środek zabezpieczający“, będący w istocie średniowieczną torturą. „Pasy“ legenda więzień. Kto nie widział tego urządzenia, nie słyszał szeptanych tonem grozy opowieści więźniów, nie jest w stanie sobie tego wyobrazić. Była to straszliwa represja. Poddawanego, kładziono na wznak na takim właśnie łożu, jak to tutaj, ręce przypinano do ram łoża przy pomocy specjalnych obejm. Do uchwytów przy tejże metalowej ramie przypięte były cztery komplety pasów: jeden do unieruchomienia głowy, pozostałe szły przez korpus i nogi. Unieruchomienie było kompletne. Najmniejsza zmiana pozycji – niemożliwa. Najbar-dziej odporni „pękali“ po 20 minutach, nawet jeśli nie stosowano dodatkowych tortur fizycznych. Wystarczał ten przymusowy bezruch. Wśród opowieści powtarzały się relacje o dwóch dodatkowych „atrakcjach“ dodawanych powszechnie w ramach „oddolnej“, ale najwyraźniej tolerowanej, inicjatywy podoficerów i oficerów ochrony: o dociskaniu obejm na rękach w ten sposób, że obieg krwi w dłoniach ulegał zahamowaniu[…]. Kara, czy też raczej tortura, kończyła się po zemdleniu poddanego jej działaniu. Opowiadano o trwałych skutkach tej decyzji […].(137)

Na skutek działania „Solidarności“, to zniesiono. Zniesiono tzw.„smutniak“. To był czarny chleb więzienny, ale nie należy tego kojarzyć z tym chlebem żytnim, który ludzie kupują, ze względów zdrowotnych. To był taki chleb, robiony na takiej recepturze, że właściwie po roku pobytu w więzieniu, więzień musiał wyjść z chorobą wrzodową. Zniesiono go. Miał być normalny chleb na mieszance żytnio-pszennej. Było jeszcze kilka usunięć takich najbardziej uciążliwych praktyk i działań w tym życiu więziennym, co więźniowie sobie niesłychanie wysoko cenili. Trochę też liczyli na to, że „Solidarność“ – jak to oni mówili – wygra, i oni wyjdą z więzienia. Bo w tamtym czasie nastroje wśród kryminalnych były takie, że wszyscy są przeciwko tym łobuzom komuchom i oni też są antykomunistyczni. I jeśli ktoś był naprawdę działaczem politycznym, no to, od razu miał odpowiednio wysoki status. Ci więźniowie z którymi siedziałem poinformowali mnie, że w areszcie już trzeba przestrzegać pewnych reguł, jeżeli chodzi o zasady współżycia w więzieniu. Np. nie wolno powiedzieć „k…wa“, należy powiedzieć „k..wa twoja mać“, albo w skrócie „Watwa“. A wyjaśnienie było takie: że to się posyła bluzg w kierunku Naczelnika. Ponieważ Naczelnicy w tamtym czasie, mieli zwyczaj pouczania więźniów:- „Że tu, w więzieniu, ja jestem waszym ojcem i matką“. I jeżeli mówiło się do drugiego więźnia „k…wa twoja mać“, to było wiadomo, że to się odnosi do Naczelnika, a nie do mamusi. Obrazić czyjąś mamusię, czy czyjegoś tatusia w więzieniu, to niewyobrażalne. Także obrażenie rodzeństwa, niewyobrażalne.
Z takich rzeczy, gdzie posuwali się za daleko, to było urządzanie sobie kpin, pod tytułem:- „A co twoja dziewczyna teraz robi?“. No i to często, ułatwiało pracę prokuraturze, bo można było faceta doprowadzić do załamania. Były jeszcze takie zasady o których trudno mi teraz wspominać. Jak ktoś chciał puścić bąka, to musiał ostrzec. Nie wolno było otworzyć klapy od sedesu, jeżeli ktoś akurat jadł. Jeżeli nie mógł wytrzymać, bo potrzeba była bardzo pilna, to musiał krzyczeć. Jak powiedzieli mi współmieszkańcy celi, w momencie kiedy wszedłem do celi, wyłączono tzw.„betoniarę“, czyli wewnętrzny radiowęzeł więzienny. Jak mówiono, wcześniej regularnie “klawisz“ przynosił jedną gazetę na celę, na ogół to był „Głos Robotniczy“, który w Stanie Wojennym wychodził jako gazeta partyjna, ale od momentu jak tam się znalazłem, to egzemplarz „Głosu Robotniczego“ dostałem do celi tylko raz, i to wtedy, kiedy była poda-na informacja o akcie oskarżenia w stosunku do Andrzeja Słowika i do mnie. No i otrzymywałem tam zawiadomienia o tym, że jestem tymczasowo zatrzymany, i że mam ileś tam dni do złożenia protestu. No, to napisałem protest, że byłem w Ośrodku Internowania, wobec tego nie było niebezpieczeństwa, że gdzieś ucieknę, albo będę unikał procesu i nie widzę specjalnego powodu, dla którego przeniesiono mnie najpierw do aresztu milicyjnego, a potem do więzienia. Dość w szybkim tempie dostałem odpowiedź prokuratora, że podtrzymuje decyzję. Dostałem „Zawiadomienie“ 18 grudnia 1981r, że 19 grudnia 1981r, odbędzie się rozprawa w Sądzie. Wymieniono tam budynek przy pl.Dąbrowskiego [w Łodzi]. Rozprawa miała być przed Sądem Wojewódzkim. Następnego dnia rano, po śniadaniu, zostałem wyposażony w kawałek chleba pociętego na kromki, oraz kilka plastrów słoniny i zawitek cukru. Podobne, takie zaopatrzenie dostawali więźniowie, którzy jechali na rozprawy sądowe, żeby tam w trakcie przerwy obiadowej, mieli się czym posilić, a cukier był do ewentualnego osłodzenia kawy czy herbaty, jaką na terenie Sądu podawano.
Znalazłem się w samochodzie więziennym, w którym już był Andrzej Słowik. Skuto nas razem no i… ruszyliśmy.Rozprawa miała być w Sądzie Wojewódzkim przy pl.Dąbrowskiego, a my jechaliśmy i jechaliśmy. W każdym bądź razie, bardzo długo. I wreszcie, gdy stanęliśmy, okazało się, że jesteśmy przed budynkiem Sądu w Zgierzu i że znajdujemy się w środku konwoju. Przed nami są jakieś samochody wypełnione uzbrojonymi milicjantami w hełmach i za nami są samochody wypełnione uzbrojonymi milicjantami w hełmach.
Dosyć trudno jest wysiadać z samochodu, jak jest się skutym kajdankami z drugą osobą. A jeszcze na dodatek, jak samochód akurat parkuje w ten sposób, że trzeba wysiadać na pryzmę śniegu. No więc, z pewnymi pod tym względem przygodami, bo tam albo jeden, albo drugi się ślizgał, zapadał się w śniegu. Wprowadzono nas do tego budynku, do podziemi i tam zamknięto w takiej obszernej celi, której frontową ścianę stanowiły kraty. I dowiedzieliśmy się, że to jest właśnie budynek Sądu i że tutaj będzie się odbywała rozprawa. Za jakąś chwilę, zobaczyliśmy się z adwokatami. Do tej pory nie wiedzieliśmy, czy ich mamy, czy nie mamy. Próbowaliśmy się dowiedzieć, jakie jest ich zdanie na temat rzeczywistego naszego zagrożenia. Powiedzieli, że kara śmierci raczej nam nie grozi. Dlatego, że w tzw.międzyczasie, wyszła jakaś Uchwała Sądu Najwyższego mówiąca o stosowaniu kary śmierci. A w niej zapis, że wyrok musi być jednomyślny zarówno co do kary, jak i co do jej wysokości i że były tam jeszcze dodatkowe ograniczenia, których prawdopodobnie Sąd będzie przestrzegał. Adwokaci promienieli optymizmem, który niestety nie wydawał mi się zbyt szczery. Wyglądało mi na to, że chcą przede wszystkim pod-trzymać nas na duchu. Powiedzieli, że za chwilę będziemy się mogli zobaczyć z naszymi rodzinami, ponieważ już taki wniosek złożyli i już wiedzą, że decyzja Przewodniczącego składu sędziowskiego jest taka, że będziemy się mogli na chwilę z rodzinami zobaczyć. I rzeczywiście, żona Andrzeja Słowika i moja żona, pojawiły się też w tym podziemnym pomieszczeniu, którego znaczną część zajmowała nasza cela. Oczywiście, nie otworzono krat, widzieliśmy się przez kraty. Po jakimś czasie zaprowadzono nas do sali sądowej. Na piętrze, albo na parterze, trudno mi jest w tej chwili powiedzieć, rozpoczęła się rozprawa od sprawdzenia naszych danych personalnych. Bardzo szybko doszło do składania wniosków proceduralnych i dowodowych przez adwokatów. Po pierwsze: adwokaci składali wniosek o odroczenie tej rozprawy, ze względu na to, że nie mieli możliwości kontaktu z klientami, bo władze aresztu w sposób definitywny to utrudniały i że aresztanci widzieli się ze swoimi bliskimi po raz pierwszy. A poza tym, było jeszcze tych wniosków co niemiara, także dotyczących tego, gdzie, kiedy i w jakiej formie został opublikowany Dekret o Stanie Wojennym, kiedy została podjęta decyzja o jego przyjęciu, no i cała lista propozycji, kogo wezwać na świadków. I oczywiście, były tam propozycje wezwania na świadków osób z najwyższych władz państwowych, z Rady Państwa i z WRON-u, dla świadectwa w jakichś tam sprawach. Sąd jedne sprawy rozstrzygnął natychmiast, inne: że po zastanowieniu. Natomiast przyjął wniosek o przerwaniu obrad do następnego posiedzenia. Doszło tam nawet do takiej śmiesznej sytuacji. Chyba mec.Olczyk[Mirosław] zagadnął Sąd o to, czy pan prokurator, mógłby sformułować oskarżenie w oparciu o akt prawny, a nie powoływać się na Dekret o Stanie Wojennym z 13 grudnia. Data na Dekrecie o Stanie Wojennym jest z 12 grudnia, więc dobrze by było, aby to zostało ustalone. Adwokaci podnosili to, że nie mieli czasu na przestudiowanie Dekretu o Stanie Wojennym, ponieważ dopiero dzisiaj, tegoż dnia, udało się im wyprosić jeden, jedyny egzemplarz w kiosku w Sądzie Wojewódzkim w Łodzi.           I dotychczas cała wiedza o stanie wojennym, zapewne też u pana prokuratora, pochodzi z „Głosu Robot-niczego“, który jak wiadomo, nie jest prawnie uznanym dokumentem promulgacyjnym. Moimi obrońca-mi byli: mec.Eugeniusz Sindlewski, mec.Stanisław Maurer i mec.Andrzej Kern. Natomiast u Andrzeja Słowika, mec.Mazur[Lech], mec. Ożadowicz [Wiesław] i mec. Olczyk. To były bardzo poważne osoby w tamtym czasie dlatego, że zarówno Kern jak i Sindlewski, pełnili bardzo poważne funkcje w Zarządzie Adwokackim i wcześniej i później. Natomiast pan mec.Stanisław Maurer, pochodził z tzw. starej rodziny adwokackiej z tradycjami. To było mocne nazwisko na terenie Łodzi i jest nadal. W swoim gronie uchodził za takiego, niezwykle dokładnego i niezwykle błyskotliwego, mającego ogromną umiejętność skojarzeń. Pan mec.Sindlewski uchodził w tamtym gronie, i słusznie, za osobę najwyżej wykształconą w sensie formalnym, ponieważ zrobił doktorat i zrobił go niejako na potrzeby tej obrony, bo dotyczył jakiegoś ważnego uczonego włoskiego, którego nazwiska nie pamiętam, na temat sytuacji związanych ze sta-nem wojennym, ze stanami wyjątkowymi, z prawami obywateli w takich sytuacjach. Wiedziałem, że korzystali oni także z pomocy dr.Piotra Daranowskiego, dzisiaj profesora, który pracował w Katedrze Prawa Międzynarodowego i dostarczał im notatek, na temat paktów praw człowieka, podpisanych przez Polskę, gdzie jest także mowa o sytuacjach i stanach wyjątkowych. Mieliśmy niewątpliwie bardzo dobrze przygotowanych obrońców. Mec.Maurer w pewnym momencie – jeszcze nie na tej rozprawie – podniósł kwestię, która okazała się później fundamentalną, a mianowicie:- To był chyba jeden jedyny przypadek w całej historii PRL-u, ale również w całej historii Polski, gdzie obrona postanowiła oprzeć swoją obronę na 1. artykule kodeksu karnego. A więc na tym, gdzie są sformułowane podstawowe zasady cywilizacyjne, takie jak: „prawo wstecz nie działa“ i „nie można skazać nikogo bez ustawy przewidującej przestępstwo i karę“. Po łacinie to brzmi Lex retro non agit. Non lekx crimen sine lege. Wobec tego, po kilku godzinach, bo tam były różne serie tych składanych wniosków dowodowych, prokurator je wszystkie odrzucał. Jako oskarżyciel występował prokurator Jacek Rządkowski, można powiedzieć,  czynił to, w niegodnym stylu stalinowskim. Skład sędziowski starał się zachowywać poprawnie. Natomiast u prokuratora nie brakowało złośliwości, ani odezwań, które wyraźnie miały na celu, albo wyprowadzenie nas z równowagi, albo poniżenie naszej godności. Co zresztą potem miało dla niego już w późniejszych czasach, pewne konsekwencje, kiedy wyszedł z Prokuratury i usiłował zostać radcą prawnym i wpisać się na listę zawodową tego zawodu. Ponieważ jego rola w tych procesach była dosyć znana, Samorząd Radców Prawnych wezwał mnie do złożenia oświadczenia na temat zachowania się prokuratora Rządkowskiego w procesach mnie dotyczących. Mówię w procesach, bo on, jak już wyszedłem z więzienia, po raz drugi wystąpił w procesie, dotyczącym mnie wtedy, kiedy starałem się o powrót do pracy na Uniwersytecie Łódzkim. To była sytuacja dosyć kuriozalna, dlatego że prokurator oskarżający w procesach karnych, rzadko pojawia się przed Sądem Pracy. Więc, to razem nieładnie rysowało jego sylwetkę, albo takiego, można powiedzieć, chłopca na posyłki esbecji, albo człowieka po prostu chorego z przerażenia i z nienawiści. W każdym razie myślę, że dobrze się stało, że nie jest w Prokuraturze i dobrze się stało, że nie został także Radcą Prawnym.
Odwieziono nas z powrotem do więzienia. Po drodze, dowiedziałem się od Andrzeja, że po jednej nocy w tym więzieniu na ul.Smutnej, zabrano go ponownie na „dołek“, na ul.Lutomierskiej. Trudno powiedzieć z jakiego powodu. Następna rozprawa była za dwa czy trzy dni: już w tej chwili tego dokładnie nie pamiętam, w każdym bądź razie w tym terminie, i ona już była na terenie Łodzi, w Sądzie Wojewódzkim przy pl.Dąbrowskiego. Niektóre z zeznań świadków wyglądały dosyć komicznie, inne były dla nas przykre. Te komiczne wtedy, kiedy okazało się, iż człowiek, który złożył najszersze i najbardziej profesjonalne zeznanie, wiedział, co to jest Stan Wojenny, wiedział czym grożą konsekwencje złamania prawa, itd. Krótko mówiąc, niemal znał Dekret na pamięć, zanim Dekret został opublikowany. W ogóle wszystko wiedział, wszędzie był, wszystko słyszał. Okazało się, że jest to człowiek niedorozwinięty umysłowo. Jak tylko adwokaci znaleźli notatkę, gdzie on skończył szkołę, no to zaczęli podważać jego wiarygodność na zasadzie: – Czy pan wie, tutaj jest sąd, tutaj jest pan sędzia, tu jest oskarżony, tutaj jest prokurator. A kto my jesteśmy?
Po trzykrotnym takim nawrocie do tego samego pytania, wydusił z siebie:– Zastępcy ludzi.
Potem zadano mu pytanie dotyczące tego, co on tam widział, u kogo był, po co był? Niby to wszystko było w protokole, ale adwokaci jak już się zorientowali z kim mają do czynienia, to jeszcze raz, zadawali mu te same pytania. A on; – Tak – odpowiadał niezbornie, i było widać, że z tego świadka pożytku nie będzie. [Jednym ze świadków był Wiesław Mastalerz, lat 25, chałupnik w Spółdzielni Inwalidów „Polimer“ w Łodzi]…Na pytanie Przewodniczącego, skąd świadek wiedział o zakazie działania związków zawodowych, świadek początkowo milczy, a potem oświadcza, że nie umie odpowiedzieć.- „Ja nie bałem się aresztowania, ale wiedziałem, że trzeba mówić prawdę“[…].(138)
No, gorzej było z naszym kolegą z Prezydium Zarządu, panem Ireneuszem Kuzanem.(139). To był taki nauczyciel WF ze Zgierza, który nie wiedział przed Sądem, kogo ma się bardziej bać, czy Sądu, czy prokuratora, czy nas. I próbował najpierw, przedstawiać taką wersję pod tytułem: Ja nic nie wiem, ja nic nie widziałem, po czym Sędzia sięgał do protokołu i odczytywał jego zeznanie: – Świadek w tym momencie oświadczył do protokołu, że… Czy Świadek chce zmienić swoje zeznanie? I tutaj panika.
– Nie.
– No to, niech Świadek kontynuuje.
Świadek kontynuuje. Sędzia znowu zagląda do akt. 
– W protokole mamy zapisane… Świadek powiedział że… Czy Świadek chciałby zmienić zeznanie?
– Nie…
Z panem Kuzanem była ta przykrość, że złożył zeznania, których nie musiał składać i potem chciał się z tego wycofać i nie potrafił. Więc to było wszystko w sumie żałosne. Było widać, że tam się toczy pewnego rodzaju gra, między Sądem, a adwokatami dlatego, że adwokaci starali się przeciągać rozprawę. mec.[Andrzej] Kern, wnosi o zaznaczenie w protokole, że Sąd nie jest w stanie stwierdzić, czy budynek sądu w Zgierzu nie ma urządzeń nasłuchowych […].)(140)
Potem mówili mi, że oni z premedytacją starali się tę rozprawę przeciągać, licząc na to, że w miarę, jak ta odległość od wprowadzenia Stanu Wojennego do naszego skazania, będzie się wydłużała, to niebezpieczeństwo wysokiej kary będzie się zmniejszało. Były też powody formalne. To też podnosili obrońcy, np. w/g przepisów, zawiadomienie o rozprawie zostało doręczone w dniu poprzednim, co jest niezgodne z Art.305 KPK, §1 [Pomiędzy doręczeniem zawiadomienia a terminem rozprawy głównej powinno nastąpić przynajmniej 7 dni…]. W kilka dni po opublikowaniu Dekretu, ukazała się Uchwała Sądu Najwyższego w sprawie stosowania kary śmierci. Już się zaczęła organizować międzynarodowa opinia publiczna i różnymi drogami prowadzić interwencję. Wobec powyższego, gra na czas była grą właściwą. Natomiast, Sąd najwyraźniej miał polecenie, szybkiego zakończenia sprawy. Jednocześnie tak, aby nie sprawiać wrażenia, że postępuje brutalnie. To w szczególności było widać, na drugiej rozprawie, kiedy Sąd chyba chciał tego dnia doprowadzić do wyroku. Na sali siedział człowiek, o którym słyszeliśmy później, że był to przedstawiciel w cudzysłowie „Ministra sprawiedliwości“. Prawdopodobnie ktoś, albo z pionu propagandy KC – albo osoba specjalnie oddelegowana przez WRON – przebierał nogami i czekał na wyrok. Wiadomo też, że po każdej rozprawie Sędzia jeździł do Warszawy z taśmami: nagraniami tego, co było na sali sądowej. W pewnym momencie, adwokaci zaczęli ostro protestować przeciw-ko przedłużaniu się rozprawy. Zaczęła się o godz. 9:00, a zbliżała się już godz. 21:00, czyli godzina policyjna w tamtym czasie. Więc znowu wybuchła polemika między prokuratorem a obrońcami na temat tego, kto zagwarantuje bezpieczeństwo świadkom i obrońcom, jeżeli wyjdą z tego gmachu po 21:00 i będą się chcieli dostać do domu. Prokurator argumentował, że Sąd ma po temu różne narzędzia, ale Sędzia najwyraźniej nie chciał brać na siebie tej możliwości i wobec tego, godzinę wcześniej, gdzieś około godz. 20:00, tę rozprawę przerwał. Gdy dotarliśmy na trzecią rozprawę – to już było 30 grudnia 1981 – sala była zapełniona bardzo silnie zbudowanymi mężczyznami. Po rozprawie dowiedzieliśmy się, że to byli bokserzy z milicyjnego Klubu „Gwardii“. Z osób znajomych, poza rodzinami, widzieliśmy tylko dr Marka Edelmana i adwokata Rafała Kasprzyka, który wcisnął się na salę rozpraw, na cudzej wejściówce, bo on był wtedy, niezależnie od pracy na Uczelni, także aplikantem i z resztą kolegów, którzy z nim byli w grupach seminaryjnych, miał możliwość uzyskania przepustki. Oczywiście, nie na swoje nazwisko. Więc udało mu się do tej sali przemycić. Znowu rozprawa trwała wiele godzin i ostatecznie, prokurator zażądał 12 lat więzienia, pozbawienia praw publicznych na lat 4. i konfiskanę mienia. Wyrok zapadł na 4,5 lata więzienia, plus na 4 lata pozbawienia praw publicznych, jednakowy dla Andrzeja i dla mnie. Sędzia poinformował, że od tego wyroku, jeden z sędziów złożył votum separatum. Nawiasem mówiąc, po latach, ten sędzia co złożył votum separatum, próbował szpanować w środowisku, jako ten, który miał odwagę sprzeciwić się wyrokowi. Tylko problem polegał na tym, że on po pierwsze uznał, że rozprawa powinna być rozpatrywana przez Sąd wojskowy, a po drugie: że powinna być rozpatrywana z art.48., w którym istniała możliwość wyższego dolnego limitu kary. Specyficzny rodzaj odwagi z jego strony został zademonstrowany.
Bolesław Kuligowski, Sędzia Sądu Wojewódzkiego w Łodzi.
– Zdanie odrębne z 30 grudnia 1981-
… „ W tym stanie rzeczy Sąd Wojewódzki w Łodzi do orzeczenia w tej sprawie nie jest właściwy, bowiem te podlegają orzecznictwu sądów wojskowych, zgodnie z art.1 pkt 9 Dekretu z dnia 12.XII 1981 […]. (141)  

Pan [Zbigniew] Dominikowski, który był przewodniczącym składu sędziowskiego dokonał tego, co mu nakazano. Wykonał sprawnie i wykonał to, można powiedzieć w białych rękawiczkach, w tym sensie, że nie pozwolił sobie na żadne niestosowne uwagi, czy to do obrońców, czy to do oskarżonych. Starał się zachować tzw. profesjonalną uprzejmość. Kilka miesięcy później, został Sędzią Sądu Najwyższego.
Z tamtego czasu pamiętam dość specyficzny przypadek Wigilii w więzieniu. Dano nam jakąś rybę z puszki    i czarny chleb zamiast opłatka. Podzieliliśmy się chlebem. Wykonaliśmy jakieś ozdoby, wydzierając papier na różne tam sposoby. Dwóch młodszych chłopaków popłakało się przy tej okazji. Próbowaliśmy zaśpiewać kolędę, ale ja mam zbyt dobry słuch, żeby ryzykować swoje śpiewanie.

No więc, 30 grudnia odprowadzono nas do więzienia, już z wyrokami. Jeszcze w Sądzie, powstała taka nerwowa atmosfera, gdzie wypowiedzieliśmy, co mieliśmy do powiedzenia i Sąd zarządził przerwę na obrady, bo myśmy nie wypierali się naszej działalności. Andrzej miał takie wystąpienie na temat tego, czego się w życiu dorobił, to jest godność i jedynie, czego oczekuje od Sądu, to poszanowania tej  godności. To było wyraźnie pite do prokuratora, który używał takich słów jak:- podłe…tchórzliwie… itp. Tego rodzaju słowa, zupełnie nie à propos całej akcji. Bo jak można tchórzliwie organizować protest i wciągać do niego kilkanaście zakładów pracy na terenie miasta Łodzi, ryzykując własnym życiem? Kiedy skład sędziowski wyszedł na obrady usłyszałem szeptem wypowiedziane słowa:- I co to będzie?… Co to będzie?..
To ja mówię:- Andrzej, to nie ma znaczenia. Ważne, żebyśmy nie dostali „czapy“. A jak dostaniemy jakiekolwiek więzienie, to i tak, nie będziemy w nim do końca. To jest absurd, to się musi zmienić.
I kiedy wrócili i powiedzieli, że 4,5 lat, to odrzekłem:- No… nie dosiedzimy tego. Spokojnie.
Informacje o nas, były wielokrotnie powtarzane w miejscowej telewizji, w radiu, w „Głosie Robotniczym“ [gazeta łódzka codzienna]…„Wyrok w sprawie A.Słowika i J.Kropiwnickiego. Sąd Wojewódzki ogłosił wczoraj wyrok w sprawie Andrzeja Słowika i Jerzego Kropiwnickiego. Uznał ich winnymi tego, że: Andrzej Słowik jako przewodniczący i Jerzy Kropiwnicki jako wiceprzewodniczący Zarządu Regionalnego NSZZ „Solidarność“ Ziemi Łódzkiej w dniu 13 grudnia 1981r w Łodzi zorganizowali i przeprowadzili akcję protestacyjną w siedzibie Zarządu Regionu, wzywając do powoływania zakładowych komitetów strajkowych i do rozpoczęcia strajku powszechnego. Sąd skazał ich w trybie doraźnym na kary po 4,5 roku pozbawienia wolności, a ponadto orzekł wobec nich kary dodatkowe pozbawienia praw publicznych na okres po 4 lata“.(142)
Ta sprawa funkcjonowała w przestrzeni publicznej, a Rada Adwokacka w Łodzi zebrała się i jak się okazało, powstała tam nawet pewnego rodzaju konkurencja pomiędzy adwokatami. Tak wielu chętnych chciało się zgłosić do naszej obrony. Nawiasem mówiąc, oni podjęli się obrony całkowicie bezpłatnie, co  w Łodzi było wyjątkowe, bo w tamtym czasie, jak już byłem w więzieniu, to się dowiedziałem, że na drzwiach Rady Adwokackiej w Częstochowie wywieszono kartkę z napisem:- „Obrony w procesach politycznych nie przyjmujemy“. A w Lublinie przyjmowali, ale brali takie stawki, że ci koledzy z którymi się spotkałem w więzieniu, a którzy właśnie pochodzili z terenu lubelskiego, to można powiedzieć, że na wspomnienie adwokatów dostawali „żyły“. Bo tamci prawnicy bardzo drenowali kieszenie, a ci ludzie, to często mieli niezbyt wysokie dochody. Byliśmy jeszcze przez kilka dni w tym więzieniu na Smutnej. Nie mieliśmy między sobą żadnego kontaktu. Za to, od czasu do czasu, widzieliśmy się z adwokatami, widzieliśmy się z naszymi rodzinami. Doświadczeni więźniowie nam mówili, że tylko patrzeć, jak nas stąd wezmą i zwiną. Bo tu jesteśmy na razie w oddziale aresztu, a tam po wyroku, raczej się nie przebywa przez dłuższy czas. Dwa tygodnie, góra. No i tak…5 lub 6 stycznia, wzięli mnie z celi do „budy“, takiej więźniarki, dobrze obudowanej. Andrzej Słowik już tam siedział i pojechaliśmy. I znowu, dość długo i długo. Aż wreszcie okazało się, że jesteśmy na dziedzińcu Aresztu Śledczego na Mokotowie w Warszawie. Tam znowu nas rozdzielono. Był to ten ubecki oddział 10., a obecnie trzeci.
W którejś z gazet znalazłem informacje o osadzeniu mnie w więzieniu, czyli w tym areszcie ubeckim, zarówno z członkami KOR-u , jak i KPN-u. To zresztą się potwierdzało, gdyż przez dłuższy okres czasu siedziałem z Janem Józefem Lipskim. A od adwokatów dowiedziałem się, że Andrzej Słowik siedział w jednej celi z Leszkiem Moczulskim, to doszedłem do wniosku, że być może jestem trzymany tak długo w areszcie śledczym, by wykorzystać mnie w przygotowywanym procesie, dla tych grup przedsierpniowych opozycjonistów. Wobec powyższego, zdecydowałem się na taki krok, że napisałem list do adwokatów z zapytaniem:- W jakich przypadkach mogę nie udzielać zeznań przed sądem, albo w śledztwie. No i… przy najbliższej wizycie moi adwokaci powiedzieli mi: tak…- „Kodeks karny decyduje o tym, że mam prawo odmowy wtedy, kiedy rzecz dotyczy mnie, albo moich bliskich. W innych przypadkach, nie mam takiego prawa “. Ale, jak powiedział mi jeden z nich;- „Człowiek przecież  nie musi wszystkiego pamiętać. I czymś innym jest odmowa zeznań, a czymś innym jest gotowość zeznawania, ale brak pamięci, uniemożliwia odpowiedź na pytania“. Ta rozmowa z adwokatem, miała miejsce gdzieś na początku grudnia 1983r. Kilka dni po tej wizycie, raptem kazano mi się pakować i zostałem przeniesiony do innej celi. Przeniesienia do innej celi w tym esbeckim, czy ubeckim pawilonie, nie były niczym szczególnym. Oni, co jakiś czas zmieniali cele, a często  także i skład osób w celi – jak oni uzasadniali – ze względów bezpieczeństwa. Żeby człowiek w celi, nie miał specjalnych schowków. Żeby nie miał tam specjalnych dróg porozumie-wania się. Żeby nie miał swoich różnych sposobów na kontakt z innymi, a także po to, żeby ewentualnie mieć nowe wiadomości. Wtedy, kiedy skład celi się zmienia, ludzie zaczynają coś o sobie opowiadać, a „SB“ podsłuchuje. Często też zmiana celi była powiązana z rewizją, w wyniku której, rekwirowano wszystkie tzw. rzeczy niedozwolone, a więc zarówno przedmioty ostre, jak i różnego rodzaju rękopisy, czy zadrukowane kartki. Tym razem jednak, nie zostałem przeniesiony do innej celi na tym samym oddziale, ale kilka pięter niżej, chyba na poziomie sutereny. Zostałem sprowadzony do celi, gdzie było jakieś 8.osób. Cela ta, była ciemnawa i dosyć nieprzyjemna. Od pozostałych, dowiedziałem się, że jest to tzw. “przejściowa“, do której wrzucają, albo tych więźniów, których przywożą z innych aresztów, czy więzień, i dopiero ich rozmieszczają, albo tych, których przygotowują do transportu do innych więzień. W tej celi nie byłem długo, chyba dwa, może trzy dni. W każdym razie poznałem tam człowieka, który był osobą znaną z działalności w wydawnictwie podziemnym. Człowieka o którym wręcz krążyły różne anegdoty i powieści dlatego, że on był przedmiotem eksperymentu socjologicznego, prowadzonego przez jednego z prominentnych profesorów w latach siedemdziesiątych. Trafił do więzienia, za jakieś przestępstwo kryminalne i profesor objął go swoją opieką. Nie wiem, czy po przeprowadzonych badaniach wyselekcjonował, czy w jakiś inny sposób go wybrał, w każdym bądź razie, dostarczał temu człowiekowi książki, zeszyty. Odbierał od niego egzaminy, stawiał go przed Komisjami i tamten w więzieniu skończył szkołę podstawową, średnią i zaczął studia. I w którymś momencie, ten eksperyment władza przerwała. Ale ten człowiek, do tego stopnia już był wykształcony i jednocześnie na władzę wściekły, że przerwała mu zajęcie do którego on się już wciągnął, że jak wyszedł z więzienia, to skorzystał z dawnych kontaktów, trafił w środowisko KOR-owskie i stał się jednym z głównych poligrafów Wydawnictwa „Oficyna JP“. To było Wydawnictwo, które przed sierpniem jeszcze, wydawało mnóstwo ciekawych rzeczy, poza debitowych. Tam np. można było dostać książkę, w której były dokumenty dot. Paktu Ribbentrop-Mołotow, łącznie z wypowiedziami różnych prominentów sowieckich, z tekstami ulotek, jakie były rozrzucane w momencie, gdy wojska sowieckie wkroczyły na tereny kresowe II Rzeczypospolitej. Ale także były tam wydawane różne dzieła literackie. Wśród różnych publikacji była też taka, która cieszyła się szczególną popularnością w środowisku opozycji i „Solidarności“, a mianowicie: „Obywatel, a Służba Bezpieczeństwa“. Okazało się, że właśnie mam w celi autora tej publikacji. Była to książka, którą on oparł na swoich doświadczeniach, na rozmowach z więźniami, z kolegami, w której sformułował kilka prostych i oczywistych jak się później przekonałem, zasad. Wśród nich, były także takie, niby oczywiste; żeby nie podejmować żadnych rozmów z esbekami w Urzędzie, nie umawiać się z nimi na mieście, nie przychodzić do Komendy, jeżeli jest wezwanie na telefon. Jeżeli jest „Wezwanie“, to musi być określony powód i charakter, w jakim osoba wezwana ma tam się stawić. No i mnóstwo innych, bardzo takich, niby prostych, a ważnych rzeczy. Mówię niby dlatego, że potem, w okresie działania podziemnego „Solidarności“, miałem mnóstwo kłopotów, żeby te proste zasady wbijać swoim kolegom, współpracownikom do głowy, ponieważ każdy z nich uważał się za mądrzejszego od esbeka, który go przesłuchiwał, co zresztą na ogół było prawdą. Tylko, że żaden z nich nie brał pod uwagę tego, że on może zagadywać esbeka, i ten esbek może być rzeczywiście głupszy od niego, tylko że esbek działa w ramach pewnej organizacji i pewnego systemu i cała ta trzygodzinna rozmowa może mu być potrzebna do tego, żeby wyłowić jedno zdanie. Ale tego, nigdy nie udało mi się wpoić, zwłaszcza wtedy, kiedy rozmawiałem z ludźmi, bardzo inteligentnymi, wywodzącymi się ze środowisk robotniczych. Można im było mówić, a oni i tak te zasady łamali, bo…byli upojeni swoją przewagą moralną i intelektualną nad tymi, którzy ich przesłuchiwali. I nie sposób było ich przekonać, że tu nie chodzi o demonstrację przewagi moralnej, czy intelektualnej, tylko o to, żeby nie dać esbecji informacji, która może im służyć do rozpracowania, rozbijania organizacji i nawet do uwięzienia ich członków. W każdym razie, rozmawialiśmy tam, jak to się mówi: „O starych Polakach“, no i w pewnym momencie w nocy, kiedy się upewnił, że pozostali mieszkańcy naszej celi już śpią, mówi do mnie:- „Ale wiesz, ja trochę czuję nieczyste sumienie, bo widzisz… Ja zeznawałem. Nic ważnego im nie powiedziałem. To co było oczywiste… że rzeczywiste kierownictwo KOR-u stanowiło pięć osób, które po nazwisku wymieniłem. Skarbnikiem KOR-u  to był ten, a ten z kolei… Ale oni, to wszystko wiedzieli.
A ja mu mówię, słuchaj:- Czy ty przypadkiem czytałeś tę książkę, którą napisałeś i kolportowałeś? Przecież tam, w tej twojej książce, stało jak byk napisane… Nie ważne co Esbecja wie – z punktu widzenia procesu – ważne co może potwierdzić, bo przed Sądem nie może mówić o tym, co pozyskała jakimiś metodami operacyjnymi, tylko musi postawić świadka, albo mieć zeznanie tego świadka. No to, mają twoje. Mogli z tysiąca źródeł wiedzieć, że ten był skarbnikiem, że ci działacze stanowili rzeczywiste kierownictwo, a jeszcze inni stanowili tylko zespół autorytetów moralnych, którzy rozciągali parasol nad tym ścisłym kierownictwem, to teraz mają zeznania na ten temat. Tak, to mogli mieć wątpliwości i się zastanawiać, czy prof. Edwarda Lipińskiego postawić przed Sądem, czy nie, za działalność antysocjalistyczną. A ty, im powiedziałeś . . .
– No, nie, nie… przecież ja, nic takiego nie mówiłem.
– No właśnie, im to powiedziałeś, że tamten był tylko osłoną, autorytetem, który błogosławił tę działalność, ale sam jej nie wykonywał. I powiedziałeś, kto tę działalność prowadził.
Muszę powiedzieć, że to była jedna z bardziej wstrząsających dla mnie chwil w tym Mokotowie. W swoim życiu widziałem tylko dwóch ludzi, tak bardzo wytatuowanych. A w tamtym czasie tatuaż, był związany wyłącznie z więzieniem, albo służbą na morzu. Normalni ludzie tego nie nosili, a i sami przestępcy, w szczególności ci, którzy stanowili elitę przestępczą, czyli złodzieje, dbali o to, żeby nie mieć widocznych „dziargów“. Co najwyżej kropka w kąciku oka i więcej nic. Wszystko musiało być, powyżej mankietu koszuli i poniżej kołnierzyka koszuli, tak żeby broń Boże, nie było widoczne. A tu, było tego mniej więcej tak, że jak w łaźni zdjął koszulę, to się robiło ciemno, ponieważ wydziergany był aż do paznokci u nóg. Coś niesłychanego. Mógł stanowić dla swojej dziewczyny, lekturę na długie jesienne noce. Dlaczego on zaczął gadać? Obiecali mu, że go wypuszczą, a on miał już uzgodnioną datę ślubu. Miał dziewczynę, w której się kochał. Więc znowu obśmiałem go i spytałem, czy on na prawdę czytał swoją książkę, przecież tam są dokładnie opisane te zagrywki, żeby zachęcić kogoś do mówienia, przez różnego rodzaju obietnice. A potem się okazało, że ten esbek, wobec którego on się otworzył i któremu uwierzył w te obietnice, został przeniesiony, a następny „ o niczym nie wiedział “.
Po dwóch chyba dniach z tej „przejściówki“, zostałem wraz z kilkoma jeszcze więźniami, ale kryminalnymi, wśród których było kilku Cyganów – dzisiaj zwanych Romami – załadowany do więźniarki i ruszyliśmy gdzieś w Polskę. Oczywiście, nie mówiono nam, gdzie i po co? To było rano. I jechaliśmy, jechaliśmy i jechaliśmy. Gdzieś po drodze dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w Lublinie, potem dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w Zamościu. Wreszcie, byłem już w więźniarce sam, kiedy dojechaliśmy do Hrubieszowa. No i w Hrubieszowie, zostałem wprowadzony na taki dwupiętrowy blok, w którym cele miały dwu-piętrowe łożka. To były cele więźniów politycznych, tak na prawdę stu procentowej „Solidarności“. Aresztowani za strajki, za manifestacje, już po wyrokach. Przeważali ludzie z Warszawy i z Lublina, ale było też kilka osób z Łodzi, i kilku z Nowego Sącza. Wspominam o tych ostatnich, bo to byli rolnicy, albo potomkowie górali. Dla nich siedzenie wiosną w więzieniu było czymś nieznośnym. Chociaż, to były zupełnie inne warunki niż te, które mieliśmy w esbeckim więzieniu na Mokotowie. W Warszawie wychodziło się na „spacerniak“, mniej więcej wielkości ok.24 m2, a wokół była ułożona ścieżka z płyt chodnikowych. Pośrodku był skrawek trawnika, i jedyną rzecz, którą było widać, to niebo nad nami, i druty kolczaste wokół ścian, takiej betonowej klatki i nic więcej. Chyba wtedy odkryłem w sobie niezwykłą wrażliwość na przyrodę. Każdy kiełkujący krzaczek, czy trawka, budziła mój entuzjazm, zresztą nie tylko u mnie. Więźniowie wynosili pestki od jabłek, czy od innych owoców, które otrzymali na widzeniu i wciskali to w ziemie. Po czym się cieszyli, jak to zaczynało kiełkować. Ale, jak to osiągnęło wysokość 20 cm, to służba więzienna kosiła. Ten brak kontaktu z przyrodą był tam deprymujący. Natomiast w Hrubieszowie sytuacja skrajnie różna. Po pierwsze: okna wprawdzie zakratowane, ale były nieosłonięte. Była krata, ale można było widzieć przez nie świat, hen, hen… po horyzont. Żartowaliśmy, że dzikie pola stąd można oglądać. Zresztą nie bez powodów. Dlatego często nasuwała się nam popularna pieśń o tym bez-kresie „W stepie szerokim“, którą śpiewaliśmy. Ale jedną z często śpiewanych tam pieśni, którą się śpiewało – i to czasami z powodu, a czasami bez powodu, w zależności jak komuś w duszy zagrało i coś zaintonował – była podczas Świąt, „Boże, coś Polskę“. No więc… śpiewaliśmy „Boże coś Polskę“, bo wtedy wielu z nas, znało kilka zwrotek tej pieśni. Akurat w tamtym czasie „Tygodnik Powszechny“ wydrukował jakąś wersję z początków XIX wieku, z wszystkimi możliwymi zwrotkami tej pieśni. Łącznie z tymi, które tam sławiły anioła pokoju, czyli cara Aleksandra I. „Warszawianka“, też jak się okazało miała tych zwrotek więcej, niż się je zwykle zna. No, ale oprócz tego, takim ulubionym zaśpiewem, często na początek całego koncertu, była ta pieśń, która szła w serialu „Pan Włodyjowski“, czyli „W stepie szerokim“. Ten „step szeroki“ widzieliśmy z okien na co dzień płaszczyzna hen, hen, hen..
Spacerniak był olbrzymi, wielkości boiska piłkarskiego. Wyprowadzano tam całe piętro na spacer, więc wychodziły trzy zmiany, kilkadziesiąt osób za każdym razem. Niby próbowano ograniczać rozmowy z okna budynku do spacerniaka, ale tak na prawdę, to było tolerowane. Można było, jak to się mówi, mieć wymianę informacji. Jak się okazało w tym więzieniu, kilka miesięcy wcześniej, prowadzono walkę o status więźnia politycznego, domagając się różnych przywilejów, związanych z takim statusem i ta walka, głównie polegała na ogłaszaniu głodówek. Czasem jednodniowych, czasem kilkudniowych. W przypadku, gdy ktoś został przez strażników pobity, to głodówka trwała dłużej.
Była tam ustalona już pewnego rodzaju hierarchia autorytetów spośród osób, które miały za sobą tzw. rozpoznawalność społeczną, jak członkowie Komitetu Strajkowego z „Ursusa“, czy też w późniejszym czasie przywódcy MKRS-u albo tacy, którzy się przebijali na zasadzie wiedzy, inteligencji. W tamtym więzieniu, kilka razy próbował do nas dotrzeć o.Miecznikowski. Mówiono mi, że podejmował takie próby już od wiosny i ani razu mu się to nie udało. Widziano go za to, bo stawał na drodze widocznej z okien, po jednej i po drugiej stronie więzienia, no i tam błogosławił. Był rozpoznawalny. Ktoś tam dawał hasło, że jest o.Miecznikowski. Jeżeli chodzi o kontakty z rodziną, to było tam mniej intruzywnego nadzoru, niż gdzie indziej. Właściwie, wszystko co rodzina z żywności przywiozła, to można było do celi wziąć. Zakres tych wszystkich rzeczy, których na rynku wewnętrznym brakowało, to tam był nieprawdopodobnie wysoki. Kościół, rodziny, wszyscy starali się, abyśmy coś dobrego otrzymywali. Oczywiście, to nie rekompensowało faktu, że siedzieliśmy w więzieniu w którym pilnowano starannie, żeby nasz kontakt ze światem zewnętrznym poza rodzinami, był maksymalnie ograniczony.
Nie było wizyty Czerwonego Krzyża. Czerwony Krzyż jak mi wiadomo, odwiedził ośrodki internowanych, natomiast nic mi nie wiadomo, aby był w więzieniu.
Kilka razy zmieniał się skład mojej celi, także wśród więźniów, którzy tam byli, np. Longin Chlebowski, wówczas Przewodniczący NSZZ „Solidarność“ w łódzkim MPK. Było tam także dwóch ludzi o bardzo podobnych nazwiskach:- Bogdan Lubera z Łodzi, też pracownik MPK, nawiasem mówiąc brat Marii Lubery, w swoim czasie mojej zastępczyni, a później  V-ce minister w Ministerstwie Pracy i Spraw Socjalnych. On sam miał zaledwie szkołę średnią, jakieś technikum i jak mówili adwokaci, pięknie kłamał przed Sądem i nigdy władzy nie udało się obronić zarzutu, że on był wydawcą i autorem większości publikacji tego, co kolportował. Gdy złapano go na kolportażu i sugerowano, że to on redagował „bibułę“, za każdym razem mówił:- Ja?.., Kiedy nawet technikum nie skończyłem.
W ten sposób, ze dwa razy się wybronił przed wyrokiem, bo jak go milicja złapała z paczką jakiejś  bibuły to mówił, że właśnie ją znalazł i niósł na milicję. Szedł tak dalece w zaparte, że Sąd nie wiedział, co z tym robić. Kiedyś zrobiono mu rewizję, a on był stróżem, bo go wywalili przecież z pracy po więzieniu w Hrubieszowie. Był stróżem w bloku, na łódzkim „Manhattanie“. I w jakimś pomieszczeniu dla szczotek i innych takich przyrządów, zorganizował drukarnie. Namierzyli, że jest tam taka kanciapa, w której nie wiadomo co jest. On się oczywiście zdziwił, bo w życiu tej kanciapy nie widział. Zebrano odciski palców i powiedzieli:– Spokojnie, udowodnimy. A on nadal:- W ogóle nie wiem, o co chodzi.
I nie wiem, czy jakaś niedoróbka w laboratorium, czy bałagan, czy zgubili dowody, w każdym razie, chociaż tam mogły być tylko jego odciski palców, to jego odcisków palców tam nie znaleźli. Już nie żyje niestety. W Hrubieszowie było kilka buntów. Były tam bunty, którymi kierowałem. Z wiosną to napięcie zaczęło bardzo narastać. Jednocześnie był nacisk z naszej strony, choćby przez ogłaszane głodówki. W ten sposób wywalczyliśmy pewien zakres wolności. Mogliśmy oglądać telewizor do godz, 22:00. Nie wyłączano radiowęzła na noc, który odbierał „Warszawę jeden“. Pozwolono mi na nauczanie angielskiego.      Z Uniwersytetu Warszawskiego dostałem magnetofon i taśmy, oraz podręczniki do nauki tego języka. No i prowadziłem tam zajęcia. Ktoś tam z moich kolegów prowadził z kolei zajęcia z historii Polski. No ale, bunt ciągle tlił się w powietrzu. W szczególności, najmłodsza część więźniów wpadła na pomysł, że trzeba się awanturować w więzieniu na potęgę, to wtedy „oni“ będą mieli nas dosyć i nas z tego więzienia wyrzucą. To ciężko było im wybić z głowy, a jednocześnie, tam granice lojalności i poczucia wspólnoty, wyznaczał próg celi. Więc, jak tam chłopaki narozrabiali i następnie dostali manto, to następnie cały oddział wchodził w głodówkę. Bardzo przygotowaliśmy się na 3 maja. Jak przyszedł 3 maja, to z okien wywieszono zrobione z prześcieradeł transparenty. A ci, którzy byli na spacerniku, nie chcieli z tego spacernika zejść, tylko chodzili w kółko i śpiewali, a reszta budynku im w tym towarzyszyła. Komendant ostrzegł, że ta sprawa już przekracza jego kompetencje. Wychodził do nas. Nie bał się. Nie miał powodu dlatego, że myśmy nie posuwali się do aktów agresji w stosunku do służby więziennej. Tu muszę przyznać, że służba więzienna traktowała nas tam z pewnego rodzaju szacunkiem. Naczelnik powiedział, że tu już kompetencja wychodzi z jego rąk i on niestety musi zawiadomić wojewódzką zwierzchność o tym, że nie jest wstanie opanować sytuacji w więzieniu, ale na nas nie zrobiło to wrażenia, robiliśmy swoje. Po jakimś czasie z okien więzienia poinformowano nas, że przyjechała kawalkada samochodów, z czymś, co się nazywa „atandą“. Tak nazywano takie oddziały szturmowe, które przyjeżdżały z interwencją. Niektóre większe więzienia miały własne takie oddziały do zaprowadzenia porządku w więzieniach. Oni byli w hełmach, z tarczami w których były wizjery, no i działali na ogół bardzo brutalnie. Myśmy w końcu zgodzili się zejść z tego spacerniaka, no i zaczęły się awantury. Potem się dowiedzieliśmy, że doszło do zasadniczego sporu, pomiędzy Komendantem, a jego Zastępcą. Jeden uważał, że już czas, żeby „atanda“ przystąpiła do działania, a drugi wstrzymywał, bo było tak, że od momentu, kiedy ten oddział interwencyjny podejmował akcję, to już na okres tego działania Komendant nie był komendantem. Mógł sobie siąść w swoim gabinecie, palić papierosa i czekać na zakończenie akcji i na to, że mu powiedzą, że znowu jest komendantem. Ostatecznie, walenie w drzwi i awantury spowodowały, że doszło do kilku pobić. No to, ogłosiliśmy strajk, to był najdłuższy strajk, jaki się w tamtym więzieniu odbywał, strajk głodowy, trwający chyba dwa tygodnie. Myśmy ten strajk w końcu wygrali, bo to już było coraz bliżej wizyty Jana Pawła II w Polsce. Interwencje kościoła u władz państwowych dawały lepsze rezultaty niż kiedykolwiek, zaczęto mówić o zbliżającej się amnestii.
Oczywiście, tam od czasu do czasu, pojawiały się takie spory wewnątrz więzienia. Ktoś tam w imieniu TKK, zwrócił się do więźniów z „Solidarności“, żeby wyrazili swoje poparcie dla TKK i myśmy to zrobili. Dostaliśmy przemycony „kwit“ w tę stronę i on następnie poszedł w drugą i został opublikowany w jakieś tam gazetce podziemnej, bo nam ktoś o tym doniósł. Natomiast rzeczywisty spór, wywołała sprawa zaproszenia Jana Pawła II do Polski i jego spodziewana wizyta. Jak wiadomo, Zbigniew Bujak, TKK, część ekspertów uważała, że taka wizyta, w takim czasie, to jest uwiarygadnianie władz stanu wojennego i że wobec powyższego, nie powinien być przez Kościół zaproszony i nie powinien był zaproszenia przyjąć.     I to był dominujący pogląd. Jakieś 2/3 więźniów było, mniej więcej tego zdania. Byłem wtedy w mniejszości, ale w znaczącej mniejszości, bo było nas tam ok. 1/3, którzy uważaliśmy, że trzeba mieć zaufanie, bo przecież ten Papież się wczoraj nie urodził i nie przyjeżdża z Antarktydy, tylko o Polsce i o sytuacji w Polsce wie prawdopodobnie więcej, niż każdy z nas z osobna. No, jak doszło już do tej wizyty, a my byliśmy po wygranym proteście, pozwolono nam słuchać Jego kazań z Mszy św. i tutaj Naczelnik okazał się nawet lojalny dlatego, że mieliśmy lepsze sprawozdanie niż przeciętny telewidz, czy radiosłuchacz w Polsce. Wtedy media prowadziły taką politykę, że pełna transmisja była z Warszawy, ewentualnie transmisja na początek i transmisja na końcu, a resztę transmisji traktowano jako lokalne i szły z nich sprawozdania wyłącznie w telewizji lokalnej, lub w radiu lokalnym. Natomiast w radiowęźle więziennym szło wszystko, bez względu na to, czy była Msza św, akurat w Polsce północnej czy południowej, wschodniej, czy zachodniej. No i bardzo szybko okazało się, że sceptycy zmienili się w entuzjastów, w szczególności po tej modlitwie przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, jaką Papież odbył. Przed tą pielgrzymką, skończył się wyrok iluś tam osobom i oni obiecali, że pojawią się na którejś Mszy św. i że zademonstrują swoją obecność w naszym imieniu. No i potem dostaliśmy zdjęcia, gdzie nasi koledzy rozwinęli wielki transparent „Więźniowie ZK Hrubieszów“. Po tej pielgrzymce, zdarzyła się rzecz, która można powiedzieć, była dla mnie jedną z najbardziej przykrych w czasie siedzenia w więzieniu. A mianowicie: w telewizji zobaczyliśmy program na żywo, w którym „produkowali się“ przedstawiciele jednej z ogólnopolskich struktur „Solidarności“. To się OKOS nazywało – Ogólnopolski Komitet Obrony Solidarności.

We władzach tego OKOS, był znany łódzki socjolog i działacz opozycji przedsierpniowej, pan Andrzej Mazur, który później okazał się być TW „Wacławem“, od lat czterdziestych począwszy, współpracownik SB. I on właśnie z kimś tam jeszcze był u Ministra Sprawiedliwości, Sylwestra Zawadzkiego. No i jak to się mówi: cały w uśmiechach i lansadach. I tam, w akcie dobrej woli, deklarujący ujawnienie struktur i oczekujący podobnego aktu, ze strony władz. Można powiedzieć, że nic bardziej podłego  nam w tym momencie zdarzyć się nie mogło. A jeszcze dla łodzian, którzy tam byli, rzecz była dodatkowo przykra, bo wprawdzie nie byłem w dobrych stosunkach z Mazurem ze względu na zdarzenia, które miały miejsce w październiku 1980r, kiedy pod naciskiem ekspertów, próbowano wyrzucić z Prezydium MKZ Ziemi Łódzkiej Grzegorza Palkę, konfliktując go bardzo ostro z Andrzejem Słowikiem. Po tej próbie zamachu, która początkowo wydawała się skuteczna, ale ostatecznie skończyła się niepowodzeniem, myśmy się rozstali z tymi doradcami, proponując im zmianę formuły, żeby już nie byli ekspertami od wszystkiego, tylko żeby określili pole swojej kompetencji. Oni się na to obrazili i uznali, że myśmy z obszaru patriotycznego, przeszli pod kuratelę KOR-u, no bo oni reprezentowali, albo ROPCiO, lub Ruch Wolnych Demokratów. Przy czym, co ciekawe, to działacze ROPCiO, mam tu na myśli Benedykta Czumę, Andrzeja Terleckiego, Stefana Niesiołowskiego, nie uznali tej współpracy za skończoną i nie dali się pociągnąć przez tamtych ekspertów. Niektórzy z nich, nawet jak np.Benedykt Czuma i Stefan Niesiołowski weszli także do głównego nurtu „Solidarności“, poprzez wybory w swoim zakładzie pracy. A w sumie…ponieważ nikt nie zamierzał odbierać im redagowania czasopisma „Solidarność Ziemi Łódzkiej“, no to oni przy tym czasopiśmie pozostali i byli tam pożyteczni. Stefan Niesiołowski był wtedy niewątpliwie już osobą z głównego nurtu „Solidarności“, bo był Przewodniczącym Komisji Zakładowej na Uniwersytecie Łódzkim i delegatem na Zjazd Regionalny „Solidarności“. Na Zjazd Krajowy nie kandydował. Tak więc, z Andrzejem Mazurem zerwałem kontakty dość dawno, nawet w swoim czasie groził mi Sądem za zniesławienie. Udzielił podłego wywiadu do „Dziennika Łódzkiego“ i po tym, jak się zdarzył strajk studencki, to właśnie Andrzej Mazur z kolegami, na tym strajku studenckim się odmeldowali. Ale, jak się studenci zorientowali, że są to ci eksperci, którzy właśnie tam dali tę publikację, to podziękowali im za współpracę. A ja, to umieściłem w komunikacie, który się powoli przekształcał w „Dziennik Zarządu Regionalnego NSZZ Solidarność“. Najpierw Mazur zażądał ode mnie „odszczekania“ tej wiadomości, a potem, że pozwie mnie do Sądu o zniesławienie. Agresywny był on i pani Kawecka, z którą moje kontakty były w ogóle żadne. Pan mec.Grabowski, który też z tego środowiska się wywodził, przez cały czas, aż do końca swojego życia zachował dobre i bliskie kontakty, i był szanowany także w Prezydium Zarządu. Pan Andrzej Ostoja-Owsiany też, jeżeli go Mazur nie podpuszczał, to nie atakował „Solidarności“, no i w którymś momencie zdecydował się wstąpić do KPN-u. To było jednocześnie jego rozstanie się ze środowiskiem „Wolnych Demokratów“… Jak już powiedziałem, wtedy jeszcze tego nie widzieliśmy, kim był Andrzej Mazur. On występował wówczas, jako przedstawiciel jednej ze struktur, i to struktur ogólnopolskich i potem, po wyjściu już z więzienia, dowiedziałem się od pana Andrzeja Ostoja-Owsianego i od pana Andrzeja Terleckiego, w jaki sposób do tego wywiadu doszło. Jak się okazało, było to nieuprawnione, tzn.struktura zastanawiała się nad podjęciem rozmów z rządem i ewentualnie nad postawieniem warunków ujawnienia, w tzw. nowej sytuacji, przy czym akurat zarówno część łódzka, struktura łódzka, jak i przedstawicielstwo struktury ogólnopolskiej w Łodzi, byli temu przeciwni i w efekcie nie znaleźli się na spotkaniu, na którym zapadały decyzje. Zapadła decyzja, żeby rozmowy z władzami podjąć, ale w żadnym przypadku nie należy zaciągać zbyt daleko idących zobowiązań. No i następnie, oni wszyscy dowiedzieli się z telewizji, co się właściwie stało i jak twierdzili, był to dla nich dość spory szok. Struktura łódzka przygotowała wobec powyższego do publikacji oświadczenie, w którym odcinała się od tego, co zrobił w ich imieniu Andrzej Mazur w towarzystwie – już nie pamiętam kogo – w rozmowie przed kamerami z Ministrem Sprawiedliwości. Ale się okazało, że tego oświadczenia nie udało się opublikować, ponieważ cały nakład został zajęty przez „SB“, które wpadło do miejsca, gdzie była drukarnia i składzik do kolportażu. Zostali aresztowani członkowie łódzkiej struktury i postawiono im warunek, albo skorzystają z ujawnienia załatwionego  przez Centralę, albo idą siedzieć. I oni doszli do wniosku, że nie mają specjalnie wyjścia i zgodzili się na ujawnienie. O tym już dowiedziałem się z kolei, z głośnika więziennego, będąc w Barczewie. Kilka tygodni po wizycie Ojca Świętego, nastąpiło dosyć wyraźne poluzowanie ze strony władz. Ogłoszono kolejną amnestię. W stosunku do mnie, skutkowało to, obniżeniem kary o połowę.
Natomiast bardzo wielu z pośród moich współwięźniów – kolegów, wtedy wyszło na wolność. A nas tam zostało dosłownie kilku. I któregoś dnia – jak nas było ze trzy osoby – dwóch z pośród nas, wzięto do „Nyski“ więźniarki; mikrobusa, dobrze opancerzonego i osiatkowanego. I wyjechaliśmy. Jeden z kolegów został w Hrubieszowie. Jak później się dowiedziałem, kilka dni później wyszedł z tego Hrubieszowa. Myśmy po wielu godzinach jazdy, znaleźli się w Łęczycy. Tam był nocleg. Następnego dnia rano, już sam zostałem przewieziony do Barczewa. Propozycja podpisania „lojalki“, czy wyjazdu za granicę, w tym momencie nie była sugerowana. To było później. Tutaj wyraźnie było ukierunkowanie na takie czyszczenie tych więzień politycznych, czy oddziałów politycznych w więzieniach i kumulowanie wszystkiego właściwie w jednym więzieniu, właśnie w Barczewie. I tam umieszczono mnie na tzw. oddziale izolacyjnym, który tam, w miejscowej gwarze więziennej nazywano „kwarantanną“, gdzie umieszczano więźniów, przywiezionych z innych więzień, zanim umieszczono ich na konkretnym oddziale i w konkretnej celi, w tym nowym więzieniu. Było to także taka izolacja wtedy, kiedy stosowano w stosunku do kogoś represje regulaminowe. A więc, tam były tzw.“kabaryny“, czyli cele, które miały szczególny sposób zabezpieczenia, mniejsze okienka, siatka oprócz kraty w oknach, dodatkowe drzwi z kraty po otarciu tych drzwi głównych. Prycze były przymontowane do podłogi i do ścian, i one były kilkuosobowe, maksimum czteroosobowe. Tam znajdowała się ta tzw. “termosuwa“, o której wspomniałem wcześniej, do której trafiłem z Władkiem [ Frasyniukiem] i Tadkiem [Stańskim]. Niebawem, okazało się, że w więzieniu na tym oddziale, znajduje się już także kilku moich kolegów z różnych miejsc. A wciągu kilku najbliższych dni, byliśmy już w komplecie, tzn. był tam Andrzej Słowik, którego przywieziono gdzieś chyba z Fordonu, był Leszek Moczulski, Tadeusz Stański i Romuald Szeremietiew, których przywieziono z aresztu śledczego w Warszawie, bo niedawno zakończył się ich proces trwający obłędnie długo. Był też Władysław Frasyniuk i Piotr Bednorz – przywiezieni z Dolnego Śląska.

…14 maja, poniedziałek, 54 dzień głodówki ciągłej. Dzisiejszej nocy, z niedzieli na poniedziałek, Piotr Bednorz targnął się na swoje życie! Nic byśmy o tym nie wiedzieli, gdyby nie to, że Romek, wskutek swoich kłopotów sercowych, źle spał tej nocy i słyszał zamieszanie na oddziale, a potem przez okno widział jak Piotrka na noszach nieśli do szpitala więziennego.[…]. Natychmiast zażądałem widzenia z naczelnikiem. Tadek ogłosił głodówkę powszechną.[…]. W godzinę później przyjął mnie mjr. Lisowski w towarzystwie lekarza-chirurga. Chirurg poinformował mnie, że Piotr wbił sobie nóż w brzuch i rozciął powłoki na przestrzeni kilkunastu centymetrów.[…].(143)

Za jakiś czas dowiedzieliśmy się, że na tym oddziale z więźniami kryminalnymi, przebywa Edmund Bałuka.
… Cela nr 12 jest na końcu korytarza. Kiedyś mieszkał tu Erich Koch, zbrodniarz wojenny. Mieszkał tu do października ubiegłego roku. Potem wzięli go na oddział szpitalny [zm. 12 listopada1986 w Barczewie, w wielu 90 lat]. Teraz mieszka tu Edmund Bałuka, Przewodniczący komitetu strajkowego Stoczni Szczecińskiej w 1970, przywódca Polskiej Socjalistycznej Partii Pracy, członek NSZZ „Solidarność.[…].(144)

Zaczęliśmy się o niego upominać i niebawem on się wśród nas znalazł, ubrany w samo tylko prześcieradło, ponieważ uważał, że dopóki jego wyrok nie jest uprawomocniony, nie będzie zakładał  stroju więziennego, bo ma prawo do stroju cywilnego. Strój cywilny zabrano, to on się ubrał w prześcieradło. To nie robiło dobrego wrażenia na więźniach kryminalnych wśród których przebywał. No… można powiedzieć, że wyzwać więźnia od kobiety, było najgorszym wyzwiskiem wśród tzw. grypsujących, więc tym bardziej, gdy ktoś się ubrał za kobietę. On miał tam status wzbudzający kontrowersje, bo z jednej strony był więźniem politycznym i był traktowany jako honorowy grypsujący, ze strony tamtego środowiska, ale z drugiej strony, ze względu na sposób zachowania, a zwłaszcza ze względu na ten strój, który no…W tym, trudno było załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne, więc niebawem ślady tego były widoczne na jego odzieży. Pewnie w porę przeniesiono go na nasz oddział, bo obawiam się, że nastąpiłoby tam przełamanie w stronę represji wewnątrz przestępczej. Jak mówiłem, ten tzw. oddział „kwarantanna“, był czymś zupełnie odrębnym miejscem. Nawet dzisiaj, jest to oddzielny budynek, chociaż warunki tam są już znacznie lepsze, bo niedawno miałem okazję to więzienie zwiedzać. Był to przy okazji jedyny oddział nieskanalizowany i w dalszym ciągu trzeba było tam korzystać z kotłów na odchody. Dodatkowo udręką było to, że w tej samej łaźni, w której myśmy się kąpali, kąpano także więźniów umieszczonych piętro wyżej, gdzie mieścił się oddział chorych na choroby zakaźne. Był szpital więzienny, ale w innym budynku, a tam nie trzymano więźniów chorych na żółtaczkę. Nie wiem, skąd się tam żółtaczka brała, w takich rozmiarach. Czy zwożono już chorych, czy jedni od drugich się zarażali, tego nie wiem. W każdym bądź razie, w tym budynku piętro wyżej był oddział  chorych na żółtaczkę, a łaźnia była wspólna. Ponieważ szczebelki pod nogami były drewniane, więc niebezpieczeństwo przenoszenia się w takich  przypadkach żółtaczki, a także grzybicy było wielkie. Wszyscy mieliśmy po jakimś czasie grzybicę stóp.

… Łaźnia. Podwójnej wielkości cela. Drewniana ścianka z drzwiami i okienkiem do wydawania bielizny oddziela pomieszczenie kąpielowe od pakamery-składziku. W tej pakamerze znajdują się również zawory wody gorącej i zimnej. Obsługują je kalifaktorzy [ w polskiej gwarze więziennej kalifaktor – skracane do kajfus – oznacza więźnia funkcyjnego]. Oni też wymieniają bieliznę. Czystą przywożą tu z ogólnej pralni. Co tydzień wymienia się bieliznę osobistą. Co dwa tygodnie jest „wymiana duża“ – prześcieradeł i powłoczki na poduszkę. Ja robię tylko „wymianę dużą“. Po grzybicy, którą złapałem w mokotowskim Areszcie Śledczym MSW (Pawilon III) nabrałem ostrożności. Bieliznę osobistą wymieniam tylko wtedy, kiedy dają „nówki“. Mam dwa komplety (jeden „ukradłem“) i piorę sam. Ręczniki również. Wreszcie tu piorą o wiele czyściej niż w Warszawie i Hrubieszowie, ale…Wolę nie ryzykować. Rozbieram się w „przedsionku“. Dwie ławy, kilka kołków do zawieszenia odzieży. Drewniana ścianka, o dwumetrowej wysokości, pomalowana jasno-brązową farbą olejną, oddziela prysznice.  Rozbieram się i rozmawiam z kalifaktorami.
– No, jak tam z „pajęczynką“ (bielizną), panie Górski? Są „nówki“?
– Nie.
– Kiedy będą?
– Nie wiem. Nowych dali do pralni i magazynu i nie idzie się dogadać.
Słychać kroki za drzwiami. Kilka osób. Kalifaktorzy milkną spłoszeni.
– No, to dawajcie wodę.
Wierzchnią odzież zdjąłem, położyłem na ławie. Układam ręcznik i czystą zmianę bielizny przyniesioną z magazynu. Wchodzę do części prysznicowej, pomieszczenia dużo jaśniejszego niż „moja“ obecna cela. Cztery prysznice. Woda leci z dwóch – słusznie, skoro „w ramach izolowania“ mamy kąpać się pojedynczo. Proszę kalifaktorów o miskę. Ustawiam ją pod jednym z pryszniców. Nowe drewniane szczebelki, o które walczyliśmy przez trzy miesiące, nie zdążyły sczernieć.
To było w listopadzie kiedy dowiedzieliśmy się, że w łaźni na naszym oddziale kąpią się chorzy na żółtaczkę zakaźną. Oddział dla zakaźnie chorych znajduje się na piętrze, nad nami. Służbę nocną odbywają ci sami strażnicy. I ten sam wychowawca u nich, i u nas.[…].(145)
A oto odpowiedź, na moją skargę, skierowaną w tej sprawie do Naczelnika Więzienia:

[Stempel:] Okręgowy Zarząd Zakładów Karnych
10-575 Olsztyn 
[Stempel:] Zakład Karny w Barczewie
Al. Zwycięstwa 5,. Tel.231-51
Wpłynęło 14 luty
DOP-10/84/S   
Nr 2044                                

Obywatel
Naczelnik Zakładu Karnego w Barczewie.

Proszę zawiadomić skazanego Jerzego Kropiwnickiego, że skargę jego z dn.2.01. dot. kąpieli w warunkach zagrażających zdrowiu w ZK w Barczewie uznałem za bezzasadną. Skazani chorzy na żółtaczkę ostatni raz kąpali się w łaźni, z której m.in. korzystał J.Kropiwnicki, w dniu 23 XII 1983. Po tym terminie, w dniu 30 XII 1983 dokonano dezynfekcji łaźni środkiem skutecznie likwidującym wirusy żółtaczki – tj. Roztworem chloraminy, a ponadto lizolem. Uruchomienie, po przeprowadzonej dezynfekcji, odrębnej łaźni przeznaczonej wyłącznie dla skazanych chorych na żółtaczkę rozwiązało ten problem.

Wykonano w 3 egz.     
Dyrektor (-)

1-2 adresat,    ppłk mgr J.Kolczyński…                            
3-a/a s.1 

[…]. … Między palcami stóp smaruję maścią przeciwgrzybiczną. Grzybica wróciła kilka dni temu. Nabyta jeszcze w Hrubieszowie. W Mokotowie „złapałem“ grzybicę w pachwinach, w Hrubieszowie na stopach. Ta pierwsza ustąpiła dawno. Ta druga trzyma się uparcie.[…].(146)

… Wylądowałem w jednej celi z Andrzejem Słowikiem, w innej celi był Władysław Frasyniuk z Piotrem Bednorzem, a jeden z KPN-owców siedział z Leszkiem Moczulskim, drugi z Bałuką, przynajmniej przez pewien czas. Po jakimś czasie, kiedy próbowano nam stopniowo zaostrzać tam warunki pobytu, gdyż początkowo usiłowano przebrać nas w tę odzież więzienną, a potem próbowano nam golić zarost, próbowano tam…Dużo szczegółów by gadać, które dla ludzi przebywających na wolności nie mają żadnego znaczenia, a dla nas były punktem honoru, jak to: czy się meldujemy strażnikowi wieczorem, czy się nie meldujemy. Czy mamy prawo do biblioteki więziennej, czy go nie mamy. Czy wstajemy na baczność za każdym razem, jak strażnik otwiera drzwi, czy nie wstajemy. W efekcie, dość wcześnie atmosfera zrobiła się tam napięta, a władze więzienne postąpiły w tym momencie dość miękko. Zresztą ten okres został przeze mnie dokładnie opisany w książce „Zapis protestu“. Jak tam wyglądał budynek, jak wyglądało nasze życie.
Jerzy Kropiwnicki                                                                                                  Barczewo 22.03.1984

c.16.0.XIV                                                                                                                               w/m
Pan Naczelnik ZK 
Niniejszym informuję, że z dniem 23 bm. Rozpoczynam głodówkę ciągłą, bezterminową, Protestuję w ten sposób przeciw represjom stosowanym wobec więźniów politycznych w tut.ZK, wyrażającym się w:
1.Trzymaniu ich na oddziale spełniającym funkcję oddziału represyjnego – na tym samym oddziale przebywają odbywający kary regulaminowe więźniowie kryminalni, przenoszeni na ten oddział w tym właśnie celu.
 2.Bardzo złych „warunkach mieszkaniowych“ – niedostateczne oświetlenie światłem dziennym, nieocieplone podłogi.
 3.Pozbawieniu możliwości korzystania z posług religijnych.
 4.Braku działalności K.O.
 5.Organizowaniu widzeń w warunkach gorszych niż mają je więźniowie kryminalni.
 6.Pozbawieniu kontaktu z innymi więźniami politycznymi.
 7.Ograniczaniu kontaktów z bliskimi, oraz innych represjach znanych Panu również dobrze jak mnie.
Jednocześnie informuję, że swoją głodówką protestuję przeciw pobiciu Edmunda Bałuki, przez funkcjonariuszy służby więziennej.
Nie bardzo podoba mi się styl tego pisma – ale trudno. Poszło i jest jakie jest. Chowam starannie odpisy i zapiski. Wprawdzie jutro niedziela, a w niedzielę tu przeszukiwań nie było[…].(147)

…Jak ja bym chciał poczytać coś fachowego na temat głodówki! To, co wpadło nam w ręce w Hrubieszowie było ogromnie pożyteczne – w tym sensie, że korzystało się z każdej informacji – ale jak niewiele, w stosunku do naszych potrzeb, tych informacji było użytecznych…A więc piszę dla siebie, dla kolegów i dla lekarzy.. Piszę historię organizmu, który pozbawiony jest pożywienia. Organizmu ludzkiego. Przeżycia psychiczne, generalny „stan ducha“, też będą ważne.[…]. A więc do rzeczy: jestem człowiekiem chorowitym. Przeszedłem chyba wszystkie możliwe choroby dziecięce, w wieku dwunastu lat „ujawniło się“ uczulenie – szczęśliwie wyleczone w ciągu następnych dwóch lat dzięki staraniom prof.[Mieczysława] Obtułowicza z Krakowa (wdzięczność moja dozgonna dla tego człowieka: uczulenie przejawiało się jako astma przy każdym, najmniejszym zaziębieniu. Nie życzę tego nikomu). Łatwo się zaziębiam, łapię wszelkie możliwe infekcje. W 1974r „nabyłem“ chorobę wrzodową dwunastnicy. Na szczęście ujawniła się bardzo ostro, co umożliwiło wczesną identyfikację i leczenie bez „wycinanek“. Pozostała po niej blizna i  nadkwasota ujawniająca się szczególnie ostro każdej wiosny i jesieni.[…]. Gdy mnie zamknęli – po miesiącu wszystko wróciło. „Dzięki temu“, mam dietę żołądkową w więzieniu. To tu niezwykle ważne – po pierwsze dlatego, że tak zwana „dieta podstawowa dla niepracujących“ jest tak niezdrowa na dłuższą metę, że zdrowy może wyjść z więzienia z „problemami przewodu pokarmowego“, a po drugie jest „oszczędna kalorycznie“. Ja, posiadacz diety L1-L1N często otrzymuję tu biały ser, mięso, surowe jajka… Waga? Wyjechałem z Hrubieszowa z wagą 74.900. W końcu września miałem 10 kg mniej – to skutek 18-dniowej głodówki.[…].(148)

… Miałem w ręku taką książkę. Nie pamiętam czyją. W sumie o technice głodówki było niewiele, ale jedno było ciekawe. Porównywali tam zachowanie organizmu ludzi głodujących w różnych warunkach: rozbitkowie, zawały w kopalni, akcje protestacyjne i głodówka lecznicza. Wyszło im, że w wymuszonych głodówkach, na stresie, niektóre objawy ujemne – aceton i coś tam jeszcze pojawiały się po sześciu-ośmiu dniach. Przy leczniczych – w komforcie psychicznym – po osiemnastu.
– Już ci Gontarczyk i Lisowski stworzą tu komfort! Albo Kuza, Albo szanowny pan doktor Sobolewski – ale w cholerę, trzeba ich olewać (lekceważyć, nie zwracać uwagi).
– Ten aceton, to podobno najgroźniejsza rzecz. Mogą być trwałe zmiany. Podobno działa na cały organizm,mięśnie, narządy wewnętrzne, wzrok. Chyba w ogóle na mózg. To wiem już z „drugiej ręki“. W ogóle porządną głodówkę, to podobno zaczyna się od rycyny, żeby oczyścić organizm. Inaczej zatruwasz się resztkami pokarmowymi. Stąd chyba ten aceton.[…].(149)
Wezwanie do lekarza. Waga? Nie. Bada ciśnienie. Zagląda w oczy, w gardło. Naciska skórę w górnej części ramienia, na mięśniu dwugłowym, ściska skórę na piersi.[…]. Wypisuje jakąś kartkę. Po raz kolejny powtarza, że karmienie jest nieprzyjemne. Że ryzyko uszkodzenia żołądka – zwłaszcza u „wrzodowca“. Zaglądam w kartkę. Dieta L-2. Czyli sztuczne karmienie. „rura“. Ano zobaczymy. Wracam do celi.[…].

11 kwietnia, środa, 21 dzień głodówki ciągłej. Wstaję słaby, z lekkim bólem głowy. Poza tym – wszystko w porządku.[…]. Drzwi otwierają się. Do celi wchodzi Kuza, jeszcze dwóch oficerów, kilku strażników. Dreszcze strachu po plecach, serce w gardle. Co się dzieje?! Rewizja? Przenosiny do innego więzienia? Chyba bić nie będą? Strażnik wnosi krzesło. Stawia. Wyjmuje z kieszeni kajdanki. Przesłuchanie z biciem? Stoję i patrzę osłupiały. Felczer, pielęgniarka z garnkiem. Oddycham z ulgą – to obstawa do sztucznego karmienia![…]. Ulga i w tym samym momencie przygnębienie: skoro zdecydowali się karmić przymusowo, to znaczy, że na razie „porozumienia“ nie będzie.[…]. Kuza miota się po celi. Pokrzykuje do strażników, do mnie, wymachuje rękami. Wprowadza bardzo nerwową atmosferę. Staram się nie zwracać na to uwagi. Podchodzę do felczera.
– Co się dzieje, panie „doktorze“?
– Wiecie.. Wie pan, wiecie Kropiwnicki, taki przepis – musi być sztuczne karmienie. Uprzedzałem.[…].
Ręce mu drżą, nerwowo miętosi swój kitel. Ruch w celi. Kuza staje obok, [Zdzisław] Słoń wycofuje się z celi, chowa się za drzwiami.
– Z taką asystą?
– Taki przepis…
– W porządku. Może pan odnotować, że karmienie się odbyło, lej pan tę bryję w kubek. Wypiję. Przy takiej obstawie…
Umyka oczami. Jest blady.
– Nie wolno. Musi być przez sondę. Taki przepis.
– Wie pan, że mam wrzody żołądka, że może pan tą rurą uszkodzić mi żołądek na trwałe.
– Tak. Ale taki przepis …
– No więc jak?! – włącza się Kuza. – Będzie po dobroci, czy z kuciem? Będziesz stawiał opór?
– Proszę nie zwracać się do mnie „na ty“. Nie życzę sobie!
– Będziecie stawiali opór?
– To się okaże.
– Kuć go!!!
Rzuca się na mnie kilku strażników. Kotłujemy się po celi. Próbują wykręcić mi ręce. Nie wychodzi. Kręcimy się w kółko, przewracamy stołki, stolik uderza o ścianę, coś z niego wypada, odrywa się zasłona kibla. Kuza wrzeszczy, strażnicy sapią. Wyrywam się z rozpaczą, już wiem, że nie dam rady, że to beznadziejne, ale walczę. Dwóch łapie mnie za ręce, trzeci skacze mi na plecy. Kręcę się jak fryga. Czwarty nachyla się błyskawicznie i podrywa mi nogi. Lecimy wszyscy czterej. Jęk sprężyn – lądujemy na łóżku. Padam plecami na tego z tyłu. Przy upadku udaje mi się wyrwać jedną rękę, lewą. Na prawej zatrzaskują kajdanki. Szarpię się. Wyciągam lewą do przodu. Prawą mam wykręconą do tyłu. 
– Kuć do tyłu!- ryczy Kuza.[…].

„Cyganka“ gestem nakazuje wyjście strażnikom. Stają w drzwiach. W celi zostają oficerowie: „Cyganka“, Kuza i Lewandowski oraz felczer i pielęgniarka. Z uczuciem upokorzenia siadam na krześle. Felczer moczy koniec gumowej rury w białej bryi. Ręce mu się trzęsą. Usiłuje wepchnąć mi rurę do gardła. Uderzenie mdłości, żołądek kurczy się spazmatycznie, rwie się, boleśnie skacze do gardła. Felczer pcha. Skurcz i znowu skurcz. I znowu. Ściśnięte gardło nie przepuszcza rury. Słyszę swój ryk – charkot. Kurczę się cały z obrzydzenia. Skręca mnie. Wewnątrz rwie mnie w nieustannych skurczach. Nie wymiotuję, nie mam czym. Rwiący ból wnętrzności. Z forsowanego przemocą przełyku rozchodzą się kolejne, szybko po sobie następujące skurcze bólu i obrzydzenia. Spazmatyczne beczenia przechodzą w kolejny ryk wydoby-wający się gdzieś z głębi trzewi. Wreszcie rura przestaje się poruszać. Opieram zęby na rurze. Żebym  tylko nie zwymiotował, bo znowu się zacznie!… Jeszcze wstrząsają mną mdłości. Brodę mam zaślinioną, jestem zasmarkany, z oczu ciurkiem ciekną łzy. Chwytam kawałek ligniny, który pielęgniarka położyła mi na kolanach i usiłuję się  powycierać. Wstyd. Upokorzenie. Rozpacz. Głucha rozpacz. Felczer trzyma rurę, pielęgniarka podaje mu kubek bryi. Wlewa do lejka na końcu rury. Mdłości, skurcze żołądka nasilają się. Kącikiem ust wylewa się gęsta ślina. Jeszcze jeden kubek. Kolejny atak mdłości. Felczer przerywa wlewa-nie. Oddaje kubek pielęgniarce, szybkim ruchem wyciąga rurę z przełyku. Szarpnięcia mdłości, obrzydzenia. Część bryi wylewa się za rurą, Podbiegam do umywalki. Ale nie wymiotuję, choć wstrząsają mnie skurcze obrzydzenia. Myję twarz. Czuję się potwornie. Dokonał się na mnie gwałt! Takie upokorzenie! Przy tylu gapiach. Płaczę z wściekłości, z upokorzenia, z rozpaczy. Gryzę ręce. Nie przeżyję tego! Bydlaki! Podetnę sobie żyły. Nie przeżyję tego upokorzenia, podeptania godności, kompromitacji! Dosyć tego! Niech to już raz się wreszcie skończy! Miotam się po celi (felczer i strażnicy opuścili ją natychmiast po zakończeniu karmienia) zrozpaczony i nieprzytomny z gniewu na cały świat. W pewnym momencie stwierdzam, że trzymam w ręku nóż. Świetnie! Jeden ruch i…! Przytomnieję!.[…]. Ważenie: 58.600 kg. od ostatniego ważenia, minus 0,400. Od 19 marca: minus 5.900 kg. Od 11 listopada: minus 15 kg.[…].(150)
***
-… Aktualnie wraz z Jurkiem Kropiwnickim trzymamy głodówkę. Od środy 11 IV, zaczęli nas dokarmiać. Jurek łyka sondę sam. Ja nie pozwalam się karmić, więc od 3 dni najpierw odbywa się obezwładnianie, zakuwanie w kajdanki, a potem otwieranie ust siłą, przy pomocy dźwigni i tortur. Słowo tortury należy traktować dosłownie, gdyż po osadzeniu mnie na krześle depczą mi palce stóp, wykręcają ręce i nogi, często w odwrotnych kierunkach, tj. w ten sposób, że wykręcając ręce zmusza się mnie do wyprostowania się, a ten który wykręca nogę, nie dopuszcza do wyprostowania. Kładą mi nogi na krawędź łóżka i któryś z nich siada na nogach wyłamując stawy kolanowe w odwrotną stronę lub dociska kości goleniowe do kątownika łóżka. W tym czasie, inny wykręca mi do tyłu głowę i silnie uciska na zawiasy szczękowe, a lekarz bądź pielęgniarka operuje kleszczami przy szczękach. Kiedy zaczynam krzyczeć, wkładają kleszcze między zęby i wtedy mnie mają. Pozostaje im tylko włożyć sondę i lać mannę. Zwykle przychodzi 5-6 funkcjonariuszy oraz lekarz i pielęgniarka. Jedna z nich, też posunęła się do torturowania mnie, kiedy  zaczęła bardzo mocno ugniatać mi węzły chłonne, co jest szczególnie bolesne.[…]. Podejrzewam, że będziemy jeszcze długo musieli z Jurkiem głodować. Jesteśmy zdecydowani na to. Nie ustąpimy.
Pozdrawiam wszystkich, którzy pamiętają i działają. Barczewo,13 IV.. Andrzej Słowik.(151)       

…Śmierć w więzieniu, w wyniku głodówki… Głodówki o prawa więźniów politycznych. O godność ludzką. To ma sens… Może polityczni, ci którzy są i którzy (jak dowodzi historia PRL) nie będą musieli przechodzić przez to, przez co przechodziliśmy my i nasi poprzednicy. Może przestaną stawać wobec wyboru między chronieniem swej godności, systemu wartości, jaki wyznają, a chronieniem zdrowia i życia…Może nie będzie już takich, jak D. czy O., którzy wyszli z więzienia przez gabinet psychiatry-czny i takich, którzy w rozpaczy targnęli się na własne życie, i takich, którzy w wyniku walki o swe prawa wyszli z więzienia ze zrujnowanym zdrowiem. I takich, których system więzienny złamał. Tych, którzy przyjęli na siebie rolę donosicieli. I tych, którzy wyszli z więzienia z tatuażami…Śmierć. Wdzięczny jestem panom prokuratorom wojewódzkim, że uwolnili mnie od lęku przed nią.(152)

W tym samym tygodniku został opublikowany „LIST OTWARTY WIĘŹNIÓW Z BARCZEWA DO GENERAŁA JARUZELSKIEGO.[…]. Wszystkie te fakty świadczą o świadomym stosowaniu wobec nas działań, ktore są sprzeczne z często powtarzanymi przez władze PRL tezami o rzekomym humanitarnym traktowaniu więźniów,  a w stosunku do więźniów politycznych istnieniu „szczególnych uprawnień“. Jest to celowe wprowadzenie w błąd opinii publicznej w kraju i za granicą. Okoliczność ta zmusza nas do napisania niniejszego listu otwartego.

16 IV. Piotr Bednorz, Władysław Frasyniuk, Patrycjusz Kosmowski, Leszek Moczulski, Tadeusz Stański, Romuald Szeremietiew.“
A poniżej, dodatkowa informacja: „Gwałtowne nasilenie represji rozpoczęło się 20.III, po powrocie do Barczewa Edmunda Bałuki. Wysłany do Gdańska, został on w areszcie na Kurkowej brutalnie pobity, doznał złamania dwóch żeber i uszkodzenia nerki. Już w Gdańsku rozpoczął głodówkę protestacyjną.  W Barczewie dołączyli się do niej pozostali więźniowie polityczni. Stało się to sygnałem do systematycznego maltretowania i znęcania się nad nimi. Obecnie głodówkę kontynuują Słowik i Kropiwnicki, pozostali Odpowiedzialni za znęcanie się nad uwięzionymi przywódcami „S“ i KPN:- naczelnik więzienia Lutrzykowski, lekarz więzienny Ryszard Sobolewski; funkcjonariusze: Jerzy Lisowski, Jan Statkiewicz, kpt. Smochowski, Wacław Hapner, Antoni Lewandowski, Zdzisław Siemaszko, Zdzisław Słoń, Ryszard Jakubaszek, Hilary Kutrza, Kazimierz Olechowski.
Jedyny znany mi przypadek, to umożliwienie Andrzejowi Słowikowi wyjazdu pod nadzorem, na pogrzeb jego Ojca. W Barczewie miałem dosyć regularne kontakty z adwokatami, moimi obrońcami. Był tam mecenas Eugeniusz Sindlewski, Stanisław Maurer i Andrzej Kern i oni dość często tam się pojawiali u mnie.

Łódź dnia 12 kwietnia          
Sekretariat Episkopatu Polski      
Za pośrednictwem Kurii Biskupiej Diecezji Łódzkiej

Informacja o sprawie Andrzeja Słowika i dr. Jerzego Kropiwnickiego
[…]. PS.III. Trudności w wykonywaniu obowiązków obrończych w postępowaniu wykonawczym.

Wszyscy wyżej wymienieni adwokaci są również obrońcami skazanych w postępowaniu wykonawczym. Odwiedzali oni skazanych w Hrubieszowie, Potulicach i ostatnio – w Barczewie. Swobodny kontakt ze skazanymi trwał do dnia 17 grudnia 1983 roku. W dniu tym administracja Zakładu nie zezwoliła adw.Maurerowi i Ożadowiczowi na widzenie, twierdząc, że skazani nie chcą się z nami widzieć.
Odmówiono prośbę, by skazani uczynili to na piśmie. Podobna sytuacja powtórzyła się w dniu 23 grudnia 1983 roku, gdy do skazanych pojechali adw. Kern i Maurer.
W grudniu 1983 roku skazani powiadomili pisemnie swych obrońców, że nie jest prawdą, by odmówili widzenia z nimi.[…].
Od marca  1984 roku widzenia ze skazanymi zostały obrońcom przywrócone.[…].

…IV. Aktualna sytuacja skazanych.
Zakład Karny w Barczewie jest więzieniem ciężkim. Położony on jest na terenie podmokłym, co sprzyja powstawaniu chorób reumatycznych. Obaj nasi klienci niemal od początku pobytu w Barczewie zajmowali cele wyposażoną w tak małe okno, że niemal przez cały dzień – chcąc się uczyć lub czytać, zmuszeni byli do zapalania światła elektrycznego. Mimo takich warunków stosunki między skazanymi a administracją późną jesienią 1983 roku ułożyły się dosyć dobrze. Jednakże od 4 grudnia 1983 roku – jak wynika z relacji skazanych – administracja Zakładu bez jakiegoś uzasadnionego powodu przystąpiła konsekwentnie do pozbawienia skazanych, uzyskanych przez nich przywilejów. Rozpoczęły się coraz częstsze przeszukiwania cel, zaczęto odbierać przedmioty osobiste, pomoce naukowe, książki, własno- ręcznie poczynione notatki, ubrania cywilne. Gdy rozmowy z administracją nie dawały rezultatu, skazani rozpoczęli przemienną głodówkę: co dzień głodowała inna cela (więźniowie polityczni zajmowali cztery cele). To spowodowało dalszą eskalacje kar regulaminowych. Doszło do wypadku pobicia Andrzeja Słowika i do wszczęcia przeciwko niemu postępowania karnego za rzekome ubliżenie strażnikom więziennym. Po wizycie adwokatów: Kerna, Mazura i Ożadowicza – w dniu 13 marca  roku – pojawiły się oznaki pewnego odprężenia. Jednakże w dniu 22 marca  roku, skazani dowiedzieli się o pobiciu w Gdańsku współwięźnia – Bałuki, którego zabrano tam rzekomo do lekarza. Od dnia 23 marca  roku Andrzej Słowik i Jerzy Kropiwnicki przystąpili do ciągłej głodówki.[…]. W czasie ostatnie wizyty w Barczewie adwokaci: Kern, Maurer, Olczyk i Sindlewski – w dniu 7 kwietnia  roku – czynili wszystko, co było w ich mocy, by nakłonić skazanych do przerwania głodówki, tym bardziej, że zastali obu w bardzo ciężkim stanie.[…]. Pragniemy dodać, że w ostatnim okresie skazani osadzeni są w pojedynczych celach, nie mogą wysłuchiwać Mszy św. i nie są odwiedzani przez księdza. Z tych wszystkich względów zdecydowaliśmy się zwrócić o pomoc i opiekę nad skazanymi: Andrzejem Słowikiem i Jerzym Kropiwnickim do Episkopatu Polski. Łączymy wyrazy głębokiego szacunku. Lech Mazur, Mirosław Olczyk, Wiesław Ożadowicz, Andrzej Kern, Stanisław Maurer,  mec. dr Eugeniusz Sindlewski.(153)
Docierały do naszej celi w Barczewie echa tego, co się działo w kraju. Docierały głównie w ten sposób, że mieliśmy przemycony do celi odbiornik, na którym, z zachowaniem wszelkiej ostrożności, słuchaliśmy „Wolnej Europy“. Ten odbiornik nigdy nie wpadł. W pewnym sensie żałuję, że go zniszczyłem już po wyjściu z więzienia, kiedy obawiałem się rewizji w domu. A zniszczyłem dlatego, że uważałem iż pomysł był tak sprytny, że należało strzec go przed ujawnieniem, ponieważ być może jeszcze kiedyś, można by było z niego skorzystać. Staraliśmy się o prawo do Mszy św.

***                 
Ps.VIII. Obliczyłem ilość dni „przegłodowanych“ w czasie całego pobytu w więzieniu w proteście przeciw odmawianiu praw więźniom politycznym bądź represjonowaniu ich:
A. W Hrubieszowie (okres pobytu: 10 XII 1982 – 9 IX 1983
1. głodówki comiesięczne ( 13, 13 i 14)       –  16 dni
2. 7-dniowa głodówka „ o status więźnia“  –   7 dni
3. protest przeciw pobiciu kolegów              –  4 dni
                                      Łącznie:  ———— 27  dni

B. W Barczewie (okres pobytu: 9 IX 1983 – 24 VII  1984)
1. głodówki comiesięczne   –    7 dni
2. głodówka wrześniowa     –  18 dni
3. głodówka rotacyjna         –  26 dni
4.  głodówka wiosenna        –  57 dni
           Łącznie:  ————   108 dni
W sumie: 135 dni.

Ps.IX. Pytanie Tadka [Stańskiego]: „Czy uważasz, że warto było podejmować głodówkę?“.
Pytanie źle postawione. Powinien zapytać: Czy trzeba było?
– Tak. Nawet, gdyby koszty były jeszcze większe, niż są. Tam, gdzie w grę wchodzi obrona godności ludzkiej i walka o prawa więźniów politycznych, nie ma „zbyt wysokiej“ ceny.[…].(154) 
[Przed więzieniem Jerzy Kropiwnicki ważył 80 kg, a po głodówce;- 56.4 kg]

***
W kilka tygodni po zakończeniu głodówki, gdy wygraliśmy właściwie wszystkie punkty tego, na czym nam zależało – jeżeli chodzi o status więźnia politycznego – umieszczono nas w jednej celi. Jak się okazało, była to jedyna cela, która była skanalizowana. Przerobiono świetlicę na rodzaj kaplicy więziennej, dostarczono nam telewizor. Odbywaliśmy już wspólne spacery i w pewnym  momencie została ogłoszona amnestia i w końcu lipca znalazłem się w Łodzi. Zrobiono  jeszcze taki dosyć chamski i złośliwy numer    – nie wiem z jakiego powodu – czy z obawy, że będziemy zbyt dobrze witani w Łodzi. Dość, że powiadomiono rodziny, że następnego dnia wychodzimy z więzienia. Rodzina Andrzeja Słowika i moja, pojechały do Olsztyna,  bo to jest parę kilometrów od Barczewa, żeby następnego dnia rano być w więzieniu. I jak przyjechali pod bramę o godzinie 9:00 rano, to zostali poinformowani, że my zostaliśmy zwolnieni poprzedniego dnia. Rzeczywiście, poprzedniego dnia, gdzieś ok. godzinie 3:00 po południu, kazano nam się pakować ze wszystkim, i gdzieś o godz. 5:00-6:00 po południu, skończyła się cała procedura wypisywania nas z więzienia i okazało się, że czeka na nas taka duża stara „Wołga“, a w niej trzech „ubeków“, którzy powiedzieli, że będą nam towarzyszyć w przejeździe do Łodzi. Nie było tam najwygodniej, chociaż „Wołga“ jest dosyć dużym samochodem, ale było tak, że dwóch siedziało z przodu, a jeden siedział między nami z tyłu. I w ten sposób jechaliśmy do Łodzi. Przyjechaliśmy już późnym wieczorem lub wczesną nocą, jak to woli. Okazało się, że u Andrzeja Słowika nikogo w domu nie ma. Jechaliśmy od strony Zgierza, a od tamtej strony, mieszkał Andrzej Słowik i dom zamknięty. Wtedy komórek nie było, więc nie było jak się porozumieć. Potem był blok w którym ja mieszkałem. Też mieszkanie zamknięte i nikogo w nim nie było. Postanowiłem jechać do teściowej i namówić Andrzeja, żeby zanocował u mnie. Próbowaliśmy się tam dodzwonić do mieszkania, ale było to bardzo trudne. Od sąsiadów dowiedzieliśmy się, że teściowa z moją żoną i moim synem, pojechali do Olsztyna. Natomiast w mieszkaniu był mój szwagier, który pracował i wobec powyższego nie mógł sobie pozwolić, na tego rodzaju wyprawę. Ale on miał pioruńsko ciężki sen. Myśmy się tam długo dobijali do drzwi. Jednocześnie od sąsiadki nieustannie dzwoniliśmy telefonem. Na szczęście, jeden aparat telefoniczny stał przy jego łóżku, więc po iluś tam – kilkunastu, kilkudziesięciu minutach –  wreszcie dobudził się i w ten sposób z Andrzejem z jednej celi, wylądowaliśmy w jednym pokoju. Za dzień czy dwa, z aresztu na Mokotowie w Warszawie, wyszedł Grzegorz Palka, przygotowywany do procesu, w którym mieli być sądzeni przywódcy „Solidarności“, tzw. radykalnego nurtu „Solidarności“. Był przygotowywany także drugi proces kierownictwa „KOR-u“, ale jedno i drugie zostało zaniechane, gdyż już warunki się zmieniły. Ponieważ moja rodzina była w kontakcie z Ośrodkiem prowadzonym przez o. Miecznikowskiego, numery telefoniczne mieliśmy u siebie w domu. Uznałem za stosowne zadzwonić do o. Miecznikowskiego i powiedzieć, że jestem już na wolności. O. Miecznikowski zaprosił mnie do siebie, do domu zakonnego, a tymczasem pojawiła się u mnie pani Barbara Gruchała-Gruszczyńska, którą znałem wcześniej, bo była pracownicą podległą mi w dziale biura prasowego. Rozmowa z Ojcem miała charakter…taki bardziej na zasadzie powitania. Taka mocna i zdecydowana rozmowa, to miała miejsce jakieś dwa miesiące później, po porwaniu i śmierci ks. Jerzego Popiełuszki. Andrzej i ja, zostaliśmy uroczyście przywitani po Mszy świętej, odprawianej co tydzień  „Za Ojczyznę“ o godz.10:00, w Kościele ojców Jezuitów. Byli wszyscy koledzy, którzy wcześniej wyszli z więzienia, było mnóstwo ludzi. Na zdjęciach zrobionych widać, jak dziedziniec kościelny był zapełniony ludźmi, którzy tam przyszli nas witać. Prawdopodobnie tego chciały uniknąć władze, kiedy nas w inny sposób dostarczyły do Łodzi. Od ojca Miecznikowskiego dowiedzieliśmy się także, że jesteśmy oczekiwani w Warszawie w Szpitalu, na oddziale prowadzonym przez panią docent Zofię Kuratowską. Przez tamten oddział przechodzili wszyscy, którzy prowadzili głodówkę w więzieniu. Tam odbywali badania. Docent Kuratowska była jedną z wybitnych organizatorek i osób działających w Prymasowskim Ośrodku Pomocy, który mieścił się przy Kościele Św. Marcina w Warszawie. No więc, wzięliśmy co trzeba i pojechaliśmy do tamtego szpitala, gdzie przeprowadzono nam bardzo dokładne badania. Tam też, odwiedzali nas różni ludzie, których wcześniej znaliśmy. Niektórzy z moich kolegów, z którymi siedziałem w jednej celi na Mokotowie, czy w Hrubieszowie. Myśmy tam spędzili tydzień – może trochę więcej – na takich właśnie badaniach, a potem siłą rzeczy, żeśmy tam od czasu do czasu zaglądali. Ilekroć jechaliśmy pociągiem do Warszawy, także i pod inne adresy, to na korytarzu stało zawsze kilku panów. Potem ci panowie podążali za nami, jak szliśmy do tramwaju. Czuliśmy oddech i obecność „śledzi“, jak to się ich wtedy nazywało. A w szczególności, była ona bardzo widoczna, kiedy wybieraliśmy się do Warszawy. Jeśli samochodem, to za nami jechało jakieś auto, a jeżeli pociągiem, to na korytarzu zawsze można było ich zobaczyć. W Warszawie, dość łatwo żeśmy się ich pozbywali, gdyż oni Warszawę znali gorzej niż my. Kiedyś studiowałem w Warszawie, więc siłą rzeczy, byłem w stanie wymyśleć takie przejścia, przy których można było ich zgubić.   

Wtedy, czyli tuż po naszym powrocie do Łodzi, ojciec Miecznikowski nie poruszał żadnych spraw, mających znamione strikte polityczne. Głównie załatwiał z nami sprawy bytowe i informował, że trzeba się udać do tego szpitala w Warszawie i dobrze byłoby także, abyśmy się pokazali w tym Ośrodku przy kościele Św. Marcina. A z kolei Basia Gruchała-Gruszczyńska, próbowała nas zaopatrzyć w różne rzeczy, które były w tym dobrze wyposażonym Ośrodku Pomocy, przy Kościele o.o. Jezuitów. O. Miecznikowski nas poinformował, jakiego rodzaju aktywność przejawia ten Ośrodek, jaki ma zakres działania, ale to wszystko było na zasadzie, że „o tym wszystkim porozmawiamy, jak wrócicie z Warszawy“. Część badań odbywała się na miejscu, w tamtejszym Szpitalu. To był oddział gerentologii i chorób krwi, czyli krótko mówiąc umieralnia. Pani docent Kuratowska dokonywała tam dosłownie cudów, co zresztą było widać, kiedy ją zdjęto z ordynaorstwa tego oddziału. W ciągu jednego tygodnia zmarło tam sześć osób. Cały jej zespół, który ona zorganizowała, to był jeden z niewielu oddziałów szpitalnych, w jakich miałem do czynienia w życiu, gdzie człowiek nie mający żadnego statusu społecznego, który powodowałby jego szczególne traktowanie, był tam traktowany z nadzwyczajną cierpliwością i dobrocią. I to się rozciągało na pielęgniarki. Z salowymi tam różnie bywało, ale za to pielęgniarka z pięć razy wzywana do tego samego chorego, który po prostu nie miał żadnego innego powodu, poza jednym, że nie mógł zasnąć. Ale i wtedy okazywało się, że najbardziej zależało mu na tym, aby pielęgniarka podrapała go po plecach, co zresztą robiła i to był sposób traktowania tam pacjentów. Pobieranie krwi do analizy odbywało się w ten sposób, że człowiek się budził, jak już miał rękę przywiązaną i pielęgniarka nad nim stała z igłą. Cały personel medyczny starał się, aby chory tam nie miał żadnych dodatkowych udręk i można powiedzieć, że starali się o to bardzo skutecznie. Odwiedził mnie tam, także Andrzej Machalski, człowiek którego poznałem w Hrubieszowie, jeden z przywódców tzw. MRKS [Międzyzakładowy Robotniczy Komitet Solidarności], bardzo radykalnej struktury warszawskiej. Jej dziełem były te wszystkie tzw. „zadymy“, które się w Warszawie odbywały, w tym: rozrzucanie ulotek. Współpracowali z radiem „Solidarność“. To była struktura, która w tamtym czasie uważała, że nieustanie pokazywanie władzy „brzuszka“ – jak oni to nazywali – jest bez sensu. Trzeba władzy pokazywać siłę, a nie „brzuszek“. Z wyglądu, nikt by pana Andrzeja Machalskiego nie posądził o taki radykalizm, bo to człowiek, który się odzywał zawsze takim miękkim spokojnym tonem, miał grube szkła w okularach, a jak coś potrzebował przeczytać, to jeszcze brał lupę do ręki. Nikt by nie uwierzył, że został złapany na kolejnym dachu, z którego nie miał już gdzie zeskoczyć. Ale jednocześnie było wiadomo, jak ktoś znał jego życiorys, że on miał kiedyś wielkie osiągnięcia w lekkoatletyce. Przed stanem wojennym pracował, w jednym z wydawnictw koncesjonowanych katolickich, jakie wtedy istniały. Po wyjściu z więzienia założył prywatną firmę, która niebawem stała się jedną z największych firm prywatnych w Polsce. Spytaliśmy go:- Czy mógłby nas podrzucić do Gdańska na spotkanie z Lechem Wałęsą? On się tego podjął i któregoś dnia, samochodem pojechaliśmy do Gdańska. Po drodze, mieliśmy świadomość, że jesteśmy obserwowani. W którymś momencie, wlepiono nam mandat na 300 złotych, co wtedy było nie mało. Mniej więcej tyle, co byłoby dzisiaj, nawet trochę więcej. A poza tym, do Gdańska dojechaliśmy bez żadnego problemu. Spotkaliśmy się z Lechem Wałęsą. Wrażenia z tej rozmowy mieliśmy bardzo mieszane, bo Lech miał do powiedzenia Andrzejowi to m. innymi: że na pewno na niego nie głosował, na ostatnim Zjeździe, a mnie…, że odmówiłem mu wejścia do Prezydium Komisji Krajowej i jakieś takie dosyć dziwaczne w tym momencie stwierdzenie:
– A może dobrze zrobiłeś, bo być może dalej byś siedział.
– Właśnie wyszedłem z więzienia i członkowie Prezydium też.
Dał nam duży karton papierosów importowanych, oraz chwalił się tam różnymi gadżetami, które miał… A to, jacyś górnicy mu przynieśli…A to, ktoś znowu…A to, ktoś jeszcze…A tutaj dyplom od Papieża, a tam, pozdrowienia od kogoś. Takie tam… W sumie przykro.
Powracając do pobytu w Szpitalu… O. Miecznikowski utrzymywał kontakt z nami i z naszą rodziną i było wiadomo, że my tam w Warszawie, jesteśmy z dziesięć dni, to góra. Tam nas odwiedził ks. Jerzy Popiełuszko. I żeśmy się dogadali, że się już z nim w życiu widziałem. Był to taki przypadek…Studiowałem na SGPiS i studenci odbywający przeszkolenie wojskowe w czasie studiów mieli taki obóz, kończący cały cykl szkolenia. On był skoszarowany w ramach represji władz PRL wobec Kościoła. Było to w koszarach w Barczewie w 1967r. Nie spotkałem się wówczas „towarzysko“. Usłyszałem o nim, jako o „buntowniczym kleryku“. Widzieliśmy się z nim przelotnie. Przy drugim spotkaniu, opowiedział o Mszach za Ojczyznę w swojej parafii i zaprosił na Pielgrzymkę Ludzi Pracy do Częstochowy. Mówił też, że stara się unikać spotkania z Prymasem Józefem Glempem, bo słyszał, że zapadła decyzja o skierowaniu go do Rzymu na studia, dla bezpieczeństwa. Oczywiście, mógł odmówić – ale Prymasowi odmówić nie wypada. Było w Łodzi, kilku księży zakonnych i diecezjalnych, którzy prowadzili u siebie Msze święte za Ojczyznę, jednak z jakiegoś powodu ks. Biskup Józef Rozwadowski nie mianował żadnego z nich  Duszpasterzem Ludzi Pracy. Mianował natomiast ks. Jana Sobczaka. Mówiono, że jak Bp Józef Rozwadowski nie potrafił zdecydować się, kto byłby najlepszym kandydatem, to pozostawiał sprawę losowi, tzn. czekał, kto pierwszy zamelduje się na audiencji, i obdarzał go tym obowiązkiem. No i niestety, obdarzył takim obowiązkiem księdza, który był w bardzo delikatnej sytuacji. Budował kościół i pokrywał kopułę blachą miedzianą, a blachy miedziane wtedy na rynku, ani w sklepie, albo za pomocą internetu się nie zamawiało. Taki produkt był ściśle reglamentowany i było wiadomo, jak ktoś zaczyna czymś takim pokrywać dachy, to „esbecja“ momentalnie o tym wie, a otrzymanie blachy miedzianej w sposób nielegalny, narażało na różnego rodzaju konsekwencje. A w każdym bądź razie, na represje.
Relacje z ks.Janem Sobczakiem były dość skomplikowane. Uważałem, że było błędem ze strony św.p. Biskupa Rozwadowskiego, mianowanie ks.Sobczaka, późniejszego prałata, Duszpasterzem Ludzi Pracy, co stało się po męczeńskiej śmierci, dzisiaj już błogosławionego ks.Jerzego Popiełuszki, kiedy Episkopat powziął decyzję, że organizuje Duszpasterstwo Ludzi Pracy i że wobec tego, mają być wyznaczeni Diecezjalni Duszpasterze. I dlatego, siłą rzeczy, zachowałem daleko idącą ostrożność…
***

Meldunek łódzkiego SB dla dyżurnego operacyjnego MSW w Warszawie z 9 września 1985r.
4 dni wcześniej odbyło się zebranie organizacyjne aktywu Duszpasterstwa Świata Pracy. Przewodniczył mu proboszcz parafii na Retkini – ks.Jan Sobczak, poproszony przez biskupa Rozwadowskiego by został duszpasterzem robotników stwierdził, że nominacja stanowi dla niego zaskoczenie, ale ponieważ jest człowiekiem upartym, to doprowadzi robotę do wyznaczonego celu.[…]. Na propozycję jednego z uczestników spotkania, że do inicjatywy warto by włączyć kogoś ze znanym nazwiskiem, np.[Andrzeja] Słowika, ks.Sobczak stwierdził, że Słowik prowadził działalność polityczną. Dodał, że niestety drogi Kościoła i „Solidarności“ rozeszły się. Kościół nie może i nie będzie angażował się w akcje polityczne. Tolerowani są co prawda, tacy księża jak [ks.Henryk] Jankowski, czy [o.Stefan] Miecznikowski, ale nie potrzeba ich w duszpasterstwie robotników, przynajmniej z dwóch względów; – po pierwsze, to co oni robią, jest nauką nienawiści, a Kościół nie może się narazić na takie zarzuty;- po drugie, ich działalność jest obliczona na doraźny efekt, a Kościołowi chodzi o efekty długofalowe i trwałe.(155) 
A to, że ojciec Miecznikowski nie spotykał się z powszechnym prestiżem wśród księży, też mnie nie dziwi. Było bardzo wielu takich, którzy traktowali go jak bohatera, ale było też trochę takich, których uwierał na sumieniu, ponieważ ich na tego rodzaju odwagę i działalność stać nie było. Więc po prostu, mając pretensje do siebie, nie lubili jego, bo stanowił dla nich wyzwanie i wyrzut sumienia. Niektórzy w tym swoim strachu, mieli jeszcze dodatkową niechęć, polegającą na tym, że wtedy, kiedy myśmy głodowali w Barczewie – kiedy był trzydziesty lub czterdziesty dzień głodówki – ojciec Miecznikowski  zorganizował akcję, żeby w miarę możliwości we wszystkich Kościołach, na tej samej Mszy św. o godz.10:00, wszędzie do intencji wiernych, włączyć intencję w naszej sprawie. I okazało się, że były Kościoły, które tego odmówiły. Później okazało się, że i w samym zakonie Jezuitów, jedni byli z pełnym podziwem w stosunku do ojca Miecznikowskiego, a inni uważali, że ich bez potrzeby naraża. Człowiek nie może siebie nie lubić, więc ci, których dręczyły wyrzuty sumienia, musieli nie lubić ojca Miecznikowskiego. Nie jestem tym specjalny zdziwiony. Sądzę, że każdy psycholog, by takie zjawisko potwierdził…
…W środowisku kościelnym nie brakowało jednak głosów przyjaznych Jezuicie. Świadczył o tym m.in. meldunek z 12 lutego 1985r Wydziału d.s.Wyznań UMŁ [Urzędu Miasta Łodzi], w którym napisano, że Stefan Miecznikowski oceniany jest pozytywnie wśród kurialistów z racji skupienia wokół siebie opozy-cjonistów należących do elity intelektualnej Łodzi oraz tych ugrupowań, które popierają Kościół.(156)

…Po porwaniu ks.Popiełuszki, ojciec Miecznikowski wyraźnie zradykalizował swoją zewnętrzną działalność. Do tej pory była ona i tak widoczna w Łodzi, bo ten Ośrodek Pomocy był tylko częścią działalności ojca Miecznikowskiego. Oprócz tego, działało tam kilka Duszpasterstw. Takich środowisk, które nie     mogły znaleźć sobie miejsca, na legalne działanie. Do nich należało: Duszpasterstwo dziennikarzy,  

Duszpasterstwo Środowisk Twórczych itd. Były tam organizowane spotkania raz w miesiącu, gdzie przyjeżdżali ludzie znani ze swoich postaw opozycyjnych. Łatwiej byłoby mi wymienić kogo nie było, niż kto był. Był tam i pan Tadeusz Mazowiecki i pan Dariusz Fikus, Jacek Kuroń, Marek Edelman. Było tam też zorganizowane wyjątkowe spotkanie…Chyba jako pierwsze wtedy w Polsce, którego tematem była kwestia: „Polacy, a mniejszości etniczne“. Na tej dużej konferencji byli Białorusini, Łemkowie i Ukraińcy. Później, jak już taka możliwość się otworzyła, to ojciec Miecznikowski zabiegał o to, żeby go wyznaczono na misję na Wschodzie. Najchętniej na Litwę. Ale niestety, nic z tego nie wyszło, zakon był innego zdania. Jeszcze wtedy, jak było porwanie ks. Jerzego Popiełuszki, i nie było wiadomo, czy i kiedy zginął, to ojciec Miecznikowski najpierw zarządził modlitwę na terenie Kościoła, a myśmy brali w tym udział. Później pojechaliśmy do Warszawy z Andrzejem Słowikiem i Grzegorzem Palką, i tam przebywaliśmy na terenie Kościoła Św. Stanisława Kostki, aż do momentu, w którym otrzymaliśmy wszyscy wiadomość, że znaleziono ciało. Ojciec Miecznikowski urządził olbrzymie uroczystości w Kościele. Wtedy też, został postawiony ten krzyż, z tablicą przed Kościołem o.o. Jezuitów na ul. Sienkiewicza 60. Ilekroć tam jestem, to tablica ta jest częściowo przysłonięta kwiatami i nie zwróciłem uwagi, czy nadal jest tam nadal znak zapytania, przy dacie śmierci [jest]. Jeszcze wtedy, nie było pewne, jakiego to było dnia i wobec tego przy dacie śmierci ojciec Miecznikowski kazał umieścić znak zapytania. To jednocześnie wskazuje, że to było jedno z pierwszych miejsc upamiętnienia śmierci ks. Jerzego Popiełuszki. 
Wracając do duszpasterstwa. U o. Miecznikowskiego, było tak, że niby była swoboda, ale było oczywiste, że każdy krok, trzeba było jemu relacjonować, bo w pewnym momencie zgodził się na utworzenie przy Kościele o.o.Jezuitów, Duszpasterstwa Ludzi Pracy, jako jeden z kroków po śmierci ks.Jerzego Popiełuszki. Tam  było środowisko szczególne, bo my zapraszaliśmy tylko osoby, wyłącznie z polecenia struktur podziemnych, lub też tajnych Komisji Zakładowych. Popularnie mówiono, że to „podchorążówka“.

Prowadziliśmy różnego rodzaju szkolenia i dyskusje na tematy związane z katolicką nauką społeczną. A w szczególności o prawach człowieka, o prawach pracownika. Niby mogłem robić to, co chciałem, ale tak na prawdę, byłem zobowiązany do zrelacjonowania tematów o.Miecznikowskiemu.  Te spotkania u Jezuitów odbywały się w aneksie, gdzie jest w tej chwili kaplica Św.Krzysztofa. Na piętrze od schodów po lewej stronie, czyli nie tam, gdzie kaplica, tylko po drugiej stronie, była taka salka szkolna. Tam, te kilkanaście osób się zbierało. Sprowadzałem na te spotkania głównie specjalistów z Uniwersytetu Łódzkiego. Takich, których znałem jako osoby godne zaufania. I to Duszpasterstwo trwało tam, do słynnych czerwcowych wyborów. Ojciec Miecznikowski był także jednym z inicjatorów, którzy podchwycili ideę ks.Jerzego Popiełuszki na organizowanie pielgrzymki ludzi pracy do Częstochowy, trwających po dzień dzisiejszy.
Trzydziesta pierwsza odbyła się w tym roku, zawsze w trzecią niedzielę września. Brałem udział we wszystkich – prócz pierwszej – bo była zorganizowana w 1983 roku. Kiedy byłem tam, to na miejscu okazało się, że spotkaliśmy z całej Polski ludzi, którzy niedawno wyszli z więzienia z różnych miejsc. To była jedyna pielgrzymka którą widziałem, jeszcze z uczestnictwem ks.Jerzego Popiełuszki, bo w niedługi czas potem, został przecież w październiku porwany i zamordowany. Moja współpraca polityczna i społeczna z o.Miecznikowskim, zaczęła się po naszym wyjściu z więzienia, po zakończeniu tych wszystkich badań szpitalnych. I została bardzo zintensyfikowana z inicjatywy o.Miecznikowskiego, jako reakcja na śmierć ks.Jerzego Popiełuszki. O.Miecznikowski bardzo mocno to przeżył i uznał, że na tego rodzaju zbrodnie, nie można reagować zaprzestaniem działalności, pasywnością, tylko trzeba być aktywnym, być zdecydowanym na to, aby przeciwstawić się złu. Ta pielgrzymka, na której byłem w Częstochowie, to jak się spojrzało na ten plac poniżej „Szczytu“, to jeszcze wtedy, było tam, bardzo mało ludzi, zaledwie kilka tysięcy. Nawet uważałem, że jest to błąd, że jest to organizowane pod „Szczytem“. Myślałem tak, że gdyby to zrobiono w Kościele, no to Kościół pękałby w szwach. A tutaj, trochę ludzi stało na wałach, trochę pod „Szczytem“. To sprawiało wrażenie kilkutysięcznej grupy, najwyżej.
A w tej grupie tych, co stali pod „Szczytem“, w połowie to byli łodzianie, pod przywództwem o. Miecznikowskiego. To zawsze była potem jedyna grupa, która jeździła tam z namalowaną przez jedną z artystek z ASP, chorągwią Matki Boskiej Bolesnej i o. Miecznikowski sobie czasami żartował, że robotnicy to nie koniecznie pod kościelnymi sztandarami. Ale przywiązanie do tego akurat sztandaru, było tak duże, że robotnikom bynajmniej to nie przeszkadzało. Ta współpraca trwała aż do „Okrągłego stołu“.
Trzeba było dwukrotnie interweniować we władzach Jezuitów, żeby o.Miecznikowskiego z Łodzi nie zabierano. Raz to się odbyło dosyć gładko. Za drugim razem już trochę ciężej dlatego, że było wiadomo, że są także naciski władz na to, żeby przestał być Proboszczem. Ale zakon Jezuitów, który jest przecież zakonem intelektualistów, szybko znalazł rozwiązanie, po prostu  rozdzielono – czego na ogół się nie robi – funkcję proboszcza i przełożonego Domu Zakonnego – Superiora. Nie znam treści porozumienia, jaki zawarł Ks.Kard.Stefan Wyszyński z Rządem PRL-u, ale podobno tam był jakiś zapis o koniecznych konsultacjach przy obsadzaniu stanowisk administracyjnych w Kościele, na przykład proboszczów. Więc tutaj zakon postąpił w ten sposób, że zwolnił ze stanowiska proboszcza o.Miecznikowskiego. Zresztą, po zakończeniu zwyczajowej kadencji, rozdzielono funkcję Proboszcza od funkcji Superiora. I w ten sposób o.Miecznikowski został nadal w parafii, jako Superior. Z tego co wiem, powodowało to, różne iskrzenia wewnętrzne. Jednak te okoliczności, nie zraziły Ojca do kontynuowania swojej dotychczasowej działalno-ści, nawet wtedy, kiedy zaczął dostrzegać objawy podziału w łódzkiej „Solidarności“. Podział ten, tak na prawdę, nie został wywołany przez Lecha Wałęsę, on go tylko potwierdził. Dlatego, że konflikt trwał. Jego wyraźne symptomy, ukazały się po powrocie Andrzeja Słowika z nielegalnego wyjazdu zagranicznego, gdzie jak się okazało, on po prostu popsuł plany tej grupie, która otaczała Lecha Wałęsę. Rzecz polegała na tym, że w Polsce twierdzono – cofam się o kilka lat w stosunku do przyjazdu Lecha Wałęsy do Łodzi – że nie da się zarejestrować NSZZ „Solidarność“ w żadnej ze światowych niekomunistycznych Central Związkowych dlatego, że jest tam nieprzyjazny układ członkowstwa i wpływów. W jednej z nich: chadec-kiej, wpływy ogromne mają Związki Zawodowe Niemiec, że one blokują przyjęcie Polski, ponieważ zachowują się lojalne wobec Rządu Niemieckiego, który ma swoje interesy polityczne i żeby nie drażnić Rosji. A z kolei w drugim, o nachyleniu socjaldemokratycznym, dominacja Związków Szwedzkich, naj-bogatszych w tym zestawie, powoduje lojalność wobec Rządu Szwedzkiego. I że tam, nie ma dobrego klimatu dla przyjęcia „Solidarności“ w poczet członków. Andrzej Słowik wyjechał na cudzym paszporcie na Zachód, wziętym od jakiegoś Jugosłowianina. Był tak zrobiony, żeby maksymalnie przypominał rysopisem owego właściciela paszportu. Chyba fotografii nie zmieniano, tylko zmieniono wizerunek Andrzeja. I on przedostał się przez Szwecję do Brukseli, gdzie skontaktował się z biurem „Solidarności“. No i okazało się, że tam dla odmiany, panuje taki klimat, że nie rozumieją, dlaczego Polska nie występuje z wnioskami o afiliację, bo obydwie Centrale Związkowe, są gotowe na przyjęcie „Solidarności“ w charakterze organizacji afiliowanej, czyli stowarzyszonej. I to tak dalece, że uzgodniły między sobą nawet to, że ze względu na wielkość „Solidarności“ i jej szerokość palety politycznej, reprezentowanej przez członków, oraz ze względu na specyficzną sytuację antyzwiązkową w Polsce, gotowe są zrobić wyjątek w swojej dotychczasowej polityce i podpisać akt stowarzyszenia, nie roszcząc wzajemnych pretensji. Sekretarzem Generalnym tych chadeckich Związków Zawodowych, był wtedy Jan Kułakowski, który tam, od wielu, wielu lat, przebywał. I chyba to jego zabiegi spowodowały, iż takie stanowiska przyjęły obydwa te Związki, chociaż mieliśmy też bardzo dobre układy w tej socjaldemokratycznej Centrali, niezależnie od pana Kułakowskiego. Mieliśmy też bardzo dobre układy jako „Solidarność“ z amerykańską centralą związków zawodowych [AFL-CIO], które miały swoje wpływy w obydwu światowych federacjach. Sprawa stała się dosyć dziwna i zagadkowa. Okazało się, że obydwie Centrale czekają na wniosek z Polski. W tym czasie po Polsce, krążyła także i druga wiadomość: że hierarchia Kościoła katolickiego, ze względu na stanowisko Ojca Świętego, jest przeciwna afiliacji Polski, w zagranicznych Związkach Zawodowych i że to stanowisko Ojca Świętego w tej sprawie jest po prostu negatywne. Na Watykanie uważało się, że byłby to krok, z którego nie byłoby możliwości prowadzenia jakiegoś dialogu z władzą. Andrzej Słowik spotkał się tam – już nie pamiętam, czy w Brukseli, czy w Paryżu, bo był tam przekazyw-ny, z jednego miejsca do drugiego z Bohdanem Cywińskim z którym udał się do Rzymu. I tam została mu załatwiona audiencja u Ojca Świętego. W czasie tej audiencji Andrzej zorientował się, że Ojciec Święty jest zdecydowanym zwolennikiem włączenia „Solidarności“ w te organi-zacje światowe. Bez wątpienia Papież, słuchając pytań jakie stawia Andrzej – uznał, że nie są one bez powodu – bo niebawem do Komisji Episkopatu, do Prymasa Polski, przyszła wiadomość o stanowisku Ojca Świętego w tej sprawie. I Arcybiskup Tadeusz Gocłowski poinformował Lecha Wałęsę o tym, jak wygląda w tej kwestii stanowisko Episkopatu. Zorganizowana została także wyprawa Andrzeja za ocean, z jeszcze innymi papierami, ale niestety, na tym samym paszporcie. I Andrzej natknął się tam na fantastyczną głupotę urzędniczą, bo w momencie, kiedy na granicy ze Stanami Zjednoczonymi zwrócił się do urzędniczki amerykańskiej z prośbą o niewbijanie pieczątki do paszportu, to najpierw wbiła pieczątkę w paszport, a potem wbiła kasatę tej pieczątki. Tam Andrzej spotkał się z szefostwem Centrali AFL-CIO. Także z wysokimi urzędnikami amerykańskiej administracji rządowej. I również z organizacjami, które były założone po to, aby pomagać polskiej opozycji. Nieco wcześniej, przed wyjazdem Andrzeja na Zachód, ujawniona została jeszcze jedna myśl, która w tym samym czasie, albo nieco wcześniej, ukazała się w publikacjach. Wyszła Książeczka-broszura Jacka Kuronia, w której stawiał tezę – zresztą mówił o tym w wielu miejscach w Polsce –  że skończył się czas „Solidarności“, jako Związku Zawodowego. Książka miała tytuł „Krajobraz po bitwie“ i on tam przeprowadza analizę, z której wynikało, że NSZZ „Solidarność“ przed Stanem Wojennym, była wielkim konglomeratem, w której mieściły się i Związki Zawodowe, i Ruchy Ekologiczne, i quazi  partie polityczne, i coś tam jeszcze, i coś tam jeszcze. I w tej broszurze stwierdził, że funkcje „Solidarności“ zostały częściowo przejęte przez inne organizacje: a to przez „Wolność i Pokój“, a to przez organizacje ekologiczne. Nawet OPZZ, ma wszelkie cechy wiary-godnego Związku Zawodowego. I to, co właściwie pozostaje, to pozostaje w „Solidarności“, to jej siła opozycyjna, i że stała się ona takim wielkim ruchem opozycyjnym w stosunku do PRL-u. Mniej więcej w tym samym czasie, Andrzej Celiński, który był wtedy ważną osobą w „Solidarności“, bo był bliskim współpracownikiem Lecha Wałęsy i jednocześnie bardzo bliskim współpracownikiem Bronisława Geremka i Tadeusza Mazowieckiego, dostał zgodę na wyjazd do Stanów Zjednoczonych, na zaproszenie. I niebawem w amerykańskim wydaniu „Newsweeka“, na przed-ostatniej stronie – jest to najbardziej prestiżowa strona, jeżeli chodzi o oświadczenia polityczne – ukazała się jego wypowiedź, której główną tezą  było stwierdzenie, że „Solidarność“ stała się już ruchem politycz-nym, partią  opozycyjną, choć kraj jeszcze nie jest demokratyczny. Tego rodzaju stwierdzenia, miały także swoje praktyczne konsekwencje. Taką, bardzo poważną konsekwencją praktyczną, miało być przesterowa-nie funduszy amerykańskich i związkowych z tych central europejskich – właściwie światowych, ale loko-wanych w Brukseli – z „Solidarności“, na opozycję demokratyczną. Oznaczało to technicznie, przestero-wanie ich z Biura w Brukseli na Biuro w Paryżu. I w momencie, w którym pojawił się tam Andrzej Słowik, ze swoimi stwierdzeniami i pytaniami, oraz tezami, które przekonały Biuro brukselskie i wyraźnie wyjaśniły stanowisko nie tylko Ojca Świętego, ale także wpływowych osób na Zachodzie polskiego pochodzenia, jak i takich, którzy interesowali się zawodowo i urzędowo sprawami polskimi, sprawa została zablokowana. Tu w kraju wiedziano, w tym gronie, które było świadome tych  planów i tej perspektywy, że wyjazd Andrzeja może to popsuć. Był taki etap, kiedy Andrzej widując się z przedstawicielami z bliskiego otoczenia Zbigniewa Bujaka, miał akceptację na zorganizowanie swojego wypadu za granicę.  W pewnym momencie, te kontakty zostały przerwane, i przyszedł wyraźny przekaz: TKK nie wyraża zgody. Andrzej jednak został wysłany za granicę, w czym był duży udział organizacji, którą kierował Andrzej Machalski.
W Paryżu, Andrzej w jakimś  miejscu, natknął się twarzą w twarz, z Markiem Edelmanem i niebawem ta informacja, że Andrzej Słowik jest w Paryżu, została przez Marka Edelmana przekazana do Bronisława Geremka. I Geremek na to zareagował rozmowami z kilkoma osobami w Paryżu i w Brukseli, w których dał taki przekaz, że pojawił się na Zachodzie „Pan Nielojalny“, z którym nie należy podtrzymywać kontaktów. Ale ta rzecz już zaszła bardzo daleko, a na dodatek okazało się, że nawet na Zachodzie, w tym środowisku polskim, w którym generalnie ceniło się autorytet Geremka, Mazowieckiego, w środowiskach KOR-owskie, z którym związany był Celiński, że interesy tam nie są jasne i klarowne, jak z perspektywy warszawskiej mogłoby się wydawać. I Biuro brukselskie, nie było wcale zachwycone, ewentualnością samolikwidacji i zrywania kontaktów ze Związkami Zawodowymi, a także z zakończeniem swojej misji, więc w efekcie tej próby dezawuowania Andrzeja, nie odniosły skutku. Wrócił do kraju, sprawozdał Lechowi Wałęsie, co tam usłyszał. Oprócz tego, załatwił jakieś dostawy maszyn drukarskich dla struktury łódzkiej. Nawiasem mówiąc, nie dotarły, bo była wpadka. Natomiast, jeżeli chodzi o Lecha Wałęsa, to on natychmiast to wszystko sprawdził. Potwierdzono mu w Episkopacie i potwierdzono także w Ambasadach. Wałęsa podpisał wniosek o afiliację w obydwu tych organizacjach. Jednocześnie zatruto go informacją, że Andrzej Słowik, przebywając na Zachodzie, tak na prawdę, zabiegał o uznanie go za rzeczywistego lidera „Solidarności“. O tym dowiedziałem się wiele lat później dlatego, że sprawa ta, także rykoszetem wróciła do Brukseli. I pani Anna Oulatar na rocznicowym Zjeździe „Solidarności“ powiedziała mi, że oni taką wiadomość powzięli, i ją próbowali  dementować, ale to już było, jak to się mówi „po herbacie“…
Andrzej Słowik był jednym z liderów założycieli „S“. Był przed stanem wojennym członkiem Prezydium KK i był osobą znaną na Zachodzie. Jego misja uratowała istnienie „S“, jako Związku Zawodowego. To było warte wszelkiego ryzyka.

Lech Wałęsa jak wiadomo, jest człowiekiem miłosiernym i wybaczy wszystko, za wyjątkiem tego, co dotyczy jego osoby. Tutaj zrobił się niezwykle twardy w kwestii Słowika, tym bardziej, że jego łatwość wybaczania łączy się także z doskonałą pamięcią, w sprawach które wiążą się z jego domniemaną krzyw-dą, pamięć ma słoniową. Więc on, oczywiście pamiętał – bo mu doniesiono – że na Pierwszym Zjeździe „Solidarności“, Andrzej Słowik aktywnie organizował poparcie dla jednego z konkurentów Lecha Wałęsy, przy wyborach na Przewodniczącego Związku, a to, że po Wyborach zachowywał się w stosunku do Wałęsy bardzo lojalnie, to już nie miało dla Lecha żadnego znaczenia. Lech Wałęsa przyjechał w 1989 do Łodzi z dobrą pamięcią tego wszystkiego i przyjechał tutaj w takiej sytuacji, że nie tylko środowiska, które były nam niechętne, ze względu na popsucie ładnej wizji rozwoju sytuacji, ale także pełen urazów osobistych, przybył tutaj niby dla zagaszenia sporu wewnętrznego, ale tak na prawdę, żeby rzucić na nas anatemę. No, nie wyszło. Okazało się, że na tej sali, a własciwie hali, na której zorganizowano spotkanie; była to hala ŁKS-u, mieszcząca się pod trybunami stadionu, jak podała „Wolna Europa“, wchodzącego na salę Wałęsę powitały okrzyki:– „Słowik!“.., „Słowik!…“.Prawdopodobnie wynikało to stąd, że byli zapro-szeni na scenę członkowie RKO, natomiast nie zaproszono nikogo z nas. Wywiązała się tam nawet taka kłótna, przekrzykiwanie. Lech Wałęsa próbował obrócić to wszystko w żart. Do jakiejś szczególnie ekspansywnej pani powiedział:– Rozumiem, że pani kocha Słowika,  ale może by pokochała także i mnie. A ona odkrzyknęła:– „Czemu nie! Ale dlaczego nie ma Słowika, tutaj na scenie? Zasłużonego dla „Solidarności“ człowieka?!…

Po przemówieniu Wałęsy, działacze RKO zostali zaproszeni do jednej z mniejszych sal konferencyjnych. Zaproszono też i naszą trójkę, ale nikogo więcej. Z pośród tzw. dostojnych gości, szanowanych przez „Solidarność“ w Łodzi, został tam także zaproszony o.Miecznikowski i zostali zaproszeni także mecenasi, którzy występowali w procesach w obronie osób prześladowanych w Stanie Wojennym. W czasie tego spotkania, upominał się o nas m.innymi: późniejszy vice marszałek Sejmu, św.p. mec.Andrzej Kern. Bardzo emocjonalne przemówienie wygłosił o.Miecznikowski. Było widać, że to zrobiło duże wrażenie na Wałęsie, bo jakby raptem stracił całą parę. Najpierw mu oddech wybiło to, co działo się na dole, ale myślał, że w takim bardziej przyjaznym sobie otoczeniu, będzie mógł złapać drugi oddech. Ale to już było widać, że po wystąpieniu mec.Kerna i o.Miecznikowskiego, właściwie nie ma atmosfery, w której mógłby podjąć tego rodzaju zamiar. Tym bardziej, że ataki jakie próbowali tam przeprowadzić członkowie „Solidarności“ związani z RKO, wypadły bardzo blado i nie przekonywująco. I w efekcie, ten wątek skończył się na tym, że Lech Wałęsa swoim zwyczajem powiedział:- No… To ja, tutaj, mam takie wyjście… Niech powstanie taki Komitet, który tu doprowadzi do jakiejś zgody. No… I niech ksiądz, będzie w tym Komitecie. I pan, panie mecenasie Kern, niech też będzie w tym Komitecie.
W ciągu następnych iluś tam dni, o.Miecznikowski bardzo zabiegał o to, aby ten Komitet powstał, a następnie, żeby doszło do spotkania i do jakiś uzgodnień między tymi dwiema strukturami. To trwało dosyć długo. Skończyło się niczym. Któregoś dnia, o.Miecznikowski – po dwóch, czy trzech miesiącach – powiedział z ambony:- Niestety muszę publicznie powiedzieć, że misja, jaką powierzył mi Przewodniczący „Solidarności“, nie będzie przeze mnie wykonana. Nie udało mi się doprowadzić nawet do spotkania obydwu tych grup. Przy czym chciałbym tutaj powiedzieć otwarcie i uczciwie, że dobrą wolę w tej sprawie wykazywali członkowie Prezydium Zarządu Regionalnego Ziemi Łódzkiej.
Ten list, czy też oświadczenie, zostało odczytane przez o.Miecznikowskiego, w czasie tzw.„Mszy za Ojczyznę“. One tym się różniły od innych „Mszy z Ojczyznę“, że w wielu Kościołach one się odbywały raz w miesiącu, natomiast u o.o. Jezuitów była to coniedzielna Msza św. o godz. 10:00.  Uczestniczyłem w tej i w pozostałych „Mszach za Ojczyznę“, które były prowadzone aż do mojego wyjazdu, już po „Okrągłym Stole“ i już po Wyborach, kiedy wyjechałem na stypendium do Stanów Zjednoczonych. Ojciec był wstrząśnięty tym, co się stało. Wydaje mi się, że stracił już serce do Łodzi, i do tutejszych działaczy. Zresztą w niedługi czas potem, jego więzi z „Solidarnością“ bardzo osłabły, a on sam już nie zabiegał o dalsze pozostanie w Łodzi. Stwierdził, że jego misja się już skończyła i nie widzi jej dalszych perspektyw. Następny raz zobaczyłem o.Miecznikowskiego już w śpiączce w Łodzi…

***
W czasie przerwy w obradach „Okrągłego Stołu“, Lech Wałęsa odwiedził kilka dużych ośrodków, i tam prowadził pewien rodzaj agitacji w stosunku do „Okrągłego Stołu“ i do tego, co się będzie działo, także ze Związkiem. Mieliśmy takie przesłuchy, że Lech Wałęsa przyjedzie do Łodzi, między innymi po to, żeby rzucić klątwę na Słowika, Palkę i Kropiwnickiego. Nasi partnerzy z RKO, zrewanżowali się nam za wejściówki na plac na Lublinku, w czasie wizyty Ojca Świętego Jana Pawła II, gdy ówczesny Metropolita Łódzki ks.Abp Władysław Ziółek, dał pewną ilość wejściówek dla „Solidarności“ w nasze ręce. Do celebry zaprosił o.Miecznikowskiego, ks.Bp Władysław Ziółek [dziś Arcybiskup senior]. W imieniu tegoż biskupa złożono mi propozycję odczytania w czasie Mszy „papieskiej“, jednej z intencji w Modlitwie Wiernych. Otrzymałem w Kurii specjalną przepustkę uprawniającą do wejścia na teren ołtarza, wystawio-ną przez BOR. Miałem powody, aby przypuszczać, że SB podejmie starania, abym nie pojawił się na plat-formie ołtarza. Wszedłem na plac I., do sektora „zwykłego“, posługując się zwykłą wejściówką „bezimienną“. Stamtąd przeszedłem do sektora ołtarzowego. Przy wejściu okazałem przepustkę „BOR-owską“ Ks.prałat Konrad Krajewski [dziś kardynał, Jałmużnik Ojca Świętego], przeprowadził próbę czytania przy ołtarzu. Potem poprosił, byśmy byli w pobliżu i wrócili na platformę ołtarza, gdy usłyszymy komunikat o zbliżaniu się papieskiego helikoptera. Mój powrót okazał się bardzo trudny. Przy stopniach prowadzących do ołtarza pojawił się BOR-owiec i stwierdził, że moja przepustka nie uprawnia do wejścia. Za liną okalającą plac na zapleczu ołtarza pojawili się SB-cy. Znałem ich z widzenia, a jednego nawet po nazwisku. Tyle że „operacyjnym“. Raz nazywał się Lech Janowski, a kiedy indziej Jan Lechowski. SB-cy „zachęcali“ mnie, bym wyszedł poza teren ogrodzony liną i tam poczekał. Odmówiłem. Próbowali odciągnąć mnie siłą, ale z drugiej strony trzymał mnie o.Miecznikowski, a później ks.kanclerz Andrzej Dąbrowski [dziś Infułat]. Gdy zaczęły lądować helikoptery SB-cy wycofali się, ale dostęp do ołtarza był nadal blokowany. Wpuszczono mnie dopiero po interwencji Ks.Alojzego Orszulika [dziś św.p. biskupa z Łowiczu]. W 1992 spotkałem tamtego BOR-owca, jako „ochroniarza“ Marszałka Sejmu, Wiesława Chrzanowskiego. Zapytałem, czy pamięta tamten incydent i jakie miał polecenie. Powiedział, że bardzo proste: nie wpuścić, lekko sprowokować do próby przedarcia się, aby wydać SB-kom. Wylądowałbym na Komendzie MO i SB.

 ***
… W miarę, jak poszerzał się zakres wolności w Polsce i jak jednocześnie otwierały się inne możliwości działania jawno-politycznego, to funkcja takich spotkań w Duszpasterstwach, siłą rzeczy trochę słabła. Najbardziej aktywne były w stanie wojennym: Duszpasterstwo Środowisk Twórczych, prowadzone przy kościele o.o.Jezuitów, ale także Duszpasterstwo Ludzi Pracy, pod patronatem ks.Józefa Belniaka, które działało w kościele Salezjanów. W niedługim czasie, po zamordowaniu ks.Jerzego Popiełuszki, o.Miecznikowski zaproponował nową formę działania. Kiedyś Andrzej Słowik po wyjściu z więzienia zagadywał o to, że są w innych Kościołach Duszpasterstwa Ludzi Pracy, bardziej w tę stronę zorientowane – o.Miecznikowski mówił, że tę rolę spełniają „Msze św. za Ojczyznę“, oraz spotkania Duszpasterstwa Środowisk Twórczych. Ale, po śmierci ks.Jerzego Popiełuszki zaprosił nas i powiedział, że jeszcze raz przemyślał sprawę i doszedł do wniosku, że rzeczywiście należy tu otworzyć Duszpasterstwo, takie bardziej pracowniczo – robotnicze, związane z „Solidarnością“. I uznałem za oczywiste, że ja mam to prowadzić. Postanowiliśmy tam przyjąć formułę spotkań zamkniętych, tzn. uczestnicy byli przez nas zapraszani. Część z nich na tej zasadzie, że myśmy znali osoby, które tam zaprosiliśmy, a o kolejne zwróciliśmy się do szefów istniejących struktur, bez względu na to, czy byli bardziej z RKO, czy bardziej z nami. I poprosiliśmy o to, aby oddelegowali jakiś swoich zaufanych. Ponieważ na tym Forum, nie zamierzaliśmy toczyć sporu o to, kto reprezentuje „Solidarność“ i jakie są jego w tym względzie tytuły uprawnienia. Na początku uruchamiania tej inicjatywy, to nie miało żadnego znaczenia, bo RKO nadal uznawało nasz autorytet. Wtedy jeszcze. Do zerwania doszło znacznie później, po nielegalnym wyjeździe Andrzeja Słowika za granicę i  po  powrocie z tego wyjazdu, czyli gdzieś mniej więcej półtora roku później, od powstania całego tego Duszpasterstwa, którego jak mówiłem, prowadzenie o.Miecznikowski mi zlecił. O.Miecznikowski, nie był łatwym człowiekiem do współpracy, bo on niby otwierał pola do współpracy, ale bardzo się wszystkim interesował. I tak na prawdę, bez nakazywania, powodował to, ze trzeba było z nim wszystko uzgadniać. Niby miałem swobodę, ale jak to się mówi, zawsze byłem dopytywany:- A co tam?. .A kiedy?.. A jak?.. A kto?…

***
O.Wojciech Skórewicz SJ został pobity na ul.Sienkiewicza, przed Kościołem o.o.Jezuitów. Było to 3-maja 1988. Msza św. celebrowana przez o.Miecznikowskiego skonczyła się o 18:00. Uczestniczyły w niej liczne delegacje z wieńcami i wiązankami kwiatów. Mieliśmy przejść z nimi pod Katedrę i złożyć je na płycie Nieznanego Żołnierza. Na placu, na przeciwko Kościoła, już od rana parkowały pojazdy wypełnione fun-kcjonariuszami MO. Stało też kilka „suk“ – samochodów do przewozu więźniów. Gdy Msza św. się skoń-czyła – wyskoczyli z samochodów i ustawili się po przeciwnej stronie ulicy. Andrzej Słowik i ja wzięliśmy wieniec i ruszyliśmy w kierunku bramy. Za nami ustawiły się pozostałe delegacje. O.Miecznikowski pod-biegł do nas i radził, żebyśmy raczej pojechali samochodem, bo może władze chcą „tylko“ zablokować przemarsz. Andrzej pobiegł do swojego samochodu, ale ja nie poczekałem. Nie wierzyłem, że uda się przejechać, a pamiętałem, że następnego dnia Andrzej miał na teren zajezdni MPK i zorganizować tam wiec. Nie mogłem dopuścić, by go aresztowano. Ruszyłem, a za mną reszta. Skręciłem w lewo w kierunku ul.Piłsudskiego [nazwa dzisiejsza], po kilkunastu krokach zostałem zatrzymany, podbiegło do mnie trzech barczystych milicjantów. Dwóch złapało mnie pod ręce i razem z wieńcem zanieśli mnie do miejsca parkowania. Trzeci biegł przed nami i rozganiał ludzi. Zostałem wrzucony do „suki“, a wieniec trafił do ciężarówki. Tę procedurę powtórzono kilkakrotnie. Zawieziono nas do aresztu, przy Komendzie Dzielnicowej na Piotrkowskiej.
Wszyscy wylądowaliśmy na jednej zakratowanej sali, w piwnicy gmachu. Jako człowiek doświadczony, radziłem zatrzymanym, by ograniczyli się do stwierdzenia, iż chcieli złożyć kwiaty i w ten sposób uczcić ważne święto. Ostrzegłem też osoby poturbowane przez MO, że milicjanci postawią im zarzuty ataku na funkcjonariusza na służbie. Zwróciłem uwagę na młodego człowieka w ciemnym garniturze, ze śladami pobicia na twarzy i podartą marynarką. Radziłem pobitym, by nie skarżyli się na pobicie. Mogą to zrobić po wyjściu i dokonaniu obdukcji. Tu niech ukrywają ślady przemocy. Dwóch zostało tak poturbowanych, że nie dało się tego ukryć. Jednym z nich był wspomniany młody człowiek, drugim znany łódzki aktor – Ryszard Mróz. Wytypowałem jako „nr 1.“ nieznanego młodzieńca. Okazało się, że to jezuita ks.Wojciech Skórewicz. Znalazł się przypadkiem w centrum zamieszania. Wracał z miasta. Pod bramą kościelną napad-ło na niego 2. milicjantów. Tłumaczył, że jest księdzem i wraca do domu, ale dostał pałą. Spadły mu oku-lary, a gdy się pochylił by je podnieść, znowu zaczęli go bić. Okulary podeptali, wykopali mu z ręki brewiarz. Pobity, z oberwanymi klapami marynarki, trafił do aresztu. Zwróciłem się do zebranych, by poświadczyli, że ksiądz nie brał udziału w manifestacji oraz, by pierwszy zwolniony pobiegł do Jezuitów i zawiadomił o.Miecznikowskiego. Spisano nasze dane i ok.północy zostaliśmy zwolnieni. Na ulicy czekał już na nas o.Miecznikowski i za chwilę byliśmy w refektarzu. Tam opowiadaliśmy przebieg wydarzeń popijając herbatę. W trakcie tego spotkania doszło do przykrego incydentu. Jeden z jezuitów wykrzyczał, że całe zamieszanie i atak milicji, został sprowokowany przez tych, co poprowadzili tłum. O.Miecznikowski kazał mi iść spać, a przedtem pomodlić się i przemyśleć – bo Polacy mają prawo uczcić święto Królowej Polski i Konstytucji  3-maja w sposób godny i źle się dzieje, że się w tym przeszkadza. O.Miecznikowskiemu udało się załagodzić sprawę ks.Wojciecha. Od czasu tamtych wydarzeń o.Wojciech bardzo się zradykalizował. Na własnej skórze doświadczył jak wygląda sprawiedliwość i poszanowanie praw człowieka i obywatela w PRL.
O.Miecznikowski przygotowując się do Mszy św.za Ojczyznę, właściwie cały dzień spędzał na rozmowach z ludźmi, do których miał zaufanie, gościł w różnych domach. Miał taki krąg osób. Wielu z nich było zaangażowanych w Ośrodku Pomocy i oczywiście on, z tych rozmów, czerpał bardzo szeroką informację. Był także dobrze zorientowany, co się dzieje w Polsce i w naszym mieście. Prowadził także taką działal-ność z pośród tego kręgu osób, z którymi w jakiś tam sposób był związany. Zapraszał na wspólne wczasy rodzinne, które organizował w Gorcach. Ja z tego nie korzystałem, ale to był zupełnie inny powód. Miałem problem z tym, żeby odzyskać kontakt ze swoim synem. Najpierw aktywna działalność w „Solidarności“, potem więzienie. Wyszedłem z więzienia, kiedy syn miał 12 lat. Widać było, że jego takimi bezpośrednimi bliskimi jest babcia, matka, wujek. Wtedy skorzystałem z okazji, bo okazało się, że on tam gdzieś połknął bakcyla chodzenia po górach. Lubiłem bardzo chodzić po górach. Zadbałem o to, żeby wyjeżdżać z nim przynajmniej na te dwa, trzy tygodnie. Tylko we dwóch. Nawet, jeżeli byliśmy potem, następne dwa tygodnie wspólnie z żoną, czy z żoną i teściową, to i tak, przynajmniej dwa tygodnie łaziliśmy po górach sami, od schroniska do schroniska z plecakami na plecach. I to było bardzo skuteczne. Jako pretekst, było zdobywanie tych kolejnych górskich odznak turystycznych. I mnie takie spotkania, imprezy, jakie robił w czasie wakacji o.Miecznikowski, siłą rzeczy mniej interesowały, ale wiem, że np.Grzegorz Palka ze swoją rodziną w nich bardzo żywo uczestniczył…

A jak się zbliżała ta pielgrzymka papieska, o. Miecznikowski rozmawiał z wieloma osobami, co należałoby tutaj przygotować. Myślę, że kilka osób miało ten sam pomysł i Ojciec  doszedł  do wniosku, że…– jak to się mówi – różni ludzie mogą przygotowywać różne rzeczy, ale siła intelektualna tego Ośrodka może być wykorzystana  w ten sposób, że dla Ojca Świętego zostanie przygotowany „Raport o Łodzi“, gdzie będzie opisany stan społeczny, materialny, zdrowotny naszego miasta. Prośba o przygotowanie takich opracowań została skierowana do różnych osób kompetentnych i mających dostęp do materiałów źródłowych na ten temat. Było to oparte nie tylko na przemyśleniach, ale także na twardych danych, będących w posiadaniu różnych instytucji. O.Miecznikowski powiedział mi, że „Raport“ został przekazany do Watykanu, jeszcze przed rozpoczęciem Pielgrzymki…

***
… Panią Barbarę Gruchałę-Gruszczyńską, znałem z czasu działania „Solidarności“. Ona była moją „prawą ręką“ czy „lewą ręką“, jak kto woli, w Biurze Rzecznika Prasowego i tam współpracowaliśmy przez kilka miesięcy. Po moim wyjściu z więzienia, dowiedziałem się, że jest ona zatrudniona w tym Ośrodku Pomocy i spełnia tam bardzo ważną rolę i że o.Miecznikowski, darzy ją dużym zaufaniem. W tej chwili nie pamiętam, czy ona do mnie zadzwoniła, raczej ona, niż ja do  niej, bo nie miałem wtedy po wyjściu z więzienia zbyt wielu aktualnych numerów. W każdym razie, miałem zaproszenie do spotkania się z o.Miecznikowskim. Ojciec zaprosił nas, tzn. Andrzeja Słowika, Grzegorza Palkę i mnie, na Mszę św. za Ojczyznę o godz. 10:00. Przyszliśmy tam. Poproszono nas do prezbiterium, razem z rodzinami. W oprawie tej Mszy św. nie braliśmy udziału, bo ona była przygotowana przez artystów scen polskich, a w szczególności przez pana Ryszarda Mroza, panią Mirosławę Marcheluk – była ostatnio Dyrektorką „Teatru Nowego“ z mojej nominacji, a przedtem jakiś czas była Dyrektorką w „Teatrze Powszechnym“ – jedna z najwybitniejszych aktorek łódzkich. I ona tam, do spółki z panem Mrozem i jeszcze kilkoma aktorami, zapewniała oprawę, czyli te wszystkie punkty, które w czasie Mszy św. mogły sprawować wówczas osoby świeckie. Jej środowisko to zapewniało. A po Mszy św. zostaliśmy zaproszeni do sali, która spełniała rolę i sali teatralnej i sali przyjęć, i tam się odbyło już mniej formalne powitanie. A cały dziedziniec przed Kościołem był wypełniony ogromną ilością ludzi. Także, podczas Mszy św. nie wszyscy się mieścili w Kościele i rzeczy-wiście, było to gorące przyjęcie. Proszę nie zapominać, że Stan wojenny, był wtedy formalnie odwołany, ale nadal istniejący. I nie było miejsca na odpowiedzi na pytania, które tam padły, ponieważ byłoby to niestosowne. Było wiadomo, że w tym tłumie, która nas tam wita, była pewna ilość funkcjonariuszy i donosicieli. I że oni przyszli tam do pracy. Ich praca miała polegać na tym, aby złożyć następnie relacje, jak przebiegało to spotkanie, i co mówili świeżo wypuszczeni z więzienia. Byliśmy wtedy na podwyższo-nym stopniu ostrożności, nawet jeżeli padały prowokacyjne pytania, to nie napotykały na żadną odpo-wiedź. Okazję do zrelacjonowania tego, jak wyglądało nasze życie w więzieniu, miałem nieco później. Miałem spotkanie w Duszpasterstwie Dziennikarzy, też u o.o Jezuitów, gdzie przedstawiciele łódzkiej prasy w większości, albo wyłącznie ci, których wyrzucono z łódzkich gazet, Radia i Telewizji słuchali, co miałem do powiedzenia, zadawali liczne pytania. Potem miałem takie szersze spotkanie w Duszpasterstwie Środowisk Twórczych, też u o.Miecznikowskiego, gdzie odpowiadałem na wiele pytań, też dotyczących więzienia i warunków naszej walki tam, i o co chodziło z tym statusem więźniów politycznych. Natomiast rozmowy o tym, co robić i jak robić w najbliższym czasie, nie mogło być podane w debacie na forum publicznym. To jest oczywiste, dla każdego, kto tamte czasy pamięta… 
Dostaliśmy zaproszenie do ks.Bpa Rozwadowskiego, wówczas ordynariusza łódzkiego. To zaproszenie przyszło za pośrednictwem obecnego ks.Infułata, a wtedy Kanonika i Kanclerza Kurii ks.Andrzeja Dąbrowskiego, który był przez ks.Bpa Rozwadowskiego bardzo silnie angażowany w sprawę związaną z więźniami politycznymi. On był tą osobą, która z upoważnienia ks.Biskupa obserwowała procesy polityczne, prowadził rozmowy z rodzinami, z obrońcami, także był człowiekiem, który był mojej rodzinie dobrze znany. Ks.Bpa Rozwadowskiego znaliśmy oczywiście wcześniej, bo składaliśmy mu, jako członkowie Prezydium Zarządu Regionalnego, kurtuazyjne wizyty. W czasie jednej z tych wizyt – jeszcze przed Stanem Wojennym – zapytaliśmy ks.Bpa Rozwadowskiego, czy nie można byłoby zaprosić do Łodzi, Ojca Świętego Jana Pawła II, bo w tylu miejscach Ojciec Święty bywał, w niektórych po dwa razy, a Łódź miasto w samym centrum Polski – drugie co do wielkości – jest jakoś pomijane. Ks.Bp Rozwadowski stwierdził, że to jest w ogóle wspaniały pomysł, bo Ojciec Święty jeszcze do tej pory, nie odwiedził żadnego takiego specyficznego ośrodka fabrycznego, gdzie większość pracowników stanowią kobiety i że to jest myśl, z którą na Watykanie się niezwłocznie podzieli. Spotkanie po naszym wyjściu z więzienia odbywało się w bardzo ciepłej atmosferze. Ks.Bp Rozwadowski zadeklarował, że dopóki nie znajdziemy jakiś środ-ków utrzymania, to on będzie nas wspierał, także finansowo. Rodziny nasze w tym spotkaniu nie uczestni-czyły. A co z zamysłem dalszego działania w Związku?… Jednym z oczywistych kierunków działania było to, że Andrzej Słowik jeszcze będąc w więzieniu, do spółki z Jurkiem Dłużniewskim, kiedy już zbliżał się termin wyjścia z więzienia tego ostatniego na wolność, to ustalił w jaki sposób powinny być zreorganizo-wane struktury w mieście. Wiedzieliśmy, że część członków dawnego Prezydium, czy dawnego Zarządu, wykonuje jakieś opozycyjne działania na terenie Łodzi. Zarówno Dłużniewski, jak i Słowik, mieli też na ten temat wiadomości, bo one docierały do więzień i na podstawie wyrobionego w ten sposób przekonania, opracowali pewien projekt, polegający na reorganizacji tej ewentualnej struktury podziemnej w Łodzi. I pomysł na to, aby spróbować oddzielić działalność jawną zewnętrzną, od działalności ściśle konspira-cyjnej, przy jednoczesnym zachowaniu łączności między jedną a drugą. No, i…efektem tej rozmowy było m.innymi zorganizowanie RKW, w której pan Dłużniewski odgrywał bardzo ważną rolę, a przy jej zorga-nizowaniu powoływał się na upoważnienia od Andrzeja Słowika. Zresztą, te upoważnienia zostały dodatkowo potwierdzone, w kilka miesięcy później, kiedy zmarł ojciec Słowika i Andrzej dostał prze-pustkę na pogrzeb. Wprawdzie był nadzorowany, ale udało mu się zgubić pogonie i dokonał kilka wizyt w Łodzi i w Warszawie. Tu bardzo  pomocną i sprawną okazała się pani dr Maria Lubera. Andrzej rozważał także ewentualność niepowrotu do więzienia i wejścia do działalności podziemnej, ale jak się okazało, ani struktury łódzkie, ani struktury warszawskie ad hoc, nie były w stanie tego zorganizować i zapewnić. W pewnym momencie służby bezpieczeństwa już były na tropie, a Andrzej jeszcze przez pewien czas, oczekując na jakieś decyzje w swojej sprawie – jeżeli chodzi o podziemie – wylądował na oddziale szpitalnym u dr Marka Edelmana. Ale po dniu, czy po dwóch, wzięli go stamtąd i przenieśli do szpitala więziennego i za kilka dni wrócił do więzienia w Barczewie.

***
Pyt.– Czy miał pan okazję rozmawiać z o.Stefanem Miecznikowskim, przed jego przenosinami do Gdyni?
– O.Stefan wyjeżdżał z Łodzi w złym nastroju. Mówił mi, że ile mógł, tyle dokonał. Oraz, że wyczerpał możliwości i jest bezradny, wobec podziałów w łódzkiej „Solidarności“.
Pyt.– Czy mógłby pan uzupełnić temat różnic programowych i postaw, pomiędzy PZRZŁ, a RKW?– Dwie różnice zasadnicze… Uważaliśmy, że „Solidarność“ w przyszłości powinno zostać związkiem zawodowym, a nie opozycyjną „quasi partią“ oraz, że władze PRL, nie miały prawa zdelegalizować NSZZ „Solidarność“, a zatem obowiązuje dawny Statut, oraz władze, wybrane w jedynych w całym okresie PRL, demokratycznych Wyborach.
Pyt.– W odróżnieniu od pana i Andrzeja Słowika, mam wrażenie, że rola św.p.Grzegorza Palki w NSZZ „Solidarność“ w Łodzi i tuż po jego wyjściu na wolność jest zmarginalizowana w przestrzeni publicznej. Gdy pytam młodzież licealną, a nawet studencką, to najczęściej te dwa pierwsze nazwiska są wymieniane, a Grzegorza Palkę kojarzą jedynie z funkcją Prezydenta m.Łodzi. I kolejne pytanie:- Czy mógłby panprzestawić „swoją“ charakterystykę i rolę jaką pełnił św.p.Grzegorz Palka w pracach na rzecz NSZZ „Solidarność“ w Łodzi i w Prezydium Zarządu Regionu Ziemi Łódzkiej?
– Grzegorz był człowiekiem bardzo opanowanym i bardzo odważnym. Uczestniczył w imieniu nas trzech, w tajnych spotkaniach w Warszawie, organizowanych przez Jacka Kuronia i Henryka Wujca. W Prezydium przyjął funkcję „skarbnika“ i „szefa techniki“. Wszystkie decyzje związkowe i polityczne podejmowaliśmy wspólnie.
Pyt.– Jest pan autorem hymnu więziennego „Idzie Solidarność“. Ten hymn był już śpiewany w Zakładzie Karnym w Hrubieszowie, zanim pan tam trafił?
– Tak.

5 czerwca 1982
Hymn więźniów politycznych z ZK Hrubieszów                 I pieśń, która wolność zwiastuje
(na melodię: „Piechota”)                                                     Już strajki złamane w Ursusie i Łodzi 
Kreml wydał dziś rozkaz, że nadszedł już czas                   Na Śląsku polała się krew
Zadławić tę polską odnowę                                                W Poznaniu i Gdańsku tłum nowy wychodzi
Generał melduje: są pałki i gaz                                           I wszędzie rozlega się śpiew  
I czołgi do akcji gotowe                                                      Kotwice na murach, to walki jest znak
Refren: Idzie „Solidarność” ulicami                                     Co wrogów narodu przeraża
Robotnicy, chłopi, polski lud                                               Z ulotek, plakatów wolności czuć smak
Nie zastraszysz gazem, ni pałkami                                      I jedna się wizja powtarza
Nie powstrzymasz marszu, próżny trud                              Czy znasz generale tę prawdę, ten fakt!
Wciąż ZOMO szaleje, w więzieniach już tłok                     Dla wszystkich już jasna jest ona
SB-cja działaczy katuje                                                        Że naród zwycięży i złamie twój bat 
Lecz oto nadchodzą, już słychać ich krok                          I wronę twą orzeł pokona  
J. Kropiwnicki, Łódź 1982r.

Pyt.– Gdzie ten hymn został napisany i jak mógł trafić do Zakładów Karnych?
– Hymn napisałem w Areszcie Śledczym w Warszawie – na prośbę młodego chłopca z KPN, współwięźnia. I nie wiem, jak przeniknął do ZK w Hrubieszowie.
Pyt.– W jednej z publikacji przeczytałem pana wypowiedź, że po raz pierwszy spotkał o.Stefana Miecznikowskiego, w siedzibie NSZZ „Solidarność“. Czy jego wizyta była umówiona wcześniej?
– Odwiedził nas w lokalu MKZ Ziemi Łódzkiej przy ul.Sienkiewicza, niezapowiedziany, w październiku
1980r. Rozmawiał ze Słowikiem i ze mną, oferując pomieszczenia swej Parafii na potrzeby szkoleń związkowych.  

***
Rodziny Słowika i Kropiwnickiego pojechały do więzienia w Barczewie, a okazało się, że bezpieka wsadziła obu do „Wołgi“ i przywiozła w nocy do Łodzi. I oczywiście, ich mieszkania były zamknięte. Kropiwnicki powiedział: – To jedziemy do mojej teściowej. I pojechali na ul.Sterlinga i tam się rozlokowali. Ponieważ wiedziałam, że mogą przyjechać, byłam już o godz. 6:00 rano u Jezuitów. Rodziny powiedziały nam o tym, gdy tylko dostały wiadomość o ich wypuszczeniu i pojechały do Zakładu Karnego, aby ich odebrać. A jak zwykle bezpieka, nie licząc się z ludzmi, zrobiła rodzinom psikusa. I oni się minęli. Weszłam do klasztoru o.o.Jezuitów, bocznym wejściem. Drzwi otworzyła mi Siostra zakonna, która już była wcześniej, aby przygotować śniadanie dla zakonników. Wzięłam klucze i poszłam na „furtę“. Jeszcze nikogo nie było. Ojcowie spali, gdy zadzwonił telefon. Podniosłam słuchawkę:- Słucham, ojcowie jezuici. 
Kropiwnicki od razu poznał mnie po głosie i powiedział: – Dzień dobry Basiu. Witam, Kropiwnicki. Jestem z Andrzejem u teściowej na Sterlinga“.
Odpowiedziałam:- Dobrze, to ja zaraz do was przyjadę.
Wsiadłam w autobus „57“ i pojechałam. Ledwie się przywitaliśmy, dzwonek do drzwi. Wchodzi mec.Kern (dowiedział się o nich od o.o.Jezuitów). Wsiadł w samochód i przyjechał na Sterlinga, pół godziny po mnie. Prawdopodobnie był to czwartek. W domu teściowej był telefon. Zadzwoniłam do o.Miecznikowskiego, który miał wówczas Rekolekcje dla Sióstr, na południu Polski – wszystkie telefony, który mi podawał Ojciec, miałam w głowie, ze względów bezpieczeństwa – z tych też powodów, żadnych notatek nie prowadziłam. Starałam się wszystko zapamiętać. Nawet wtedy, kiedy kronikę Ośrodka prowadziła Ewa Goldstein i jej przez kilka dni nie było. A kiedy przyszła do mnie, aby tę kronikę uzupełnić, to się zdziwiła, że pamiętam wszystkie zdarzenia z ostatniego tygodnia. Nawet wszystkie adresy miałam w głowie. Ojciec gdziekolwiek wyjeżdżał to mi mówił, gdzie jedzie. I wtedy, powiedziałam do słuchawki:- Ojcze, są! I usłyszałam:- Jak są, to ja zaraz przyjeżdżam. No, będzie trudno, ale spróbuję. Proszę wszystko przygotować, zostanie dla nich odprawiona Msza św.“.
Zostawił Rekolekcje i przyjechał. Oczywiście, my swoją „pocztą pantoflową“, powiadomiliśmy nie tylko parafian o tej Mszy św. Był tłum ludzi w Kościele. Przekazałam też tę wiadomość Notariuszowi Kurii, ks.Ireneuszowi Pękalskiemu [obecnie Biskupowi pomocniczemu], a on z kolei, miał powiadomić ks.Biskupa [Józefa Rozwadowskiego – ordynariusza łódzkiego]. Biskup był wtedy na urlopie i przerwał go, aby się spotkać z nimi. Odwrotną „pocztą“ przyszła wiadomość, że Biskup Rozwadowski czeka w pałacu Biskupim, w niedzielę o godz. 16:00. Kropiwnicki i Słowik przyszli pieszo, a Palka przyjechał z kuzynką „Tarpanem“, do biskupiego pałacu. Główne przywitanie było na Mszy św. w Kościele o.o.Jezuitów. Pełno ludzi w Kościele i cały plac kościelny nimi wypełniony. Kiedy to zobaczyli, łzy im pociekły ze wzruszenia, bo zobaczyli pełną swoją akceptację:- Warto było siedzieć.[…].
Ojciec bardzo przeżywał głodówkę Andrzeja] Słowika i Jerzego Kropiwnickiego. Trwała ponad pięćdziesiąt dni. Po latach Kropiwnicki mówił, że wtedy Ojciec im uratował życie. Ta wiadomość była wszędzie monitowana. Oni się po prostu zaparli, walczyli o prawa więźniów. Przeszli kilka więzień i stwierdzili, że tak dłużej być nie może, aby tak traktować więźniów. Wiedzieliśmy, że jest to gra o życie tych ludzi. Ojciec próbował interweniować przez Kurię Biskupią, przez Episkopat. W tej sprawie prowadzono też rozmowy na szczeblu Episkopat – Rząd. Taka była wówczas rola Kościoła. Podobnie na terenie Diecezji Łódzkiej, nieżyjący już ks.Bp.Rozwadowski, zawsze się upominał o uwięzionych, o ich sytuację. Biskup bardzo się tym tematem zajmował i zawsze otrzymywał od Ojca najświeższe informacje. W drastycznych przypadkach zwracał się o wsparcie do Episkopatu.(157)

OKRĘGOWA RADA ADWOKACKA w ŁODZI.

Dzień po ogłoszeniu stanu wojennego – 14 grudnia 1981r, zwołano otwarte posiedzenie Okręgowej Rady Adwokackiej w Łodzi, na którym zapadła decyzja o zapewnieniu aresztowanym działaczom związkowym pomocy prawnej. Groźne konsekwencje dla obrońców niosła też ze sobą poufna instrukcja Ministra Sprawiedliwości Sylwestra Zawadzkiego z marca 1982r, nakazująca sędziom informowanie prezesów Sądów o przypadkach kwestionowania przez obrońców legalności ogłoszenia stanu wojennego.(158)

Mec. Andrzej KERN.(159)
[Rozprawa sądowa Andrzeja Słowika i Jerzego Kropiwnickiego – 19 grudzień 1981r.].

W Sądzie Wojewódzkim w Łodzi zastałem już moich kolegów współobrońców. Po dłuższym oczekiwaniu, poproszono nas do gabinetu Prezesa Sądu [Wojewódzkiego w Łodzi, Tadeusza Lenczewskiego]. Z bladą twarzą i wyraźnie podekscytowany poinformował, że ze względów bezpieczeństwa rozprawa odbędzie się nie w gmachu Sądu, lecz w innym miejscu, którego nie może ujawnić. Impulsywny Staszek Maurer już chciał protestować, lecz uspokoił go [Eugeniusz] Sindlewski:- „Jeszcze nie teraz. Najpierw zobaczymi się z „nimi“…(160) 
– „ Ale jak, kiedy komunikacja nie działa“ – dopytywaliśmy.
– „Są przygotowane autokary“ – brzmiała odpowiedź.[…].
Wsiedliśmy. A konwój, składający się z kilku autobusów i wozów milicyjnych, ruszył w drogę. Kierunek , Las Łagiewnicki. Rozmowy urwały się. Zatrzymaliśmy się przed gmachem Sądu w Zgierzu, gdzie całe kwartały ulic otoczone były milicyjnymi wozami bojowymi. Korytarz Sądu zapełniali funkcjonariusze w hełmach, uzbrojeni w pistolety maszynowe i pałki służbowe. Wszystkich uprzedzono, że przed zakończeniem procesu, nie będą mogli opuścić budynku. Na sali było już kilkanaście osób, wśród których siedział również rzecznik prasowy MSW. Wiedzieliśmy, co to oznacza:- wieczorny dziennik TV miał poinformować cały kraj o surowych wyrokach. […].(161)

Adwokatura nawiązała jako jedyna w kraju, z tego co mi wiadomo, od początku instytucjonalną współpracę z Zarządem Regionalnym “Solidarności”, już w 1980r we wrześniu, utworzyliśmy przy Okręgowej Radzie Adwokackiej, taki punkt konsultacyjny, dla nowo powstających – to się nazywało – Związków Zawodowych, ale praktyka była taka, że tych porad udzielaliśmy głównie – przede wszystkim działaczom “Solidarności” robotniczej i rolniczej, ten punkt był utworzony wspólnie z młodymi naukowcami z Uniwersytetu Łódzkiego.
 Paweł SPODENKIEWICZ:- [mec.] Rafał Kasprzyk, prawdopodobnie?..
 Andrzej KERN:- Rafał Kasprzyk, już nieżyjący pan dr [Jerzy] Loga, [prof.] Piotr Daranowski, dzisiejszy Prodziekan bodajże. Bardzo dużo serca tam wkładał, św.p.dr Loga.
 Paweł SPODENKIEWICZ:- Specjalista od prawa pracy.
 Andrzej KERN:- Tam odbywały się różne sympozja, które organizowaliśmy, na temat zupełnie dziewiczych problemów np. jak: ma wyglądać współpraca różnych związków zawodowych w jednym z zakładzie Jak ma wyglądać kwestia godzin nadliczbowych, poza tym, staraliśmy się propagować zdobycze między-narodowego prawa praca, które powinny znaleźć odbicie w polskim. No, dzięki tej placówce, która powstała bardzo dużo Komitetów Zakładowych “Solidarności” powstało i takim wyrazem podziękowania ze strony Andrzeja Słowika było to, że kilkunastu łódzkich adwokatów, zostało zaproszonych jako goście honorowi, na I-szy Krajowy Zjazd “Solidarności” w Gdańsku. Kilkunastu adwokatów, między innymi:  dziekan [Eugeniusz] Sindlewski i ja. Część Rady Adwokackiej także. I również Adwokatura Łódzka udzieliła parokrotnie wsparcia materialnego “Solidarności”. Doradcą Związku przez jakiś czas był również mec. Karol Głogowski, a potem ta rola mnie przypadła. I kiedy wybuch stan wojenny […] w pierwszej dekadzie grudnia w “Bistonie” [Zakład Przemysłu Dziewiarskiego przy ul.Dąbrowskiego], odbyło się takie duże zebranie Łódzkiej “Solidarności”, na które zaproszono właśnie przedstawicieli Łódzkiej Adwokatury i św.p.Dziekan Sindlewski, wypowiedział takie znamienne słowa, które przytaczam:-“ Jesteśmy z wami, gdy jesteście silni nadzieją całego Narodu, ale pamiętajcie, gdyby przyszły dla Związku nie daj Boże ciężkie czasy, Łódzka Adwokatura, nigdy was nie opuści”. To było chyba 8. albo 7. grudnia, a potem przy-szedł 13 grudnia i 14 grudnia wbrew dekretowym zakazom odbyło się poszerzone zebranie Okręgowej Rady Adwokackiej, uzyskaliśmy już wtedy znajomość i pierwszą informację o aresztowaniu Andrzeja Słowika i Jerzego Kropiwnickiego, no i kiedy, zadałem pytanie, kto gotów jest się podjąć obrony, to pod-niósł się las rąk. Kilkadziesiąt osób podniosło ręce, i to była dla mnie najbardziej taka chwila, po której poczułem się dumny, że jestem członkiem tej korporacji[…]. Formalnie broniliśmy ich obojga, ale formalnie rzec biorąc, Słowika bronił kolega adwokat [Mirosław] Olczyk, i nieżyjący już [Lech] Mazur i [Wiesław] Ożadowicz, a Kropiwnickiego – dziekan Sindlewski, Stanisław Maurer i ja. Czyli, to była   maksymalnie dopuszczalna liczba adwokatów, kodeks postępowania karnego pozwala mieć nie więcej jak trzech obrońców. Poza tym wszystkie te osoby, to byli ludzie już liczący się w Łódzkiej Adwokaturze, przedstawiciele jej najwyższej władzy w Łodzi, była to jawna demonstracja po stronie tych naszych związkowych kolegów.

Paweł SPODENKIEWICZ:- Pan wtedy, jaką funkcję pełnił?
Andrzej KERN:- Ja wtedy pełniłem funkcję Sekretarza Okręgowej Rady Adwokackiej w Łodzi. Maurer był członkiem Rady Adwokackiej, natomiast Olczyk, Ożadowicz i Mazur, byli we władzach takiej nowo  powstałej organizacji, która się nazywała “Stowarzyszenie Adwokatów i Aplikantów Adwokackich”, która została rozwiązana w stanie wojennym. To było ogrupowanie o charakterze ogólnopolskim. W Łodzi ona powstała, natomiast objęła potem całą Polskę, no i był problem z organizowaniem obrony. I wtedy z dziekanem Sindlewskim złożyliśmy wizytę ks.Biskupowi Józefowi Rozwadowskiemu, który przyjął nas bardzo serdecznie, i dzięki Bogu wysłuchał naszej prośby, żeby pomocy prawnej, przede wszystkim w sprawach takich najważniejszych, przede wszystkim obrony wolności ludzi, nie organizować przy Parafiach dlatego, że nie opanowalibyśmy tego wszystkiego, a trzeba było nad tym panować, a w szczególności, aby nie dopuścić do obron ludzi, których można było podejrzewać o współpracę z “bezpieką”.
A tacy byli we wszystkich środowiskach. Nikt z nas nie miał pewności, ale trochę “nosa” jakoś się miało i poprosiliśmy ks.Biskupa, żeby Komisarzem Kościoła d/s Aresztowanych i Internowanych wyznaczył o.Stefana Miecznikowskiego. I ta prośba została wysłuchana. W ten sposób, przy Kościele o.o.Jezuitów powstał Ośrodek Pomocy Prawnej, w którym zapewniliśmy uczestnictwo nalepszych adwokatów, jakimi Łódzka Adwokatura dysponowała. Oczywiście, dzięki bliskiej współpracy z Ojcem Stefanem, który później w szczególny sposób kierował podziękowania pod adresem dziekana Sindlewskiego, Stanisława Maurera i moim.
Paweł SPODENKIEWICZ:- Jak to konkretnie było zorganizowane? Praktycznie? Kto tym, od strony o.Miecznikowskiego kierował?
Andrzej KERN:- Pracownicy Ośrodka. On tam miał społecznych pracowników, to najczęściej były młode dziewczyny, dzisiaj panie, które znały nazwiska osób do których należy kierować.
Paweł SPODENKIEWICZ:- Pamięta pan nazwiska…
 Andrzej KERN:- Małgosia Wojtunik tam działała, Basia Gruchała-Gruszczyńska. One chyba najbardziej aktywne tam były. I jeszcze pani [Bożena] Rożniata.[…] No i poza tym, mieliśmy zupełnie jeszczej wcześniej inne zadania. W czasie tego stanu wojennego, my oczywiście broniliśmy wszystkich, nie pytając do jakiej partii należą, czy jest powiązany z KOR-em, czy powiązany z KPN-em, czy tylko z “Solidarnością, czy równieź z innymi organizacjami. Nie miało to dla nas znaczenia. Natomiast, kiedy zaczęły się te spory w “Solidarności”, no to…próbowaliśmy odgrywać rolę mediatorów. Ja np. miałem pod opieką prawną cały ten Region Sieradzki i Podregion Zduńsko-Wolski. Ci z podziemia do mnie się zgłaszali z różnymi problemami. Oni wiedzieli do kogo można się spokojnie zwrócić, najpierw rolę takiego opiekuna tych osób internowanych pełnił Józef Śreniowski, a potem jak Józka aresztowali to przejął to późniejszy Prezydent Marek Czekalski.[…]. Przyjechał do Łodzi [Lech] Wałęsa, razem z ks.Jankowskim [Henrykiem], i odbyło się takie wielkie spotkanie w hali sportowej ŁKS-u. A potem w takim węższym już gronie, odbyło się spotkanie kilkudziesięciu osób z nimi, z Wałęsą i ks.Jankowskim, No i wtedy padło pytanie, na tym właśnie spotkaniu, jaki jest stosunek Przewodniczącego do Słowika, Palki i Kropiwnickiego. I on wypowiedział takie słowa, które mnie zamurowały i Ojca Stefana też:- Że oni wyrządzili mi więcej krzywdy, niż wszyscy esbecy razem wzięci. Zapanował taki harmider na sali, przekrzykiwanie się wzajemne, no i wtedy ojciec Stefan zwrócił do Wałęsy mówiąc:- Panie Przewodniczący, to są bolesne bardzo zarzuty, niech Pan nie mnoży tego morza krzywd. Należałoby to jakoś wyjaśnić.
Na to Wałęsa:- Co ksiądz by na moim miejscu zrobił? A Ojciec Stefan mówi:- Ja nie jestem politykiem, ja jestem księdzem.
– No dobrze, ale co by ksiądz zrobił?
– Jakąś Komisję powołać do wyjaśnienia tej sprawy.
– No, to proszę bardzo, ja powołuję Komisję i niech Ksiądz będzie szefem tej Komisji.
A Ojciec znowu:- Ja jestem księdzem, a nie tym…
– No, to, kogo do pomocy?
Padły wtedy nazwiska [mec] Głogowskiego i moje, które zostały przez wszystkich zaakceptowane, włącznie z Wałęsą. Ojciec Stefan zapytał go, czy się zgadza. Wałęsa wiedział już o tym, że Głogowski był przeciwny podpisania tych porozumień Gdańskich, głównie dlatego, że wpisano tam punkt o uznaniu kierowniczej roli Partii [PZPR]. Dla Karola [Głogowskiego], nie było to do zaakceptowania. W każdym bądź razie [Lech Wałęsa] nie sprzeciwił się. I myśmy przystąpili do pracy, ponieważ ci zwaśnieni ludzie, byli naszymi podopiecznymi podczas procesów, z niektórymi w większości byłem po imieniu. Wydawało się, że odbędą się dwa czy trzy spotkania i doprowadzimy do pojednania. Tymczasem, mnożyły się coraz większe jakieś przeszkody, nie ze strony Słowika, Kropiwnickiego i Palki, tylko z tamtej drugiej strony. A po tamtej stronie był Dłużniewski, Kostrzewa, i trzeci jeszcze ktoś był…
Paweł SPODENKIEWICZ:- Może [Marek] Edelman?
Andrzej KERN:- Edelman był w cieniu cały czas, ale on dyrygował tym wszystkim. I któregoś dnia, pod-czas kolejnego spotkania…
Paweł SPODENKIEWICZ:- Paweł Lipski, może?.. [Janusz] Tomaszewski?…
Andrzej KERN:- Nie. Lipski nie brał udziału. Tomaszewski też był w cieniu. Głównie Kostrzewa tam za-bierał głos. Panie Antku, niech mi pan powie, o co tu chodzi? Przecież znamy się. A on mi mówi, panie Andrzeju my to uważamy że… niech się pan nie pogniewa, ale pan jest po ich stronie i myśmy chcieli, żeby tak obiektywnie było. – Kogo by pan chciał, żeby tu był? Do kogo pan ma zaufanie. No, pan mec. [Jan] Olszewski jakby przyjechał. To ja panu gwarantuję, że Olszewski tu przyjedzie, ustalcie datę. Olszewskiego znałem kupę czasu. No i tej daty nie mogli uzgodnić. Ciągle jakieś przeszkody były. A ja gwarantowałem mu, że Olszewski przyjedzie, jakbym go poprosił to by nie odmówił. I ostatecznie Ojciec Stefan Miecznikowski odczytał takie dramatyczne oświadczenie…postawił sprawę na ostrzu noża, wiem jak bardzo ojciec Stefan to przeżył. Odczytał to z ambony 12 kwietnia 1999r, ktoś to spisał z taśmy magne-tofonej i mnie to doręczono. I że z jednej strony gotowość do negocjacji ze strony tej trójki, natomiast niechęć ze strony tamtej drugie strony, którzy w ogóle lekceważąco traktowali i poniżali tych ludzi. Na końcu ojciec Stefan Miecznikowski powiedział tak:- Stoimy u progu wznowienia legalnej działalności NSZZ “Solidatnosć”. Z czym wyjdzie nasza organizacja związkowa do społeczeństwa spragnionego poko-ju, pojednania i współpracy, a nade wszystko pragnie prawdy i uczciwości. Zwracam się do obu stron, będących w sporze z ostatnim wezwaniem o minimalną kulturę polityczną i ludzką, z wezwaniem o bezwarunkową nieagresję w krótkim czasie jaki dzieli nas do wyborów do władz Regionu, powstrzymajcie się od oskarżeń, wzajemnej krytyki i ataków, wytaczania spraw spornych. Niech każda strona pracuje dla dobra budzącego się do nowego życia Związku, tak jak potrafi, niech nic nie czyni na ewentualne zaczepki. Społeczeństwo potrafi to należycie ocenić. Odwołuję się do zdrowego rozsądku itd.
Ale przedtem jeszcze napisał tak:- Szczególnie zdumienie budzi fakt, że przedstawiciele RKO, uważają osoby Andrzeja Słowika, Jerzego Kropiwnickiego i Grzegorza Palkę, za niewarte nawet rozmów negocjacyjnych. Zapomnieli jaką postawę oni zachowali, ile wycierpieli w najtrudniejszych dla “Solidarności” czasach. Wiem, że te słowa będą dla grupy RKO gorzkie, ale nie mogę uchylić się od świadectwa prawdy, które w tej chwili jest niezbędne. Z troską patrzę w przyszłość, tej cząstki “Solidarności”, jakim jest Region Łódzki. Widząc jakie tendencje, jakie metody usiłują nią zawładnąć”.
Myśmy to wtedy jeszcze odbierali jako lokalny konflikt, związany z trudnym charakterem pana dr Edelmana. Okazało się, że nie. To był ogólnopolski konflikt. Toczyła się walka o przejęcie władzy, której potem stałem się ofiarą, dlatego że nie dopuściłem do tego, żeby powstała [nie czytelne], jak to Michnik, Geremek sobie wyobrażali i Jacek Kuroń, choć z Jackiem byłem w dobrych stosunkach zawsze, chociaż z innych bajek pochodziliśmy, wiedzieliśmy o tym. Chodziło o to, żeby utworzyć Polską Partię “Solidarność”, pod ich przywództwem, czyli odsunąć od władzy wszystkich, którzy inaczej myśleli. A oni to widzieli w sojuszu z tzw. postępową częścią Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. I to chyba byłem jednym z pierwszych osób, który to dostrzegł i dałem temu wyraz nie tyle słowami ile działalnością, poprzez forsowanie w Sejmie X Kadencji, Ustawy o przejęciu przez Skarb Państwa, majątku byłej PZPR i byłem autorem wniosku i też przeszedł w Sejmie X Kadencji, gdzie nie mieliśmy nawet 30% Uchwałę o postawieniu przed Trybunałem Stanu pana premiera Rakowskiego ostatniego Pierwszego Sekretarza PZPR, za co odgrażali mi się od początku a potem te groźby się spełniły. Uwikłali mnie w szereg proce-sów, które się bardzo wydłużyły, ale dostali po nosie. A co ja i moja rodzina przeżyła to już zupełnie inna historia.
Paweł SPODENKIEWICZ:- Walka szła na śmierć i życie…
Andrzej KERN:- Tak, tak. Michnik zachowywał się w sposób bezczelny wręcz, zaczęło nas denerwować to, że on się afiszował przyjaźnią z Jaruzelskim z Urbanem, to mnie się w głowie nie mieściło, że człowiek tak zasłużony jak on w poprzednim okresie, przecież ten człowiek wycierpiał. Jacek spędził chyba 8 lat w więzieniu, no i ci ludzie byli w pewnym momencie kompletnie zaślepieni, ale to była taka jakaś metoda tłumaczenia zwłaszcza środowisku żydowskiemu – Polakom żydowskiego pochodzenia – że największym dla nich zagrożeniem to jest polska prawica i centroprawica, co było łobuzerstwem, głupotą i nieprawdą. Nikt z nas nie miał żadnych takich zakusów, tylko niestety był taki czas w Polsce, że o tym kto jest antyse-mitą, decydował pan Michnik. I jego “Gazeta Wyborcza”. Skandal w ogóle. Musieliśmy taki czas prze-czekać.[…]. Błędem Wałęsy było powierzenie “Gazety Wyborczej” Michnikowi, to była skandaliczna decyzja. Skandaliczna decyzja. Michnik jest za inteligientnym człowiekiem i za dobrym organizatorem, żeby przepuścić taką okazję. I on opanował całą gazetę […].(162) Koledzy mi mówili że np.Andrzej Mazur [ TW.”WACŁAW”], z którym siedziałem w Łowiczu, i którego uważaliśmy za człowieka absolutnie przyzwoitego, okazał się nie tylko tajnym współpracownikiem, ale jako współwięzień był szalenie sympatyczny, bezpośredni, koleżeński, pocieszał tych młodszych. Wybrali jego i mnie do pisania tzw. ”kwitów’, jak trzeba jakiś proces wznowić. Siadałem z Andrzejem i pisaliśmy to, a potem on, a najczęściej ja, obchodziliśmy te wszystkie ugrupowania czy zatwierdzą, czy nie. I dopiero po latach się dowiedziałem, że pierwsi z tym “kwitem” bezpieka się dowiadywała, a dopiero potem ci adresaci. Ale najgorszą sytuację miał Andrzej Ostoja-Owsiany z którym się przyjaźnił. 
 Paweł SPODENKIEWICZ:-To był dramat.
Andrzej KERN:- Andrzej nie chciał w to wierzyć… Myśmy mieli takich dwóch opiekunów ze służby bezpieczeństwa, którzy przychodzili do Rady Adwokackiej. A Rada Adwokacka mnie delegowała do rozmów z nimi. Uzgodniłem z nimi, że jeżeli problem będzie dotyczył mnie, to ja mogę na Lutomierską pojechać na rozmowę. Jeżeli chcą czegoś ode mnie. Wolałem, żeby nie mieli mnie na sali sądowej z cyrkiem i z fajerwerkami tam zamknąć. Czy zatrzymać i tam doprowadzić. A jeżeli sprawa Adwokatury, to…[nie zrozumiałe]. Chętnie rozmawiali nie ze mną, tylko ze [niezrozumiałe imię] Szmitem. Co z tych rozmów zostało… Oni pytali głównie, czy adwokaci biorą, czy nie biorą. Np. raz prosili mnie o rozmowę, na temat tego, że Głogowski – on był takim niespokojnym duchem – ni z tego, ni owego, zaczął wydawać takie pismo “Palestra”. Myśmy byli już po “Internacie”. Najpierw byłem jego pełnomocnikiem w czasie internowania. I jak mnie udało się jego wyciągnąć, to potem mnie zapuszkowali. Paweł SPODENKIEWICZ:- Rada Adwokacka jak internowano Głogowskiego, wystąpiła z takim pismem w tej sprawie.
Andrzej KERN:- Rada Adwokacka występowała w obronie, wobec każdego internowanego. Natychmiast.
Paweł SPODENKIEWICZ:- Każdego internowanego [z łódzkiej palestry]…
Andrzej KERN:- Każdego internowanego. Czworo było internowanych, Myśmy z Głogowskim na pewno z przyczyn politycznych, natomiast pozostałe dwie osoby do dzisiaj nie wiadomo dlaczego.
Paweł SPODENKIEWICZ:- [mec.Konrad] Garda i [mec.Krystyna Kolecka] – Kona…
Andrzej KERN:- O Konę, to w ogóle nie wiem dlaczego, przecież ona się żadną polityką nie zajmowała. Natomiast przyjęła jedną sprawę, jedną obronę “Solidarnościową” i może chodziło o to, aby środowisko przestraszyć. Nie mam pojęcia do dzisiaj. Zrobili z tego sprawę, jakby chodziło o szpiegostwo. Ale to było nieprawdziwe. Ona była internowana tylko po to, aby przestraszyć środowisko, jako przedstawiciela takie-go establishmentu adwokackiego. Jak ja już wyszedłem z internowania na początku czerwca to zostałem zobowiązany do stawienia się na rozmowę profilaktyczną. Zgłosiłem się na tą rozmowę na ul.Lutomierską i przyjął mnie pan pułkownik [Czesław] Chojak, z którym wcześniej miałem incydent i mnie zapamiętał. Zaczął na mnie krzyczeć. Powiedziałem mu, że nie życzę sobie, aby na mnie krzyczał.
– A kto pan jest?.. Jestem oficerem.- Jakim oficerem?.. Wojska Polskiego. – W jakim stopniu?.. Porucznika. Muszę panu powiedzieć, że zaczął ze mną rozmawiać normalnie.[…]. Radził mi, aby w moim pojętym dobrym interesie nie utrzymywał kontaktu z ks.Miecznikowskim.[…]. Ale jeszcze w sprawie mec. Głogowskiego…To było pismo takie…On nie dysponował żadnym powielaczem. To pismo było poświęcone problemom adwokackim i styku Adwokatury ze społeczeństwem. I było pisane na maszynie. Ile można na tej maszynie napisać, może osiem egzemplarzy. Jak się dwa razy przepisało, to było szesnaście i potem rozdawane niektórym osobom. I mój rozmówca – kapitan SB –  mówi:- Proszę pana, my wiemy że mecenas to pana przyjaciel, wiele wycierpiał i nie chcemy mu żadnej krzywdy zrobić, ale po co on te rzeczy robi? Odpowiedziałem – że widocznie ma taką wewnętrzną potrzebę, przecież Konstytucja zapewnia wolność słowa…
– Panie mecenasie, bądźmy poważni. Konstytucja, my wszyscy ją szanujemy, ale czasy są specjalne.
– Ale czasy specjalne są od 1944 roku – ripostowałem. A on dalej: – Pomijając Konstytucje i to wszystko, czy nie mógłby pan wpłynąć na mec.Głogowskiego, żeby przestał wydawać to pismo?
– Panie kapitanie, ja nie mam na to, żadnego wpływu.
– Ale pan jest Sekretarzem Rady Adwokackiej, a on zwykłym adwokatem.
– No, tak…Ale to nie przenosi się na drugą osobę tak, jak to ma miejsce w wojsku […]. Czasami przychodzili do nas [ “SB”], bo dostawali jakieś donosy.(163) -…Tymczasem Dekret o stanie wojennym nosi datę 14 grudnia 1981r, a w ogóle ukazał się w druku w nocy z 17 na 18 grudnia. Czyli wszystkie wyroki, niezależnie od poglądów politycznych, które zapadły skazujące w stanie wojennym do dnia 18 grudnia [1981r], one są w mocy prawa nieważne, bo obowiązuje tzw. zakaz retroaktywności, tzn. Ustawa Karna nie może działać wstecz, co wynikało nie tylko expressis verbis, z przepisów Kodeksu Karnego, ale również z międzynarodowych zobowiązań PRL-u, ponieważ w 1977r [1966r – data obowiązywania w Polsce 18-06-1977r], ratyfikowano międzynarodowy Pakt Praw Politycznych – po Helsinkach to było – i tam ustalono, że nawet w przypadkach, że zakaz reaktywności Ustawy Karnej, również obowiązuje w przypadku wprowadzenia stanu wyjątkowego. W sprawie Słowika i Kropiwnickiego złapali za gardło w bezprawie “czerwoni”. A ten ostatni przejaw tej historii jest taki, że “IPN” prowadził postępowanie karne – to było z inicjatywy prof.Kuleszy – właśnie o naruszenie zasady retroaktywności [Lex retro non agit], i umorzono postępowanie, co oprotestował Prezydent na uroczystym otwarciu tej wystawy esbeków u was w siedzibie “IPN”[…].(164) “Esbecy” przysyłali listę do Sądu tych [adwokatów], którzy nie powinni bronić, zwłaszcza w procesach wojskowych.[…]. Byłem świadkiem, jak ludzie wręczali milicjantom kwiaty tym, którzy doprowadzali ich bliskich na rozprawę […]. Spotkałem się z tym parokrotnie, m.in. w Piotrkowie Trybunalskim, kiedy ludzie spontanicznie wręczali kwiaty milicjantom żeby pokazać, że my wszyscy jesteśmy Polakami, że łączy nas więcej niż [nieczytelne]. Olbrzymie to wrażenie robiło na tych milicjantach.(165)
Paweł SPODENKIEWICZ:- A prokuratorzy? Jak ich pan pamięta? Jak się zachowywali?
 Andrzej KERN:- Prokuratorzy… różnie to było. Było dużo prokuratorów, którzy po prostu starali się jakby tylko wykonywać swoje obowiązki, ale niestety większość prokuratorów która prowadziła te sprawy, to była ustalana po uzyskaniu opinii służby bezpieczeństwa. W moim przekonaniu, to osoby które prowadziły te sprawy, nie powinny pozostać w prokuraturze.[…].(166)
 Paweł SPODENKIEWICZ:- Wracając jeszcze do sprawy sędziowskiej…bo wiem że w Polsce około 30 spraw… Tyle wniosków dyscyplinarnych było w sprawie sędziów, który żaden w końcu nie został zrealizowany. A ile z Łodzi było tych wniosków?…
 Andrzej KERN:- Nie wiem. Nie pamiętam.[…]. Razem z moim przyjacielem Bronkiem Jaźwińskim broniliśmy liderów łódzkiego “Uniprotu”, którzy byli oskarżeni o prowadzenie, mimo zaprzestania działalności związkowej. I to chyba był luty 1982r, albo przełom stycznia i lutego, i dwa takie elementy z tego procesu utkwiły mi w pamięci, a mianowicie, pierwszy to był taki, że dowiedziałem się przed procesem, że dyrektor Zakładu “Uniprot” na ul.Obywatelskiej, w porozumieniu z Komisarzem wojskowym, wydali takie zalecenie, że jeżeli ktokolwiek z pracowników, nie stawi się do pracy a przyjdzie do Sądu, będzie zwolniony ze skutkiem natychmiastowym, bez wypowiedzenia, no i gdy z Bronkiem weszliśmy na salę  sądową, to tłum ludzi ją wypełniał, dosłownie miejsca nie było. Pytam ich, co wy robicie, przecież was wywalą z zakładu pracy. A oni mówią, że się dowiedzieli, że jak się odda krew, to ma się prawo do wolnego dnia. I tego dnia, tam było z 50 albo może 60 osób, wszyscy rano poszli oddać krew. I to była taka rzecz, którą będę pamiętał do końca życia, bo to było takie miłe dla tych liderów.[…].[Janowi Łuczakowi i Krzysztofowi Patorze.](167)
Paweł SPODENKIEWICZ:- Jaką linie obrony pan przyjmował na początku stanu wojennego.
Andrzej KERN:- Łódzka linia obrony w procesach politycznych kształtowała się można powiedzieć na skórze mojego przyjaciela, adw.Karola Głogowskiego. Bo on powiedział do mnie i do Bronka Jaźwińskiego – zasadniczo jego przesłanie było takie – “Ja chcę wyjść na wolność, ale to wyjście na wolność nie może się odbyć kosztem mojej godności i moich poglądów”. I to było zasadnicze jakby przesłanie do nas.[…].(168)

Mec. Andrzej Kern, któregoś dnia opowiadał mi, że on i mec. Eugeniusz Sindlewski poszli do Biskupa Rozwadowskiego i zaproponowali mu, że Zorganizują Ośrodek Pomocy Prawnej dla rodzin osób Internowanych i Uwięzionych i powiedzieli, że to powinno być silnie scentralizowane.  Zasugerowali przy tym, że winien być utworzony przy Ośrodku jezuickim. Dlaczego scentralizowany? Bo obawiali się infiltracji ze strony Służby Bezpieczeństwa.(169)

***     
Przepiękna karta palestry łódzkiej. Do Ojca przyszedł mec. Andrzej Kern  i dziekan palestry Eugeniusz Sindlewski, mec. Karol Głogowski, mec. Stanisław Maurer, mec. Jerzy Marendziak [wg zapisów ewidencyjnych zarejestr. przez Wydział III KM MO w Łodzi, jako TW “Jan“/“Prawnik“/“Krzemiński“, pod nr 460 [1962-1999]- „Procesy Polityczne…IPN.str.89. Sebastian Pilarski“] i powiedzieli, że chcą pomagać w procesach Internowanym i Uwięzionych. Od razu powiedzieli, że nic za to nie chcą. Ponieważ nie było wtedy Kancelarii Adwokackich, a jedynie Zespoły Adwokackie, trzeba było oficjalnie uiścić tam opłatę za usługę prawną. Te sprawy musiały być w Zespole Adwokackim zarejestrowane. I był to obowiązek takiego postępowania, aby np. mec.Kern mógł reprezentować internowanego lub aresztowanego. Te wpisowe dawaliśmy w Zespole (ok.3.500 zł). Oczywiście, te koszty na rzecz Zespołu Adwokackiego, pokrywał za rodziny internowanych lub uwięzionych, każdorazowo Ośrodek. Np. znany i szanowany adwokat Tadeusz de Virion – brał wówczas 40.000 zł za sprawę. A średnia pensja była wtedy 11.000 zł. Wszystkie pieniądze były u Ojca. Tak było najbezpieczniej. Ojciec zawsze dawał nam jakąś pulę. Nie raz były nadzwyczajne sytuacje w danym dniu, a Ojciec wyjeżdżał przeciętnie. Były przypadki, że któryś z adwokatów jechał do więzienia, to my za ich pośrednictwem mogliśmy osadzonym coś przekazać. Niekiedy sam mec. Kern przy-chodził do Ośrodka i podawał informacje, jaki „Solidarnościowiec“ ma być sądzony. A kiedy z innych źródeł docierała do nas informacja o takich przypadkach, to ja osobiście chodziłam do mieszkania mec. Kerna [mieszkał w pobliżu, na „Manhattanie“ – Śródmiejska Dzielnica Mieszkaniowa w Łodzi – kilkaset metrów od Kościoła o.o. Jezuitów] i po „Dzień dobry“, zawsze mówiłam:- „Ojciec prosi“. A kiedy mecenasa nie było w domu, to przekazywałam tę prośbę jego żonie. Tylko tyle. I to wystarczyło. Wtedy mec.Kern przychodził i omawiał daną sprawę z Ojcem. Jak rodziny Internowanych przychodziły do Ośrodka i zgłaszały potrzeby obrony prawnej, wtedy my ich kierowaliśmy do tych mecenasów, do Zespołów. Oni nie przyjmowali na „furcie“, aby nie było to potraktowane, że coś robią nielegalnie. I mogło to być potraktowane różnie. Mecenasi byli niemal na każde zawołanie.

***
Syn mec.Kerna został pobity później niż w grudniu. „SB“ czekało na niego w bramie na ul.Piotrkowskiej. To był atak na mec.Kerna. Chciano w ten sposób złamać jego ojca. Trudno powiedzieć skąd przyszła ta wiadomość do Ośrodka. Syn miał potem problemy z chodzeniem, chodził o kulach.  Nie mógł pracować.(170)

***
W regionie łódzkim sprawy przeciwko działaczom i sympatykom NSZZ “Solidarność”, prowadzone były przed Sądem Wojewódzkim, Sądem Rejonowym i Wojskowym Sądem Garnizonowym w Łodzi, jak również przed Sadem Pomorskiego Okręgu Wojskowego w Bydgoszczy.
Łącznie wymienione sądy oskarżyły co najmniej 79 osób z województwa łódzkiego w związku z organizacją i udziałem w strajkach (przestępstwo z art.46 ust.1 i 2 dekretu o stanie wojennym), redagowaniem, drukiem i kolportażem materiałów bezdebitowych (art.48 ust.2-4 dekretu o stanie wojennym, art.273 §2 i art.282 kk), “publicznym lżeniem PRL i jej naczelnych organów (art.270 §1 kk), uszkodzeniem czerwonych flag (art.284 §1 kk), malowaniem “wrogich napisów” (art.48,ust.2 i 4 dekretu o stanie wojennym, art.270 §1 i art.273 §1 kk),“osłabieniem władzy ludowej” poprzez utrudnienie “prawidłowego funkcjonowania urządzeń drukarskich drukujących << Trybunę Ludu >> (art.127 kk). Należy podkreślić, że nie uwzględniono spraw wszczynanych w związku z zarzutem czynnej napaści na funkcjonariuszy MO, które w wielu przypadkach miały również kontekst polityczny.(171)

Pismo  adwokatów
dot. Andrzeja Słowika i Jerzego Kropiwnickiego 
Łódź,  dnia 12 kwietnia 1983 r.
/KOPIA/
                                                                      Sekretariat
                                                                 Episkopatu Polski
                                                                  / c.d. nieczytelny/
                                                                I n f o r m a c j a
                                     o sprawie Andrzeja Słowika i Jerzego Kropiwnickiego
I. Postępowanie sądowe

Wyrokiem Sądu Wojewódzkiego w Łodzi z dnia 30 grudnia 1981 roku, wydanym w trybie doraźnym /Sygn.akt III-K122/81. dor.Andrzej Słowik i Jerzy Kropiwnicki skazani zostali z art.46 ust.1 i 2 z dekretu o stanie wojennym z dnia 12 grudnia 1981 roku /Dz.U.Nr.29 poz.154/ na kary po 4 lata i 6 miesięcy pozbawienia wolności oraz kary pozbawienia praw obywatelskich na okres lat 4. Oskarżonych uznano za winnych tego, że w dniu 13 grudnia 1981 roku, w Łodzi, Andrzej Słowik jako przewodniczący, zaś Jerzy Kropiwnicki jako wiceprzewodniczący Zarządu Regionalnego Ziemi łódzkiej NSZZ “Solidarność”, działając wspólnie i w porozumieniu nie zaniechali działalności związkowej    zgodnie z przepisami dekretu z dnia 12 grudnia 1981 o stanie wojennym lecz zorganizowali i osobiście przeprowadzili akcję protestacyjną w siedzibie zarządu Regionalnego wzywając przez nagłaśniające środki przekazu i za pomocą kolportowanych ulotek do powołania zakładowych komitetów strajkowych i rozpoczęcia strajku powszechnego.
Z ustaleń Sądu Wojewódzkiego wynika, że wspomniana akcja protestacyjna została przeprowadzona w dniu 13 grudnia 1981 roku w godzinach od 7.00 do 14.00. W okresie tym do zarządu regionalnego nie zgłosił się żaden przedstawiciel MO, Prokuratury ani też władz administracyjnych, by poinformować o zaistniałych zmianach prawnych.[…]


W dniu 30 grudnia 1982 roku obrońcy oskarżonych zwrócili się z listem otwartym do Ministra Sprawiedliwości informującym o rzeczywistym naruszeniu prawa i międzynarodowych zobowiązań PRL – przedmiotowymi wyrokami. Cenzura nie zezwoliła na opublikowanie tego listu na łamach “Ładu”. 
W odpowiedzi z dnia 10 lutego 1983 roku Dyrektor Departamentu Ministerstwa Sprawiedliwości poinformował autorów listu, że przedmiotowe wyroki zgodne są z trendem orzecznictwa Sądu Najwyższego i że mimo ratyfikacji Paktów tylko prawo wewnętrzne Państwa-sygnatariusza decyduje o sposobie uznania, jaki gest działania czy zaniechania za przestępstwo, o sposobie ogłaszania przepisów przyjmują [c.d. nieczytelny].[…]. “Pragnę poinformować autorów listu, że odmienne poglądy doktryny tudzież stanowisko części praktyków, nawet bw przypadkach zasadności – w żadnym razie nie mogą stanowić podstawy jakichkolwiek decyzji organów administracji wymiaru sprawiedliwości zmierzających do zmiany orzecznictwa Sądu Najwyższego”. Stwierdzenie to jest delikatnie mówiąc nieścisłe, bowiem Minister ma prawo i obowiązek wpływać na kształt orzecznictwa Sądu Najwyższego właśnie przez wnoszenie rewizji nadzwyczajnych.

II. W nr.1/83 “Państwa i Prawa” udało się opublikować artykuł adw. Stanisława Maurera na temat retro-aktywności karnych przepisów dekretu o stanie wojennym w świetle norm prawa międzynarodowego. Publikacja ta jednak – praktycznie rzecz biorąc – pozostała bez echa. III. Czynności podejmowane przez organy samorządu adwokackiego zmierzające do uchylenia wyroków jako sprzecznych z prawem.

Obrońcy zwrócili się do Okręgowej Rady Adwokackiej w Łodzi o zajęcie się przedmiotową problematyką, zgodnie z dyspozycją art.1 ust.1 Prawa o adwokaturze /Dz.U. z dnia 7 czerwca 1982r Nr.16 poz. 124/ i podjęcie stosownych czynności. Okręgowa Rada Adwokacka zleciła swej Komisji Interwencyjnej zbadanie tej problematyki i sformuowanie wniosków. Komisja dokonała przeglądu dostępnego orzecznictwa / w tym również prawomocnych wyroków, którymi uniewinniono osoby oskarżone o działalność związkową w dniu 13 grudnia 1981 roku /oraz zwróciła się do prof.dr Jana Waszczykowskiego – specjalisty z zakresu prawa karnego oraz dr Piotra Daranowskiego – specjalisty z zakresu prawa międzynarodowego Uniwersytetu Łódzkiego o wydanie naukowych ekspertyz. Ekspertyzy te – ogólnie rzecz biorąc – potwierdziły słuszność stanowiska obrońców. Tak zebrany materiał Komisja Interwencyjna przedsta-wiła na zgromadzeniu Okręgowej Izby Adwokackiej w maju 1983 roku. Zgromadzenie podjęło uchwałę skierowaną do Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego o potrzebie dokonania wykładni prawa w zakresie retroaktywności karnych przepisów dekretu o stanie wojennym.

Zakład karny w Barczewie jest więzieniem ciężkim. Położony on jest na terenie podmokłym, co sprzyja powstawaniu chorób reumatycznych. Obaj nasi klienci niemal od początku pobytu w Barczewie zajmowali celę wyposażoną w tak małe okno, że niemal przez cały dzień – chcąc się uczyć lub czytać, zmuszeni byli do zapalania światła elektrycznego […].

W czasie ostatniej wizyty w Barczewie adwokaci: Kern, Maurer, Olczyk i Sindlewski – w dniu  7 kwietnia 1982 r – czynili wszystko, co było w ich mocy, by nakłonić skazanych do przerwania głodówki, tym bardziej, że zastali obu w bardzo ciężkim stanie. Sytuację komplikował jednak fakt, że – pod nieobecność Naczelnika Zakładu – Zastępca Naczelnika deklarując chęć zakończenia konfliktu nie miał uprawnień do podjęcia żadnych decyzji. Obaj skazani otrzymali już tyle kar regulaminowych, że nie są w stanie powiedzieć, jaką aktualnie karę odbywają i kiedy się te kary skończą. Jednakże w świetle ich wyjaśnień głodówka, nie jest ani protestem przeciwko wyrokowi, ani przeciwko uwięzieniu; chodzi im tylko o to, by ani oni, ani ich koledzy, nie byli bici i by odbywali karę w ludzkich warunkach.[…].
[brak kolejnej strony]. Prawdopodobnie syganariuszami w/w pisma byli adwokaci: adw.Andrzej Kern, adw.Stanisław Maurer, adw. dr Eugeniusz Sindlewski i adw.Mirosław Olczyk.(172)

„TYGODNIK MAZOWSZE ”.
(Nr 85 z 26 IV 1984).       
* GRYPS ANDRZEJA SŁOWIKA *

Aktualnie, wraz z Jurkiem Kropiwnickim trzymamy głodówkę. Od środy 11 IV 1984 zaczęli nas karmić. Jurek łyka sondę. Ja nie pozwalam się karmić, więc od 3 dni najpierw odbywa się obezwładnianie, zakuwanie w kajdanki, a potem otwieranie ust siłą, przy pomocy dźwigni i tortur. Słowo tortury należy traktować dosłownie, gdyż po usadzeniu mnie na krześle, depczą mi palce stóp, wykręcają ręce i nogi, często w odwrotnych kierunkach, tj. w ten sposób, że wykręcając ręce zmusza się mnie do wyprostowania się, a ten który wykręca nogę nie dopuszcza do wyprostowania. Kładą mi nogi na krawędź łóżka i któryś z nich siada na nogach, wyłamując stawy kolanowe w odwrotną stronę lub dociska kości goleniowe do kątownika łóżka. W tym czasie inny wykręca mi do tyłu głowę i silnie uciska na zawiasy szczękowe, a lekarz bądź pielęgniarka operuje kleszczami przy szczękach. Kiedy zaczynam krzyczeć, wkładają kleszcze między zęby i wtedy mnie mają. Pozostaje im tylko włożyć sondę i lać mannę. Zwykle przy-chodzi 5-6 funkcjonariuszy oraz lekarz i pielęgniarka. Jedna z nich też posunęła się do torturowania mnie, kiedy 12 IV zaczęła bardzo mocno ugniatać mi węzły chłonne, co jest szczególnie bolesne […]. Podejrzewam, że będziemy jeszcze długo musieli z Jurkiem głodować. Jesteśmy zdecydowani na to. ustąpimy. Pozdrawiam wszystkich, którzy pamiętają i działają.
Barczewo.13.IV.1984r.
ANDRZEJ SŁOWIK.

***
[…]. Obecnie głodówkę kontynuują Słowik i Kropiwnicki, pozostali przerwali 30.III. Odpowiedzialni za znęcanie się nad uwięzionymi przywódcami “S” i KPN: naczelnik więzienia Lutrzykowski, lekarz więzienny Ryszard Sobolewski; funkcjonariusze:- Jerzy Lisowski, Jan Statkiewicz, kpt.Smochowski, Wacław Hapner, Antoni Lewandowski, Zdzisław Siemaszko, Zdzisław Słoń, Ryszard Jakubaszek, Hilary Kutrza, Kazimierz Olechowski.
Andrzej SŁOWIK.(173)            

         LIST OTWARTY WIĘŹNIÓW Z.K. BARCZEWA  DO GENERAŁA JARUZELSKIEGO
/Z.K. ok.320 km od Łodzi. Jednostka typu zamkniętego. Pojemność liczy 781 miejsca. Przeznaczona dla mężczyzn odbywających karę po raz pierwszy z dodatkowymi oddziałami. Więzienie znajduje się na terenie byłych ogrodów klasztornych zakonu franciszkanów. W 1810 roku władze pruskie po sekularyzacji majątku zakonu powołały tam dom karny. Budynki zostały przeznaczone na więzienie w 1812 roku. W barczewskim zakładzie karnym 12 listopada 1986 roku zmarł w wieku 90 lat zbrodniarz wojenny, były gauleiter i nadprezydent Prus Wschodnich, Erich Koch./.

Latem 1983r. do więzienia w Barczewie przywieziono 9 więźniów politycznych i osadzono ich w warunkach urągających nawet normom obowiązującym w PRL. Cele 4-osobowe o powierzchni 7.m.kw. Nie-skanalizowane, zagrzybione z podłogą położoną bezpośrednio na gruncie. Po wielodniowym proteście głodowym uzyskaliśmy minimalną poprawę warunków – skanalizowanie cel. W dniu 5.XII 83r. pobito grupę więźniów, a innych polewano wodą na mrozie. Od tego momentu stosuje się wobec więźniów politycznych różnego rodzaju represje i szykany, a ostatnio także i tortury. Od pięciu miesięcy pozbawieni jesteśmy widzeń i korespondencji z rodzinami, możliwości uczestniczenia w Mszy św., spacerów, prawa zakupów artykułów żywnościowych, samokształcenia, książek, zajęć k.o. [kulturalnooświatowych], ciepłej odzieży. Przez trzy miesiące nie byliśmy kąpani (skażenie łaźni żółtaczką). Otrzymujemy najgorszą kategorię jedzenia. W okresie tym wielokrotnie sadzono nas w karcerach. Stosując brutalną przemoc, m.in. wyłamując i zrywając mięśnie barku Wł[adysławowi] Frasyniukowi i odbijając płuco T[adeuszowi] Stańskiemu, a także wysyłając E[dmunda] Bałukę do Gdańska, gdzie został skatowany. Od dwóch tygodni władze podjęły wobec nas działania, których nie można nazwać inaczej niż stosowanie tortur i tak:- Wielokrotnie osadzani jesteśmy w bunkrze głodowym. Jest to pomieszczenie o powierzchni ok.5 m. kw.bez okien i dostępu powietrza. Umieszcza się nas nawet po 3 osoby i przetrzymuje przez 5 dni. Już po kilku minutach osoby osadzone w takich warunkach odczuwają brak tlenu. W dniach 29.III. do 2.IV. osobom przebywającym w bunkrze, uniemożliwiono spożywanie posiłków. Podstawą prawną stosowania takich metod jest podobno zarządzenie Ministra Sprawiedliwości z 1975r., które pozwalało na stosowanie tego rodzaju tortur. Jak wiadomo, wielokrotnie doprowadzało to, do trwałych  okaleczeń, a nawet śmierci więźniów. W 1981r zlikwidowano tego rodzaju represje. Jak się okazuje niecałkowicie, gdyż takie działania spotykają więźniów politycznych właśnie w Barczewie.

– Większość czasu jesteśmy przetrzymywani w kajdankach. Kuje się nas w sposób szczególnie dotkliwy do tyłu, przekuwając jedynie na noc ręce do przodu.
– 2 IV oprócz zakucia w kajdany, Wł.Frasyniukowi i T.Stańskiemu zaklejono plastrem usta w identyczny sposób, jak robili to hitlerowcy, rozstrzeliwując polskich patriotów. Sugerowano, że jest to przygotowanie do wykonywania takiej samej czynności.
– Stosowanie kaftanu bezpieczeństwa, twierdząc przy okazji, że więźniowie polityczni będą traktowani jak psychicznie chorzy. Użycie kaftanu bezpieczeństwa powoduje zaburzenie krążenia krwi, utratę przytomności, jest przyczyną uszkodzenia stawów.
– Stosowanie specjalnego urządzenia krępującego, wykorzystywanego przy wykonywaniu kary śmierci przez powieszenie.
– Stosowanie gazu paraliżująco-łzawiącego. Szczególnie brutalne było to w dniu 7 IV. gdy świadomie oblewano gazem oczy więźniów z odległości kilku cm w celu trwałego oślepienia. Wynikało to jasno z wypowiedzi funkcjonariusza (cyt. “Daj mu lepiej po oczach, aż oślepnie”).
– Nieustanne i bezprawne grożenie połamaniem kości.
– Cyniczne przedłużanie głodówki A[ndrzeja] Słowika i J[erzego] Kropiwnickiego. Rozpoczęcie karmienia dopiero po 22 dniach, a więc w okresie zagrożenia ich życia. Protest głodowy naszych kolegów trwa nadal.
– Identyczna sytuacja była z E.Bałuką, któremu po pobiciu, uniemożliwiono widzenie z obrońcą i prokuratorem.
– Szczególnie brutalnie wykorzystuje się fakt choroby serca R[omualda] Szeremietiewa, którego m.in. osadzono w najgorszej celi, tzw. Tygrysówce. W dniu 10 IV trzymano go przez 12 godz. skutego w bun-krze i dopiero po zasłabnięciu skierowano do celi. Tylko dzięki interwencji całej grupy i lekarza, oswo-bodzono go z kaftana bezpieczeństwa. Kolejny pobyt R.Szeremietiewa w bunkrze 12 i 13 IV skończył się następnym atakiem serca.
– Pozbawieni jesteśmy opieki lekarskiej. Ogranicza się ona w zasadzie do stwierdzeń otarcia naskórka, istnienia siniaków, a podczas naszego pobytu w bunkrze do orzeczeń braku objawów sinienia i duszenia się.
– Jakby mało było tortur i szykan, władze preparują jeszcze do tego proces karny przeciwko Wł. Frasyniukowi, który odbędzie się 5 V w Olsztynie. Procesami grozi się i innym więźniom politycznym. Wszystkie te fakty świadczą o świadomym stosowaniu wobec nas działań, które są sprzeczne z często powtarzanymi przez władze PRL tezami o rzekomym humanitarnym traktowaniu więźniów, a w stosunku do więźniów politycznych istnieniu “szczególnych uprawnień”. Jest to celowe wprowadzanie w błąd opinii publicznej w kraju i za granicą. Okoliczność ta, zmusza nas do napisania niniejszego listu otwartego.

16.IV.1984 PIOTR BEDNARZ, WŁADYSŁAW FRASYNIUK, PATRYCJUSZ KOSMOWSKI, LESZEK MOCZULSKI, TADEUSZ STAŃSKI, ROMUALD SZEREMIETIEW.

 “GAZETA OLSZTYŃSKA ” /Nr.112  z 1 maja 1984./
 “O warunkach odbywania kary nie decydują nazwiska ani poglądy”.
(Wypowiedź Zastępcy Dyrektora Centralnego Zarządu Zakładów Karnych – płk. Henryka Skolika).                                                                
 [ fragment ].

61 osób – tylu skazanych prawomocnym wyrokiem za przestępstwa popełnione z motywów politycznych odbywa aktualnie karę. Przebywają oni w 4 zakładach karnych, w wyodrębnionych pomieszczeniach, oddzieleni od sprawców przestępstw pospolitych. O warunkach odbywania kary w jednym z nich, w Barczewie (woj.olsztyńskie) poinformował PAP, zastępca dyrektora Centralnego Zarządu Zakładów karnych płk. Henryk Skolik:
– W Barczewie pozostaje 9 osób skazanych za przestępstwa z pobudek politycznych. Wszyscy po przy-byciu do zakładu karnego zostali zapoznani z regulaminem wykonywania kary pozbawienia wolności oraz z zasadami odrębnego traktowania tej grupy sprawców, polegającymi także na zwolnieniu z obowiązku wykonywania pracy. Jest to zgodne z konwencją nr 105 Międzynarodowej Organizacji Pracy. Więźniowie ci, wykonują jedynie prace porządkowe w obrębie zajmowanych pomieszczeń mieszkalnych. Oczywiście mogą zostać za własną zgodą zatrudnieni, ale jak dotąd, żadna z wymienionych na wstępie 61 osób z możliwości tej nie skorzystała.
–  9 skazanych, o których mówiłem, zakwaterowanych jest w celach 2- i 3-osobowych. Posiadają one podstawowe urządzenia sanitarne, w tym bieżącą wodę, są skanalizowane. Wielkość cel odpowiada obowiązującym w tym zakresie normom. Sprzęt kwaterunkowy stanowi typowe wyposażenie celi więziennej. Są to: piętrowe łóżka, taborety, stoliki, szafki. Ściany są pomalowane farbą olejną, a podłoga wyko-nana jest z desek. Cele są zradiofonizowane, przeprowadzone pomiary wykazały, iż temperatura w tych pomieszczeniach nie była nigdy niższa niż 18 st. Wszystkim skazanym zapewniono bieliznę i odzież stosownie do pory roku. Ponadto naczelnik zakładu zezwolił, aby korzystali m.in. z własnych swetrów.  Skazani korzystają raz w tygodniu z kąpieli. Wymieniana jest wówczas bielizna osobista, raz na dwa tygodnie także pościelowa. Wszystkim skazanym zapewniono przydziały mydła, udostępniono pastę do zębów, proszek itd. Mogą korzystać także z usług fryzjerskich, co najmniej dwa razy w tygodniu są goleni. Są to niejako warunki standardowe. Każdemu więźniowi przysługuje raz w miesiącu godzinne widzenie z rodziną. Odbywa się ono w specjalnej sali, przy stoliku, w bezpośrednim kontakcie. Uczestniczy w nich przedstawiciel służby więziennej.[…].
– Skazani prowadzą także korespondencję. Mają prawo wysyłać w ciągu miesiąca cztery listy.[…].
Od początku pobytu w Barczewie odbywający tu karę za przestępstwa polityczne mieli możliwość udziału w mszach odprawianych przez kapelana więziennego. Mogą też wysłuchiwać cotygodniowych mszy transmitowanych przez Polskie Radio. Przez pewien czas nabożeństwa odprawiane w zakładzie karnym były zawieszone. Przyczyną tego było demonstracyjne wykorzystywanie mszy i zakłócanie porządku. Nastąpiła także zmiana osoby kapelana. Nowy ksiądz, wyznaczony przez uprawnionego biskupa, odprawił nabożeństwo już w dniu 23 kwietnia br.
– Sprawa odżywiania więźniów. Otóż w trakcie odbywania kary skazani za czyny popełnione z motywów politycznych otrzymują, podobnie zresztą jak wszyscy inni więźniowie, urozmaicone wyżywienie o wartości nie mniej, niż 2600 kcal dziennie. Zapewniono w nim tyle mięsa, cukru i tłuszczów, ile obecnie w warunkach reglamentacji tych artykułów przypada na każdego obywatela naszego kraju. Niektórzy z 9.skazanych otrzymują posiłki dietetyczne, o zwiększonej kaloryczności, zalecane przez lekarza więziennego. Wszyscy też otrzymują od rodzin w czasie widzeń różne artykuły spożywcze, dokonują także zakupów w kantynie.[…]. Zróżnicowana była także w tym czasie wielkość zakupów dokonanych przez nich w kantynie: od 4 – 7 tys.zł do blisko 15 tys.zł.[…].
– Zakład karny w Barczewie wykorzystując istniejący tam szpital więzienny, zapewnia skazanym odpowiednią opiekę szpitalną w zakresie chorób wewnętrznych, bądź zabiegów chirurgicznych, a także opiekę laboratoryjną, zarówno ogólnolekarską jak i specjalistyczną. Mimo niełatwej sytuacji kadrowej żaden ze skazanych nie ma trudności z uzyskaniem porady lekarza. Trzeba jednak zaznaczyć, iż niejedno-krotnie skazani – o których mowa – nie ułatwiają personelowi medycznemu wykonywania jego obowiązków. Odnotowujemy przypadki lekceważenia zaleceń diagnostycznych, niewłaściwego stosunku do lekarzy. Wszystkie te udogodnienia mogą być, oczywiście cofane, bądź zawieszane. Zgodnie z przepisami kierownictwo zakładu karnego ma bowiem prawo stosowania nagród, a z drugiej strony kar dyscyplinarnych. Te ostatnie obejmują m.in. nagany, pozbawienie lub ograniczenie widzeń, prowadzenia korespondencji, dokonywania zakupów. Mogą być wymierzane na okres od 1 do 3 miesięcy. Konieczność zapewnienia w zakładzie karnym porządku i bezpieczeństwa sprawia, iż w ściśle określonych sytuacjach, przy zachowaniu przewidzianych przepisami warunków, może być stosowane umieszczenie w celi izolacyjnej. Konieczność takiego działania zaszła ostatnio w Barczewie w pojedynczych, konkretnych sytuacjach. Chciałbym jednak podkreślić, iż wspomniane wcześniej kary dyscyplinarne nie były stosowane w każdym przypadku w którym mogły, zgodnie z przepisami, być wykorzystane.

Kierownictwo zakładu karnego sięgało po nie w sytuacjach szczególnie drażliwych, gdy np. prowadzone z więźniami rozmowy nie odnosiły skutku. Potwierdza to dokumentacja, Skazani, popełniający wykroczenia, byli karani jedynie za co piąte lub nawet rzadziej. Nadmienić należy, iż naczelnicy zakładów karnych, w których przebywają skazani za przestępstwa popełnione z motywów politycznych, otrzymali wytyczne uprawniające ich do stosowania wobec tych osób wielu indywidualnych złagodzeń i ulg w warunkach odbywania kary. O niektórych mówiłem już wcześniej. Dotyczyły korespondencji, widzeń, otrzymywania paczek.[…].
– Zakład w Barczewie nie jest jakimś szczególnym więzieniem: standardowe warunki  odbywania w nim kary są podobne do innych zakładów karnych.[…]. Środki dyscyplinarne znajdujące zastosowanie w Barczewie są jedynie przykrym i nieuchronnym skutkiem różnych przejawów negatywnego – naruszającego przepisy – a często wręcz i prowokacyjnego zachowania się przebywających tam skazanych. Środki te muszą być stosowane na elementarne wymogi dyscypliny i porządku obowiązującego w każdym zakładzie karnym. Nie mają one natomiast żadnego związku z nazwiskami więźniów i poglądami jakie reprezentują (PAP).   

KOLEGIA / PROCESY SĄDOWE.
W tym czasie, bardzo niechlubnie wyróżniły się Kolegia d/s Wykroczeń – organy pozasądowe, które orze-kały przewinienia w Polsce [powołane w 1952r i czynne do 2001r], np. za nierespektowanie godziny milicyjnej, uczestnictwo w zajściach i protestach ulicznych, brak dowodu osobistego, noszenie w klapie “opornika” – elementu obwodu elektrycznego, wykorzystywanego do ograniczenia prądu [stanowił symbol oporu przeciwko komunistycznej władzy]. Czy posiadanie odbiornika radiowego o niewłaściwej  częstotliwości [taką karę w wys.20 tys. zł otrzymał Jerzy Dłużniewski]. Zgodnie z kodeksem wykroczeń, Kolegia mogły wymierzać kary zasadnicze: – areszt do 3 miesięcy, grzywnę, naganę itp. Najczęściej orzekanie  następowało w trybie przyspieszonym, a kary grzywny od 1.500 zł do 20.000 też należały do dotkliwych, nie tylko dla niepracujących, ale i dla tych, których uposażenie nie przekraczało średniej krajowej, tj.7.687 zł [najniższe 3.300 zł.].(174)

***
Ogółem Kolegia ds. wykroczeń od 13 grudnia 1981 r. do 21 lipca 1983 r. ukarały za wykroczenia z dekretu o stanie wojennym 207.692 osoby, w tym karą aresztu 4.273 osoby.(175)

***
Zatrzymanych uczestników demonstracji anty-pierwszomajowej, nie pozbawiano wolności, ale Kolegia wymierzały kary pieniężne, które na ten cel, dawał Ośrodek. Te pieniądze były dyskretnie dawane.

***
Na początku działalności Ośrodka, pani Słobodzian [Jolanta] i Brzozowska [Hanna] zgłosiły się, że będą chodzić na procesy „Solidarnościowców“. Rodziny przychodziły i mówiły o miejscu i czasie takiej rozprawy. Nie zawsze było możliwe tam się dostać. Były przepustki, które dawano w Sądzie, przed wejściem na salę rozpraw. Z reguły odbywało się to w małych salach, więc mało ludzi tam mogło wejść. A jak one się tam nie dostały, to szczegóły były przekazywane od naszych mecenasów. Sędziowie byli dobierani specjalnie z klucza, do takich rozpraw. Na rozprawę Słowika i Kropiwnickiego, chodził ks.Kanclerz z ramienia Kurii Biskupiej.(176)

Małgorzata WOJTUNIK.(177)
Przyszłam do Ośrodka na przełomie stycznia i lutego 1982r. Nie miałam w Łodzi pracy, bo dostałam tzw. ”wilczy bilet”. Do Ośrodka Pomocy zostałam przyjęta w grudniu 1981r. O.Miecznikowski rozmawiał ze mną w rozmównicy Klasztoru. Rozmowa dotyczyła przyjmowania zgłoszeń o represjach. W rozmównicy domu zakonnego, udzielałam porad prawnych potrzebującym ludziom. Z Basią Gruchałą – później po mężu Gruszczyńskiej – która była prawą ręką o. Miecznikowskiego, spędzałyśmy czas na pracy społecznej w domu zakonnym od rana do wieczora.
Pyt.- A jak przyjęto w Ośrodku wyroki na Jerzego Kropiwnickiego i Andrzeja Słowika?
– Wszyscy byli bardzo przejęci, ale szczegółów nie pamiętam. Proces ten był pokazowy, w aurze zastraszenia i niepewności w stosunku do wszystkich jego uczestników..
Pyt.- Czy była Pani wzywana na Komendę MO?
– Nie. Tylko w nocy, cywilny „Fiat – 125 p“, bardzo często eskortował mnie do domu. Powiedziałam o tym Ojcu. Zdenerwował się.
Pyt.- Kiedy wróciła pani do pracy?
– Najbliższe miejsce, w którym przyjęto mnie do pracy, w październiku 1982r, było oddalone 80 km od Łodzi(178)


POWOŁANIA do WOJSKA.
Dotąd były cztery kategorie wojskowe. Ostatnia  kat.„E” – to orzeczenie trwałej i całkowitej niezdolności do czynnej służby wojskowej w czasie pokoju, mobilizacji i wojny. Osoba z kategorią „E”, nie podlegała w ogóle obowiązkowi wojskowemu. Powołano więc:- “Nowy rodzaj kategorii kat.“F“ – zdolny do przebywania na terenie koszar. Pluton ludzi z niedowładem ręki, z problemem chodzenia, po zawałach, ze schorzeniami kręgosłupa itp.“(179). Wojskowe obozy specjalne powołane w 1982r stanowiły ukrytą formę internowania, pod pozorem powołania na dodatkowe przeszkolenie do wojska. Pełna dokumentacja dotycząca tych obozów nadal objęta jest klauzulą – 50 letniej tajności. Miejsca takich obozów:- Czerwony Bór, Chełmno, Rawicz, Trzebiatów, Unieście, Brdowo, Czarne, Wędrzyn, Węgorzewo. [W Chełmnie byli zmuszeni do spania w namiotach – mimo ostrej zimy – 20°C ].

***
Operacja „Jesień 82”… Operację tę, opracował sztab Generalny Ludowego Wojska Polskiego tuż przed planowanym na 10 listopada 1982r strajkiem. Listy osób podejrzanych o działanie antysystemowe i związkowe sporządziły komórki MSW. W/g ustaleń historyków wynika, że od 5 listopada 1982 do 3 lutego 1983r, na „trzymiesięczne szkolenie wojskowe na poligonach w ramach służby czynnej“ trafiło ok.1500 osób, w tym do Wojskowego Obozu Specjalnego – w jednostce sapersko-pontonowej, bez broni – usytuowanego w rezerwacie Kępa Panieńska w Chełmnie k/Torunia – 304 mężczyzn. [największego „obozu“]. „Skoszarowani“ mieszkali w namiotach i zmuszani byli w trudnych warunkach zimy, do kopa-nia rowów, które następnego dnia zakopywali. Obóz polowy wybudowano na wale wiślanym – poza obszarem jednostki – pilnowanym przez MSW. Formą represji były również warunki bytowe. Niedogrzane namioty, brak opieki lekarskiej, prawa do widzeń, cenzura korespondencji, bicie, dodatkowe kary więzienia.(180) Na apelach mówiono, że nie wrócą do domu, nie zobaczą rodziny. Na podstawie materiałów MSW pod nazwą archiwalną „Przedsięwzięcia mobilizacyjne resortu spraw wewnętrznych w 1982r. Operacja Lato 80. Działalność Sztabu MSW“. Na podstawie zestawienia wykonanego w Sztabie Generalnym Wojska Polskiego wiadomo, że planowano powołać 4.752 działaczy opozycji z 597 zakładów pracy.
W wojsku znalazło się też około 3 tys. Poborowych / na mocy zarządzenia nr 0232 Szefa POW z 26.10.1982r/.[…]. Karty powołania dostarczone były przez funkcj[onariuszy] MO i SB.  

5.11.82 przywieziono 320 mężczyzn  [do Chełmna]. 1/3 stanu niezdolna do ćwiczeń, kat.D i E. 20 osób bez przysięgi. Regiony: Szczecin, Koszalin, Piła, Słupsk, Gdańsk, Olsztyn, Łódź. 20 listopada zwolniono  8 osób, w tym dwóch zdemaskowanych konfidentów. Zajęcia trwają od 7.00 do 18.00 /także w niedzielę/. W pododdziałach choruje 1/3 stanu, były 3 przypadki szoku penicylinowego, gdyż antybiotyk podawano bez próby. Główny lek, to zastrzyki wzmacniające. Izba chorych i szpital wojskowy w Grudziądzu – przepełnione. Chorych po zastrzykach trzyma się w namiotach.[…]. W nocy pilnują ich uzbrojone patrole. Z namiotów usunięto wizerunki papieża i krzyżyki. Oficer polityczny VI oddziału, por.Dąbrowski powie-dział, że „goła kobieta wisząca w namiocie, a papież to, to samo“ […]. Nikt im nie mówi, kiedy wyjdą. Adres jednostki: Chełmno, JW 1636 / na podstawie „Solidarnych“ nr 2/49, Poznań/. Rawicz’82…– W dn. 5-6.11. powołano w celu odbycia „ćwiczeń“ wojskowych ok.160 działaczy „S“ z Wielkopolski na okres trzech miesięcy. Ludzie z kat.C i D, wiek 25-40 lat, zabierani ze Szpitali / kilka przypadków epilepsji, chorób serca i pląsawicy oczu/, dowożeni przez MO. Część z nich była już internowana. Tryb szkolenia taki jak dla młodych roczników, kadra zawodowa i podoficerska dowieziona z innych jednostek. Żołnierzy ze służby zasadniczej i mieszkańców miasta poinformowano, że nowe kompanie powołano z kryminalistów. Środowiska: górnicy, hutnicy, kolejarze, inteligencja techniczna, naukowcy, nauczyciele, pracownicy teatrów i wielkoprzemysłowa klasa robotnicza. Na miejscu zabrano książki i radia, zakazano Mszy św.    W dn. 24.11. znaleziono w salach urządzenia podsłuchowe, przeprowadzane są indywidualne rozmowy ostrzegawcze w z tymi, którzy głośno komentują te fakty. Wszystko to powoduje załamania psychiczne.[…]. Jedną z form protestu wobec „wojskowej dyscypliny“ jest odmawianie przyjmowania posiłków.[…] /wg „Obserwatora Wlkp“ nr 56/.(181)

***

W Czerwonym Borze…W pobliżu stacjonowały wojska radzieckie i straszono ich:- „Jak będziecie niepokorni, urządzimy wam drugi Katyń“.
Nazywano je obozami wojskowymi, choć tak na prawdę niewiele różniły się od gułagów.[…]. Pilnowali ich żołnierze, uzbrojeni w ostrą broń. Byli niedożywieni, przemarznięci i zastraszani.[…]. Takie wezwanie nie przyszło pocztą dla Adama Nowaka, wcześniej vice-przewodniczącego Komisji Zakładowej „S“, w łódzkich Zakładach im.Barlickiego, otrzymał je wieczorem z rąk funkcjonariusza w cywilu.- Powiedzieli mi, że jadę do Chełmna, wręczyli bilet i odwieźli na Dworzec Kaliski – wspomina – ostrzegli, że w pociągu są koledzy, którzy będą mnie pilnować. […] Postraszono go, że za samowolne opuszczenie obozu i niewykonywanie poleceń, grozi mu więzienie do pięciu lat, a jeśli będzie uciekał, żołnierze mają prawo do niego strzelać. Kiedy Adam Nowak odbywał „ćwiczenia wojskowe“, jego żona, przez dwa lata, nie dostawała wypłaty z jego zakładu pracy, ani kartek żywnościowych. Ich córka miała wtedy 2 lata. Po wyjściu z tych „wojskowych ćwiczeń“, niemal 3 lata, szukał pracy.

***
Adam Nowak – Mimo zimna nie wolno było namiotów okopywać ani sznurować. Wiatr hulał po łóżkach. Spałem przy wejściu i rano miałem na kocu śnieg. Na początku kazano nam spać tylko w pidżamie i pod jednym kocem. Dano nam stare mundury bez oznaczeń wojskowych. Aby się umyć, staliśmy często do kranów w tenisówkach w śniegu po kolana. Jedzenie przeważnie było z puszek – z dat wybitych na puszkach z lat 40 i 50. Nic dziwnego, że jedzenie było obrzydliwe i wielu chorowało. Zamęczano nas bez-sensownymi szkoleniami politycznymi, na których próbowano nam prostować kręgosłupy. Niektórzy oficerowie mówili nam wprost, że jesteśmy społeczeństwu niepotrzebni. Schorowanym ludziom zabrano przywiezione ze sobą lekarstwa.(182)

***
Ilu „ niepotrzebnych“, pochodziło z Łodzi i województwa łódzkiego, nie udało się ustalić. Wiadomo, że do obozu w Chełmni, trafiło 45 osób. Byli wśród nich:- Łukomski Wiesław, Zaborowski Mirosław, Jadwiszczak Czesław, Masłowski Grzegorz, Gasiński Piotr, Olszewski Andrzej, Zapart Jan, Mirosław Kornatowski i także Andrzej Niedbała, były vice-przewodniczący „Solidarności“ w łódzkim „Polanilu“.

***
Dla Jerzego Nowickiego; – wówczas pracownika naukowo-dydaktycznego na Politechnice Łódzkiej i działacza uczelnianej „Solidarności“, wezwanie przyszło w najmniej oczekiwanym momencie. Żona była w ciąży, a on jedynym żywicielem rodziny, miał problem z sercem. Kiedy tam dotarł, ze zdziwieniem zobaczył, że wśród rezerwistów było bardzo dużo ludzi niepełnosprawnych. Niektórzy byli w gorsetach. Jerzy Nowicki po wyjściu z tych „wojskowych ćwiczeń“, stracił pracę na Politechnice.

***
Inż.Mirosław Polipowski – kolejny łodzianin w Chełmnie, 6. kompania pontonowa od 10.11.1982r – 21.01.1983r. Jego dowódcą był por.Zbigniew Baranowski. Nr jednostki wojskowej -1636.]. […], dla przebywających w obozie w Chełmnie zajął się także o.Stefan Miecznikowski.(183)

Niesieniem pomocy dla przebywających na poligonie zajął się ks.Jan Kujaczyński – proboszcz z chełmińskiej fary, wraz z wikarym ks.Czesławem Rajdą. Pomocy z wysyłaniem lekarstw i odżywek.

***
Liczba internowanych w okresie funkcjonowania ośrodków odosobnienia nie była stała. Wg danych     Służby Więziennej, przedstawiała się następująco: 14 XII 1981 – 3368 osób (w tym 134 kobiety); 31 XII 1981 – 4820 (315 kobiet); 31 III 1982 – 3044 (223 kobiety); 30 VI 1982 – 2581 (194 kobiety); 15 X 1982 900 internowanych (23 kobiety). Ostatecznie Ośr.[odki] odosobnienia zostały faktycznie zlikwidowane 23 XII 1982r. (chociaż Zarządzenie nr 67/82/CZZK Ministra Sprawiedliwości znoszące ostatnie ośrodki odosobnienia datowane jest dopiero na 28 XII 1982r.). 

___________________________________________

(115) Relacja z dn. 05.10.2012r.
(116) Ibidem.
(117) Ibidem. M.N...2013r
(118) Relacja z dn.18.11.2014r.
(119) Relacja z dn.13.IV.2013r
(120)„Pożółkłe ślady nikczemności“,„Dziennik Łódzki, 18 grudnia 2004r. Mariusz Gross, Paweł Spodenkiewicz.
(121) Gabriel Meretik “Noc Generała”, str.97.
(122) Ibidem.B.G.-G...2014r.
(123) Ibidem.K. B.(2)
(124) Ibidem.B.G.-G...2014r
(125) Ibidem
(126) ur. w 1953 r. w Łodzi, absolwent Politechniki Łódzkiej. Od 78 r. współpraca ze środowiskiem korowskim w Łodzi: drukowanie "Biuletynu Informacyjnego" i pisma "Spotkania" (z W. Hemplem). Kolportaż książek i wydawnictw "drugiego obiegu", później Tygodnika "Mazowsze" w łódzkich zakładach pracy. Od sierpnia 80 współtworzy NSZZ "Solidarność" w Łodzi (szef Komisji Zakładowej "Polanilu", członek zarządu Regionu Ziemi Łodzkiej, przew. Ogólnopolskie Komisji Włókniarzy, delegat na I Zjazd "S". Internowany 13.XII.81 w Łęczycy i w Łowiczu, gdzie bierze udział w głodówce przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Uczestniczy w prelekcjach, ośrodka ojca Stefana Miecznikowskiego, przy Duszpasterstwie Środowisk Twórczych. Inwigilowany, zatrzymywany i przesłuchiwany przez SB; rewizje, odmowy paszportu (w 83 i 85 r.). Pobity w obozie dla internowanych w Kwidzyniu (wypuszczony 13.XII.82). Po wyjściu zwolniony z pracy w "Polanilu". Członek ROAD, UD i UW, były prezydent Łodzi.
(127) “Pamięć” ISBN 978-83-928737-0-9. /10.IX.2001r.
(128) Ibidem:“Pamięć”.
(129) [Dr Ekonomii. Absolwent Wydziału Handlu Zagranicznego SGPiS w Warszawie(1968). Działacz opozycji w czasie PRL. Członek Prezydium MKZ NSZZ „S“ Ziemi Łódzkiej (od X. 1980r), a następnie KKP NSZZ „S“, członek KK NSZZ „S“. Wiceprzewodniczący ZR NSZZ „S“ Ziemi Łódzkiej (od VI.1981r). Delegat na I Krajowy Zjazd Delegatów „S“,członek KK NSZZ „S“. Zatrzymany 13.XII.1981r i skazany przez sąd Wojewódzki w Łodzi na 4,5 roku pozbawienia wolności. Sąd Najwyższy podwyższył karę do 6 lat (18.III.1982r.). Więziony w ZK Hrubieszów i ZK Barczewie. Minister Pracy i Polityki Socjalnej(1991–1992), Minister-kierownik Centralnego Urzędu Planowania (1992–1993), Minister-członek Rady Ministrów (1997–2000) i Minister Rozwoju Regionalnego i Budownictwa (2000–2001), poseł na Sejm I. i III. kadencji. W latach 2002–2010, Prezydent m.Łodzi. A w kadencji 2016-2022, członek Rady Polityki Pieniężnej].
(130)„Procesy…“, str.34.
(131) Ibidem- str.165/.
(132)„Głos Robotniczy“ z dn. 21.XII.1981r, str.4.
(133) AIPN Łd, pf 86/21, t.12,k.2787.
(134) Ibidem- str.165-167.
(135) Ibidem.
(136) Ibidem.
(137) Ibidem-str.56-57.
(138) Ibidem-str.56-57./ „Procesy polityczne działaczy NSZZ “Solidarność“ w Łodzi w Okresie Stanu Wojennego“. IPN. Str.43.
(139)[Ireneusz Kuzan. Lat 31. Absolwent AWF…nauczyciel w Zespole Szkół Gimnazjalnych w Zgierzu, Przewodniczący KZ NSZZ „S“ w miejscu pracy, czł. Komitetu Założycielskiego Komisji Koordynacyjnej Pracowników Oświaty i Wychowania NSZZ „S“ w Łodzi, czł.Prezydium ZR NSZZ „S“ Ziemi Łódzkiej(1981) i Delegat na Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ „S“(wrzesień-październik1981)[…]. [w/g zachowanych dokumentów w „IPN“,TW „Bigot“, Ibidem IPN str 6].
(140)/Ibidem- IPN.str.14.
(141) Ibidem- IPN.str.69/.
(142) Głos Robotniczy Nr260,str.3, 31.XII.1981r.
(143) Ibidem -„Zapis...“.str.196-197.
(144) Ibidem- str.68.
(145) Ibidem- str.113-114.
(146) Ibidem-str.116-117.
(147)Ibidem-str.95-95.
(148) Ibidem- str.29-30.
(149) Ibidem- str.35.
(150) Ibidem- str.129-133.
(151) Gryps Andrzeja Słowika „Tygodnik Mazowsze“ Nr 85, 26.IV r.
(152) Ibidem- str.165-167.
(153) Ibidem- str.220-222.
(154) Ibidem- str.215-216/220-222.
(155) AIPN Ld Pf 13/440 t.V k.177-178. [w/g zachowanych dokumentów jako TW „ULA“- w łączności z kpt. W.Piątkowskim. Nr rej. 18035 z 20.05.1971r.]
(156) „Ksiądz Stefan Miecznikowski Jezuita i Harcerz“- Pawła Spodenkiewicza, str.124.
(157) Ibidem. Relacja z 11.02.2014r. Barbara G-G.
(158) Ibidem. Prawa człowieka... str.65.
(159) (ur.1937-zm.2007). Adwokat, współzałożyciel Związku Młodych Demokratów, działacz RWD oraz ROPCiO. Współtwórca punktu konsultacyjnego dla NSZZ „S“, przy Okręgowej Radzie Adwokackiej w Łodzi (wrzesień 1980), doradca prawny i ekspert NSZZ „S“ Ziemi Łódzkiej. Obrońca działaczy opozycji, w kilkudziesięciu procesach politycznych (m.in. J.Dłużniewskiego, K.Głogowskiego, J.Kropiwnickiego, G.Palki, A.Słowika, J.Śreniowskiego). Internowany w ZK. Łowicz (10.V. 1982r. do 4.VI.1982r), współpracownik Komitetu Helsińskiego(1984r.-1986r.), wicedziekan (1983r.-1989r.) i dziekan (1989r-1991r.) w Okręgowej Radzie Adwokackiej. Poseł na Sejm PRL (RP) z ramienia KO „S“ i PC (1989-1991. Wicemarszałek Sejmu RP (1991-1993.
(160) w/g zapisów ewidenc. zarejestr. przez „SB“ jako TW „HADRIAN“ pod nr 51827 (1985-1990) - “Procesy Polityczne Działaczy NSZZ „Solidarność“ w Łodzi, w Okresie Stanu Wojennego“, str.8 i 9, Sebastian Pilarski.
(161) Andrzej Kern, Moje procesy polityczne, „Ład“ 1989, nr 24. Por.13 grudnia 1981 roku w Łodzi...,“Dziennik Łódzki“, 13 XII 1990r.
(162) AIPN:- Andrzej Kern. Nagranie z 17.04.2007r Pawła Spodenkiewicza/ Czas: 32:37 – 55:02.
(163) Ibidem:- Czas: 1:01:41 -1:09:58.
(164) Ibidem:- Czas: 1:01:41 -1:09:58. //Czas: 1:52:24 - 1:52:32.
(165 ) Ibidem:- Czas: 1:01:41 -1:09:58.//Czas: 1:43:20 -1:46:05.
(166) Ibidem- Czas: 1:53:52 – 1:54:28.
(167) Ibidem- Czas: 2:01:08-2.:03:48.
(168) Ibidem- Czas: 2:05:57-2:07:06.
(169) Ibidem- Relacja. P.Sp...2012r.
(170) Ibidem-B.G.-G...2014r.
(171)“Procesy polityczne działaczy NSZZ “Solidarność” w Łodzi, w okresie stanu wojennego”- Sebastian Pilarski. Wstęp, XVI i XVII/.
(172)“Procesy polityczne działaczy NSZZ “Solidarność” w Łodzi w okresie stanu wojennego”- Sebastian Pilarski. Str.Wstęp, XVI i XVII/. Archiwum Archidiecezjalne w Łodzi.
(173) Przewodniczył MKZ Ziemi Łódzkiej i następnie Zarządowi Regionu NSZZ „Solidarność”. Reprezentował Związek na I Krajowym Zjeździe Delegatów w Gdańsku, gdzie został wybrany do Komisji Krajowej, a następnie do jej Prezydium. Po wprowadzeniu stanu wojennego i wezwaniu wraz z Jerzym Kropiwnickim do strajku okupacyjnego, został zatrzymany. Skazano go początkowo na karę 4,5 roku pozbawienia wolności, którą w wyniku rozprawy rewizyjnej, podwyższono do 6 lat. W trakcie osadzenia, razem z Jerzym Kropiwnickim prowadził trwającą 57 dni głodówkę. Zwolniono go w 1984 w związku z amnestią. Wyjechał na pewien czas nielegalnie poza granice kraju, prowadząc rozmowy z przedstawicielami międzynarodowych organizacji związkowych. W 1986 kierował wraz z Jerzym Kropiwnickim i Grzegorzem Palką, pracami podziemnymi strukturami Zarządu Regionu (w opozycji wobec RKW Ziemi Łódzkiej, Ryszarda Kostrzewy i Jerzego Dłużniewskiego). W 1988r. stanął na czele tajnej regionalnej komisji NSZZ „Solidarność”, pracując jako taksówkarz. W 1989r. ponownie zatrudniony w Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym w Łodzi. Od 2001 pracował jako kierowca w Ambasadzie RP w Australii, a następnie zatrudniony w Ambasadzie RP w Kanadzie.
(174) AAN, KC PZPR, Wydział Administracyjny, sygnatura 628, Informacja Ministerstwa Spraw Wewnętrznych o stosowaniu prawa w okresie stanu wojennego w celu umocnienia bezpieczeństwa i porządku publicznego oraz dyscypliny społecznej [1982], s. 5.
(175) Ibidem: sygnatura 577. Dane dotyczące stosowania ustawodawstwa związanego z wprowadzeniem, zawieszeniem i zniesieniem stanu wojennego, Wydział Administracyjny KC PZPR, sierpień 1983 r., s. 4.
(176) Ibidem -B.G-G...2014r
(177) Radca Prawny w Zarządzie Regionu „Solidarność“.
(178) Źródło:- Relacja z 18.IV.2014r.
(179) BIULETYN ŁÓDZKI Nr 8 str.2 z 31.I.1983r – redagowany przez Robotniczy Komitet Oporu NSZZ „Solidarność“ na podst. „Hutnika“ nr 41/42.
(180) Biuletyn Informacji Publicznej IPN. Komisja Ścigania Zbrodni dot.Andrzeja Niedbały z Łodzi.
(181) BIULETYN ŁÓDZKI Nr 10 str.2 z 14.II.1983r – redagowany przez Robotniczy Komitet Oporu NSZZ „Solidarność“.
(182) Ibidem.

Rozdział IV

Kryptonim: “ZACOFANY” / Teczka “UB” /1947 r./
Kryptonim: “NIEPOPRAWNY” / Teczka “SB” /LDO 43427/1980 r./

Heroizm w przeciwstawianiu się niesprawiedliwości i złu, „walka“ o należne prawa człowieka i pomoc w trudnych i wątpliwych chwilach bliźniemu. Wskazywanie właściwej alternatywy i drogi prawdy, którymi należy w życiu podążać to cechy, które przejawiał o.Stefan Miecznikowski, w swojej pracy duszpasterskiej i wychowawczej, także na niwie harcerskiej [w wieku 13 lat wstąpił do 51 Warszawskiej Drużyny im.Stefana Czarnieckiego ZHP  i po części nim pozostał do końca swojego życia, nie tracąc z tym środo-wiskiem kontaktu], jak i przełożony w Seminarium czy opiekun Duszpasterstwa Akademickiego, nie mogły być niedostrzeżone, przez aparat bezpieczeństwa publicznego, zaliczając tę nietuzinkową osobowość do „wrogiego elementu“, dla ustroju komunistycznego. W tym celu nie ograniczono się do podstawowych procedur, jak inwigilowanie czy podsłuch, ale do szerokiego spektrum działań przeniknięcia do otoczenia tego zakonnika. Lista „TW“ z grona zakonu Towarzystwa Jezusowego, uwikłana współpracą z „UB“, a później „SB“ i donoszeniem na tego zakonnika wywołuje co najmniej niesmak. Zostały wybrane jedynie nazwiska tych współbraci zakonnych, którzy więcej niż „okazjonalnie“, przekazywali swoje meldunki.

– „DYREKTOR“ – o.Władysław Jańczak SJ /m.in. Prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej (1968-1973)/-Nr rejestr. WA025253. Zaczęto: 5.XI.1962. Wydz.IV SUSW. Warszawa Pion „C“. KWMO/KSMO Warszawa /. Zdjęty z ewidencji: 13.10.1989r. Np. w arkuszu wypłat i świadczeń na rzecz TW nr.32- głównie koniaki francuskie z adnotacją, ile poszczególne marki kosztowały [ butelka, to 1/3 przeciętnego wynagrodzenia w 1982r]. /Źródło: AIPN 00399/222/.
– „FARYS“–  o.prof.Stanisław Głowa SJ – Nr rejestr.25871. Zaczęto: 26.XI.1979r. Wydz.VI. Depart. Sudiów i Analiz. Prowadzący: kpt.W.Dubielis / Zdjęty z ewidencji: 31.I.1990r/. Źródło:– Karty KO-16/-4A/-17/E-16/ Karty 0-4/68. Kartoteka odtworzeniowa B „C“ MSW.
– „ANTEUSZ“ –  o.Ludwik Piechnik. SJ / m.in. przełożony domu zakonnego/ – Nr rejestr.9400. Zaczęto: 1.10.1970r. Wydz.Studiów i Analiz WUSW Kraków. Wydz.IV. WUSW Kraków. /Zdjęty z ewidencji: 18.04.1990r/.
– „ERNEST“– o.Edmund Wirkus SJ.[m.in. Superior w Łodzi]. Nr rejestr.5436. Zaczęto: 14.04.1966r. Wydz.IV KMMO w Gdańsku/Zarejestr. 23.11.1971 przez Wydz.IV. KMMO w Łodzi. /Zdjęty z ewidencji: 14.11.1989r./ Wydz. „C“. SB KWMO/WUSW w Gdańsku. /Źródło: AIPN Ld 0255/5/7/8  t.2/10 i 0313/12/.
– „MARIAN“  o.Józef Cwenar SJ. Pozyskany: 14.05.1969r przez kpt.T.Mazurka. Nr rejestr.3964. Zaczęto: 25.09.1975r. Wydz.IV KWMO w Krośnie./ Zdjęty z ewidencji: 27.12.1983r./ Źródło:– AIPNRz 00146/1, 00178/1 i 00181/1/.
– „KAZEK“– o.Edward Stoch SJ. Nr rejestr.2421. Zaczęto: 26.10.1962 b.r. Wydz.Studiów i Analiz WUSW Kraków .Wydz.IV. /Zdjęty z ewidencji: 26.04.1990r./ Wydz. „C“. WUSW w Krakowie./Źródło:– AIPNKr 00142/.
–  „TEODOR“ – o.Feliks Morawski SJ. m.in. Kapelan szpitalny – Nr rejestr.6477. Zaczęto: 04.06.1975r. Wydz.IV. KWMO/WUSW w Piotrkowie Trybunalskim. /Zdjęty z ewidencji: 23.08.1989r. /Źródło:– AIPNLd 0258/1/2/3/.
– „TADEUSZ“ – Br.Marian Żurowski SJ. Zarejestr. 67511. już jako uczeń w Szkole Ogrodniczej w Płocku. Data werbunku: 04.03.1960r. /Zdjęty z ewidencji: 23.08.1989r./Źródło:– AIPN BU Z/001813/12/K, BU Z/001219/2, BU 001379/Z/3/K pt.2, karty EO-4-A/77 i E-16 kartoteka odtworzeniowa Biura „C“.

A poniżej, prawdopodobnie pierwszy zapis, jaki ówczesna „UB“ odnotowała w swoich meldunkach  o o.Stefanie Miecznikowskim SJ – pochodzi z 15 listopada 1946r.

– „UB“/ Nowy Sącz /1946r.  
/Źródło: – AIPN Kr 075/198/karta:23.Kraków,dnia 15.XI.46r.Do Departamentu V.Min.Bezp.Publ. Naczel-nikowi Wydz.V. w  Warszawie. RAPORT OKRESOWY. Sekcji IV. Wydź.V. za czas od 1.XI. do 15.XI.46r./   
I Stan Sekcji:  Pracowników ogółem 4.[…]
II Sieć agenturalno-informacyjna: […]
W okresie sprawozdawczym zwerbowano dwa konspiracyjne mieszkania[…]
karta:24
[…] 4. P.U.B.P w Nowym Sączu założył sprawę formularz, na ks.Miecznikowskiego Stefana, który pełni funkcje z-cy hufca Z.H.P. w Nowym Sączu. Ks.Miecznikowski pełniąc funkcje z-cy hufcowego Z.H.P. nastawia harcerzy wrogo do Rządu Jedności Narodowej, oraz wrogo do Związku Radzieckiego. Na ognisku 22 lipca 1946r. w Rytrze, wystawiona była pod jego kierownictwem sztuka sceniczna, antysemicka.
                                                                 [Brak c.d. / brak podpisu]

– „UB“/ krypt. „SZUBRAWCY“/ Nowy Sącz/1947r.
/Źródło: – AIPN Kr 075/198/karta:98/Kler świecki krypt.“SZUBRAWCY“. Szef P.U.B.P. w Nowym Sączu. Ściśle Tajne. Ppor………. [podpis nieczytelny] dnia 24.II.1947r/.

SPIS OSÓB PRZECHODZĄCYCH  PRZEZ|OPRACOWANIE.                 
1.   ks.Miecznikowski Stefan Antoni,  Zast.Hufcowego Z.H.P.      Kr. „ZACOFANY“
2.   ks.Solak Jan,  Dziekan z Grybowa.                                       Kr. „JUDASZ“
3.   ks.Cierniak Andrzej prałat, czł. Miejskiej Rady Narodowej     Kr .“BURY“
4.  ks.Gliński Antoni prob.parafii Barcice, gm.Stary Cza.(Stary Sącz)  Kr.“LUFER“.
                                                                        St.Ref. P.U.B.P w Nowym Sączu [ brak podpisu]
/Źródło: – AIPN Ld_537_104/karta:16/

9.X.1948


– TW „Ramzes“/Lublin/1954r.  
/ Źródło:- Wyciąg z doniesienia inf. „Ramzes“, z dn.5.V.1954/ AIPN BU_0_1283_1106/karta:16/ Lublin/. Podpisał: Kier.Sek.III Wydz.XI.W.U.B.P w Lublinie- Janiszek M. p.por./.  
– Meldunek dot. m.in.: – … ks.Miecznikowski jest drugim duszpasterzem i ks.Mirewicz [też Jezuita], urzędują około godz.13,00 codziennie w kancelarii duszpasterstwa w gmachu K.U.L. obok kaplicy.
– TW „P“/Lublin/1956r.                                                                                   
/Źródło: – Wyciąg z agenturalnego doniesienia źródła „P“.z dn.4.IX.1956/ AIPN BU_0_1283_1106/ karta:86 /Lublin/. Za zgodność:
t.Of.Op.Sek.II.Wydz.VI/podpis nieczytelny/.[…].
 Piekarski spotkał się na stacji w Lublinie z ks.Miecznikowskim. Opowiadając Piekarskiemu, Miecznikowski wyraził się, że obecnie bardzo zżył się ze
swoją pracą wśród młodzieży K.U.L-u.
Gro pracy spadło na jego barki ponieważ ks.Mirewicz mniej się udziela. Miecznikowski powiedział że teoretycznie kazaniami dzieli się na pół. Jednak Mirewicz często wyjeżdża i stąd, gro pracy spada na barki Miecznikowskiego.    

***
/Źródło: AIPN Ld_537_104/karta:17/.


– TW „Wojciechowski“/Lublin/1957r.
/Źródło: Wyciąg z notatki z odbytego spotkania z inf.ps. „Wojciechowski“ w dn.6.IX.1957r/ AIPN BU_0_1283_1106/karta:80/ Lublin. Za zgodność: Sierpień M.[arian] Kpt.[kapitan].
[…], Zakonnicy jezuici z KUL-u O.Mirewicz i O.Miecznikowski w/g pogłosek krążących wśród księży studentów KUL-u z placówki duszpasterskiej tej uczelni mają być przeniesieni, a na ich miejsce mają być przydzieleni inni. Z jakich przyczyn zmiana ta ma nastąpić i gdzie zostaną przeniesieni oraz kto na ich miejsce przyjdzie, na razie nie wiadomo.
– TW „Herman“/Lublin/1957r.
/Źródło: Wyciąg z doniesienie inf. ps.„Herman“ w dniu 12.IX.57r/ AIPN BU_0_1283_1106/karta:91/
Lublin. Za zgodność : Sierpień Marian kpt./.
[…]. Duszpasterze KUL-u tj.ks.Mirewicz i Miecznikowski prawdopodobnie wyjechali i opuścili swą
placówkę, gdyż w ostatnią niedzielę w kaplicy KUL mszę odprawiał nowy już duszpasterz […].

/Źródło: – AIPN Ld_537_104/karta:32/

„SB“/Łódź/1966r.
/Źródło:- AIPN BU_0_1283_1120 /karta:410 „ZATWIERDZAM“. Łódź, dnia 4.lutego 1966r.
NACZELNIK WYDZIAŁU IV. T A J N E SP. ZNACZ. 7.II. 1966R / podpis nieczytelny/ Egz. Nr 1…/.

PLAN PRACY OPERACYJNEJ
dot. zagadnienia zakonu jezuitów w 1966 roku na terenie m. Łodzi


W zagadnieniu dot. rozpracowania zakonu Jezuitów w 1966 roku na terenie m.Łodzi, główne nasze zainteresowanie będzie skierowane na ich rezydencję przy ul.Sienkiewicza 60 /parafia p.w. Najśw. Imienia Jezus/, będącą tradycyjnie ośrodkiem duszpasterstwa akademickiego i stanowo – zawodowego /inteligencja, kierowcy/. Natomiast druga rezydencja przy ul.Curie Skłodowskiej Nr 22 /kościół filialny/ nie ma takiego znaczenia ze względu na mały skład osobowy / 4 ojców, 1 brat – w tym 1 emeryt/ i niekorzystne dla niej położenie/ w pobliżu świeckiej parafii Matki Bożej Zwycięskiej. Zakonnicy z tej placówki zajmują się tylko katechizacją dziatwy i młodzieży szkolnej z tym jednak, że punkt katechetyczny skupia niewielką ilość uczących się religii.[…]

Wykona por.Bartczak do dn…15.II….. 1968r
– TW„KAZEK“/Kraków/1967r. – o.Edward S. SJ.
/Źródło:- AIPN Kr.009/7586 t.4/karta: 231. Źródło:– „Kazek“.Przyjął:Chojnacki.  Dnia : 4.05.67 r. godz. 10-11.15.Godz. 10-11.30. Na MK.“Konwalia“. Kraków, dnia 5 maja 1967 r.  T a j n e. Egz.nr 1/.

NOTATKA  SŁUŻBOWA Nr VI/8/8
z odbytego spotkania z t.w. ps. „Kazek“.

Melduję, że w czasie rozmowy na spotkaniu  t.w. przekazał mi następujące informacje.
[…].
W dniu 22.04.67 r. w Kolegium na Kopernika 26 odbył się zjazd wychowawców odpowiedzialnych za młodzież zakonną, w zakonie jezuitów.[…].
karta: 232
[…]. Wiadomości jakie przeniknęły do mnie są następujące: zjazd był poświęcony problematyce wychowawczej. Rozważano podobnie ew. połączenie nowicjatu: starowiejskiego i kaliskiego.
            W tajnym głosowaniu wybrano 3-ch delegatów na podobną konferencję, która w końcu tego roku ma się odbyć w Rzymie dla całego towarzystwa. Wybór padł na o.Jańczaka, o.Miecznikowskiego/prow.[prowincja], warszawska/ oraz o.Binkowskiego /z prow.krakowskiej/. Na ostatniego było głosowanie dodatkowe i uzupełniające, gdyż nie uzyskał on większości wymaganej.[…].
karta: 235
[…].  T.w. przybył na spotkanie  w cywilu, z małym opóźnieniem z powodu braku taksówki. W czasie spotkania zorganizowałem poczęstunek t.w. kawą. Poza tym przekazałem nr 16 mieś.(ięcznika) „K.(ino)“, o co mnie prosił. Ja też zapewniłem, że poczynię kroki dla załatwienia numerów archiwalnych i prenumeraty bieżącej. Rozliczenie z tych wydatków dokonałem odrębnie.
       Kolejne spotkanie w dniu 18.05.67r. na LK o godz. 10-tej.
Wyk. w 2 egz.                            Za zgodność:
1 egz. t. pracy                            /kpt. J.Chojnacki/
2 egz. W.I.Dep.IV.MSW             [podpis nieczytelny]

– „SB“/Warszawa/1967r.   
/Źródło: – AIPN BU_0_1283_1106 /karta:147 MINISTERSTWO SPRAW WEWNĘTRZNYCH. BIURO „C“.L.dz.OMA – 27337/67/W. Warszawa, dnia 21. 6. 1967r. T A J N E. NACZELNIK WYDZIAŁU I DEPARTAMENTU IV/.
Zawiadamiam, że ob.Miecznikowski Stefan s.Stefana, urodz. 25.8.1921r zam.[…] zatrudniony: – Wydz. Teolog. ks.ks. Jezuitów „Bobolanum“ W-wa, profesor, ubiega się o wyjazd pryw(atny)  do Włoch w dniu 16.8.67r.  na okres 3 ½ m-ca  do ks.Antoniego Mruk, Rzym […].
W Biurze „C“ figuruje do Nr…(brak)…. Z dnia (brak)….
Zawiad. W IV KMMO W-wa
Ewentualne zastrzeżenia należy przesłać do Biura „C“, w ciągu 5 dni od daty otrzymania niniejszego
pisma z godnie z ust.2 i 3 §16 Zarządzenia nr 01 66 MSW. Brak odpowiedzi w tym terminie zgodnie z
§19 w/w Zarządzenia Biuro „C“, traktować będzie jako zgodę na wyjazd.
Oprac.  BZ….. w 1 egz.                Stempel: Departament IV MSW                 Naczelnik Wydziału I
Wzór EO-43 A/66                                      Wpłynęło…26.VI.1967r.          (-)ppłk. K.PIOTROWSKI
                                                                                10933/w    KG                  [podpis nieczytelny]

/Źródło: – AIPN BU_0_1283_1106 /karta:148/                                                     TAJNE. Egz. Nr 2./
Stempel:]MINISTERSTWO SPRAW WEWNĘTRZNYCH. L.dz. UC-01093/W/67. „Zatwierdzam“:
Dyrektor Departamentu IV Stanisław MORAWSKI – płk /podpis nieczytelny/ W-wa, dnia 5. 07. 1967r.

P O S T A N O W I E N I E
o zastrzeżeniu wyjazdu za granice.

Na podstawie art.4 ust.2 pkt. 4  Ustawy z dnia 17 czerwca 1959r o paszportach wnoszę o zastrzeżenie wyjazdu do…wszystkie kraje europejskie i pozaeuropejskie w okresie od…28.06.1967  do 31.12.1968r
             (ob). Miecznikowski Stefan  s.Stefana
            (data i miejsce urodzenia): […].1921r
            (miejsce zamieszkania): Klasztor OO Jezuitów  W-wa  ul.Rakowiecka 61
            (miejsce pracy, zawód, stanowisko) Profesor Fakultetu Teologicznego WSD W-wa
Uzasadnienie:
/podaj w sposób zwięzły zarzuty stanowiące podstawę zastrzeżenia/:- Z uwagi na wrogą działalność zgromadzenia OO Jezuitów.
Motywacja:  Wyjazd niewskazany ze względu na interes państwa.

/podpis wnioskującego/. E.Konopka                    
[Data, pieczęć, podpis Nacz. Wydz./(równorzędn.)
Stempel: Z-ca Naczelnika Wydz.I
Wzór EO-42/66                    Departamentu IV MSW
 [podpis nieczytelny]

***
– Wydział d/s Wyznań P.R.N.m./Łódź/1968r.
/Źródło: – ARCHIWUM AKT NOWYCH ul.Hankiewicza. Warszawa. Stempel: PREZYDIUM RADY
NARODOWEJ m.Łodzi. Wydział do Spraw Wyznań ul.Piotrkowska 104, tel. 221-30. Urząd do Spraw Wyznań. Warszawa. Aleje Ujazdowskie 5. Wz.21-92/2/69./
[Stempel:] URZĄD DO SPRAW WYZNAŃ. Meldunek z dn.4.III.1968r./.
[…]. Parafia Najśw. im.Jezus przy ul.Sienkiewicza 60 tradycyjnie od wielu już lat odgrywa znaczną rolę w pracy duszpasterskiej wśród młodzieży studenckiej i inteligencji. Dlatego używa nadal nazwy kościoła akademickiego.[…]. Obecnie duszpasterstwem akademickim OO Jezuitów w Łodzi kierują ks.Stefan Miecznikowski i ks.Wacław Niedźwiadek […].
 O.Stefan Miecznikowski [podkreślenie] – wspólnie z ks.Wacławem Niedźwiadkiem kieruje duszpasterstwem akademickim w Łodzi. Cechuje go duża aktywność, usiłuje podnieść na wyższy poziom oddziały-wanie na młodzież akademicką. Jest niezłym organizatorem. Zaangażowany w działalność Referatu    Duszpasterstwa Kurii Biskupiej. Umiarkowany w kontaktach z władzami państwowymi. Unika dyskusji politycznych. Pragnie nawiązać szerokie kontakty z inteligencją. Mimo dużych wysiłków o. S.Miecznikowskiego,  efekty jego działalności są w ocenie władz kościelnych niezadawalające.
[ Stempel:] Kierownik Wydziału mgr Zygmunt Skwira – podpis nieczytelny]

[…]. Jezuici ks.Wirkus i ks.Miecznikowski, nie mogą pogodzić się z brutalnym traktowaniem studentów przez MO, zwłaszcza, że miało to miejsce na dziedzińcu UW (Uniwersytetu Warszawskiego), a jak wiadomo, uczelnie korzystają w tym zakresie z szerokiej anatomii[autonomii]. Sprawa ta budzi też największe rozgoryczenie wśród studentów łódzkich. Interwencja władz porządkowych wymaga zdecydowanego potępienia. Do braku wolności słowa i zgromadzeń, doszedł jeszcze brak poszanowania godności ludzkiej i nietykalności cielesnej. Wśród młodzieży akademickiej, jak wynika to z rozmów ze studentami, panuje tendencja do zdecydowanego domagania się realizacji ich postulatów.

– „SB“/Łódź/1969r.
/Źródło: – Meldunek z dn.26.03.1969r/ Źródło: AIPN Ld_0_105_2/karta:298/
[Stempel z godłem:] KOMENDA MIEJSKA MILICJI OBYWATELSKIEJ w ŁODZI 17 l.DZ.aB-095/70/ TAJNE. Egz.1/Adresat: PRZEWODNICZĄCY PREZYDIUM RADY NARODOWEJ m.Łodzi tow.mgr.E.Kaźmierczak./.

– W załączeniu przesyłam informację z dnia 25.03.1969r. dot. rekolekcji głoszonych w parafii Przemienienia Pańskiego, przez jezuitę ks.Stefana Miecznikowskiego. Jednocześnie informuję, że uzgodniono z tow.Jabłczyńskim konieczne czynności profilaktyczne. 
W związku z tym, uprzejmie proszę o wydanie polecenia przeprowadzenia przez Wydział d/s Wyznań Prezydium Rady Narodowej m.Łodzi rozmowy ostrzegawczej z superiorem OO. Jezuitów o.Stefanem Dzierżkiem.
Podpisał: ppłk H.Tomaszewski, Z-ca Komendanta Miejskiego M.O.
d/s  Sł. Bezpieczeństwa w Łodzi.

karta: 299.
INFORMACJA: – W parafii Przemienienia Pańskiego przy ul.Rzgowskiej nr 88 odbywają się w dniach 22-25 bm. rekolekcje wielkopostne dla młodzieży akademickiej, prowadzone przez jezuitę ks.Stefana Miecznikowskiego.
W dniu 23 bm. nauka rozpoczęła się o godzinie 20,15 nabożeństwem, podczas którego, kilkanaście osób obojga płci przystąpiło do spowiedzi i komunii.  
Po zakończeniu nabożeństwa rekolekcjonista ks.Miecznikowski wygłosił 45-minutową naukę na temat sumienia ludzkiego i moralności. Prelekcję rozpoczął od przypomnienia słuchaczom książki Jerzego Andrzejewskiego pt.“Ciemności kryją ziemię“. Treścią tej powieści są dzieje młodego człowieka, który współpracował z hiszpańską inkwizycją. Współpraca ta wyzbyła go własnego, ludzkiego sumienia, ale zrozumiał swój błąd i w wyniku przemyślenia swojej postawy moralnej stał się następnie jednym z najbardziej zaciętych jej przeciwników. Sumienia ludzkie nie tylko łamała godna potępienia inkwizycja, ale także rewolucja. W tym momencie rekolecjonista posłużył się przykładem, że w czasach stalinowskich wielu dobrych katolików i Polaków było bezpodstawnie więzionych lub w inny sposób represjonowanych.
Chciano w ten sposób ich złamać i pozbawić sumienia. Po październiku wielu tych ludzi zostało zrehabilitowanych, ale nikt im już nie wróci straconych dni wolności i zdrowia. Jednakże – stwierdził ks.Miecznikowski – zejdźmy z płaszczyzny politycznej. Przykładem braku lub zaniku sumienia jest etyka ludzka, postępowanie człowieka. Jako przykłady podał etykę lekarzy, którzy mordują dzieci w łonie matek, co jest zbrodnią wobec człowieka, etykę dziennikarzy, którzy wbrew sumienia[u] piszą nieprawdę, etykę nauczycieli, którzy uczą dzieci nie historii ojczystej, ale spreparowanych faktów, a na koniec w sposób żartobliwy wymienił etykę narzeczonych, którzy usiłują oszukiwać i nadużywać zaufania swoich dziewczyn. Następnie podał przykłady

karta:300 
przestrzegania, wbrew niebezpieczeństwom, głosu sumienia, wymieniając pisarkę Marię Dąbrowską, która była dzieckiem społeczeństwa pozyw[t]ywistycznego obojętnego na sprawy religijne, jednak u schyłku życia poglądy jej znalazły się tuż obok światopoglądu katolickiego. Wyrazem tego jest fakt, że w testamencie życzyła sobie pochowania na cmentarzu katolickim. Dalej powołał się na Zofię Kossak, która parę lat temu odmówiła przyjęcia przyznanej jej państwowej nagrody literackiej, protestując w ten sposób przeciwko haniebnym praktykom z obrazem MB Częstochowskiej. Wymienił dalej posłów koła „Znak“, którzy po wypadkach marcowych mieli odwagę zaprotestować przeciwko szykanowaniu młodzieży. Mówiąc o sumieniu i moralnej odpowiedzialności człowieka ciągle cytował takich pisarzy jak Albert Camus, Franz Kafka, Fryderyk Dűrrenmatt, zaznaczając, że problematyka ta jest czołowym problemem ich dzieł.
Na zakończenie rekolekcjonista stwierdził, że obecnie istnieje moralne zagrożenie całych społeczeństw, nie tylko polskiego. Za poprawę tego stanu rzeczy ponosi odpowiedzialność inteligencja, która jednak jest zastraszona, boi się jasno i odważnie podnosić te problemy. Porównał ją do Nikodema, który przy-chodząc do Chrystusa zasłaniał się ciemnością nocy. W ten sam sposób inteligencja osłania się przed moralnymi problemami epoki. W rekolekcjach uczestniczyło ponad 200 osób, [w] większości studenci i młodzież starszych klas szkół średnich./ Opracowano w Sł.Bezpieczeństwa KMMO w  Łodzi / 2 egz./

***
/Źródło:- Meldunek z dn.09.X.1969r/ Źródło: z doniesienia t.w.ps.“Ernest“ z dnia 09.X.1969/. AIPN BU_0_1283_1120/karta:98/Łódź/ Tajne. Przyjął BARTCZAK. Miejsce: rozm(owa) Klasztorna./karta:99/.
– OO jezuici z parafii p.w. Najśw.Imienia Jezus przy ul. Sienkiewicza 60 borykają się z trudnościami finansowymi jak i na odcinku działalności duszpasterskiej. Parafia ich w porównaniu z innymi jest mała, a ponadto po rozbiórce jednej strony ulicy Głównej, stała się jeszcze mniejsza. Duszpasterstwo akademickie – kiedyś żywe i ilościowo duże – od [przekreślono] obecnie jest nieliczne. Pomimo wysiłków energicznego i zdolnego duszpasterza ks.Stefana Miecznikowskiego i pomocy finansowej ze strony kurii, nie rozwija się jak należy. Ks.Miecznikowski skupia wokół siebie około 100 dziewcząt i chłopców głównie z ostatnich klas licealnych i pierwszych lat studiów. Ks.Kazimierz Kraśniewski, mając do pomocy ks.Tadeusza Pawlickiego /w tym roku przybył z Bydgoszczy/ i ks.Bogusława Dzięglewskiego, jest odpowiedzialny za katechizację dziatwy i młodzieży szkolnej. Ks.Kazimierz Barczyński tylko od czasu do czasu przebywa na miejscu i pracuje w kościele. Ks.ks. Gądek i Lasoń są emerytami i poza spowiada-niem, niczym innym się nie zajmują ze względu na wiek i stan zdrowia.[…].
Podał: „Ernest“

karta:100
/Uwagi:/ W rozmowie telefonicznej /podczas umawiania spotkania/ t.w.ps. „Ernest“ oświadczył dosłownie – „myślałem, że pan o mnie zapomniał. Pan nie ma przecież ze mnie żadnego pożytku“. Na moją propozycję odbycia spotkania przystał jednak bez sprzeciwu, a co najważniejsze, chętnie udzielił odpowiedzi na zapytania o aktualną sytuację w rezydencji przy ul.Sienkiewicza 60. Współpraca z nim jeżeli chodzi o spotkania przebiega zadawalająco, natomiast treść jego relacji wymaga pogłębienia na kolejnych spotkaniach.
   Na spotkaniu wręczyłem tajnemu współpracownikowi upominek w postaci pióra wiecznego produkcji chińskiej „Hero“100, wartości 360 zł.[…].                   Podpisał: Inspektor Wydz.IV.kpt. F.Bartczak

– TW „Dyrektor“/Warszawa/1970r.- o.Władysław J. SJ.
/Źródło:- AIPN BU_01283_1121/karta:456/ DEPARTAMENT IV ZAKONY MĘSKIE JEZUICI. Materiały wyłączone ze sprawy obiektowej „Bystrzy“. Tajne/egz.Nr 2./.
NOTATKA SŁUŻBOWA Z KONTAKTEM SŁUŻBOWYM ps. „Dyrektor“:
– W dniu 2.X.1970r o godz.10,30 odbyłem kolejne spotkanie z kontaktem służbowym ps. „Dyrektor“, na którym były omawiane następujące sprawy:
1. Powiedziałem „Dyrektorowi“, że naszym zdaniem, jednym z najważniejszych, najdelikatniejszych, księży – lojalnie sposobionych do władz, roztropnych, umiejących łączyć swoją działalność duszpasterską z interesami społecznymi i państwowymi, bez zadrażnienia stosunków i uciekania się do nielegalnych form – jest duszpasterstwo akademickie. Tak się jakoś dziwnie składa, że na ten najważniejszy odcinek stawia się często księży najmniej odpowiedzialnych, którzy przynoszą szkodę zarówno władzom państwowym, jak i sobie, zakonowi  i kościołowi. Ostatnimi przykładami tego są tacy jezuici pracujący z młodzieżą, jak: O.[Hubert] Czuma z Lublina, [Bronisław]Sroka, [Zygmunt]Nowicki, Miecznikowski z Łodzi i inni, którzy w mniejszym lub większym stopniu byli powiązani z nielegalną organizacją polityczną i wykorzystywali swoje kontakty z młodzieżą do antypaństwowej działalności. Jeżeli zakon jezuitów chce uniknąć w przyszłości kłopotów, przełożeni zakonu powinni dokonać weryfikacji duszpasterzy akademickich i tych, którzy nie dorośli do pracy na tym odcinku – odsunąć i zastąpić innymi, nadający-mi się do tej pracy oraz bardziej wnikliwie kontrolować pracę na tym odcinku, by wyeliminować formy nielegalne, a nawet atmosferę nielegalności, która jest bazą do powstawania nielegalnych związków i podejmowania antypaństwowej działalności[…]. Nie stawiając jeszcze konkretnych żądań, które będą prawdopodobnie postawione przez nas w odpowiednim czasie, przedstawiłem „Dyrektorowi“ własną su-gestię, że moim zdaniem najwłaściwszym byłoby przeniesienie wymienionych do innych placówek i przekwalifikowania ich na inny odcinek pracy, żeby więcej z młodzieżą nie mieli do czynienia.

karta:459 
[…]. Nawiązując do telefonicznej prośby „Dyrektora“ w sprawie pomocy w wyjeździe do Włoch o.Miecznikowskiego z Łodzi, który otrzymał negatywną decyzję – powiedziałem, że niestety Miecznikowski, nie otrzyma zezwolenia na wyjazd, nie ma co się odwoływać, bo negatywne stanowisko w tej sprawie jest ostateczne. „Dyrektor“ żałował, bo na wyjeździe Miecznikowskiego bardzo mu zależało. Pytał o powód negatywnego stanowiska władz w sprawie wyjazdu Miecznikowskiego. Odpowiedziałem, że są do niego zastrzeżenia dot. powiązań ze sprawą, w której został aresztowany o.Czuma, ale bliżej nie jestem zorientowany. Na marginesie tego zapytałem, gdzie właściwie Miecznikowski jest obecnie, bo podobno w Łodzi go nie było i krążyła plotka, że się ukrywa przed władzami. „Dyrektor“ odparł, że on też o tym słyszał, ale Miecznikowski był wtedy gdzieś na rekolekcjach, po czym wrócił do Łodzi […].
Na spotkaniu tym „Dyrektor“ wysunął propozycję abyśmy się wybrali na obiad do jakiejś restauracji, bo ja go ciągle częstuję na naszych spotkaniach, więc i on by chciał się zrewanżować i postawić mi obiad. Chciał nawet żebyśmy od razu ustalili, kiedy i gdzie takie spotkanie by można było zorganizować, bo później gdy się rozpocznie wizytacja będzie dużo przebywał w terenie. Uważam, że takie spotkanie w restauracji i fundowanie mi obiadu przez „Dyrektora“ jest niepotrzebne, ale nie chcąc go zrażać powie-działem, że na razie mam mało czasu, może kiedyś w przyszłości coś takiego zorganizujemy. […].
W drobniejszych sprawach będziemy się porozumiewali drogą telefoniczną […].
Z-ca Naczelnika Wydziału IV./-/ S o b o l  Jan  – mjr/ Odbito w 2-ch egz.+ wyciąg. Egz. Nr.1 – teczka „Dyrektora“. Egz. Nr.2 – Wydz.I Dep.IV. Wyciąg – kpt.Sternik.

– „SB”.Kryp. „Bystry”.6.10.1970r.
/Źródło:tw. „Tadeusz”            /Dopisek ołówkiem: Wydz. IV Poznań/
przyjął: kpt. St. KAMIŃSKI     
dnia: 6.10.1970r.                               T A J N E
w L.K. „MARCIN”

D O N I E S I E N I E
[…]
                                                                                  – 3 –     
[…] karta:491
W Kaliszu są już rzeczy ojca MIECZNIKOWSKIEGO, na którego miejsce ma iść do Łodzi O.CHABIELSKI z Bydgoszczy. Ponieważ w Łodzi jest brak miejsc więc O.MIECZNIKOWSKI opuścił już swój pokój. Ojciec [Józef] FIGIEL w sobotę rano /3.10.br/ pojechał tym dużym samochodem do Łodzi po te rzeczy. Z nim miał jechać jeszcze brat WITOŃ, ale nie pojechał, bo był zajęty. O.MIECZNIKOWSKI składał papiery na wyjazd do Rzymu i mu odmówiono, ale  O.Prowincjał  będzie xxxxxxx interweniował jeszcze w tej sprawie i jak otrzyma paszport to przyjedzie do Kalisza po powrocie z Rzymu. Jak przewiduje się, byłoby to 1 stycznia 71 roku. Jeśli nie otrzyma paszportu, co jest bardzo możliwe, gdyż władze mają w stosunku do niego bardzo duże zastrzeżenia, bo on z tą młodzieżą w Łodzi też konspiracyjnie pracował, to przyszedł by do Kalisza wcześniej, może już pod koniec października.[…].
Za zgodność [podpis nieczytelny]

– „SB“/Łódź/1970r.          
/Źródło: AIPN Ld_0_122_503/karta:153 „Z a t w i e r d z a m“. I  Z-ca Komendanta Miejskiego MO d/s Sł.Bezpieczeństwa w Łodzi płk. H.BILSKI.  Łódź, dnia 22 października 1970r. T a j n e. Egz.nr 1/.

P l a n
czynności operacyjno-śledczych w sprawie krypt. „Omega“       

W wyniku prowadzonego śledztwa oraz ustaleń operacyjnych uzyskano dalsze materiały, z których wynika, że niżej wymienione osoby działały w nielegalnym związku „Ruch“ bądź też były zorientowane o jego istnieniu.

Omówiene materiałów oraz planowane czynności operacyjne i śledcze.[…].

karta:158
[…]. Od wiosny 1968r J[adwiga] Twarkowska w swoim mieszkaniu w Łodzi przy ul.Wschodniej 41 miała maszynę do pisania, którą otrzymała od ks.Miecznikowskiego z duszpasterstwa łódzkiego. Na maszynie tej J.Twarkowska przepisywała ogłoszenia i artykuły dla ks.Miecznikowskiego.[…]. Maszynę [Barbara] Muszkiet, brała od J.Twarkowskiej około 4 razy i zanosiła do niej ona lub M[arek] Niesiołowski. O tym, że maszyny może korzystać B.Muszkiet powiedział J.Twarkowskiej, ks.Miecznikowski. Każdorazowo B.Muszkiet trzymała u siebie maszynę przez dwa-trzy tygodnie. W celu przepisywania dla duszpasterstwa J.Twarkowska otrzymywała od ks.Miecznikowskiego papier do pisania. Wg twierdzenia J.Twarkowskiej przedmiotowa maszyna stanowiła prawdopodobnie prywatną własność ks.Miecznikowskiego.

W związku z tym planuje się:
1/ odnośnie B.Muszkiet
– przesłuchać w charakterze świadka z uwzględnieniem uzyskania maszyny do pisania lub wzorów pisma do indentyfikacji z materiałami „Ruch“,
– rozważyć możliwość wykorzystania jej operacyjnie do duszpasterstwa akademickiego.
 Wykonają: kpt.T.Woźniak
ppor.J.Karpacz,  do 5.XI.1970r

2/ Odnośnie ks.St.Miecznikowskiego
– w porozumieniu ze Sł.Bezpieczeństwa w Kaliszu oraz tut, Wydziałem IV-tym rozpoznać jego osobowość.
Wykona: kpt. Z.Klonowski w terminie do 5.XI.1970r
– przesłuchać w charakterze świadka przez delegowanego inspektora śledczego do Kalisza.
 Wykona: kpt.A.Mrowiński w terminie do 15.XI.1970r

***
/Źródło: BU_01283_1123 cz.2 karta 58/
Kalisz                                                                  11.01.71                                                               13,45
ppor. Jerzy Karpacz                                                                                                     Kom.Miejskiej
[ odręczna adnotacja,                                                                                            sam protokółowałem
 podpis nieczytelna]                                  Stefan Miecznikowski
                                                                05.08.1921 w Warszawie

Kalisz. ul.3 Stycznia nr 2                                                                           Stefan i Leokadia z d.Prusak          polskie                                                                                                         polska
wyższe teolog.                                                                                                       Duchowny
Nowicjat Prowincji Wielkopolskiej O.Jezuitów
WS 8558009                                                          nie karany                                    KMMO w Kaliszu

    W okresie od października 1967r                                                                                Miecznikowski
[…]                                                                                                                                       

karta:59                                                                       – 2 –
do lipca 1970r byłem Duszpasterzem Akademickim w Łodzi /kościół oo Jezuitów ul.Sienkiewicza 60/. W tym czasie z działalności duszpasterskiej korzystało ok.120 osób. W tym miejscu okazano świadkowi album rozpoznawczy nr 2 do sprawy nr II Ds-29/70. Świadek, po przejrzeniu zamieszczonych w nim zdjęć zeznał: Na zdjęciu Nr 1 rozpoznaję Wojciecha Majdę, na zdjęciu nr 17 rozpoznaję Marka Niesiołowskiego, na zdjęciu nr 27 rozpoznaję Boguckiego Tadeusza, a na 35 ks.Władysława Siwka. Na zdjęciu nr 16 rozpoznaję Ewę Niesiołowską, na zdjęciu 69 rozpoznaję Krystynę Decorda [ De Corde], a na 99 Jażdżewską Marię, zaś na zdjęciu nr 123 Barbarę Muszkiet. Wymienione osoby uczestniczyły w działalności Duszpasterstwa, poza ks.[Teofilem]Boguckim, który był przed laty duszpasterzem akademickim w Łodzi/ i Siwkiem, Jażdżewską oraz Barbarą Muszkiet, które nie uczestniczyły w działalności duszpasterskiej. Krystyna De Corde od około półtora roku nie brała udziału w działalności duszpasterstwa. Innych osób zamieszczonych w okazanym mi albumie nie rozpoznaję. Jedną z form działalności duszpasterstwa jest uczestnictwo /a nie organizowanie/ w wakacyjnych grupach młodzieżowych. W skład tych grup wchodzą zarówno uczestnicy Duszpasterstwa, jak też osoby z zewnątrz. Zdecydowanie zaprzeczam abym kiedykolwiek organizował takie grupy. Natomiast bywały wypadki kiedy pomagałem w organizowaniu wyjazdów wakacyjnych młodzieży, następnie odwiedzałem ją przez kilka dni. Pomoc moja w organizowaniu przedmiotowych wyjazdów wakacyjnych przybierała różną formę, a to: wypożyczanie sprzętu /namioty, materace, koce/, dofinansowanie, etc./          J.Karpacz                                                                                                              Miecznikowski
[brak podpisu]                                                                                                       [ brak podpisu]
                                                                                     – 3 –

karta:60
Wyjazdy te organizowane były w okresie wakacyjnym / przerwy semestralne zimowe i letnie/. Jeżdżono głównie w pasmo górskie /np Bieszczady, Tatry, itp./ W czasie moich odwiedzin wymienionych grup wakacyjnych prowadziłem kontakty duszpasterskie. Nie chciałem zrywać więzi z tymi ludźmi  w czasie ich pobytu poza Łodzią. Odprawiałem również nabożeństwa  dla nich /mszę św./, połączoną z kazaniem. Odbywały się one w kaplicach przystosowanych do odprawiania nabożeństw w kościołach i na wolnym powietrzu. Odmawiam odpowiedzi na pytanie czy posiadałem lub xxxxx lub starałem się o posiadanie zezwolenia na odprawianie  nabożeństw na wolnym powietrzu. Korzystam w tym wypadku z prawa przysługującego mi z tytułu art. 165 kpk.[ podkreślenie odręczne]. Frekwencja na tych obozach była różna. W tej chwili nie przypominam sobie jakie one były wielkie. Pragnę również zaznaczyć, że nie uczestniczyłem we wszystkich wyjazdach wakacyjnych młodzieży, a tylko w niektórych w zależności od moich możliwości czasowych. Wtedy mój pobyt na nich nie przekraczał kilku dni. Zaznaczam, że w czasie moje-go pobytu przy grupach wakacyjnych, unikałem wszystkich akcji o charakterze antyspołecznym czy anty-państwowym. Była to działalność czysto duszpasterska. To samo pragnę stwierdzić podczas podczas całej mojej działalności duszpasterskiej. Na tym protokół o godz.16,00 zakończono i po odczytaniu przez świadka, jako zgodny z jego zeznaniami podpisano:
         Przesłuchał:                                                                                                                      Wyjaśnił:
        ppor.J.Karpacz  [brak podpisu]                                                     Miecznikowski   [brak podpisu]

– TW „TADEUSZ“/Kalisz/1971r.- Br. Marian Ż. SJ.
/Źródło:- AIPN BU_1283_1121 cz.3 / karta:46/ MATERIAŁY OPERACYJNE do spr. Nr 6812. krypt. BYSTRZY od dn 6.III.71 do dn. 6.XII.78 . Źródło:– t.w. TADEUSZ. Przyjął: mjr GOLISZEWSKI/.[Stempel:] KOMENDA MIEJSKA I POWIATOWA MILICJI OBYWATELSKIEJ w Kaliszu. dn.06.03.1971r. L.Dz. 01204/71 [wpisano odręcznie].[…].  

***
karta:47.
[…] Teraz druga sprawa, to sprawa nowicjatu. Otóż kilku nowicjuszy /chyba ostatnio podawałem/ otrzymało wezwania na komisję, albo już po odbiór biletów do wojska. To było ich 5-ciu. Kiedy pierwszych dwóch otrzymało, potem dopiero 3. Ojciec MIECZNIKOWSKI szybko pojechał do Prowincjała, żeby interweniował w Urzędzie d/s Wyznań, żeby ich nie wzięto do wojska. Słyszałem jak MIECZNIKOWSKI [nazwisko w ramce] mówił do Ojca Rektora już po powrocie – takie słowa powie-dział: – Ojciec Prowincjał powiedział, że na niego też są źli, t.zn. konkretnie władze, nie powiedział konkretnie za co. – Dlatego tak się mszczą […]. Jeszcze przypomniała mi się taka rzecz, że Ojciec MIECZNIKOWSKI w ub. tygodniu cały tydzień był w Płocku i tam dawał rekolekcje dla studentów i tam ten ośrodek studencki jest w kościele seminaryjnym w Płocku. To miały być rekolekcje tylko dla studentów ale przyłączono też młodzież z wyższych klas licealnych, maturzystów itd. Więc MIECZNIKOWSKI wrócił wniebowzięty, że bardzo duża była frekwencja, że młodzież płocka jest taka dobra, że miał tych studentów 200|osób […].
UWAGI. Na spotkanie t.w. przybył punktualnie w wyznaczonym miejscu. Podczas spotkania były zachowane właściwe wymogi konspiracji. T.w. czuł się swobodnie a zarazem chętnie informował o interesujących nas danych.[…].
Z-ca K-dta M.O. d/s Sł.Bezp. w Kaliszu. MJR MGR Z.GOLISZEWSKI

***                                              
 /Źródło:- AIPN BU_1283_1123 cz.3 / karta:100/ MATERIAŁY OPERACYJNE do spr. Nr 6812. krypt. BYSTRZY od dn 6.III.71  do dn.6.XII.78. Źródło: t.w. TADEUSZ. Przyjął: mjr GOLISZEWSKI/.
[Stempel z godłem:] KOMENDA MIEJSKA I POWIATOWA MILICJI OBYWATELSKIEJ w Kaliszu. dn.26.06.1971r. L.Dz. 023P6/71 [wpisano odręcznie]. TAJNE..
[…]. Jeszcze taki ważny moment, a mianowicie – O.MIECZNIKOWSKI miał telefon – tylko nie wiem czy od Was z Jasnej – czy od Kier.Spraw Wewn. – ale miał taki telefon, który trochę był na moją korzyść – tzn. takiej treści: „Jeżeli ojciec MIECZNIKOWSKI chce jechać z nowicjatem w Bieszczady na wakacje, to musi to formalnie załatwić – bo inaczej to milicja nie da mu spokoju“.
A on miał odpowiedzieć: „No to poradźcie dobrze, ja pojadę w Bieszczady i wy wiecie o tym, że jadę i koniec“, ale jak to dalej było to nie wiem, tylko Ojciec MIECZNIKOWSKI mówił, że musiał donieść ktoś z „domu“ o tym, bo skąd oni już wiedzą, że ja jadę z nowicjuszami w Bieszczady. Teraz mówię to już to tak bardzo prywatnie, że jedzie do parafii Cisna w Bieszczady i był tam u nadleśniczego w tej parafii, który powiedział, że nic przeciwko temu nie ma, tak że planują ten wyjazd w ten rejon […].

karta:103
[…]. PRZEDSIĘWZIĘCIA.- uważam za wskazane zwrócić uwagę pracownikom pionu IV-go na niewłaściwą formę rozmowy, jaką przeprowadzili z O.MIECZNIKOWSKIM, można w tym przypadku było uzyskać ten sam fakt – ale w innej formie […].                                                                                                           
/MJR  MGR Z.GOLISZEWSKI/   
[podpis nieczytelny]

– TW „TADEUSZ“/Kalisz/1971r.- Br. Marian Ż. SJ.
/Źródło:- AIPN BU_1283_1121 cz.3 / karta:17/ MATERIAŁY OPERACYJNE do spr. Nr 6812. krypt. BYSTRZY od dn 6.III.71 do dn. 6.XII.78/.
/Źródło: tw. „Tadeusz”                   
przyjął: mjr. GOLISZEWSKI                                                                        
dnia: 7.09.1971 r./.               T A J N E
Stempel z orzełkiem: KOMENDA MIEJSKA I POWIATOWA MILICJI OBYWATELSKIEJ w  Kaliszu
Ldz. 03625/71

 D O N I E S I E N I E
W dniu 2.09.1971 r. miała miejsce zmiana rektora w Kaliszu, którym zosteą [został], O.Stefan MIECZNIKOWSKI – dotychczasowy magister nowicjatu. On po studiach w Rzymie, zdobywając dwa doktoraty, był przez lat kilka lat magistrem w Kaliszu, potem przez uszczypliwe języki języki np. O.WLAZŁO jako socjusza, O.DĄBROWSKIEGO i innych wyleciał z Kalisza. Potem był duchownym kleryków na Rakowieckiej – tam jako nie był dobrze przyjmowany no i wreszcie osadził się na kilka lat na Sienkiewicza w Łodzi, jako duszpasterz akademicki. Tam się dobrze przyjął i często studentki z Łodzi przyjeżdżają do niego. Teraz został rektorem w Kaliszu, ale równocześnie będzie magistrem nowicjatu. Ma przyjść jeszcze do pomocy tzw. Ojciec duchowny, ale jak dotąd nazwiska jego nie znam.[…].
                                                                                                                                       Za zgodność:
                                                                                                                                     [brak podpisu]
– „SB“.Krypt.„Bystrzy“/Poznań/1971r.
/Źródło:- AIPN BU_1283_1123 cz.3/karta:19 Poznań dnia 4 października 1971r. MATERIAŁY OPERACYJNE do spr. Nr 6812. krypt. BYSTRZY od dn 6.III.71 do dn.6.XII.78./
[Stempel z godłem:] KOMENDA MIEJSKA I POWIATOWA MILICJI OBYWATELSKIEJ L.dz.Xz-03168/71[wpisano odręcznie].
NACZELNIK WYDZIAŁU I DEPARTAMENTU IV MINISTERSTWA SPRAW WEWNĘTRZNYCH. WARSZAWA. TAJNE. Egz. Nr 1./

TREŚĆ MELDUNKU:- W związku z pismem dnia 26.VIII.1971r Ldz Uc-03863/71 odnośnie mianowania  O.Stefana Miecznikowskiego rektorem klasztoru OO Jezuitów w Kaliszu, podaję co następuje: Z dniem 1.IX.br. Generał Zakonu OO Jezuitów O. Arrupe mianował O.Stefana Miecznikowskiego rektorem klasztoru w Kaliszu z jednoczesnym pełnieniem obowiązków magistra nowicjatu. Zmiana na stanowisku rektora, nie wywołała większego zaskoczenia wśród jezuitów. O tym, że O.Miecznikowski miał zostać rektorem, jezuici w Kaliszu mówili oficjalnie zaraz po objęciu przez niego funkcji magistra nowicjatu. Nie nastąpiło to wcześniej, ponieważ sam O.Miecznikowski starał się uniknąć objęcia tej funkcji.
Nominacja ta, na ogół wywołała wśród jezuitów w Kaliszu zadowolenie, gdyż O.Miecznikowski znany im jest jako dobry organizator, bardzo przedsiębiorczy i sprawiedliwy […].
W związku z nominacją O.Miecznikowskiego rektorem – jezuici spodziewają się, że zostanie zaostrzona dyscyplina w klasztorze, a której było brak za O.Pawelczyka […].
[Stempel]: Departament IV MSW/nieczytelne/ Wpłynęło dn. 6.X. 1971r.
Nr 4371/71 [data i numer wpisana odręcznie]

karta:20/verte.
Działalność O.Miecznikowskiego:- Już jako scholastyk w latach 1945-1948r. był podejrzany o wrogą działalność polityczną. W związku z czym był obserwowany w ramach sprawy operacyjnej. Występował w tym okresie wrogo przeciwko Związkowi Radzieckiemu. W czasie studiów filozoficznych w Krakowie, w latach 1948-1951r, prowadził wrogą działalność na odcinku młodzieżowym. Po uzyskaniu święceń kapłańskich i ukończeniu studiów na KUL, został misjonarzem i rekolekcjonistą. W czasie głoszonych kazań zanotowano negatywne i polityczne wypowiedzi odnoszące się między innymi do laicyzacji, ustawy o dopuszczalności przerywania ciąży itp. Krytykował nauczycieli i dziennikarzy za poda-wanie – jego zdaniem – spreparowanych fałszywych faktów historycznych. W latach 1960-1963r. organizował konferencje dla inteligencji kaliskiej, na których usiłował walczyć z ideologią marksistowską. W tym okresie zdobywa sobie u przełożonych opinię świetnego misjonarza i dobrego mówcy. Krótki okres czasu był też magistrem nowicjatu w Kaliszu a następnie Ojcem duchowym kleryków w Warszawie. Obowiązki te spełniał jednak z niezbyt pochlebną opinią i dlatego w 1967r. został skierowany przez prowincjała na duszpasterza akademickiego do Łodzi. Osiągnął tam – według jezuitów – znaczne efekty w pracy w ramach ekumenizmu z nierzymskokatolickimi wyznaniami chrześcijańskimi. Nawiązał też wiele kontaktów ze studentami. Zakonnikom w Kaliszu wiadomo jest, że na terenie Łodzi prowadził konspiracyjną działalność wśród studentów. O.Miecznikowski jest wyjątkowo zdolnym organizatorem. Bardzo inteligentny i dobry mówca. Wśród jezuitów uchodzi za tytana pracy i cieszy się wyjątkowym autorytetem. Posiada ambicje literackie. Pisze opracowania i książki o tematyce ascetycznej. Zdecydowanie negatywnie odnosi się do obecnego ustroju. Przesadnio(e) podejrzliwy i ostrożny. Przeprowadza własne testy i eksperymenty, by wykryć w zakonie współpracowników służby bezpieczeństwa. Zna biegle języki: niemiecki, angielski, francuski i łaciński. Jest bezwzględnie posłuszny i od-dany zakonowi. Dlatego stawiany jest za wzór innym zakonnikom. Od chwili przybycia na nowo do Kalisza, nie zanotowano dotąd jego wrogiej działalności i wrogich wystąpień.

karta:21
W czasie ostatnich wakacji zorganizował dla nowicjatu nielegalny obóz wędrowny w Bieszczadach.
                                 Stempel: Z-ca NACZELNIKA WYDZIAŁU IV. K.W.M.O [dalej nieczytelne]
– TW „TADEUSZ“/Kalisz/1971r.- Br. Marian Ż. SJ.
Źródło:- AIPN BU_1283_1121 cz.3 / karta:27/ MATERIAŁY OPERACYJNE do spr. Nr 6812. krypt. BYSTRZY od dn 6.III.71 do dn. 6.XII.78/. Mjr Zb.Stępniewski. Wyk. w 2 egz
/Źródło: tw. „Tadeusz”/                   
przyjął: mjr. GOLISZEWSKI                                                                        
dnia: 16.11.1971 r.                                                                                                                    T A J N E
                                        Stempel z orzełkiem: KOMENDA MIEJSKA I POWIATOWA
                                                                           MILICJI OBYWATELSKIEJ w  Kaliszu
          L.dz. 04383/71

                                                                             D O N I E S I E N I E
Ogólna atmosfera w domu za xxxxx rektora MIECZNIKOWSKIEGO znacznie się poprawiła.[…].
O.MIECZNIKOWSKI bardzo zaangażował się w pracę kościoła. W związku ze św.St.Kostki 13 listopada odprawiono specjalne nowenny. Novum na tych nowennach był tzw. Dwugłos. Najpierw w niedzielę – starszego małżeństwa, pochodzącego z Łodzi, a on jest nauczycielem w jakiejś szkole średniej. Potem miało być młode małżeństwo, które należało do duszpasterstwa akademickiego w Łodzi, ale nie przyjechali ze względu na chorobę ojca. W poniedziałek zamiast nich wystąpiła kobieta – jako przedstawicielka świata pracy, po niej wystąpił nowicjusz, który jedzie do Rzymu teraz – tj. KWIATKOWSKI. Jego wystąpienie było dobrze przyjęte, natomiast tej kobiety było raczej słabe.[…]. Potem była młoda nauczycielka, z której rodziną zżyty jest O.MIECZNIKOWSKI. Ona często przychodzi do MIECZNIKOWSKIEGO. Jej wystąpienie jako przedstawicielki młodych wychowawców zostało przyjęte bardzo pozytywnie. Był też jakiś starszy emerytowany nauczyciel z Kalisza. W sobotę występował dziennikarz i xxxx siostra zakonna z ul.Grodzkiej. Jezuici są zadowoleni, że Ojciec MIECZNIKOWSKI zorganizował te sprawy w ten sposób mimo że jego przez cały czas nie było, bo udzielał rekolekcji w Tarnowie w największym seminarium kleryków liczącym 230 osób. Po powrocie O.CZUMA zdał sprawozdanie MIECZNIKOWSKIEMU i wczoraj była konsulta w domu, na której postanowiono znów coś podobnego zorganizować.[…].                                                                                     – 2 –

karta: 28
We wtorek będzie mówił chyba MIECZNIKOWSKI,a w środę przyjedzie pan KŁYS z żoną i dwiema córkami. KŁYS pisze artykuły w Tygodniku Powszechnym. W czasie konsulty MIECZNIKOWSKI pod-kreślił, że jemu chodzi o pokazanie, że wśród inteligencji są ludzie, którzy nie obawiają się przekazywać publicznie swej wiedzy w kościele. Frekwencja na ogół była dość dobra, lepsza niż w innych latach.
Pewne zadowolenie z tych nowych metod jezuitów wyraził dziekan CHWILCZYŃSKI, którzy [który] był w środę na kawie u nich i O.CZUMIE powiedział, że społeczeństwo nasze nie jest jeszcze na takie wystąpienia przygotowane. A ks. MAJEWSKI zakazał wręcz dzieciom na religii, żeby nie szli do jezuitów na nowennę, bo to jest tylko dla osób starszych. Prawdopodobnie wystąpienia takie będą się rozszerzały i najbliższe odbędą się u św.Mikołaja.
MIECZNIKOWSKI organizuje też konferencje dla inteligencji i jutro miał przyjechać na spotkanie poseł z Koła „ZNAK” – [Stanisław] STOMMA. /lp/. Nie przyjedzie jednak, bo teraz w Sejmie ma on mieć wystąpienie, odłożono więc tą sprawę do grudnia.[…].
MIECZNIKOWSKI opiekę nad młodzieżą stawia ponad wszystko. Chodzi mu o przywiązanie tej młodzieży do kościoła, która już ukończyła szkołę i podjęła pracę. I ta grupa młodzieży, która została po MIECZNIKOWSKIM, to została otoczona solidną opieką.[…]                                                                                     – 3 –

karta: 29
W czasie wczorajszej konsulty O.MIECZNIKOWSKI zasygnalizował taką rzecz –  wielkie rekolekcje w nowicjacie rozpoczną się zaraz po 3 królach i będą trwać miesiąc i dopiero po rekolekcjach będą obłóczyny nowicjuszy. Stan był taki, jaki był, nikt nie wystąpił i nikt nie przyszedł. […]
                                                                                                                              Za zgodność: [brak podpisu]
/Źródło:- AIPN BU_0_1283_1121/k.162./
– TW „TADEUSZ“/Kalisz/1972r.- Br.Marian Ż. SJ
[Stempel z godłem:]. Źródło:- t.w.ps.„TADEUSZ“. Przyjął: mjr. Z.GOLISZEWSKI. Dnia 19.01.1972r. KOMENDA[nieczytelne] POWIATOWA MILICJI  OBYWATELSKIEJ w Kaliszu.L.dz. 0347/7./

T A J N E  D O N I E S I E N I E.
[…].

karta: 166
[…]. Następne wybory – jezuici przyjęli to tak sobie, na|razie to jest daleka jeszcze sprawa, ale istotne rzecz, to jest to, że MIECZNIKOWSKI oficjalnie powiedział w domu, że głosował nie będzie [podkreślenie odręczne]. Prosiłbym, aby raczej tej sprawy nigdzie nie poruszać bo on powiedział to w ścisłym gronie, ale myślę, że poza nim, to wszyscy pójdą, może tylko nowicjusze nie będą głosować, bo może im MIECZNIKOWSKI nie pozwolić.     Za zgodność:  [podpis nieczytelny]
– TW „Henryk“/Warszawa/1972r.
/Źródło:- AIPN BU_0_1283_1123 cz.5/karta:44. Warszawa, dnia 15.IX.1972 roku.MATERIAŁY OPERACYJNE. do spr. Nr 6812. krypt. BYSTRZY. TOM IV.od dn 21.VI.72 do dn.17.XI.73r. T  A J N E. mEgz. Nr 2 [nr wpisany odręcznie].
Wyciąg ze spotkania z tajnym współpracownikiem ps. „Henryk“. W dniu 12.IX.1972r o godz.9-tej w L[okalu] K[ontaktowym] kryptonim „Przystań“, odbyłem kolejne spotkanie z t.w. ps.“Henryk“ od które-go uzyskałem następujące informacje: – Wizyta w kraju asystenta generała zakonu jezuitów O.Mruka. Faktycznie przyjechał po to chyba, żeby się przyjrzeć bliżej kandydatom na prowincjałów w prowincji warszawskiej i krakowskiej, gdyż w przyszłym roku niewątpliwie nastąpi zmiana na stanowiskach prowincjałów w obydwóch prowincjach, co wypływa po pierwsze z upływu w przyszłym roku kadencji – /Nawrockiemu w maju, a Jańczakowi 31 grudnia 1973r/ […]

karta:45
O.Miecznikowski [podkreślenie odręczne] – bardzo poważny kandydat na prowincjała i on chętnie by przyjął tą funkcję.                                                                                                             / Brak c.d./
***
/Źródło: – AIPN Ld_537_104 /karta:83 /.

– TW „DYREKTOR”/Warszawa/1972r.- o.Władysław J. SJ.
/Źródło: – AIPN BU_0_1283_1123 cz.5 /karta:127. MATERIAŁY OPERACYJNE do spr. Nr 6812. krypt. BYSTRZY. TOM IV. od dn. 21.VI.72 do dn.17.XI.73. Źródło: t.w. ps. „DYREKTOR“. Warszawa, dnia 19.XII.1972 roku.  T a j n e. Egz.Nr. 2 ./

NOTATKA SŁUŻBOWA[podkreślenie] ze spotkania z kontaktem służbowym ps.„Dyrektor“. W dniu 19.XII.1972r odbyłem kolejne spotkanie z kontaktem służbowym ps.“Dyrektor“. Tematem tego spotkania skonsultowanego uprzednio z naczelnikiem Wydziału V Departamentu IV MSW Płk.St.Mozalem, były następujące sprawy:- Wymiana poglądów na temat normalizacji stosunków między państwem a kościołem, a właściwie przedstawienie „Dyrektorowi“ naszego punktu widzenia na tą sprawę – z myślą przetransponowania tej oceny przez „Dyrektora“ do kurii generalnej zakonu Jezuitów w Rzymie. […]. Zrozumiałem, że sprawa jest na dobrej drodze, że tacy kandydaci jak: Kazik, Miecznikowski, Pełka – nie zostaną dopuszczeni do listy kandydatów, że najważniejszym chyba kandydatem z którego uprzednio zrezygnowano, głównie na skutek krytyki ze strony prowincjała krakowskiego O.Nawrockiego, a do którego teraz Janczak chce powrócić – jest rektor Kolegium teologicznego OO. Jezuitów w Warszawie, O.Przymusiński. „Dyrektor“ obiecał, że zrobi wszystko, co będzie w jego mocy, aby został wybrany na nowego prowincjała odpowiedni kandydat. Teraz jeszcze nie wie kto to będzie, ale gdy wróci z Rzymu będzie już chyba wiedział.[…].

karta:132.
 Na tym temat spotkania został wyczerpany. Następne spotkanie przewidziane jest dopiero po powrocie „Dyrektora“ z Rzymu. Gdyby w międzyczasie wyłaniały się jakieś sprawy drobniejsze, będą załatwiane między nami drogą telefoniczną.
                                             Z-ca Naczelnika Wydziału IV /-/ mjr  Jan  Sobol  [podpis nieczytelny]
/Źródło: – AIPN BU_0_1283_1123 cz.5 /karta:20. MATERIAŁY OPERACYJNE do spr. Nr 6812. krypt. BYSTRZY.

Warszawa, dnia 18 grudnia 1972 r.  
T A J N E
Egz.Nr….[brak numeru]
NOTATKA  SŁUŻBOWA
z odbytej w dniu 14.VII.1972r. Rozmowy z o.Stefanem MIECZNIKOWSKIM
– jezuitą, rektorem nowicjatu w Kaliszu.
O.Miecznikowski – długoletni i niezwykle aktywny duszpasterz akademicki, a od kilku lat rektor nowicjatu OO.Jezuitów w Kaliszu, należy w zakonie do osób wpływowych. Z uwagi na negatywne oceny jego działalności w duszpasterstwie akademickim w ubiegłych latach i zażyłe stosunki z o.Hubertem Czumą wnioski paszportowe o.Miecznikowskiego spotykały się z decyzją negatywną.   
Od ponad roku rozpoznanie nasze wykazuje, że o.Miecznikowski jest brany pod uwagę jako ewentualny kandydat na przyszłego przełożonego prowincji warszawskiej. Mamy też sygnały o pewnych pozytywnych zmianach w poglądach politycznych Miecznikowskiego. Ostatnio o.Miecznikowski złożył wniosek o paszport na wyjazd do Rzymu. W związku z tym dla wyjaśnienia celu wyjazdu jak i uzyskania bezpośrednio od Miecznikowskiego poglądów na interesujące nas tematy przeprowadziłem w dniu 14.XII.1972r. w Komendzie Powiatowej w Kaliszu rozmowę.
1. Miecznikowski oświadczył, że głównym celem jego wyjazdu do Rzymu jest udział w ogólnoeuropejskim zjeździe magistrów nowicjatów Zakonu OO.Jezuitów, na którym mają być wymienione doświadczenia dot. powołań i wstępnego okresu formacji w różnych prowincjach europejskich.
2. Oceniając stan powołań o.Miecznikowski oświadczył, że mimo iż aktualnie powołania w Polsce są jedne z lepszych w Europie, to bardzo go niepokoją nadchodzące roczniki niżu demograficznego. Jezuici liczą się wówczas z gwałtownym spadkiem powołań. Niepokój ten pogłębiony jest poziomem umysłowym aktualnego narybku. Przychodzi niestety element b.słaby, który albo przy stawianych mu wysokich wymaganiach poważnie wykruszy się w okresie nowicjatu, lub też przy liberalnym podejściu przełożonych wpłynie na obniżenie poziomu intelektualnego przyszłej kadry zakonu. Obie perspektywy są niepokojące.
3.  Mówiąc o normalizacji stosunków kościół-państwo o.Miecznikowski powiedział, że za najważniejszy punkt uważa przyznanie własności kościołowi na Ziemiach Zachodnich, gdyż był to dowód jedności narodu i jednolitej obecności kościoła w całej Polsce. Inne sprawy jak zniesienie ksiąg inwentarzowych, czy rejestracji punktów katechetycznych traktuje jako mniej ważne, jako wydarzenia „po drodze”. Jest zdania, że Towarzystwo Jezusowe wniosło swój wkład w normalizację przekazując do Rzymu właściwe oceny sytuacji kościoła w Polsce, co znalazło wyraz w słynnym komunikacie Kurii Generalnej Jezuitów ze stycznia br. […].

karta:21
4.  Za najważniejsze  w procesie normalizacyjnym o.Miecznikowski uważa nie budownictwo sakralne, wokół którego robi się czasem wielki szum, ale umożliwienie kościołowi dostępu do młodzieży. Zdaje sobie sprawę z trudności wynikających ze względów ideologicznych. Realnie ocenia, że nawet przy najbardziej sprzyjających warunkach możliwości oddziaływania, to wpływ na młodzież kościół będzie miał coraz bardziej ograniczony nie tyle prowadzą przez państwo laicyzację, co procesami urbanizacyjnymi, którym właśnie młodzież szczególnie podlega. Niemniej kościół nie może rezygnować i obecnie pozytywny wpływ, niezależnie od podłoża ideologicznego na każdego młodego człowieka, jest bardzo  ważny,

karta:22
niezależnie kto to będzie robił. Doświadczenia uczą, że młodzież objęta duszpasterstwem jest dobrze ukształtowana i uspołeczniona. Wspólnym celem powinno być wyleczenie młodzieży z bierności i indyferentyzmu. Dlatego nie należy atakować się wzajemnie, gdyż odbija się to niekorzystnie na młodzieży. Osobiście potępia tych duszpasterzy, którzy występują przeciw światopoglądowi materialistycznemu zamiast głęboko uzasadniać religię. Według niego kościół w codziennej swej praktyce apostolskiej winien znacznie więcej pracować nad pogłębieniem religii a nie mieć za złe istnienie innych światopoglądów. […]. Osobiście jako długoletni praktyk w duszpasterstwie akademickim jest zdania, że już od szeregu lat nie ma w nim polityki. Duszpasterze akademiccy już dawno zaobserwowali zjawisko, że jakiekolwiek podjęcie tematów politycznych odsuwa młodzież. Ujęcie pozytywne przemian polityczno-społecznych w Polsce komentowane jest jako powtarzanie propagandy państwowej, ujęcia negatywne powoduje zarzut niezrozumienia współczesności. Stąd ocena w duszpasterstwie akademickim, że treściami politycznymi mogą tylko tracić młodzież. Stąd właśnie duże trudności dla kościoła w propagowaniu uczciwego stosunku do pracy lub własności społecznej. Robią to ale b.delikatnie, gdyż inaczej wierni odwracają się. Zetknął się już kilkakrotnie z tym,że władze państwowe utożsamiały zlikwidowaną w 1970r. Nielegalną organizację „Ruch” z duszpasterstwem akademickim. Uważa, że to ocena niesprawiedliwa. Duszpasterstwo akademickie nie było żadną bazą dla „Ruchu”, a tylko pewni ludzie wykorzystali je częściowo. W grę wchodzą pewne obciążenia a nie tendencje. Czumowie i Niesiołowscy to tradycje rodzinne i nie do wyleczenia urazy dla współczesności. Urazy te potęgują często konkretne fakty.

karta:23
Np. proponuję zwrócić uwagę na to, że Hubert Czuma zaczął publicznie wrogo występować dopiero po aresztowaniu, kiedy bracia jego siedzą w więzieniu. Niesiołowskiego stryj był zwyczajnie „zatłuczony” w pierwszych latach po wojnie przez UB.
5.  Kolejny problem poruszony w rozmowie to sprawa organizacji młodzieżowych. O.Miecznikowski uważa, że młodzieży współczesnej potrzeba organizacji „autentycznych”, będących w stanie kształtować charaktery i model przyszłego obywatela. Wzorce dla takich organizacji można by czerpać z przedwojennego harcerstwa / w żadnym wypadku z jakichkolwiek innych ówczesnych organizacji a szczególnie  kościelnych bo prowadziły do fanatyzmu/. Organizacje takie winno tworzyć państwo ale i czuwać później nad ich rozwojem i działalnością. Kościół nie chce i nie może tworzyć organizacji młodzieżowych. Kościół winien działać wśród młodzieży na zasadach nieformalnych. Nie tylko współczesne organizacje młodzieżowe zgubiły gdzieś troskę o kształtowanie sylwetek patriotycznych i obywatelskich, ale i cały proces wychowawczy wydaje się jakby o tym zapomniał. W dawnym elementarzu pierwszym wierszykiem był „Kto Ty jesteś? Polak mały”. Dlaczego tego nie ma teraz? Do dzieci i młodzieży trzeba trafiać formami prostymi, które mogą trafić do serc. Logiki nauczy się ich później.
6.   W rozmowie na temat form pracy duszpasterstwa akademickiego i młodzieżowego xxxxxxxx zwróciłem uwagę na tendencje do form konspiracyjnych, bardzo niepedagogicznych wobec młodzieży. O.Miecznikowski stwierdził, że osobiście uważa je za niewłaściwe, próbując jednak usprawiedliwić występujące czasem takie zjawiska. Dał przykład grupy młodzieżowej prowadzonej przez jezuitów w Kaliszu. Grupę tą prowadził kiedyś o.[Franciszek]Nowicki, który rzeczywiście reprezentował niewłaściwą postawę polityczną. Minęły jednak lata a władze nadal traktują tą grupę po staremu ciągłe ją atakując, przesłuchując jej członków. Niedawno usunięto z pracy jednego z członków tej grupy tylko z powodu jego uczestnictwa w duszpasterstwie. Tak traktowana młodzież, gdy pojedzie np. na obóz letni będzie się na pewno się na pewno konspirować z obawy przed represjami. Tylko pytanie-

karta:24
po co one? Jeżeli Jezuici ciągle mówią tej młodzieży aby pytana przez władze mówiła prawdę o tym, co dzieje się w duszpasterstwie.
7.   Odnośnie zmian personalnych w kierownictwie prowincji i ewentualnych kandydatur na prowincjała o.Miecznikowski uchylił się od wymieniania nazwisk motywując zbyt wielką ilością krążących plotek na ten temat.
8.    W końcu rozmowy obiecałem o.Miecznikowskiemu wydanie paszportu, nie gwarantując rozszerzenia na kraje pozaeuropejskie ze względów formalnych./chciałby odwiedzić Jerozolimę, czego nie podał we wniosku/.

U w a g i.
Szereg ocen wypowiedzianych przez o.Miecznikowskiego jak sprawa powołań, komunikatu, „Ruchu” zawierało b.realne elementy. Charakterystyczne, że Miecznikowski jest w dość bliskich stosunkach z o.Hubertem Czumą. Położenie głównego nacisku w procesie normalizacyjnym na dostęp kościoła do młodzieży wynika z osobistych poglądów i doświadczeń o.Miecznikowskiego, jak generalnych ocen jezuitów w tej kwestii.
Wyrażony pogląd o.Miecznikowskiego na temat szkodliwych treści politycznych w duszpasterstwie akademickim znajduje potwierdzenie w naszym dotychczasowym rozpoznaniu.
Niezależnie od tego, czy obejmie on jakąś wyższą funkcję kierowniczą w prowincji uważam, że rozmowy z nim winny być przez nas kontynuowane.
Uważam, że należy wydać paszport z ważnością na kraje pozaeuropejskie celem uniknięcia skorzystania przez Miecznikowskiego z paszportu watykańskiego.
Sugeruję Referatowi SB w Kaliszu, przeanalizowanie celowości dotychczasowych form rozpracowywania grupy młodzieży pozaszkolnej skupionej przy jezuitach.

INSPEKTOR WYDZIAŁU V DEP. IV. MSW
Wyk.egz.3                             MJR T.GRUNWALD
w Kaliszu [dopisek mało czytelny]                 / podpis nieczytelny].
– TW „RYSZARD”/Warszaw/1973r.
/Źródło:- AIPN BU_0_1283_1123 cz.5 /karta:150. NOTATKA SŁUŻBOWA „RYSZARD“ z dnia 28.II.1973r. Warszawa. 50. MATERIAŁY OPERACYJNE do spr. Nr 6812. krypt. BYSTRZY TOM IV od dn 21.VI.72 do dn.17.XI.73r. TAJNE. Egz.Nr.2./.

W dniu 28.II.1973 roku w MK [mieszkanie kontaktowe] krypt.[onim] „Arka“ odbyłem kolejne spotkanie z t.w. ps.“Ryszard“ od którego uzyskałem następujące informacje:- Ostatnio TERNO wysłane do Rzymu zawiera 3 następujące nazwiska kandydatów na prowincjała warszawskiej prowincji zakonu jezuitów: PERZ, MIECZNIKOWSKI i KOCZWARA. Założenie tego terno jest takie, że powinien przejść O.Perz i dlatego dodano takie dwie kandydatury /Miecznikowski i Koczwara/, które zdaniem autorów powinny odpaść. „Ryszard“ też mnie zapewniał, że Miecznikowski i Koczwara mają w Rzymie zastrzeżenia i dlatego nie mają szans zostania prowincjałem. Tak więc w wersji „urzędowej“ kandydatem na prowincjała został ostatecznie O.Perz. Nie było jednak jednomyślności w zarządzie prowincji co do tej kandy-datury […].

karta:152
4. […]- W ostatnich dniach dotarła na Rakowiecką wiadomość z której wynika, że władze z kimś rozmawiały z jezuitów i wyrażały obawę przed ewentualnym mianowaniem prowincjałem O.Miecznikowskie-go i O.Koczwary. Z kim rozmawiano t.w. na|razie nie wie, ale wyraził w związku z tym następującą opinię: To, że władze by nie chciały żeby prowincjałem został Miecznikowski czy Koczwara, to mają rację – ale niepokoją się chyba niepotrzebnie i nie jest dobrze, że oficjalnie o tym zaczyna się mówić w zakonie [ przed kreską po lewej stronie tekstu, adnotacja: – O co tu chodzi? ].
Z-ca Naczelnika Wydziału IV /-/ mjr Jan Sobol. [podpis nieczytelny]

***
/Źródło:- Sekcja Polska Radia Watykańskiego. Złoty Jubileusz 1938-1988. Rzym 1990. Kronikę opracował i wyboru tekstów dokonał o.LUDWIK GRZEBIEŃ SJ. Str.183/.
Rok 1973. Zakończenie wojny w Wietnamie. 5 marca abp Bolesław Kominek zostaje mianowany kardynałem. 25 września generalnym dyrektorem Radia Watykańskiego, zostaje Roberto Tucci SJ. Do sierpnia kierował sekcją o.Tomasz Rostworowski, który następnie wyjechał do kraju na swój jubileusz 50-lecia życia zakonnego, ale tam rozchorował się poważnie i 9 marca 1974r, zakończył swe pracowite życie w Łodzi. Pomagał mu wiernie w pracy o.Stefan Filipowicz, który też 24 listopada 1973, przejął kierownictwo polskiej sekcji, a do jego pomocy przybył o.Stanisław Opiela SJ. W redakcji pracowały nadal Alicja Limowska D’Ugo i Henryka Golec Caiazza. Przed mikrofonami wystąpili w tym roku kardynałowie: Bolesław Kominek, Karol Wojtyła i Stefan Wyszyński […], księża:-[…], Stefan Miecznikowski […]. /Nagranie z Polskiej Sekcji Radia Watykańskiego Mix Down of A115_A/.

Wystąpienie Stefana Miecznikowskiego w polskiej Sekcji Radia Watykańskiego.
LEKTOR: – W naszym studio gościmy dzisiaj o.Stefana Miecznikowskiego z Towarzystwa Jezusowego, rektora i mistrza Nowicjatu, Prowincji Wielkopolskiej w Kaliszu, który podzieli się refleksjami na temat odnowy życia zakonnego na Zachodzie i w Polsce. Proszę ojca do mikrofonu…
O.Stefan MIECZNIKOWSKI: – Przed trzema dniami, odbyła się w Rzymie, niecodzienna uroczystość. W Rzymie wszystkie uroczystości są niecodzienne, zwłaszcza dla przybyszów. Śmiem jednak stwierdzić, że uroczystość ta zasługuje na wyróżnienie. Na zaproszenie Ojca Świętego, przybyła do Bazyliki św.Piotra, wielotysięczna rzesza sióstr zakonnych z różnych zgromadzeń rezydujących w Rzymie i okolicy. Miało to miejsce w Dniu Ofiarowania Chrystusa Pana w świątyni, 2 lutego o godz. 10:00 rano. Ojciec święty urządził dla żeńskich zgromadzeń taką uroczystość po raz pierwszy. Już od godziny 8:00 płynął strumień sióstr ze świecami, do Bazyliki św.Piotra. Można było wśród nich dostrzec, dużą gromadę sióstr z Polski, szarych Urszulanek, Nazaretanek, Felicjanek, Zmartwychwstanek, Służebniczek z Pleszewa i kilka przedstawicielek zgromadzeń ukrytych o.Honorata. Do nich to o.Święty, powiedział kilka słów w j.polskim, odbierając świece. Pominiemy sprawozdanie z przebiegu uroczystości i treść przemówienia o.Świętego, bo rozgłośnia nasza uczyniła to bezpośrednio. Pragnąłbym zwrócić uwagę na aktualność tego zdarzenia i jego wymowę, w kontekście ostatnich dyskusji na temat życia zakonnego, które nie ucichły jeszcze w Rzymie. Jakie myśli charakterystyczne można było dostrzec w homilii papieża. O.Święty wyraził pragnienie, aby wspólnota kościelna, darzyła siostry zakonne zaufaniem, aby dostrzegła ich obecność i dyskretną ewangeliczną działalność. Pragniemy, aby wasze ewangeliczne świadectwo, było w czci u wiernych, chcemy je rewindykować, w obliczu dewualizacji, jaki grozi otaczający laicki świat. Chciałby zeświedczyć nawet dusze najwierniej i nadgorliwiej wstępujące w ślady Chrystusa. Podejdźcie do ołtarza – mówił o.Święty – niosąc ten dar symboliczny, świece. Ona wyobraża wasza osobę, poświęconą Bogu. Ta świeca mówi o życiu nacechowanym miłością jedyną, żarliwą i wyłączną. Ta miłość ma płonąć i świecić. Ma rozjaśniać mieszkanie Kościoła, jego drogę i drogę świata. Jej zadaniem, spalić się w ciszy, na wzór Chrystusa ukrzyżowanego oblubieńca. Jesienią w Rzymie, rozgorzała, można tak powiedzieć, dyskusja na temat aktualnej sytuacji zakonów. Dyskusję tę spowodowała wypowiedź kardynała Daniélou [Jeana], w rozmowie z przedstawicielem Radia Watykańskiego. Ks.kardynał określił sytuację zakonów, nie jako odnowę, ale jako dekadencję. Oświadczenie to, poprzedził jego referat na plenum Kongregacji d/s zakonów. Dostojny purpurat upatrywał przyczyny ostrego kryzysu życia zakonnego na Zachodzie, przejawiającego się m.innymi w gwałtownym spadku powołań w odejściu od ducha i dyrektyw Soboru Watykańskiego II. Z odpowiedzią na tę surową diagnozę, wystąpili przedstawiciele rzymskich konsulty wyższych przełożonych zakonnych. Nie ukrywając zjawisk kryzysowych, które zresztą publikuje i wyolbrzymia prasa, wskazali na wiele przejawów twórczych wysiłków i inicjatyw, które nie mogą być pominięte i które są podstawą nadziei na przyszłość. Niewątpliwie, wyżsi przełożeni zakonów są dobrze poinformowani, ani co do tego jak wygląda faktycznie życie zakonne w ich wspólnotach. Radio Watykańskie przeprowadziło sondaż opinii na ten temat u przedstawicieli chierarchi kościelnych różnych krajów i wśród wybitnych osobistości świata zakonnego. Zabrali głos m.in. Kardynałowie: Antonio Tosh z Rzymu, Benks z NRD, Munoz Vega z Ekwadoru, Jan Król z Filadelfii i Arcybiskup Mayer [Paul] sekretarz Kongregacji zakonnej. Z grona zakonników zaś, Don Zikas Clayner, o.Giuseppe Nardin, o.Molinari i inni. Opinie były rozbieżne. Oczekiwano wypowiedzi o.Świętego, która wydałaby autorytatywną diagnozę – Paweł VI powstrzymał się od oceny. Wskazuje natomiast kierunek, zachęca, zobowiązuje, tworzy wokół zakonów klimat życzliwości i zaufania wiernych. O.Święty wypowiada się na temat życia zakonnego nieustannie, nie pozostawia wątpliwości co do celów i zadań zakonów w posoborowej odniowie Kościoła. Ostatnia magistralna, syntetyczna wypowiedź nosiła tytuł „Ewangelica destificacio“ i miała miejsce 29 czerwca 1971r., czyli półtora roku temu. Streszczała ona rolę zakonów w haśle, która nadała tytuł Adhortacji – „Świadectwo ewangeliczne“. Ujęcie to odsyła zakony przede wszystkim do Ewangelii i nakłada na nie obowiązek dobrego o niej świadectwa. Autentyzm życie ewangelicznego, tak jak to nam ukazali nasi założyciele, odnalezienie się na ścieżkach prawdziwego ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, modlitwy i służby bliźnim, braterskiej jedności i entuzjazmu religijnego, oto rysy zdrowej odnowy zakonu. W Polsce odnowa zakonów przebiega powoli, spokojnie lecz systematycznie. Zgromadzenia rewidują swe Konstytucje, unikając rewolucyjnych eksperymentów. Nacisk położony jest na odnowę wewnętrzną, co podkreślił po wizycie w Polsce, kard.Jan Król. Próby adaptacyjne do współczesnych warunków, dyktuje nam zdrowy zmysł wiernych z którymi mamy bliskie kontakty i którzy nam mówią, jakimi nas chcą mieć. Niektóre zgromadzenia, pracują nad odnową tak intensywnie i z taką żarliwością, że już sama temperatura ich wysiłków, świadczy o Bożym pochodzeniu dzieła. Z całą satysfakcją mogę również stwierdzić, że w pewnych zespołach zakonnych na Zachodzie odczułem to samo, szczere gorące zaangażowanie w dzieło odnowy. Ponieważ zaś, dotyczy innych aspektów życia zakonnego niż u nas, można będzie z dużym pożytkiem skorzystać z tych osiągnięć w Polsce.
LEKTOR:- Tu mówi rozgłośnia Radia Watykańskiego, przed chwilą o.Stefan Miecznikowski jezuita, rektor i mistrz nowicjatu Prowincji Wielkopolskiej w Kaliszu, podzielił się refleksjami na temat odnowy życia zakonnego na Zachodzie i w Polsce. Bóg zapłać.

– TW „Tadeusz“/Kalisz/1973r. – Br. Marian Ż. SJ.
/Źródło:- AIPN BU_0_1283_1123 cz.5 /karta:167. MATERIAŁY OPERACYJNE do spr. Nr 6812, krypt. BYSTRZY TOM IV  od dn. 21.VI.72 do dn.17.XI.73r./
[Stempel z godłem:] – KOMENDA MIEJSKA I POWIATOWA MILICJI OBYWATELSKIEJ w Kaliszu    
L. dz. B.01100/73r [wpis odręczny]. Kalisz, dnia 16.03.1973 r. T A J N E.  Egz. Nr. .2..       

N O T A T K A   S Ł U Ż B O W A 
z odbytego spotkania z t.w. „TADEUSZ“. 
Na spotkaniu t.w. podzielił się spostrzeżeniami odnośnie wypowiedzi O.MIECZNIKOWSKIEGO po powrocie z zagranicy.
O.MIECZNIKOWSKI /rektor domu kaliskiego/ mówi, że miał ścisłą kontrolę graniczną, zakwestionowano mu listy, obrazki, książki itp. Wyraża opinię, że kontrola celna zlecona była do wykonania przez Służbę Bezp.[ieczeństwa]. Z tego powodu jest oburzony.
W czasie pobytu w Rzymie został niedopuszczony na prywatną audiencję do O.Generała, o co usilnie czynił starania. Przypuszcza, że była to robota prowincjała JAŃCZAKA.
Nowością w jego wypowiedziach jest podanie do ogólnej wiadomości /na spotkaniu z domownikami / że w najbliższym czasie ma nastąpić wybór nowego prowincjała. Ma nim zostać O.KUBLIK z Lublina, ukończył doktorat na KUL-u. [po lewej stronie dokumentu: znak zapytania]. Wspomniał też, że O.KOCZWARA z Warszawy, nie wyjeżdżał w ostatnim czasie za granicę. Na spotkaniu tym wspomniano, że w Kaliszu był ostatnio O.[Ksawery]WICHA z Warszawy i mówił, że obecny prowincjał będzie nadal przez okres jednego roku pełnił tą funkcję. Na powyższe O.MIECZNIKOWSKI odpowiedział, że jest to nie|prawdą i że O.WICHA w tych sprawach nie jest zorientowany. Wrażeniami jakich doznał na odcinku pracy katolickiej za granicą jest załamany. Między innymi podał, że na zjeździe mgr nowicjatów jezuickich /brał udział w zjeździe/ wszyscy uczestnicy byli ubrani po świecku. Przedstawiciel z Francji w obecności Generała Jezuitów wypowiedział się, że absurdem jest żądać, aby młodzi chłopcy przychodzili do zamkniętych zakonów. Jego zdaniem w takich warunkach następuje deformacja psychiczna u takich chłopców.

karta:168    
Podobne spostrzeżenia z pobytu O.MIECZNIKOWSKIEGO w Północnych Włoszech. Znajduje się tam Międzynarodowe Studium Filozoficzne dla kleryków „Galaratte“. Przebywa tam 3.polskich kleryków /Grzegorz RUSZECKI, Jacek BALCEWSKI i Zygmunt z Bydgoszczy/. Na studium tym największe powodzenie ma filozofia marksistowska. Klerycy swym wyglądem niczym nie różnią się od hippisów. Wychodzą z klasztoru według potrzeby i bez sutanny – w ogóle sutanną[ę] uważają jako wyraz średniowiecza. Z instytutu wybyło 3 profesorów, którzy z kolei ożenili się. Porównując powyższą sytuację do naszych warunków oświadczył, że „Polska to niebo na ziemi“.
Podał również, że Jugosławianie popełnili błąd, wysyłając na filozofie i teologie 30 nowicjuszów za granicę. Z tego stanu rzekomo 90% opuściło stan kapłański. Według jego wypowiedzi O.Generał ma aktualnie największe kłopoty z jezuitom(ami) NRF – gdzie panuje chaos i protestantyzm. Według O.MIECZNIKOWSKIEGO wynika, że jest mało powołań kapłańskich. Dobra sytuacja na tym odcinku jest w Polsce i w Indiach. Uderzającym dla O.MIECZNIKOWSKIEGO było pobieranie od niego opłat za wyżywienie i noclegi, co jest wyraźnym kontrastem do naszych warunków gościnności. W czasie swego pobytu za granicą miał zabrać (zarobić) 300 , które wcześniej przysłał do kraju […].
ZADANIE:- t.w. otrzymał zadanie składania dalszej relacji z wypowiedzi O.MIECZNIKOWSKIEGO z pobytu za granicą.
UWAGI: – Spotkanie z t.w. odbyło się w planowanym terminie, na którym były zachowane warunki konspiracji. Przekazane przez niego informacje wykorzysta się w ramach teczki EOK dot. O.MIECZNIKOWSKIEGO. Żadnych uwag na spotkaniu t.w. nie miał. Następne spotkanie wywoła telefonicznie.

Za zgodność:  [Na trójkątnym stemplu:] – napis po każdej stronie – K-da
Powiatowa Milicji Obyw. w Kaliszu. W środku: 3. Dla użytku.…………..

– kTW „JERZY“/19 luty 1974r/
/Źródło:- AIPN BU_0_1283_1123 cz.6 /karta:8. Do sprawy kryptonim „BYSTRZY“ dot.Jezuitów-materiał operacyjny do sprawy 6812 t.V. Z notatki służbowej ze spotkania z kandydatem na t.w.ps. “JERZY“/.
W dniach od 5 do 8 luty 74r. w Warszawie, w domu zakonnym przy ul.Rakowieckiej 62 odbyła się Kongregacja prowincjalna, prowincji warszawsko-mazowieckiej zakonu OO.Jezuitów. W czasie Kongregacji dokonano wyboru delegatów na Kongregację Generalną, która rozpocznie się w dniu 1 grudnia 1974r. Delegatami zostali O.Zygmunt Perz i O.Stefan Miecznikowski a ich z-cami O.Żurowski Marian, Bogucki Henryk i Majkowski Józef. Na Kongregacji wygłoszone zostały 4 referaty i na ich podstawie zebrani uchwalili postulaty na Kongregację Generalną. I tak:
– O.Zygmunt Perz wygłosił referat na temat zrównania stopni w zakonie i omówił sprawę braci.
– O.Stefan Miecznikowski mówił o pierwszych ślubach w zakonie.  […].
Postulaty w tych sprawach zostaną wysłane na Kongregację Generalną[…].                   
Za zgodność: /parafka- nieczytelna/

***
XXXII KONGREGACJA         Paweł VI (1963-1978)
1 grudnia 1974 – 7 marca 1975 r.

238 uczestników reprezentuje 28.500 jezuitów. Przedstawicielami polskich jezuitów są:- asystent słowiański o.Antoni Mruk; prowincjał małopolski, o.Jan Popiel, delegaci oo.Roman Darowski i Stefan Moysa-Rosochacki; prowincjał wielkopolsko-mazowiecki, o.Tadeusz Koczwara, delegaci oo.Stefan Miecznikowski i Zygmunt Perz.[…]. O.Stefan Miecznikowski, ur.25 sierpnia 1921r. W Warszawie. Wieloletni magister nowicjatu i instruktor III probacji. Obecnie pracuje w Łodzi. KG zwołana przez o.Arrupe. Delegaci pragną dokonać zmian dotyczących stopni w Towarzystwie. Papież poleca, by przed-stawiono mu dekrety przed ich publikacją. Jezuita zostaje przez KG zdefiniowany jako ten, który ma świadomość, iż jest grzesznikiem i równocześnie jest powołany do naśladowania Jezusa. Delegaci potwierdzają podstawowe tezy KG XX XI. Następują zmiany dotyczące ślubu ubóstwa:- rezydencje, kolegia i inne domy mają żyć z pracy członków wspólnoty, według zasad wynikających z prostoty i dzielenia się. Całe Towarzystwo ma być uczulone na potrzeby ubogich. KG nakłada nacisk na konieczność wspólnotowego rozeznania i refleksji, udzielania informacji oraz wspólnej odpowiedzialności. Popiera dążenia ekumeniczne, dialog z innymi religiami i inkulturacje. Wyznacza priorytety pracy apostolskiej: szerzenie wiary i troska o sprawiedliwość.(184)

***
/Źródło:- Sekcja Polska Radia Watykańskiego. Złoty Jubileusz 1938-1988. Rzym 1990.Kronikę opracował i wyboru tekstów dokonał o.LUDWIK GRZEBIEŃ SJ. Str.187/.
Rok 1974. 10  marca śmierć kard.Bolesława Kominka. 4-6 lipca rozmowy przedstawicieli rządu PRL i Stolicy Apostolskiej, powołanie zespołu roboczego do stałych kontaktów. 27 grudnia inauguracja Roku świętego. Sekcją kierował o.Filipowicz, w pracy pomagali mu od 11 października 1973 do 5 maja 1974 o.Stanisław Opiela SJ, od 17 V do 4 VIII 1974 ks.Teodor Poloczek, wracający z misji z Zambii, a od 19 VII 1974 o.Antoni Mokrzycki SJ. W redakcji pracowały nadal Alicja Limowska D’Ugo i Henryka Golec Caiazza. Przed mikrofonami wystąpili w tym roku: kardynałowie Karol Wojtyła i Stefan Wyszyński […], księża:- […], Stefan Miecznikowski…[…].

***
/Źródło:- AIPN BU_0_1283_1123 cz.4 /karta:8 /.     
Stempel z orzełkiem:
KOMENDA MIEJSKA I POWIATOWA                  Kalisz, dnia 16.12.1974r.-
MILICJI OBYWATELSKIEJ w  Kaliszu
L.dz.B 03775/74                                                                                    T A J N E
Egz.Nr ..1..
 
C H A R A K T E R Y S T Y K A
 dotycząca: Ks.MIECZNIKOWSKI Stefan, syn Stefana i Leokadii Prusak,   
ur. 25.08.1921r. W Warszawie, narodowości i obywatelstwa polskiego, pochodzenie społeczne robotnicze, wykształcenie wyższe teologiczne, zam.w Kaliszu, ul.23 Stycznia nr 2 „A”.-
                      1. PRZEBIEG POBYTU W ZAKONIE OO JEZUITÓW.
                        – 1940-42 – nowicjusz  w zakonie w Starej Wsi,
                        – 1940-46 – studia filozoficzne w Nowym Sączu,                   
                        – 1946-50 – studia teologiczne w Krakowie,
                        – 1951-52 – Kalisz, na stanowisku ks.prefekta,   
                        – 1952-53 – studiuje prawa zakonne w Czechowicach,                
                        – 1953-57 – prowadzi duszpasterstwo akademickie na KUL-u Lublin,
                        – 1957-59 – przebywa we Włoszech w Rzymie, gdzie ukończył wyższe studia teologiczne
                                            na Uniwersytecie Gregoriańskim i zdobył tytuł „doktor ascezy i mistyki”.
                        – 1960-66 – Kalisz – magister nowicjatu,
                        – 1966-67 – Warszawa, prefekt kleryków,
                      2. OGÓLNA CHARAKTERYSTYKA
Ks. Stefan MIECZNIKOWSKI do Kalisza przybył 30.10.1970r. Pełni tu funkcje Rektora zakonu OO Jezuitów oraz magistra nowicjatu. Jest wyjątkowo zdolnym organizatorem. Inteligentny, dobry mówca. W zakonie uchodzi za tytana pracy i cieszy się wyjątkowym autorytetem.[…].   ____
W latach 1945-48 rozpracowywany był w ramach sprawy kryptonim „Scholastyk” nr rej. 872, jako podejrzany o wrogą działalność polityczną. Występował w tym czasie wrogo przeciw ZSRR. W latach 1949-50 podczas studiów teologicznych w Krakowie, prowadził wrogą działalność na odcinku młodzieżowym. W latach 1953-57 był jednym z organizatorów Towarzystwa Przyjaciół KUL-u w Lublinie. W latach 1960-63 występował w wrogimi kazaniami na temat laicyzacji i ustawy o dopuszczalności przerywania ciąży. W okresie sprawowania funkcji Rektora Zakonu i Magistra Nowicjatu w Kaliszu, nie notowaliśmy z jego strony wrogich bądź antypaństwowych wystąpień. W ostatnich wyborach do Rad Narodowych  wziął udział, co było zaskoczeniem nie tylko dla nas, ale także dla zakonników, gdyż do tego momentu wszystkie tego rodzaju wybory ignorował. Na terenie Kalisza bliższych kontaktów z osobami świeckimi nie utrzymuje. Obecnie ks.Stefan Miecznikowski przebywa w Rzymie, gdzie bierze udział w Kongregacji generalnej.-

Wyk. w 2 egz./CZ                                                                                   Inspektor Operacyjny Sł.Bezp.
                                                                                                                /POR.St.BARTOLIK/ [brak podpisu

***                                                                         
/Źródło: BU_0_1283_cz.6 karta: 103/
 /Źródło:tw. ps. „Marian”/
Przyjął: kpt.St.Syzdek                               T a j n e
Dnia: 11.III.1975r.
W Krośnie w samoch. służbowym

I N F O R M A C J A

Prace XXXII Kongregacji Generalnej Towarzystwa Jezusowego, które się rozpoczęły 2 grudnia 1974r. w Rzymie, zakończyły 6.III.1975r. obrady. Obradom przewodniczył generał zakonu O.Pedro Arrupe. Organem wspomagającym generała w przygotowaniu sesji oraz koordynowaniu przebiegu prac całej kongregacji była Rada Prezydialna. Obok niej działał sekretariat Kongregacji mający na celu redagowanie akt Kongregacji i czuwanie nad przebiegiem obrad.[…].
                                                                               – 2 –
[…]. Powołane też zostały komisje robocze odpowiadające w swej nazwie ustalonym priorytetom.[…]. Delegaci polskich prowincji weszli w skład komisji: […]. VII Komisji ds.formacji zakonnej /28 członków/ – ks.R.[oman]Darowski i ks.S.Miecznikowski[…].

***   
/Źródło: BU_01283_1123 cz.4 /karta 19/
Tajne spec. znaczenia
 Egz.Nr 1

W y c i ą g
z notatki służbowej z odbytego spotkania z tw „Henryk” z dnia 10.02.1977r.
1.Problematyka Towarzystwa Jezusowego.
– Wśród jezuitów warszawskich nie słyszy się, aby to środowisko inicjowało jakieś szczególne akcje charytatywne, np. zbiórki pieniężne na rzecz KOR-u. To samo odnosi się do zbierania podpisów pod petycjami politycznymi do władz.
– Natomiast kilka dni temu dowiedział się od ks.Perza, że w Kaliszu rektor tamtejszego kościoła jezuickie-go ks.Stefan Miecznikowski ogłosił zbiórkę na KOR i zebrano na tacę około 40 tys.zł. Ks.Perz nie ujawnił kiedy miał miejsce ten fakt. Tw nie przypuszcza, aby mogło zaistnieć coś podobnego w parafiach warszawskich jezuitów, gdyż miejscowi jezuici są zbyt ostrożni, a prowincjał Koczwara najprawdopodobniej by do tego nie dopuścił.[…].  
Za zgodność: [podpis nieczytelny]

***
/Źródło: – AIPN Ld_537_104 /karta:112 /.

/Źródło: – AIPN BU_0_40_608_277/ karta:1.Kalisz, dnia 17 lutego 1977r. T a j n e. Egz. Nr  1.  /.

NOTATKA 
dot. politycznie szkodliwej działalności ks. Stefana MIECZNIKOWSKIEGO
Ks. Stefan MIECZNIKOWSKI s.Stefana i Leokadii zd.Prusak, ur. […]1921 r. w Warszawie,
narodowości i obywatelstwo polskie,
pochodzenie robotnicze,  
wykształcenie: dr teologii, Rektor Zakonu OO Jezuitów w Kaliszu, zam. Kalisz, ul.23 Stycznia nr 2 a.

Z posiadanych materiałów operacyjnych znajdujących się w TEOK Nr12190 prowadzonej na wymienionego wynika, że O.Stefan MIECZNIKOWSKI już od 1945 roku przejawiał politycznie szkodliwą działalność.
– W latach 1945 – 48 wrogo występował przeciwko ZSRR i sojuszowi Polski z ZSRR;
– W latach 1949 – 50 podczas studiów teologicznych w Krakowie prowadził aktywną negatywną działalność na odcinku młodzieżowym i akademickim:
– W latach 1950 – 63 jego negatywna działalność charakteryzowała się kazaniami o wrogich treściach, dotyczących laicyzacji życia społecznego i dopuszczalności przerywania ciąży; 
– W latach 1964 – 66 na organizowanych konferencjach dla inteligencji oraz w wygłaszanych kazaniach podkreślał, rzekome ograniczanie swobód obywatelskich i ograniczanie praw kościoła w działalności duszpastersko-religijnej. W 1965 r. nie brał udziału w wyborach do Sejmu i Rad Narodowych.

karta: 1/verte:
Wpływał również na pozostałych zakonników,  by również nie brali udziału w głosowaniu:
– W latach 1966 – 70 jako duszpasterz akademicki w Łodzi przejawiał aktywną działalność w pracy z młodzieżą. Popierał „Orędzie biskupów polskich“.
–  Od 1971 r. pełni funkcję Rektora Zakonu OO Jezuitów w Kaliszu. Działalność jego na terenie Kalisza jest kontynuacją negatywnej postawy, W 1972 i 1976 r. nie wziął udziału w głosowaniu do Sejmu i Rad Narodowych;
–  W dniu 5.12.1976 r. zainicjował akcję zbiórki pieniężnej dla rodzin robotników Ursusa i Radomia w wyniku której zebrał kwotę około 100 tysięcy złotych, którą osobiście przekazał grupie „Gracze“;
–  W dniu 13.02.1977 r. podczas nabożeństwa o godz. 11,30 rozpoczął cykl kazań na tematy społeczne. Stenogram kazania w załączeniu.
Wyk. w 2 egz.egz. 1                                                Stempel: Z-ca NACZELNIKA WYDZIAŁU IV 
 –  Dep. IV MSW. Egz. 2                                                                     KWMO w KALISZU
 –  a/a WK/TS,1.dz.m.59.                                                  Kpt. Wacław Kloska [podpis nieczytelny].

***
Archiwum Państwowe / Łódź/1978r.                         
/Źródło:- Archiwum Państwowe w Łodzi. 1/110/ karta:20.
[Stempel:] URZĄD WOJEWÓDZKI 62-800. Wydział do Spraw Wyznań 0601283 Nr Wz.I.6822/78/78. [Adnotacja:] Tow.B.Stępiński.
[Stempel:] Poufne [podpis nieczytelny] Kalisz, dnia..20 grudnia..1978r. Urząd Wojewódzki Wydział do Spraw Wyznań w…ŁODZI……./.              
W odpowiedzi na pismo z dnia …4.12.1978r.. Nr ..Wz.I.560b/78…Wydział do Spraw Wyznań Urzędu Wojewódzkiego w Kaliszu w załączeniu przesyła akta osobowe ks. zakonnika Stefana Miecznikowskiego.
Wyk. w 2 egz. 
Egz. nr 1 –adresat                                                                             [Stempel:] Wicedyrektor Wydziału
Egz. nr 2 – a/a                                                                                           mgr Kazimierz Siemianowicz
U.W.K. 317/78/98-150                                                                                            [podpis nieczytelny] 
– „SB“/Kalisz/1978r.

/Źródło:- AIPN BU_0_40_608_277/karta:7./
[Stempel z godłem:] KOMENDA WOJEWÓDZKA MILICJI OBYWATELSKIEJ w Kaliszu.  Kalisz, dnia 4 stycznia 1978 r. TAJNE SPEC. ZNACZENIA. 12 l.dz.JK-007/78. egz.Nr 1. DYREKTOR DEPARTAMENTU W WARSZAWIE IV. MINISTERSTWA SPRAW WEWNĘTRZNYCH. GEN. BRYG.K.[Konrad]STRASZEWSKI /Dopisek: Tow.Turlej, Tow.Ostapiński. Proszę o rozmowę [podpis nieczytelny] 5.1.78.

–  Uprzejmie informuję, że w niedzielę dnia 1 stycznia br o godz. 9,00 rektor klasztoru OO Jezuitów w Kaliszu ks.Stefan MIECZNIKOWSKI w miejscowym kościele odczytał z ambony Komunikat ze 161 Konferencji Plenarnej Episkopatu Polski, a ponadto jego treść skomentował w sposób obszerny.
W załączeniu przesyłam stenogram jego wystąpienia. Frekwencja w tym czasie wynosiła około 500 osób. Biorąc pod uwagę wyjątkowo negatywną i szkodliwą politycznie działalność ks. S.MIECZNIKOWSKIEGO na terenie Kalisza, jeszcze raz uprzejmie proszę o podjęcie odpowiednich działań przez Departament IV w celu usunięcia wspomnianego księdza z placówki kaliskiej.
 Nadmieniam, że stanowisko takie reprezentuje również I Sekretarz KW PZPR w Kaliszu tow.Jerzy KUSIAK.
Zał.1/11.                                                               Z-ca KOMENDANTA WOJEWÓDZKIEGO MO
Wyk. w 2 egz. egz.1                                                                ds. Służby Bezpieczeństwa w Kaliszu.   
                                                                                              płk Józef Skoczek [podpis nieczytelny]                                                                      

/Źródło:- AIPN BU_0_40_608_277/ karta:8. Dopisano: JK-026/78. Kalisz, dnia 8 stycznia 1978r / .
[Stempel z godłem:] KOMENDA WOJEWÓDZKA MILICJI OBYWATELSKIEJ w Kaliszu.12 L.dz. ….

STENOGRAM z kazania wygłoszonego w dniu 8.01.1978 r. o godz. 9,00 w kościele OO Jezuitów w Kaliszu, przez rektora zakonu O.Stefana MIECZNIKOWSKIEGO.  O.S.MIECZNIKOWSKI czytając list na uroczystość Świętej Rodziny /30.12.77r,/ p.t. „Biskupi polscy wzywają do obrony życia w rodzinach“, opatrzył poszczególne fragmenty następującymi komentarzami:

1/ Czytając o utrwaleniu się w Polsce modelu rodziny o jednym lub dwojgu dzieciach, który to model musi doprowadzić do katastrofy ludnościowej, stwierdził, cyt: „Moi drodzy są to dane statystyczne i są to przewidywania opierające się na prawach socjologii, prawach naukowo stwierdzonych. Ostatnio mieliśmy w naszej prasie na ten temat cały szereg artykułów. Oczywiście do tych zagadnień jedni się ustosunkują poważnie a inni zanadto beztrosko. Mamy obowiązek jako świadoma część ustosunkowa się do tego cośmy powiedzieli “.
2/ Dlaczego występuje zjawisko niechcenia większej ilości dzieci, a ludzie wikłają się w praktykach, które niszczą ich miłość i jedność?
Rozmawiałem już kilkakrotnie z moimi wychowankami, z młodymi małżonkami, które mówiły, że na izbach chorobowych i oddziałach ginekologicznych rozmowy między kobietami są przerażające, są tak kompromitujące ich pozycje matki polki i chrześcijanki, że serce się kraje. Nawet wypowiedzi tych matek, które mają za chwilę urodzić albo co dopiero urodziły dziecko, nieraz są tak cyniczne w sprawozdaniu z tego, ile już przedtem dzieci zamordowały, że robi to przygnębiające wrażenie “;
3/ Komentarz do słów, cyt. „Nie zbudują Polski ludzie splamieni hańbą dzieciobójstwa, na których ciąży wołająca o pomstę do nieba krzywda bezbronnych“. Trzeba przypomnieć, że ten głos Episkopatu

karta:9
kieruje się do narodu od wielu, wielu lat i ten głos był podnoszony w społeczeństwie, kiedy zaczęła się dyskusja nad wielodzietnością rodziny i podnoszony był wtedy, gdy przechodziła ustawa o warunkach przerywania ciąży. Episkopat pełni do końca obowiązek wobec narodu i wobec sumienia i spełni ten obowiązek społeczeństwu, ale kościół nie będzie miał odpowiedzialności za to, co się z naszym społeczeństwem za 50 lat stanie;
4/ Czytając o dramatycznym położeniu, w które wepchnęło nasz naród ciągłe łamanie bożych praw – zwracamy się do wszystkich ludzi dobrej woli o solidarne współdziałanie w ratowaniu zagrożonej Ojczyzny, stwierdził:- „Moi drodzy, wszystkie te apele nie docierają do tych, którym są najbardziej potrzebne, bo najczęściej choć nie wyłącznie są to ludzie, którzy do kościoła nie uczęszczają. I wiemy, jak stawia nas organizowanie pozytywne opinii publicznej w Polsce. Wiemy, jak dużo może zdziałać rodzina zdrowa, wielodzietna, szczęśliwa i przykładna. I tylko w ten sposób możemy spodziewać się jakiegoś zwrotu w tej katastrofalnej opinii publicznej, że znajdą się ludzie odważni, wielkoduszni, znajdą się ludzie dumni z tego, że są chrześcijanami i Polakami i oni doprowadzą do otrzeźwienia szaloną opinię publiczną“;
5/ Wygłaszając następujący fragment listu cyt.- “Odrzućmy zgubny model małodzietnej rodziny, niezapewniającej narodowi polskiemu dalszego rozwoju. Przestańmy bezmyślnie powtarzać, że wielodzietność jest oznaką ciemnoty i zacofania“, stwierdził: cyt.- “A tak często słyszy się kiedy idzie matka mająca troje lub czworo dzieci, śmieją się, zacofana, nic nie rozumie. Niech Bóg nam da więcej takich zacofanych matek i niech im błogosławi tak, żeby pokazał ludziom naocznie, że kto ufa w Opatrzność Bożą, ten nigdy nie zostanie zawiedziony, a kto ufa tylko w siebie i swój ludzki pomysł, ten będzie ponosił dotkliwą karę na starość“;

karta:10
6/ Do słów cyt. – „Nie pozwólmy żeby w naszym kraju były mordowane poczęte dzieci. Przestańmy okrutną zbrodnię i najokrutniejszy gwałt nazywać zabiegiem“. Wygłosił komentarz: cyt. „To jest morderstwo i pozostanie morderstwem i żadna legalizacja tego nie potrafi zmienić. Dziecko, które się usuwa, dziecko, któremu się życie odbiera jest dzieckiem zamordowanym i obciąża sumienie matki i tych, którzy w tym morderstwie uczestniczą, lekarzy, pielęgniarki i wszystkich innych“;
7/ Ostatni komentarz odnosi się do fragmentu listu wzywającego do współodpowiedzialności za naród, do obrony życia ludzkiego: cyt.“ Trzeba podkreślić to, co w tej chwili jest najważniejsze, musimy my chrześcijanie stwarzać nową opinię publiczną wokół tego zagadnienia, musimy rozbić tę opinię publiczną zdegenerowaną, która się wytworzyła. Musimy to rozbić i przez rozmowy i przez przykład i przez akcję społeczną zorganizowaną i przez indywidualne wysiłki. Jeżeli kiedykolwiek spotkamy się z opinią, z wyrazem poglądu na te tematy niewłaściwym i nieodpowiedzialnym, mamy obowiązek protestować w imię chrześcijańskiego sumienia i obywatelskiego obowiązku“.-
                           Za zgodność: Mł.Inspektor Wydz. IV. Sierż.
                                   R.Marciniak [podpis nieczytelny]

-TW „Szary“/Łódź/1980r.
 /Źródło: – AIPN Ld_00_40_558_2 /karta:311. Łódź, dnia 11 stycznia 1980r.
Ps. „Szary“. Przyjął: por.T.Walczak. Miejsce: LK „Wilga“. Data: 11.01.80r  godz. 8- 10/.
T a j n e  egz. Nr 1./

INFORMACJA  OPERACYJNA

Spisana ze słów  ps. „Szary“. W czasie spotkania  przekazał mi następujące informacje:
W dniu 10 bm. około godz. 20, w pomieszczeniach DA [Duszpasterstwa Akademickiego], przy kościele Jezuitów w Łodzi rozpoczęło się kolejne spotkanie, na którym wskutek nie przybycia red. B.Cywińskiego, odczytał referat ks.Stefan Miecznikowski, na temat: „Wychowanie moralne młodzieży akademickiej w obliczu polskiej rzeczywistości publicznej“.
W spotkaniu uczestniczyło przeszło 200 osób, w tym duża grupa młodzieży akademickiej i licealnej.
Ze znanych  osób byli obecni: Z.[bigniew] Sekulski, K.[arol] Głogowski, A.[ndrzej] Woźnicki, J.[ózef] Śreniowski, M.[arek] Chwalewski, W.[ładysław] Barański, Z.[enia] Łukasiewicz, T.[adeusz] Kowalczyk Z.Zdunowski, E.[dmund] Gaś, M.[irosław] Michalik, B.Włodarski, J.Przybył, M[irosław] Kimnes. W swoim wystąpieniu ks.S.Miecznikowski stwierdził, że sytuacja społeczna w płaszczyźnie moralnej jest tragiczna. Młodzież kończąc studia wchodzi w życie publiczne, które jest skorumpowane i zdecydowanie amoralne. Ażeby wyjaśnić przyczyny, dla których warto zajmować się tą problematyką i wyjaśnić jej przyczyny, należy cofnąć się do lat wojny, a właściwie do momentu jej zakończenia. Ideologia wprowadzenia siłą po II wojnie światowej, była obca większości społeczeństwa. Aby możliwe było funkcjonowanie państwa, opartego na tej ideologii i należało naród uprzedmiotowić czyli odebrać podmiotowość. Proces odbierania podmiotowości przebiega w trzech płaszczyznach:

karta:312
1. Likwidacja struktur samodzielnego życia publicznego. Dokonano tego stosując trzy mechanizmy:
– likwidacja parafii i prasy opozycyjnej,
– likwidacja niezależnego ruchu katolickiego przez jego: przejęcie;
– przy pozorach samodzielności całkowite podporządkowanie istniejących struktur /np. związki zawodowe, młodzieżowe/
Proces ten przeprowadzono różnymi metodami np. przez pozorne wybory. Likwidacja samodzielnego autentycznego życia publicznego z narodu i państwa, stało się obce społeczeństwu i narodowi.
1. Walka o świadomość „Państwo zastosowało dwa mechanizmy“:
– indoktrynacja przez zmonopolizowanie szkołę, pracę, prasę itp.
– redukcja innych wpływów ideowych.
Różne były nasilenia walki o świadomość w różnych zakresach istnienia państwa. Obecnie celem jest uspokojenie ideologiczne. Składa się społeczeństwu ofertę dobrobytu, prowadzenia ekonomicznego za cenę wyrzeczenia się podmiotowości przez jednostki. Prasa istniejąca oczywiście oszukuje, czego dowód mieliśmy ostatnio: podano, że przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie odbyły się jakieś ekscesy, za które winnych skazano na 3 miesiące aresztu. My przecież wiemy, jak tam naprawdę było.
Kościół ma możliwość przeciwstawienia się totalitarnym zapędom państwa, dążącego do uprzedmiotowienia człowieka. Kościół nie może opuścić człowieka, szczególnie jeżeli jest to człowiek młody wchodzący w życie. Młodzież akademicka, przyszła inteligencja jest przedmiotem szczególnej troski Kościoła, który zrobi wszystko co w jego mocy, aby uchronić młodzież przed wpływami państwowego aparatu demoralizacji. Walka o świadomość jest najkrócej mówiąc walką o prawdę o człowieku, Bogu i świecie. Prawda to, wolność faktyczna, a nie fikcyjna. Poskromienie prawdy to zniewolenie. Efektem ostatecznym oddziaływań państwa jest totalna i powszechna redukcja zmysłu społecznego – paradoksalnie w społeczeństwie socjalistycznym. Jednocześnie wytwarza się próżnia ideologiczna, której towarzyszy negatywizm wobec wszystkiego d[c]o  cz[dz]ieje się w kraju.
2.  Walka o zachowanie się ludzi. Sterowanie zachowaniem publicznym jednostek jest prowadzone przez stosowanie dwóch mechanizmów:

karta:313
– oportunizm z zastraszenia,
– oportunizm – kariera.
Ze smutkiem stwierdzić trzeba, że zastraszenie polityczne jest potrzebne, jeśli chodzi o karierowiczostwo, to motorem takiego postępowania ludzi są przede wszystkim względy ekonomiczne. W końcowym efekcie stosowanie obu rodzajów oportunizmu doprowadza do tego, że przedmiotem politycznej reglamentacji są po prostu prawa człowieka. Uruchomienie oportunizmu jest prawdopodobnie największą krzywdą moralną wyrządzoną narodowi. Powstał przedziwny twór, który znany jest pod imieniem Nikodema. Jest to praktyka polegająca na ukrywaniu prawdziwych przekonań i ogłoszeniu takich, jakie są korzystne z punktu widzenia interesów partykularnych. Zachowanie publiczne człowieka, nie jest poza dobrem i złem. Kościół uważa, że zachowania te są także przedmiotem oceny moralności chrześcijańskiej. Jakie są siły oporu przeciwko szerzącej się destrukcji? Takie siły istnieją. Nigdy żadna walka nie zakończyła się pełnym zwycięstwem władzy. Siłą najwyższą jest Kościół Polski z ks.Prymasem na czele. Kościół wie o tym, że z pokolenia obecnych absolwentów szkół i uczelni rekrutować się będzie przyszła opozycja wobec postępującego zdemoralizowania. Całość jego referatu podana była w tonie napastliwym przy jednoczesnym wielokrotnym powtarzaniu deklaracji, że Kościół nie zajmuje się polityką. Jednak, może tę politykę oceniać w kategoriach moralnych. Referent stwierdził na zakończenie, że wszystko co powiedział jest efektem jego przemyśleń i bierze za to pełną odpowiedzialność. W dyskusji jako pierwszy zabrał głos K.[arol] Głogowski, który wskutek braku słyszalności podszedł do mównicy i mówił do mikrofonu. W swoim wystąpieniu stwierdził, że wolność nie jest rzeczą tanią. Jest to luksus.  O wolność należy walczyć i zdobywać ją. Jednak sytuacja w Polsce jest praktycznie smutna, bo kiedy naro[d]ziła się idea przedstawienia Prymasa Wyszyńskiego do pokojowej nagrody Nobla, to nie poparli jej wszyscy duchowni. Nie poparło tej idei także społeczeństwo. Tutaj nie było się czego bać. Wszyscy młodzi inteligentni ludzie, winni przeczytać książkę H.[einricha] Manna „Poddany“ i wyciągnąć odpowiednie wnioski na przyszłość. Na zakończenie mówca stwierdził, że jest zachwycony treścią referatu ks.Miecznikowskiego i nadmienił, że właściwie pierwszy raz spotkał się z tak otwartym i rzeczowym wystąpieniem prelegenta, zwłaszcza duchownego. Głogowski podziękował prelegentowi za przygotowanie i odczytanie referatu […].

karta:315 
[…]. Następnie ks.Miecznikowski zakończył spotkanie, przy czym jeszcze raz ironicznym tonem stwierdził:- „mam nadzieję, że nieobecność Cywińskiego jest udziałem przypadku“…„może go zamknęli“. Prelegent zaprosił zebranych na kolejne spotkanie na czwartek w przyszłym tygodniu.

karta:316
[…]. Przedsięwzięcia: Informację wykorzystać w sprawach o figurantach, [o] których mowa w informacji oraz do meldunków.
Rozdzielnik.[dopisek odręczny] Egz.1 – teczka  Egz.2 – sprawa Żaczek. Egz.3- sprawa Fizyk.Egz.4 – sprawa Twórca. Egz.5 – sprawa „Teolog“. por T.Walczak [podpis nieczytelny].    
UWAGA: – Relację z tego spotkania, zdał także drugi „Technik“./Źródło:-AIPN Ld_00_82_51 /karta: 19/. Relacja spisana odręcznie/
– „SB“/Łódź/1980r.

/Źródło:- AIPN BU_0_40_608_277/ karta:11. Łódź, dnia 9.02.1980r. T A J N E. egz. Nr 1/.

C H A R A K T E R Y S T Y K A 
materiałów operacyjnych dotyczących
Ks. dr Stefan Antoni MIECZNIKOWSKI
s.Stefana i Leokadii z d. Prusak
ur.[…]1921 w Warszawie, pochodzenie społeczne – robotnicze, narodowość i obywatelstwo – polskie, wykształcenie świeckie – Liceum Ogólnokształcące w Starej Wsi, duchowne – Wyższe Seminarium Duchowne w Starej Wsi i Krakowie, Uniwersytet Gregorianum  w Rzymie – doktor ascezy i mistyki.
 I.  Dotychczasowy przebieg pracy duszpasterskiej i pobyt w Zakonie.
 Wymieniony do zakonu oo.Jezuitów wstąpił w 1940r, w którym do (19)42 r przebywał jako nowicjusz w Starej Wsi. W latach 1942-46 kontynuował studia filozoficzne w Nowym Sączu, a następnie w latach 46-50 w Starej Wsi i Krakowie. Święcenia kapłańskie uzyskuje w 1950r po/czym zostaje skierowany do pracy duszpasterskiej w klasztorze oo Jezuitów w Kaliszu na stanowisko prefekta. W latach 1952-53 kontynuuje studia zakonne tzw.III Probacji w Czechowicach Dziedzicach. W latach 1953-57 pełni funkcję duszpasterza akademickiego w Domu Zakonnym oo. Jezuitów w Lublinie. W 1957r zostaje skierowany do Papieskiego Uniwersytetu Gregorianum w Rzymie, gdzie w 1959r uzyskuje tytuł dr. ascezy i mistyki. Po powrocie do kraju pełni funkcję magistra nowicjatu w Kaliszu.

karta:12
Od lutego 1966r do sierpnia 1967r pełni funkcję prefekta Wyższego Seminarium Duchownego w Warszawie. W sierpniu tegoż roku zostaje przeniesiony na teren Łodzi na stanowisko duszpasterza akademickiego w parafii Najśw. Imienia Jezus przy ul.Sienkiewicza 60, które pełni do października 1970r.
W latach 1970-78 przebywa na terenie Kalisza, gdzie kolejno pełni funkcje magistra nowicjatu, a następnie Rektora Domu Zakonnego. Od października 1978r ponownie przeniesiony na teren Łodzi na stanowisko duszpasterza [a]kademickiego, który z dniem 01.10.1[9]79r przekazuje koledze – o.J[ózefowi] Kozłowskiemu, a sam podejmuje działalność duszpasterską z wyselekcjonowaną grupą inteligencji katolickiej, skupioną wokół oo. Jezuitów pełniąc ją do chwili obecnej.
II. Charakterystyka dotychczasowej postawy i działalności polityczno – społecznej.
Ks.Stefan Miecznikowski w latach 1945-48 z polecenia Prowincjała prowadził działalność w Związku Harcerstwa Polskiego na terenie Nowego Sącza i Brzozowa, pełniąc funkcję zastępcy hufcowego. W ramach swej działalności organizował obozy, wycieczki, półkolonie obsadzając jednocześnie tę organizację elementami klerykalnymi, wrogo nastawionymi do aktualnej rzeczywistości. W tym czasie był rozpracowany w ramach sprawy „Scholastyk“ nr.rej. 872. W latach 1949-50 podczas studiów teologicznych w Krakowie w dalszym ciągu prowadził wrogą działalność na odcinku młodzieżowym występując przeciwko ustrojowi socjalistycznemu. Kontynuuje ją w latach 1953-57, będąc duszpasterzem akademickim w Lublinie. Jest jednym z założycieli Towarzystwa Przyjaciół Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W 1960r podejmuje walkę z laicyzacją i ustawą o dopuszczalności usuwania ciąży, występuje przeciwko rodzinom nieposiadającym ślubu kościelnego oraz nie posyłającym dzieci na lekcje religii. Rozpoczyna publiczne wystąpienia z ambony atakując istniejące zasady ustrojowe, prowadzi rekolekcje dla młodzieży, a także specjalne konferencje dla inteligencji katolickiej. Nie zmienia swych przekonań w latach późniejszych, będąc magistrem nowicjatu. Nowicjuszy wychowuje w duchu nienawiści do panującego w kraju ustroju oraz przyjaźni Polski ze Związkiem Radzieckim i innymi krajami socjalistycznymi.

karta:13
Staje się przesadnie podejrzliwy – przeprowadza własne testy i eksperymenty mające na celu wykrycie współpracowników SB w jego otoczeniu. Jest bezwzględnie oddany i posłuszny zakonowi. Jednocześnie zdobywa opinie świetnego rekolekcjonisty w związku z czym dość często podróżuje po całym kraju. 
 W 1967r o.Miecznikowski zostaje przeniesiony na stanowisko duszpasterza akademickiego w ośrodku oo jezuitów w Łodzi, przejmując ten ośrodek od o.Wiktora Granatowskiego. Ośrodek został dobrze zorganizowany z dość liczną grupą aktywu akademickiego, spośród którego na uwagę zasługują:- Janusz Lenic, Stefan i Marek Niesiołowscy, Wojciech Majda, Ewa Jażdżewska, Halina Kocik, Krystyna De Corde i inni. Po krótkim okresie działalności z tego składu wyizolowała się grupa nastawiona na działalność o charakterze polityczno-społecznym. Z uwagi na charakter i formy pracy jakie próbował narzucić o.Miecznikowski, grupa ta w składzie: bracia Niesiołowscy, Kocik i Majda, De Corde i inni, ograniczyli swój kontakt z ośrodkiem tylko do ciekawszych spotkań /np. do tzw. wieczorków poniedziałkowych na które o.Miecznikowski zapraszał m.in. red.Cywińskiego i Wielowiejskiego/, zacieśniając jednocześnie swój kontakt z o.Hubertem Czumą – byłym duszpasterzem akademickim w Łodzi. Kontakty te miały na celu kontynuowanie koleżeńskich i duszpasterskich spotkań. Od 1968r zostają przeniesione na teren Lublina do domu rodzinnego Czumy. Organizowane są w różnych formach  /sylwester, imieniny Czumy, obozy, zimowiska /i nie ograniczają się tylko do treści religijnych, ale wprost przeciwnie – coraz bar-dziej zaczynają dominować w nich akcenty społeczno-polityczne. W tej sytuacji o.Miecznikowski nie zrywając kontaktów z grupą tzw. „zaczumionych“ organizuje od podstaw grupę młodego aktywu akademickiego, która ściśle współpracuje z grupą o.Czumy. Z członków obydwu tych grup w latach później-szych na terenie Łodzi powstaje grupa nielegalnej organizacji pod nazwą „Ruch“. Grupa ta posiada ciche poparcie o.Miecznikowskiego, który staje się niejako jej przywódcą duchowym. Z chwilą likwidacji tej organizacji w 1970r o.Miecznikowski w obawie przed kompromitacją i wyjściem na jaw jego działalności politycznej, zostaje przeniesiony do Kalisza z uzasadnieniem:- „bowiem nowicjat został uznany za najważniejszy odcinek działalności zakonu, z uwagi na brak powołań i niższy poziom nowicjuszy wymagający wzmożonej pracy dydaktyczno-wychowawczej“ – ps.„Ernest“.

karta:14
 W nowym miejscu pracy kontynuje s[w]ą działalność społeczno-polityczną. Głosi kazania o treściach społeczno-politycznych, żąda prawa do „swobodnego wyznawiania wiary“, które to prawo jego zdaniem, jest w Polsce ograniczone. W 1976r jest organizatorem zbiórki pieniężnej dla rodzin robotników Ursusa     i Radomia, które następnie przekazuje grupie rozpracowywanej przez tut. Wydział III w ramach sprawy krypt.„Gracze“. Następcą o.Miecznikowskiego na stanowisku duszpasterza akademickiego w Łodzi zostaje o.[Tadeusz]Sierpiński. Zastaje ośrodek w części zdezorganizowany – jego czołowy aktyw znaj-duje się w izolacji. Odbywają się jednak spotkania w grupach tematycznych. Z czasem ośrodek ten się reaktywuje. Organizowane są spotkania, [w] których uczestniczą studenci starszych lat studiów i część „starego aktywu Miecznikowskiego“ powiązana z członkami Ruchu, pozostającymi w izolacji.
Środowisko to aktywizuje się z chwilą wyjścia z izolacji Marka Niesiołowskiego. Tworzy się grupa inteligencji katolickiej i studentów starszych lat studiów. Jednocześnie następuje zacieśnienie wzajemnych kontaktów, wstępowanie części aktywu do warszawskiego oddziału KIK. Marek Niesiołowski podejmuje akcję konsolidacji tego środowiska wokół ośrodka duszpasterstwa. Jednak działania operacyjne podjęte przez tut. Wydział IV za pośrednictwem ps. „Psycholog“ i innych źródeł, tkwiących w środowisku oo Jezuitów, powoduje wyparcie tej politykierskiej grupy z terenu ośrodka DA.[Duszpasterstwa Akademickiego]. Rok 1976 i wypadki w Radomiu i Ursusie powodują powstanie Komitetu Obrony Robotników w skład którego weszły w/wym. już osoby, a z którego potem wyłonił się Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Jednak grupa ta, nadal nie posiada duchowego przywódcy jakim w latach 1967-70 był o.Miecznikowski. W związku z powyższym Miecznikowski, coraz częściej jest zapraszany do Łodzi na prelekcje i rekolekcje wielkopostne. Spotkania o.Miecznikowskiego z politykierską częścią aktywu duszpasterskiego, odbywają się na gruncie neutralnym, gdyż o.Sierpiński, pomny doświadczeń swego poprzednika oraz w wyniku oddziaływań operacyjnych nie chce mieć do czynienia z polityką na terenie ośrodka DA. Z tej też racji, spotyka się z zarzutami zarówno ze strony przełożonych jak i aktywu inteligencji katolickiej o zaniedbywanie obowiązków służbowych i pracy duszpasterskiej.

 karta:15
W konsekwencji w początkach września 1978r, zostaje w trybie natychmiastowym przeniesiony do Torunia, na jego miejsce duszpasterzem akademickim zostaje mianowany o.Miecznikowski. Sądzić należy, że odejście z Łodzi o.Sierpińskiego inspirowane było bezpośrednio przez o.Miecznikowskiego, braci Niesiołowskich i rodzinę Czumów, chociaż brak potwierdzających ten fakt materiałów. Za taką sugestią jednak przemawia fakt nagłego i niespodziewanego przenesienia o.Sierpińskiego do Torunia przez ówczesnego Prowincjała o.[Tadeusza] Koczwarę. Z chwilą ponownego przyjścia do Łodzi w 1978r, o.Miecznikowski zmienił taktykę działania – zajął stanowisko wyczekujące. W środowisku aktywu i kleru łódzkiego głosił tezę, że w chwili obecnej Kościół nie może pozwolić sobie na otwartą akcję protestacyjną, bądź politykierską. Powinien podjąć działania w ramach istniejących gwarancji konstytucyjnych, odpowiednio oddziaływać na społeczeństwo w duchu katolicyzmu, umacniać swoją pozycję w społeczeństwie tak długo, aż zaistnieją odpowiednie warunki do zmiany taktyki działania. Ponieważ – zdaniem o.Miecznikowskiego – w najbliższym okresie nie zanosi się na zasadnicze zmiany społeczne i ustrojowe Kościół może tylko stopniowo odzyskiwać swój prestiż i należną mu pocyjnę [pozycję]. Wymaga to od Kościoła i ludzi z nim związanych, dużej rozwagi działania a także często przewartościowania swoich pojęć. Mimo, że o.Miecznikowski deklarował się za pracą duszpasterską w ramach gwarancji konstytucyjnych, to jednak fakty jego działalności świadczą o czym innym. Już w dniu 08.10.78r tj. w chwili przejścia do Łodzi, przemawiając do zebranej ok.100 osobowej grupy aktywu duszpasterskiego, inteligencji katolickiej i młodzieży akademickiej stwierdził: „mam nadzieję, że duszpasterstwo nasze znowu powróci do swej dawnej świetności, jak to było za moje[j] pierwszej kadencji“.
O.Miecznikowski stosunkowo szybko nawiązał kontakty z tutejszą Kurią Biskupią, czego dowodem jest obecność Ordynariusza Biskupa Józefa Rozwadowskiego na uroczystości opłatkowej w ośrodku oo.Jezuitów w dniu 17.12.78r, czego Rozwadowski dotychczas nie stosował. Podjął się też zorganizowania w okresie świąt oraz zimowej przerwy semestralnej obozów w Zakopanem dla młodzieży, przychodzącej do ośrodka.

karta:16
W dniu 28.01.79r w ośrodku DA, kierowanym przez o.Miecznikowskiego, podpisywany[a] była petycja kierowana do Przewodniczącego Rady Państwa prof.Jabłońskiego w sprawie uwolnienia ż[rz]ekomo niesłusznie skazanego Kazimierza Świtonia. W trakcie podpisywania tej petycji o.Miecznikowski opuścił zebranie, udając się do swojego pomieszczenia i stwarzając tym samym pozory, że podpisy zbierane są bez jego wiedzy. W dniu 31.01.79r, podczas kolejnego spotkania w DA, zwrócił się z apelem do kilkuosobowej grupy aktywu, stwierdzając: „my chrześcijanie powinniśmy mieć wpływ na wszystko co nas otacza, na ludzi pracujących z nami na różnych stanowiskach bez względu na to, jakiej są przynależności“. Od połowy lutego, na terenie ośrodka podejmuje tematykę praw człowieka w oparciu o posiadane referaty warszawskiego KIK-u, które głosili prelegenci z[s]poza Łodzi, bądź też osobiście sam Miecznikowski. Równocześnie inspiruje przyjazd do Łodzi bp.[Ignacego] Tokarczuka i o.[Huberta] Czumy na rekolekcje wielkopostne. Bp.Tokarczuk zaproszony został przez bpa Rozwadowskiego na wniosek o.Miecznikowskiego. Głównym celem przyjazdu tych rekolekcjonistów do Łodzi, była mobilizacja tut. społeczeństwa na rzecz budownictwa sakralnego. Wybór parafii oo Jezuitów nie był przypadkowy – skupia ona największą ilość inteligencji jako jej grupy, której oddziaływanie na środowisko jest najsilniejsze. Obecność o.Czumy na rekolekcjach w Łodzi należy już do tradycji w tut. ośrodku z racji jego powiązań rodzinnych i koleżeńskich ny[a] tym terenie. Z drugiej strony obecność w/w. Rekolekcjonistów, gromadzi na spotkaniach cały aktyw łódzkiej inteligencji katolickiej. Od września 1979r o.Miecznikowski przestaje być duszpasterzem akademickim, przekazując to stanowisko młodszemu kolesz[dz]e – o.[Józefowi] Kozłowskiemu a sam poświęcając się całkowicie pracy grupom inteligencji katolickiej. Niezależnie od powyższego, o.Miecznikowski głosił tezę chęci podjęcia pracy misyjnej na zachodnich terenach Związku Radzieckiego, gdzie przebywał dwukrotnie – w 1978 i 1979 w celach „turystycznych“. Po powrocie z pierwszego wyjazdu, dzieląc się swoimi wrażeniami wśród aktywu inteligencji katolickiej stwierdził, że osobiście nie mógłby pracować w tym kraju z racji panujących tam stosunków społeczno politycznych. Nie mniej jednak, kolejny swój wyjazd do ZSRR potraktował jako dalsze rozpoznanie sytuacji katolików, zamieszkałych na zachodnich terenach Związku Radzieckiego, głównie

karta:17
Lwowa i Wilna, w celu „niesienia pomocy duszpasterskiej“ tamtejszej ludności. Uznał, że ostatnio nastąpiła znaczna liberalizacja stosunków władz Radzieckich do wyznania katolickiego. W związku z powyższym, zaapelował do aktywu duszpasterstwa do składania ofiar, dla katolików radzieckich w postaci książek i wydawnictw o treści religijnej, których wyraźnie jest tam brak. Ofiary te, prosił składać osobiście do niego a on posiadanymi kanałami będzie je przekazywał na teren Związku Radzieckiego.
Tematyka KIK-u na gruncie oo Jezuitów w Łodzi znajduje swoje odbicie również w roku akademickim 1979–80. Zapoczątkowana została prelekcją dotyczącą pierwszej rocznicy pontyfikatu Jana Pawła II. Począwszy od 22.11.79r o.Miecznikowski organizuje w ośrodku oo jezuitów cykl wykładów wyznaniowych w krajach obozu socjalistycznego, które to wykłady zakończone zostały w dniu 31.01.80r. Wybór na prelegenta B.Cywińskiego nie był przypadkowy – decyzja sprowadzenia w/wym. do Łodzi została podjęta po dokładnej analizie oraz z racji dawnych związków Cywińskiego z Miecznikowskim. O osobie prelegenta zdecydowała również zbieżność problematyki jaką Miecznikowski pragnął zaprezentować w tut. środowisku a nad którą aktualnie pracuje Cywiński. Celem o.Miecznikowskiego w ramach 7. tygodniowego cyklu wykładów było skonsolidowanie i zgrupowanie w jednym ośrodku, całej inteligencji łódzkiej oraz wszystkich grup antysocjalistycznych, działających na terenie Łodzi, a mianowicie:
 – ROPCiO z osobami Benedykta Czumy, Marka Niesiołowskiego, Andrzeja Woźnickiego,
 – Frakci[j]a Chrześcijańsko Demokratyczna ze Stefanem Kaczorowskim,
 – Ruch Młodej Polski z założycielem Jackiem Bartyzelem i ideologiem tego Ruchu, Andrzejem Ostoją Owsianym,
 – Ruch Wolnych Demokratów z Karolem Głogowskim,
 – SKS KOR z Józefem Śreniowskim /narodowości żydowskiej/,
 Zamierzony cel o.Miecznikowskiego został zrealizowany o czym świadczy fakt, że w poszczególnych spotkaniach czwartkowych, systematycznie uczestniczyli przedstawiciele w/wym. grup. O ile w początkowej fazie w spotkaniach tych, uczestniczyło ok. 150 osób o tyle w końcowej już ok. 250.

karta:18 
Aktualnie cykl wykładów red.Cywińskiego został zakończony, ale o.Miecznikowski zakłada rozwijanie omawianie[ej] uprzednio problematyki osobiście lub za pośrednictwem zaproszonych prelegentów. Temat planowanego cyklu – „co chcą, lub co mogą zrobić katolicy“. Charakterystyczny jest również fakt, doboru tematów trzydniowych rekolekcji wielkopostnych, które prowadzone będą od Środy Popielcowej, przez dotychczas nie ustalonego prelegenta z Katowic na temat „co to znaczy być chrześcijaninem dzisiaj“.   
Opracował  mł.insp. Wydz. IV.  st.szer. Z.Piwoński
[podpis nieczytelny]

-“SB“/Krypt.“NIEPOPRAWNY“/Łódź/1980r.
/Źródło:- AIPN BU_0_40_608_277/ karta:19. Łódź, 18 lutego 80 r./
[Stempel:] ZASTĘPCA KOMENDANTA WOJEWÓDZKIEGO MILICJI OBYWATELSKIEJ [c.d.nieczytelny]. Nr ewidencyjny 43427. Dnia….19…..r [podpis nieczytelny]. T A J N E./.

 W N I O S E K
o wszczęcie sprawy operacyjnego rozpracowania kryptonim NIEPOPRAWNY  przeciwko
   1.  Miecznikowski Stefan Antoni s.(c.) Stefana i Leokadii  ur. […]1921 r. w  Warszawie.
Zgromadzenia oo Jezuitów Łódź ul.Sienkiewicza 60.Duchowny,  duszpasterz inteligencji katolickiej […] .

karta:20
[…]. PODSTAWA WSZCZĘCIA SPRAWY: o Stefan Miecznikowski jest zakonnikiem o wybitnie wrogiej postawie wobec PRL i całego systemu socjalistycznego. Stanowisko to prezentuje przez cały okres swej działalności duszpasterskiej, tj. od 1945r. Był współtwórcą nielegalnej organizacji pr. „Ruch“, a obecnie uważany jest za duchownego[duchowego] przywódcę antysocjalistycznej grupy ROPCiO w Łodzi. Jego działalność obliczona jest na aktywizację elementów klerykalnych w Polsce i innych krajach socjalistycznych oraz na przeciwstawianie się i negowanie budownictwa socjalistycznego.
CEL ROZPRACOWANIA: Celem rozpracowania jest prawne udokumentowanie dotychczas prezentowanej postawy przez o.Miecznikowskiego oraz kierowanych przez niego środowisk aktywu katolickie-go. Celem ostatecznym operacyjnego rozpracowania figuranta jest jego eliminacja z działalności politycznej na gruncie legalnej płaszczyzny działań duszpasterskich i sprowadzenie go na teren działań typowo religijnych. Ponadto, zakłada się udokumentowanie i rozpracowanie posiadanych przez niego kontaktów i kanałów przerzutowych literatury religijnej na teren Związku Radzieckiego.
[Pieczątka i podpis nieczytelne]

***
/Źródło: AIPN Ld_537_104/karta 115/

___________________________________________

(184) JEZUICKA ars educandi – o.Piotr Jerzy Badura SJ. Prace ofiarowane ks.prof. Ludwikowi Pechnikowi SJ. Wydawnictwo WAM. Księża Jezuici.Kraków 1995/.

Rozdział V

POWOŁANIE OŚRODKA POMOCY UWIĘZIONYM, INTERNOWANYM,
I ICH RODZINOM przy Kościele o.o.Jezuitów w Łodzi.

   „Z temperamentu nie jestem społecznikiem, tylko wychowawcą. Jednak jak na jezuitę przystało, dostrzegam aktualne potrzeby zagrożenia”.
                                                                   /Wypowiedź o. Stefana Miecznikowskiego SJ w 1993r./.

13 grudnia ludzie pod Kościołem są bladzi, przerażeni, zdezorientowani. Wymieniają ułamkowe informacje, z których wynika, że nocne aresztowania miały wyjątkowo szeroki zasięg. Wszyscy zadają sobie jedno dramatyczne pytanie: co to ma znaczyć? Co z tego wyniknie? Krążą niesamowite plotki o wywożeniu uwięzionych w głąb Rosji. Czy polski żołnierz będzie strzelał do robotnika – po tym, czym byliśmy w Sierpniu?Wiadomo jedno: trzeba coś robić i robić to razem. Ratować wiarę w rzeczywistą ludzką solidarność. Na społeczeństwo można liczyć, ludzie spontanicznie dzielą się tym, co mają, znoszą za furtę klasztoru OO.Jezuitów dary, pieniądze, papierosy, żywność, informacje o poszkodowanych. Do ojca przychodzą studenci, emeryci, licealiści – pytają, jak można pomóc.Ten żywioł wymaga organizacji. Po podjęciu decyzji wspomagania represjonowanych, ojciec udaje się na Komendę MO, żeby oficjalnie o tym zawiadomić „władzę“. „To księdza obowiązek! – słyszy z ust oficera.(185)

***
Dziełem wieńczącym uwrażliwienie społeczne i oddanie Ojczyźnie o. Stefana Miecznikowskiego SJ, było powołanie tej niezapomnianej grudniowej niedzieli (dnia 13.XII.1981r), przyszłego “Ośrodka Pomocy Uwięzionym, Internowanym i ich Rodzinom”, przy kościele o.o.Jezuitów w Łodzi“ [usankcjonowanym specjalnym dekretem przez Ordynariusza łódzkiego – ks.Biskupa Józefa Rozwadowskiego w dniu 18 grudnia 1981r).  A zaraniem jego powstania, była Msza św. o godz.10:00, podczas której wypowiedział te słowa:-… „ Już wszyscy wiemy, jak rząd i partia określiły swój stosunek do narodu. Położony został koniec złudzeniom, że Polak z Polakiem może się dogadać. W aparacie władzy zapadła decyzja sprawowania rządów w sposób, który stosuje okupacja wojskowa w podbitym kraju. Poprzedziły ten fakt hasła „porozumienia narodowego”. Ks. Prymas Józef Glemp powiedział niedawno w Bytomiu, że porozumienie znaczy „po rozumie”, a nie siłą”.
Nie wiemy jeszcze, co oznacza w szczegółach ogłoszony stan wojenny. Znając naszą praktykę polityczną i legislacyjną, łatwo przewidzieć, na jakich drogach naród będzie „ocalony”. Należy przypuszczać, że będzie to: – militaryzacja zakładów pracy – wówczas polecenie służbowe staje się rozkazem; zastąpienie sądownictwa cywilnego przez prokuraturę wojskową i sądy wojskowe;- zakaz odbywania zgromadzeń publicznych:- zawieszenie ustawy o cenzurze. Należy się też liczyć z zakazem wydawania pism;- odłożenie wyborów do rad narodowych: ograniczenie w ruchu międzynarodowym i międzywojewódzkim. Zresztą dowiemy się, zobaczymy.  Jest to zamach na ustrój konstytucyjny i porządek prawny. Jest to przekreślenie umów społecznych z Gdańska, Szczecina i Jastrzębia. Jest to chęć obezwładnienia narodu, który ośmielił się zażądać samorządności i był w tym żądaniu nieustępliwy – po wielu próbach oszukania go i po doprowadzeniu go do ruiny gospodarczej i do progu zniewolenia społecznego.
Wszystkie uzasadnienia, jakie są i będą podawane oficjalnie, trzeba ocenić w kategoriach propagandy, a ona określa się jednym słowem: „Kłamstwo!”. Módlmy się w tej godzinie nawrotu czasów ponurych, polecajmy Bogu naszą ludzką nadzieję. Nikt nam nie jest zdolny odebrać naszej godności, choć tak boleśnie w nią ugodzono. Nikt nie pozbawi nas woli bycia narodem wolnym i samodzielnym. Kościół był zawsze ze społeczeństwem, gdy broniło swoich wych praw i gdy walczyło o ich przywrócenie. One mu się słusznie należą. Teraz też, Kościół nie opuści praw narodu w jego trudnych chwilach..”(186)
Tym samym, dał do zrozumienia, że nie może biernie akceptować bezpodmiotowego traktowania obywatela, i włączy się w taką pomoc, jaka będzie w jego kompetencji i zakresie. Zwłaszcza, że już dotarły do niego pierwsze sygnały o uwięzionych działaczy i sympatyków “Solidarności”, a ich rodziny nie znały miejsc ich odosobnienia – organy Milicji Obywatelskiej o takim fakcie cynicznie zaprzeczały.
Zachowało się kilka zdjęć zrobionych w Ośrodku, a na jednym z nich na białej kartce przylepionej do drzwi, informacja:- Przyjęcia w Sprawie Internowanych i Uwięzionych odbywają się codziennie, oprócz sobót i niedziel od godz.15-ej do 19-tej. A na pozostałych kartkach:- Prosimy o: papier śniadaniowy, celofan, pudła tekturowe, torby plastikowe, sznurki, papierosy i słodycze.
W rzeczywistości Ośrodek działał do godziny milicyjnej (22:00), a w jego początkowym etapie, było podjęcie decyzji o sporządzaniu list uwięzionych członków “Solidarności” [ przy nieocenionej pomocy wolontariuszy – w znacznej części byłych “wychowanków” z Duszpasterstwa Akademickiego, którego o.Miecznikowski był duszpasterzem w latach 1967-1979.], aby już od stycznia 1982r inicjator tego projektu  mógł przejść do kolejnego zakresu działania – wyjazdów do więzień i ośrodków internowania w całej Polsce. Pierwsze i niestety nieudane dotarcie o.Miecznikowskiego za mury więzienne miało miejsce 29 grudnia 1981r [brak zgody Naczelnika więzienia kobiecego w Olszynce Grochowskiej]. Niezrażony niepowodzeniem, dociera następnego dnia [30 grudnia ’81] do więzienia w Sieradzu, aby już 6 stycznia 1982r, wejść za bramę więzięnną w Łęczycy. Nie bał się ryzyka zawrócenia przez posterunki wojskowo-milicyjne i konsekwencji administracyjnych z powodu braku zezwolenia na wyjazdy poza miejsce zamieszkania [określał to dekret stanu wojennego], oraz  z przyczyn zdrowotnych, czy nawet ostrej zimy z temp. -22 C. W Zakładzie Karnym w Łęczycy, odprawił Mszę św. Była to sprzyjająca okoliczność aby ustalić tożsamości Internowanych i przyjęcia od nich grypsów. W celu kolejnych ustaleń personalnych o. Miecznikowski uznał za celowe dotarcie do innych Zakładów Karnych i ośrodków odosobnienia w całej Polsce. Był to ogromny wysiłek, zważywszy na jego warunki fizyczne i wiek [drobna postura, ukończone 60 lat życia]. Jednak te wszystkie niedogodności w podróży z licznymi przesiadkami, wielokilometrowe marszruty, a także niechęć ze strony Naczelników ZK [odmowy wejścia na  teren więzienia], nie zrażały go. Takim trudnym miejscem był ZK Kwidzyń [ok.280 km od Łodzi] i ZK Hrubieszów [ok.450 km od Łodzi], dokąd siedmiokrotnie dotarł w okresie stanu wojennego i nie został wpuszczony. W takich przypadkach, stojąc godzinami pod drugiej stronie drogi lub ulicy, machał uniesioną ręką w stronę zakratowanych okien, w przekonaniu, że któryś z więźniów dostrzeże jego postać w szczelinie blindy i w ten sposób zaświadczy o swojej łączności duchowej z cierpiącymi, co jak się okazało, miało dla wielu uwięzionych ogromne znaczenie psychologiczne. Bywało, że po podróży trwającej dobę, mógł widzieć się z uwięzionymi [ wybranymi  przez Naczelnika ZK], tylko przez 1,5 minuty.    

ORGANIZACJA OŚRODKA.
Dlaczego Ośrodek powstał przy Kościele o.o.Jezuitów?… Bo kojarzył się od 1945 z wolnością słowa, miejscem oporu wobec władzy. Zaczął oczywiście o.Tomasz Rostworowski SJ [Sodalicja Mariańska, a potem jego aresztowanie].  A później ten Ruch „ROPCiO“. A jak powstawała „Solidarność“, były co tydzień w tym Kościele prelekcje z bardzo znanymi ludźmi. Dlatego ludzie tam od razu poszli. No i osobowość o.Miecznikowskiego, który pochodził z rodziny, dla której patriotyzm i walka w obronie Ojczyzny nie były pustymi słowami.(187)

***
Wokół o.Miecznikowskiego było skupione środowisko zróżnicowane, ale dzięki temu, że jego członkowie uznali ideowe przywództwo i autorytet tego zakonnika, podjęte dzieło mogło przynieść szerokie spektrum dobra. O.Stefan Miecznikowski nie byłby wstanie objąć tak szeroką skalę działalności Ośrodka, bez tzw. “prawej ręki”. Była nią w początkowym okresie Jadwiga Twarkowska-Krakowiak a później Barbara Gruchała [-Gruszczyńska]. Nie sposób wymienić wszystkich współpracowników o.Stefana Miecznikowskiego, którzy współpracowali z nim w biurze koordynującym taką pomoc [a było ich ponad 50 osób], w tym również: „łączników“, magazynierów, kierowców, czy osób pukających do drzwi domów rodzin internowanych, aby dostarczyć paczki z żywnością, lekarstwami, środkami czystości, czy też pieniądze. Paczkę należało dostarczyć dyskretnie i taktownie, gdyż z reguły rodziny aresztowanych nie zgłaszały się o taką pomoc sądząc, że zostanie to źle odebrane, albo z obawy o prowokacje ze strony “SB” [miało to miejsce na terenie Łodzi, gdzie najpierw osoba powołująca się na Ośrodek przy Kościele oo.Jezuitów dostarczała paczkę w której zamiast żywności były ulotki i inne materiały debitowe, aby w chwili później mogli wkroczyć funkcjonariusze „SB“ i aresztować odbiorcę, pod zarzutem antypaństwowej działalności].(188)      

***
Ja to wiem z ust Ojca, i również od innych, że jak nastał Stan Wojenny, to przyszli do niego znajomi ci z kręgu  Ojca – i powiedzieli: „Niech się Ojciec ukryje, bo na pewno po Ojca  przyjdą“. Ojciec odpowie-dział, że on nigdzie nie będzie wyjeżdżał, nigdzie nie będzie się  ukrywał.(189)

***                                                
O ile mi wiadomo, od 13 grudnia Ojciec sam przyjmował interesantów. Dopiero po Nowym Roku, dyżury objęły różne osoby, ponieważ Ojciec często był zajęty wyjazdami i rozwijającą się pracą Ośrodka, poza terenem jego działania.
Od 28.12.1981r przez kilka dni, byłam „przy furcie“. Ojciec musiał wyjechać i prosił mnie, abym przyjmowała dla niego informacje od interesantów. Byłam na zwolnieniu lekarskim (25.12.1981 złamałam prawą rękę) i mogłam prośbę Ojca spełnić. Od tego dnia rozpoczęła się moja działalność w Ośrodku i trwała do Wielkanocy. Odeszłam w sposób naturalny z powodu powrotu do pracy poza Łodzią. W pierwszych kilku tygodniach, praca Ośrodka koncentrowała się w domu klasztornym; wykorzystywano rozmównicę do przyjmowania interesantów, a pokój gościnny za furtą, na spotkania zespołu pracującego. Magazyn zlokalizowano w piwnicy oraz w garażu na terenie klasztoru. W styczniu, przeniesiono całość działalności do Duszpasterstwa Akademickiego. Magazyn „żywnościowy“ był pod sceną teatralną, a odzieżowy w sali teatralnej i w razie potrzeby w kaplicy św. Krzysztofa, tuż obok ośrodka akademickiego. Wszystkie te pomieszczenia były przeznaczone na potrzeby doraźne do pracy Ośrodka.(190)

*** 
Dyżury na “furcie” – z uwagi na dużą ilość interesantów – pełniły na zmianę Barbara Kulak-Janowska, Hanna Brzozowska i Jolanta Słobodzian. Udokumentowaniem prowadzonej działalności  zajmowały się: – Stanisława Hejwowska, Ewa Jażdżewska-Goldsteinowa, Maria Wykrota, Maria Bartoszewska oraz Krystyna Jachowicz-Kociołek. Ze względów bezpieczeństwa, księgowości w pełnym zakresie tego słowa, nie było. Zapis pomocy materialnej i finansowej ograniczył się do:
1/ „OFICJALNEJ KARTOTEKI” – systematycznie uzupełnianej o nowe wiadomości przynoszone przez łączników, odpowiedzialnych za kontakt z rodzinami osób pozbawionych pomocy. Odnotowywano adresy domowników, warunki materialne, miejsce osadzenia internowanego, ew.daty rozpraw sądowych i wydanych wyroków. Wpisywano także datę udzielonej pomocy i jej rodzaj, z podaniem zawartości lub kwoty pieniężnej.
2/ NIEOFICJALNEJ KARTOTEKI: – stanowiącą wierną kopię poprzedniej.                                           

KRONIKA.

Ważnym uzupełnieniem o działalności Ośrodka, jest KRONIKA:- chronologicznie przedstawiony obraz jego historii i wydarzeń w stanie wojennym.Pisanie kroniki polecił Ojciec:- Ewie Jażdżewskiej-Goldstein. Prowadziła ją też Zosia Kropiwnicka – Woźniakowa, a wersję kolejną, sporządzała polonistka, Bożena Cichoń.(191)

***
Ewa Jażdżewska-Goldstein przychodziła do mnie i pytała:- „Co się wydarzyło w tym tygodniu?“. I mówiłam jej wszystko. Np. we wtorek był transport z Włoch, przywieźli to i to, albo – tacy a tacy zostali aresztowani, a OJCIEC był w takim miejscu, lub w takim więzieniu. Tego typu informacje. To było pisane w dużym zeszycie. Nie robiliśmy w Ośrodku żadnych innych dokumentów, poza spisem osób potrzebujących pomocy, gdyż w każdej chwili, Służba Bezpieczeństwa mogła wpaść z rewizją. Trzeba było mieć to wszystko w głowie.(192)

***
Pisałam kronikę. Ojciec mnie o to poprosił. Miałam z nim kontakt, jeszcze przed Stanem Wojennym. Nasza znajomość zaczęła się jeszcze w Kaliszu, skąd pochodzę, a Ojciec tam był, przez kilka lat. Jestem nauczycielką, a Ojciec lubił mieć kontakt z tym środowiskiem. Miał tę świadomość, jak ogromny wpływ na uczniów mają nauczyciele. Przywiązywał do konktów z nauczycielami bardzo wielką wagę. Przychodził nie tylko do naszego domu, ale na organizowane u mojej koleżanki, tzw. „spotkania nauczycielskie“. Ojciec chętnie przychodził, żartował. Ja nie należałam do Ośrodka. Ojciec mówił wtedy o wielu rzeczach. I ja do swojego środowiska, coś tam przenosiłam. Ojciec niejednokrotnie mnie prosił, abym do Jego kazania, wybrała jakiś wiersz, czy tekst z poetów romantycznych. I pewnego razu Ojciec zwrócił się do mnie z taką propozycją, abym napisała kronikę Ośrodka. Ta kronika jest w tej chwili w siedzibie „Solidarności“. Tę kronikę pisałam ręcznie, ale były jeszcze dwa zeszyty, takie kołonotatniki o rozmariach A3 i tam było mnóstwo zdjęć, rysunków, które robił mój ojciec, który był artystą i to gdzieś przepadło. Jeden z nich, miał okładkę czerwoną a drugi niebieską. Nawet Grzegorz Wróbel z Muzeum Niepodległości pisał o tym artykuł, że to zginęło, ale jak dotąd bez echa. U mnie to wszystko było.  A po Stanie Wojennym, Ojciec poprosił mnie, abym to przyniosła do Ośrodka, gdyż Tomasz Filipczak miał kontakty, aby to zostało wydrukowane. Ja to przyniosłam i od tego momentu ślad po nich zaginął. Rozmawiałam nawet kiedyś o tym z Filipczakiem, ale on powiedział, że tego nie ma. Wielka szkoda, że tego nie ma. Były tam zdjęcia z Ośrodka z różnych akcji.[…]. „Kronikę“  pisała najpierw Ewa Jażdżewska a później  Zofia Woźniak.  Ewa pisała literacko. Ojca to żenowało i prosił, aby o nim było jak najmniej, głównie aby było rzeczowo. Z kolei Zosia miała małe dzieci i nie miała zbyt dużo czasu, więc Ojca poprosiłam, żeby dał mi wcześniej napisaną kronikę, abym nie powtarzała się. To były krótkie notatki od początku istnienia Ośrodka, a ponadto:- Ojciec dał mi materiały, które częściowo odtworzyłam. Chodziłam do Ojca dwa razy w tygodniu, dawał zdjęcia, zapiski w formie ulotki, a przynosiłam to, co już napisałam. Ojciec to czytał, wnosił uzupełnienia. Wtedy słowa, które najczęściej słyszałam to:
–  Proszę mie tak nie eksponować.
– Jak to? Przecież Ojciec jest duszą tego  wszystkiego?
– Mimo wszystko proszę, aby moje nazwisko jak najrzadziej się powtarzało. Trzeba pisać głównie o tych, którzy cierpią.
Starałam się w miarę go zadowolić. Ale nie dało się inaczej.(193)                                                 

KARTOTEKA.       
Był to taki zeszyt B5. Kartotekę robiono z białego kartonu. Było tam imię i nazwisko, adres, stan rodzinny i jakie potrzeby. Opisywaliśmy tam paczki. Była zasada, którą przyjęliśmy, że robiliśmy takie małe karteczki, na których to wszystko było. Czy to była paczka rodzinna, czy więzienna, czy też odzieżowa. 
One się zasadniczo między sobą różniły. Pan Czołczyński, albo ktoś inny rozwoził te paczki, rodziny potwierdzały ich odbiór, abyśmy nie byli później o coś posądzeni. Musiała być jakaś przejrzystość. My w ogóle, bardzo mało pisaliśmy. Na zasadzie słów Ojca:- „ Im mniej na papierze, tym lepiej, gdyż nie wiesz, jak człowieka może splamić atrament“. Te karteczki przychodziły do mnie, a ja dawałam je dwóm paniom, które to wpisywały. Zmieniały się te osoby, w zależności od możliwości czasowych. A wszystkie karteczki były gromadzone osobno i chowane w zakamarkach klasztoru. Potwierdzam, że były dwie kartoteki. Kartoteka była w jednym, blaszanym pudełku. Ojciec potem powiedział:- „Wiesz co, Biskup musi mieć ogląd, co my robimy“.
I w zależności, ile było wypłat, ile paczek wydaliśmy, to ja takie sprawozdanie robiłam: – ile osób było objętych pomocą, skąd ta pomoc przyszła. Nie było wyszczególnienia imiennego, tylko ogólne. Ile paczek rodzinnych, więziennych, ile pieniędzy, co w nich się znajdowało itd. Takie sprawozdanie robiliśmy raz na rok. Jeśli chodzi o pieniądze, to ludzie dawali na „furtę“, a „furta“ przekazywała je Ojcu, albo ja, kiedy do mnie przynosili. Nigdzie się tych rzeczy nie zapisywało. Wszystko opierało się na zaufaniu. I to co wpływało, żeśmy nie rejestrowali, ale to co wydaliśmy, to do sprawozdania brałam z pokwitowań. Bo też było kwitowane. Był taki zeszyt, w którym wpisywaliśmy, komu i ile daliśmy. Ten zeszyt był także we właściwym miejscu trzymany. Jak Biskup zobaczył jaki to ogrom prac, był pełen podziwu.(194)     

JADWIGA  TWARKOWSKA-KRAKOWIAK.                                                                                                     
W Ośrodku pracowaliśmy społecznie, kto ile mógł. Ja spędzałam tam całe dnie, ponieważ nie byłam niczym związana. Ojca Stefana znałam od października 1967roku, kiedy przyszłam na studia do Łodzi, a Ojciec rozpoczynał pracę jako duszpasterz akademicki. Ojciec mnie znał, więc o tyle stwierdzenie, że byłam jego prawą ręką, może być zasadne. Barbara Gruchała – przyszła do Ośrodka w lutym. Była osobą Ojcu nieznaną. Pracowała w NSZZ „Solidarność“. Ponieważ też była niczym nie związana, szybko weszła w pracę „całodzienną“. Tym sposobem Ojciec miał dwie „prawe ręce“.(195)

BARBARA GRUCHAŁA-GRUSZCZYŃSKA.    
Kiedyś przyszedł do mnie do domu – chyba w m-cu styczniu – Marian Wróblewski z kartką od Janusza Kenica, abym weszła w struktury podziemnej „Solidarności“. To był zły pomysł, gdyż moja twarz była znana „SB“ i nie chciałam robić za tzw. “ogona“. I nijak się to miało, do tzw. konspiracji. Mogę to robić jawnie, oficjalnie. Mimo, że jestem bez pracy, na to się nie godzę. A Wróblewski:- To wiesz co, to ja porozmawiam z o.Miecznikowskim“. I po dwóch dniach przyszedł i powiedział:- Ojciec chciałby się z Tobą spotkać.
Poszłam na to spotkanie. Był to dzień po przeniesieniu Ośrodka, do dwóch pomieszczeń przy Sali Teatralnej [w bocznym budynku Kościoła o.o.Jezuitów]. To był początek lutego 1982r. Rozmowa moja z o.Miecznikowskim odbyła się w Sali Teatralnej. Powiedziałam, że jestem bez pracy i gdzie pracowałam i mogę tutaj pomóc. Miałam propozycję pracy w podziemiu, ale jest to chybiony pomysł i chcę tutaj pracować, gdzie mogę się ujawnić. Ojciec odpowiedział: – To bardzo dobrze i czy mogę zacząć od jutra. Zapytał mnie także: – Czy może do mnie mówić po imieniu? Oczywiście. – To Basiu, jutro przychodzisz, zaczynasz od rana. Przeszliśmy do dwóch pomieszczeń, gdzie był Ośrodek Pomocy. Przedstawił mnie Jagodzie Twarkowskiej i oznajmił: – To tutaj będziesz pracowała, a ona jest tutaj główną zarządzającą. Na razie będziecie pracowały wspólnie, a potem ją zastąpisz. Było to dla mnie ogromnie zaskoczenie. Pierwszy raz się widzimy, a tutaj Ojciec daje mi takie zadanie. Świadczyło to o Ojcu, o jego wielkim  zaufaniu do mnie. Marian Wróblewski mógł coś o mnie powiedzieć, ale to różnie mogło być. I tak się zaczęła moja rola. Jagody czas się kończył, gdyż ona przyjechała na święta Bożego Narodzenia do Łodzi – pracowała w Instytucie Badawczym Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Radzikowie pod Warszawą. W Łodzi złamała rękę i ona Ojcu pomagała. A potem ten gips leżał na półce. Jagoda była do Wielkanocy, a później już nie miała zwolnienia i musiała wrócić do pracy.

***
Jadwiga Twarkowska była przez pierwsze dwa miesiące tzw.“prawą ręką“ Ojca w Ośrodku. A potem ja przyszłam. Bo ona wyjechała, wróciła do pracy [Instytut Sadownictwa w Skierniewicach]. Idąc do Ośrodka, brałam ze sobą kanapkę. Jak przyszłam – Jadwiga Twarkowska mieszkała u państwa Jażdżewskich na ul. Kościuszki. A na rogu ul. Sienkiewicza i ul. Nawrot, była piekarnia. Jak ona szła do Ośrodka, to w tej piekarni kupowała bochenek chleba. Ja zawsze coś przyniosłam i w ten sposób sobie radziłyśmy. Był w Ośrodku kącik z czajnikiem, herbatą. Byłam wtedy taka szczupła, że Ojciec się tym zaniepokoił i któregoś dnia powiedział:– „Ty musisz coś tu jeść, jakiś ciepły posiłek!“. Najpierw chodziłam na obiady do Szkoły Gastronomicznej na ul. Sienkiewicza (pani Fejowa – mama pani Bartyzel, tam załatwiła mi wejście). A potem do NOT-u  [Naczelna Organizacja Techniczna].  A niekiedy było tyle pracy, że szkoda mi było czasu, aby wyjść z Ośrodka i wtedy jadłam tylko kanapkę. Niejednokrotnie, jak ludzi wychodzili z pracy ktoś przynosił jakąś kanapkę. Różnie to było. Np. pani Pomorska – starsza pani – mówiła: – „O, wy tutaj głodni jesteście“. I przynosiła nam w garnuszkach obiad, jakąś zupę najczęściej. Nie zawsze podgrzewaliśmy, bo to wszystko było ciepłe.(196)                 

***                                                                                                              
Żywiliśmy się we własnym zakresie. Kuchnia klasztorna nie żywiła nas. Była możliwość zagotowania wody na herbatę i przygrzania w garnku np. zupy z puszki. To dla osób, które w Ośrodku spędzały dużo czasu. Inni przychodzili na krócej i nie wymagali dokarmiania. W pomieszczeniu Ośrodka był telefon wewnętrzny, z którego rzadko korzystano. Rzadko w ogóle korzystano z telefonów, ponieważ mieliśmy świadomość, że jest na podsłuchu.(197)

*** 
W Ośrodku była jedna maszyna do pisania. Nie było telexu. Posiadanie tego urządzenia, mogło być pretekstem nawet do zamknięcia Ośrodka. Trzeba pamiętać, że plac kościelny, był jedną wielką skrzynką kontaktową.

*** 
Do Kościoła o.o. Jezuitów docierało dużo informacji, dot. zatrzymań, aresztowań przez „SB“ i  „MO“.  Te informacje trzeba było weryfikować. Dostałem upoważnienie, wystawione przez Ojca. Przyszedłem do Ojca i powiedziałem:- „Ojcze, jestem do dyspozycji“. Ta rozmowa odbyła się w poniedziałek 14 grudnia 1981r.(198)

***        
W dwóch pokoikach na początku był Ośrodek i teraz jest jeden duży salon, a kiedyś był on przedzielony ścianą kartonową i tam była wydzielona Kancelaria. Wszystkie pokoje „na furcie“, były zajęte przez Ośrodek.(199)  

***
Natłok ludzi, którzy przychodzili z różnymi informacjami był ogromny, a poza tym przychodziły paczki i one były składowane w pokojach. Ruch był ogromny, co w końcu zaczęło dezorganizować życie zakonników. A poza tym dostrzeżono, że to wszystko się rozrasta i jest potrzeba chwili to przenieść. To była decyzja o.o. Jezuitów:- „Idźcie na drugą stronę. Sala Teatralna jest do waszej dyspozycji“. Pod salą Teatralną był magazyn (pod sceną, to było pomieszczenie, gdzie kiedyś Ministranci grali w ping-ponga). A kolejnym miejscem zmienionym na magazyn był garaż. Tam trzymaliśmy rzeczy, nawet wtedy kiedy było ciepło, żywność. Natomiast pod sceną, była jednakowa temperatura, i tam było chłodno. Na półkach, trzymaliśmy żywność.(200)
Wszystkie pomieszczenia były zamykane tylko na yaloskie klucze. Nie były dodatkowo plombowane. A wszystkie ważniejsze dokumenty były trzymane w klasztorze. Furtka w ogrodzeniu oddzielająca garaże od placu i główna brama wejściowa na teren Kościoła, była na noc zamykana na klucz.(201)

***        
Z tego, co Ojciec nam mówił – ja nie wiem, czy to było 13, 14 czy 15 [grudnia 1981r], ale na pewno w ciągu tygodnia, to on poszedł do Biskupa Rozwadowskiego i mu to oświadczył, że wobec tego nie-szczęścia, jakie spadło na Polskę, on się czuje w obowiązku pomagać. Często dzieci zostały same, ludzi  pozbawiono środków do życia. Po prostu oświadczył Biskupowi, że zakłada taki Ośrodek Pomocy dla Uwięzionych, Internowanych i ich Rodzin. Słyszałem to z ust samego Ojca.(202)  

***  
Pracowałam zawsze do 22:00 i chyłkiem przed 22:00 przemykałam się do domu, aby nie narazić się, a była przecież godzina milicyjna. A później, kiedy przesunięto godzinę milicyjną na 23:00, to już 7:00-8:00 rano, byłam u Jezuitów. Nikt nie przestrzegał żadnych godzin przyjęć. Przyjechał transport z darami w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia –  było to po obiedzie. Odbieram telefon i słyszę głos Ojca:– „Basia, transport jest! Francuzi przyjechali. I trzeba rozpakować“. To ja wiedziałam, z kim mogę się skontaktować, a z kim nie. Zwłaszcza w okresie świąt. Kto wyjechał, albo był u rodziny. I w takich sytuacjach niejednokrotnie dzwoniłam do Zofii i Mirka Czołczyńskich, lub Marka Cichonia, aby przyszli i pomogli rozładować samochody. A nie raz, nie dwa przychodził tylko Marek i we dwójkę rozładowywaliśmy. I wówczas nie tylko Francuzi – jak wtedy – ale  ktoś przypadkowy, też nam pomagali.(203)          

***
Marek Cichoń  poznał w Ośrodku przyszłą żonę, podobnie jak Barbara Gruchała męża. OJCIEC udzielał ślubu swoim współpracownikom.(204)
ŁĄCZNICY.
Praca w Ośrodku była oparta na łącznikach. Rodziny przekazywały im swoje potrzeby i na ich „zamówienie“, były przygotowywane paczki. Odbiór był potwierdzany na pokwitowaniu.

***
Łącznicy przychodzili do Barbary Gruszczyńskiej na „furtę“, lub bezpośrednio do o. Miecznikowskiego. Zgłaszali się spontanicznie. Jest potrzeba, jest kontakt. W większości Ojciec znał ich osobiście, np. Ania Lucińska. Inni polecali swoich znajomych. Te osoby miały za zadanie rozpoznanie potrzeb rodzin internowanych. Łącznik jak miał czas, to przychodził. Na jakiej zasadzie byli łącznicy angażowani do tej posługi, tu mamy mało wiadomości. Ci łącznicy chodzili zaraz po 13 grudnia, a kiedy my w styczniu się włączyliśmy, to już praktycznie oni nie byli potrzebni. Już były gotowe listy. Był taki dzień jak sobota, gdzie na „furcie“ był pokój, gdzie rodziny, jak się wybierały w odwiedziny do swoich internowanych, to przychodziły na rozmowę. I ja czasem takie dyżury pełniłem.(205)  

WYWIAD ŚRODOWISKOWY.

Chcę powiedzieć, że jak tylko Ośrodek otrzymał informację, że ktoś został zatrzymany, robiło się wywiad.
W tym czasie na „furcie“ dyżurowały:- Małgorzata Wojtunik, Ewa Goldstein-Jażdżewska, Krystyna Kociołek, pani Zofia Czołczyńska. One przeprowadzały wstępny wywiad, jak przychodziły rodziny na „furtę“, a my robiliśmy dokładniejszy wywiad. Była zakładana kartoteka, imię nazwisko, sytuacja rodzin-na, ułożone alfabetycznie w pudełkach. Kiedy chodziłem do domów rodzin Internowanych, aby uzyskać więcej informacji, miałem „Upoważnienie“ od OJCA, ze stemplem Kościoła o.o. Jezuitów z adnotacją, że jestem współpracownikiem Ośrodka Pomocy Internowanym, Uwięzionym i ich Rodzinom. To pomagało nawiązać rozmowę. Z pierwszym wywiadem dotarłem do domu teściowej Pawła Spodenkiewicza o potwierdzenie faktu jego internowania. Dlaczego poszedłem do niej, a nie do jego żony? Ponieważ mieliśmy adres jego zameldowania na ul. Zachodniej, a on już w tym czasie wynajmował z żoną mieszkanie pod innym adresem na Widzewie. Od matki dowiedziałem się o jego nowym adresie. Oczywiście, pokazałem swoje Upoważnienie. Po powrocie do Ośrodka, ustnie przekazałem adres Pawła Spodenkiewicza osobom, które prowadziły kartotekę.(206)

*** 
Skąd Ojciec wiedział, że trzeba pójść do domu Andrzeja Słowika? Tego nie wiem, ale Ojciec powiedział, że jest tam syn Słowika i należy im pomóc. Do pani Słowik, jak dobrze pamiętam, nie poszłam na wywiad, aby spytać co potrzebuje, tylko od razu pojechaliśmy z gotową paczką do jej domu. I zastaliśmy tam tylko teściową Słowikowej, była sama w domu i ta kobieta się rozpłakała. Powiedziała do mnie: – „Proszę pani, my naprawdę nie mamy już co jeść“.
Innym razem byłam w domu u państwa Kosmalów [mąż Ryszard był uwięziony w Z.K. Hrubieszów], gdzie bardzo długo nie mogłam nawiązać kontaktu z panią Kosmalową, chociaż obydwie jesteśmy nauczycielkami. Jak się okazało, ktoś tam uprzedził, że mogą przyjść na taki wywiad osoby niepowołane.(207)    

***  
Pani Czołczyńska miała najlepszy kontakt z rodzinami Internowanymi. Ona najlepiej potrafiła nawiązać z nimi kontakt. Kolejna zasada: – aby nie sugerować się tym, jak jest mieszkanie umeblowane. Bo ten człowiek, który na to zapracował, został aresztowany i rodzina, w wielu przypadkach zostawała bez środków do życia, bo to był jedyny żywiciel, a tu nieraz dzieci, itd.(208)  

TRUKTURA BEZPIECZEŃSTWA.
Strukturę bezpieczeństwa dla swojej działalności i osób z nim współpracujących Ojciec stworzył, wykorzystując swoje doświadczenie, wyniesione z harcerstwa – ruchu społeczno-wychowawczego – do którego wstąpił 10 maja 1934, w wieku 13 lat, aby później, już jako jezuita, uzyskać stopień podharcmistrza. Zwrotne informacje o kondycji materialnej i zdrowotnej uwięzionych i internowanych, jak i ich rodzin, miały wpływ na rozszerzenie działalności tego Ośrodka pomocy.  

PROWOKACJE na „FURCIE“.
Była zasada jedna. Nawet jeśli ktoś z jakąś prowokacyjną informacją przychodził, to my przyjmowaliśmy to normalnie tak, jakby się nic nie stało. A potem, my to wszystko sobie weryfikowaliśmy. Na pierwszy rzut oka, nie zawsze można było ocenić, czy to jest prowokacja, czy nie. Oczywiście, jak przyszedł do mnie jakiś pan i powiedział, że chce gazetki nam dać, to mu odpowiedziałam:– „Nie czytam takich rzeczy, to mnie nie interesuje“.
Musiałam w ten sposób zareagować, bo nie miałam pewności, czy ktoś zaraz po nim nie przyjdzie. Była żelazna zasada, że to co robimy jest o wiele ważniejsze. Gazetki niech sobie będą, ale niech będą rozkolportowane na dziedzińcu. Róbcie to tak, żeby to nie poszło na nasze konto. U nas są robione ważniejsze rzeczy i przez jakąś taką nieprzemyślaną decyzję, moglibyśmy o wiele więcej stracić. Poza tym, za  Ośrodkiem stał Biskup, któremu wypominano jego istnienie.  Ojciec Miecznikowski i Ośrodek byli solą w oku dla „SB“. Ja miałam np. taką sytuację – zadzwonił do mnie brat Władysław Kusiak SJ i powiedział: – „Tu jest jakiś pan“.
Akurat nikogo z koleżanek nie było na „furcie“. Idę tam – byłam już wtedy w pomieszczeniach Ośrodka, po drugiej stronie placu kościelnego  i ten mężczyzna mówi: – „Proszę pani, ja siedziałem w Białołęce, ja wyszedłem z więzienia i ja siedziałem z Grzesiem Palką w jednej celi“.
– „A ma pan jakiś dowód na to?“.
To on mi pokazał zwolnienie i było napisane jego imię i nazwisko. I już wiedziałam, że to blef, bo my mieliśmy rozrysowane, kto z kim siedział. Ale nie dałam po sobie poznać.
– „Ja nie mam w co się ubrać, mnie jest potrzebny garnitur, coś do jedzenia“.
– „No, wie pan“ – odpowiedziałam – „Garnituru, to tak od razu nie mam“.
Ale pomyślałam sobie, że mimo wszystko mu pomogę, aby dać mu szansę, aby do jakiegoś ludzkiego życia wrócił, bo znowu będzie kradł. W tym jego zwolnieniu było napisane, z jakiego artykułu siedział  i zorientowałam się, że z karnego, Zadzwoniłam do Marka i on przygotował mu paczkę i ją daliśmy. I  nie powiedziałam, że pan kłamie, bo po co? To nie było sensu. Potraktowaliśmy go jako więźnia, któremu należało pomóc. Ojciec zresztą powiedział:- „Oprócz Internowanych, mamy także więźniów i im także, w ramach możliwości trzeba pomóc“. 
Jak tam się poszło do Internowanych, to tam można było zobaczyć, jak potrzebne jest w takim miejscu duszpasterstwo kapelanów, jak potrzebna jest ich posługa.
Ojciec rozmawiał w tej sprawie z ks. Janem Sikorskim z parafii św. Michała Archanioła na Mokotowie w Warszawie i wtedy podniesiono kwestię kapelanów więziennych. W tym celu Ojciec jeździł także do Biskupa Bronisława Dąbrowskiego, aby poruszyć te sprawy na szczeblu Episkopat-Rząd. Pierwszym butem wsadzonym w drzwi, byli Internowani, a potem uwięzieni. Z uwięzionymi nie było tak łatwo. Ojciec podejmował wiele prób, aby dotrzeć do nich na ul. Rakowiecką w Warszawie. Dopiero w okresie Wielka-nocy, udało się Ojcu wejść do tamtejszego więzienia, a tam Jerzy Kropiwnicki wręcz domagał się spowiednika, jako osoba wierząca, aby odbyć sakrament pokuty i pojednania. Sprowadzono jakiegoś księdza, ale Kropiwnicki odmówił spowiedzi uzasadniając, że go nie zna. I potem przez rodzinę, Ojciec został powiadomiony, że prawdopodobnie go tam wpuszczą. I tak się stało. Wpuszczono tam Ojca. I wtedy widział się tylko z Andrzejem Słowikiem, gdyż  Kropiwnicki za jakąś karę, nie miał zezwolenia na widzenie się z Ojcem.(209)

***
Pewnego razu siedzę na furcie, gdy wchodzi młody mężczyzna i mówi, że chce rozmawiać z Ojcem Miecznikowskim. Odpowiadam:- „Nie ma Ojca w Łodzi, wyjechał. A o co chodzi?“.
– „Ja mam taką sprawę… Ale chciałbym ją tylko osobiście przedstawić o. Miecznikowskiemu“.
– „Ojciec Miecznikowski ma do mnie zaufanie i posadził mnie na tej „furcie“, to może zdobędę i pana zaufanie“.
– „Proszę pani, ja jestem rzemieślnikiem“…- I wyjął 10.000 zł i podał. To była, jak na owe czasy, znaczna suma.(210) 

 TRANSPORTY z DARAMI.
Najpierw była tzw. spontaniczna fala. A potem skala potrzeb zaczęła się rozrastać. Przed Bożym Narodzeniem 19/20 grudnia 1981r, przyjechał pierwszy transport – paczki z Holandii, na których były napisane pozdrowienia po polsku. Dzieci te pozdrowienia napisały. Różne pozdrowienia. Z Francji też dostaliśmy transport i też dzieci pisały życzenia na paczkach. Z Holandii raz przyszedł transport butów i też dzieci napisały na paczkach życzenia. I my odpisywaliśmy darczyńcom. W niektórych paczkach były kartki z adresami, że darczyńcy obejmą bezpośrednio opiekę nad konkretną rodziną. Wtedy przekazywaliśmy adresy i wtedy już bezpośrednio od nich szła pomoc.[…]. „Furta“ była czynna od godz 9:00 do 19:00 i „Furtian“ – Brat Władysław Kusiak SJ, był zmieniany przez osoby świeckie.(211)

***                                                                          
Transport z Holandii dotarły do Ośrodka przy ul. Sienkiewicza, pozyskany z Diecezjalnego Referatu Charytatywnego Kurii Biskupiej w Łodzi. Pomimo przyklejonych do kartonów napisów po polsku życzeń świątecznych „Wesołych Świąt”, wywołujących wzruszenie u rozładowujących je pracowników placówki, przesłane dary sprawiły nie lada kłopot. Okazało się bowiem, że wszystkie towary –  w większości odżywki dla dzieci – nie miały polskojęzycznych opisów. Ale trzeba było szybko zrobić paczki, dla rodzin internowanych. Robią je: – prof. Kazimierz Sobolewski, Halina Urbanowicz, Krzysiek Galant, Zdzisław Krakowiak, Ewa Goldstein z synkiem Pawłem. Jest sobota, śnieg po kolana, komunikacja nie jeździ, a trzeba było te odżywki opisać po polsku, bo napisy na tych odżywkach były w języku niderlandzkim. Język niderlandzki nie jest językiem znanym, ale teściowa Ewy Goldstein, była z pochodzenia holenderką. Z paczek wyciągnięto kilka odżywek, wsadziłem wszystko do torby, poszedłem do dr Goldstein – pracowała w Szpitalu im. Korczaka. Miałem jeszcze adres na ul. Tkacką, gdzie mieszkała, na wypadek, gdyby wyszła już z pracy. Najpierw poszedłem do szpitala im. Korczaka, a tam dowiedziałem się, rozmawiając z jakąś pielęgniarką lub lekarką, że tylko pani Goldstein może to przetłumaczyć, ale ona jest w domu. Po powrocie do Ośrodka, osoby które dobrze pisały, kilkakrotnie przepisały przetłumaczony tekst i dołączyły do paczek. Na nogach przeszedłem w jedną i drugą stronę, gdyż nie było komunikacji spowodowanej obfitymi opadami śniegu. Tego dnia odbyłem ok.15 km. marszrutę. Skończyło się tym, że wróciłem do domu po godz. 20:00. Do Świąt Bożego Narodzenia już byłem porządnie zakatarzony. Przez to przeziębienie, nie chodziłem do pracy, jak również do Ośrodka. Dopiero po Świętach Bożego Narodzenia zjawiłem się na ul. Sienkiewicza ponownie.(212)

***
Rozwożenie “prezentów” leżało w gestii Marka Cichonia, który jako pierwszy dotarł do większości domów osób internowanych i zatrzymanych, korzystając z pomocy Mirosława Bulskiego oraz Zdzisława Krakowiaka, dysponujących własnymi samochodami – „Fiat 125-p”.(213)

***
Pomimo pisemnych zaświadczeń upoważniających do rozwożenia darów, wystawionych przez parafię pw. Najświętszego Serca Imienia Jezus, oraz delegacji służbowych opatrzonych kurialnymi pieczęciami, napo-tykali wiele przeszkód na swej drodze, począwszy od kontroli milicyjnych, poprzez trudności z odnalezieniem adresu a skończywszy na nieufności ze strony obdarowywanych. Może  dlatego, że wielu z nich, nie było z tej parafii, a może i dlatego, że zdarzały się także sytuacje, kiedy SB stosowało prowokacje podrzucając “trefną” paczkę wypełnioną np. nielegalną prasą. W kilka minut później milicja robiła rewizję i zatrzymywano obdarowanego.(214)

***                                                                                                                                            
Jeżeli chodzi o sprawy paczek, to zajmowało się tym młode małżeństwo Mirosława i Leszek Orzechowscy. Ona była w początkującej ciąży, on grał na skrzypcach w Filharmonii. Była z nimi ich koleżanka i ja do nich dołączyłem. Magazyny nie były plombowane, tylko zamykane na klucz. Wielka brama od strony ulicy, była zamykana. Tylko jeden raz zamykałem bramę z Ojcem.

***
Dostawałem kartki z nazwiskami potrzebujących rodzin i ich adresami, z rodzajem paczki. Np. czy miała to być paczka rodzinna, dla dzieci, czy też do więzienia. Te kartki przygotowywały dziewczyny z Ośrodka, które miały kontakt z rodzinami. Paczki były różnej wielkości. Np. do więzienia nie można było dawać nic, co było w szkle. Jeżeli były takie rzeczy, to były przekładane do plastikowych pudełek, które przynosili ludzie. Dostawałem od Barbary Gruchały-Gruszczyńskiej karteczkę, na której była adnotacja, jaką paczkę mam przygotować, do kogo, jaki adres, co ma tam być. Jak przychodził transport, to go wtedy rozładowywałem. Miałem wtedy dwa magazyny. Jeden był pod sceną w kaplicy Św. Krzysztofa, drugi był w garażu po drugiej stronie placu kościelnego. Oba pomieszczenia były chłodne, gdzie można było produkty żywnościowe przechowywać. Na początku były ustawiane na ławkach, a później znalazły się tam  metalowe stelaże magazynowe. Czy były one zakupione, czy darowane, tego nie wiem. Każda paczka była rozpakowywana i artykuły segregowane na półkach, w zależności od zawartości:- oddzielnie były słodycze, mąka, tłuszcze. Jeżeli były jakieś artykuły jednotematyczne, np. karton mąki, to się nie rozładowywało, tylko te pudła szły od razu do garażu. Puste pudełka po artykułach, które wykładałem na półkach, były odłożone, aby później pakować do nich artykuły przeznaczone dla internowanych lub ich rodzin. Nie były dodatkowo pakowane papierem, tylko zawiązywane sznurkiem. Później miałem do pomocy Waldka Wykrotę, którego musiałem przyuczyć, jak się zawiązuje paczki. Reasumując w magazynie były nas czworo:- ja, Waldek, małżeństwo Leszek i Mirka [Orzechowscy] oraz koleżanka mojej żony – wszyscy krótko po studiach. Kiedy Leszek i Mirka odeszli z uwagi na jego pracę i jej ciążę, pozostał mi do pomocy Waldek Wykrota.  I mimo, że był przepis, że do więzienia nie może być paczka większa niż 1 kg., to my i tak wkładaliśmy do niej więcej. Np. pani Czołczyńska wypiekała bardzo smaczne ciasteczka. Domowe ciasteczka robione w dużych ilościach z owsianki, kakao i to szło do więzień. Największy problem był wtedy, kiedy przychodziło masło w blokach. Jak to podzielić? Chyba 20 kg. bloki. Miałem u siebie długi nóż i tym ciąłem masło, a potem Mirek Czołczyński zrobił u siebie w pracy na bazie piły,  mechaniczny nóż, z uchwytami. I tym już znacznie lepiej się cięło. To wszystko się wtedy segregowało i pakowało w papier pergaminowy. Jak Ojciec coś powiedział na Mszy św. co potrzeba, to ludzie przynosili różne rzeczy, także taki papier. Jak przychodziły Święta i trzeba było dużo więcej paczek zrobić, to przy-chodzili do pomocy i inni, w tym:- Waldemar Bohdanowicz.(215)

***
Po Wielkanocy 1982r, my pracownicy Ośrodka, zrobiliśmy dla rodzin Internowanych „jajko“. A po kolejnych świętach Wielkanocnych, ta uroczystość odbywała się na sali teatralnej (później także opłatek na Boże Narodzenie). Były oczywiście jaja, babki wielkanocne, inne ciasta, owoce. Zawsze był Biskup lub Kanclerz, a już zawsze Biskup był obecny podczas opłatka na Boże Narodzenie.

***
Kiedyś był transport z Wlk. Brytanii. Część tego transportu miała być w naszym Kościele rozładowana a pozostała, w innym mieście. Przetrzymali ich na granicy tak, że dotarli do Łodzi wieczorem i Wydział Charytatywny Kurii był nieczynny. My wcześniej zaansowaliśmy im, że tak będzie. Podpowiedziano nam, że wieczorem ks. Grzegorz Kudrzycki, będzie w swojej parafii p.w. Matki Boskiej Różańcowej na Stokach i jeśli Anglicy przyjadą, to wystarczy, jak ja tam pojadę, to wtedy ksiądz podstempluje wszystkie dokumenty. Ks. Kudrzycki wziął ze sobą wszystkie stemple. Pojechałam tam z Angielką, która przyjechała tym transportem. Mówiła świetnie po polsku z lekkim akcentem. Miała męża Polaka.(216)

***
11 marca 1982r, studenci Uniwersytetu im. Gethego z Frankfurtu n/Menem – było ich chyba z sześciu a może nawet ośmiu –  przywieźli dary dwoma furgonetkami „Volkswagena“. Były tam głównie środki medyczne do szpitala „Palmowskiego“ [Zespół Opieki Zdrowotnej dla Szkół Wyższych w Łodzi „Palma“] i trochę żywności. A za nimi przyjechał inny duży transport. Najpierw oni zostali rozładowani, a potem z tego Tir-a, który niemal za nimi wjechał na plac, przeładowywano paczki do tych niemieckich furgonetek, aby można było nimi podjechać pod garaż i tam to wszystko rozładować – aby nie tracić czasu na ich przenoszenie. Nie było możliwości, aby tak duży samochód tam wjechał. Później ich pilotowałem, aby bez trudu dojechali do tego Szpitala. Były przypadki, że niektóre transporty zostały przekierowane do Ośrodka Pozbawionym Pracy, ks. Antoniego Góry.

***                                                                                                 
16 marca 1982r, otrzymaliśmy zamrożone mięso mielone z Kościoła Ewangelicko-Reformowanego w Łodzi, przy ul. Świerczewskiego [obecnie ul. Radwańskiej 37]. Basia Gruchała –  zadzwoniła do mnie informując, że jest tego 190 paczek. Mięso to, było pakowane w kartonach, w folii po 2 kg. Dostawa ze Szwecji  była zbyt duża dla tego kościoła – nie mogli tego mięsa rozprowadzić. Dostałem listę osób, usiadłem z mapą i zanim Zdzisio Krakowiak przyjechał swoim „Fiatem-125p“, miałem rozpisaną marszrutę, jak to rozwieźć. W ciągu jednego popołudnia, obskoczyliśmy rodziny, które były pod naszą opieką w Głownie, dotarliśmy także do Zduńskiej Woli, Łasku i trochę tego mięsa zostawiliśmy w Pabianicach. Ale przedtem byliśmy w Zgierzu i Ozorkowie. Ok. godz. 22:00, wróciliśmy do Łodzi. Musieliśmy to rozwieść szybko, bo był krótki termin.  Z tego samego kościoła, dostaliśmy także odzież. Pastor Jerzy Stahl współpracował z naszym Ośrodkiem, przekierowując kilka transportów żywności z Niemiec i Austrii.

***                                                      
Pewnego razu przyszedł duży transport odzieży. Była ona składowana w kaplicy Św. Krzysztofa. W pozostałych magazynach, nigdy nie było odzieży, tylko tam wyłącznie była składowana. I wtedy zapadła decyzja, aby część ubrań przekazać do Cerkwi prawosławnej, przy ul. Piramowicza. Furgonem zostało to wszystko zawiezione. To była sobota, kiedy tam pojechaliśmy i tego dnia działała przy Cerkwi tzw. szkółka niedzielna. I dzieciaki wnosiły te worki z odzieżą do środka. Odzież była pakowana w worki foliowe. A u nas w magazynie była odzież segregowana, na damską, męską, dziecięcą.(217)

ODPRAWA CELNA.
W wielu przypadkach, samochody z darami, były zaplombowane i odprawa celna odbywała się na placu kościelnym. Urząd Celny był przez nas powiadamiany, że taki transport dotarł. Zazwyczaj jechałam na ul. Karolewską z pismem, powiadamiającym ich o przyjeździe takiego transportu i zaraz przyjeżdżali celnicy i taki transport kontrolowali. Nie później niż na drugi dzień. Był zazwyczaj rozstawiony obok samochodu stolik, przy którym celnik wypełniał dokumenty.  Aby było jednoznacznie wiadome, że jest to transport charytatywny, dokumenty przewozowe musiały być potwierdzone stemplem Kurii Biskupiej, przez Wydział Charytatywny. I my tam z tymi dokumentami jechaliśmy.(218)

***
W Urzędzie Celnym w Łodzi, nie zachowały się żadne dokumenty dot. spraw j/w.

***
Był kiedyś transport, w którym były paczki imiennie adresowane, a także takie, które trzeba było chronić przed celnikami. Te paczki były odbierane przez ludzi, którzy po nie przychodzili. Tych paczek nie rozpakowywałem. Pewnego razu, była paczka imienna dla dr. Marka Edelmana. Prawdopodobnie były tam materiały i rzeczy do poligrafii. Jeśli chodzi o odzież, to głównie pochodziła z Niemiec. Transporty, które do nas przychodziły, były odprawiane na granicy, lub na miejscu, na terenie Kościoła o.o. Jezuitów. W pierwszym przypadku, był to niekiedy problem, bo celnicy mieli zwyczaj kłóć paczki, w ten sposób upewniając się, co do ich zawartości. A niekiedy w paczkach była żywność i jednocześnie proszek do prania. Ale były też transporty plombowane na granicy. Przyjechał kiedyś transport z „trefnym“ ładunkiem. I ja wiedziałem, które paczki nie powinny trafić pod kontrolę celnika. Parę metrów od samochodu, był ustawiony stolik z krzesełkiem, przy którym celnik mógł rozłożyć dokumenty i je podpisać. Otworzyłem z nim tylne drzwi naczepy, wszedłem na burtę i kiedy celnik był zajęty sprawdzaniem paczki ustawionej na stoliku, wtedy szybko podawałem tzw. „trefną“ paczkę. Najczęściej był pojedynczy celnik. Przy mniejszych transportach też przychodził celnik i losowo sprawdzał dwie-trzy paczki.(219)  

***
Było niekiedy tak, że kierowcy samochodów i obsługa towarzysząca, wyładowali dary, zjedli obiad w Klasztorze i jechali dalej, np. Włosi do Gdańska. I nieraz im towarzyszyłam, jadąc z nimi do Gdańska, bo znałam to miasto. Z tym, że  oni wcześniej się anonsowali, że przyjeżdżają. Takim źródłem, mającym z Włochami najlepszy kontakt, był ks. Grzegorz Kulesza.(220)  

***
Mikrobus dostaliśmy w darze od Francuzów. Z jakiegoś kontaktu Ojca, ale nie wiem z jakiego. Chcieliśmy go zarejestrować jako furgon, wymontowaliśmy nawet siedzenia. Płaciło się wtedy cło, od kilograma. Urząd Celny, nie zgodził się na taką zmianę przeznaczenia samochodu.. W końcu, przy okazji transportu z Francji, ktoś po niego przyjechał i go zabrał. Stał jakiś czas przy garażach.(221) 

MAGAZYNY/ PACZKI.
W budynkach przyległych do Kościoła i Klasztoru powstały magazyny z żywnością, odzieżą, przywożone transportem samochodowym z Włoch, Francji, Republiki Federalnej Niemiec, Anglii, Holandii.  Pomoc w Anglii organizowała Jadwiga Piłsudska-Jaraczewska, dr Bożena Laśkiewicz i nieznana z imienia i nazwiska rodowita brytyjka. Z Holandii znanym organizatorem był prof. Stefan Skotnicki, z Belgii Bolesław Lachowski, a z Francji księdza prałata Eugeniusza Plater-Zyberg’a.(222)

***
O pomoc poprosił mnie Ojciec, którego znałam krótko wcześniej. Moja pomoc polegała na tym, że zanosiłam paczki, do p.p. Spodenkiewiczów z żywnością, przekazywałam informację od Ojca. Pani Spodenkiewicz była z małym dzieckiem – chłopiec [Tomek], ok.2.lat, i w dodatku w stanie błogosławionym. Zapamiętałam ją, jako osobę smutną i mocno przeżywającą internowanie męża. To były krótkie spotkania. Spisywaliśmy krótkie relacje:- byłam takiego i takiego dnia, pod adresem takim a takim, zaniosłam paczkę, przekazałam wiadomość i jakie są aktualne potrzeby. Po każdej wizycie przychodziłam do Ośrodka i relacjonowałam je najczęściej Ojcu, albo osobie z Ośrodka. Miałam jeszcze trzy rodziny pod opieką, ale ich nazwisk nie pamiętam.[…]. Legitymowałam się dokumentem „Zaświadczeniem” od Ojca, że jestem osobą delegowaną.[…]. Raz w tygodniu, zawoziłam paczki rodzinom, jechałam wtedy autobusem. Jak długo sprawowałam tę funkcję łącznika? Chyba rok.(223)

***                                           
Pierwszą paczkę zawiozłem do żony Pawła Spodenkiewicza. Pojechałem tam ze Zdziśkiem Krakowiakiem  Nie chciała w ogóle z nami rozmawiać, bo miała taką informację, rozpowszechnianą przez „SB“, że osoby z Ośrodka roznoszą paczki z ulotkami, a zaraz po nich, służby te, wkraczają do domów i dokonują rewizji, za co możne było wtedy trafić do więzienia. Po prostu bała się. Tę paczkę rozpakowaliśmy na korytarzu. I dopiero wtedy, kiedy zobaczyła co w niej jest – przez łańcuch w drzwiach –  ją przyjęła. Później, żona Spodenkiewicza, jak przychodziła do Ośrodka, brała największą tubę pasty. Paweł Spodenkiewicz dużo jej zużywał w więzieniu.

***
Były sporadyczne przypadki, że tramwajem zawoziłem paczki do rodzin internowanych. Podam przykład: – kiedyś pani Dłużniewska [ jej mąż Jerzy], podjął w stanie wojennym działalność w podziemiu, za co  został skazany na 3 lata więzienia], przyszła po paczkę. Z uwagi na to, że nie mogła jej unieść, trzeba ją było z tą paczką odwieźć do domu. Pojechałem z nią na ul. Północną, gdzie mieszkała.(224)
Jednorazowa zapomoga finansowa dla rodzin Internowanych wynosiła 5.000 zł [średnia pensja]. Na początku paczka więzienna ważyła 1 kg. Kiedyś harcerze przynieśli w plecakach mięso z Białej k/Zgierza, to pani Zofia Czołczyńska przetapiała brzuszek i to było wlewane do pojemników po margarynie. Do opakowania szklanego nie mogło to być wlewane, bo to ważyło. Taką akcje ogłosił Ojciec podczas Mszy św. Mieliśmy pełno tych pojemników.(225)

***
Jak Ojciec jechał do ZK Łowicz, czy do innego zakładu internowania, to brał paczki dla każdego Internowanego, plus dwie, trzy, cztery paczki dla funkcjonariuszy, żeby nie zazdrościli. Paczki były dla Internowanych z Regionu Łódzkiego.(226)

***
Były sporadyczne przypadki, kiedy dostawaliśmy artykuły takie jak, margaryna lub inne tłuszcze z krótkim terminem ważności i już wiedzieliśmy, że nie da się w tak krótkim czasie jej rozprowadzić, to wtedy, aby się nic nie zmarnowało, mieliśmy kontakt ze znajomym cukiernikiem, aby to wykorzystał. Były to sporadyczne przypadki, takie jak jakieś uroczystości dla rodzin Internowanych, opłatek w oktawie Bożego Narodzenia, czy na Wielkanoc, to wtedy ten cukiernik, wypiekał dla nas ciasta, ofiarując je dla kilkudziesięciu osób.(227)

***
Na apel Ojca, podczas Mszy św. ciasta piekły kobiety z miasta.  I one to przynosiły do Ośrodka. Ciasta były przechowywane w pomieszczeniu w Duszpasterstwie Akademickim, a później to Duszpasterstwo było przeznaczone na Ośrodek. A tam było podpiwniczenie, gdzie był magazyn. Ciasta były przynoszone wieczorem w piątek, lub w sobotę rano z uwagi na to, że rodziny Internowanych odwiedzały swoich bliskich w niedzielę i dla nich było one przeznaczane. Także Ojciec zawoził ciasto w paczkach. Były dwa rodzaje paczek:- dla rodzin, a drugie dla Internowanych. Luksusowe artykuły jak kawę, dostawali Internowani, a nie rodziny… A poza tym, chociażby ten smalec, który w domu przetapialiśmy i nalewaliśmy do pojemników po serkach. Płaty słoniny woziłem rowerem do domu, typowym rowerem z bagażnikiem, jeździłem nim na okrągło do minus 10 C.(228

***    
To nie były kanały kościelne, wykorzystywane przez Ojca. To poszło jakby od drugiej strony, to że mieliśmy na Stolicy Piotrowej swojego Papieża, to on mobilizował Kościół i kręgi kościelne i z tego kierunku, a także z doniesień radiowych i prasowych ruszyła ta pomoc. Ruszyła pomoc, także ze strony Włoskich Związków Zawodowych (CISL). A pierwszymi, którzy do nas z Włoch przyjechali, byli: Giorgio Molla i Sergio. To oni byli z organizacji kościelnej Komuzione Liberazione. A drugim motorem, to był ks.Don Peppino Barbesta, z okolicy Loggi. I on też tam mobilizował ludzi, zbierał datki, za które kupowali dary. Transporty włoskie były na poziomie. Tam wszystko było nowe, nie przeterminowane. Ale zdarzały się artykuły spożywcze z Francji lub Wlk.Brytanii, które nadawały się tylko do wyrzucenia:- były przeterminowane. Albo odzież w takim stanie, że nawet biedakowi byśmy nie zaproponowali.(229)


POKOJE GOŚCINNE.
Pokoje gościnne były w miejscu, gdzie teraz jest rozmównica. W dwóch pokoikach były dwie wersalki. A w dużym pokoju, gdzie teraz jest salon, był on przedzielony, na Kancelarię i na pokój, w którym też była wersalka. Jeśli trzeba było, to i tam można było przenocować.


***
Jeżeli przyjeżdżał transport np. z Holandii – z reguły dwie-trzy osoby, to spały o o.o. Jezuitów. Były tam pokoje gościnne. I wtedy już była dla nich robiona przeze mnie kolacja, śniadanie. Siostra zakonna robiła posiłki dla o.o. Jezuitów. A obiad już dostawali od Siostry zakonnej, jeżeli zostawali dłużej. Jeżeli były większe grupy, to wtedy spali rozlokowani po mieszkaniach naszych ludzi. Jak np. z Francji przyjeżdżało kilka osób, np. dwa osobowo-towarowe Volkswageny – to nieraz było i z 8-9.osób, jak w przypadku wspólnoty Taizé. Albo przyjeżdżał TIR, a z nim mikrobus. Np. z Włoch, oprócz TIR-a, przyjeżdżał bus z kilkoma osobami…Słuchałam cały czas w domu Wolnej Europy, BBC i już w grudniu 15 czy 16 grudnia Wolna Europa powiedziała o Ośrodku Pomocy w Łodzi w Kościele o.o. Jezuitów, którym kieruje o. Stefan Miecznikowski.(230) 

***
Każdy z nas opiekował się przybyłymi cudzoziemcami. Znam francuski, dlatego nocowali u mnie Francuzi. Muszę przyznać, że przyjmowanie obcokrajowców było swego rodzaju atrakcją. Przyjeżdżały wspólnoty modlitewne, księża, zakonnicy. Rozmowa z takimi ludźmi była niezmiernie ciekawa. Do tej pory koresponduję z jedną z osób, poznanych wówczas. Ogromnie mnie te kontakty wzbogaciły. Takie spotkania uświadamiały nam, że Europa o nas nie zapomniała. Do nas należało również nawiązanie kontaktów z zakonspirowanymi solidarnościowcami, gdy przyjeżdżający chcieli z nimi współpracować.(231)

 WSPÓŁPRACA Z KURIĄ.
Kiedy szedłem do Kurii, aby coś tam załatwić, miałem naturalnie „Upoważnienie“ z pieczęcią o.o. Jezuitów z moim imieniem i nazwiskiem, na niewielkiej kartce, z adnotacją że jestem współpracownikiem o.o. Jezuitów. Tam pracowała s. Janina służebniczka, która zarządzała darami w Kurii. Byłem tam może ze dwa-trzy razy, aby pomóc przy rozładowaniu Tir-ów. Kiedyś przyjechał duży transport margaryny z Niemiec. Samochód ciężarowy z przyczepą. Wieczorem dostałem telefon, że jest potrzebna pomoc. Kurii był telefon do Ośrodka, a potem Basia Gruchała-Gruszczyńska mnie o tym powiadomiła. Kierowcami byli Turcy. Podziwiałem umiejętności kierowcy, kiedy wprowadzał tyłem cały zestaw, przez wąską bramę, gdzie było po 20 cm luzu. W dodatku ul. Worcella, nie jest szeroka i wjechać tam tyłem, to nie była taka prosta sprawa. Kilku mężczyzn, którzy byli na Mszy św. w Katedrze, zgłosiło się do rozładowania. A i tak rozładunek trwał do późnej nocy. To był garaż seminaryjny. Pewną ilość tej margaryny, dostał później nasz Ośrodek. Tę margarynę prawdopodobnie przywiózł Mirek Bulski. Do południa miał on więcej czasu. Inne sprawy, to już Ojciec załatwiał.(232)

***                                                           
Wydziałem Charytatywnym przy Kurii Biskupiej – nie było wtedy „Caritasu“ –  kierował ks. Grzegorz Kudrzycki.  I Biskup Rozwadowski, któregoś dnia wydał polecenie, że jeśli w paczkach, które przychodzą do Kurii, będzie kawa, herbata albo czekolada, s. Janina [ w podeszłym wieku – z trudem chodziła], a która nad tym wszystkim miała nadzór, została zobligowana, aby taki transport kierować do Ośrodka o.o. Jezuitów.

***
Pod koniec kwietnia 1982, Kuria Biskupia dostała mięso – na szczęście zamrożone. Dobrze, że były jeszcze dni chłodne i to mięso zostało wniesione do garażu. Ale musieliśmy w ciągu doby to mięso rozprowadzić, Co można było z takim ładunkiem zrobić. Powiadomiliśmy całą parafię i to mięso rozprowadziliśmy.

*** 
Kuria Biskupia dostawała na początku, małe dostawy darów. Ks. Biskup Rozwadowski już podczas pierwszych transportów z darami powiedział:- „Wszystkie czekolady nie dla innych, tylko dla Ośrodka Jezuitów“. A potem, kiedy Ośrodek dostawał dużo darów, to my z kolei przekazywaliśmy je do Kurii. Kiedyś był transport mąki i wtedy uruchomiliśmy nawet ludzi z parafii, aby ją wzięli. W sumie kilka ton. Poza tym, dostawaliśmy suchą kiełbasę. Była zawsze przynoszona w dużych torbach przez dwóch panów z Jerzowa k/Łodzi –  nie ujawniali nazwisk –  anonsując krótko:- „Proszę pani, jest kiełbasa“.(233)

POMOC MEDYCZNA / „BIAŁA NIEDZIELA“.
Oprócz żywności i ubrań, przywożone były także cenne lekarstwa i odżywki dla dzieci. Powstała przyklasztorna Apteka, skąd potrzebujący mogli otrzymać za darmo medykamenty – trudno dostępne w publicznych Aptekach. A w ślad za tym o. Stefan Miecznikowski stworzył pomoc medyczną, w której uczestniczyło wielu znanych łódzkich lekarzy m.in. doc. Jadwiga Lipska-Wygodzka, dr Maria Dmochowska, dr Zofia Szczerska, czy pracujący w szpitalu im.”Pirogowa” dr Marek Edelman [zmarła tam Gaja, żona Kuronia]. W Szpitalu w Łowiczu, cenną pomocą medyczną służyła dla osadzonych w pobliskim więzieniu, dr Ewa Zbudniewek i dr Piotr, doprowadzając wielu z nich, do wcześniejszego zwolnienia.

***
Pomoc taką zorganizowała  dr Ewa Kowalewska i dr Maria Dmochowska [w Szpitalu „Kopernika“, w Poradni  Hematologicznej], przyszła do Ośrodka i zaoferowała pomoc medyczną.
 – „Ojcze, musiałam tutaj przyjść, aby się podnieść duchowo“. I niejednokrotnie jechałam do niej, do szpitala Kopernika, aby umówić się na wizytę z jakąś chorą osobą. Jak Internowani zostali zwolnieni, to musieli być przebadani.(234)

***
Ojciec wsparł inicjatywę lekarzy, którzy zorganizowali „Białe niedziele“ w Kołacinku za Brzezinami i Białej, k. Zgierza. Byli to m.in. – Dr Ewa Kowalewska, dr Perlikowska, dr Józef Szymczyk. Akcja godna podkreślenia, ponieważ przyniosła wiele dobrego. Z tych wsi, rolnicy organizowali pomoc przez “Solidarność Rolniczą” dla Ośrodka w Łodzi.(235)

***
Inną „Białą niedzielą“, była pierwsza niedziela po Wielkiej Nocy [jest teraz Niedzielą Miłosierdzia Bożego] – podczas której celebrowana była rocznicowa Msza św. związana z przyjęciem przez Ojca święceń kapłańskich. Kupowaliśmy jakieś kwiatki, ale nie było żadnej pompy z tego tytułu.236)

PONIEDZIAŁKOWE NARADY.
Na zebraniach ze współpracownikami Ośrodka, dzieliliśmy się sprawami, które do nas spływały i różnymi problemami. Ojciec dzielił się tymi informacjami, które przez tydzień uzbierał, m. innymi: z Episkopatu, czy z więzień.

***  
My rozsiadaliśmy się, kiedy OJCIEC przychodził i opowiadał: o danej sytuacji, co zastał w Zakładach Karnych, jakie zmiany tam zaszły i pytał:– „Czy są jakieś trudności, czy są propozycje usprawnienia naszej pracy?“. Ktoś się wypowiadał, pytał. Tak było.(237)

***  
Byli obecni na nich wszyscy współpracownicy. Ojciec przekazywał te informacje, które nie mógł przekazać podczas Mszy św. w Kościele, np. o sytuacji panującej w danym Zakładzie Karnym, o czym nie należało poinformować ogółu. Ojciec informował o swoich wyjazdach. Zebrania były w pomieszczeniu budynku z kaplicą św. Krzysztofa, gdzie obecnie mieści się kawiarnia.(238)

*** 
To były krótkie spotkania. Nie wszyscy siedzieli, bo było mało miejsca, a wokół paczki, ciasto. Ojciec                                                                     opowiadał gdzie jedzie, co mu się przydarzyło. Zawsze zabiegany. Wpadał na zebrania w ostatniej chwili.(239)

WYJAZDY  OJCA do Z.K.
Pierwszą próbę dotarcia do Internowanych kobiet, o. Miecznikowski podjął 29 grudnia 1981r. ale nie został tam wpuszczony.

***
Kolejna próba, została uwieńczona powodzeniem. 30 grudnia 1981r. wszedł wtedy do  Zakładu Karnego w Sieradzu.

***
O. Miecznikowski starał się podnieść więźniów na duchu. “Już samo Jego pojawienie się i ciepło, które w sobie miał, bardzo pomagało” – opowiada Marek Czekalski. Ojciec tłumaczył nam, że jesteśmy kimś wyjątkowymi. Takimi bohaterami współczesnych czasów. Mówił, że musimy wytrzymać, nikt nie może się załamać, wszystko będzie dobrze, nasze rodziny są dzielne. Odradzał nam emigrację. Jego zapewnienia – że jeżeli ów wspaniały czas “Solidarności” ma mieć sens w przyszłości, to teraz trzeba zdać egzamin – były bardzo mądre. Ojciec doskonale rozumiał, że było nam ciężko i źle”.[…]. Razem z nami siedzieli w więzieniu działacze “Solidarności” z Wybrzeża. Ich duszpasterzem był wówczas ksiądz Jankowski. Nie przyjechał do więzienia, tylko przysłał Internowanym swoje zdjęcie…zamiast pocieszenia.(240)

***
Ojciec najczęściej przekazywał informacje uwięzionym, w trakcie spowiedzi. Nawet osoby niewierzące przystępowały do tzw.„ spowiedzi“, z zachowaniem procedur zewnętrznych, ale to nie była klasyczna spowiedź tego człowieka. Mówił o pozyskanych w ten sposób informacjach, aby dostarczyć je rodzinom. Miałem kilka takich wyjść np. na Kurczaki [dzielnica Łodzi – oddalona od Kościoła oo. Jezuitów ok.7 km.]  a gryps miałem w skarpetce. Nieraz przechodziłem obok Komendy „MO“ na ul. Piotrkowskiej 268, jak funkcjonariusze wychodzili z pracy, ale nigdy mnie nie zatrzymali do kontroli.(241)

***
Wizyta Kard. Glempa w ZK Łowicz – „[…] Kardynał Glemp sprawił na Internowanych w więzieniu w Łowiczu, złe wrażenie. Prymas w zasadzie skreślił „Solidarność‘. Uważał, że rozdział „Solidarności“ jest zamknięty. Pisał o tym tygodnik „Mazowsze“ i inne gazety podziemne. Siedząc w ZK Łowicz, nie miałem o tym pojęcia, że tak pisano o Prymasie. Prymas zachowywał się w sposób protekcjonalny, nie traktował tych ludzi jako ludzi – przywódców ruchu społecznego, tylko jako parafian. Po tym spotkaniu, kolega mój wpadł do celi i powiedział: – “Już nigdy nie pójdę do Kościoła“.(242)   

***
1/…“ Solidarność Walcząca“ była pismem typowo informacyjnym. Zamieszczała wiadomości, które docierały z łódzkich zakładów pracy i instytucji od zatrudnionych tam działaczy „Solidarności“, za pośrednictwem kolportażu. Stworzona wówczas sieć współpracowników okazała się później bardzo przydatna w okresie wydawania „Biuletynu Łódzkiego“. Lokalne informacje dotyczyły przede wszystkim represji. Szczególnie często ukazywały się relacje o losie osób internowanych, a numer 15 (z 25 marca) był w całości poświęcony tej tematyce. Szczegółowych informacji dostarczał redakcji ks. S. Miecznikowski, który regularnie odwiedzał ośrodki dla internowanych“.
/ W latach 1982-1989 miejsca druku zmieniały się wielokrotnie. Znajdowały się w następujących miejscach:
1. […]
2. Na Dąbrowie, w okolicach ul. Tatrzańskiej. Od początku 1982 do drugiej połowy 1982 – „Solidarność Walcząca“. Lokal załatwiony dzięki pośrednictwu  ks. Miecznikowskiego. Na ul. Broniewskiego w domku jednorodzinnym. Od końca lutego 1982 były tam drukowane 2-3 numery „Solidarności Walczącej“. Pomieszczenie załatwione przez ks. Miecznikowskiego […].(243)

***
Jak wiele mówi o.o. Miecznikowskim jego godna uwagi postawa, niech świadczy zdarzenie z wizyty w ZK Łowicz w upalny dzień czerwcowy 1982r….Cele były małe i bardzo zimne. Zimno od dołu. Internowani chodzili w takich wysokich butach, z cholewami na grubych podeszwach i w wełnianych skarpetach – bo  to więzienie w Łowiczu zbudowano na bagnistym terenie, a podłogi z betonu, okna dość wysoko umieszczone, piętrowe łóżka. Kubeł służył za toaletę, bez zasłony żadnej. Godzina spaceru na zewnątrz […]. Było bardzo gorąco, byłem tylko w szortach i w jednej tylko cienkiej koszulce. Ojciec wsiadając do samo-chodu zapytał mnie: – „ Panie Mirku, niech Pan pozwoli, że ja sobie odepnę haftkę u sutanny“.[…].(244)

***
Rodzina Wojtka Hempela, zrobiła potężne wysokie buty, ale inni też chodzili w podobnych. Podłoga bez podpiwniczenia, wylewka betonowa, od której ciągnęło zimno. Cienkie ściany, zrobione z pustaków. Było generalnie zimno. Paczki, które dostarczano do cel, Internowani nazywali „ Marchewą“ . Dlaczego? Tego nie wiem.(245)

***
W ZK Łowicz były trzy śluby na raz. Ojciec ślubów udzielał. Odbyło się to w świetlicy – sala niewielka, 22-24 metry kwadratowe na pierwszym piętrze. Do tych trzech par, przyjechała okrojona rodzina i dzieci. Przyszło też, kilku Internowanych na tą uroczystość. Jeden, czy dwa stoły były złożone jako ołtarz. Był tylko jeden Strażnik – Naczelnika nie było. Strażnik siedział w kąciku i przyglądał się uroczystości. To było w lecie w 1982r. Wtedy Ojciec dostał naręcze kwiatów od par poślubionych. Kiedy wyjechaliśmy z Łowicza, powiedział do mnie: – „Panie Mirku, gdzieś te kwiaty, pod jakimś krzyżem musimy umieścić…  O, wie pan, tam coś widać“…
Podjeżdżamy, a to był pomnik żołnierzy radzieckich.
– „Nie, nie tam“.[…].
Mało rozmawialiśmy podczas podróży. Nie należę do gadatliwych i Ojciec również. Zwykle siadał na fotelu obok, wyciągał nogi na ile było to możliwe w „maluchu“ [„Fiat-126p“] i drzemał, bo siedzenia z tyłu były zwykle czymś zajęte. Nie zwierzał się.(246)

***  
Ojciec w pierwszym okresie jeździł do Jaworza, Darłówka, Białołęki, gdzie wszędzie otrzymywał odmo-wy. Spotykał się z tamtejszymi kapelanami, którzy mieli wejście do miejsc odosobnienia i pozostawiał im paczki dla Internowanych, albo pieniądze, aby coś tym naszym ludziom dać. Ojciec wyjeżdżał zawsze w nocy pociągiem.
– „Ale Ojciec się nie wysypia“,
– „Nie, nie.. To mi wystarczy. Ja zawsze śpię w nocy“.
Na początku, podwoził Ojca na dworzec kolejowy Zdzisław Krakowiak, ale zawsze w odwodzie był jakiś samochód. Potem Mirek Bulski, państwo Siewierowie, Mirosław Czołczyński – szczególnie do Z.K.Łowicz.[…]. Ojciec nie dbał o siebie, o materialne rzeczy. Kiedyś jechał do Tarnowa, z przesiadką w Koluszkach i tam było niewiele czasu, aby przejść na drugi peron. Spieszył się i spadł mu but. Ponieważ pociąg już ruszył z miejsca, wskoczył do niego. Przez cały Tarnów szedł w jednym bucie. Jak na „furcie“ Siostra Służebniczka Starowiejska go zobaczyła – w zniszczonej skarpetce – to odpowiedział:– „Jestem Jezuitą bosym“.
Siostry postanowiły poratować Ojca i znalazły mu brązowe buty o dwa numery za duże. A on, watą je wypchał i tak wrócił do Łodzi. Kiedy przyjechał, pokazał mi je.
– „Tak nie może Ojciec chodzić“.
– „Nie mam innych, a te są bardzo wygodne“. Chodził w nich jeszcze przez kilka lat. Ojciec miał czarną ortalionową kurtkę, szary szal, ręcznie robiony beret czarny, również ręcznie robiony. Miał też starą brązową teczkę, ten brąz był bardzo ciemny. Zawsze chodził z tą teczką, lekko przygarbiony. To była taka jego charakterystyczna postawa. Kiedyś postanowiliśmy w Ośrodku kupić Ojcu na imieniny sweter, z wełny szetlandzkiej – nie miał swetra. Imieniny Stefana są 2 września. Złożyliśmy się i kupiliśmy. Bardzo mu było do twarzy, ale ktoś, kiedyś przyszedł i powiedział:- “Sweter by mi się przydał“. To Ojciec:- „Proszę chwilę zaczekać“. I oddał mu ten sweter szetlandzki.(247)

***
Był pierwszą osobą w Łodzi, bo dopiero Kuria później się w to włączyła, nawet była przestraszona pewnie i nawet nie wiedziała, jak się zachować. On był pierwszym, który się Internowanymi zajął, potrafił jeździć gdzieś daleko pod Lublin, czy do Gołdapi, nieraz mając świadomość, że nie będzie z nimi żadnego kontaktu. Ale oni wiedzieli, że on był pod bramą. Jego siostra mówiła, która mieszkała w Olsztynie, że któregoś razu wracając z takiej właśnie wizyty, znalazł się na Dworcu kolejowym w Olsztynie już po godzinie milicyjnej, gdzieś ok.23:00. Wyszedł przed Dworzec, stoi łazik milicyjny. Podszedł do nich, mówiąc:- Panowie, jestem księdzem, właśnie wróciłem z Gołdapi. Mam tu siostrę. Czy możecie mnie podwieźć?  Siostra była przerażona, jak zobaczyła milicjantów, którzy go prowadzą. Ale wszystko dobrze się skończyło.
Wtedy pojawiła się też przy Kościele o.o. Jezuitów, nowa działalność:- Duszpasterstwo Środowisk Twórczych, które po odejściu o. Miecznikowskiego, zamarło i zostało zlikwidowane.[…]. To był człowiek o ogromnym potencjale. Ciekawą rzecz powiedział:- Tak na prawdę poznał ludzi po wprowadzeniu Stanu wojennego.[…].
Jak się mówiło na Sienkiewicza, to zawsze trzeba było dokładnie powiedzieć, bo dwie przecznice dalej, mieściła się siedziba „UB“, a później „SB“. Myśmy tam z żoną byli przesłuchiwani w sprawie o. Czumy. Był aresztowany w 1970r, w związku z akcją braci Niesiołowskich na Muzeum Lenina w Poroninie.(248)
o. Józef ŁĄGWA SJ.(249)
O. Stefan Miecznikowski mieszkał na końcu korytarza, gdzie teraz zajmuje ten pokój o. Jan Beresiński. Trudno mi powiedzieć, czy o. Stefan miał radio? Ale chyba miał takie radio z kasetą. Czy słuchał “Wolnej Europy“. Tu był o. Franciszek Przybylski i on przy obiedzie dawał takie résumé:- „Najważniejsze wieści ze świata“. Miał kartkę i przy obiedzie nam wszystko przekazywał. Nawet nieraz do północy słuchał radia, co tam w świecie piszą. Zakonników w klasztorze było wtedy 7-8. Br. Władysław Kusiak miał klucz do pokoju o. Stefana. Ktoś o 21:30 przyniósł reklamówkę dla o. Stefana. Wówczas powiedziałem, że już nie będziemy Ojca budzić i powieszę tę reklamówkę na drzwiach. Rano, o 6:45 idę do Kościoła i widzę reklamówkę na klamce, tzn. w nocy nie wstawał, sen ma spokojny. Godz.8:00, reklamówka wisi, godz. 9:00, reklamówka wisi. 10:00, reklamówka dalej wisi. Mówię więc do br. Władysława:- To jest podejrzane, otwieramy pokój. Ręce mu się trzęsły, kiedy je otwierał. – Nic się nie stało, proszę otworzyć. Otwieramy  pokój. Ojca nie ma. Dzwonimy tu, tam, Ojca nie ma. Nikt go nie widział. Godzina 17:00, przyjeżdża: – „Byłem w Warszawie“.
– Ojcze, trzeba kartkę napisać, bo się martwimy.
Innym razem chciałem mu dać bilet do koncelebry, kiedy była beatyfikacja ks. Edmunda Bojanowskiego [13 czerwca 1999r, w Warszawie], aby był blisko Papieża:- „Nie, nie, dziękuję. Jadę do Ewy Goldman“…
Ojciec Stefan nie mówił o przesłuchaniach na „SB“ i jak go odwiedził por. Piotrowski Grzegorz.
– Powiedziałem do niego:- Ojciec lubi podróżować… – Tak, tak, ale służbowo“.  
Pałką od ZOMO dostał na ulicy o. Wojciech Skórewicz, porwali mu marynarkę, kiedy ratował chłopaka. A jego wzięli na Komisariat, przy ul. Piotrkowskiej.(250)

***
Ojciec jadąc do Zakładów Karnych w Hrubieszowie, Barczewie, czy w Fordonie, zawsze brał więcej paczek i przekazywał tamtejszym kapelanom.(251)

WEZWANIA na KOMENDĘ “MO”.
Filmowali nas z dwóch miejsc. Z pierwszego piętra domu, który jest naprzeciwko bramy do Kościoła i z czwartego piętra w wieżowcu. Kiedyś powiedziałem do Ojca: – Może puścimy im zajączki?. [ w lusterku odbite promienie słoneczne].- Nie, nie…Niech sobie filmują.
Byłem kilkakrotnie wzywany przez “SB” do Komendy Wojewódzkiej “MO”, przy ul. Lutomierskiej. Porucznik albo kapitan – nie pamiętam dokładnie – pytał mnie:– Czy ja wiem coś o nielegalnych książkach? I użył takiego słowa, którego nie znałem [bezdebitowe]:– Nie wiem, co to znaczy.
– To jest takie coś, co jest poza legalnością. Takie wydawnictwa
– Ja nie wiem. Ja czekoladę, kawę i makaron przewożę do rodzin, ale tych książek nie widziałem.
– A czy może pan mi takie oświadczenie napisać?
– Proszę pana, ja z języka polskiego to miałem trójkę. Pani profesor mi powiedziała, ty Czołczyński wybierasz się na Politechnikę, to ja ci trójkę wystawię na maturze. Robię błędy ortograficzne do tej pory i gdy mam coś napisać do jakiegoś Urzędu, to żona za mnie pisze, która jest nauczycielką. No właśnie, może pan napisze za mnie to zeznanie, a ja podpiszę.
– Ja nie mogę tego za pana pisać…A skąd pan wie, co przewozi w tych paczkach?
– Bo je sam pakuję […]
Któregoś dnia, była rewizja w naszym domu. Było kilkunastu ZOMO-wców, prawie pluton. My wcześniej, załadowaliśmy do samochodu ciastka, które upiekłam, smalec i wyjechaliśmy po południu do Ośrodka.     A oni przyszli pod naszą nieobecność, pod pretekstem, że na cmentarzu ukradziono pomnik i w naszych komórkach szukano pomnika. Jest tych komórek 17, a oni weszli tylko do naszego garażu. Oczywiście, nic nie znaleźli.(252)

***
Po każdym takim wyjeździe z Ojcem do więzienia, przychodził do domu smutny pan z “Wezwaniem”, abym stawił się w Komendzie “MO” na Lutomierskiej. Byłem przesłuchiwany przez funkcjonariuszy w cywilu – ani razu nie był to umundurowany milicjant i tam zadawano mi pytania:- “Gdzie byliśmy…Co wieźliśmy”, itd.  Zawsze było ich dwóch. I jak ja to mówię: – jeden dobry, drugi zły. Na zasadzie, że jeden przyjacielski. I zawsze przesłuchiwali mnie ci sami. Ja tam za dużo nie chciałem mówić i wtedy wchodził ten drugi, mówiąc:– “I co, zamykamy go?”…

Tych przesłuchań było kilkanaście.
– “A po co byliście na Miodowej, w Komitecie Prymasowskim?”. Albo:-“A po co byliście u pana Władysława Bartoszewskiego? Groźby były tego typu:- “Jak nie przestanie pan tam jeździć, to pozbawimy pana pracy, żonę pozbawimy pracy. I co, weźmie pana ojciec Miecznikowski na garnuszek?
Odpowiadałem:- “Jak trzeba, to weźmie”. 
Wiem, że Ojciec się martwił o nas wszystkich dlatego, że Mirek Czołczyński też był przesłuchiwany na Komendzie, jako jeden z pierwszych. I chyba Grzegorz Siewiera też. Nie wiem tylko, czy Zdzisio Krakowiak był tam wzywany […]. Na tych przesłuchaniach próbowano udowodnić, że na terenie Parafii jest drukarnia, czy powielacz, że tam się coś robi. No, więc ja przyjmowałem takie stwierdzenia z uśmiechem.
– “Co się pan śmieje?” 
– “Bo bzdury mówicie. Co sobie wyobrażacie, że Ojciec siedzi na strychu i korbą kręci?”[…].
– Oni uważali, że tam jest całe podziemie łódzkie skupione, w tym Kościele […].
– “A jak oni panu płacą?”. Co miałem powiedzieć:- “Z licznika”.
Licznik miałem zawsze włączony […]. Przebijano mi opony, aby nie było wątpliwości z boku, nożem […]. Parkowałem na chodniku na ulicy Podrzecznej, vis a vis domu. No i któregoś pięknego dnia rano wstaję, patrzę przez okno, a tam kufer otwarty, wgnieciony, auto z przodu rozbite. Przypadek? […]. Pojechaliśmy kiedyś do Bydgoszczy. Zaproszono tam Ojca, aby wygłosił homilię, bo w Bydgoszczy też była taka Msza patriotyczna. No  i  jak wszedłem do środka, byłem w szoku. Kościół pełen, a w nim pełno symboli narodowych, ”Solidarnościowych”, flag, wszystkiego[…]. I jak wracaliśmy do Łodzi, była szaróweczka – było to na obrzeżach Bydgoszczy,  albo tuż za miastem, gdy w pewnym momencie był las. I chyba po lewej stronie drogi także. I nagle – kierowca jak mówię, widzi wszystko naokoło – z mojej prawej strony, nagle coś szarego przeleciało i na jezdni potoczył się…kamień. W pierwszym momencie nie wiedziałem, co to jest, czy ptak, czy coś innego. No, ale jak już spojrzałem, jak się to toczy, po drugiej stronie jezdni, na drugim pasie… Ech… Ojciec widocznie to zauważył, i mówi tak: – “Mirek, co to było?”. 
– “Nic ojcze, ptak”.
Chwila milczenia i Ojciec mówi:– “Oj, to nie był ptak”. […].
Zawsze siedział na tylnym siedzeniu, był notorycznie niewyspany.(253)  

***
Druh Jerzy Miecznikowski opowiadał, że jechał z o.Miecznikowskim, na jakieś spotkanie konspiracyjne-harcerskie i podczas jazdy, odpadło koło z samochodu, na przejeździe kolejowym, które ktoś prawdopodobnie odkręcił – rzadko się zdarza, że koło samo odpada z samochodu.(254)

***
Tam były odkręcone śruby. „Trzepotało“ to koło. Kierowca wysiadł i potem okazało się, że w czterech kołach były poluzowane śruby.(255)  

***
Ojciec był dwukrotnie na rozmowie w Komendzie MO przy ul. Lutomierskiej. To tam, w czasie „rozmów“ był stawiany mu zarzut, że przekupuje funkcjonariuszy więziennych, dając im paczki. Wtedy im odpowiadał:- Jestem kapłanem i nie może być tak, że jak daję jednym, to trudno, aby nie dać drugim, dzielić ludzi. Przecież i funkcjonariusze mają rodziny, kiedy na rynku jest ogólny brak wszystkiego. I trudno, aby taki człowiek patrzył i nie dostał czekolady dla swojego dziecka.
Zarzuty, jakoby Ojciec rozdzielał dary po znajomości, nie wyszły ze strony władz, tylko ze strony „maluczkich“ ludzi. Natomiast po wydarzeniach w Kwidzyniu, ze strony Służby Bezpieczeństwa było pismo do Biskupa Ordynariusza i Superiora o.o.Jezuitów. Biskup Rozwadowski odpowiedział im, że Ojciec nie jest w jego jurysdykcji. „Bezpieka“ chciała Ojca usunąć z Łodzi. Napisali kolejne pismo, tym razem do Prowincjała o.o.Jezuitów w Warszawie, ale Prowincjał się na szczęście nie ugiął.(256)

***
Wobec groźby zlikwidowania Ośrodka przez milicję. Łącznicy zostali zobowiązani do „małżeńskiej“ wierności względem podopiecznych (na wszelki wypadek pozostała druga, tajna kartoteka).

***
Dostaję na Uczelni [Politechnika Łódzka.] „Zawiadomienie”, że mam się zgłosić na Komendę przy ul. Lutomierskiej. Idę tam, a tam pierwsze pytanie: – To pani w domu nie nocuje?
– A to moja sprawa. A poza tym, skąd pan wie?.
– Bo mleko do obiadu, nieodebrane, stoi pod drzwiami.
Musieli być podczas mojej nieobecności i podczas dyżuru męża w Szpitalu [ im. ”Pirogowa”].(257)

***
To było 30 kwietnia, przyszłam do domu, a tu już była rewizja dokonywana przez „SB“. Zwróciłam się do swojego taty z pytaniem, czy ci panowie wylegitymowali się. Tata odpowiedział:- Nie.
Z kolei zwróciłam się do funkcjonariuszy:- Mają panowie nakaz rewizji?.
Usłyszałam w odpowiedzi:- Nie.
– To czego tutaj szukacie? Jak można takie bezprawie uprawiać?
Jeden z funkcjonariuszy odpowiedział:– W kodeksie postępowania karnego jest taki przepis, że podczas pościgu, można robić przeszukanie bez nakazu.
– A więc, pierwszy warunek jest już niedotrzymany, ale spytam o drugi:- Czy jest obecny wśród „ przeszukujących“ oficer?
Funkcjonariusz:– No, ja.
– To proszę się wylegitymować.
Funkcjonariusz macha legitymacją.
– Proszę mi nie machać, bo ja muszę wiedzieć, kto dotyka moich rzeczy. A pan tutaj zachowuje się, jakby ten dom był pana własnością“.
Funkcjonariusz zdenerwowany podaje jakąś kartkę i tam było tylko imię i nazwisko.
– Proszę pana, a gdzie jest adnotacja o pańskim stopniu oficerskim? 
Funkcjonariusz podaje następny dokument, otwiera z adnotacją „Starszy inspektor.“
– Starszym inspektorem może być też sierżant.
Doprowadzony do granic wytrzymałości nerwowej funkcjonariusz przewraca kolejną stronę, gdzie jest wpis „Kapitan SB“.
Zwracam się do taty:- Ci panowie są ze służby bezpieczeństwa.
Funkcjonariusz:- Musimy panią zabrać.
– Z powodu?
– Mamy prawo zatrzymać każdego obywatela na 48 godzin, bez uzasadnienia powodu.
W samochodzie funkcjonariusz zagadnął mnie o okrągły znaczek duszpasterstwa akademickiego, na którym był krzyż, a nad nim napis „Miłość, nauka i wiara“.
– Proszę pana, znajdujemy się chyba na innych płaszczyznach i chyba nie mamy o czym mówić.
– A ile, ksiądz Miecznikowski pani płaci, bo przecież nigdzie pani nie pracuje.
– Motywy, dla których jestem w tym ośrodku, nie będą dla pana zrozumiałe.
I na tym rozmowa między nami się skończyła. Dowieziono mnie do Komendy MO na ul. Lutomierską i wsadzono na tzw. „dołek“… [ Wniosek o prewencyjne zatrzymanie zatwierdził Z-ca komendanta ds Służby Bezpieczeństwa, płk mgr Jan Jasiński w dniu 27.04.1983r. Zatrzymania dokonała grupa: por. Grzegorz Osmulski, ppor. Marek Jóźwiak, mł.chor. Marek Wojciechowski. Uzasadnienie:- Wymieniona w przypadku pozostania na wolności może podjąć działania zmierzające do organizacji kontrmanifestacji w dniu 1 Maja ].(258)… Ojciec był wtedy na Rekolekcjach i dopiero po Mszy św. w niedzielę zorientował się, że mnie nie ma, w pierwszej myśli sądząc, że jestem chora. Zadzwonił do rodziców i od nich dowiedział się, co się stało. Od razu zadzwonił w mojej sprawie do Biskupa Rozwadowskiewgo, który zlecił wystąpienie w mojej sprawie do władz. W sobotę mnie zatrzymali, a w poniedziałek ok. południa już czułam jakąś nerwowość wśród funkcjonariuszy. Od jednego z nich usłyszałam:- Już pani wychodzi? Zaraz wszystko pani oddamy, proszę sprawdzić, czy wszystko się zgadza. Proszę dokładnie wszystko sprawdzić i podpisać protokół odbioru. I w pewnym momencie:- Pani Barbaro, jest pani wolna. Ale może by pani usiadła, byśmy porozmawiali, ma pani czas, przecież pani nigdzie nie pracuje.
– Jestem wolna, to do widzenia. Rodzice na mnie czekają. 
Po wyjściu od razu poszłam do o.o. Jezuitów. Ojciec był na Rekolekcjach u Sióstr Służebniczek na ul. Biegańskiego, zadzwoniłam tam. Jakaś siostra odebrała telefon i powiedziała:- Teraz jest Msza św.
– To proszę powiedzieć Ojcu, że dzwoniła Basia i jest już wolna.
Ponieważ dowiedziałam się w Ośrodku, że w mojej sprawie miał interweniować Biskup, szybko tam poszłam. Od razu do Kanclerza i powiedziałam:-  Już jestem wolna i już idę do domu.
A wieczorem, była Msza św. w Kościele o.o.Jezuitów, kiedy Ojciec wrócił z Rekolekcji. I wtedy poinformował mnie, że chce się ze mną widzieć Biskup. Więc poszłam. Biskup pytał o różne szczegóły, a ja mu podziękowałam za jego interwencję w mojej sprawie.(259)

***
W lipcu i sierpniu Ośrodek pracuje, choć na zmniejszonych obrotach. Szokiem jest dla nas fakt brutalnego pobicia więźniów w Kwidzyniu. W odpowiedzi na to, ojciec odczytuje z ambony swój protest. Naturalną koleją rzeczy, otrzymuje wezwanie na MO. Wizyta ma przebieg niewątpliwie godny przypomnienia. Urzędnik [Funkcjonariusz]: – „Wy tam macie powielacz!“.
Ojciec:- „Niech się pan nie wygłupia!“.
– „Ksiądz nieobiektywnie ocenia fakty! Księdza kazania są agresywne!“.
– „To wasza wina. Nie stwarzajcie takich sytuacji, to nie będą[ę] o nich mówił.“
– „Ksiądz w ogóle jest agresywny wobec władzy.“
– „Ależ skąd, jestem w znakomitych stosunkach z naczelnikiem więzienia.“
– „No, my wiemy, jakimi sposobami!“.
– „No, jakimi? Wybaczcie panowie, ale kultura po prostu wymaga, bym rozdzielając paczki, dojrzał również strażnika, który ma dziecko. Ja jestem księdzem!“
I nagle – z tamtej strony – zaskakujące pytanie: – „Co moglibyśmy dla ojca zrobić?“
I szalona odpowiedź:- „Pomóżcie mi – po pierwsze – dostać się do Kwidzynia i Hrubieszowa, po drugie – wyjechać“.
– „Dokąd? Do Rzymu?…“
– „Nie, na Białoruś.“
Po wygłoszonym z ambony proteście, zbiórka na potrzeby więźniów wynosi 200 000 zł. Jest też inny efekt: przeciw Ojcu Miecznikowskiemu, Urząd do Spraw Wyznań wytacza postępowanie administracyjne „za działalność antypaństwową“. W porozumieniu z kanclerzem Kurii Łódzkiej, ojciec postanawia na to nie reagować. Władze wzbraniają mu wstępu do hrubieszowskiego więzienia, mimo trwającej głodówki ponad 100 więźniów, walczących o status politycznego. Są w ciężkim stanie, bici i przymusowo karmieni. Ojciec wielokrotnie ponawia próby dotarcia do nich, bezskutecznie. Stoi wtedy pod więzieniem i daje im znaki, że jest, że do nich przyjechał. Za którymś razem – bodajże siódmym! – ląduje w Komisariacie.
Niewyczerpana jest cierpliwość Służby Bezpieczeństwa. Jednak – my – w Ośrodku – żyjemy w ciągłym lęku, że w końcu ojca zamkną. Liczymy się z tym poważnie, ustalamy nową organizację pracy na wypadek, gdyby go zabrakło.(260)

GOŚCIE z KOMITETU PRYMASOWSKIEGO.

Ośrodek nie mógł pozostawać bez kontaktu z innymi Ośrodkami Pomocy w kraju. Wspólne kontakty, wymiana informacji i doświadczeń pozwalały na usprawnienie prowadzonych akcji. W Ośrodku w Łodzi, gościła Maja Komorowska, współzałożycielka Warszawskiego Prymasowskiego Komitetu Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i Ich  Rodzinom.

***
Maja Komorowska i inni, przyjeżdżali z Komitetu Prymasowskiego, aby wymienić z Ojcem informacje i potrzeby dot. naszego Ośrodka w zakresie dalszej pomocy Internowanym. Np. dr Lidia Grabowska  przy-jechała do Ośrodka, jak Józef Śreniowski uciekł ze Szpitala w Łowiczu. I z tego powodu kilku Internowanych, w tym m.in. Marek Niesiołowski, Tomasz Mysłek, zostali przewiezieni do Szpitala w Zgierzu – umieszczeni na Wydziale Psychiatrycznym. I ona przyjechała do Łodzi, aby wzmocnić starania, żeby ich z powrotem umieścić w Szpitalu w Łowiczu. Ks. Biskup Józef Rozwadowski od razu wysłał do władz protest, podkreślając przyjętą przez władzę zasadę zbiorowej odpowiedzialności.(261)

***
Kuria Metropolitalna Warszawska oddelegowała Józefa Maja do Łodzi ze wspomnianej placówki, aby zapoznał się z tutejszym „dziełem pomocy” i poinformował księży w stolicy o zasadach jego funkcjonowania.(262)

 INNE WYJAZDY OJCA. 
W maju, Ojciec jeździł co tydzień do Warszawy, aby pomodlić się przed relikwiami Św. Andrzeja Boboli. Rano wyjeżdżał do Warszawy, a wieczorem wracał do Łodzi. Miał wielkie nabożeństwo do tego Świętego, gdyż jak mówił, był jego patronem powołania. W dniu 17 czerwca 1938r, kiedy sprowadzono relikwie św. Andrzeja Boboli do Warszawy –  Ojciec wtedy mieszkał w Warszawie –  bardzo to przeżył. I wtedy się zdecydował, że będzie księdzem i to jezuitą. Jego wybór nie został zaakceptowany przez ojca. Dopiero wiele lat po wojnie, jego wybór został zaaprobowany, kiedy rodzice Ojca zamieszkali w Olsztynie, bo ich dom w Warszawie został zniszczony, a Ojciec miał w tym mieście Rekolekcje. Sprawił to tłum wiernych, wypełniający Kościół. I zawsze od 16 maja, była Nowenna do św. Andrzeja Boboli, przez 9. dni. Ojciec był tytanem pracy.(263)

***
Kiedyś Ojciec przyszedł do mnie do Liceum – byłam nauczycielką j. polskiego – i Dyrektorka Liceum przechodząc korytarzem, zobaczyła Ojca. Była jego wizytą oburzona. A później w Pokoju Nauczycielskim dała upust swojemu niezadowoleniu, mówiąc:- Ten Jezuita był u nas w Szkole. Jak on śmiał tu przyjść!
Rozmowa z Ojcem odbyła się na korytarzu, podczas przerwy lekcyjnej. Uczeń wszedł do Pokoju Nauczy-cielskiego i mnie wywołał na korytarz. Ta rozmowa dotyczyła Mszy świętej, niedzielnej o godz.10:00, podczas której była potrzeba recytacji patriotycznego wiersza. Ojciec chciał, aby to zrobił jakiś uczeń. Niestety nie doszło do tego, uczniowie bali się. A ja wtedy, poprosiłam jednego z uczniów, który  pięknie recytował nie wiedząc, że jego ojciec jest wysokim oficerem w szpitalu WAM. Wywołałam go z klasy i podeszliśmy na korytarzu do Ojca. Powiedział:- Dobrze. Zgadzam się.
Ojciec dodał:- Nie podejmuj pochopnej decyzji, przemyśl to, bo jednak to jest ryzyko.  
W którymś Zakładzie Karnym w Łodzi – był Komendantem Polawski (lub innym ważnym funkcjonariuszem), uczyłam jego syna w XXI Liceum i Ojciec mi kiedyś powiedział, że dał dla syna Komendanta więzienia jakieś odżywki, czy też lekarstwo, bo jest jakiś słabowity. I dogadałam się, że jest to mój uczeń. I tamten człowiek był Ojcu bardzo przychylny. Na ul. Sienkiewicza [Komisariat „MO“], był Komendant Pirecki, którego kiedyś poznałam z jakiegoś powodu. Miał syna, który był studentem, brał udział w jakiejś manifestacji i był zabrany przez „MO“. Ojciec posłał kogoś do tego Komendanta z paczką i z pytaniem, czy nie potrzebuje pomocy, jakiś lekarstw? Komendant był wzruszony taką propozycją, mimo że nie potrzebował pomocy.
Ojciec wiedział wszystko o nas, o wszystkich naszych sprawach, interesował się co w domu. To był trudny czas. Jak coś się zdobyło lepszego do jedzenia, to robiło się takie spotkania ze znajomymi, gdzie był także zapraszany Ojciec. Lubił przychodzić na takie spotkania. W Stanie Wojennym rzadziej, ale przychodził. Podczas tych spotkań, też o wielu rzeczach mówił, co się dzieje – ale o szczegółach nie mówił. Mówił ogólnie, np. że był na rozmowie w Komendzie „MO“. Był ciepłym, serdecznym człowiekiem. Mówił ładnym, polskim językiem. Nie widziałam go zdenerwowanego.(264) 
Ojciec duszpasterz czuł się zobowiązany do osobistej wizyty u wszystkich rodzin poszkodowanych – także w Piotrkowie, Radomsku, czy w zapadłej dziurze nad Pilicą – w Łęgu Ręczyńskim.(265)

***
Były turnusy organizowane dla matek z dziećmi. Ojciec osobiście jeździł na Podhale, aby załatwić kwatery. Ale nie tylko tam, bo także nad morze:- biuro „Atlas“, miało swoje kwatery i oni później tam wszystko załatwiali. Konstanty Krzysztof Szwemberg i Grzegorz Rachaus założyli to biuro. Tomek Filipczak z nimi współpracował. A Ojciec jeździł i odwiedzał te rodziny.(266)

***                                              
Niejednokrotnie trzeba było zorganizować benzynę. Benzyna w kanistrach stała w pomieszczeniu budynku Duszpasterstwa Akademickiego. Jedna toaleta była ogólnodostępna, a druga tylko dla współpracowników. Za wahadłowymi drzwiami, po lewej stronie, stawialiśmy zawsze po dwa kanistry z benzyną. Śmierdziało to nieźle i było niebezpieczne. Wystarczyło, aby ktoś wzniecił iskrę, zapalił lont i bomba gotowa.(267)

/ RELACJA PORZĄDKUJĄCA /.     

JADWIGA PALKA.(268)
Pierwszego spotkania z o. Miecznikowskim nie pamiętam. Czy przyszedł do mojego domu?… Prawdopodobnie przyszedł, bo on taki był. Później bywał u nas wielokrotnie, nie tylko w stanie wojennym. Ale pierwsze spotkanie było takie, że ten kontakt się nawiązał bardzo silny. Ojciec obejmował opieką rodziny wszystkich Internowanych i uwięzionych i zapraszał do siebie na Msze św. I te Msze św. integrowały bardzo całe środowisko. Poza tym, biegaliśmy tam, do Kościoła oo. Jezuitów, nie tylko po pomoc. Ojciec bardzo wnikliwie analizował sytuację i bardzo odważne kazania głosił, które napełniały nas wszystkich otuchą. Tam przecież cała Łódź biegała. Cała Łódź była zainteresowana tym, co się dzieje, zwłaszcza ludzie zaangażowani społecznie. Byłam zdziwiona, bo kiedy miałam okazję pojechać np. do więzienia na widzenie do Grzegorza, spotykałam wtedy kobiety z małych miasteczek, które też przyjeżdżały do swoich mężów. I one mówiły, że w swoich miejscowościach to kryją się po kątach, boją się odezwać. Takie były sytuacje. A ja byłam zszokowana, bo tutaj w Łodzi – chyba przez działalność Ojca – to my się czuliśmy w miarę zintegrowani i czuliśmy poparcie społeczne. Będąc w Kościele o.o. Jezuitów, czuło się, że wielu ludzi myśli tak jak my. I nie uważają naszych mężów za zdrajców, za jakiś element wrogi, rozrabiaków, za jakieś tam szumowiny, którzy chcą skrzywdzić Polskę, tylko za ludzi godnych i za tych co robią coś dobrego dla Polski. Na prawdę, to był dla mnie szok, jaka atmosfera została stworzona w tym Ośrodku Pomocy. Wszyscy wiedzieli, jaki Grzegorz [Palka] był i znali tych wszystkich ludzi, którzy przychodzili do Ośrodka, nawet mieli okazję słyszeć rozmowy i wiedzieli, że to są ludzie, jak najbardziej zaangażowani w Polskę. Generalnie, nawet moje koleżanki, które miały inne struktur regionalnych „Solidarności”. We wrześniu 1980r, jego mieszkanie przy ul. Nawrot 43 w Łodzi, stało się pierwszą siedzibą MKZ„S” Ziemi Łódzkiej. Wiceprzewodniczący Prezydium Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego i Zarządu Regionu Ziemi Łódzkiej. Współorganizator „Marszu głodowego” w lipcu 1981r. w Łodzi. Uczestnik I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „S”, gdzie wspólnie ze Stefanem Kurowskim przedstawił projekt programu gospodarczego „Solidarności”. Wybrany do Prezydium Komisji Krajowej (kierował rozmowami z Rządem o reformie gospodarczej). Internowany 13 grudnia 1981r. w Gdańsku, przebywał następnie w Strzebielinku i Białołęce, skąd został przewieziony do aresztu śledczego w Warszawie-Mokotów, gdzie przedstawiono mu zarzut próby obalenia siłą ustroju PRL. Na wolność wyszedł 26 lipca 1984r., na mocy amnestii. Po wyjściu z aresztu, wraz z Andrzejem Słowikiem i Jerzym Kropiwnickim kontynuował działalność związkową, kierując podziemnymi pracami Zarządu Regionu „Solidarności”. W latach 1990-1994, Prezydent m. Łodzi. Zginął tragicznie, wraz z synem Dominikiem w 1996r. poglądy, to miały za złe władzy, że wsadziła do więzienia legalnie działający Związek. No więc, nie wiem, w jaki sposób udało się na prowincji taką atmosferę stworzyć. W każdym bądź razie, moja rodzi-na i ja nie, baliśmy się.
Ojciec Stefan Miecznikowski bardzo łatwo docierał do człowieka. Wiem, że On wszystkie nasze naj-istotniejsze nasze sprawy rodzinne poznał bardzo szybko. Od razu się dowiedział, że nasz syn Dominik potrzebuje pomocy, że jest chory, że życie tego dziecka jest zagrożone. To była jego inicjatywa, żeby przygotować Dominika, do Pierwszej Komunii Świętej, mimo, że nie miał 7 lat. Miał właściwie 6 lat, jak przystąpił do Pierwszej Komunii Świętej. Jego przygotowania były indywidualne, w naszym domu. Ojciec znalazł katechetkę, mieszkała na ul. Chryzantem. Miała imię tak jak ja, Jadwiga. Ona uczyła Dominika religii. Nauczył się modlić. I był zdziwiony, jak poszedł do Szkoły, że lekcja nie zaczyna się od modlitwy. – Co to za lekcja? – pytał się.
To wszystko, co się odpowiednio wcześniej dziecku wpaja, wchłaniane jest jak w gąbkę, także taką atmosferę religijną.
Zaproszenie na mój wyjazd i Dominika do Kliniki w Berlinie, załatwili moi przyjaciele – Joanna i Marek Zielińscy, którzy tuż przed Stanem Wojennym wyjechali z Polski. Marek, to mój kolega, o rok wyżej z Wydziału Chemicznego Politechniki, wyjechał jako naukowiec do USA, mieszkał w Nowym Jorku. Poprosił o historię choroby Dominika, bo tam Klinika Memorial Sloan-Kettering Cancer Center, organi-zowała sympozjum dla lekarzy zajmujących się chorobami nowotworowym, m.in. białaczką też. No i mój kolega poszedł do tej Kliniki, dotarł tam do odpowiednich specjalistów. Pomógł mu w tym dr inż. Jan Kapuściński [w 1961r ukończył Wydział Chemiczny Politechniki Łódzkiej],  którego ja w życiu na oczy nie widziałam, ale Marek, miał z nim kontakt. Bo tam Polacy się w jakiś sposób odnajdywali, trzy-mali razem. Lekarze przeanalizowali diagnozę i stwierdzili, że ściąganie tego dziecka do Nowego Yorku, byłoby trudne. Wskazali prof.Hansjörga Riehm’a z Freie Universität Berlin, który był u nich, podczas jakiegoś sympozjum. Marek spotkał się z nim, powiedział mu o Dominiku. Riehm na to, że nasz syn powinien znaleźć się jak najszybciej w jego Klinice. I jest w stanie załatwić jakieś sponsorowanie, bo leczenie jest bardzo drogie. I gdyby nawet, wszyscy ludzie dobrej woli się składali, to przy relacjach ówczesnej złotówki do dolara, byłoby to niewykonalne. Profesor zdawał sobie z tego sprawę, dlatego był w stanie załatwić, że leki były za darmo i to, że personel lekarski zrzekł się swoich honorariów za Dominika. Tylko płaciło się pielęgniarkom. Myślę, że lekarze uważali, że niekoniecznie trzeba je pozbawiać wynagrodzenia za ich pracę. On był wielkim sympatykiem „Solidarności”, imponowali mu jej działacze. Napisał do mnie list, w którym zapraszał do Berlina i obiecywał, że wyleczy Dominika. No i został zorganizowany ten wyjazd. Profesor Riehm, bardzo optymistycznie do tego podszedł. Na pewno też był zainteresowany Dominikiem, jako dzieckiem „Solidarnościowym“. On nie ujawnił mi swoich poglądów, na ten temat nie rozmawialiśmy. Jego interesowało moje dziecko. I pomógł. A że to dziecko było właśnie z Polski, zza muru jakby, na pewno miało też swoje znaczenie. W Polsce bałam się Dominika leczyć, dlatego że była taka sytuacja, że podano synowi za dużą dawkę leku dokanałowo. To był „Methotrexat“ podany do rdzenia kręgowego i jak się okazało w zbyt dużej dawce – dostał zapaści po tym. Nie pozwalałam go dalej leczyć, podawać więcej tego „Methotrexatu“ i w zasadzie Dominik miał to pierwsze przeleczenie. Miał najlżejszą postać białaczki – białaczkę limfatyczną z komórek zerowych. Jeszcze przed stanem wojennym, jakiś Włoch, nie pamiętam już nazwiska, przysłał nam „Tioguanine“, bo nie mogłam tego leku dostać w Polsce. Dominik był wcześniej leczony w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym, znanym przez lata, jako Polsko-Amerykański Szpital Dziecięcy w Prokocimiu, bo tam mieli dobre osiągnięcia. I tam Dominik też został przeleczony. Moja ciotka załatwiła dla nas pokój na ul.Krakowskiej u swojej rodziny, Wiesławy Madej. Francuzi z Amnesty International napisali do mnie i pytali, czy czegoś nie potrzebuję. Odpisałam im, żeby generalnie czynili starania o wypuszczenie Grzegorza z więzienia, aby się o to głównie starali. Dr Marek Edelman załatwił, by Dominik pojechał do Niemiec. W celu uzyskania wizy wyjazdowej do Berlina, osobiście załatwiałam te formalności w Ambasadzie RFN w Warszawie, stojąc w długiej kolejce. Pomógł mi też Polski Czerwony Krzyż. Bez problemu dostałam wizę, na podstawie listu profesora Riehm’a. Wyjechałam do Berlina pociągiem. Przy Klinice, miałam taki pokoik, gdzie mieszkałam. W tym hoteliku mieszkały matki z dziećmi. Dominik też mieszkał ze mną, przychodził do Szpitala na podawanie leków. Z dziećmi się bawił, bo była tam taka pani, która bawiła się z dziećmi tam leczonymi. Ścisłej hospitalizacji potrzebował w momencie, kiedy dopadła go infekcja wirusowa, jakaś grypa. To też mieliśmy szczęście, bo takie położenie w Szpitalu jest dużo droższe, niż leczenie ambulatoryjne. Dominik nie miał świadomości tej choroby. W Polsce się dzieci o tym nie informowało i to też była różnica, bo tam niemieckie dzieci czytały taką książeczkę „Leukämie. Was ist das? “/Białaczka. Co to jest?… Mógł się domyślać, a wiedzieć to różnica. Ale Dominik nie pytał mnie o to. W telewizji usłyszał, że jest jakiś profesor w Stanach Zjednoczonych, który leczy tę Leukemię i dziecko mi przyszło i o tym powiedziało. No, to napisałam do Zielińskiego i ten list szczęśliwie dotarł. Dominik zachorował jeszcze zanim powstała w Polsce „Solidarność“. Podczas tego leczenia w Berlinie, miał momenty spokoju, ale był obolały, kiedy przyjmował te leki. Były też i takie momenty, że był udręczony i odmawiał przyjmowania leków. To było agresywne leczenie. Najogólniej mówiąc, polegało to na tym, aby w miejsce jego szpiku, odrodził się nowy, już zdrowy. Dał się w końcu przekonać, aby brać dalej leki. Mam taką szkolną znajomość j. niemieckiego, że mogłam na tym podstawowym poziomie porozumieć się pomiędzy lekarzami a moim dzieckiem. Także z paniami mieszkającymi w przyszpitalnym hotelu, mogłam porozmawiać o dzieciach, o ich chorobie. Dominik też szybko nauczył się odpowiadać po niemiecku, kiedy lekarze pytali:- Gdzie boli?
Ale okazało się, że świat jest mały, Polacy są wszędzie. W Szpitalu pracowała Ślązaczka, dr Barbara Nolte, która wyszła za mąż za Niemca, jeszcze przed Stanem Wojennym, a konkretnie w takim pogotowiu Deutsche Vergiftung Liberettung i ona spędzała tam noce. Kładłam dziecko spać i do niej przychodziłam, aby porozmawiać, potowarzyszyć jej trochę, a ona siedziała pod telefonem i odbierała telefony od lekarzy, którzy powiadamiali ją o zatruciach, które zdarzyły się w całych Niemczech, czy też w samym Berlinie. Myśmy się bardzo lubiły. Poza tym, przyjechali studenci na praktyki z Polski. Profesor Riehm wziął z Poznania, młodych ludzi. Oni tam się u niego szkolili. A potem, już po stanie wojennym, pojechała do tego Szpitala dziewczynka z Łodzi z tatusiem i z mamą. Ktoś to sfinansował, nie wiem jak to dziecko tam trafiło. Wiem, że nawet Niemcy, którzy leczyli swoje dzieci w tej Klinice, utworzyli jakiś fundusz, aby kolejne dziecko z Polski było tam leczone. Do Berlina wyjechaliśmy latem, a 4 grudniu 1983r wróciliśmy do Łodzi. Dominik był szczęśliwy, że wraca do domu, że jest wyleczony, był zadowolony z życia…(269) 

  ***
W organizację wyjazdu Jadwigi z Dominikiem do Berlina, włączył się mocno Biskup Józef Rozwadowski, który powiedział:- Sfinansuję ten przejazd. A tam, społeczność niemiecka utworzyła jakąś fundację. I kiedy Dominik był wypisywany ze Szpitala, powiedziano Jadzi, że na koncie została spora suma pieniędzy, chciano te pieniądze jej dać, mówiąc: – Przydadzą się pani. Ale ona odmówiła, uzasadniając, aby pieniądze te, były przeznaczone na leczenie dziecka rodziców, których nie jest stać na tak kosztowne leczenie. Zabawki, które Dominik w tym czasie dostał, zostały pozostawione w berliń-skim Szpitalu.
Była sprawa Pierwszej Komunii Świętej dla Dominika Palki. To było 13 czerwca 1982r. Katechetka chodziła do domu Palków i tam, do tego sakramentu go przygotowywała. Biskup Józef Rozwadowski wystąpił, aby Grzegorza zwolniono z więzienia. Ta prośba poszła przez Episkopat, przez Abp. Bronisława Dąbrowskiego. Władze nie powiedziały „Nie“, ani wyraźnego „Tak“, ale dawały do zrozumienia, że może przyjedzie, że go dostarczą. Przesłanką do takiej oceny było to, że władze postawiły warunki:
1/ Komunia ma się odbyć nie w Kościele,
2/ Ma być zrobiona lista uczestników – Władze określiły ilość gości, którzy mogli uczestniczyć, podczas tej ceremonii, 3/ Adres – pod który mają dostarczyć Internowanego, z podkreśleniem, że Grzegorz Palka będzie pod nadzorem funkcjonariuszy więziennych.
Listę uczestników i miejsce, Jadwiga Palka przekazała do Komendy MO na ul. Lutomierskiej. Ja też byłam na tej Komunii. Ostatecznie, uroczystość ta odbyła się w kaplicy Sióstr Służebniczek przy Kościele o.o. Jezuitów. I te chwile były przerażające, bo co drzwi się otworzyły, to każdy myślał, że przyjechał Grzegorz. Ojciec zwlekał z odprawieniem Mszy św. Dominik bardzo czekał na przyjazd swojego ojca. Atmosfera mimo tak podniosłej uroczystości była bardzo napięta. To świadczy, jak władze bawiły się uczuciami ludzkimi, nawet tego chorego dziecka, który był wcześniej dwa razy na progu śmierci. Nikogo wśród gości nie było z opozycji, tylko jej najbliższa rodzina, dziadkowie, katechetka. Nawet naszych ludzi z Ośrodka nie było, tylko ja i Ojciec naturalnie. To było w niedzielę, po obiedzie.
Jak była „Solidarność“, to przyjechali do Łodzi Włosi, m.in. Paulo Landi z CISL-u.To była oficjalna wizyta związkowców włoskich z naszymi związkowcami. Grzegorz Palka zaprosił go do siebie do domu i kiedy on wszedł do sąsiedniego pokoju, zorientował się, że w tym domu coś się dzieje. Oni nie obnosili się z chorobą swojego dziecka. I ten Włoch zapytał się, na co choruje syn? Powiedzieli mu. I on, przez jakieś czas przysyłał im leki. A potem już w Stanie Wojennym, Peter Raina pisał książkę o Kościele, opublikowaną pod tyt.- „ Kościół w PRL: Kościół katolicki a państwo w świetle dokumentów 1945-1989“. Wyd. „W Drodze”, Poznań 1994, a w niej również o Grzegorzu Palce. I też był zaproszony do domu Palków. Zauważył Dominika, pozbawionego włosów i zapytał się o przyczynę…(270)

***
… Jak wróciliśmy do Polski, wtedy już prawie wszystkich Internowanych wypuszczono. Zatrzymano tylko tzw. “Jedenastkę sumienia“. Po powrocie, od razu skontaktowałam się z o. Miecznikowskim i poinformowałam go o stanie zdrowia i przebiegu leczenia Dominika w Berlinie.
Mój syn kontynuował naukę i religię. Razem bywaliśmy u o.Miecznikowskiego. Jeszcze rok przyjmował leki podtrzymujące. Niemcy mi dali zapas leków na rok. I po roku pojechaliśmy tam znowu. Profesor Riehm, już wtedy leczył w Hamburgu, gdzie była o wiele większa Klinika i byłam w ciągłym kontakcie z profesorem, poprzez jednego z młodych lekarzy z Polski, dr Pawła Kołeckiego, który był tam na praktyce. Ten lekarz był świetnym tłumaczem pomiędzy nami, profesor Riehm bardzo szanował i cenił tego młodego Polaka z Poznania, bo to był bardzo mądry człowiek. Wspaniały, młody lekarz. W Poznaniu, chciano go przeznaczyć do leczenia innych chorób, ale on się uparł, że przy tej ciężkiej chorobie będzie tkwił i leczył dzieci z białaczki. Jego przyjazd do Kliniki, bardzo pomógł mojemu Dominikowi. W momencie, kiedy on był już zmęczony, znużony tym, że wszyscy mówią po niemiecku. Nie podobało mu się, że kapusty nie ma, że nie ma barszczu, ogórków. Już prawie nie chciał tych leków przyjmować i tu nagle zjawił się polski lekarz. I już wtedy było dobrze. Dominik przeszedł wszystkie badania i okazało się, że jest absolutnie zdrowy. Zostało odłączone leczenie.    
Wracając jeszcze do uroczystości Pierwszej Komunii Świętej. To była inicjatywa Ojca Stefana Miecznikowskiego i on wpadł na pomysł, aby wyciągnąć Grzegorza z więzienia, na tę uroczystość komunijną. Tym bardziej, że właściwie Komunia została przyspieszona, gdy w tzw. międzyczasie, udało się załatwić zaproszenie do Kliniki w Niemczech. To się odbyło w kaplicy św. Krzysztofa, u o.o. Jezuitów. Było bardzo kameralnie. Ojciec Miecznikowski jeszcze pomagał mi, doradzał, gdzie mam pisać, w sprawie zwolnienia Grzegorza. I to  podobno – nie wiem skąd Ojciec o tym wiedział – do ostatniej chwili było rozważane, czy Grzegorza puścić. A ponieważ zdarzały się przypadki ucieczek „Solidarnościowców“ z więzienia, nie został wypuszczony. Zadzwonili do mnie z sekretariatu gen. Czesława Kiszczaka – spytali, kiedy ta uroczystość się odbywa. A my już mieliśmy założony telefon w okresie „Solidarności“, kiedy Grzegorz został jednym z Vice-Przewodniczących w Regionie Łódzkiej „Solidarności“. Drugim chłopcem, przystępującym tego dnia do Pierwszej Komunii Świętej był Bartek, kolega Dominika ze Zgierza. To była znajomość chłopców, ze Szpitala na ul. Spornej, polubili się bardzo. Bartek miał o wiele cięższą postać białaczki niż Dominik. Był leczony w Łodzi a później w Poznaniu, ale niestety…On miał białaczkę niezróżnicowaną komórkowo i szpikową, a Dominik limfatyczną z komórek zerowych. Tak mi przynajmniej pozostało w pamięci. Czekaliśmy na Grzegorza  do ostatniej chwili. Nawet, jak zaczęła się Msza św., to my jeszcze mieliśmy nadzieję, że go puszczą. Sama uroczystość… Wzruszenie tych dwóch małych chłopczyków. Najbliższa rodzina mojego męża z dziećmi w tym samym wieku, w tym: siostra męża z dziećmi i kuzynka. Całe grono wiedziało o sytuacji i w napięciu oczekiwało na przyjazd Grzegorza. Jeszcze stojąc na dziedzińcu Kościoła, przed Komunią Świętą, zastanawialiśmy się, przyjedzie, nie przyjedzie. Ojciec Miecznikowski powiedział mi w pewnym momencie:– Pani Jadziu, jeśli przyjedzie przed Alleluja, to jeszcze będzie fajnie. Poczekamy do tego momentu.
Można powiedzieć, że cała ta Msza św, była wielkim oczekiwaniem. Po tej uroczystości przyjechaliśmy  wszyscy – także z Ojcem Miecznikowskim –  do nas, do domu. Dominik dostał od niego w prezencie „Biblię dla najmłodszych“. Nasza córka Gosia, też się później na tej „Biblii“ wychowała. Ojciec umożliwił nam wizytę u ks. Biskupa Józefa Rozwadowskiego. Dominik dostał od ks. Biskupa „Biblię dla młodzieży“ z takim pięknym wpisem.
O aresztowaniu Grzegorza nie od razu się dowiedziałam. On miał wrócić w sobotę wieczorem. Nasłuchiwałam jego przyjazdu. Za oknami śnieg, mróz. Była u mnie koleżanka Krysia, siedziała ze mną. Moja mama piekła jakieś ciasto drożdżowe na jego przyjazd. I cały czas dzwoniłam do Gdańska. I nie mogłam się dodzwonić. To były czasy, kiedy przez wyłączone telefony nikomu nie przyszło do głowy, że to jest Stan Wojenny, czy inny kataklizm. Jak nie działa, to nie działa, coś się tam popsuło. No i jeszcze, odprowadziłyśmy tę moją koleżankę o godz.11:00 w nocy, do jej domu przy ul. ks. Brzóski. A kiedy wróciłyśmy z mamą do domu, dalej nie było kontaktu z Grzegorzem. Przez całą noc, spałam jak zając. Nasłuchiwałam, czy podjedzie auto, z którego ktoś wysiądzie, trzepnie drzwiami i samochód odjedzie. Byłam na to wyczulona i na to, jak ktoś furtkę otwierał, auto też rozróżniałam. Także, zanim Grzegorz przyjeżdżał, to ja już zawsze wiedziałam kiedy. Dominik też czekał zawsze na Tatę. Uwielbiał przyjazdy Taty. Mimo, że Grzegorz był prawie rok w Gdańsku, kontakt z Dominikiem miał znakomity. Wiedział, co mu przywieźć, np. pióropusz indiański. A potem Dominik zawsze oczekiwał jego przyjazdu w tym pióropuszu. Grzegorz wracał niekiedy w nocy – to wtedy syn nie był budzony – ale już rano, zawsze siedział na łóżku w pióropuszu i czekał na niego. Śmieszny był. No i co? Jest niedziela 13 grudnia 1981r, Grzegorz nie przyjechał. Po wielu godzinach takiego wyczekiwania, nad ranem przy-snęłam. Moja Mama budzi mnie i mówi:
– Ty, choć no…Zobacz, co się tu dzieje. Co tu „Jaruzel” w telewizji wygaduje.
No to, już było wiadomo, że coś się dzieje. Szwagier – mąż siostry Grzegorza przyszedł i powiedział:
– Ty Jadziu siedź w domu, a ja pójdę pod „Solidarność“ i zobaczę co tam się dzieje.
No i poszedł. Zobaczył i po powrocie zdał nam relację. A to przemówienie Jaruzelskiego szło w telewizji cały czas. No i trochę była taka panika. A jak tutaj będą coś chcieli? Pochowałam z rodzicami wszystkie dokumenty męża. Jednomyślnie rodzina zadecydowała, że pojadę pod las, do ciotki z Dominikiem. Tam moja kuzynka miała małą córeczkę. Pojechałam na ul. Poziomkową, żeby mieć spokój. Z tego względu, nikt, poza rodzicami, nie wiedział, gdzie jestem. Moja Mama obawiała się, że tu w domu, będą mnie może dręczyć, nachodzić, nie wiadomo co jeszcze będzie się działo. Byłam w szoku. Jaki stan wojenny? Człowiek nie miał świadomości, nie wiedział w ogóle, co to jest? Gdzieś w Afryce, albo gdzieś tam w świecie, ale w Polsce? Z jakiej przyczyny?… Dla zwykłego człowieka, nie zainteresowanego polityką, w dodatku zajętego chorym dzieckiem, domem, to nie były okoliczności, aby był w stanie śledzić dokładnie wszystkiego. Grzegorz też mi nie opowiadał takich rzeczy, co się dzieje, nie obciążał mnie. Działacze „Solidarności” działają przecież legalnie i tu nagle, coś się stało. Na początek nie dostałam żadnej oficjalnej informacji, co się z Grzegorzem dzieje. Przyszedł do mojego domu mój kolega z liceum, dr Jacek Michalak, pediatra i mówi:
– Moja siostra jest w tej samej sytuacji. Jej mąż też gdzieś przepadł. I ona poszła na Komendę i tam ją poinformowali, że on jest w Łowiczu. Zapakowała paczkę i pojechała do tego więzienia.
To powiedziałam sobie:- No, dobra…To ja, zrobię tak samo.
Był chyba wtorek, albo środa, kiedy poszłam na Komendę na Lutomierską, a tam przez słuchawki powiedzieli mi, gdzie Grzegorz jest. W holu stały kabiny telefoniczne, takie normalne jak na Poczcie. Zakładało się słuchawki na głowę, wykręcało numer, który dyżurny milicjant przy wejściu podał i po zgłoszeniu się funkcjonariusza, mówiło się w jakiej sprawie się przyszło. Grzegorz miał być w więzieniu w Sieradzu. Oczywiście zrobiłam tak, jak siostra mojego kolegi, przygotowałam paczkę i pojechałam autobusem do Sieradza. Ale go nie zobaczyłam. Zwróciłam się na piśmie do Komendanta więzienia, o zezwolenie na widzenie się z nim. Po dwóch tygodniach odpisał, że prośba jest bezpodstawna, bo męża nie ma na liście osadzonych. W domu rozpacz. Znowu pojechałam na Lutomierską i ponownie ten sam numer wykręciłam. – Gdzie jest mój mąż? I słyszę funkcjonariusza:– No, nie wiem… Powinien być tam. Mam go na liście tam. No, nie wiem, dlaczego tam go nie ma. Jest ciężka zima. Może zaginął w transporcie? Myślałam, że umrę w tej kabinie. Człowiek naczytał się różnych publikacji o II-giej Wojnie Światowej i wiedział, co to znaczy, zaginął w transporcie.  Tak wyobraźnia zadziałała. No i po Świętach Bożego Narodzenia, które były dla nas jedną makabrą, bo w ogóle nie wiedzieliśmy, co się z Grzegorzem dzieje, nie wiedzieliśmy, gdzie on jest, napisałam podanie do Komendy na ul. Lutomierskiej. Już nie pamiętam, czy ktoś mi to doradził, czy sama na to wpadłam – aby pytać o wszystko na piśmie. Po Nowym Roku, przyszedł do naszego domu pan, był nawet bardzo uprzejmy i powiedział mi, że Grzegorz siedzi w Białołęce. Taka była odpowiedź. Nie na piśmie, tylko zostałam ustnie powiadomiona. Zaczęłam się starać o przepustkę, żeby pojechać do  Warszawy. I dostałam zezwolenie na widzenie się z mężem na 8 stycznia 1982r. Pojechałam siódmego, z pełną świadomością, że jadę zgodnie z przepustką. Nikt mnie po drodze nie zaczepił. Dopiero późnym wieczorem zorientowałam się, że pojechałam dzień wcześniej. Te przepustki wydawali w Szkole na ul.Limanowskiego – był przy niej taki budynek. Kiedy w więzieniu zgłosiłam się na portierni, musiałam swoje odczekać, aby mieć potem widzenie z Grzegorzem. Zabrali mi paczkę, przygotowaną dla Grzegorza. Wreszcie zaprowadzili mnie do sąsiedniego budynku, do takiej poczekalni, gdzie siedziały na ławkach rodziny uwięzionych, pod nadzorem funkcjonariuszy więziennych. Mieli oni oddzielne pomieszczenie z okienkiem, gdzie nas obserwowali. Później wywoływali nas po nazwisku i prowadzili do kolejnej sali. To była sala widzeń ze stolikami. I przez stolik była rozmowa z Grzegorzem. Siedział w cywilnym ubraniu, obok funkcjonariusz i ja. W tej sali widzeń siedziały jeszcze przy dwóch lub trzech innych stolikach, osoby odwiedzające. Ta rozmowa trwała chyba pół godziny. Byłam wystraszona. Oboje staraliśmy się robić dobrą minę w tej całej sytuacji, bez żadnych płaczów, nic. Nie zadawałam specjalnie żadnych pytań Grzegorzowi, czekałam co on powie. Mówiłam mu głównie, co się w domu dzieje. Musiałam mu zdać relację, jak czuje się Dominik, jak rodzice. Nie mogłam podać mu ręki, ani się do niego przytulić, bo kontakt cielesny był niedozwolony. Mimo asysty funkcjonariusza, Grzegorz powiedział mi, kto w tym więzieniu siedzi
Po rozmowie z Grzegorzem, spotkało mnie kolejne szokujące doświadczenie. Przy wyjściu z sali widzeń mieli celę i mnie tam wsadzili na kilka godzin. Nie wiedziałam po co i dlaczego? Siedziałam tam, rozważając powód, który w końcu nasuwał się jako jeden – nazwiska Internowanych. To była ważna informacja, jaką dostałam od męża, bo wiele rodzin, mimo upływu tylu dni, nie widziało, gdzie siedzą ich najbliżsi. Zapamiętałam nazwiska i to oczywiście miałam w głowie. Nie było mowy o żadnym grypsie. Nic nie wynosiłam. No i siedziałam w tej celi, puste ściany. Siedzę i siedzę. Zrobiło się tak późno, że potem, nie było sposobu z tej Białołęki do Warszawy wrócić. Wreszcie wypuścili mnie, nie podając przyczyny. Na szczęście, wśród odwiedzających byli ludzie z Kościoła Św.Marcina w Warszawie. Spytali mnie, czy mam gdzie spać? Miałam. U ciotki mojego męża, Wacławy Ławickiej. Najpierw zawieźli mnie do tego Św.Marcina, a potem podrzucili do ciotki. Tam spałam. I wtedy zobaczyłam, że mam przepustkę na 8-go, a nie na 7-go. Jechałam pociągiem i nikt mnie nie sprawdził, nie zatrzymał.
Później jeździłam do Grzegorza z Dominikiem. Pozwolono mi się widzieć z mężem, raz w miesiącu. Pewnego razu dałam Dominikowi takie ładne jabłko, aby zaniósł Tacie. Zabrali to jabłko dziecku. Zawsze musieliśmy długo czekać na widzenie, a synowi się nudziło. Czapką rzucał o podłogę. To dziecko usiłowało się jakoś bawić. Znalazł sobie taką zabawę, zdejmował czapkę i buch, rzucał ją o podłogę. A później, kiedy już się nieco rozluźniła dyscyplina podczas widzeń, to już nauczyłam się prze-mycać jakieś jedzenie dla Grzegorza. Miałam uszyte takie worki, które się pod ubranie zmyślnie chowało i w tych workach, były różnego rodzaju artykuły potrzebne więźniowi, np. kiełbasa. To roz-luźnienie dyscypliny polegało na tym, że chodził między stolikami funkcjonariusz, ale wystarczyło, że był plecami do nas, to wtedy, mogłam to wszystko podać. Grzegorz pisał listy do Dominika, a nasz syn, albo dyktował odpowiedzi, albo sam coś mu narysował. Syn dopiero uczył się czytać i Grzegorz starał się pisać bardzo wyraźnie. Mąż starał się w taki sposób utrzymać więź z synem. I te listy bardzo mu w tym pomagały. Mam je schowane do dziś. Dominik wiedział, że komunista, to człowiek, który wsadził do więzienia Tatę i ludzi, inaczej myślących i wierzących w Boga. Grzegorz siedział w jednej celi z Antonim Pietkiewiczem z Kalisza, który był wychowankiem o.Miecznikowskiego. Był potem wojewodą mazowieckim. Na prawdę, godna rodzina. On uciekł komunistom z więzienia. A tuż po stanie wojen-nym, ożenił się z Małgorzatą Jedynak – ślubu udzielał im o.Miecznikowski. Wśród pięciu współcelebrujących księży, był także ks. Jerzy Popiełuszko. Cała ceremonia odbyła się w Parafii św. Stanisława Kostki na Żoliborzu, w którym ks. Popiełuszko był wikariuszem.  Mam nawet zdjęcie z tej ceremonii.
Za każdym razem, abym mogła pojechać z Dominikiem do Białołęki, musiałam pisać podanie do Komendy Milicji. Po każdej wizycie, biegło się do o.Miecznikowskiego i zdawało się relację z tych wizyt. Odbywało się to na tych spotkaniach, które odbywały się po Mszy św. O każdej porze dnia, był dla nas dostępny. W Ośrodku, albo gdy się zadzwoniło, można było się umówić z Ojcem Stefanem. Sam przychodził do naszego domu, zapraszał, aby przyjść do Ośrodka, a zwłaszcza przed pojechaniem na widzenie do Grzegorza:– Przyjdźcie, to do paczki dla pana Grzegorza, coś się dołoży.
To była pomoc z jego strony bardzo wszechstronna. To, że otoczył nas opieką duchową, że to dziecko mi poprowadził tak pięknie, to jeszcze dbał o potrzeby materialne. Pierwszą paczkę z Ośrodka dostałam w lutym 1982r, a później było ich kilkadziesiąt. Co w nich było? Najczęściej produkty żywnościowe, takie jak margaryna, sadło, cebula, kiełbasa, pomarańcze, cytryny, brzoskwinie, czekolada, także odzież, buty czy włóczka. I wiele rzeczy dla Dominika. Mój znajomy, który był milicjantem, powiedział:
– Więźniowi najbardziej jest potrzebne białko, tłuszcz i witaminy. Staraj się dawać kiełbasę, smalec.
Grzegorz narzekał na to, co dostawali w więzieniu. Często dostawali salceson, którego on nie lubił jeść, jakieś breje, nazywane zupą. Musiało im tam być nie za wesoło w tej sprawie, kiedy łapali gołębie i gotowali na nich rosół. Potrafili złapać gołębia, wabiąc go przez kraty okna i ugotować. Skonstruowali słynną „buzałę”- nazwa prawdopodobnie wzięta od natychmiastowego bulgotania się wody. Jest to grzałka wykonana z dwóch żyletek, oddzielonych zapałkami, podłączana przewodami do żarówki. Andrzejowi Gwiaździe wyleciały w więzieniu zęby, dostał szkorbutu, a Grzegorz był szczęśliwie mocniejszy. Tam za słodko nie było. Grzesiek siedział z ludźmi z wyrokami, z jakimś  facetem, który był jubilerem. Ten jubiler robił biżuterię z chleba, nawet miałam medalion zrobiony przez niego.
Ostatnią paczkę otrzymałam od Ojca Miecznikowskiego w listopadzie 1983r. Ojciec wspierał nas także finansowo, były to sumy zwykle po 5 tys, a chyba ze trzy razy dostałam po 10 tys. zł.  W „IPN-ie“ złożyłam taką opcję, żeby udostępnili wszystkie akta Grzegorza, wszystkie informacje. Żeby jak najszerszą dostępność dali wszystkim zainteresowanym, bo ja nie mam nic do ukrycia.
Kiedy kolejny raz, wróciłam z Dominikiem do Polski, to się okazało, że część Internowanych i aresztowanych wypuścili, a część z nich nie. Bardzo długo nie było możliwości widzenia się z Grzegorzem. Listów im nie dawali od miesiąca grudnia 1983 do marca, taką zrobili blokadę. Pisałam ciągle podania o umożliwienie widzenia, ale bez skutku. Grzegorz wrócił w lipcu, kiedy Dominik nie był już hospitalizo-wany, tylko brał tabletki i był w tym okresie podtrzymującego leczenia. Prof.Riehm, u którego byłam z Dominikiem na kontroli pod koniec 1983r stwierdził, że już nie ma żadnej komóreczki rakowej. I kiedy Grzesiek wyszedł 22 lipca 1984 r, to ja byłam z Dominikiem w Iławie, nad jeziorem. I tam dowiedziałam się o wyjściu męża. Posłańcami tej dobrej wieści była Jolanta Socha i jej mąż Bogusław – też swoje przeżył, bo żona była w „Solidarności“, a on był milicjantem i złożył wymówienie z pracy. Przyjechali do Iławy, aby nas i moją mamę zabrać do Łodzi.
Opieka Ojca Miecznikowskiego nie skończyła się, kiedy Grzegorz wrócił do domu. Powitanie w Kościele o.o.Jezuitów w dniu 25 lipca 1984r, było bardzo uroczyste. Tłum ludzi przed Kościołem skan-dował nazwiska Andrzeja Słowika, Jurka Kropiwnickiego i Grzegorza Palki. To było bardzo wzruszające. Ojciec Miecznikowski zadbał o to, aby wysłać na wypoczynek rodziny amnestionowanych z więzienia. Pojechaliśmy do Tlenia, a potem do Karwi. A wkrótce, po stanie wojennym, nasza córka Gosia się uro-dziła i Ojciec ją chrzcił. Włączył rodzinę „Solidarnościową“ do swoich wychowanków z Duszpasterstwa Akademickiego. Oazy organizował w Studzionkach. I tam wszyscy się bardzo polubili. Była taka wspa-niała rodzina Cichoszów [Zofia i Zbigniew]. Też ich nie zapomnę. Z tego Ośrodka, wychodziły małżeń-stwa. Tak było z Bożeną i Andrzejem Rożniatami. Ojciec Miecznikowski udzielał im ślubu – cały Ośrodek był na ich weselu.

Niestety, dokumentacja leczenia Dominika zginęła. Pewnego dnia zostałam napadnięta, kiedy Grzegorz był już Prezydentem miasta – był rok 1994 – szłam do koleżanki na pogaduchy, było to w okolicach Radiostacji. Niosłam siatkę z kawą, aby z koleżanką posiedzieć, pogadać i tam się kręcą z ul.Małachowskiego, podopieczni poprawczaka – prawdopodobnie wyszli na przepustkę. I jak zobaczyli kobietę z siatkami, z torebką…Wyrwali mi to wszystko. A tam miałam dokumentację syna. Chciałam dać adres Kliniki prof. Riehma tej koleżance. A ze mnie też taka kiepska instytucja charytatywna. Zamiast spisać ten adres, to niosłam to wszystko ze sobą. Policjanci szukali tych dokumentów na zasadzie, że może zostały one porzucone w pobliskim parku. Ale nic się nie znalazło. Mogło to pójść w jakieś głębokie śmiecie. Na szczęście, notes z adresem prof. Riehma, jeszcze mam.(271)

/ RELACJA PORZĄDKUJĄCA /.

Janina KOŃCZAK(272)
Ojca S. Miecznikowskiego poznałam w trakcie stanu wojennego. Ukrywałam się od 13 grudnia i dzięki pomocy Ojca, udało mi się przetrwać do maja, kiedy zostałam internowana, Nie jestem tego pewna, bo nie udało się do dziś rozwiązać tej zagadki, ale prawdopodobnie dzięki pomocy o. Miecznikowskiego, ktoś anonimowy wpłacił 8.000 tysięcy złotych za Kolegium, którym zostałam obciążona wraz z mężem, tuż przed samym internowaniem. Po zwolnieniu z internowania, to również dzięki interwencji o. Miecznikowskiego wraz z trojgiem moich dzieci przebywałam u górali z Podhala, którzy otoczyli moja rodzinę serdeczna opieką. A w listopadzie 1982r zdecydowałam się na emigracje do Francji wraz z rodziną.
Wybór padł na Francję, bo przekonana byłam że tu właśnie mogę jeszcze przysłużyć się Polsce, moim uwięzionym i internowanym kolegom, koleżankom i innym represjonowanym osobom. Nie wiedziałam jeszcze w jaki sposób będę mogła to urzeczywistnić, liczyłam jednak że być może uda mi się wykorzystać znajomości zawarte w czasie oficjalnej wizyty Solidarności we Francji, której byłam członkiem w październiku 1981 roku wraz z [Lechem] Wałęsą. Zaraz po przyjeździe, odnowiłam kontakty z Centralami związkowymi u których byliśmy gośćmi. Była to francuska C.F.D.T (Confédération française démocratique du travail z jego Przewodniczącym Edmondem Maire), F.O (Force ouvrière, confédération, z Przewodniczącym André Bergeron), oraz C.F.T.C (Confédération française démocratique du travail z Przewodniczącym Jean Bornard).
Od czasu wybuchu stanu wojennego, istniał już we Francji zamysł udzielania Polsce pomocy humanitarnej, co w pewnej mierze zaczęło się już urzeczywistniać. Jednak pierwsze działania polegały na informowaniu i uwrażliwianiu francuskiej opinii publicznej a przybycie aktywnie działających i internowanych osób uwiarygodniało istniejący stan w Polsce, ze względu na to, że dysponowaliśmy aktualnymi wiadomościami.
Kiedy dzięki nam, solidarnościowej emigracji, zaczęły docierać z Polski prawdziwe obrazy i informacje (sami to przeżyliśmy, byliśmy więc najbardziej wiarygodni), mogłam więc przekazać te informacje osobiście, konieczny był jednak bezpośredni kontakt z tymi którzy pozostali.
Wtedy właśnie ogromną rolę w udzieleniu pomocy odnośnie nawiązania tych kontaktów odegrał ojciec Miecznikowski i wskazani przez niego ludzie ( jak np. dr Anna Jakuszewska, Kazimierz Bednarski i wielu, wielu innych). To dzięki niemu i kontaktach międzyludzkich do których docierali nasi kurierzy (np. Gerard Bouvet (C.F.D.T) mogłam dowiedzieć się i przekazywać wiadomości – o aresztowaniach, strajkach, zabitych, szykanowanych, o rozmowach kontrolowanych, o godzinie policyjnej i o racjonowaniu podstawowych produktów żywnościowych, itd, itp.
Przekazywanie tych wiadomości spowodowały, że emocje oburzenia i gniewu społeczeństwa francuskiego przerodziły się w strumień konkretnej pomocy. Zaangażowali się nie tylko związkowcy, ale i dużo większe grupy społeczne.
Dla przykładu mogę podać takie organizacje jak np. «Solidarité France-Pologne» Stowarzyszenie (Solidarność Francja-Polska), założone w listopadzie 1980 roku dla wsparcia młodego, niezależnego Związku „Solidarność”, zmieniło profil i zaczęło zbierać dary rzeczowe od Francuzów.
Specjalne komitety zaczęli też tworzyć lekarze (wśród nich były Minister Spraw Zagranicznych Francji Bernard Kouchner), adwokaci (domagający się obecności zagranicznych obserwatorów na procesach stanu wojennego), uczeni i artyści np. Simone Signoret, Yves Montand i inni. Sprawa polska zmobilizowała wielu francuskich działaczy społecznych i intelektualistów polskiego pochodzenia jak np. Leszek Talko, ojciec Plater – Zyberg i inni.
Dziennik katolicki „La Croix”, oprócz pomocy finansowej i charytatywnej wezwał do wyrażania swojej solidarności z Polską w formie listów lub poprzez podpisanie się pod gotowym tekstem i wysyłanie ich na adres Polskiej Misji Katolickiej.
Jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać komitety pomocy i solidarności z Polską. Komitety dla Polski powstawały wszędzie: w wielkich miastach, na uczelniach, ale również w małych miasteczkach. Większość tych komitetów zajmowała się organizowaniem pomocy dla represjonowanych – internowanych, aresztowanych, wyrzucanych z pracy i szykanowanych działaczy Solidarności – oraz szeroko pojętą pomocą charytatywną.   
W Polsce, podczas stanu wojennego brakowało wszystkiego: żywności, ubrań, odżywek dla dzieci, lekarstw, strzykawek i sprzętu medycznego. I właśnie dzięki nawiązaniu kontaktu z ojcem Miecznikowskim wiedziałam kiedy, do kogo i w jakich ilościach kierować niezbędną pomoc.
To on właśnie, ojciec Stefan i wytypowani przez niego ludzie przekazywali wszelkimi dostępnymi środkami informacje o szykanach, jakie spotykały w więzieniach działaczy „Solidarności”, o głodówkach, o  akcjach protestacyjnych, itp.
Wiadomym jest, że ciężarówki jeżdżące do Polski nie woziły wyłącznie lekarstw, ubrań czy żywności. Dość łatwo dzięki naszym staraniom udało się dogadywać z organizatorami konwojów i szoferami, aby pod kartonami z pomocą charytatywną przemycać materiały i sprzęt niezbędny dla funkcjonowania podziemnych struktur „Solidarności”, przede wszystkim zaś podziemnych wydawnictw. W specjalnie skonstruowanych schowkach, jechały do Polski zakazane książki, puszki z farbą drukarską, powielacze czy rozłożone na części maszyny drukarskie. Dojeżdżając do swego ustalonego celu w Polsce, a w tym przypadku do Łodzi, wtajemniczony szofer przekazywał ojcu Miecznikowskiemu lub wskazanemu przez niego zaufanemu człowiekowi uzgodnione hasło i w kilka godzin potem grupa podziemnych działaczy wywoziła w bezpieczne miejsce cenny sprzęt, czy też przeznaczoną na ten cel pomoc finansową. Kontrolę nad całością prowadzonej działalności sprawował ojciec Miecznikowski.
Wiem z informacji uzyskanych od ojca Miecznikowskiego, że Ośrodek Pomocy Uwięzionym, Internowanym i ich rodzinom objął swym zasięgiem kilkaset osób z terenu całej Diecezji i długo jeszcze po zniesieniu stanu wojennego Ośrodek Pomocy nadal funkcjonował, roztaczając stałą opiekę nad wielu jeszcze rodzinami łódzkich działaczy.
W głównej mierze były to rodziny osób skazanych wyrokami sądowymi za działalność opozycyjną i związkową bądź te, którym internowanie zamieniono na więzienie (np. rodzina Grzegorza Palki, Jerzego Kropiwnickiego, Andrzeja Słowika, czy innych).
Dzięki wspomożeniu finansowemu możliwe stało się także udzielanie doraźnych i stałych zapomóg finansowych dla rodzin najbardziej potrzebujących. Ojciec Stefan miał również możliwość wsparcia materialnego swoich podopiecznych w postaci paczek żywnościowych, głównie dzięki darom napływającym z zagranicy oraz towarom przekazywanym z Ośrodka Pomocy Uwięzionym, Internowanym i Ich Rodzinom.
Pod stałą opiekę lekarzy współpracującymi z ojcem Miecznikowskim, trafiło kilka rodzin. Jednakże działalność medyczna ograniczała się głównie do pomocy w poszukiwaniu leków trudno dostępnych w aptekach –  leków bez recept się nie wydawało –  czy też lekarstw czy środków medycznych pochodzenia zagranicznego ( do tej pory posiadam jeszcze recepty i adresy ludzi oczekujących takiej pomocy, przekazanych mi za pośrednictwem ojca Miecznikowskiego, czy dr Anny Jakuszewskiej ( współorganizatorka lokali konspiracyjnych, pomocy medycznej i materialnej w Ośrodku ojca Miecznikowskiego. Organizatorka  samopomocy środowiskowej, współdziałała z Grzegorzem Rachausem, Ryszardem Kostrzewą, Piotrem Chmielewskim, Mirosławą Bieniek, Aleksandrem Wiertelakiem i innymi).
Z jej kontaktów korzystał najczęściej kurier i organizator konwojów przeznaczonych dla Łodzi, francuski działacz związkowy Gerard Bouvet. Ze słów ojca Miecznikowskiego wynikało jasno, że przede wszystkim Ośrodek działał dzięki wsparciu darczyńców zagranicznych, z których najwytrwalsi okazali się Francuzi i Włosi. Bez tej pomocy, bez tego sprzętu, lekarstw, bez tych franków czy dolarów, bez tych akcji charytatywnych i nie tylko, podziemne struktury „Solidarności” pewnie by nie przetrwały czasu lat 80 tych. Z pewnością nie rozwinąłby się również tak prężnie podziemny ruch wydawniczy.
Długo jeszcze w latach 80. pomoc z Francji nadal płynęła do Polski. Na przykład francuski dziennik regionalny „Ouest-France” na przestrzeni lat 1981–1989 wysłał do Polski ponad 100 tirów z pomocą od swych czytelników. Nie mniej ważna od pomocy charytatywnej i materialnej dla podziemia była pomoc polityczna udzielana przez liczne komitety, a przede wszystkim przez Związki Zawodowe. Ich działacze pozostali wierni „Solidarności”:- nadal wydawali biuletyny i broszury, organizowali wiece i kampanie medialne, przemycali na Zachód wydawnictwa i gazetki drukowane w kraju, czy też organizowali protesty podczas zagranicznych wizyt przedstawicieli komunistycznych władz Polski (najbardziej spektakularne było wymuszenie w grudniu 1985r., aby gen. Jaruzelski został wpuszczony na rozmowy z prezydentem Mitterrandem… tylnym wejściem do Pałacu Elizejskiego).

Zdaje sobie sprawę, że trochę lub prawie całkowicie już zapomniano, jak znacząca była spontaniczna pomoc płynąca z Francji do Polski w latach 80, Zapomniano lub stara się zapomnieć o ludziach z tak zwanej emigracji „Solidarnościowej”, którzy w latach 80 organizowali na Zachodzie manifestacje, gale i konferencje, pisali listy i petycje, wysyłali kartki i paczki, organizowali i przyjeżdżali do Polski z konwojami żywności i lekarstw, z ukrytymi zakazanymi publikacjami i sprzętem poligraficznym i jak wiele wysiłku i trudu wymagała taka pomoc przy aktywnych działaniach emigracji „Solidarnościowej” w akcjach informacyjnych i humanitarnych.

***
Ojciec Miecznikowski bardzo boleśnie odczuwał rozłam w łódzkiej „Solidarności”. Z jego wypowiedzi wynikało, ze sercem i duszą stoi raczej po stronie tych, z którymi poczynał «Solidarność» to znaczy:- Słowika, Palki i Kropiwnickiego. Trudno mu było zrozumieć, dlaczego ludzie, którzy w ruchu tym czynnie i aktywnie działali, nie potrafią dojść do porozumienia mimo, że jak twierdził, czynił wielokrotne starania by doprowadzić do ich pojednania.
Odniosłam wrażenie, że to raczej grupa Dłużniewskiego i Kostrzewy nie reagowała na jego próby pogodzenia się, tak przynajmniej można było wywnioskować z jego wypowiedzi, jak również z wypowiedzi dr Anny Jakuszewskiej, która współdziałała z grupą Ryszarda Kostrzewy.
Ojciec Miecznikowski stwierdzał niejednokrotnie, że on sam nie jest przez nikogo ignorowany, jednak wszelkie próby pojednania tych stron nie przynoszą rezultatów. Był tym faktem rozczarowany i rozgoryczony… Ojciec Stefan nie miał w zwyczaju oczerniać, potępiać, lub osądzać. Jednocześnie wskazywał osoby jego zdaniem godne zaufania jak np w/w dr Anna Jakuszewska, Helena Podsekowska ( nie udało mi się jednak nawiązać z nią kontaktu) czy tez Barbara Gruszczyńska, Rozanna Budziarek, małżonkowie Zbrońscy [Władysława i Klemens] małżonkowie Czołczyńscy [Zofia i Mirosław], Waldemar Wykrota, Krystyna Kociołek, Stanisława Hejwowska i jeszcze kilku innych z którymi niestety mnie osobiście poza dr Jakuszewską nie udało się pozyskać bliższego kontaktu.
Nie rozwodził się również zbyt wiele na temat wezwań do Komendy a już najmniej o przebiegu tych     rozmów, wiem jednak ze niejednokrotnie był inwigilowany, gdyż osobiście angażował się w zbieranie     informacji o miejscach pobytu prześladowanych, odwiedzał ich w więzieniach, dostarczał listy i paczki.

Pyt.- Jakby pani scharakteryzowała o. Miecznikowskiego, jako kapłana i człowieka?
– Jako człowiek, niezwykle serdeczny a jednocześnie zdecydowany. Potrafił zainspirować i jednoczyć     ludzi, przywracając im wiarę w Boga. Nie oceniał człowieka pod względem jego Wiary, poglądów czy przynależności. Współpraca z nim oparta była głównie na wsparciu nie tylko religijnym lecz również nadziei w prawdziwe człowieczeństwo i ludzką solidarność. Dla mnie, to właśnie on, ojciec Stefan był prawdziwym i całkowicie oddanym i wiernym od samego początku do końca naszej solidarnościowej sprawie, duchowym przywódcą łódzkiej opozycji. Mały, drobny lecz jakże wielki swoim humanizmem w stosunku do wszystkiego i wszystkich, którzy mieli okazje go poznać. Solidarność ludzka jest może zjawiskiem zwykłym, natomiast ludzie, którzy ją organizują, są niezwykli i takim właśnie był ojciec Miecznikowski.

Pyt.– Czy ma pani wiedzę na temat wskazania przez o. Miecznikowskiego lokalu na Dąbrowie [ lub w innym miejscu w Łodzi], aby tam struktura podziemnej „Solidarności” mogła drukować materiały debitowe?
– Niewiele wiem na ten temat poza tym, że w porozumieniu z MKS któremu w tym czasie przewodził Jurek Dłużniewski, a w którego skład wchodził między innymi Klemens Zbroński –  który był bliskim współpracownikiem ojca Miecznikowskiego – i Wojciech Słodkowski, uzyskano możliwość dostępu do informacji i kolportażu, Wiem poza tym, że pomoc finansowa na rozwój i właściwe funkcjonowanie tych lokali organizował w dużej części ojciec Miecznikowski.
Wiadomo mi też, że w porozumieniu z ojcem Miecznikowskim, Wojciech Słodkowski i Władysława Zbrońska –  która współpracowała z ojcem Miecznikowskim i ponadto gościła kurierów z zagranicy – zorganizowali mieszkanie na Dąbrowie w którym mieściła się drukarnia.

***
Farba drukarska. Dla opozycji w stanie wojennym towar szczególnie pożądany. Niewielkie ilości farby drukarskiej można było zdobyć lub kupić u zaprzyjaźnionych drukarzy. Farba przemycana z Zachodu, była bardzo trudno osiągalna. Najbardziej powszechne były różne „wynalazki“. Strzałem w dziesiątkę okazało się zmieszanie pasty do prania „Komfort“ z farbką plakatową lub tuszem. Zdarzało się też, że do drukowania używano zabarwionego budyniu – koniecznie bez cukru. Do tej pory niektóre ulotki pachną budyniem!(273)

***
… Pyt.– Ukrywała się pani od 13 grudnia. W Łodzi, czy poza nią?
W 1980 roku dosłownie rzuciłam się w wir działalności związkowej ze względu na doświadczenia 1970 roku w których brat mój Stanisław Adam Gotner, został postrzelony 6. kulami w czasie grudniowych zamieszek w Gdyni
Moje zaangażowanie było więc czymś naturalnym. Nie wyobrażałem sobie, żeby stać z boku, kiedy wiedziałem, że trzeba coś zrobić Nie da się zaprzeczyć, że należałam do ludzi, którzy zachorowali na »Solidarność». Nauczona jednak doświadczeniami grudnia 70r, od chwili powstania Solidarności nie byłam zwolenniczką jawnego wystawiania się represjom, a raczej koncepcji aktywnej konspiracji, zakładającej budowę społeczeństwa podziemnego i nastawienie się na długotrwały opór.
Poza tym chodziło głównie o to, aby ostrzec nie internowanych jeszcze członków związku przed niebezpieczeństwem ich zatrzymania i przygotować ogół na konieczność przeprowadzenia strajku generalnego. Oficjalne władze związkowe nie zrobiły przecież nic w tym zakresie.
Już od pierwszych dni ogłoszenia stanu wyjątkowego struktury łódzkiej Solidarności praktycznie nie istniały, czołówka działaczy została internowana. Większość z tych co zostali, tak zresztą jak i całe społeczeństwo było zastraszone, niemniej opór był jednak zauważalny i wielu nowych ludzi włączało się samoczynnie do pomocy ukrywającym się działaczom.
Znałam wiele osób, ale tylko nieliczni podejmowali chęć wspólnego działania. Działaliśmy w małym    kręgu, poza tym mieliśmy również grupę wspierających, wiedziałam że ci ludzie mnie nie zawiodą.
Ze względów konspiracyjnych unikałam rozległych kontaktów, zwróciłam się przede wszystkim do członków grupy opozycyjnej których znałam wcześniej i których obdarzałam zaufaniem, wśród nich koniecznym jest by wymienić Bolesława Cerana członka Komitetu Zakładowego Solidarności w «Stomilu» (LZPG «Stomil», gdzie byłam przewodniczącą, został zmilitaryzowany zaraz w pierwszych dniach stanu wojennego).
Przez okres ukrywania się prowadziliśmy w pewnej mierze dość aktywną działalność, Prasa podziemna jeszcze nie istniała a przecież istotne były w tym czasie informacje o ludziach represjonowanych i zdarzeniach, którymi byliśmy świadkami. Sami więc drukowaliśmy głównie okolicznościowe ulotki korzystając z zakupionej tuż przed stanem wojennym dziecięcej maszyny do pisania.
Ważnym elementem naszej działalności był również udział w manifestacjach i regularnie uczestniczyliśmy w protestach ulicznych, malowane były hasła, itd.
Z analizy czasu zdaję sobie sprawę, że nasze działania były jedynie chaotycznym wirowaniem. Niewiele jednak mieliśmy innych możliwości a właściwa struktura łódzkiej podziemnej działalności była jeszcze niezbyt rozwinięta. Starałam się nie przebywać w jednym miejscu dłużej niż kilka dni, aby nie narażać gospodarzy na represje za ukrywanie mnie, co nie dla wszystkich było łatwe, bo nie można było przecież wtedy przewidzieć, jak to się skończy. Nie wszyscy byli odważni.
Atmosfera niepewności i zagrożenia była bardzo wyraźna, ale do 3 maja udało mi się jednak wymknąć bez szwanku. Z każdym miesiącem trudniej się jednak było ukrywać. Cierpiała też rodzina, Rozłąka z dziećmi była najtrudniejsza do zniesienia ( jestem matką trójki dzieci).
Za życiem w ukryciu kryły się dramaty rodzinne i osobiste które w normalnej sytuacji można było jakoś załatwić w sposób odpowiedzialny a w warunkach konspiracji było to niemożliwe.
W tym najtrudniejszym okresie do grona jednej z najbardziej zaufanych osób należała również dr Anna Jakuszewska, to dzięki jej wsparciu doszło do zacieśnienia kontaktów ze środowiskiem łódzkiej lekarskiej «Solidarności» ( dr Mirosława Just, i lekarze z poszczególnych placówek medycznych począwszy od daty 13 grudnia, na wyrost sygnowali zaświadczenia o chorobach i niekończące się zwolnienia lekarskie, łącznie z pobytem w Szpitalu, by nie dopuścić w ten sposób próbie zwolnienia mnie z zakładu). Krótki pobyt w Szpitalu umożliwił mi zresztą już w czasie internowania, wymuszane przeze mnie wizyty w ośrodku medycznym w Węgorzewie i co za tym idzie przemycanie informacji o sytuacji internowanych kobiet na zewnątrz.

   Pyt.- Z jakiego powodu wymierzono pani Kolegium?
– Niewiele było potrzeba, by złamać postanowienia dekretu o stanie wojennym. Każdy przejaw niezależności mógł zostać potraktowany jako przestępstwo. Powszechną formą represji były kary orzekane przez kolegia ds. Wykroczeń, przeciwko uczestnikom demonstracji ulicznych, za co groziła kara do 3 miesięcy aresztu lub wysoka grzywna.
Kolegia do spraw wykroczeń karały za wykroczenia związane z protestami ulicznymi grzywnami w wysokości do 4 tys. zł, z zamianą na areszt od 30 do 80 dni. 1 i 3 Maja 1982 brałam udział w manifestacjach solidarnościowych w Łodzi. zatrzymana przez MO, skazana przez kolegium ds. wykroczeń na karę grzywny za „próbę wywołania niepokoju społecznego i zakłócanie porządku publicznego“.
Po tym „pokazowym“ kolegium mimo wpłacenia 4.000 grzywny i 4.000 tysięcy grzywny dla mojego męża, męża zwolniono, mnie zaś zatrzymano w areszcie na ul. Lutomierskiej, a nastepnie internowano w Gołdapi. Zachowania ludzi zasiadających w Kolegiach było aroganckie. Uważano nas za wrogów. Do mnie odnoszono się cynicznie. Dziś jednak współczuję tym ludziom, żal mi ich, że tak poniżali się, mając poczucie władzy, wielkości, a byli ludźmi małego formatu ducha.

   Pyt.- Czy przez nieostrożność, czy ktoś „życzliwy“ wskazał miejsce pani kryjówki?
– Trochę i jedno i drugie, gdyż powinnam być ostrożniejsza, choć podejrzewam, że w moim przypadku prawdopodobnie ktoś „życzliwy“ doniósł jednak, że brałam udział w tych manifestacjach, bo sama się tego mocno wypierałam.
Ponadto, mimo że w tym czasie pozostawałam jeszcze w ukryciu, chciałam wziąć udział w przygotowaniach do Komunii córki i po zakończeniu manifestacji udałam się do domu, gdzie niestety nie dane mi było pozostać na dłużej, gdyż wkrótce zjawił się wcześniej mi już znany oficer SB, kapitan Jasiński w asyście MO i kilku cywili i mimo próśb i płaczu córki i dzieci ,dla których trauma ta pozostała do dziś w pamięci zostałam zatrzymana i doprowadzona do aresztu na Lutomierskiej.

   Pyt.- Czy spotkała się pani z ojcem Miecznikowskim w Gołdapi?
– Wiem, że był tam już wcześniej i długo to spotkanie pozostało w pamięci tych, którym złożył wizytę. «Przywiózł internowanym pod sutanną listy i grypsy od swych bliskich, często także internowanych. Był dla nich i dla nas wszystkich, postacią niezwykle ważną wtedy i jeszcze przez długie lata».

   Pyt.– Kiedy wyjechała pani z Polski?
– Wyjechałam 20 listopada 1982 roku. Pożegnałam się z ojcem Miecznikowskim kilka dni przed wyjazdem w Kościele o.o. Jezuitów. Jak zawsze w tak trudnej chwilach, mogłam liczyć na jego pomoc duchową i wsparcie moralne. Gdy żegnałam się z nim ze łzami w oczach powiedział » Bądź dzielna, nie poddawaj się, bądź wierna» – Takie było główne motto pożegnania. Prosił ponadto by w miarę możliwości o jak naj-szybsze nawiązanie kontaktu.

   Pyt.– Jak pani ocenia wizytę Lecha Wałęsy we Francji?
– Po kilkakrotnym przekładaniu daty wizyty, delegacja „Solidarności” przybyła do Paryża 14 października i została tam przez kolejne siedem dni. Na czele grupy był Lech Wałęsa, pozostałymi, którzy wizytowali Francję byli: Eligiusz Naszkowski, Zdzisław Rozwalak, Jan Bartczak, Janina Kończak, Krystyna Sobierajska, Bronisław Geremek, Józef Kaczkowski, Krzysztof Wyszkowski i Andrzej Zarabski. Związek miał w tym okresie czas na indywidualne spotkania z Centralami Związkowymi CFDT, CFTC, FO i FEN i CG,, które były jednak najczęściej specjalnymi zebraniami roboczymi.
Niewątpliwie jednak CFDT miała uprzywilejowaną pozycję. Pierwszego dnia o godz. 16.00 miała miejsce konferencja prasowa. Następnego dnia, wieczorem odbył się duży, otwarty dla prasy, miting organizowany przez CFDT. Wcześniej jednak miało miejsce robocze spotkanie podczas którego zdano relację z dotychczasowych stosunków między polskim i francuskim związkiem (głos zabierali późniejsi doradcy Komitetu Koordynacyjnego:- Krzysztof Pomian i Aleksander Smolar). Przedstawiono możliwości dalszej współpracy i pomocy oraz pomysł wspólnej międzynarodowej konferencji.
W trakcie pobytu przewidziano również czas na spotkanie z dziennikarzami, którzy mogli swobodnie    rozmawiać z polskimi związkowcami. I tak 19 października odbyła się konferencja, podczas której w pier-wszej części delegacja podsumowała swój pobyt w Paryżu i odpowiadała na pytania z sali, w drugiej natomiast miała miejsce debata między polskimi związkowcami a francuskimi (oraz francusko-polskimi) dziennikarzami. Całą wizytę odebrano jako ogromny sukces.
CFDT wyraziła jednak żal, że czas nie pozwolił na pogłębienie dyskusji w wielu kwestiach. FO stwierdziła, że nastąpiło pogłębienie wzajemnych relacji i skonkretyzowanie pomysłów na współpracę, ponieważ, jak stwierdził Wałęsa, „Solidarność” przyjechała, by wyraźnie zobaczyć jaki model Związku może służyć Polsce. Według CFTC wizyta zacieśniła kontakty, zostały podjęte decyzje co do współpracy międzyregionalnej, kolonii dla dzieci i wizyty kolejnej delegacji we Francji w styczniu następnego roku.
Wizyta «Solidarności» w Paryżu była niewątpliwie ważnym wydarzeniem, rezultatem zadzierzgiwania więzi i prowadzenia przez francuskie związki zawodowe polityki ogromnego wsparcia na wielu polach – formacyjnym i finansowym.
Należy podkreślić, że wbrew temu, co utarło się późnej na temat wizyty, iż Wałęsa rozmawiał ze wszystkimi oprócz CGT, nastąpiło jednak spotkanie z tym Związkiem. Wałęsa powiedział później w jednej ze swych wypowiedzi, że najlepiej mu się rozmawiało z CGT, ponieważ mógł z Krasuckim, którego matka była Polką, porozumiewać się po polsku. Niezbyt dobrze zostało to jednak odebrane zarówno przez Związki, media i emigrację Polonijną.
Drugim Związkiem, z którym spotkanie przebiegało najlepiej była CFTC. Pierwsze działania polegały na informowaniu i uwrażliwianiu francuskiej opinii publicznej a przybycie aktywnie działających osób uwiarygodniało istniejący stan w Polsce, ze względu na to, że dysponowaliśmy aktualnymi wiadomościami. Być może największym sukcesem tego spotkania było to, że zostało ono odnotowane prawie we wszystkich francuskich mediach.
Paryski dziennik „Le Monde”, zamieścił artykuł w którym przypomniano, że dziedzictwo ruchu «Solidarność» jest nie tylko inspirujące, lecz także ma ważny kontekst międzynarodowy. Podkreślono też, że niezależny ruch związkowy w PRL stworzył rzecz całkowicie wyjątkową dla państw „realnego socjalizmu”:- zaczątki społeczeństwa obywatelskiego. Lekcja solidarności międzyludzkiej. Podkreślano, że to właśnie «Solidarność» może się okazać lekiem na kryzys tożsamości francuskiej lewicy.
W szczególności, ciekawe były uwagi dotyczące wpływu wydarzeń w Polsce na ewolucję francuskich   środowisk lewicowych. Okazało się, że francuskim działaczom i związkowcom «Solidarność» przywracała wiarę w to, że autentyczne ruchy robotnicze mogą doprowadzić do przełomu i zmieniać rzeczywistość.
W postawie Francuzów wobec «Solidarności» uderzał fakt, że francuscy intelektualiści lewicy postrzegali w latach osiemdziesiątych NSZZ «Solidarność» – w uproszczony sposób – właśnie jako ruch lewicowy, proletariacki, nawiązujący do ich własnych doświadczeń z 1968 r., choć zarazem antykomunistyczny. Na drugi plan schodziła nie pasująca do tej wizji kwestia konserwatyzmu polskich robotników i manifestowanego powszechnie przywiązania do Kościoła katolickiego. Delegacja ta spotkała się z niezwykle życzliwym przyjęciem nie tylko w Paryżu, lecz również wśród emigracji Polonijnej. Wydarzenie to, było szeroko opisywanym i komentowanym przez miejscowe massmedia.
Nie można zaprzeczyć, że przyjęcie i zrozumienie naszych problemów wyrażało się na każdym kroku,   bezsprzecznie był to symbol prestiżu i sympatii, jaką «Solidarność» się wówczas cieszyła na świecie. Niewątpliwie fakt, że odbyła się na krótko przed wprowadzeniem stanu wojennego spowodował, że podsycono zainteresowanie Polską i że zaczęła się ona kojarzyć na długie lata właśnie z «Solidarnością» i heroiczną walką robotników. Dzięki wyjazdowi do Paryża mogło dojść do nawiązania szerszych, osobistych kontaktów, lepszego poznania specyfiki polskiego związku. I choć ustalenia, które wtedy podjęto nie weszły w życie, zaowocowało to wsparciem po 13 grudnia.
Kolejne tygodnie pokazały, że zainteresowanie francuskich związków sprawami polskimi było prawdziwe i szczere i przełożyło się też na następne konkretne i wyraźne działania. We Francji było to być może tym lepiej przeprowadzone, że kontakty nawiązano z Polską stosunkowo wcześnie i szybko zdecydowano się pomóc jeszcze w okresie legalnej działalności. Wiele kontaktów zostało jeszcze poszerzonych podczas pobytu naszej delegacji z Paryżu, w październiku 1981 roku, potem jednak Centrale Związkowe chciały się dowiedzieć przede wszystkim, jaki jest los tych osób i czego potrzebują.
Nieprawdą jest że Wałęsa w czasie przebiegu tej delegacji w jakikolwiek sposób deprecjonował rolę i zasługi Andrzeja Słowika lub też niekorzystnie wypowiadał się na temat «Solidarności» łódzkiej. Łódź i Region Łódzki oraz stanowisko, role i funkcje polskich kobiet i aktywistek związkowych reprezentowałam głównie ja sama i niedopuszczalnym byłoby, abym pozwoliła w jakikolwiek sposób rolę tą pomniejszać czy dewaluować. Z ogromnym zainteresowaniem słuchano i pisano o Łodzi, o pracy, roli i funkcji zaangażowanych kobiet w historie «Solidarności» o jego miejscu dla historii kobiet szczególne i wszystkich znaczeń, związanych z kobiecą pracą w przemyśle.

   Pyt.-  A jakimi kanałami docierały do Francji wiadomości o aktualnej sytuacji w Polsce i o Łodzi?
– Najczęstszym sposobem rozpowszechniania informacji była prasa. W styczniu 1982 roku wyszedł pierwszy numer „Biuletynu Informacyjnego” Paryskiego Komitetu «Solidarności», a ponieważ było to wydawnictwo drukowane również po francusku, funkcjonowało także jako „Bulletin d’Information”.
Członkowie Komitetu, jak również i my „emigracja solidarnościowa”, dość często również wypowiadaliśmy się w audycjach radiowych i telewizyjnych. Dziennikarze francuscy bardzo się tym interesowali, część miała swoje źródła informacji, ale większa część posiłkowała się informacjami przez nas przekazywanymi. Wiadomości i informacje docierały poprzez wydawany Biuletyn nawet do francuskiego rządu, gdzie w  Ministerstwie Spraw Zewnętrznych utworzono grupę zajmującą się przygotowywaniem raportów na temat sytuacji w Polsce. W poszczególnych opracowaniach „Biuletyn” pisał m.in. o planowanych przez «Solidarność» w Polsce działaniach, drukowano więc listy internowanych, analizy sytuacji sporządzane przez członków solidarnościowego podziemia, relacje na temat represji jakie dotykały działaczy, polityki prowadzonej przez WRON, a także odezwy i komunikaty TKK. O strajkach lub o strajkach głodowych, podejmowanych w ośrodkach internowania.
Biuletyn ukazywał się co tydzień i stanowił w tym czasie prawdopodobnie jedyne źródło przekazujące regularnie wieści o sytuacji w Polsce, przedrukowując pisma pochodzące od działaczy związkowych lub sympatyków «Solidarności» trafiało ono często do dziennikarzy, którzy na podstawie podanych tam informacji pisali swoje artykuły dotyczące Polski.
Francuskie periodyki takie, jak np. „Point”, „La Croix”, „Nouvel Observateur”, „Paris Match”, „Ouest France”, „Hebdo” i wiele wiele innych, których nie sposób przytoczyć, bo lista byłaby zbyt długa, prezentowali wiadomości płynące z podziemia i trudno dostępne inną drogą.
Dla Francuzów była to z kolei okazja, by na podstawie publikowanych listów docierających z Polski przeróżnymi kanałami, dowiedzieć się o indywidualnych sytuacjach rodzin, przeczytać choć krótkie i zdawkowe opisy tego, jak wyglądało życie w Polsce, bowiem mimo tego, że zalecano nie pisać na początku o sprawach politycznych, często rodziny same opisywały trudności i represje jakie ich spotykały.
Szczególnym zainteresowaniem cieszyły się przesyłane fotografie, które media publikowały chętnie, bo z Polski wydostawało się bardzo niewiele zdjęć pokazujących stan wojenny. Szczególnym wzięciem cieszyły się również wszelkiego rodzaju karykatury i żartobliwe zdjęcia przedstawiające WRON, Jaruzelskiego i stan wojenny z przymrużeniem oka.
Oczywistym było, że ojciec Miecznikowski za pośrednictwem kierowców i kurierów dostarczającym pomoc, przekazywał listy internowanych, których sam odwiedzał. Listy rodzin represjonowanych, kilka zdjęć (zdjęcie krzyża z umieszczonymi nań miejscami Ośrodków odosobnienia, opublikowane zostało w „Paris Match” i „Ouest France”, przekazane mi przez ojca Miecznikowskiego i dostarczone przez Gerarda Bouvet i Hane Veltruska-Hertz).
Po publikacji tego zdjęcia, redakcje związanej z „Ouest France” gazety zadecydowały o przekazaniu na ręce ojca Miecznikowskiego 20 tys. franków w nagrodę dla polskiej opozycji. Ruszyła też zbiórka darów dla Polski, organizowana m.in. w Szkołach regionu Rennes i Nantes. Listy rodzin przetłumaczone na język francuski, również często ukazywały się na łamach dzienników  francuskich, („La Croix”, „Paris Match”, „L”Express”, „Le Nouvel Observateur”,”Liberation” i wielu  innych bez pominięcia francuskich publikacji związkowych. Był to okres sprzyjający budzeniu się wrażliwości na krzywdę innych.
Wydaje się, że trudno było przejść niewzruszenie obok wydarzeń w Polsce, o których prasa pisała codziennie po kilka stron, kreśląc obrazy raczej obce społeczeństwu francuskiemu. Może właśnie dlatego nie pozostało ono obojętne.
Wiadomym jest, że przekazywanie tych informacji odbywało się najczęściej za pośrednictwem wiadomości i informacji przywożonym przez konwojentów, gdyż z telefonów z powodu możliwości podsłuchu, nie można było wtedy normalnie korzystać, jedynie zdawkowo i w treści jedynie dla nas samych rozumianych. W organizowaniu przerzutu wiadomości, ukształtowana była przede wszystkim przez działalność istniejących wcześniej organizacji:- głównie Kościoła, w mniejszym stopniu powstających dopiero organizacji opozycyjnych.
Jeśli mówimy o Łodzi, to głównie ojciec Miecznikowski odgrywał dużą rolę w realizacji przedsięwzięcia. Dostarczał bowiem listy osób internowanych zawierających adresy i informacje, o sytuacji rodzinnej i ośrodkach odosobnienia. Na tej podstawie udawało się tworzyć kartoteki osób represjonowanych. Odbiór pieniędzy, sprzętu poligraficznego, czy zakazanej w Polsce literatury wymagały ogromnej ostrożności.
Dokładne przedstawienie tego wycinka działalności ojca Miecznikowskiego jest utrudnione, głównie ze względu na brak dokumentów na ten temat ( listy przekazywane do działającego w Paryżu Komitetu zostały zniszczone, czy tez uległy zaginięciu a Archiwa związkowe z tego okresu, również są już nieosiągalne). Nie tracę jednak nadziei na to, ze cała ta prawda kiedyś wyjdzie na jaw.
Struktura podziemna „Solidarności” w Regionie łódzkim w latach 1981-1983, była bardzo słaba, choć z drugiej strony należy podkreślić, że jednocześnie były to lata największego poparcia dla Związku.
Według relacji ojca Miecznikowskiego przed 1984 roku, łódzkie podziemie cechowało się rozdrobnieniem, brakiem koordynacji działań i istnieniem kilku ośrodków zmierzających do objęcia kierowniczej roli w podziemnej strukturze łódzkiej «Solidarności».
Wśród czynników, które wpłynęły na trudności ze zorganizowaniem i zintegrowaniem łódzkiego podziemia, można wskazać brak znanych i cieszących się dużym autorytetem przywódców. Po wprowadzeniu stanu wojennego główni przedstawiciele tego regionu – zostali uwięzieni. Łódzka «Solidarność» podziemna, mimo że była widoczna w skali kraju, jednak w ośrodku tym istniały znacznie mniej rozbudowane struktury.
Rozłam ten, miał znaczący wpływ na fakt, że poza ojcem Miecznikowskim i jego działalnością, znacząca pomoc z Francji trafiała do wielu innych miejsc w Polsce. Pomoc ta, stała się też bardzo zróżnicowana z uwagi na ogromną liczbę organizacji i pozostających na emigracji działaczy poszczególnych regionów, które obrały sobie za cel pomoc Polakom i wysyłały konwoje z darami omijając Łódź, gdyż na skutek skłóconych struktur opozycyjnych, brak było stamtąd rzeczowych wiadomości i kontaktów.
Ojciec Miecznikowski z rozgoryczeniem kilkakrotnie dawał temu wyraz w swoich wypowiedziach. Często wspominał o potrzebie koordynowania tego sektora pomocy humanitarnej, która jest bardzo chaotyczna, zarówno zbieranie darów, jak transport i punkty odbioru.
W okresie stanu wojennego i później, polskie audycje nadawane z Francji (RFI ) stały się dla Polaków, jednym z niewielu źródeł informacji niezależnej i wiarygodnej. Audycje te prowadził długoletni szef redakcji polskiej, zmarły w 2003 roku, śp. Leszek Talko z którym byłam blisko związana.
Na podstawie moich wypowiedzi i informacji dostarczanych z Polski, bardzo często mówiono o Łodzi, o ojcu Miecznikowskim, emitowano apele i wskazówki odnośnie pomocy dla Polski i dla Regionu łódzkiego. Zawsze była tam ciekawa, interesująca audycja, mówiąca o wielu rzeczach, których nie można było znaleźć w prasie codziennej.
Polskie wiadomości z Paryża były równie niezbędne dla emigracji solidarnościowej zapewniając im bieżące informacje, zapewniając dystans do bieżących zdarzeń oraz emitując listy z prośbami o pomoc i wsparcie szczególnie w dostarczaniu niezbędnych lekarstw. Poparcie dla «Solidarność» i wolnościowych dążeń Polaków w mediach było znaczne. Na przykład w telewizji, prezenterzy występowali ze znaczkami polskiego Związku. Tytuły w gazetach nie przebierały w słowach:- nawet lewicowy tygodnik „Le Nouvel  Observateur”. Przeczytać można mnóstwo nawiązań do wspólnej historii polsko-francuskiej. Czytając te artykuły uderza fakt, z jaką wielką nadzieją demokratyczna lewica francuska patrzyła na polskich robotników, licząc na odnowę idei socjalistycznych. W komentarzach pisano o „Solidarności”, jako realnej odnowie międzynarodowego, demokratycznego i antytotalitarnego ruchu robotniczego. Lewicowy dziennik „Liberation”, drukował apele Komitetu «Solidarności» a pismo socjalistów 'L’Unite” porównywało opór   robotników polskich wobec rządów Jaruzelskiego do walki podziemia we Francji, informując jednocześnie o realiach podziemia solidarnościowego i sytuacji internowanych i ich rodzin, Przytaczał jednocześnie     relacje kurierów i konwojentów ( w tym również Gerarda Bouvet i Hany Veltruskiej-Hertz, po ich pobycie w Łodzi).
Tygodnik „L’Express” ,otwarcie i z wielką częstotliwością zamieszczał poparcie dla «Solidarności» i przekazywane przez nas bieżące informacje o sytuacji w Polsce i w poszczególnych regionach. Narastające zainteresowanie sprawami polskimi sprawiły, że również „Ouest France” poświęcał bardzo dużo uwagi wydarzeniom w Polsce. Wiele uwagi poświęcał też tym zagadnieniom, dziennik emigracyjny „Narodowiec”.
W prasie francuskiej, bardzo często ukazywało się wiele publikacji o Polsce w tym również o Łodzi. Dziennikarze pisali i rozpowszechniali wiadomości oraz przypominali o wielu akcjach emigracji politycznej, mających na celu rozpowszechnienie wiadomości o trudnej sytuacji w Polsce. Sporo artykułów o Łodzi, za moim pośrednictwem umieszczał Bernard Lefebvre, dziennikarz z „La Croix”.
Wtedy właśnie ogromna rolę w udzieleniu pomocy odnośnie nawiązania tych kontaktów odegrał ojciec Miecznikowski i wskazani przez niego ludzie, jak np. Anna Jakuszewska, Kazimierz Bednarski i wielu, wielu innych. Obecnie, trudno jest mi już odtworzyć wszystkie nazwiska, tym bardziej, że od chwili      wyjazdu straciłam osobisty kontakt z większością znajomych, którzy pozostali w konspiracji lub byli internowani. Ogniwem łączącym mnie z działaczami «Solidarności» i działającymi w podziemiu strukturami, był przede wszystkim ojciec Miecznikowski.
W listach proszono nas o najdziwniejsze rzeczy. Od książek, co normalne, od lekarstw, co też normalne, po np. obróżkę przeciw pchłom dla psa. Też kupiliśmy i wysłaliśmy. Poza tym, wysyłaliśmy tony jedzenia, słodyczy, lekarstw, kierowane głównie do Łodzi, do Komitetu Pomocy przy Kościele o.o.Jezuitów, ojca Stefana Miecznikowskiego.
W przekazywanych mi listach i rozmowach telefonicznych ojciec Miecznikowski podkreślał wielokrotnie, że akcje humanitarną, a więc transport żywności i lekarstw, uważał za swój priorytet. Jednak decyzję o wyborze miejsca dystrybucji, zostawiał wyznaczonym do tego strukturom i osobom za to odpowiedzialnym. Wiem jednak, że częstym problemem były dla niego dylematy mające związek z właściwym podziałem tych darów, często zadawał sobie pytanie, jak należy robić to najwłaściwiej. Zastanawiał się, czy przyjęte przez niego metody były i odpowiadały rzeczywistym kryterium. Miał pod tym względem wiele wątpliwości, myślę, że raczej nieuzasadnionych.
To jednak do niego, za pośrednictwem francuskich kurierów docierały transporty i to głównie on sam właśnie sterował całość we właściwym kierunku, podejmował ważne decyzje organizacyjne, a wyznaczeni przez niego ludzie decyzje te wykonywali z lepszym lub gorszym skutkiem ( swojego czasu dysponowałam pełną listą osób, do których z pełnym zaufaniem można było kierować kurierów francuskich. Niestety, wskutek moich częstych przeprowadzek lista ta prawdopodobnie zaginęła, do dziś jeszcze szukam tej listy z nadzieją, że ocalała, jednak bezskutecznie). Natomiast, w przypadku kontaktów listownych, telefonicznych, za pośrednictwem ojca Miecznikowskiego, czy też przyjeżdżających do Łodzi kurierów zagranicznych, angażujących się w ruch szeregowych działaczy, ze względu na zagrożenie „wpadką”, trudno było prowadzić szczegółową księgowość lub przesyłać pokwitowania odbioru wiadomości na Zachód. Ponadto, nie należy zapomnieć, że temat pieniędzy i pomocy wszelkiego rodzaju, przekazywanych w stanie wojennym na podziemną «Solidarność», czy to za pośrednictwem ojca Miecznikowskiego, czy też innych dostępnych środków, jest wciąż sprawą budzącą emocje obu stron. Z tego co mi wiadomo, to struktura podziemna «Solidarności» w regionie łódzkim w latach 1981-1984, była bardzo słaba, choć z drugiej strony należy podkreślić, że jednocześnie były to lata największego poparcia dla Związku.
Celowo unikam tutaj sprecyzowania nazw, celów i działań, tworzących się w stanie wojennym łódzkich podziemnych organizacji związkowych, czy opozycyjnych, gdyż sądzę, że w różnych środowiskach były one po prostu rozmaite, a wydobycie którejś z nich, jako dominującej, nie narzuca się samo przez się. Choć część opozycyjnych łódzkich liderów, stała się z czasem teoretykami walki podziemnej, to jednak ich publicystyka nie była potrzebna do zawiązania się ruchu.
Działania oddolne odbywały się niezależnie od wezwań liderów i wyprzedzały je, o czym dobitnie świadczy fakt formowania się solidarnościowego podziemia którego nie trzeba było mobilizować z zewnątrz. Znalazło się dość działaczy drugiego szeregu, by niemal natychmiast po 13 grudnia, zarówno w Łodzi, jak i w całej Polsce, uruchomić powstawanie tajnych struktur odwołujących się do symboli «Solidarności».
Zaznaczyć należy, że dziś bardzo mało mówi się o pomocy, jaką otrzymywała opozycja demokratyczna w Łodzi z zagranicy. A przecież istotnym jest fakt, że gdyby nie pomoc emigracji politycznej i działaczy,  którzy odcięci przez stan wojenny, przebywali za granicą; wątpię czy ten opór mógłby być tak duży.
To dzięki niemu i kontaktach międzyludzkich do których docierali nasi kurierzy (np. Gerard Bouvet (C.F.D.T) mogłam dowiedzieć się i przekazywać wiadomości – o aresztowaniach, strajkach, zabitych,   szykanowanych, o rozmowach kontrolowanych, o godzinie policyjnej i o racjonowaniu podstawowych produktów żywnościowych, itd, itp.

   Pyt.– Ile razy był w Łodzi, Gerard Bouvet?
– Kilkakrotnie. Kontaktował się bezpośrednio z ojcem Miecznikowskim, a za jego pośrednictwem z dr Anią Jakuszewską, do której miałam bezgraniczne zaufanie. W późniejszym okresie ponadto z Markiem Edelmanem i Kazimierzem Bednarskim, po jego uwolnieniu. Sporadycznie również w ramach tych kontaktów, otrzymywał poprzez organizacje podziemia lub moje osobiste ( jak np.: Bolesław Ceran, Krystyna Kowalczyk, Kazimierz Bednarski i inni), materiały dotyczące działalności łódzkiej i krajowej opozycji.
Z jego wypowiedzi i relacji wiem, że miał okazje poznać bliżej aktywne środowisko przykościelne        o.o. Jezuitów, jak np. Mital Danutę (skądinąd wiadomo mi, że to właśnie w jej bloku nadawało «Radio          Solidarność»), czy też Bożenę Kostrzewę ( która prowadziła magazyn odzieży przy Kościele). Wymagało to, od niego ( jak również innych kurierów i korespondentów), ogromnego wysiłku, czasu i  pieniędzy, które w nagłych przypadkach często wykładał z własnej kieszeni. Poświęcił dla Polski i dla Łodzi w szczególności, wiele miesięcy życia, nie tylko swojego, lecz również swej czynnie zaangażowanej rodziny. Specjalne komitety zaczęli też tworzyć lekarze (wśród nich były minister spraw zagranicznych Francji Bernard Kouchner), adwokaci (domagający się obecności zagranicznych obserwatorów na procesach stanu wojennego), uczeni i artyści np. Simone Signoret, Yves Montand i inni.

   Pyt.- Czy znany jest pani przypadek, o obecności francuskich obserwatorów na procesach w Łodzi, lub w innym mieście?
– W 1983 roku miał ruszyć proces czterech byłych członków KOR-u – Jacka Kuronia, Adama Michnika, Henryka Wujca i Zbigniewa Romaszewskiego, oraz siedmiu członków «Solidarności» – Andrzeja      Gwiazdy, Mariana Jaworskiego, Mariana Jurczyka, Andrzeja Rozpłochowskiego, Jana Rulewskiego,  Grzegorza Palki i Karola Modzelewskiego. Francuscy i polscy intelektualiści, zaangażowani już wcześniej na rzecz «Solidarności», 17 lutego utworzyli Komitet, przeciwko procesowi w Warszawie (Comité Contre le Procès de Varsovie).
W listopadzie 1982 roku w Stałym Przedstawicielstwie PRL, przy Biurze ONZ w Genewie, pojawił się  Sekretarz Generalny Międzynarodowej Komisji Prawników, Niall MacDermot. Powołując się na artykuł 14 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich, zapytał czy władze Polski Ludowej zgodzą się na udział w rozprawie członka Komisji, który będzie pełnił rolę obserwatora. Zagranica nie zamierzała zatem przymknąć oczu na pokazowy proces przetrzymywanych. Znaczący głos w Stanach Zjednoczonych, zabrał również ówczesny doradca ds. bezpieczeństwa narodowego prezydenta USA, Zbigniew Brzeziński, a w kraju – interweniowali polscy biskupi. W zagranicznej prasie ukazywały się artykuły poświęcone aresztowanym działaczom.
Nie sposób pominąć, ponadto zaangażowania w polską sprawę Michela Foucault, z Collége de France, bez którego do niczego by nie doszło. Jako jeden z pierwszych, już na wieść o ogłoszeniu stanu wojennego w Polsce natychmiast szlachetnie zorganizował spotkania i protesty pisząc petycje skupiające na sprawie  polskiej najświetniejszych intelektualistów i działaczy francuskich. Protest wydrukowany w francuskim «La Libération” podpisali: Pierre Bourdieu, profesor w College de France; Patrice Chéreau, reżyser:- Marguerite Duras, pisarka; Bernard Kouchner, członek Lekarzy Świata; Michel Foucault, profesor w Collège de France; Claude Mauriac, pisarz; Yves Montand, aktor; Claude Sauté, reżyser; Simone Signoret, aktorka. Późniejsze protesty powiększyły się o wiele znaczących nazwisk (Gilles Deleuze) i innych.    
Michel Foucault miał zapewnić również ochronę prawną członkom Komitetu, Zaproponował powołanie agencji prasowej i wysłanie misji prawników i lekarzy w ramach operacji „Varsovivre” organizowanej przez Lekarzy Świata.
W październiku podpisów było już 40 tys. a w obliczu zapowiedzi, że procesy ruszą w grudniu zastanawiano się jak spożytkować petycje. Postanowiono przygotować wspólny apel obu Komitetów i związków zawodowych oraz zwołać konferencję prasową. Poza tym wszyscy przewodniczący związków chcieli pojechać do Polski i być obserwatorami procesów. Postanowiono zwrócić na wydarzenia uwagę Międzynarodowej Federacji Praw Człowieka.
Podobny list Centrala Związkowa FO wystosowała do Mitterranda w sprawie Andrzeja Gwiazdy, Seweryna Jaworskiego, Mariana Jurczyka, Karola Modzelewskiego, Andrzeja Rozpłochowskiego, Jana Rulewskiego i Grzegorza Palki. W odpowiedzi Mitterrand napisał, że minister spraw zagranicznych interweniował w tej sprawie u ambasadora Polski. („FO Hebdo”, 9 III 1983).
Amnestia ogłoszona 21 lipca 1984 roku objęła wszystkich oskarżonych w procesie, który tym samym  został przerwany. Trudno powiedzieć, czy na decyzję miał wpływ nacisk opinii zachodniej a więc również inicjatyw powziętych we Francji. Na pewno jednym z powodów jej ogłoszenia była chęć przekonania państw zachodnich do zniesienia sankcji gospodarczych.

   Pyt.- Z relacji Dr Marii Dmochowskiej wiem, że wraz z lekarstwami były dołączone francuskie encyklopedie leków – które dawały kapitalną informację o ich składzie i zastosowaniu.
– Działalnością medyczną dla Polski zajmowało się głównie Stowarzyszenie S.O.S Aide aux malades Polonais, które niejednokrotnie dostarczało również wszelkiego rodzaju encyklopedie medyczne, takie jak, np;- „Encyklopedia Universalis”.
 · Mała encyklopedia medyczna «Hanrbourger» Michela Leporrier’a,
 · Vulgaris médical,
 · «Médicaments» Etienne Barrol’a,
 · «Médico géneriques» Chantal Gueniat’a,
 ·  Guide pratique des médicaments» dr Vital Dorosz’a,
 · «Guide des médicaments 1 ere edition» de Christophe Prudhomme’a,
 · «Guide des médicaments d’Officine» de Maximilien Doberly.
Ojciec Stefan Miecznikowski wraz z dr Marią Dmochowską, Zbigniewem Głuszczakiem, Januszem Szoslandem i Tomaszem Filipczakiem, przygotował „Raport o Łodzi”, który został przekazany Papieżowi Janowi Pawłowi II, podczas Jego wizyty w Łodzi.
Informacje zawarte w tym raporcie przedstawiały zły stan zdrowia łodzian, spowodowany dużym skażeniem środowiska naturalnego, szkodliwymi warunkami pracy, głównie łódzkich włókniarek, a także sytuację Kościoła i Szpitali, aglomeracji łódzkiej w powszechnych brakach skutecznej pomocy medycznej.
Ważną pozycję w transportach francuskich stanowiły więc leki, zarówno przeznaczone dla dzieci jak i dla dorosłych. Do akcji niesienia pomocy lekarskiej dynamicznie włączyli się również francuscy nauczyciele, którzy informowali i uczulali w Szkołach społeczeństwo francuskie na konieczność tej właśnie pomocy.
6 grudnia 1982 roku z inicjatywy FEN Pas-de-Calais ,do Polski wyruszyły 4 ciężarówki z 8 tonami leków, mleka w proszku i odżywek dla dzieci ( z tego jedna pojechała do Łodzi i odebrana została przez ojca Miecznikowskiego i dr A. Jakuszewską z przeznaczeniem głównie do Szpitala pediatrycznego, Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Osoba prowadząca ten łódzki transport był aktywistą Związku C.F.DT – Gerard Bouvet i Hana Veltruska-Hertz (Force Ouvriere). Leki dostarczali aptekarze i francuskie laboratoria farmaceutyczne.
W 1984 roku, 600 kg lekarstw przekazano za pośrednictwem księdza Eugeniusza Plater-Syberg’a do Łodzi, a konwojentem był Etienne Chamik. (Archiwum CFDT, 8H1921, Compte-rendu du déplacement). Biuro Koordynacyjne Komisji Charytatywnej Episkopatu Polski w Paryżu powstało na początku 1982 roku. Przewodniczącym został ksiądz Plater-Syberg. Biuro koordynowało działania 247 Komitetów i różnych grup, tworzonych w ramach Związków Zawodowych i Parafii. Należało skontaktować je ze sobą, ponieważ jedne dysponowały środkami transportu, inne zaś zebranymi lekarstwami, żywnością lub odzieżą.
Odbiorcą transportów księdza Platera-Syberg’a była zawsze Komisja Charytatywna Episkopatu, ale można było to regulować. Okazało się, że członkowie Komitetu nie nastawiali się tylko na pomoc ludziom z   «Solidarności», ale interesowała ich również możliwość wsparcia zwykłych obywateli. Komitet wskazywał Szpitale, które były w potrzebie, a ksiądz prałat Eugeniusz Plater-Zyberg, gdy mógł, kierował tam transporty. W jego biurze, był spis samochodów, które w danym miesiącu miały jechać do Polski. Były to dwa, trzy tiry dziennie.
Ogromna pomocą w organizowaniu transportów do Szpitali, służyła Alina Margolis-Edelman, żona Marka Edelmana, która przychodziła często i prosiła, żeby podkreślić na czerwono miejsca dystrybucji, podając ich konkretne adresy( najczęściej właśnie do Łodzi). Bezpiecznym sposobem, było wysyłanie sprzętu dla Szpitali, ponieważ często osoby, które odbierały transport, po znalezieniu materiałów poligraficznych wiedziały kogo powiadomić.
Ksiądz Plater-Syberg, chętnie na takie „doradztwo” przystawał, ponieważ zarówno on, jak i my – byli internowani – byliśmy pomocni w organizacji i przekazywaniu wiadomości otrzymywanych z Polski. Byliśmy osobami, które w przeciwieństwie do niego, znały realia życia w Polsce. To dzięki wsparciu księdza Platera-Syberga i naszym staraniom, w 1987 roku zawarte zostało również porozumienie stałej pomocy między Pays-de-la-Loire i Regionem Łódzkim, w którym ogromną i znacząca rolę odegrał za naszym pośrednictwem ojciec Stefan Miecznikowski („Syndicalisme”, 26 II-4 III 1987, s. 3.).
W 1988 roku do Łodzi przybyły leki i pomoc charytatywna od mieszkańców Le Mans i Nantes, przekazana do ojca Miecznikowskiego( Archiwum CFDT, 8H1924, list z 8 II 1988). W organizowaniu pomocy medycznej, uczestniczyła także „Solidarite Laique”, oraz „Comite National de Solidarite Laique”.
Bardzo często w tego typu ekspedycjach wiozących leki do Polski, uczestniczyli również lekarze, pielęgniarki i analitycy, wioząc sprzęt medyczny, np. jak to miało miejsce w przypadki transportu zorganizowane przez CFDT z „Medecins sans frontieres”(styczeń 1983), lub FO i „Assocation medicale de soutien a la Pologne”, wiosną 1985 roku.
Aby dodatkowo usprawnić działania Biura księdza Platera-Syberga, uciekano się do akcji w mediach: telewizji i prasie, a także ustanawiano Komitety w całej Francji. Tylko w 1982 r. Biuro pomogło przesłać do Polski 6.504 ton darów – żywności, ubrań i lekarstw Dysponowało również pewnymi środkami finansowymi, które były przeznaczane na zakup sprzętu medycznego dla Szpitali w Polsce. Paryskie Biuro Koordynacyjne kontynuowało swoją charytatywną działalność nawet po 1989 roku.
Nie należy zapomnieć również o wybitnej postaci zaangażowanej czynnie w pomoc dla Polski, Jest nią pani Annabella Wersinger. Od ponad trzydziestu paru lat Annabella Wersinger wraz ze wspierającymi jej działania członkami Polonii, sukcesywnie i systematycznie udzielała pomocy różnym instytucjom i       placówkom, mieszczącym się w naszym kraju. Wspierała i wspiera pomocą humanitarną Szpitale (w tym największe – Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie i Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, ale także Ośrodki Zdrowia w innych miastach, np. w Złotoryi), Domy Dziecka i Domy Starców. Do 2014 roku, jej organizacja wyekspediowała do Polski, ponad 900 ciężarówek ze wsparciem rzeczowym.
SB podjęła jednak działania, które miały prowadzić do rozpracowania wszystkich zachodnich biur i Komitetów «Solidarności» . Każdy Ośrodek miał założoną sprawę obiektowego rozpracowania. Sprawa Komitetu Koordynacyjnego księdza Platera-Syberga, dostała kryptonim „Anakonda” i wraz innymi, weszła do akt „Węży”, jak określono prowadzone przez wywiad rozpracowanie pro-solidarnościowej działalności za granicami Polski. Niestety, niemal wszystkie dokumenty zostały zniszczone jesienią 1989 roku,
   Pyt.– A ze strony włoskiej, znana jest pani osoba, która zaangażowała się w podobny zakres pomocy?
– We Włoszech prawdopodobnie – Katarzyna Modrzejewska z Łodzi!.. Nie orientuję się zbytnio we włoskich strukturach. Wiem jednak, że w akcje pomocy włączyły się przede wszystkim włoskie grupy charytatywne takie jak; Gruppo Caritativo P. Ghini z Ceseny i Gruppo Missonario z Como. Wiele paczek przysyłały poszczególne parafie – San Marco Evangelisto z Rzymu, San Pietro z Como, San Paulo z Bolzano oraz poszczególne rodziny – Mancino Lini (Cesena ), rodzina Maloctto z Rzymu, Francesco Suzzarelli z Sardynii, Maria i Rosa Zambi z Florencji, Angela Benedetti, prof. Karolina Lanckorońska z Rzymu (odzież i leki). Nie utrzymywałam jednak żadnych z nimi kontaktów.

   Pyt.- Jaki wyraz wdzięczności okazano pani od NSZZ „Solidarność” lub z innego podmiotu, za zaangażowanie się pani w tak szerokie spektrum pomocy?
– Od czasu tamtych wydarzeń minie wkrótce czterdzieści lat. Zdaje sobie sprawę, że trochę lub prawie   całkowicie już zapomniano, jak znacząca była spontaniczna pomoc płynąca z Francji do Polski w latach 80. I w ciągu tych minionych lat, przy jakiejkolwiek okazji, nikt nigdy nie zdobył się nawet na to, by wyrazić najmniejszą choćby wdzięczność, za mój udział w procesie budowania nie tylko «Solidarności», a   później działaniem na rzecz pomocy dla Łodzi ( nie tylko zresztą dla samej Łodzi), nawet jednym, jedynym słowem, które przecież nic nie kosztuje. Prostym słowem „dziękuję”. Robił to jedynie każdorazowo ojciec Stefan Miecznikowski. Nie on jednak, powinien być reprezentantem jakiejkolwiek wdzięczności. Wdzięczność i wielkie, ogromne „Dziękujemy” należy się jemu przede wszystkim.
Cokolwiek jednak robiłam, nie oczekując wdzięczności, robiłam, bo inaczej robić nie było można. Tak było trzeba. Był to więc, jedynie mój skromny udział i wkład w rozwoju polskiej historycznej opozycji. Ale o tym lepiej, niech już powiedzą inni.
   Pyt.- Czy po transformacji w Polsce, była pani w Łodzi i spotkała się z o.Miecznikowskim. A może także z  Andrzejem Słowikiem, Jerzym Kropiwnickim czy Grzegorzem Palką?
– Żałuję ogromnie, że nie dane mi było spotkać się z ojcem Miecznikowskim, przed jego odejściem. Niestety, względy rodzinne przeszkodziły mi w odbyciu podróży do Polski.
Jeśli zaś chodzi o Grzegorza Palkę, miałam z nim kontakt w czasie jego Prezydentury [ w m. Łodzi], w trakcie spotkań biznesowych, mających na celu upowszechnienie francuskich spółdzielni mleczarskich, na terenie regionu łódzkiego.
Niektórzy mówią, że dziś w Polsce niewiele już zostało z wielkiego zrywu ludzkiej solidarności Sierpnia’80, że jesteśmy inni, podzieleni, uwikłani w kokonach niechęci. Pragnę, pomimo wszystko, zachować sobie tak cichą, cichutką nadzieję, że być może, to jednak nieprawda?  Ojciec Stefan Miecznikowski powtarzał zawsze, by nie kierować się nienawiścią. On uwierzył w  «Solidarność» i darzył go wielką sympatią. Z uwagą wysłuchiwał nawet odmiennych opinii, szanował poglądy wszystkich, nie oceniał… Więc i ja oceniać nie będę.(274) 

OŚRODEK PRACY / Ks. Antoni GŁOWA.(275)
[…]. Kilka dni po ogłoszeniu Stanu Wojennego usłyszałem, że Ojciec Stefan Miecznikowski, organizuje pomoc Internowanym i ich rodzinom. Jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia poszedłem do niego, proponując gotowość pomocy w tym dziele, jeżeli to uzna za słuszne. Po świętach Bożego Narodzenia, po odebraniu telefonu od o. Stefana, na osobistym spotkaniu z nim w Klasztorze o.o. Jezuitów usłyszałem, że zaistniała potrzeba pomocy ludziom wyrzuconym z pracy za „Solidarność“. Ojciec Miecznikowski powiedział, żeby pomoc wyrzuconym z pracy odbywała się w osobnym Ośrodku, aby tych dwóch akcji nie łączyć razem, ze względu na różnice potrzeb i pomocy z jakimi trzeba będzie się zmagać. Zapowiedział, że pomocnikiem – organizatorem moim, będzie Paweł Wojciechowski. Będąc wikariuszem parafii Najświętszego Zbawiciela w Łodzi, musiałem tę propozycję uzgodnić z proboszczem Ks.kan. Edwinem Grochowskim i otrzymać jego akceptację.  Ok.8 stycznia 1982r, na spotkaniu rozpoczynającym akcję pomocy wyrzucanym z pracy za„ Solidarność“ o. Miecznikowski przedstawił mi Pawła Lipskiego [ TW „Władek“ i jako TW „Wiktor“ ], jako mojego pomocnika – organizatora. Nie śmiałem spytać o. Stefana, dlaczego ta zmiana. W ten sposób ruszyła Pomoc Wyrzuconym z Pracy za Przekonania. Użyliśmy słowa za przekonania, a nie za „Solidarność“, żeby niepotrzebnie nie drażnić „bezpieki“. Trzeba tu wymienić dr Zofię Jagielską i nieżyjącego już śp. Jarosława Daszkiewicza. Pomoc prawna została zorganizowana przez 15. adwokatów i radców prawnych, jak np. mec. Marek Markiewicz, mec. Zygmunt Wołowski i jego córka, Walenty Jakobson [TW „Derek“], Hanna Wodna i inni, którzy bezpłatnie udzielali prawnej pomocy. Pomoc prawna okazała się bardzo skuteczna, bowiem w Sądach Pracy, były sprawy wygrywane seryjnie po ok.11 miesiącach, a w tym czasie ci ludzie mogli liczyć na pomoc materialną. Pomoc materialną i dary w naturze, otrzymywaliśmy w głównej mierze z zagranicy. Pomoc wolontariuszy roznoszących paczki, czy odwiedzających ludzi przygnębionych wprowadzeniem Stanu Wojennego z jednoczesnym pozbawieniem środków do życia przez wyrzucenie z pracy za „Solidarność“, była wielkim wsparciem moralnym i dodającym ducha. Nie wspomniałem o Duszpasterstwie Akademickim, które było przy Kościele o.o Jezuitów i dużo młodzieży akademickiej dołączyło się do pomocy tutaj.
Gdy chodzi o pomoc finansową, to chcę omówić źródła przychodu pieniędzy dla w/w pomocy, w oparciu o notesik, w którym zapisywałem wszystkie przychody i rozchody. Opatrznościowo ten notesik zachował się i przekazany został do „IPN-u“.
 Przez cały czas trwania Pomocy Wyrzuconym z Pracy za Przekonania, udzielono pomocy pieniężnej w wysokości: 3.245.120 zł.
Pragnę wymienić szczegółowo źródła przychodów:
1/ Centrala Solidarności                               150.000 –
2/ Oddziały zakładowych Solidarności          56.840 –
3/ Indywidualni i bezimienni                         408.650 –
4/ Ks.Biskup Józef Rozwadowski             2.393.000 –
5/ Inne źródła kościelne                                 236.630 –   
Ze źródeł kościelnych na pomoc wyrzuconym z pracy za przekonania, wpłynęło w sumie: 2.629.630 zł, co stanowi 81% całej pomocy pieniężnej…

***
[W 1980 kurs dolara wynosił 125 zł, by przy panice w stanie wojennym osiągnąć na czarnym rynku 1000 zł. Po tym krótkotrwałym wzroście, kurs czarnorynkowy oscylował wokół 800-900 zł, by wiosną 1982 r. spaść do 360-400 zł. Za przeciętną pensję można było w 1981 r. kupić 35 , a w 1988 – 22 dolary. [przeciętne wynagrodzenie: w 1980 – 6.040 zł, w 1981 – 7.689 zł.].

***
…Impulsem pomagającym mi zaangażować się w tę akcję i przezwyciężać lęk i obawy przed możliwymi represjami bezpieki, było chrześcijańskie pojęcie wolności. A mianowicie: wolność nie jest niezależno-ścią, ale w swojej wewnętrznej strukturze jest zależnością od prawdy: – „Jeżeli trwacie w nauce mojej, jesteście prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli“ (uczyni wolnymi)[ J.8,32]. A więc wolność jest całkowitą zależnością od prawdy, którą jest Bóg, jak to uczynił np. św. Maksymilian, będąc w obozie koncentracyjnym, w sytuacji największego zniewolenia zewnętrznego, do końca pozostał wolny, oddany całkowicie Maryi i Jezusowi. Był w obozie zagłady, a nikt nie odebrał mu życia, ale sam je oddał w sposób wolny, z miłości do ojca rodziny. Podobnie i Jezus, przybity do krzyża jest najpełniej wolny, bo dał świadectwo prawdzie, że „Tak Bóg ukochał człowieka, grzesznika, że za niego poświęcił na śmierć swojego jedynego Syna“, a zmartwychwstając udowodnił, że to jest prawda.
Znałem o. Stefana dużo wcześniej. Do spowiedzi jak się szło, to się szło do niego spowiadać. To nie było moje pierwsze spotkanie z Ojcem. To nie była jakaś tam przyjaźń między nami, to była relacja, taka jak między kapłanami pracującymi w Łodzi. Bo tu jest Stan Wojenny, szok kompletny, a tu słyszę, że o. Miecznikowski zaczął pomagać. To się rozchodziło pocztą pantoflową, bardzo szybko. Od razu sobie wyobraziłem, że na jednego księdza będzie za dużo. Poszedłem zgłosić mu, że jeśli będzie chciał pomocy jakiegoś księdza, to jestem gotowy. Nasza rozmowa odbyła się na terenie Klasztoru o.o. Jezuitów w rozmównicy, obok dyżurki. A później przez Lipskiego, Daszkiewicza i innych, przyszły nazwiska osób, którym potrzebna była pomoc i oni byli ścisłymi współpracownikami. Bo z drugiej strony, ja czułem, że gdzieś blisko mnie jest donosiciel. Bo mnie nie szarpali na Lutomierską, nie było żadnych dodatkowych oskarżeń, zeznań, czy coś, bo mówię, że musi być blisko mnie ktoś, kto dokładnie im donosi. U nas nie było żadnej bibuły, był zakaz rozprowadzania. Wszystko było związane z akcją pomocy wyrzuconym z pracy i ta akcja była, nic więcej. Niektórzy nawet  próbowali tam, ale myśmy się bronili, bo to nie jest miejsce, ale mimo wszystko czułem, że ktoś wśród nas donosi. Ale, że to był Lipski, to było dla mnie zupełnym zaskoczeniem. Można powiedzieć, że to są geniusze jeśli chodzi o „esbecje“, powiedzmy inaczej jeszcze – nomenklaturę, tak to nazwę – bo nomenklatura sprawuje władzę, a „esbecja“ jest ich pierwszym narzędziem głównym. Tak to sobie wyobrażam. I np. ta nomenklatura, która posługuje się „esbecją“, to są geniusze w sprawowaniu władzy. Geniusze. I nie można się do nich dobrać z pospolite-go ruszenia, hop siup, my was zwyciężymy. To nie jest takie proste. Oni przesiąkli do wszystkich struktur społecznych. Dlatego też myślałem, że ci najbliżsi ludzie poleceni mi przez Ojca Miecznikowskiego są wolni od tego, a tu… A on się wtrynił w miejsce Wojciechowskiego.
Pomieszczenia, które były przeznaczone do tej działalności, to były salki katechetyczne, przy wejściu na plebanię z Al. Włókniarzy. Tam w salce katechetycznej urzędowali prawnicy, urzędowali ci, którzy spisywali wszystkie nazwiska. A notesik, trzymałem u siebie, bo był mój. A do mnie, przychodzili do pokoju: Daszkiewicz, Lipski, Jagielska. Ich trójka, czy czwórka przychodziła do mnie. Mecenasi sami się zgłosili. Wołowskiego znałem z parafii Św. Franciszka, bo tam byłem wcześniej wikariuszem. Oni bardzo blisko mieszkali Kościoła. [Walenty] Jakobson [“Derek“], był prawnikiem z parafii Zbawiciela, mieszkający na Osiedlu Mireckiego. Wielu znałem osobiście, a potem dołączyła się część radców praw-nych, np. Wodna. Tam było 14 lub 15 osób. I oni właściwie tę najgłówniejszą rzecz, to oni przeprowadzili. Po takim oczekiwaniu, prawie około roku, oni zaczęli niemal seryjnie wygrywać sprawy w Sądach Pracy. To była jasna, klarowna sytuacja, o co chodziło w tej pomocy. Bo później, była akcja, żeby szukać pracy, to już było co innego. I tak w sensie ścisłym, ta pomoc dla wyrzuconych z pracy przestała być konieczna i ja, tak myślałem, żeby przerodzić tą akcję wyrzuconym z pracy, na Duszpasterstwo Robotników. Tak jak było Duszpasterstwo Robotników w diecezji katowickiej, bardzo wysoko zorganizowane. Pojechałem tam do Katowic spytać – to był 1982r., czy 1983r – na jakich zasadach funkcjonuje to Duszpasterstwo Robotników. Po tych rozmowach napisałem taką propozycję do Bpa Rozwadowskiego. I pierwszy punkt:- odpowiedzialny za Duszpasterstwo Robotników w Diecezji, jest Biskup Ordynariusz, lub ma taki autorytet w Diecezji jak ma np.o. Miecznikowski SJ, a nie jakiś wikariusz. No i Bp Rozwadowski powiedział wtedy, że on nie jest w stanie wziąć takiej odpowiedzialności za Duszpasterstwo Robotników w Diecezji, bo on nie ma studiów socjologicznych, tak jak Bp Bednorz w Katowicach. I zobaczyłem, że Biskupowi to nie leży. No, to wtedy, poprosiłem Biskupa, żeby mi dał jakąkolwiek parafię w Diecezji bez wymagań. Wtedy kazał mi organizować parafię, budować Kościół, plebanię na Wiskitnie. I w sierpniu poszedłem tam do pracy na Wiskitnie. I oni jeszcze pociągnęli tę akcję pomocy dla wyrzuconych z pracy, jeszcze przez niecały rok i ją zakończyli. Oddali Biskupowi te wszystkie papiery. Mój notesik przekazałem do „IPN-u“, a w nim nazwiska, przychody, rozchody. Od kogo i komu. A Lipski, Daszkiewicz, Jagielska, prowadzili zeszyt wyrzuconych z pracy. Prawdopodobnie przekazali ten zeszyt Biskupowi Rozwadowskiemu. Powinni to zrobić. Myślę, że nieżyjący już Daszkiewicz na pewno to dopilnował, bo to był człowiek kościelny, człowiek Biskupa Rozwadowskiego, bo jego żonę Biskup Rozwadowski uczył w Liceum. To była jego uczennica. Dlatego blisko się znali. Propozycje pracy były mało skuteczne i bardziej skuteczne. Mało skuteczne były wtedy, kiedy zgłaszali się ogrodnicy, sadownicy za Zgierzem, ze wsi Biała, czy skądś indziej. Oni proponowali pracę, oczywiście sezonową np. pielęgnację drzew, lub przy zbiorach. To były trudne propozycje.
Ludzie, którzy nie są przyzwyczajeni do pracy przez cały dzień na powietrzu, to wytrzymają dzień, dwa, trzy i nie wytrzymają dalej. To nie jest tak łatwo. Później byli rzemieślnicy. Jeden z nich Sztybel się chyba nazywał, założył zakład przewijania silników na Wiskitnie. Inni, którzy głównie własne działal-ności otwierali, im pomagali. Też poszło dużo ludzi do pracy przy budowie Seminarium. Było w Kurii dużo ludzi zaangażowanych. Jednak, najwięcej było odmów przyjęcia pracy i najwięcej było takich, oszukujących rzeczywistość. Niemal ci wszyscy, którym była ta pomoc dawana oświadczyli, że z chwilą wygrania sprawy w Sądzie Pracy i otrzymają pieniądze z jedenastu miesięcy, to dadzą pieniądze na Ośrodek, żeby pomoc była dla innych. Nikt nie dał. Tego nie oczekiwaliśmy, ale taka była rzeczywistość. Ta pomoc była dla zwalnianych z pracy, była oferowana dwa razy w tygodniu, bo salka była potrzebna do katechezy, w godzinach popołudniowych. Były parafie pomocnicze, które uczestniczyły w tej akcji pomocy dla wyrzuconych z pracy. Np. na Dąbrowie, o.o.Franciszkanie. Tam był o.Ludwik, który budował Kościół. W Aleksandrowie Łódzkim, św.p. ks.Rucki [Norbert] był tam proboszczem i on też udzielał pomocy dla tego okręgu. A więc były te satelity, gdzie pomagano takim ludziom wyrzuco-nym z pracy. A jak była sprawa ważna, to zawsze przysyłali ich tutaj, do parafii Zbawiciela. Czy były prowokacje ze strony „SB“? Często był taki stójkowy, który jak się szło do piwnicy z darami, on zawsze za tymi ludźmi szedł. Sprawiali takie wrażenie, że dokładnie nas obserwują. Mnie zastanawiało, dlaczego nikt mnie z ul.Lutomierskiej nie woła na rozmowę. Tylko jedno mi było w głowie, że jest blisko mnie donosiciel i donosi prawdę, a nie zmyśla. Ojciec był groźniejszy, bo on bezpośrednio doty-kał spraw politycznych. On dotykał Internowanych, ich rodzin, którzy byli głęboko zaangażowani w sposób zewnętrzny, czy to z KPN-u, ROPCiA, czy innymi. To były asy polityczne, którymi się zajął Ojciec, więc wiadomo… A u mnie był proletariat.(276)    

 BRAT Władysław KUSIAK SJ.(277)
O.Stefana poznałem w Warszawie, przychodził na Mszę świętą do jezuitów. W tym Kościele były relikwie św. Andrzeja Boboli. Właśnie ten Święty był głównym patronem jego powołania. Mieszkałem już wówczas u jezuitów. Czekaliśmy na wyjazd do Nowicjatu. Jesienią 1940 roku (byliśmy wtedy młodymi chłopakami) puściliśmy się sami w podróż do Klasztoru Ojców. Wówczas Polska była pod okupacją i przedostanie się do Starej Wsi nie było taką prostą sprawą [ z Warszawy ok.350 km.]. Jednak pomimo problemów, dotarliśmy do celu. Spędziliśmy tam razem dwa wspaniałe lata, każdy dzień przynosił coś nowego. Potem nasze ścieżki na pewien czas się rozeszły. Ja w przyszłości miałem zostać Bratem. Uczono mnie opieki nad chorymi[…]. Natomiast o. Stefan przygotowywał się do posługi kapłańskiej. Pamiętam okres wielkich Rekolekcji. Trwają one miesiąc, trzeba wówczas zachować całkowite milczenie i należy uczestniczyć w naukach Ojca Magistra, dotyczących życia zakonnego.[…].
Te Rekolecje były fundamentem duchowym przyszłego życia zakonnego. Jeżeli kandydat nie wytrwał próby, odchodził z Nowicjatu. Przed rozpoczęciem Rekolekcji razem z o.Stefanem przyrzekliśmy sobie, że będziemy się za siebie modlić i wspomagać duchowo. Szczęśliwie obydwaj wytrwaliśmy czas próby.
Potem los tak nami pokierował, że Ojciec wyjechał na studia do Rzymu, natomiast ja znalazłem się w Otwocku, miejscowości leczniczej. Ojcowie mieli tam dom dla chorych współbraci. Mając dwuletnią praktykę pielęgniarską, zajmowałem się nimi. Po zakończeniu studiów o.Stefana, znów po kilku latach spotkaliśmy się. To było tu, na Sienkiewicza. Ojciec był wówczas przełożonym (superiorem), a ja, podob-nie jak dziś, siedziałem na furcie klasztornej (jestem tutaj prawie 25 lat).
Ojciec był zawsze pełen powagi. To typowy naukowiec. Bardzo życzliwy, dobry spowiednik. Wokół jego osoby gromadziło się dużo młodzieży. Spotkanie z Ojcem, każdy z młodych ludzi bardzo sobie cenił. Ojciec ma łagodne usposobienie, jest niekonfliktowy. To dobry zakonnik, postać nieprzeciętna. Jezuita z krwi i kości. Lubiliśmy się i nasza przyjaźń trwa do dziś. Wychował przyszłych przełożonych, Prowincja-łów i księży. Dlatego twierdzę, że Ojciec należy do jezuitych wybitnych, wychowawców młodego pokolenia. Był delegatem na wybór Ojca Generała w Rzymie, delegowano go również na różne konferencje Ojca Świętego. Dużo pisał o duchowości życia zakonnego.
W stanie wojennym na terenie Łodzi był postacią znaczącą. Liczyła się z nim zarówno władza, jak i „Solidarnościowcy“. Ojciec wspomagał wiele rodzin, których członkowie byli uwięzieni lub internowani.
Na nazwisko Ojca, docierała ogromna pomoc z darami z całej Europy (Włoch, Francji, Anglii, Szwecji). Przywożono dużo lekarstw, więc Ojciec zorganizował Aptekę. Panie farmaceutki, które zajmowały się Apteką wydawały leki, które w Polsce były nieosiągalne.
Bardzo często zdarzało się, że po pomoc przychodzili też przeciwnicy. Ale Ojciec nigdy nie dzielił ludzi i nie wybierał, komu należy pomóc, a komu nie. Na środku Apteki stała puszka, do której można było wrzucić ofiary. Przywożono również całe dostawy odzieży, odżywek i mleka dla dzieci, żywność, słowem wszystko, co można było przywieźć i co było potrzebne nam do życia. Wszystkie zapasy rozdzielano później między potrzebujących. Ojciec organizował też wyjazdy wakacyjne dla rodzin internowanych. Czasem wyjeżdżało nawet 80-100 osób. Zapewniał dojazd i wyżywienie. Dużo osób otrzymywało wówczas znaczącą pomoc, bez której byłoby im bardzo ciężko. Ojciec zaangażował się w pomoc, jako jeden z niewielu. Po prostu bano się konsekwencji takiego kroku. Jeździł do więzień na terenie całego kraju. Nawet wtedy, gdy nie uzyskał zgody na odwiedziny Internowanych, sama jego obecność pomagała im przetrwać ten czas odizo-lowania. Ojciec był w Łodzi postacią wybitną. Przy żadnym z Kościołów tak dużej pomocy nie udzielano. Każdej niedzieli na homilie Ojca ściągały tłumy z całego miasta. Łodzianie chcieli go słuchać. Obserwo-wano i filmowano nas  [„SB“.] przez małe okienko z budynku naprzeciwko naszej świątyni. Potem osoby zidentyfikowane na pod stawie zdjęć wzywano na przesłuchania. O.Stefana również. Ja także miałem kłopoty na furcie, bo „ubecy“ zachowywali się bardzo ordynarnie i niegrzecznie. Kiedyś prosiłem Ojca, żeby powiedział o tym podczas przesłuchania. Ku naszemu zdziwieniu poskutkowało i od tamtej chwili na furtę przychodził młody, elegancki porucznik, którego zachowanie znacznie odbiegało od sposobu bycia tamtych panów. Podczas przesłuchania zawsze pytano Ojca o kazania ( a jego homilie były bardzo dobitne i odważne). Istniało duże niebezpieczeństwo, że Ojciec zostanie odizolowany, ale na szczęście do tego nie doszło. Wierni reagowali na Ojca bardzo żywiołowo i serdecznie, zdarzały się nawet oklaski.
Wówczas, gdy przemówienia Ojca były znane w całym mieście, przystanek autobusowy i tramwajowy przeniesiono, żeby ludzie mieli trudniejszy dojazd do Kościoła. Natomiast na ulicach Roosevelta i Nawrot, przygotowano budy, gotowe do zabrania ewentualnych podejrzanych o prowakacje. Umundurowani milicjanci stali wokół ogrodzenia, ale nigdy nie odważyli się wejść na teren klasztorny. Z pewnością byli tam jednak w strojach cywilnych. Zdarzały się czasem wypadki prowokacji, ale takie sytuacje od razu rozwiązywano. Kiedyś, chcąc zamanifestować naszą solidarność, poszliśmy procesją do Kościoła św. Krzyża. Tam jednak czekały na nas budy, a milicja zatrzymała wówczas głównych działaczy „Solidarności“. Mimo wszystko udało nam się pokazać, że istniejemy, a nie chowamy się zastraszeni.
Któregoś roku w Wielki Piątek, szedłem w stronę Kościoła Matki Boskiej Zwycięskiej. Z przeciwka nadeszło dwóch mężczyzn. Jeden z nich, gdy mnie mijali, powiedział:- To on!  Wówczas ten drugi dobiegł do mnie i uderzył mnie w głowę, poznali mnie z Ośrodka. Jednemu z nich zwróciłem wtedy uwagę, że źle się zachowuje. Tego dnia obaj, nie tylko Pan Jezus, ale i ja zostaliśmy pobici.(278)

  22 lipca 1983r. / ZAWIESZENIE STANU WOJENNEGO/.
Uchwałą Rady Państwa z 19 grudnia 1982r, stan wojenny został 31 grudnia zawieszony, a 22 lipca 1983r, zniesiony (Uchwała Rady Państwa z 20 lipca 1983r.)
Kolejny dokument z sierpnia 1983r, sporządzony przez Z-cę Kierownika Wydziału Administracyjnego KC PZPR Wiktora Grzelca. POUFNE. Egz.nr…[brak]

Dane dotyczące stosowania ustawodawstwa
związanego z prowadzeniem, zawieszeniem i zniesieniem stanu wojennego.
/Źródło: AAN, KC PZPR, Wydział Administracyjny, 577, mps./
[…].

V. Internowania
W okresie stanu wojennego wydano 10.132 decyzje o internowaniu w stosunku do 9736 osób (396 decyzji dotyczyło osób internowanych ponownie, po uprzednim zwolnieniu ich z ośrodka odosobnienia).
Wśród internowanych było 8728 mężczyzn i 1008 kobiet.
  1. W okresie stanu wojennego:
– wobec 424 osób uchylono decyzje o internowaniu na skutek zastosowania wobec nich tymczasowego aresztowania,
–  116 osób tymczasowo aresztowano po zwolnieniu z internowania na skutek podjęcia działalności
sprzecznej z prawem (1,19% ogółu internowanych).
  2. W okresie zawieszenia stanu wojennego wszczęto postępowania przygotowawcze przeciwko 89 osobom poprzednio internowanym, z których 72 tymczasowo aresztowano ( w tym 4 osób [z powodu] popełnienia przestępstw pospolitych).
[…]                                                                                              

Wydział  Administracyjny  KC PZPR
Opracował: W.[iktor] Grzelec
 Warszawa, dnia… [brak ]…sierpnia 1983r.

W trakcie trwania stanu wojennego, internowano łącznie 10.131 działaczy związanych z „Solidarnością”. Życie straciło około 40 osób, w tym 9 górników z kopalni Wujek, podczas pacyfikacji strajku.

***

Stało się to, po wizycie Papieża Jana Pawła II w Polsce. Zostało uwolnionych wielu Internowanych, ale nie dotyczyło to więźniów politycznych, z wysokimi wyrokami, do których zaliczali się Andrzej Słowik, Jerzy Kropiwnicki, Grzegorz Palka, czy Ryszard Kostrzewa. A kiedy i oni, rok później opuścili mury więzienia Ojciec zgotował im uroczyste powitanie przy uczestnictwie tysięcy łodzian, wypełniających Kościół podczas Mszy św. i plac przykościelny.(279)

***
Główne przywitanie Internowanych odbyło się na Mszy św. Ludzi było pełno. Kiedy uwolnieni z więzień zobaczyli ten tłum ludzi, wypełniający plac przykościelny, to im łzy pociekły ze wzruszenia, bo zobaczyli pełną swoją akceptację.- „Warto było siedzieć“.[…]. Jak się okazało, dzień wolności był tylko chwilowym dniem radości związanym z powrotem do domu i do społeczeństwa. Zwolnieni działacze “Solidarności”, nie mieli możliwości powrotu do pracy i jeszcze długo pozostawali pod opieką materialną i medyczną Ośrodka. M.in. Ojciec zaproponował dr Jerzemu Kropiwnickiemu prowadzenie grupy w Duszpasterstwie Ludzi Pracy. Niezwłocznie też, wykorzystując swoje kontakty z proboszczami Kościołów w Zakopanem, Bukowinie Tatrzańskiej, Murzasichle, Poroninie, Ochotnicy Górnej, Brzegach i Rabce, i także nad morzem, podjął się organizacji akcji wypoczynkowej dla byłych już Internowanych, uwięzionych i ich rodzin, pokrywając koszty przejazdu i pobytu. Nie zapomniał też o wolontariuszkach z Ośrodka, organizując dla nich wypoczynek w Chmielu/Bieszczady, a 1985r w Gorcach.(280)

MSZE Św.
Wszystkim wydawało się, że Ojciec był wielkim działaczem, ale główne motywy, że tak, czy inaczej się zachowywał były takie, że on był przede wszystkim kapłanem i tak pojmował swoje kapłaństwo, że patrzył w niebo i był jak gdyby całym sobą zwrócony ku Bogu, a jednocześnie miał na uwadze człowieka, aby się przypadkiem nie potknąć przez człowieka. Takie było kapłaństwo Ojca. To był najważniejszy jego rys działania. I zawsze – mimo takiego nawału pracy – szedł do ogrodu z brewiarzem i odmawiał modlitwę. Miał czas na modlitwę. Uważał, że nie może tego zaniedbać. Ta siła u niego brała się między innymi z modlitwy. Niejednokrotnie wracał w nocy lub nad ranem do Łodzi, Kościół był zamknięty i wtedy zaskakiwał mnie prośbą:- Przygotuj mi wszystko do Mszy świętej. Byłam tym zaskakiwana, i właściwie z tego co zaobserwowałam, wiedziałam co trzeba przygotować do Mszy św. „Robiłam“ za ministranta. Nigdy nie zaniedbał Mszy świętej w ciągu tygodnia. Odprawiał ją najczęściej rano, o godz.7:00.[…].(281)
A w każdą niedzielę o godz.10:00 Ojciec, odprawiał Mszę świętą w intencji Ojczyzny, głosząc patriotyczne kazania, przekazując ogółowi wiernych – tłumnie przybyłych z całego miasta – wiadomości o kondycji zdrowotnej i psychicznej Internowanych, a także o sytuacji w Polsce. Odczytywał przy tym listy od darczyńców, jak np. od ks. Proboszcza parafii w Nejrise Ottenburg z Flamandii, czy od Belga, mającego polskie korzenie Bolesława Lachowskiego z Huldenbergu, czy od studentów z Uniwersytetu w Heidelbergu w ówczesnej R.F.N. Msze te, kończyły się zazwyczaj odśpiewaniem “Boże coś Polskę” lub “Rotę”, a nad głowami zebranych unosił się las rąk z palcami znamionującą literę “V”, jak “Victory”/Zwycięstwo.
Zawsze byłam w niedzielę, przed Mszą św. o godz. 10:00, w Kościele o.o. Jezuitów. Ojciec Miecznikowski w nocy z soboty na niedzielę pisał kazania, wykorzystując najświeższe informacje. Przed Mszą św. ludzie kręcili się wokół klasztoru, a ja kręciłam się pomiędzy nimi, zbierając informacje. Jeżeli było coś szczególnie istotnego, to od razu przekazywałam Ojcu, aby On z kolei mógł ją podać do wiadomości podczas Mszy św. A później wychodził przed Kościół – bo zawsze w sobotę i w niedzielę jechał do Internowanych w ZK Łowicz, przywożąc stamtąd różne rzeczy, nie tylko grypsy, bo nie wszyscy dawali, lub mogli dać – aby zdać krótką relację rodzinom internowanym, czekającym na niego na schodach i przed przed wejściem do Kościoła. Wychodził głównym wejściem i zazwyczaj mówił:- A pani męża to widziałem, pozdrowienia, wszystko w porządku. Ta forma była bezpieczna, gdyż mógł być ktoś wśród ludzi, kto był na usługach „SB“. A jeżeli miał do przekazania gryps, to mówił:- Muszę z panią porozmawiać na osobności lub:- A ja jeszcze z panią chciałbym porozmawiać.
W trakcie Mszy św. brali udział aktorzy. Głównymi lektorami pierwszego czytania, byli: Mirosława Marcheluk, Ryszard Mróz, Tadek Paradowski i Dymitr Hołówko. Recytowane były także wiersze patriotyczne – brał w tym udział także znany aktor Bogusław Sochnacki. W takich Mszach św. swoje zaangażowanie zaznaczyła Hanka Brzozowska. Mirosława Marcheluk i Ryszard Mróz praktycznie byli zawsze, poza wyjątkami.(282)

***
Ojciec rzeczywiście mało spał, bo dużo jeździł po Polsce i niekiedy żartowałam:- „W tygodniu, to chyba Ojciec, we własnym łóżku, ze dwie noce tylko przespał“. Ojciec nocami jeździł do więzień:- zwłaszcza tych, odległych od Łodzi. A w nocy z soboty na niedzielę, nigdy nie spał. Pisał kazania z wykorzystaniem najświeższych informacji. Byłam najczęściej dużo wcześniej przed Mszą św. Ludzie się kręcili wokół Klasztoru, a ja kręciłam się pomiędzy nimi i zbierałam informacje. Jeżeli było coś szczególnie istotnego, to przekazywałam wszystko Ojcu, aby on z kolei mógł ją przekazać podczas Mszy św.  I kiedy spotykaliśmy się rano,  to mówił: – „Wymękoliłem“.
Byłam niejednokrotnie świadkiem, jak jakieś egzaltowane kobiety przychodziły do Zakrystii i mówiły:
– „Ojcze, jakie dzisiaj było piękne kazanie“….
Ojciec  zwykle odpowiadał: – „A tak, krótko, głupio i serdecznie“.
To wtedy była reakcja: – „O, Ojcze!“…
A jeśli ktoś, coś zrobił nie pomyśli Ojca, to wtedy mówił:- „Ach, ty gałganie“.
To było takie ojcowskie zmycie głowy. Drugim takim powiedzonkiem Ojca było:– „Ty wstręciuchu“.
Ojciec kiedyś wyszedł z Mszy św. i było widać na jego twarzy zmęczenie, a tu wianuszek ludzi, a jakaś pani chciała podkreślić, że docenia  jego zaangażowanie, że jest taki zmęczony i chcąc to górnolotnie zaznaczyć, powiedziała na cały głos:- „A Ojciec, to chyba ma trudności z szóstym przykazaniem“.
Konsternacja wśród ludzi. A Ojciec:- „Tak?… A po czym pani tak sądzi?“.
– „No, bo tak widać, że Ojciec nie dosypia, nie dojada“.
A Ojciec:- „No, to chyba nie szóste, a piąte przykazanie“.
Przyjął tę gafę kobiety z wielką zrozumiałością. On darzył każdego, dużym kredytem zaufania. Stawiał się gdzieś z tyłu, starał się jednoczyć ludzi. Brał każdego, takim jakim był.
22 lutego 1982r, w kaplicy św. Krzysztofa, odbyła się Msza św., w intencji aresztowanych. Były zaproszone rodziny. Na gitarze grali Krzysztof i Krystyna Galantowie, wychowankowie Ojca. Powiadomienie dla rodzin, Ojciec ogłaszał podczas niedzielnej Mszy. św. Po Mszy św. 28 lutego 1982r., zamówionej przez pracowników Z-dów „Feniks“, artyści Teatru Nowego, recytowali poezję: – Mirosława Marcheluk, Ryszard Mróz i Tadeusz Paradowicz.(283) 

***
Kiedyś była Msza św. w intencji Ojczyzny – Ojciec starał się unikać jakichkolwiek manifestacji, a jakiś szczeniak, wywiesił w Kościele na balkonie, flagę „Solidarności“. Było wiadomo, że w Kościele byli szpicle. Chłopak schował się do pomieszczeń, gdzie był Ośrodek. I ja tego chłopaka tam znalazłem i wyprowadziłem bocznym wejściem do ogrodu. Powiedziałem mu: – „Od ciebie zależy, co zrobisz. Jeśli nie chcesz wpaść w łapy bezpieki, musisz przejść przez płot“.(284)

***
Ojciec jeździł zaraz po tej Mszy św. w niedzielę, do więzienia w Łowiczu, a wracał gdzieś ok. godz. 16:00. Najczęściej, powracając z Zakładów Karnych, przyjeżdżał do nas, aby uporządkować kartki, które dostał od więźniów i odpocząć, bo wiedział, że na „furcie“ i w Ośrodku, czeka na niego wiele ludzi  i spraw. Po posiłku, mówił:- „ Pani Zosiu, ja pół godzinki potrzebuję. Bo gdy pojadę na furtę, będzie tyle interesantów…Chciałbym odpocząć“. Wtedy zamykaliśmy go w pokoju.(285)

***
Jak ludzie wychodzili z Kościoła, to Ojciec bardzo często wychodził na balkon Plebanii i patrzył na nich, aby spokojnie wychodzili.(286)

DUSZPASTERSTWO ŚRODOWISK TWÓRCZYCH.    

Prof. Andrzej DONIEC.(287)
 […]. Jak byłem studentem, należałem do ZSP i któregoś dnia dowiedziałem się o istnieniu Duszpasterstwa Akademickiego. Mieliśmy wspólne wykłady z Wydziałem Chemii Spożywczej i od koleżanek z tego Wydziału dowiedziałem się, że coś takiego istnieje u o.o.Jezuitów, na ul.Sienkiewicza 60. To był rok 1957, jak tam się pojawiłem. Wtedy Duszpasterzem Akademickim był o.[Jan] Poczobut, bardzo taki cichy, skromny, pokorny, ciepły człowiek. I pierwsza rzecz w której uczestniczyłem, to była pielgrzymka akade-micka do Częstochowy. Duże wrażenie zrobiła na mnie dlatego, że wtedy pojawił się po raz pierwszy po uwolnieniu, Prymas Polski. To było w maju. Od września przyszedł nowy Duszpasterz Akademicki o.Zbigniew Frączkowski – pełen entuzjazmu, płomienia w sobie. Pierwszą rzecz którą zrobił, zupełnie nietypowo – Rekolekcje w październiku. Kościół pękał w szwach. Widać było, jakie było zapotrzebowanie na to. To było wtedy jedyne Duszpasterstwo Akademickie w Łodzi. Przedtem, przez jakiś czas był Duszpasterzem o.Tomasz Rostworowski. To postać znana – został aresztowany, ponieważ w czasie drugiej wojny światowej był kapelanem AK. Brał udział w Powstaniu Warszawskim i został w Warszawie po upadku Powstania, co opisał później w swoich wspomnieniach. Jak wyszedł z więzienia, znalazł się jako Duszpasterz Akademicki na KUL-u. I jako studenci pojechaliśmy tam, na inaugurację Roku Akademickiego, jako delegacja tego łódzkiego Duszpasterstwa. Po jakimś czasie, był z powrotem w Łodzi, jako nie Duszpasterz, tylko jako kapłan, który tu działał. I w pewnym momencie, władza zrobiła gest wobec niego i pozwoliła mu wyjechać za granicę, do swojej matki. Pojechał tam. Znalazł się w Rzymie, gdzie prowadził Polską Sekcję Radia Watykańskiego.
Ale ad rem. Kiedy o. Frączkowski się pojawił, to w pewnym momencie, kiedy w październiku zrobił te Rekolekcje, to ja gdzieś tak w kwietniu następnego roku, przyszedłem do niego wprost mówiąc, że tu chcę coś robić. I tak to się zaczęło. Zaczął się kontakt z jezuitami. Ciągle to było w Łodzi jedyne Duszpasterstwo Akademickie, bo później powstało przy Kościele św. Teresy przy ul. Kopcińskiego – ten duży Kościół Salezjanów – i nazywało się „Węzeł“, do dzisiaj istniejące. A jeszcze później powstało Duszpasterstwo przy Katedrze, ponieważ Politechnika zbudowała Domy Akademickie przy Al. Politechniki, więc przy Katedrze powstało Duszpasterstwo „5“, na ul. Skorupki, obsługujące to osiedle Akademickie. Ktoś wpadł wtedy na niezbyt szczęśliwy pomysł, żeby takie Duszpasterstwa utworzyć przy każdej Parafii. To było rozbicie tego środowiska. Nie wiem, czy to było podpowiadane przez odpowiednie służby, czy też ktoś niezbyt rozsądnie pomyślał – bo to były niewielkie grupki, kilkunastoosobowe przy poszczególnych Parafiach, raczej stwarzające wrażenie towarzystw wzajemnej adoracji, a nie zawsze tam była osoba, która miała charyzmę, żeby takie Duszpasterstwo poprowadzić. Ale potem samo to uschło.[…].
W latach siedemdziesiątych, wrócił do Łodzi o. Stefan Miecznikowski. Poznałem go wcześniej w Kaliszu. Niewysokiego wzrostu, ale w małym ciele wielki Duch. Tak śpiewali tam studenci. I on żartował, jak wtedy przyjechał do Łodzi mówiąc:- Myślałem, że dadzą mi spokój, że przyjeżdżam na emeryturę, a tu każą pracować.
Nikt mu nie kazał, ale on sam się do tego rwał. I o. Miecznikowski zaczyna od organizowania wykładów, które odbywały się w piwnicy budynku, obok Kościoła. Idea była taka, aby rozpoznać i skonsolidować inteligencję. Tam były wykłady głównie z historii. Mało tego, tam dla studentów uruchomiono Studium Historii Polskiej – całkowicie nielegalne oczywiście. Wykładowca z KUL-u przyjeżdżał. Nawet uczestnicy tego Studium, jakieś świadectwa dostawali. Wykłady były bardzo ciekawe, bo były np. na temat polityki narodowościowej w Drugiej Rzeczypospolitej, albo wykłady o Białorusi i Ukrainie i ich potencjale, do utworzenia własnej państwowości. Ale też był wykład – przewodniczącego warszawskiego KIK-u, prof. Andrzeja Święcickiego. Wtedy był modny strukturalizm w niektórych dziedzinach wiedzy i on mówił, jak to niektórzy badacze próbują ten strukturalizm zastosować też i do Pisma Świętego.[…].
Tego rodzaju prelekcje były. Ale już było tak dużo ludzi, że się tam nie mieścili. Piętro wyżej była spora Kaplica Św. Krzysztofa. Przeniesiono te spotkania do tej Kaplicy, już w momencie, kiedy został wybrany na Papieża Karol Wojtyła. I tam była pierwsza relacja o tym niesamowitym wydarzeniu dziennikarza, który wrócił z Rzymu. Wtedy młody Stefan Niesiołowski bardzo gorąco zaprotestował, bo prelegent użył określenia, że to były 10 dni, które wstrząsnęły światem. Jest taka książka angielskiego autora [John Reed, amerykański dziennikarz i komunista], który w ten sposób mówił o Rewolucji Październikowej, więc Niesiołowski zaprotestował, że nie podoba mu się to porównanie. I tak się to toczyło. Potem te prelekcje znowu rozsadziły Kaplicę Św. Krzysztofa, bo coraz więcej ludzi przyjeżdżało. I przeniesiono się do Sali Teatralnej obok. I tam się odbywały kolejne prelekcje. I to też nie była wystarczająca sala. Bo jak np. był [Stefan] Kisielewski – to było chyba w okresie jesienno-zimowym – udało mi się w miarę wejść do środka, ale już płaszcza zdjąć się nie udało i trzeba było być takim sprasowanym, a cała reszta stała, nie widząc w ogóle prelegenta. Było ogromne zainteresowanie i z tego powstały materiały z nagraniami, czy też zeszyty. Równocześnie o. Miecznikowski powołał takie Towarzystwo Przyjaciół Duszpasterstwa Akademickiego. Nawet jakiś znaczek mieliśmy swój. No i tam, w gronie pewnych osób spotykaliśmy się co jakiś czas. To był też pewien rodzaj nie tyle samokształcenia, ale wymiany informacji. Każdy coś tam przygotowywał, jakieś prelekcje dla tego grona, ale też coś trzeba było zorganizować. To było stworzone z osób, które o. Miecznikowski znał, co nie oznacza, że to były osoby, które wszystkie były tak bardzo aktywne i mające predyspozycje do tego, żeby bardzo szczególnie działać.[…].(288)

***
Sala teatralna przy Kościele o.o. Jezuitów stała się miejscem wolności dla słowa, opracowań publicystycznych, społeczno-politycznych publikacji, czy artystycznych form wypowiedzi, które w przestrzeni publicznej były przemilczane lub wręcz zakazane, pod groźbą sankcji administracyjno-karnej. Co środę, od stycznia 1983r do marca 1989r, odbywały się spotkania z wybitnymi przedstawicielami nauki i kultury, a także Kościoła. Swoimi przemyśleniami dzielili się m.in. Ks. Józef Tischner, Ks. Jan Twardowski, poetka Joanna Kulmowa, poeta Ernest Bryll, reżyserzy teatralni i filmowi:- Andrzej Wajda, Jan Kulma, filozof:- Klemens Szaniawski, publicyści, krytycy, historycy literatury, dziennikarze i późniejsi politycy jak np:- Jan Józef Lipski, Stefan Kisielewski, Władysław Bartoszewski, Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki, Krzysztof Kozłowski, Jerzy Turowicz i jego współpracownicy z “Tygodnika Powszechnego”. Były też formy teatralne i muzyczne w których uczestniczyli aktorzy:- Halina Mikołajewska [Mikołajska], Barbara Horowianka, Katarzyna Łaniewska, Barbara Rachwalska, Mieczysław Voit, Krzysztof Kolberger, satyryk Jacek Fedorowicz, a z łódzkich aktorów: – Mirosława Marcheluk, Ryszard Mróz, Dymitr Hołówko czy Tadek Paradowski (brali też udział w trakcie Mszy św. jako lektorzy lub deklamowali patriotyczne wiersze). W niedzielę o godz. 18:00 w Kościele o.o. Jezuitów, były takie Msze św., których oprawę przygotowała Hanka Brzozowska [ brał w nich, także inny znany aktor, Bogusław Sochnacki]. Podczas ich trwania,  recytowano wiersze patriotyczne.(289)

***
/Źródło; AIPN Ld_PF_10_978. pdf/      
 karta: 122              Łódź, dnia 1 lutego 1980r
T a j n e
Egz. Nr 5 [odręcznie].
                              Rozdzielnik [ adnotacja odręczna]
                              Egz. nr 1 – I Sekr. KŁ PZPR
                              Egz. nr 1 (wersja skrócona)- Sekr. KŁ PZPR tow. J. Grabowski
                              Egz. Nr 2 – K-dt Wojew. MO
                              Egz. nr 3,4 – Wydział II
                              Egz. Nr 5 –  a/a
 I n f o r m a c ja n.t. niektórych przejawów działalności kościelnej mających aspekt polityczny
Do nielicznych przejawów działalności kościelnej mających aspekt polityczny, a notowanych na naszym terenie, należy zaliczyć organizowanie przez jezuitę Stefana Miecznikowskiego, odczytów dla inteligencji katolickiej. Odczyty – odbywające się w kaplicy św. Krzysztofa, przy parafii oo. jezuitów, ul. Sienkiewicza 60, organizowane są od drugiej połowy listopada 1979r. Dotychczas odbywały się prawie w każdy czwartek tygodnia, a prelegentem był red. B.[ohdan]Cywiński z Warszawy. Tematem jego wystąpień były zagadnienia wyznaniowe w krajach socjalistycznych. Uchodzi on za znawcę problematyki wyznaniowej w państwach obozu socjalistycznego, a ponieważ związany jest z elementami anty-socjalistycznymi, zwłaszcza z terenu Warszawy i Krakowa, wiadomo było już z góry w jaki sposób będzie interpretował omawiane zagadnienia. Tak też było istotnie – dzieje kościołów i politykę wyznaniową państw socjalistycznych naświetlał zawsze z pozycji antysocjalistycznych i antykomunistycznych.

                                                                                 – 2 –
karta: 123  
Odczyty  B. Cywińskiego gromadzą każdorazowo ok.200 osób, spośród których ok.10 proc. stanowią studenci. Większość słuchaczy stanowią mężczyźni w wieku 35-45 lat. Wśród  uczestników znajdują się też osoby, znane z aktywnej działalności antysocjalistycznej, na naszym terenie: A[ndrzej] Woźnicki, B.[enedykt] Czuma, K.[arol] Głogowski, bracia S.[tefan] i M.[arek] Niesiołowscy, S.[tefan] Kaczorowski, a nawet J.[ózef] Śreniowski, który nie uchodzi za człowieka wierzącego. W związku z tym, że treść odczytów B. Cywińskiego zawiera negatywne akcenty polityczne, podjęte zostały działania zmierzające do odstąpienia przez o. S. Miecznikowskiego z organizowania tego rodzaju prelekcji. W listopadzie 1979r. pracownik Wydziału d.s. Wyznań Urzędu Miasta Łodzi, przeprowadził z superiorem klasztoru jezuitów o. Janem Świsiem rozmowę, w czasie której domagał się odstąpienia przez o. S. Miecznikowskiego z wykorzystywania pomieszczeń kościoła do celów niezgodnych z ewangeliczną misją Kościoła. Superior starał się rozmowę tę zbagatelizować, ale wobec zdecydowanej postawy pracownika Urzędu ds. Wyznań, przyrzekł zwrócić uwagę o. S. Miecznikowskiemu, w zakresie prowadzonej przez niego działalności. Niezależnie od tego pracownik Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przeprowadził rozmowę z Prowincjałem Prowincji Północnej zakonu jezuitów w Warszawie, na temat niestosowności działań o.S. Miecznikowskiego. Prowincjał zapewnił, że poczyni wszelkie starania, aby wymieniony zakonnik zaniechał uprawianie politykierstwa na gruncie Kościoła. Ponieważ powyższe rozmowy nie wpłynęły na postawę o.S. Miecznikowskiego, planujemy obecnie przeprowadzenie z nim bezpośredniej rozmowy ostrzegawczej, jak również rozważamy zastosowanie wobec niego kroków represyjno-administracyjnych. […].  

                                                                                 – 4 –

karta: 125
[…].    Stempel:  ZASTĘPCA KOMENDANTA WOJEWÓDZKIEGO MO ds Służby Bezpieczeństwa płk mgr Jan Jasiński [podpis nieczytelny]

***
/Źródło: AIPN Ld_PF_10_978. pdf/      
karta: 94   
Łódź, dnia 25.06.1980r
T a j n e
Egz. Nr 2
I SEKRETARZ
KOMITETU ŁÓDZKIEGO PZPR
TOW.B.[olesław] KOPERSKI
w  m i e j s c u

I n f o r m a c ja
dotycząca aktualnej sytuacji  w ruchu oazowym i ośrodkach Duszpasterstwa
Akademickiego na terenie aglomeracji łódzkiej.
[…].

karta:98
                                                                   – 5 –
– Studenckie Zrzeszenie Dobroczynności, prowadzone przez oo Jezuitów/ul. Sienkiewicza 60/, skupiające katolicką elitę intelektualną i w małym procencie wyselekcjonowaną młodzież studencką.[…].Począwszy od 22.11.1979r. W ośrodku duszpasterskim oo. Jezuitów przy ul. Sienkiewicza 60 z inicjatywy duszpasterza akademickiego o. Miecznikowskiego i przy jego czynnym udziale, odbywają [się] spotkania poświęcone problemom społeczno-politycznym. Na pierwszy cykl wykładów, został zaproszony red. B.[ohdan] Cywiński, który w czasie pięciu spotkań omawiał problemy wyznaniowe w krajach obozu socjalistycznego. Następne prelekcje w tym ośrodku prowadzone były m.in. przez prof. J.[anusza] Dietricha z Politechniki Śląskiej, dr [Władysława] Bartoszewskiego z KUL-u, red. Szczepkowskiego [Szpakowski Zdzisław] z tygodnika “Więź”, mgr Kolbarczyka i dr Szwarca z Uniwersytetu Warszawskiego. Na uwagę zasługują wykłady Bartoszewskiego, dotyczące historii Polski lat 1939-1945. Prelegent w sposób tendencyjny interpretował stosunki polsko-radzieckie oraz niemiecko-radzieckie. Po każdym wykładzie odbywały się dyskusje.

                                                                                – 6 –
karta: 99
[…]. W czasie w/w prelekcji udział brało każdorazowo około 250 osób, głównie młodzieży akademickiej. Tylko na relekcji poświęconej koncepcjom filozoficznym Bella i Nietschego odnotowano niewielką frekwencję. Sytuację tę o. Miecznikowski skomentował następująco: “Szkoda, że młodzież nie przychodzi na spotkania, gdy nie dyskutuje się na tematy polityczne”. W kwietniu i maju o. Miecznikowski zorganizował jeszcze dwie “Trybuny Duszpasterskie”, na tematy: “Etyka przedmałżeńska” oraz “Młodzież, miłość i seks”. Szczególnie ta druga impreza znalazła żywy oddźwięk wśród słuchaczy. Sądzić należy, że w przyszłym roku akademickim o. Miecznikowski będzie kontynuował organizowanie prelekcji na tematy społeczno-polityczne, w celu przyciągnięcia młodzieży do ośrodka.[…].
                                                                                – 7 –
karta: 100
[…].     Stempel: ZASTĘPCA KOMENDANTA WOJEWÓDZKIEGO MO
          ds Służby Bezpieczeństwa płk mgr Jan Jasiński [podpis nieczytelny]
         Prof. Krystyna ŚRENIOWSKA.(290)

Intelektualny podbój „Ziemi Obiecanej”. Zaczęło się 23 lutego 1983r. odczytem ks. prof. Józefa Tischnera zatytułowanym „Krajobraz skargi” o marnotrawstwie pracy ludzkiej, dotąd nieprzerwanie przez sześć z górą lat zbieramy się w niewielkiej sali parafialnej przy kościele oo. Jezuitów Łodzi. Sceneria naszych spotkań uboga. Rzędy krzeseł, pod ścianami niskie ławeczki jak w sali gimnastycznej, na końcu sali obok długiego wieszaka stare ławki przyniesione z kościoła. Dość wysokie podium, na nim stół przykryty zgrzebną serwetą. Za stołem zasiada prelegent w towarzystwie prowadzącego zebranie. Ze ścian patrzy na nas Papież i bardzo ekspresyjny Chrystus ukrzyżowany. Później sceneria nieco się zmieniła. Miejsce Ukrzyżowanego zajął ks. Jerzy Popiełuszko. Odtąd salę parafialną nazwano jego imieniem. Okresowo choinki i inne zmieniające się dekoracje stosownie do okoliczności. Jesienią 1988r. przybyła duża płasko-rzeźba J. Piłsudskiego w związku z 70-leciem odzyskania niepodległości. Wszystko to skromne, bo parafia niebogata a miasto nasze, w przeważającej masie, biedne.
Inicjator, główny animator i gospodarz w wytartej sutannie, wyświechtanej ortalionowej kurtce, szydełkowym berecie – o. Stefan Miecznikowski. Jakże miły w tym swoim „mundurze”! Zapraszanie prelegentów, organizacja środków lokomocji to przez wiele lat specjalność Tomka Filipczaka. On to peregrynował po Polsce, namawiał – a umie to dobrze robić, niezły z niego kusiciel – woził, byle zyskać niepospolitych prelegentów.
Klasztor i kościół oo. Jezuitów usytuowany jest w centrum Łodzi, przy wąskiej, ruchliwej, przelotowej   ulicy. Vis a vis potężny wieżowiec, a w nim na wysokim piętrze czuwa oko pilnie rejestrujące ruch na podwórzu kościelnym. Dyspozycyjni wmieszani w tłum, uzbrojeni w magnetofony, uczestniczący w dyskusji. Rezultatem ich obecności było wzywanie organizatorów na „rozmowy”, wyrazy dezaprobaty, pouczenia, groźby. Nie lada to sztuka znieść mężnie i bez strachu opinię decydentów władzy.
Skoro już mamy miejsce akcji i towarzyszące jej okoliczności, wypada naszkicować jej przebieg. Kim byli prelegenci? Czołówka inteligencji polskiej: uczonych, działaczy, dziennikarzy, literatów, artystów. Przeważnie byli to goście z Warszawy, Krakowa i innych miast, a także od czasu do czasu z Łodzi. Reprezentanci środowisk, odmawiających współpracy z władzą, pozbawieni stałych zarobków. Także ci, którzy utrzymywali się w instytucjach naukowych, artystycznych i in. wszyscy oni akceptowali swoje obywatelskie zaangażowanie, poczucie odpowiedzialności za losy ojczyzny. Nasze miasto, choć posiada kilka wyższych uczelni, nie dysponuje jednak dość prężną kadrę intelektualistów. Tradycje kulturalne „ziemi obiecanej” są jeszcze zbyt skromne i nie stać nas na samoobsługę ambitnego ośrodka niezależnej myśli. Pomoc z zewnątrz okazała się niezbędna.
Przyszłam na czwarte z kolei spotkanie w marcu 1983r. pełna nieśmiałości i wahań. Obawa przed atmosferą wąskiego klerykalizmu, nietolerancją dla mojej świeckości, hamowała kroki. Uczyniłam jednak próbę wejścia w ten obcy dotychczas dla mnie krąg w poszukiwaniu wartości, które łączą. Szukałam przede wszystkim swobody wypowiadania prawd, gdzie indziej zepchniętych w sferę przemilczeń lub przeinaczeń. Pragnęłam ostatecznie wyjść z indoktrynacyjnego labiryntu, otaczającego mnie wokół. Byłam ciekawa zetknięcia się z indywidualnościami prelegentów, chciwa ich osobowości. Nadto odczuwałam potrzebę przebywania w grupie, w określonym środowisku, nawet gdy się z nim trudno identyfikować. Człowiek jest, jak wiadomo, istotą społeczną, a chodzenie luzem bywa ciężarem trudnym do udźwignięcia. Bogactwo I różnorodność spotkań trudno przedstawić wyczerpująco. Dotychczas bowiem mieliśmy ponad sto prelekcji, występów artystycznych, wieczorów autorskich, dyskusji panelowych, dwie sesje. Jedna trzydniowa poświęcona mniejszościom narodowym, żyjącym w PRL, druga – całodzienna o współczesnej łódzkiej prasie pierwszego i drugiego obiegu. Próbowałam liczbowo ująć poszczególne rodzaje problematyki. Na czoło wysunęła się literatura. Szło tu zarówno o literaturoznawstwo, jak też wieczory autorskie, recytacje poezji itp. na drugim miejscu plasują się zagadnienia współczesnego Kościoła z jego bogatą problematyką społeczną, etyczno-moralną, otwartością na świat. Problemy społeczno-polityczne zajęły tyleż samo miejsca co gospodarcze. W dalszej kolejności szła „Solidarność”, następnie historia, szczególnie historia II wojny światowej (np. Armia Krajowa, Szare Szeregi i in.), oraz dzieje powojenne Polski, a w szczególności to, co dziś nazywamy „białymi plamami”. Nie brakło również innych zagadnień z zakresu socjologii, prawa, filozofii, kultury, prasy (szczególnie prasa katolicka), ekologii, szkolnictwa wyższego i in. Nadto koncerty, wystawy fotografii i obrazów współczesnych. Wymienione dziedziny składają się na całościowy obraz działalności Duszpasterstwa Środowisk Twórczych. Szło tu o wyartykułowanie problemów społecznych współcześnie przeżywanych, wyrażanych w różnych aspektach a rzutujących na obraz naszego bytu narodowego dziś i jutro. Nośnikiem cennych wartości jest literatura, szczególnie tzw. literatura faktu i poezja. Przede wszystkim zapoznać się można było z tymi utworami, które nie mogły trafić na łamy wydawnictw tzw. pierwszego obiegu. Tu akcentowano treści humanistyczne, tu mówiono do nas językiem odmiennym od nowomowy wyzutej przecież z istotnych treści. Czasem w żartobliwej formie przekazywano obraz rzeczywistości, odsłaniano mechanizmy działania władzy. Śmiech uzbrajał nas w odwagę, wyzwalał z ciężaru gnębiącej nas codzienności. Kontakt z wybitnymi indywidualnościami pozwalał na jaśniejsze formułowanie trapiących nas dylematów, szukanie dróg działania uznanych za słuszne, uzbrajał w moc obrony naszych racji moralnych. Chcieliśmy prawdy i tę potrzebę zaspakajali nasi prelegenci.
Nasz Ośrodek nazwać by można wolną wszechnicą lub mówionym periodykiem społeczno-kulturalnym. Tu znalazła azyl niezależna myśl, tu ludzie uczuli się kultury dyskusji, tu się walczyło o kulturę polityczną, tu wreszcie można było czuć się bezpiecznie i wyzbywać strachu przed publicznym nazywaniem rzeczy po imieniu. Duszpasterstwo Środowisk Twórczych przy kościele oo. Jezuitów nazwałam wolną wszechnicą. Jest to swoisty łódzki fenomen. Polega on na tym, że zinstytucjonalizowana nauka oddziaływa w Łodzi w znikomym stopniu. Środowisko inteligenckie rozproszone i dlatego słabe – nie potrafiło dotychczas odgrywać poważniejszej roli ani nadać tonu temu miastu. Przy ul. Sienkiewicza natomiast zbiera się zróżnicowana przecież światopoglądowo i społecznie grupa, która pragnie wspólnie przemyśleć i przeżyć nasze troski, dylematy, czerpać wiedzę z otwartych głów i serc. Frekwencja duża. Często za duża, by pomieścić wszystkich. Stoją na sali i w przedsionku, przycupną byle gdzie. Bywało, że spora część publiczności korzystała z pomieszczenia w przylegającej kaplicy św. Krzysztofa.
Wyżej wspomniany gospodarz tej imprezy pełen taktu, życzliwości i uśmiechu dał nam niezapomniane przeżycia i wyposażył w trwałe wartości tych  prelegentów.(291)

***
Ostatnią wystawę niezależną zrobiłem z o. Miecznikowskim w 1998r, już w niepodległej Polsce, zatyt. “Tak Było“. Były też wystawy poświęcone plakatowi, m.in. artyście plastykowi z Warszawy p. Wesołowskiemu i fotograficzne, m.in. prace Ewy Rubinstein, córki Artura Rubinsteina.(292)


___________________________________________

(185) Kazania stanu wojennego, autor: o. Stefan Miecznikowski. Wstęp: Ewa Jażdżewska-Goldstein, str.3.
(186) Fragment homilii o. Stefana Miecznikowskiego z 13.XII.1981r.
(187) Ibidem- B.G-G…2014r.
(188) Ibidem-J. T-K. …2013r.
(189)Ibidem-M.B…2013r.
(190) Ibidem-J.T-K.str…2013r. 
(191)Ibidem- K.J-K…2013r
(192) Ibidem- B.G-G…2014r (193) Bożena Cichoń, wypowiedź z dn.9.06. 2013.
(194) Ibidem-B.G-G…2014r.
(195) Ibidem- J.T-K…2013r.
(196) Ibidem-B.G-G…2014r.     
(197)Ibidem-J.T-K…2013r.      
(198) Ibidem-. M.C…2013r.
(199) Ibidem-B.G-G…2014r.    
(200)Ibidem-M.C…2013r.
(201)Ibidem-B.G-G…2014r
(202)Ibidem- M.B…2013r.
(203)Ibidem-B.G-G…2014r.                    
(204)Ibidem- K.J-K…2013r.
(205) Relacja Zofii i Mirosławy Czołczyńskich z dn.8.II.2013r.
(206)Ibidem- M.Cz…2013r
(207)Ibidem- Z.i M.Cz…2013r
(208) Ibidem- B.G-G…2014r
(209) Ibidem- B.G-G…2014r
(210)Ibidem- Z. i M.Cz…2013r
(211)Ibidem- B.G-G….2014r
(214)Ibidem- M.C….2013r                                                                      
(215) Relacja Zdzisława Krakowiaka z dn. 6.IV.2006r
(216) Ibidem- K.J-K…2013r
(215) Ibidem- M.C…2013r
(216) Ibidem- B.G-G…2014r
(217) Ibidem- M.C…2013r
(218) Ibidem- B.G-G…2014r
(219) Ibidem- M.C…2013r
(220)Ibidem- B.G-G…2014r
(221)Ibidem- M.C…2013r
(222) Ibidem
(223) Ibidem- B.G-G…2014r
(224)Ibidem- M.C…2013r
(225)Ibidem- B.G-G…2014r
(230) Ibidem- B.G-G…2014r
(231) „Ojciec Stefan SJ.“ Małgorzaty Golickiej-Jabłońskiej. Relacja Julii Kryszewskiej, str.81.
(232) Ibidem- M.C…2013r.
(233) Ibidem- B.G-G…2014r.
(233) Ibidem- B.G-G…2014r.
(240) “Ojciec Stefan SJ”.Małgorzaty Golickiej-Jabłońskiej.Biblioteka “Tygla Kultury”2006, str.62.
(241)Ibidem-M.C…2013r.
(242)Ibidem- P.Sp…2012r.      
(243)„Biuletyn Łódzki“-Włodzimierz Domagalski. Str. 18,42.Wydawnictwo Inicjał 3. 2006r.
(244)Ibidem-Z.iM.Cz…2013r.
(245)Ibidem-P.Sp…2012r.
(246) Ibidem-Z.iM.Cz…2013r.
(247)Ibidem-B.G.-G…2014r.
(248)Archiwum „KARTY“. Fragmenty z relacji biograficznej. Sygn.PL. 1001_AHM_0007_2689_07 i 08.
(249) Proboszcz Parafii Najświętszego Imienia Jezus w latach 1998r-2005r. Opiekun wspólnot „Kanaan” i „Magni-ficat”, rekolekcjonista. Prezes Stowarzyszenia „Słowo i Muzyka u Jezuitów”.
(250) Relacja o.Józefa Łągwa z dn.30.11.2013r.
(251) Ibidem-B.G.-G…2014r.
(252)Z.i M.Cz…2013r.  
(253) Ibidem-M.B….2013r.
(254) Ibidem-P.Sp…2013r.
(255) Ibidem-P.Sp…2012r.       
(256) Ibidem-B.G.-G…2014r.
(257) Ibidem-K.J.-K…2013r.
(258) AIPN Ld_pf_15/397 t.2 k.172.
(261) Ibidem- B.G-G…2014r.
(262)Przemysław Stępień. LIST KURII METROPOLITARNEJ WARSZAWSKIEJ DO BISKUPA ROZWADOWSKIEGO16.II.1982r. + W.Rodowicz, Komitet na Piwnej.
(263)Ibidem- B.G-G…2014r.   
(264)Ibidem-B.C…2013r.
(265)„Kazania stanu wojennego“. Autor: o.Stefan Miecznikowski. Wstęp: Ewa Jażdżewska-Goldstein, str.3
(266) Ibidem-B.G.-G…2014r.
(267)Ibidem- K.J-K…2013r. (268)Chemik. Żona Grzegorza Palki, chemika, absolwenta PŁ i pracownika naukowego. Współzałożyciela
(269)Relacja Jadwigi Palka z dn. 12.06.2013r.
(270) Ibidem- B.G.-G…2014r.
(271) Ibidem- J.P…2013r.
(272)Pracownik fizyczny, zatrudniona w Łódzkich Zakładach Przemysłu Gumowego „Stomil” w Łodzi. W latach 1980-1981 działaczka „Solidarności” w swoim zakładzie pracy, delegat na WZD, od 25 maja 1981 r. członek Zarządu Regionu. NSZZ „Solidarność” Ziemi Łódzkiej, we wrześniu i październiku 1981 r. delegat Regionu Ziemi Łódzkiej na Krajowy Zjazd Delegatów do Gdańska. Internowana w Gołdapi od 8 maja do 11 czerwca 1982 r. Po internowaniu, wyjechała z trójką dzieci do Francji.


Rozdział VI

PARAFIA pw. NAJŚWIĘTSZEGO IMIENIA JEZUS w ŁODZI

Rzymsko-katolicka parafia położona w centrum Łodzi, przy ul. Sienkiewicza 60 [dawnej ul. Dzika]. Kościół został zaprojektowany i zbudowany jako bazylika trójnawowa w stylu neoromańskim w latach 1880–1883, w/g projektu Ludwika Schreibera z Kolonii, jako świątynia parafii ewangelicko-augsburskiej p.w. św. Jana Ewangelisty.
Głównym fundatorem był Karol Scheibler [z Nadrenii] – właściciel największej fabryki bawełnianej w kraju – który przeznaczył na ten cel 50 tys. rubli [połowę sumy]. W tym czasie, wśród mieszkańców Łodzi – jednego z największych ośrodków przemysłowych Cesarstwa Rosyjskiego, było wyznania katolickiego:- 37%, ewangelicko/ protestanckiego- 39%, mojżeszowego- 34% i prawosławnego- 1% ].(293)
Charakterystyczna dla niego jest elewacja wykonana z nieotynkowanej cegły (Rohbau) oraz fasada z trzema wieżami, z dominującą nad zabudowaniami miejskimi, smukłą wieżą środkową. Po śmierci Karola Scheiblera, jego zięć Edward Herbst w 1884 r. ufundował parkan, a żona Anna Schreiber przeznaczyła 10 tys. rubli na budowę przy kościele, szkoły. Cała rodzina Schreibera – Herbsta przeznaczyła 30 tys. rubli na przyszły dom parafialny.(294) Z biegiem kolejnych lat, struktura wyznaniowa i narodowościowa miasta zmieniła się [ w 1939r, tuż przed  wybuchem II-wojny światowej, mieszkało w Łodzi: Polaków -56,2%, Żydów – 34,3%, Niemców- 8,9%, Inni:- 0,4 %.].(295)

W 1945 Kościół został przejęty przez zakon o.o. Jezuitów, a po erygowaniu w 1950 przez ks. Bp Michała Klepacza, ordynariusza diecezji łódzkiej, otrzymał nowe wezwanie „Najświętszego Imienia Jezus”.
 Pierwszym superiorem został o. Franciszek Przybylski SJ, a duszpasterzem akademickim [przez 11 lat], o. Tomasz Rostworowski SJ – prof. Gimnazjum oo. Jezuitów w Wilnie, harcerz Rzeczypospolitej, uczestnik obrony Lwowa w 1939 r. były kapelan [w stopniu podpułkownika] Komendy Głównej AK, podczas Powstania Warszawskiego [ i batalionów „Wigry” i „Gustaw”]. Odznaczony m.in. Orderem Virtuti Militari i Krzyżem Walecznych. 21 stycznia 1950 r. aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa , a następnie skazany na 12 lat więzienia za rzekomą działalność antypaństwową [zwolniony w 1956r.]. Zmarł w Łodzi, 9 marca 1974r. Do dziś, w tym byłym ewangelickim kościele pozostał transept, czyli podwieszany dach, z olbrzymią polichromią przedstawiającą ornamenty roślinno-geometryczne i część witraży. Ciekawe jest to, że dach kościoła budowali górale z Tyrolu. Nie zachowały się żadne plany dachu. Widać, górale budowali go po swojemu, ale zrobili to dobrze. W czasie remontu wież, w kuli pod krzyżem znaleziono list, datowany na 20 września 1883 roku z nazwiskami darczyńców budowy i jej inicjatorów, oraz z przesłaniem; – Tak, jak my z wielu trudności, podjęliśmy trud budowy tego Domu Bożego, tak niech nasi następcy otaczają go gorliwą troską i w dziele swym nie upadają na duchu.
W 1960 r. rekolekcje dla inteligencji, odbywające się tradycyjnie w Wielkim Tygodniu, prowadził młody biskup z Krakowa – Karol Wojtyła [ponownie odwiedził tę świątynię w 1970r – już jako kardynał – głosząc rekolekcje dla młodzieży]. Zachowały się nawet zdjęcia późniejszego papieża Jana Pawła II, mówiącego kazanie rekolekcyjne z ambony jezuickiego kościoła.(296)

W 1989r. o.o.Jezuici wykupili budynki od Kościoła Ewangelicko- Augsburskiego [parafia pw. Najśw.  Imienia Jezus, przy ul. Sienkiewicza 60, została wpisana do rejestru zabytków: 1880-84, nr rej.: A/312 z 20.01.1971 (stary nr rej.: A/116)].(297)


___________________________________________

(291)„Ziemia“.„Ojciec Stefan SJ“.Małgorzata Golicka-Jabłońska.
(292) Ibidem. Mieczysław Góra…2013r.n Miecznikowski. Wstęp: Ewa Jażdżewska-Goldstein, str.3.
(293) Elżbieta Szkurłat Uniwersytet Łódzki. Łódź.„Najstarsze obiekty sakralne Łodzi, jako symbole wielokulturowych tradycji miasta”, str.50.
(294) Stefan Pytlas, Łódzka burżuazja przemysłowa 1864–1914, Łódź 1994, s. 364.
(295) PRZEGLĄD NAUK HISTORYCZNYCH 2008, R. VII, nr 1. Arkadiusz Rzepkowski, str. 92.
(296) Relacja o. Jacka Granatowskiego SJ.
(297) Ibidem: Elżbieta Szkurłat…


Rozdział VII.1

KALENDARIUM OŚRODKA POMOCY PRZY KOŚCIELE O.O.JEZUITÓW  w ŁODZI.   

[Zeszyt 1.].
Zdeponowany przez o. Stefana Miecznikowskiego w Związkowym Ośrodku
Dokumentacji przy ZR NSZZ „Solidarność” w Łodzi, u Henryka Marczaka.(298)
[Zeszyt 2.]. Archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej oo. Jezuitów w Warszawie,
ul. Narbutta 21.(299).   13 grudzień 1981r.   


***
/Źródło: Archiwum Państwowe w Łodzi. 1/110/ karta:51 /                                                                                                         
Stempel:] URZĄD MIASTA ŁODZI
Wydział do Spraw Wyznań                          Stempel: POUFNE  
Łódź, ul. Piotrkowska 104 tel.646-60
98-928 Łódź

Kalendarium spotkań władz administracyjnych
z łódzką kurią biskupią w dniach 13.XII – 18.XII.1981r.     

W dniu 13.XII. br. o godz. 10,15 w siedzibie Kurii, Dyrektor Wydziału do Spraw Wyznań UMŁ, spotkał się z księdzem kanclerzem Kurii – gdzie omówiono sprawy spotkań ks.bp. ordynariusza z komisarzem wojskowym na województwo miejskie łódzkie. Ustalono, iż skontaktujemy się o godz. 14,00 celem sfinalizowania spotkania.
  O godz.14,05, w siedzibie Kurii, spotkał się dyrektor Wydziału d/s Wyznań z księdzem bpem ordynariuszem. W czasie tego spotkania bp. ordynariusz był bardzo zdenerwowany a nawet można powiedzieć – „przestraszony“, wyraził zgodę na spotkanie z komisarzem wojskowym, płk. Kazimierzem Garbacikiem.  
  Ustalono, że spotkanie odbędzie się o godz.15,00, dnia 13.XII.br. ponadto poprosił aby w spotkaniu uczestniczył dyr.Wydziału d/s Wyznań. Na zakończenie rozmowy przedstawił  kłopoty dotyczące księży których w nocy zabrano na przesłuchanie. Stwierdził iż w rozmowie z komisarzem będzie tę kwestię poruszał.
O godz.14,55, doszło do spotkania płk.K.Garbacika z bpem ordynariuszem J.Rozwadowskim, a także dyr.Wydziału d/s Wyznań mgr A.Wilkanowskim i kanclerzem Kurii ks.Andrzejem Dąbrowskim.
Płk.K.Garbacik przedstawił się ks.ordynariuszowi jako komisarz wojskowy na województwo miejskie łódzkie, stwierdził, iż z polecenia generała W.Jaruzelskiego ma nawiązać kontakt z księdzem bpem ordy-nariuszem. Wyjaśnił sprawę stanu wojny i jakie były przyczyny powołania Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, omówił także dokuczliwości stanu wojennego, a także potwierdził, iż kościół rzymsko-katolicki ma pełnię swobody działania w wypełnianiu swej duszpasterskiej misji.

karta:54
Prosił o zrozumienie powagi chwili, także pomoc kościoła w umacnianiu ładu, spokoju. Na zakończenie stwierdził, iż gen. Jaruzelski liczy, iż ks.bp. ordynariusz swoją postawą, działaniem będzie czynił wszystko aby w kraju zapanował ład i porządek. W odpowiedzi ks.bp ordynariusz stwierdził, iż „z głębokim bólem przyjął wiadomość o stanie wojny, smuci go fakt, iż trzeba było użyć takiego stanu, aby wprowadzić ład. Obawia się czy nie zostanie zahamowany proces odnowy i demokracji. Oprotestował ponadto fakt zatrzymania przez organy MO i SB dwóch księży: Mirosława Strożka, o.[Ludwika] Bartoszaka i wymuszania na nich podpisania deklaracji o lojalności – jest to niezgodne z prawem kanonicznym. Ponadto z żalem przyjął fakt, iż w dniu 13.XII.br nie było transmisji mszy św. w radio. Pogwałcono wcześniej zawarte porozumienia. Obok tych spraw zaproponował, iż kościół będzie się starał o utrzymaniu ładu i porządku w ojczyźnie.
  Po tym stwierdzeniu płk.K.Garbacik i dyr.Wydziału wyjaśnili kilka spraw dotyczących życia miasta w stanie wojny m.in. służby zdrowia, straży pożarnej itp.
   Po ich wyjaśnieniu temat rozmowy został wyczerpany i przedstawiciele władz opuścili budynek kurii. Należy podkreślić, iż rozmowa miała rzeczowy i konstruktywny charakter.

[Stempel:] DYREKTOR WYDZIAŁU
mgr Aleksander Wilkanowski
[podpis nieczytelny]

***
Rankiem jadę do Zarządu Regionu Solidarności. […] Wpadam do kolportażu, wraz z innymi wynoszę gazety, ulotki i stosy innego zadrukowanego papieru Rozdajemy to ludziom, których gromadzi się coraz więcej. Tramwaje zatrzymują się przed budynkiem, otwierają drzwi, wrzucamy ulotki i gazety do środka wagonów. Trzeba jak najwięcej wynieść, rozdać, zanim znowu tu przyjdą i zniszczą. Już wiem, […] że ubecy z zomowcami byli tu już wcześniej, wiem o zniszczeniach, których dokonali.[…] Na zewnątrz, w każdym oknie, flaga biało-czerwona, przepasana kirem. Tłum gęstnieje. Cisza. Naraz od ulicy Świerczewskiego [dziś ul. Radwańska], słychać narastający warkot. Nadjeżdża zmotoryzowana kolumna, z samochodów wysypują się Zomowcy w pełnym rynsztunku, ustawiają w szereg. Tłum stoi naprzeciwko, zagradza dostęp do budynku. Nic się nie dzieje, jest cicho. Potem, jakby rozzuchwaleni bezruchem zomowców, zaczynają przed tłum wybiegać pojedynczy harcownicy, najczęściej są to kobiety, wygrażają im, coś do nich krzyczą. Tłum podchwytuje te okrzyki, powtarza. Wtedy oni ruszają, tłum cofa się, Zomowcy wracają do szeregu[…]. Z każdym nowym atakiem tracimy pole, powolutku wypierani coraz bardziej z pobliża budynku. Zomowcy walą pałkami w tarcze, […] Kolumna Zomowców z podniesionymi pałami rozpoczyna atak. Biegniemy w stronę otwartych drzwi Katedry, chronimy się w środku, by za moment, gdy Zomowcy się cofną, wrócić znów na ulicę. Powtarza się to kilkakrotnie, Zomowcy są coraz brutalniejsi, ludzie zdesperowani. […] Wracamy pod budynek. Znów atak, Zomowcy rzucają pojemniki z gazem, szykują armatkę wodną. Wyrywają z tłumu pojedyncze osoby, tłuką, wloką do samochodu. Wreszcie przypuszczają ostateczny szturm. Łamią się drzwi, pada brama. Zza szpaleru Zomowców widzimy, jak wchodzą do środka. Wiemy, dokąd już doszli – z kolejnych okien znikają flagi. Parter… I piętro… Już są na drugim. Jeszcze tylko z okna w bocznej ścianie wysypują się ulotki. Nie tylko ja płaczę. Wyprowadzają Słowika, Kropiwnickiego, i innych, wpychają do samochodów. Koniec. […] Pieszo wracam do domu.(300).

***
Tego dnia rano, z pewnością za wiedzą samego księdza Prymasa, bp Dąbrowski wraz z ks. Orszulikiem złożyli w siedzibie Urzędu ds. Wyznań na ręce ministra Jerzego Kuberskiego oraz członka Rady Państwa, sekretarza KC PZPR Kazimierza Barcikowskiego, protest przeciw decyzji władz o stanie wojennym.(301)

***
/Źródło: Archiwum Państwowe w Łodzi. 1/110/ karta:52/                                                                                                          
[Stempel:] URZĄD MIASTA ŁODZI
Wydział do Spraw Wyznań                 Stempel: POUFNE                              
Łódź, ul.Piotrkowska 104 tel.646-60
98-928 Łódź

Kalendarium spotkań władz administracyjnych
z łódzką kurią biskupią w dniach 13.XII – 18.XII.1981r.               

       W dniu 14.XII.br o godz.17,25 dotarły do nas wiadomości od Ministra Kuberskiego o zaproszeniu bpa Rozwadowskiego do Wa-wy na dzień 15.XII. na godz.12,00 na posiedzenie Rady Głównej Episkopatu. Dotarłem z tą wiadomością do ks.bp. Rozwadowskiego o godz.18,00. Przy tej okazji wymieniłem poglądy na obecny stan. Ks.bp wyraził troskę o los internowanych, a także martwił się o katedrę – gdyż incydenty jakie dzieją się pod byłą siedzibą „Solidarności“ jej zagrażają. Stwierdził, iż władze porządkowe robią wszystko aby   
karta:55
na tym terenie zapanował ład i porządek. Podziękował za poinformowanie Go, o posiedzeniu Rady. 

[Stempel:] DYREKTOR WYDZIAŁU
mgr Aleksander Wilkanowski
[podpis nieczytelny]

***
Tego dnia rano, z pewnością za wiedzą samego księdza prymasa, bp Dąbrowski wraz z ks. Orszulikiem złożyli w siedzibie Urzędu ds. Wyznań na ręce ministra Jerzego Kuberskiego oraz członka Rady Państwa, sekretarza KC PZPR Kazimierza Barcikowskiego, protest przeciw decyzji władz o stanie wojennym.(302)

***
Na ulicach Łodzi rozklejone ulotki przez Komunistyczny Związek Młodzieży Polskiej (organizację Andrzeja Salamona i innych): – „Socjalizmu będziemy bronić, jak niepodległości“.

***
Wyrazem sprzeciwu społeczeństwa było noszenie na ubraniu oporników oraz celowe spóźnianie się do pracy. W wielu miastach, zaczęto wydawać amatorskie ulotki i plakaty o antykomunistycznej  treści. Na budynkach zaczęły się pojawiać antyrządowe napisy: „WRON won za Don”, „Zima wasza, wiosna nasza”, lub „Orła wrona nie pokona”. Były one zamazywane przez specjalnie zorganizowane ekipy, lub zastępowane innymi hasłami, np. „KOR = Żydzi”, lub „S = $”. Innym symbolem oporu stał się znak V (od Victorii) oraz zając, którego podniesione uszy przypominały ten znak „zwycięstwa“.

***
We wtorek, w poprzek ul. Piotrkowskiej, uczestnicy protestu zbudowali barykadę z płyt chodnikowych i obrzucili kamieniami i butelkami sąsiadujących z budynkiem „Solidarności” gmach [Pałacyk] Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej.(303)

***
„Byłem w katedrze, w oczy szczypie gaz. W środku kilka starszych osób. Wychodzę, a za mną dwóch młodych chłopców: 16–17 lat, jeden głośno płacze. Pytam dlaczego, przez łzy mówi: «Łobuzy nawet kościoła nie uszanowali, wrzucili gaz, a wychodzących studentów bili pałkami. Pobili również dwóch księży usiłujących bronić studentów»”.(304)

***
„Głos Robotniczy” – jedyne czasopismo lokalne, które ukazywało się w Łodzi po wprowadzeniu stanu wojennego – skomentował wydarzenia ostatnich dni: „Tam, gdzie w swoich działaniach zabrnięto zbyt daleko, podjęły interwencję oddziały LWP i MO – spokojnie, bez używania siły, ale stanowczo, manifestując wolę przeciwdziałania anarchii. Działania te spotkały się ze zrozumieniem, ulgą, że oto siły porządkowe państwa wkraczają, niosąc spokój, ład i porządek”.

***
/Źródło: Archiwum Państwowe w Łodzi. 1/110/ karta:53/                                                                                                          
[Stempel: URZĄD MIASTA ŁODZI]
Wydział do Spraw Wyznań                    Stempel: POUFNE   
Łódź, ul. Piotrkowska 104 tel.646-60
98-928 Łódź

Kalendarium spotkań władz administracyjnych
z łódzką kurią biskupią w dniach 13.XII – 18.XII.1981r.  

W dniu 15.XII. o godz.10,45 do tut. Wydziału przybył ks.bp. Bejze[Bohdan]– sufragan łódzki, który poinformował mnie, iż pragnie spotkać się z Prezydentem Miasta Łodzi w sprawie opuszczenia przez grupę studentów prawa U.Ł. budynku tegoż wydziału. W tej sprawie wystąpili do Kurii, rektor UŁ. prof.[Jerzy] Wróblewski i dziekan Wydziału Prawa. Prezydent wyraził zgodę na mediację i ks.bp. wraz z rektorem i dziekanem udali się do UŁ. Pierwsza tura rozmów trwała do godz.13,40 i ks.bp jeszcze raz przybył do Prezydenta celem otrzymania gwarancji dla uczestników strajku, takie gwarancje zostały przyznane, udano się ponownie do studentów – o godz.15,45 część studentów wraz z rektorem i bpem opuściła gmach. Ale nie wszyscy i mediacje okazały się chybione, musiały interweniować siły porządkowe.                                                                                                   

[Stempel:] DYREKTOR WYDZIAŁU
mgr Aleksander Wilkanowski
[podpis nieczytelny]

***
/Źródło: Archiwum Państwowe w Łodzi. 1/110/ karta:54/        
[Stempel:] URZĄD MIASTA ŁODZI
Wydział do Spraw Wyznań                    Stempel: POUFNE  
Łódź, ul.Piotrkowska 104 tel.646-60
98-928 Łódź

Kalendarium spotkań władz administracyjnych
z łódzką kurią biskupią w dniach 13.XII – 18.XII.1981r.

    W dniu 16.XII.br w godz. rannych do tut. Wydziału przybył ks. kanclerz który przedstawił prośbę księdza bp. ordynariusza w sprawie spotkania z Prezydentem w dniu 17.XII.br. W czasie rozmowy  ks. Kanclerz poruszył sprawę katedry, która jest coraz bardziej zagrożona w związku z trwającymi incydentami. W tej sprawie zgłosiłem jednoznaczne stanowisko, iż ks. proboszcz powinien zastanowić się nad zamknięciem drzwi głównych, wówczas rozproszeni przez siły porządkowe nie będą mieli możliwości schronienia się w katedrze. W tym samym dniu udałem się do Kurii, gdzie spotkałem się z Kanclerzem i ustaliłem godzinę spotkania /11,00 w dniu 17.XII.br/.                                                                                                   

[Stempel:] DYREKTOR WYDZIAŁU
mgr Aleksander Wilkanowski
[podpis nieczytelny]

                                                17 grudzień  1981 r.

/Źródło: Archiwum Państwowe w Łodzi. 1/110/ karta:55/
[Stempel:] URZĄD MIASTA ŁODZI
Wydział do Spraw Wyznań               [Stempel:] POUFNE   
Łódź, ul. Piotrkowska 104 tel.646-60
98-928 Łódź

Kalendarium spotkań władz administracyjnych
z łódzką kurią biskupią w dniach 13.XII – 18.XII.1981r.    

W dniu 17.XII.br o godz.11,00 odbyło się spotkanie Prezydenta Miasta Łodzi z bpem ordynariuszem. W swoim wystąpieniu Prezydent poruszył aktualną sytuacje /tezy do spotkania w załączeniu/. Ks.bp przedstawił sprawy które nurtują kurię /pismo bp do płk. Garbacika w załączeniu/.

karta:56
Rozmowa miała konstruktywny charakter. Prezydent zaproponował przyznanie talonów na benzynę dla 1 samochodu z każdej parafii jak i wydanie specjalnych przepustek dla każdej parafii, aby księża w godzinach nocnych mieli możliwość udzielania posług religijnych, omówiono sposób załatwiania przepustek na wyjazdy alumnów do domów na ferie świąteczne. 

[Stempel:] DYREKTOR WYDZIAŁU
mgr Aleksander Wilkanowski
[podpis nieczytelny]

                                               18 grudzień 1981 r.

Ojciec Święty Jan Paweł II zwraca się listownie do gen. Wojciecha Jaruzelskiego:
Pan Prezes Rady Ministrów PRL
Generał Armii Wojciech Jaruzelski
Warszawa

 Wydarzenia ostatnich dni, wiadomości o zabitych i rannych Rodaków w związku ze stanem wojennym wprowadzonym od 13 XII nakazują mi zwrócić się do Pana Generała z usilną prośbą i zarazem gorącym wezwaniem o zaprzestanie działań, które przynoszą ze sobą rozlew krwi polskiej.  W ciągu ostatnich zwłaszcza dwustu stuleci Naród Polski doznał wielu krzywd, rozlano też wiele polskiej krwi, dążąc do rozciągnięcia władzy nad naszą Ojczyzną. W tej perspektywie dziejowej nie można dalej rozlewać polskiej krwi; nie może ta krew obciążać sumień i plamić rąk Rodaków. Zwracam się więc do Pana generale, z usilną prośbą i zarazem gorącym wezwaniem, ażeby sprawy związane z odnową społeczeństwa, które od sierpnia 1980r. Były załatwiane na drodze pokojowego dialogu, wróciły na tę sam drogę. Nawet jeżeli jest ona trudna, nie jest to niemożliwe. Domaga się tego dobro całego narodu. Domaga się również opinia całego świata, wszystkich społeczeństw, które słusznie wiążą sprawę pokoju z poszanowaniem praw człowieka i praw narodu. Ogólnoludzkie pragnienie pokoju przemawia za tym, ażeby nie był kontynuowany stan wojenny w Polsce. Kościół jest rzecznikiem tego pragnienia. Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, które od tylu pokoleń łączyły wszystkich synów i córki naszego narodu przy opłatku wigilijnym. Trzeba uczynić wszystk, ażeby tegorocznych Świąt Rodacy nie musieli spędzać pod groźbą śmierci i represji. Zwracam się do Pańskiego sumienia, Generale, do sumień wszystkich tych ludzi, od których zależy w tej chwili decyzja.

Watykan 18 XII 81r                                           
JAN PAWEŁ II

P.S. Ten sam apel przekazuję równocześnie na ręce Pana Lecha Wałęsy przewodniczącego „Solidarności“, a także na ręce Prymasa Polski Księdza Arcybiskupa Józefa Glempa dla całego Episkopatu Polski oraz Kardynała Franciszka Macharskiego Metropolity Krakowskiego. O niniejszej interwencji powiadomię równocześnie Przedstawicieli Rządów.(305)

***
 /Źródło: Archiwum Państwowe w Łodzi. 1/110/ karta:57/                                                                                                         
[Stempel:] URZĄD MIASTA ŁODZI
Wydział do Spraw Wyznań                [Stempel:] POUFNE 
Łódź, ul. Piotrkowska 104 tel.646-60
98-928 Łódź        

Kalendarium spotkań władz administracyjnych z łódzką  kurią biskupią
w dniach 13.XII – 18.XII.1981r.

W dniu 18.XII. o godz. 10,15 udałem się do Kurii, gdzie kanclerzowi przedstawiłem stanowisko Wojskowego Komitetu Obrony w Łodzi. WKO prosi o bardziej aktywne kroki ze strony kurii i administracji parafii katedralnej w sprawie zaprowadzenia ładu i porządku w rejonie katedry i wewnątrz. Jedynym zapalnym punktem w mieście jest właśnie ten rejon. Jeżeli nie zapanuje tam ład i porządek będą musieli się fnąć [sięgnąć] do bardziej drastycznych środków. Władzom chodzi o bezpieczeństwo łódzkiej katedry i niewykorzystywanie jej do organizowania się tam grup wyrostków, które zakłócają spokój w tym rejonie. Ponadto zwróciłem uwagę, aby w nadchodzącą niedzielę siły nam nieprzyjazne nie wykorzystywały kościołów do organizowania aktów wrogich obecnemu stanowi. Prosimy o działanie, mające na celu utrzymanie ładu i spokoju w mieście.
Przedstawione sprawy zostały przyjęte ze zrozumieniem.

[Stempel:] DYREKTOR WYDZIAŁU
mgr Aleksander Wilkanowski
[podpis nieczytelny]


[…]

***
19 grudnia szykujemy pierwszą porcję paczek. To dar z Holandii: ciasto z rodzynkami, na te pierwsze, beznadziejnie smutne święta. Nasi więźniowie odnajdują się w Sieradzu i Łęczycy, zaś kobiety w Olszynce Grochowskiej. Ojciec próbuje dotrzeć do więzień, my do rodzin, co nie jest łatwe wobec milczących telefonów i niedołężnej komunikacji miejskiej. Ale jak wojna – to wojna. Grube, solidne buty – to szczególny fason tych pierwszych zimowych miesięcy.(306)

/Źródło: Archiwum Państwowe w Łodzi. 1/110/ karta:58/       
[Stempel:] URZĄD MIASTA ŁODZI
Wydział do Spraw Wyznań                       Stempel: POUFNE  
Łódź, ul. Piotrkowska 104 tel.646-60
98-928 Łódź

Kalendarium spotkań władz administracyjnych
z łódzką kurią biskupią w dniach 13.XII – 18.XII.1981r.    

W dniu 19.XII.br o godz.10,00 udałem się do kurii celem doręczenia talonów na benzynę. W kurii spotkałem się z bpem ordynariuszem i kanclerzem – którzy podziękowali władzom miasta za paliwo a ponadto proszono o wydanie specjalnych przepustek dla księży którzy udawali się w tym dniu do parafii w innych województwach celem zamiany listu pasterskiego Glempa i wycofania komunikatu Rady Głównej Episkopatu z dnia 15.XII. List pasterski jest bardziej spokojny niż komunikat. W tej sprawie przyż[rz]ekłem pomoc. Po konsultacji z płk. Garbacikiem, wydałem przepustki dla księży, po które zgłosił się kanclerz kurii o godz. 13,00. W rozmowie z kanclerzem przekazałem ponadto wiadomość, iż poruszanie się po terenie łódzkiego województwa miejskiego, przed godziną milicyjną, nie wymaga zezwoleń. Ponadto stwierdziłem, iż myślimy na temat odbycia pasterki. Poinformujemy w tej sprawie kurię w najbliższym czasie.

[Stempel:] DYREKTOR WYDZIAŁU
mgr Aleksander Wilkanowski
[podpis nieczytelny] 

***
Ministerstwo Łączności uruchamia telefoniczne aparaty wrzutowe do połączeń z Pogotowiem Ratunkowym, Strażą Pożarną, MO; od 31 XII aparaty te będą także łączyć z innymi służbami specjalnymi.

                                                28 grudzień 1981r.

/Źródło: AIPN Ld_ 00_82_65 t.3/ karta:112/     
Źródło :  tw „Wacław“                               Łódź, dnia 28 grudnia 1981r.
Przyjął : ppłk Cz.Chojak                                                                   
Miejsce: MK „Szarotka“                             TAJNE  SPEC. ZNACZENIA
Dnia 28.12.81 godz.8,45 – 10,15               Egz.nr 1

I N F O R M A C J A
pisana przez tw 

POKORSKI [Romuald] pokazywał odręcznie pisaną ulotkę przez kalkę, którą otrzymał tuż przed święta-mi pod „Centralem“ na Al. Mickiewicza od b.członka zarządu „Solidarności“, którego nazwiska nie zna. Ulotka była podpisana „Komitet Biernego Oporu Polaków“ i zawierała kilka zaleceń ujętych w punktach: „jak nie ma milicji w zakładzie – nie pracuj“, „jak jest milicja – pracuj lub udawaj, że pracujesz“, „staraj się unieruchamiać maszyny wg własnego pomysłu“, „nie wyłaniajcie żadnego kierownictwa“. Sam POKORSKI nie ma przekonania, czy jest to właściwa metoda, uważa, że należy jeszcze odczekać, jak się ułoży sytuacja w kraju.
STOJA [-Owsiany Andrzej] był u ks. MIECZNIKOWSKIEGO, który prowadzi listę osób zatrzymanych w Łodzi, miał na niej ponad 80 nazwisk. Zbiera także informacje na temat zajść na terenie zakładów pracy i uczelni w Łodzi, uważa, że to wszystko musi być zadokumentowane, póki pozostaje świeżo w pamięci.
MIECZNIKOWSKI mówił, że był wezwany na Lutomierską, gdzie SB zabroniło mu wygłaszania kazań. Nie komentował tego. Prosił OSTOJĘ, aby „każdy rozsądny człowiek“ starał się powstrzymywać młodzież akademicką przed zawiązywaniem konspiracji – z rozmów z młodzieżą odnosi bowiem wrażenie, że palą się do czynnej walki z władzami i mogą narobić głupstw.
„WACŁAW“

Zadanie:
   Przeprowadzić rozmowę z Karolem GŁOGOWSKIM nt. jego odczuć w sprawie aktualnej sytuacji w kraju.                                                                               – 2 –
karta:112/verte 
Koniecznie spotkać się z Gustawem GRABOWSKIM i Tadeuszem CHUDZIKIEM co do ich zamiarów w sprawie tzw. roboty konspiracyjnej na bazie „Solidarności“.
„WACŁAW“

Uwagi i wnioski
Jezuita ks. MIECZNIKOWSKI faktycznie był wzywany na rozmowę przez tut. Wydział IV, tym niemniej powyższą informację o tym, że interesuje się on internowanymi przekazać do Wydziału IV.
POKORSKI jest członkiem „Solidarności“ w „Ekorno“ i przechodzi w zainteresowanie tut. Wydz.V, do którego przekazać na piśmie niniejszą informację.
Informację wykorzystać do meldunku sytuacyjnego, a oryginał przesłać Dep.[artamentowi] III.

PPŁK MGR CZ.CHOJAK
[podpis nieczytelny]

***
Źródło: Archiwum Państwowe w Łodzi. 1/110/ karta:58/                                                                                                           
[Stempel:]URZĄD MIASTA ŁODZI
Wydział do Spraw Wyznań                   Stempel: POUFNE  
Łódź, ul.Piotrkowska 104 tel.646-60
98-928 Łódź         

Notatka      
Z rozmowy przeprowadzonej przez władze miasta Łodzi z łódzką kurią biskupią w dniu 30.XII.1981r.

W rozmowach uczestniczyli: ze strony władz miasta – płk. Kazimierz Garbacik – Komisarz Wojskowy na województwo miejskie, Józef Niewiadomski – Prezydent Miasta Łodzi, Bronisław Moczkowski – Komendant Wojewódzki MO, Aleksander Wilkanowski – dyrektor Wydziału do Spraw Wyznań.
Kurię biskupią reprezentowali: ks.bp. Józef Rozwadowski – Ordynariusz diecezji łódzkiej, ks.Bp. Władysław  Ziółek, ks. Andrzej Dąbrowski – kanclerz kurii.
Prezydent Miasta zapoznał zebranych z sytuacją spełeczno-polityczną miasta i województwa. Sytuacja jest ustabilizowana, panuje ład i porządek, zakłady pracy i instytucje pracują normalnie. Władze czynią olbrzymie wysiłki w poprawie zaopatrzenia ludności. Na wszystkie artykuły reglamentowane mamy pełne pokrycie, powoli rosną zapasy. Święta przebiegły bardzo spokojnie i stoły nie były tak suto zastawione jak w latach ubiegłych, ale lepiej niż wcześniej prognozowano. Prezydent zwrócił się do bpa Ordynariusza z podziękowaniem [za to], iż dużo zrobiono ze strony duchowieństwa łódzkiego, aby w województwie zapanował ład  i porządek. Zaapelował o dalsze współdziałanie w tym kierunku. Ks.bp. Józef Rozwadowski-Ordynariusz łódzki przedstawił problemy, które należałoby podnieść w tym gronie. Poinformował, iż ks. kardynał [Franciszek]Macharski spotkał się z Ministrem Spraw Wewnętrznych p. Kiszczakiem i tam omówiono wiele problemów, szczególnie dotyczy to osób internowanych, posług religijnych dla nich i stwierdził ponadto iż napisał list do p.płk Kazimierza Garbacika – w którym przedstawił wiele problemów dotyczących osób internowanych                                                                                                                                                         Verte! 
  – 2 –
i innych wiążących się ze stanem wojennym, ponadto podziękował za pozytywne załatwienie kilku spraw dotyczących osób internowanych, które są już na wolności, podniósł sprawę posług religijnych w łódzkich zakładach karnych oraz przedstawił listę osób internowanych, których w miarę możliwości można by skrócić czas internowania, są to p. Barbara[Małgorzata] Bartyzel – brzemienna, Benedykt Czuma – ojciec dwojga dzieci /jednorocznego i siedmiotygodniowego/, Iwona Szorzyńska – osoba chora na raka. Po przedstawieniu tych problemów wywiązała się wymiana poglądów. Komendant Wojewódzki MO Bronisław Moczkowski stwierdził iż wszystkie rodziny są poinformowane, gdzie znajdują się osoby internowane, w święta dopuszczono paczki i odbyły się wizyty. Część internowanych została zwolniona i zachowuje się lojalnie, ale niektórzy zachowują sie niewłaściwie. Jest prośba, aby można tym ludziom przypomnieć na co się narażają takim zachowaniem. Ponadto wspomniał także o warunkach życia osób internowanych – tutaj ks.bp. stwierdził że informowali się o nich i że są dobre. Posługi religijne osoby internowane mają zapewnione, prośba jest taka, aby czynił to miejscowy proboszcz – Łęczyca. Pułkownik Moczkowski stwierdził, iż niektórzy księża pragną stworzyć przy tej okazji ruch społeczny, dotyczy to szczególnie O. Miecznikowskiego. Rozumiemy charytatywną misję Kościoła, ale nie trzeba się uciekać do takiego działania. Ks.bp. Ordynariusz stwierdził iż w Łodzi nie będzie działał żaden komitet pomocy internowanych, ale Kościół będzie spełniał tą misję, bo taka jest rola kościoła.[…]. Ks.Bp. Ordynariusz podziękował władzom za zniesienie godziny milicyjnej w noc wigilijną jak i za wypuszczenie niektórych internowanych w święta a także za umożliwienie kontaktów z internowanymi w święta.

Karta:60
To bardzo przyczyniło się do uspokojenia, rozładowania napiętej atmosfery. Ponadto poruszono sprawę przepustek dla biskupów po terenie diecezji, kwestię paliwa a także ostatnie zarządzenie w kwestii zezwoleń na pogrzeby. W tej ostatniej sprawie zobowiązano dyrektora Wydziału do Spraw Wyznań do wyjaśnienia i poinformowania Kurii. Rozmowę zakończono złożeniem życzeń noworocznych. Trwała ona około 55′ w atmosferze wzajemnego zrozumienia.

[Stempel:] DYREKTOR WYDZIAŁU
mgr Aleksander Wilkanowski
[podpis nieczytelny] 


***
/Źródło: AIPN Ld 0040_287.pdf. Karta 20/
Przyjął: Gałecki                                      Łódź dn.2.01.1982r
Data 14.01.1982r godz.16:00 -18:00            Tajne spec. znaczenia
Miejsce: sam.osob.[samochód osobowy]     Egz. nr 1

Informacja operacyjna           
opracowana na podstawie słów źródła.

W trakcie spotkania uzyskałem następujące informacje.  ps.”Michał”, był zatrudniony jako kierowca w ZR NSZZ “Solidarność”.
Została zorganizowana pomoc dla rodzin osób internowanych, Pomoc tą organizuje ojciec Miecznikowski z kościoła akademickiego na ul. Sienkiewicza. Pomocą tą zajmuje się również kobieta reżyser, która jest w dobrych kontaktach z o. Miecznikowskim (tw nie zna imienia ani nazwiska tej osoby). W skład tej grupy która organizuje pomoc wchodzą prawdopodobnie studenci wnioskuje na podstawie wizyty jaką miał w ubiegłym tygodniu w domu. Mianowicie przyszły do niego 2 kobiety z którymi początkowo rozmawiała żona zapytując, czy mąż jest internowany, gdyż one są od ks. Miecznikowskiego i organizują pomoc dla rodzin osób internowanych. Żona odpowiedziała, że mąż jest w domu. Wówczas wyszedł i pokazał się, były to kobiety lat około 19-20, które nie podały swoich nazwisk (stąd wniosek, że są to prawdopodobnie studentki). Kobiety te następnie wyszły. Żona powiedziała mu, żeby udał się do ks. Miecznikowskiego, gdyż może dostanie jakieś odżywki dla dziecka (ma 1 miesięczne dziecko). Tw udał się do ks. Miecznikowskiego, przypadkowo
– 2 –
karta.21
na ulicy spotkał Lipskiego ( nie zna imienia, zna tylko nazwisko, prawdopodobnie członek zarządu NSZZ Solidarność, bliższych danych o nim nie wie), który również udawał się do Miecznikowskiego. Z zachowania Lipskiego  wysnuł wniosek, że znają się oni bardzo dobrze, gdyż już na miejscu rozmawiali Lipski i Miecznikowski razem w osobnym pomieszczeniu. Następnie po otrzymaniu paczki  udał się do domu. Jeśli chodzi o Janusza Kenica, określany jest on pseudonimem “Stary”. Nie wie, gdzie on się znajduje, prawdopodobnie ukrywają go księża i zachodzi również przypuszczenie, że ks. Miecznikowski może posiadać kontakty ze “Starym”, są to tylko przypuszczenia,  dowodów na ten temat nie posiada. Natomiast na|pewno kontakt ze “Starym” miała Szczecińska (pracowała u Skórzewskiego), potem w dziale finansowym. Świadczy o tym następujący fakt, w dniu, w dniu 15 lub 16.12.1981r ( nie pamięta dokładnej daty), był w kurii biskupiej u księdza kanclerza (nazwiska i imię  nie zna), w spra-wie podjęcia ewentualnie pracy. W tym czasie przebywały również Szczecińska oraz Szcześlewicz, przyszły one w sprawie paczki dla żony Palki, którą to paczkę otrzymały. W trakcie rozmowy między kobietami zasłyszał, że Szczecińska powiedziała mu, że ma konatkt ze “Starym”. Czy posiada do chwili obecnej kontakt, trudno odpowiedzieć na to pytanie. W trakcie powzięcia tej rozmowy, były tylko wymienione kobiety i  […].
– 5 –
karta.24
W trakcie rozmowy tych osób usłyszał, że z Dłużniewskim ma kontakt ktoś ze Służby Zdrowia, jest to kobieta (bliższych danych na ten temat brak). Ponadto jej zdaniem, Dłużniewski chyba tworzy odrębną grupę, gdyż w dotychczasowych kontaktach o których była mowa wyżej, nikt na jego temat się nie wypowiada.[…]
Odnośnie dnia 13.12.81r (niedzieli)  powiedział, że przyszedł do pracy na godz.6:00, jednak nie wszedł do ZR, gdyż był obstawiony przez MO. Później wraz z Kornatowskim (prac.ZR) [pracownik Zarządu Regionu], jeździli Fiatem 125p. po Łodzi (Kornatowski miał kilka adresów) i sprawdzał, kto jest zatrzymany przez MO. Około godz.14:00 przyjechali do ZR zdał kluczyki samochodu i dokumenty Kornatowskiemu, ale ponieważ nie posiadał on prawa jazdy, za kierownicą usiadł [Michał]Borowicz. Razem w trójkę wyjechali Fiatem 125p do miasta. Na ulicy Promińskiego  wysiadł i udał się do domu, a pozostali dwaj odjechali, kierując się do centrum miasta. Tw nie wie, gdzie zamierzali jechać.[…]. Informacje uzyskane od ps.”Michał”, posiada wartość operacyjną, wymaga jednak rozszerzenia i potwierdzenia. W trakcie spotkania stanowczo wymagałem, aby informację napisał sam. Twierdził, że będzie udzielał informacji tylko ustnie, gdyż obawia się dekonspiracji, a w tym przypadku będzie spalony, co w dalszym   życiu uważa za klęskę. Już teraz wśród byłych pracowników daje się zauważyć dużą nieufność w stosunku do siebie, przykładem może być Burski.          
Wyk. 2 egz.                        ”
egz. nr 1 teczka pracy       
egz. nr 2 Sekcja III                                                                                                                                                     

St.insp.Wydz.III “A”
ppor. T.Gałecki
[podpis nieczytelny]

***
W związku z zajściami w ZK Łowicz, oraz “fermentem” wśród więźniów, który jak się obawiano mógł doprowadzić do buntu, Naczelnik więzienia pozwolił o. Stefanowi Miecznikowskiemu na widzenie, tylko z Markiem Niesiołowskim i Jackiem Bartyzelem.

***
O.Miecznikowski jak zwykle nas zaskakiwał. Była wielka powódź zatorowa w okolicach Płocka [na przełomie grudnia i stycznia 1982r]. Ojciec zorganizował pomoc dla dzieci rolników. Zostały zakwaterowane w domu Sióstr Służebniczek, w budynku na terenie klasztoru i Kościoła o.o. Jezuitów.

Dzieci były przywiezione autokarem. Było ich ok.20 [dziewczynki i chłopcy]. W wieku:- 1 klasa, 2 klasa, 3 klasa. Przebywały 2 tygodnie. Siostry oddały dwie swoje sypialnie. I one jeździły z dziećmi do Arturówka i Łagiewnik na konie. Byłam odpowiedzialna za organizację ich pobytu, a s.Beatka opiekowała się dziećmi. Ludzie przynosili dla nich kołdry, ręczniki, poduszki, a nawet 20 złotowe datki od biednych kobiet. Był mały Michał, który tęsknił za mamą. Podczas rozmowy telefonicznej z mamą płakał, ale na jej pytanie, czy płacze, odpowiadał:- Ja nie płaczę, ja nie płaczę…(307)

***
Wznowienie nadawania audycji przez Łódzką Rozgłośnie Polskiego Radia.
W początkach stycznia władze zaproponowały internowanym wyjazd na Zachód; z naszych późniejszych statystyk wynikło, że aż 25% działaczy „Solidarności“ zaakceptowało takie wyjście.[…]. Do 25 stycznia praca w Ośrodku trwała bez wytchnienia, od godziny 9:00 do 19:00, w soboty – do 15:00.(308)

   1 luty 1982r.

/Źródło: AIPN Ld_ 00_82_65 t.3/ karta:125/
Źródło :  tw „Wacław“          Łódź, dnia 1 lutego 1982r.
Przyjął : ppłk Cz.Chojak                                                                 
Miejsce: MK „Szarotka“          TAJNE  SPEC. ZNACZENIA  
Dnia 1.02.82 godz.8,45 – 10,15        Egz.nr 1

I N F O R M A C J A
pisana przez tw  

Grupa literatów, która w swoim czasie odłączyła się od łódzkiego oddziału ZLP planuje napisanie protestu do Sejmu. Osnową tego protestu ma być wystąpienie Przymanowskiego [Janusza], oraz brak ustosunkowania się Sejmu do regulacji prawno-ustrojowych po zniesieniu stanu wojennego. W grupie, o ile mi wiadomo, nie ma W.[iesława]JAŻDŻEWSKIEGO, do którego  nie mają pełnego zaufania. Nie ustaliłem jeszcze kto zgłosił akces, ale główną rolę odgrywają ZAWILSKI, OSTOJA i WILCZKOWSKI. Spotkali się już dwukrotnie, po raz pierwszy 27 lub 28 stycznia w kawiarni „Balaton“, powtórnie u OSTOI 31.01. Na to drugie spotkanie, w którym uczestniczyło 6 osób: OSTOJA, ZAWILSKI, WILCZKOWSKI, oraz jeszcze 2-ch z grona tych odłączonych literatów zaprosili A.[ndrzeja] MAZURA, który wszedł do ścisłej grupy redakcyjnej. MAZUR wyraził przypuszczenie, że uda mu się oddziałać na złagodzenie tekstu, żeby nie był zbyt agresywny. Po zredagowaniu tekst ma być przedstawiony do podpisania 20 – 30 ludziom, literatom i naukowcom.
Organizatorom zależy na tym, aby sygnatariuszami byli także profesorowie ze wszystkich głównych uczelni łódzkich: Uniwersytetu, Politechniki, Akademii Medycznej. Omawiano kandydatury z Uniwersytetu: JÓZEFIAK, MUJZEL, CABAN, LUTYŃSKI, SKWARCZYŃSKI, DEJNA, KASZYŃSKI. Pismo ma być złożone w kancelarii Sejmu a oryginalna kopia – u ks. MIECZNIKOWSKIEGO od Jezuitów. Grupa redakcyjna prawdopodobnie w składzie: ZAWILSKI, WILCZKOWSKI, MAZUR ma się spotkać 1.02.br. prawdopodobnie u MAZURA.                           

  „WACŁAW“  

– 2 –
karta:125/verte
[…]. Uwagi i wnioski
  Przedłożyć uzyskany poprzez „Wacława“ projekt protestu do Sejmu Wydziałowi Śledczemu w celu jego oceny prawnej z ewentualnym rozważeniem możliwości wszczęcia postępowania wyjaśniającego, o ile w tej formie dokument ten można uznać za społecznie szkodliwy.[….].

– 3 –
karta:126
  Z jednej strony doprowadzić do wycofania się tych osób z zamierzonej prowokacji, z drugiej zaś udostępnić nam w jakiś sposób material procesowy o ile będziemy zamierzali nadać temu ten charakter.  
[…]. 
PPŁK MGR CZ.CHOJAK

 U w a g a:
           W dniu 3.02.br. o godz. 9,00 „Wacław“ przekazał mi kopię projektu listu do Sejmu o którym mowa w niniejszej informacji. List ten opracowywali: literat ZAWISLKI[ZAWILSKI], socjolog Andrzej MAZUR – od którego „Wacław“ to uzyskał oraz literat WILCZKOWSKI. Dokument musi być zwrócony w dniu dzisiejszym „Wacławowi“, dlatego została z niego zrobiona kserokopia, jeden egzemplarz, której [ry] przekazany zostanie wraz z informacją płkowi[pułkownikowi] KOWALSKIEMU, drugi zaś egz. prześlemy do oceny prawnej tut. Wydziałowi Śledczemu.  
[brak podpisu]

***   
Wznowienie emisji programu przez Regionalny Ośrodek Telewizyjny w Łodzi.

2 luty 1982r.
O. Stefan Miecznikowski, przekazuje ks. Antoniemu Głowie, na rzecz Ośrodka Pomocy dla Potrzebujących Pracy, przy Kościele Najświętszego Zbawiciela w Łodzi: 100 000 zł.
W lutym ceny żywności podniesiono o 250%. Np. mleko zdrożało z 2,90 zł do 10 zł.

8 luty 1982r.

O. Miecznikowski otrzymuje zakaz wstępu do Zakładów Karnych w Łodzi, a 9 lutego 1982r do ZK Łowicz. Przy Przewodniczącym Rady Narodowej był Wydział d/s Wyznań.
To określenie „Wyznanowiec“, dotyczy tego źródła. Ogólnopolskim „szefem“ był Kazimierz Kąkol. Ten Wydział, musiał być powiadamiany np. przy zmianie księdza czy proboszcza. Ojciec nie chodził do „Wyznaniowca“ w ogóle. Oficjalne pisma w jego sprawie przychodziły do Biskupa i Prowincjała.  W każdym przypadku takie pisma zostały Ojcu dane do odczytania. Ale jak widać, nie dali się zastraszyć.(309)

8 marzec 1982r.

O. Stefan Miecznikowski, przekazuje ks. Antoniemu Głowie, na rzecz Ośrodka Pomocy dla Potrzebujących Pracy przy Kościele Najświętszego Zbawiciela w Łodzi: – 50 000 zł.

 

***
/Źródło: AIPN Ld.0040/686, k. 5-6, rkps. /
Źródło : Tw ps. „Romek“          Łódź, 13 III 82r.
Wpłynęło dnia 12 III 1982
Przyjął : mjr Cz[esław] Pędzieszczak         Tajne spec.znacz
Miejsce: Łódź (samochód)                       Egz.pojed.  

Informacja operacyjna
spisana ze słów ww. źródła inf[ormacji]

    W dniu szóstego marca br. Obyw. Ozimek oraz obyw. [Andrzej]Trautman złożyli wizytę ks. Miecznikowskiemu. Podziękowani za pomoc jakiej Kościół udziela internowanym i ich rodzinom. W trakcie spotkania ks. Miecznikowski przedstawił stanowisko kleru w kwestii zaistniaystępującyh [zaistniałych] wydarzeń w kraju. Stanowisko to nie odbiega od oficjalnego stanowiska prymasa Glempa. Z wypowiedzi Miecznikowskiego wynikało, że w obecnej sytuacji nie można reprezentować innego poglądu jak tylko zorientowanego na porozumienie. Jest to jedyna realna droga. Tak jedna, jak też druga strona (miał tu na uwadze z jednej strony władzę, a zdrugiej „Solidarność“) musi iść na daleko idący kompromis, bez którego nie może być mowy o porozumieniu. Wg ks. Miecznikowskiego, kompromis ze strony „Solidarności“ ma polegać na zaaprobowaniu zasad ustrojowych PRL, wyrażeniu cichej zgody na odsunięcie od działalności związkowej  osób spod znaku KPN i KOR, natomiast władze winny zgodzić się na reaktywowanie związku „Solidarność“, zagwarantować samorządność i niezależność tego ruchu związkowego. Ozimek dzieląc się wrażeniami ze spotkania powiedział, że działania Kościoła są ukierunkowane na utrzymanie, a nawet dalsze podbudowanie pozycji w kraju zdobytej po sierpniu 1980r. Konsekwentnie, a zarazem bardzo chytrze realizuje swoje zamierzenia. W okresie stanu wojennego Kościół zdobywa zwolenników poprzez kierowanie akcją pomocy dla internowanych i ich rodzin. Kuria biskupia posiada wykazy wszystkich internowanych i ich rodzin, śląc na ich adresy paczki stanowiące dary z państw kapitalistycznych.
TW stwierdził, że jego rodzina otrzymała cztery paczki żywnościowe (o znacznej wartości) w czasie, kiedy on był internowany.
Ks. Miecznikowski od dłuższego już czasu wykazuje dużą aktywność w kontaktach z internowanymi, służąc jako źródło przekazywania inf[ormacji] na styku z ich rodzinami (i nie tylko).
TW po wyjściu z internowania dwukrotnie już spotkał się z obyw[atelem] Sierockim (kolega z dawnej pracy w ZR [NSZZ „Solidarność“ Ziemi Łódzkiej]. Pierwsze spotkanie miało miejsce na drugi dzień po przyjeździe do domu, kiedy to w towarzystwie swoich żon oraz małżeństwa Trautmanów spotkali się w restauracji „Malinowa“ [w Łodzi]. Z uwagi na obecność żon spotkanie miało charakter typowo towarzyski. W czasie drugiego spotkania z Sierockim również ograniczyli się tylko do tematów natury czysto koleżeńskiej, prywatnej i nie poruszano żadnych spraw związkowych, czy typowo charakteru politycznego.
W oparciu o stopień posiadanego rozpoznania TW stwierdził, iż na ternie Łodzi nie ma do chwili obecnej centrum kierowniczego tzw. Podziemia. Dzieje się to niewątpliwie za sprawą izolacji osób o poglądach radykalnych oraz trzeźwej oceny sytuacji w kraju przez działaczy związkowych zainteresowanych normalizacją i spokojem wewnętrznym. Próby jakichkolwiek działań (mających głównie postać wrogiej propagandy pisanej) TW nazwał „harcerską zabawą“.
Uwagi. Było to pierwsze spotkanie z TW po jego wyjściu z internowania. Na spotkaniu, które odbyło się w samochodzie na terenie Łodzi TW stawił się punktualnie. Zachowywał się spokojnie, bez żadnych oporów wewnętrznych relacjonował przebieg spotkań i rozmów jakie przeprowadził na przestrzeni ostatnich dni. Na wstępie rozmowy podziękował za akt dobrej woli z naszej strony oraz przeprosił, iż nie wykonał „pracy domowej“. Powyższe uzasadnił brakiem czasu (spotkania rodzinne) oraz chęcią wykazania w tej pracy nie tylko swojego stanowiska, ale stanowiska innych działaczy związkowych.
Wprawdzie w dalszej części rozmowy TW przedstawił pokrótce swój punkt widzenia na rozwiązanie kwestii związkowej, ale z uwagi na fakt, iż zobowiązał się dostarczyć na następne spotkanie taki dokument – celowo odstąpiono od wykazania go w niniejszej informacji.[…].

Wyk[onano].egz[zemplarz] pojedynczy      
Opr.Cz.P.                       
mjr Cz[esław] Pędzieszczak

***
/Źródło: AIPN BU_0_40_608_277/ karta:26/                                                                                                           
[Stempel:] KOMENDA WOJEWÓDZKA       Łódź, dnia 16. 03.1982
MILICJI OBYWATELSKIEJ w Łodzi  
T A J N E       09 l.dz. 212049/82     Egz. nr.1

NACZELNIK WYDZIAŁU V DEP.IV
MINISTERSTWA SPRAW WEWNĘTRZNYCH
w  W a r s z a w i e

W toku prowadzonych przez Wydział IV, działań operacyjnych w stosunku do figuranta sprawy operacyjnego rozpracowania krypt. „Niepoprawny“ – o. Stefana Miecznikowskiego, ustalono następujące fakty charakteryzujące prowadzoną przez wymienionego działalność: Z chwilą ogłoszenia stanu wojennego w kraju o. Miecznikowski podjął aktywne działania zmierzające do nawiązania kontaktu z wszystkimi znanymi działaczami NSZZ „Solidarność“ i innych ugrupowań opozycyjnych, którzy pozo-stali na wolności. W wysiłkach tych wydatnie pomagali mu aktywiści katoliccy skupieni od lat przy ośrodu duszpasterskim przowadzonym przez OO. Jezuitów. W dniu 16 grudnia o. Miecznikowski wystąpił z inicjatywą zorganizowania szerokiej akcji pomocy internowanym i ich rodzinom. Osobiście nadzorował rozdział środków dla znanych działaczy Solidarności – Kropiwnickiego, Palki, Niesiołowskiego, Czumy i innych. W momencie, gdy akcja niesienia pomocy internowanym i ich rodzinom przybrała szersze formy i stała się akcją firmowaną przez Episkopat, o. Miecznikowski w porozumieniu i za aprobatą Ordynariusza bp. J.[ózefa] Rozwadowskiego, zainspirował utworzenie Diecezjalnego Ośrodka Pomocy dla Represjonowanych przy parafii Najświętszego Zbawiciela w Łodzi. Ośrodek ten jest formalnie kierowany przez świeckiego księdza (sic!) A.[ntoniego] Głowę, jednakże dysponentem środków finansowych i paczek „delikatesowych“ jest o.Miecznikowski. /Fakt ten[?] jest inwigilowany w ramach sprawy operacyjnego sprawdzenia krypt. „Budka Suflera“ prowadzonej przez Sekcję I tut. Wydziału/.
– 2 –
karta:27 
W ramach prowadzonej przez figuranta działalności „charytatywnej“ składa on częste wizyty w zakładach karnych i ośrodkach dla internowanych. Posiadamy sprawdzone i potwierdzone informacje operacyjne że figurant pełni rolę łącznika między internowanymi, a działaczami łódzkiego podziemia. Ponadto ustalono, że otrzymuje on kontakty z konspiracyjnymi wydawnictwami „Solidarność Walcząca“ i „Solidarność z Gdańskiem“.  Prowadzone rozpoznanie pozwala stwierdzić, że figurant nie afirmuje swoich związków z ugrupowaniami konspiracyjnymi, w swym postępowaniu przyjął taktykę nie włączania się bezpośredniego w ich działalność, tłumacząc to stanem duchownym i niebezpieczeństwem przyniesienia szkody aktualnej polityce Kościoła w Polsce. Takie stanowisko nie przeszkadza jednak o. Miecznikowskiemu w pełnieniu funkcji inspirujących i koordynujących, podejmowanych przez działaczy opozycyjnych inicjatyw w walce politycznej. Aktualnie figurant, mimo naszych przeciwskazań, uzyskał możliwość pełnienia posług dusz-pasterskich w ośrodku dla Internowanych w Łowiczu. W dniach 12,13 i 14 bm. o. Miecznikowski prowadził rekolekcje w wymienionym zakładzie karnym.
Prowadzone przez tut. Wydział IV działania operacyjne w stosunku do figuranta sprawy operacyjnego krypt. „Niepoprawny“ o. S. Miecznikowskiego, będą zmierzać w następujących kierunkach:
1. Wnikliwe i wszechstronne rozpoznanie operacyjne nowych zamierzeń i inicjatyw figuranta, w kontekście  jego powiązań z ugrupowaniami konspiracyjnymi.
2. Na bazie posiadanego rozpoznania prowadznie działań zmierzających do zneutralizowania i przeciw-działania wrogiej działalności prowadzonej przez figuranta.
3. Sukcesywne dokumentowanie dla celów procesowych wszelkich faktów wrogiej, politycznej działalności figuranta.
4. Prowadzenie działań dezintegracyjnych w stosunku do figuranta w oparciu o prowadzoną przez niego pomoc charytatywną.
5. Systematyczne, efektywne współdziałanie z Wydziałami: III, V i Śledczym  oraz innymi jednostkami resortu w zakresie utrudniania i ograniczania prowadzonej przez figuranta działalności.
– 3 –
karta:28
Realizacja przedstawionych kierunków prowadzona będzie przy wykorzystaniu wszelkich możliwości operacyjnych, jak i administracyjnych. Podejmowane przedsięwzięcia operacyjne realizowane będą w odniesieniu do 3 płaszczyzn:
1. bezpośredniego działania na figuranta, przy wykorzystaniu osobowych źródeł informacji i innych poza-agenturalnych środków pracy operacyjnej,
2.  działania na aktyw katolicki skupiony wokół figuranta,
3.  działania na młodzież akademicką i szkół średnich skupioną w ośrodku DA oo. Jezuitów.
Informacje dotyczące rezultatów prowadzonych działań operacyjnych, jak i charakterystyki działalności figuranta przesyłane będą do Wydz. V Dep.IV sukcesywnie. Bieżące dane omawiające postawę i zachowanie się o. Miecznikowskiego przesyłane są do Wydziału IV Dep.IV w formie meldunków operacyjnych systemu „ESEZO“.

ppłk mgr M.KIERAS
[pieczątka i podpis nieczytelny]

1 kwiecień 1982r.

Od II-go kwartału 1982, kartki na zeszyty.

6 kwiecień 1982r.

[Pieczęć:] z godłem
Komenda Wojewódzka          Łódź, dnia ..6.. kwietnia 1982r.
Milicji Obywatelskiej
w Łodzi                                   Tajne spec[jalnego] znaczenia
L.dz. …J-0045/82 …                 Egz. nr 2

Dyrektor Biura Śledczego
Ministerstwa Spraw Wewnętrznych
w Warszawie

W odpowiedzi na pismo I z[astęp]cy ministra spraw wewnętrznych z dnia 26 marca 1982r. L.dz. J-00267/ IV/82 uprzejmie informuję:
  1. W dniu 5 kwietnia br. dokonałem osobistej lustracji Ośrodka Odosobnienia w Łowiczu, w którym osadzeni są internowani z województwa miejskiego łódzkiego. Na podstawie przeprowadzonych rozmów z kierownictwem ośrodka, internowanymi oraz w oparciu o własne spostrzeżenia stwierdzam:
   a. Warunki socjalno-bytowe zorganizowane dla internowanych nie budzą większych zastrzeżeń. Przebywają oni w pomieszczeniach wieloosobowych, zorganizowanych w sposób umożliwiający godziwe    warunki. Zgodnie z obowiązującym regulaminem odbywają przewidziane prawem spacery trwające do 1 godziny, a także spacery dodatkowe zorganizowane w godzinach popołudniowych. Umożliwiono im korzystanie z gier zespołowych, tak świetlicowych, jak i odbywających się na wolnym powietrzu. Mają prawo do bezpośredniego odbioru programu radiowego i telewizyjnego. Ten ostatni udostępniany jest internowanym w godzinach 16.00-22.00.
Wg relacji kierownictwa ośrodka, internowani bardzo chętnie oglądają programy telewizyjne, negatywnie komentując wiadomości dziennika telewizyjnego. Szczególnym bojkotem objęte są programy prezentujące filmy radzieckie. Internowani zachowaniem tym chcą zamanifestować „swój negatywny stosunek do ZSRR”.
  b. Wśród internowanych coraz wyraźniej rysują się różnice poglądów, doprowadzające niejednokrotnie do rozbijania ich wspólności. Niemniej w dalszym ciągu występują wśród nich manifestacje solidarnościowe. Szczególnie widocznie występuje to zjawisko  z 12 na 13 każdego miesiąca, kiedy to podejmowane są zbiorowe śpiewy mające na celu przypominanie daty ogłoszenia stanu wojennego. Akcje te przy-bierają formę szczególnie niebezpieczną, niemniej na okres ten w ośrodku internowanych wprowadzony jest stan ostrego pogotowia i kadrowe zwiększenie obsługi.
   c.  Szczególnie uciążliwe z punktu widzenia ośrodka są posługi religijne udzielane przez kapłanów.
Kierownictwo nie ma bowiem wpływu na dobór księży, a także ich ilość. Aktualnie ośrodek obsługuje 5 księży i 3 dojeżdżających z Warszawy. Szczególnie uciążliwa jest działalność ks. Miecznikowskiego – figuranta Wydziału IV tut[ejszej] komendy, który w ostatnim czasie otrzymał uprawnienia obsługi dusz-pasterskiej ośrodka internowanych.
   d.  Widzenia z rodzinami przebiegają bez zakłóceń. Wielokrotnie odnotowujemy pozytywnie spotkania  i rozmowy internowanych z członkami rodzin, które usiłują nakłaniać ich do zaniechania działalności niezgodnej z prawem i podpisywania deklaracji o lojalności.
Niemniej występują także fakty manifestowania przez osoby odwiedzające internowanego ich najbliższe-go, w postaci noszenia na odzieży emblematów z napisami „żona internowanego”, „siostra internowanego”, itp. Manifestacje te występują jednak głównie u tych, których członkowie internowani zostali za działalność w ugrupowaniach antysocjalistycznych.
   e.  Obsługa ośrodka internowanych ocenia swoją pracę jako wyjątkowo trudną, niewdzięczną i nerwową. Internowani są wyjątkowo uciążliwi. Okazują niejednokrotnie swoją wrogość i złośliwość. Szczególnie widoczne było to w miesiącach styczniu i lutym br.
   f.  Pretensje i skargi internowanych dotyczą w pierwszej kolejności wydłużonego biegu korespondencji, a także konieczności podpisywania deklaracji o lojalności. Domagają się także otwarcia pomieszczeń, celem swobodnego poruszania się po ośrodku, bez ingerencji w tym zakresie władz dozorujących.
   g.   Szczególnie nasze zaniepokojenie wywołują sprawy osób chorych. Aktualnie ośrodek nie dysponuje stałą opieką lekarską (brak lekarza etatowego), co niejednokrotnie niekorzystnie wpływa na właściwą opiekę nad osobami chorymi. Wprowadza to również uciążliwości związane z badaniami lekarskimi dokonywanymi najczęściej w ośrodkach lecznictwa cywilnego miasta Łowicza.
Fakty te wykorzystują internowani, domagając się uchylenia decyzji o internowaniu z powodu „braku właściwej opieki lekarskiej”.

     2.  W czasie pobytu w ośrodku przeprowadziłem szereg rozmów z internowanymi.
W stosunku do 6 osób, które złożyły deklaracje o lojalności podjąłem decyzję o uchyleniu internowania. Internowani wywodzą się z różnych środowisk co wyklucza możliwości przeprowadzenia takiej akcji: – część z nich jest zdecydowanie ustosunkowana negatywnie do wszelkich przemian socjalistycznych w Polsce, wręcz oświadczają, że są antykomunistami; – część orientuje się na wyjazdy do krajów kapitalistycznych – głównie do Kanady, Australii, Stanów Zjednoczonych oraz Szwajcarii; – część robi wrażenie ludzi zagubionych, są to przeważnie ludzie z wykształceniem ponadpodstawowym oraz średnim, pracownicy w zakładach na stanowiskach niekierowniczych, których poprzez intensywną pracę uświadamiającą wydaje się można by pozyskać;- narzuca jednak styl zachowań w ośrodku dla internowanych grupa pierwsza, ta o orientacjach antysocjalistycznych, mimo to rozwarstwienia są coraz bardziej widoczne.

      3.   Niżej podaję listę osób szczególnie uciążliwych, nierokujących pozytywnej prognozy, a wymagających dalszej izolacji – celem rozważenia możliwości ich przemieszczenia do innych ośrodków odosobnienia: 
               – Abramowski Grzegorz, s.Felicjana, ur.[…].1946 r. Łódź;
               – Turowski Krzysztof, s.Stefana, ur.[…]. 1948 r. Sochaczew;
              – Hempel Wojciech, s.Kazimierza, ur.[…].1949 r. Łódź;
              – Banach Jerzy, s.Eugeniusza, ur.[…].1952 r. Łódź;
              – Fatyga Janusz, s.Jana, ur.[…]. 1942 r. w Antoninie;
              – Hetman Janusz, s.Wacława, ur.[…].1952 r. w Łodzi;
              – Jeśmian Edward, s.Ludwika, ur.[…].1956 r. w Łodzi;
              – Kwaśniewski vel Figiel Jacek, s.Eugeniusza, ur.[…].1952 r.
              – Mysłek Tomasz, s.Edwarda, ur.[…].1959 r. Częstochowa,
              – Oberle Henryk, s.Andrzeja, ur.[…].1956 r. Łódź;
              – Sułkowski Witold, s. Kazimierza, ur.[…].1943r. Warszawa;
              – Tatarowski Konrad, s.Leonarda, ur.[…].1948r. w Łodzi;
              – Śreniowski Józef, s.Stanisława, ur.[…].1947r. w Łodzi;
              – Niesiołowski Marek, s.Janusza, ur.[…].1945r. w Łodzi;
              – Czuma Benedykt, s.Ignacego, ur.[…].1941r. w Bochni;
              – Sekulski Zbigniew, s.Franciszka, ur.[…].1947r. Sieradz.
Wyk.[onano] 3 egz.[emplarze]
2 egz. Aa         
[brak podpisu]
Opr. AJ/Dr.KD     

***
/Źródło: AIPN Ld Pf 86/14 t.2 karta 100/

 

***
Stamtąd też przenikały krzepiące wieści. Wcześniej w Łowiczu powstało więzienne czasopismo: „Solidarność Internowanych“, zaś rzeczywista solidarność tworzyła krąg jeszcze szerszy, bo wiadomo było, że polityczni dzielą się wszystkim z kryminalistami. (310)                                                                           

***
/Źródło: AIPN Ld_00_40_1254_2 / karta:44/ 
[Pismo odręczne]
Źródło:  TW ps. „Andrzej“             Łódź. dn. 15.04.82.
Przyjął:  J.Bartczak     
Czas.  15.04.  82.              Tajne !
m. poza LK

INFORMACJA OPERACYJNA         
spisana ze słów TW

   W dniu dzisiejszym odbyto spotkanie z TW ps „Andrzej“, który powiedział: W końcu ubiegłego tygodnia widziałem się z matką Małgosi Bartyzel, Fejową. Jest ona przygnębiona faktem przedłużającego się okresu internowania jej córki. Właściwie tym razem już nie mówiła o ciąży córki wierdząc, że z Małgośką sytuacja nie jest jasna, być może poroniła.[…]. Dodała, że ks. Miecznikowskiemu zamknięto drogę do Ośrodka internowania w Gołdapi. Po prostu nie otrzymuje on zezwoleń na odbywanie widzeń, aczkolwiek w dalszym ciągu żywo interesuje się losem internowanych.[…].
– 2 –
karta:44/verte
[…].                 
Za zgodność:
J.Bartczak
[podpis nieczytelny]  

6 maj 1982r.

/Źródło: AIPN BU_0_40_608_277/ karta:29/
Bardzo Pilne.
[Stempel:] SZYFROGRAM WYSYŁANY Nr 21558           Warszawa, dnia  6.5.1982 r.

PRZYJĘTO……………17,50
ZASZYFROWANO…………..            Tajne                            
[podpis nieczytelny].                                                                                             

NACZELNIK WYDZIAŁU IV KWMO w Łodzi
Szyfrogram
    Proszę o pilne rozważenie sprawy internowania księdza zakonnego, zgodnie z przesłanym szyfrogramem Dyrektora Biura Śledczego MSW z dnia 6 maja 1982r. do Komendanta Wojewódzkiego MO, Stefana Miecznikowskiego ur 25.8.1921r. zam. w Łodzi ul. Sienkiewicza 60.
  Kierownictwo Departamentu IV MSW wyraziło pozytywną opinię w sprawie internowania ks. Miecznikowskiego.

Z-ca naczelnika Wydziału V Departamentu IV MSW
ppłk mgr Wacław Głowacki
[podpis nieczytelny]

***
/Źródło: AIPN BU_0_40_608_277/ karta:30/

[Dopisek:] W-w 
[Dopisek:] Notatka
   MIECZNIKOWSKI STEFAN, ur.[…].1921 r., zam. Łódź, ul. Sienkiewicza 60, członek księży jezuitów. Pełniąc funkcję duszpasterza inteligencji, był faktycznym organizatorem członków ugrupowań anty-socjalistycznych do działalności antypaństwowej. Utrzymywał kontakty z eksteremistycznymi działaczami „Solidarności“ w Łodzi inspirując ich do wrogiej działalności.
Po 13 grudnia 1981r. Miecznikowski jako kapelan internowanych przemycał grypsy osób internowanych do pozostających na wolności działaczy „Solidarności“. W czasie wizyt w obozach dla internowanych zachęca ich pensjonariuszy do wytrwania w opozycji wobec reżimu. Spełnia funkcję łącznika w przekazywaniu nielegalnie zbieranych pieniędzy dla internowanych i ich rodzin oraz przekazywania informacji. W wystąpieniach z ambony zachęca do wspólnego działania działaczy KPN i KOR, wygłasza apele do pracowników wymiaru sprawiedliwości, aby nie ulegali naciskom władz i nie wyda-wali wyroków na niewinnie osadzonych w więzieniach.

7 maj 1982r.


/Źródło: AIPN BU_0_40_608_277/ karta:31/
mjr W. L E D E R         
[podpis nieczytelny]
Łódź, dnia 7.V. 1982 r.
T A J N E
Egz. nr  1                  

I N F O R M A C J A                                                             
dot. działalności jezuity o. Miecznikowskiego  

O. Miecznikowski od dawna reprezentuje antysocjalistyczną postawę, czemu dał wyraz działając w ośrodku duszpasterskim jezuitów przy ul. Sienkiewicza 60, skupiającym członków nielegalnej organizacji „Ruch“. Pod koniec lat 70-tych skupił wokół tego środowiska swych dawnych wychowanków należących wówczas do różnych ugrupowań opozycyjnych: KSS KOR, ROPCiO, KPN, Ruch Wolnych Demokratów itp. Utrzymywał osobiste kontakty z B.[enedyktem] Czumą, M.[arkiem] i S.[tefanem] Niesiołowskimi, A.[ndrzejem] Woźnickim, A.[ndrzejem] Ostoją-Owsianym, J.[ózefem] Śreniowskim,    S.[tefanem]Kaczorowskim itd. Sam stwierdził, iż jego działanie pozwoliło mu przygotować aktyw do wypadków sierpniowych“. Charakterystyczne, iż prawie wszyscy uczestnicy spotkań w ośrodku dusz-pasterskim prowadzonym przez o.Miecznikowskiego stali się aktywnymi działaczami NSZZ „Solidarność“. W/w jezuita od momentu powstania niezależnej organizacji związkowej był jej gorącym zwolennikiem widząc w tym ruchu potężną siłę opozycyjną w stosunku do władz partyjnych i państwo-wych. Niejednokrotnie po Sierpniu publicznie wypowiadał swe sądy na ten temat i poddawał krytyce posunięcia rządu.
 Po wprowadzeniu stanu wojennego rozwinął szeroko zakrojoną działalność na rzecz pomocy internowanym, najpierw organizując datki dla zatrzymanych i ich rodzin /prowadził także dokumentację „represjonowanych“/, potem – gdy ordynariusz pracę tę powierzył ks.Głowie – o.Miecznikowski objął funkcję duszpasterza pozostającego w kontakcie z internowanymi, gdyż otrzymał zezwolenie na odwiedzanie osób przebywających w ośrodkach odosobnienia. Dzięki temu spełnia rolę łącznika w przekazywaniu informacji pomiędzy internowanymi a działającymi w konspiracji członkami opozycji i byłymi aktywistami związkowymi przebywającymi na wolności.
Poprzez Strachowskiego, Lipskiego i innych utrzymuje kontakt z Edelmanem / bezpośredni również/, doskonale zna strukturę ogniw tut. opozycji oraz jej aktywistów, a co najważniejsze – dzięki swemu rozeznaniu środowiska wytypował osoby do pracy w podziemnej
– 2 –
karta:31/verte
„Solidarności“ i pełni rolę inspirującą, jeśli chodzi o działanie tej organizacji po wprowadzeniu stanu wojennego. Dysponuje funduszami /pochodzącymi również z kasy kurii i Prymasowskiej Rady Społecznej/ i wspiera finansowo przedstawicieli grup opozycyjnych. Dzieje się to przy aprobacie ordynariusza, z którym o. Miecznikowski ma bezpośredni kontakt. Z kurii także utrzymuje wytyczne co do pewnych kierunków działania, mając wśród władz duchownych wsparcie moralne. Chodzi bowiem o to, by do kierownictwa „Solidarności“ wprowadzić grupy prokatolickie i poprzez nie, mieć wpływ na tę organizację. Prowadzona przez o. Miecznikowskiego działalność jest możliwa z kilku powodów: po pier-wsze zdobyte na gruncie łódzkim doświadczenie w pracy z ludźmi o podobnych poglądach społeczno-politycznych pozwala mu na dotarcie do wszelkiej maści opozycjonistów, zdobycie ich zaufania a nawet kierowania ich postępowaniem. Ma wśród nich ogromny autorytet i dzięki temu zwielokrotnia możliwość swego oddziaływania. Słowem – spełnia funkcję ojca duchowego łódzkiej opozycji. Dysponuje przy tym środkami finansowymi, ma dostęp do paczek zagranicznych otrzymywanych przez Kościół i najwartościowsze przeznacza dla wybranych przez siebie osób, tj. internowanych i działaczy podziemnej „Solidarnoci“, którzy uważają go za ojca opatrzniościowego wspomagającego „potrzebujących“. Wszystko to stara się robić w głębokiej konspiracji, oficjalnie odżegnując się od jakiejkolwiek działalności o charakterze politycznym, chociaż cel jego poczynań nie pozostawia żadnych złudzeń – jest i pozostanie przeciwnikiem „komunistycznej władzy“.
O. Miecznikowski jest przekonany, iż w każdej chwili może się znaleźć na liście interno. Z naszych informacji wynika, że jest na to przygotowany i wierzy /słusznie/, iż przez to stanie się jeszcze bardziej popularny na łódzkim terenie, zaś jego dotychczasową rolę może spełniać kilku innych duchownych, jak chociażby ks.ks. Głowa, Pietrusik czy Baniecki, rozszerzając tym samym automatycznie grono kościelnych „bohaterów“. Zatrzymanie w/w jezuity z pewnością wywołałoby poruszenie wśród duchowieństwa i opozycji, a także wśród szerokich kręgów inteligencji naukowo-twórczej, z którymi o. Miecznikowski utrzymuje kontakt. Należałoby się liczyć z interwencją ordynariusza, listami, petycjami wiernych do władz itp. Ponieważ 13.05.br. rozpoczynają się w katedrze tygodniowe uroczystości związane z wprowadzeniem obrazu MBCz.[Matki Boskiej Częstochowskiej] mające na celu m.in. zintegrowanie społeczności całej diecezji, fakt internowania o. Miecznikowskiego przed tym terminem byłby z pewnością wykorzystany przez kler do przedstawienia Kościoła w roli męczennika, a przede wszystkim byłby impulsem dla „Solidarności“ do działań dyskredytujących władze.
– 3 –
karta:32 
W związku z zaistnieniem takiej sytuacji, iż uroczystości kościelne mogłyby się przekształcić w arenę działań opozycyjnych /do czego czynią przygotowania/ wydaje się wskazane przeprowadzić rozmowę ostrzegawczą z o. Miecznikowskim i nakłonić go do rezygnacji z działań, które mogą szkodzić Kościołowi. Jeśli natomiast izolacja jezuity stanie się nieodzowną potrzebą, konieczne jest podjęcie działań szerszych działań prewencyjnych /przeszukanie pomieszczeń całej placówki jezuitów i mieszkań osób świeckich skupionych wokół o. Miecznikowskiego/, mających na celu dostarczenie niezbitych dowodów prowadzonej przez niego wrogiej działalności politycznej.

ZASTĘPCA NACZELNIKA WYDZIAŁU IV KWMO w Łodzi
mjr W. L E D E R
[podpis nieczytelny]

***
/Źródło: AIPN Ld 0082/65/t.3/ karta:153/
Źródło :  tw ps. „Wacław“             Łódź, 29 maja 1982r
Przyjął : Z.Tabaczkiewicz
Miejsce: ZK w Łowiczu
Data    :  27.V.1982 r.        
TAJNE SPEC.ZNACZENIA
Godz.  : 10,00 – 11,00                   EGZ.NR  ..1..

INFORMACJA  OPERACYJNA
spisana ze słów

    W czasie spotkania, które odbyłem z ps. „WACŁAW“ w ośrodku odosobnienia w Łowiczu w dniu 27.V.br. wym. przekazał następujące informacje:
– przebywa w jednej celi z osobami: SZWEMBERG Konstanty, LECH Jan, BRONIKOWSKI Jerzy, SCHEUR Jerzy, KERN Andrzej, OGIŃSKI Stanisław, MATYSIAK Jacek, CZERWIŃSKI Janusz, WOŹNIAK Włodzimierz, RACHAUS Grzegorz […].
– 2 –
karta:153/verte    
– na pytanie, kto był inspiratorem głodówki w ośrodku, podał: Witolda SUŁKOWSKIEGO, Marka CZEKALSKIEGO, Mirosława MICHALIKA, [Grzegorza]ABRAMOWSKIEGO i MAŁECKIEGO ze Skierniewic.
Idei protestu głodowego przeciwstawił się CZUMA i TERLECKI.
– w pytaniu, czy można mówić o zawiązaniu się tajnej organizacji w ośrodku  informuje, że istnieje kilka układów wzajemnie zwalczających się, dość dokładnie wedle starych podziałów w opozycji. Najsilniejszy jest układ ŚRENIOWSKI – CZEKALSKI – SUŁKOWSKI. Biegun przeciwstawny stanowią CZUMA i ANIOŁCZYK, są jednak mało skuteczni w działaniu. Pracownicy b.MKZ mają najniższą pozycję i najczęściej podejrzewa się ich o współpracę z SB – w jakiej formie wykorzystuje się udostępniony internowanym sprzęt radio-magnetofonowy. W pokojach jest kilka odbiorników radiowych, które systematycznie wykorzystuje się do nasłuchu BBS[C], RWE i Głos Ameryki. Na podstawie tych informacji wykonywane są różne opracowania w formie apeli, oświadczeń, ulotek i biuletynów. Magnetofony wykorzystywane są do nagrywania instrukcji i poleceń, a także treści wszelkiego rodzaju opracowań. Kasety wynosił ks. Wójciak [Kazimierz] z Łowicza, który otrzymuje widzenia nawet 2 razy w ciągu dnia. Oficjalna wersja brzmi, że magnetofony wykorzystywane są do nauki języków obcych. Przykładem jest oświadczenie z dnia 21.V.82r., w którym ocenia się 5-cio miesięczny stan wojny, wskazując na brak możliwości wyjścia z kryzysu. Żąda się petraktacji w oparciu o kompromisowy komunikat ze 183 Konferencji Episkopatu Polski.           
– w ośrodku rozpowszechnia się jako symbole propagandy wizualnej czyste koperty i karty pocztowe z widokami Łowicza, na których odwrotna strona zawiera stemple wykonane sposobem linotypu. Jedna z kart ostemplowana jest wizerunkiem orła w koronie z hasłem: „Witaj jutrzenko swobody“. Internowani Łowicz, 3 maja 1791 – 1982. Inna karta z podobizną Piłsudskiego i napisem w obwodzie – Internowani – 12 maja 1935 – Łowicz 1982. Dwie karty zawierają kontury granic Polski w drucie kolczastym, w środku symbol krzyża z napisem – Solidarność – Caritas – Prymas Polski Józef Glemp  u Internowanych – Łowicz – 1.V.1982.r.  
– 3 –
karta:155
Koperty i karty zawierają stemple z napisami – Gloria victis – Łowicz – Prymas Polski u internowanych 1.V.82 r., odrębnie stempel kwadratowy ze znakiem Polski Walczącej i napisem – Internowanych – ZK – Łowicz 82 r. W ośrodku w dniu 5.V.1982r r. przebywała aktorka Maja KOMOROWSKA, dla upamiętnienia jej pobytu wydano karty pocztowe ze stemplem i napisem – Maja Komorowska – 5.V.82 r. u internowanych w Łowiczu. Z rozpoznania źródła wynika, że karty te są ostemplowywane poza ośrodkiem, a wnosi je ks.[Kazimierz] Wójciak z Łowicza.

ZADANIE
  Poleciłem  by zwrócił szczególną uwagę na osobę RACHAUSA i dążył do ustalenia jego powiązań w ośrodku, pogłębił informacje o jego udziale w tajnym Tymczasowym ZR „Solidarnośći“ w Łodzi. Podałem, że internowany został w maju doc.[Czesław]STRADOWSKI z PŁ, który wg. rozpoznania jest również członkiem TTZR. Istotne są zatem do ustalenia dla  wzajemne ich powiązania, bądź stwierdze-nie faktu, że osoby te znają się przed internowaniem. Niezależnie od powyższego  zwróci uwagę na dalsze negatywne inicjatywy grupy ŚRENIOWSKIEGO.

OMÓWIENIE
 Stwierdził, że ciekawe układy między grupami, a także w samych grupach powinny być nadal rozpozna-walne i wyjaśnione, dlatego uważa, że jego pobyt w ośrodku należy przedłużyć co|najmniej do 1 miesią-ca. W przypadku gdyby zapadła decyzja o jego zwolnieniu należy wcześniej zwolnić inną osobę spośród internowanych, który pozostaje z nim w jednej celi. Wyjaśniłem, że tę okoliczność stworzenia dla  kamuflażu uwzględniliśmy i wcześniej będzie zwolniony p.pod. [prwadopodobnie] mecenas KERN.
Reasumując swój pobyt w ośrodku  wskazał na fakt, że centrum propagandowe sił ekstremalnych „Solidarności“ znajduje się w tej chwili właśnie w ZK w Łowiczu, wspierana środkami technicznymi ze strony kleru. W Łodzi pozostały niedobitki, które nie mogą podjąć szerszej działalności. 

– 4 –  
Zdaniem  należy też przyspieszyć sprawy paszportowe tym wszystkim, ktorzy zamierzają opuścić kraj. Wielu z nich chętnie by to uczyniło, ale są hamowani przez ekstremalną grupę ŚRENIOWSKIEGO.
Innych wniosków i postulatów  nie zgłosił. Na tym spotkanie z  zakończyłem.
 
Dopisek:- W czasie spotkania mjr Tabaczkiewicz przekazał „Wacławowi“ środki wzmacniająco-odżywcze].
MJR  Z.TABACZKIEWICZ
[podpis nieczytelny]

Rozdzielnik:      
1 egz. – teczka pracy
2 egz. – informacja wykorzystana zostanie do meldunku sytuacyjnego.

***
/Źródło: Archiwum Miasta Łodzi/
BISKUP ŁÓDZKI                 Łódź, dn…5 czerwca…1982 r.
L.dz…1111/82                    KOPIA                        
Stempel: ARCHIWUM
ARCHIDIECEZJALNE w ŁODZI                                                    
ul. ks. Ignacego Skorupki 3  
90-458 Łódź
                                                              
Szanowny Pan
Płk Bronisław MOCZKOWSKI
Komendant Wojewódzki MO w Łodzi
ul. Worcella 1.
tel. 637-58-44 wew.249 

Z zadowoleniem przyjąłem wiadomość o pozytywnym ustosunkowaniu się Pana Komendanta do mojego głosu w sprawie internowanych. Dostrzegam w tym, nie tylko osobistą życzliwość Pana Pułkownika dla mnie, ale również uznanie i zrozumienie dla mojej troski o poszczególnych ludzi, a co za tym idzie o całą społeczność diecezjalną. Ośmielam się wyrazić przekonanie, że ujawnione za pośrednictwem środków masowego przekazu dążenia władz państwowych, zmierzające do uwolnienia internowanych, a przede wszystkim urzeczywistnienie tych zamiarów, przyczynić się mogą w znacznym stopniu do rozładowania napięć społecznych. W tej sytuacji pozwalam sobie przedstawić Szanownemu Panu Komendantowi krótką informację, jaką dysponuje tut. Kuria Biskupia, dotycząca niektórych internowanych osób, oraz uprze[j]mie prosić o ich zwolnienie. Wniosek mój uzasadniają m.in. Wyjawione poniżej racje humanitarne i społeczne, jak również usilne prośby członków rodzin, zwracających się do Kurii Biskupiej o interwencję.
     1. Benedykt Czuma, Łódź, ul. Konstytucyjna […] m.[…], lat 41, żonaty, dwoje dzieci 2 lata i 7 mies.[ięcy]. Od dłuższego czasu choruje na […] i wymaga operacji oraz intensywnego leczenia w odpowiednich warunkach; innych niż te, które są w zakładzie karnym w Łowiczu /zakład położony na mokradłach/.
Dnia 6 maja 1982r. KW MO w Łodzi udzieliła przepustki na leczenie na okres od 6 do 26 maja br. – odmówił przyjęcia motywując, że okres ten wystarczy tylko na wykonanie zabiegu szpitalnego; brak czasu na rekowalescencję.
2. Wiktor Niedźwiecki, Łódź, ul. Piotrkowska […], lat 41. Internowany od dnia 5 stycznia 1982r. Od roku 1968 jest pod opieką Szpitalnej Poradni Przeciwastmowej przy Szpitalu im. Barlickiego w Łodzi. Rozpoznanie: astma oskrzelowa. Od 1980r. Nastąpiło znaczne pogorszenie choroby, ataki duszności powtarzają się z większą częstotliwością.[…]. Trzy razy lekarz więzienny interweniował o natychmiastowe zwolnienie internowanego ze względu na stan zdrowia, bezskutecznie.
3. Marek Perliński, Łódź, ul. Gdańska […], lat 27. Jedyny żywiciel rodziny, żona /studentka/ i dziewięciomiesięczne dziecko. Internowany dnia 13 grudnia 1981r. Choruje od 11 roku życia. […] 30 listopada został poddany operacji jelita grubego. Tuż po wyjściu ze szpitala został internowany. W Łowiczu 19 marca br. miał krwotok z żołądka.
4. Czesław Stradowski, Łódź, ul. Sierakowskiego […], lat 39. Internowany dnia 7 maja 1982r., żonaty, bezdzietny. Cierpi na […], /choroba nieuleczalna/ […].
5. Marek Niesiołowski, Łódź, ul. Armii Czerwonej […], lat 36. Internowany 13 grudnia 1981r., kawaler. Od 12 lat cierpi na […]. Obecnie przebywa w szpitalu w Łowiczu.
6. Janina Kończak, Łódź, ul. Marysińska […], lat31. Internowana dnia 8 maja 1982r. do Gołdapi. Matka trojga dzieci, w wieku 6, 8 i 10 lat. Od dnia 18 lutego do 20 marca br. przebywała w szpitalu im. Babińskiego[…] /na co niemały wpływ ma rozłąka z dziećmi i rodziną/.
7. Małgorzata Bartyzel, Łódź, ul. Tatrzańska […], lat 27. Mężatka, bezdzietna. Internowana 13 grudnia 1981r.[…] wyspecjalizowana klinika endokrynologiczna/.
8. Jadwiga Szczęsna, Łódź, ul. Zawiszy […], lat 63. Mężatka, dzieci dorosłe. Bardzo schorowana, wątła osoba, […]. Stan zdrowia wymaga stałego leczenia […]. Internowana dnia 13 grudnia 1981r.
9. Ewa Sułkowska-Bierezin, Łódź, ul. Astronautów[…], lat 46. Mężatka, bezdzietna. Internowana dnia 13 grudnia 1981r.[…].
10. Krystyna Kowalczyk, Łódź, ul. Marysińska […], lat 37. Mężatka, jedno dziecko. Internowana 10 maja br. Jedyna opiekunka 73 letniej matki, chorej na cukrzycę.[…].
11. Ryszard Miezianko, Łódź, ul. Aleksandrowska […], lat 43, żonaty, ojciec dwojga dzieci /14 i 4 lata/. Za zwolnieniem przemawia fakt, iż młodsze dziecko jest poważnie chore, z wrodzoną wadą serca. Leczone jest w Centrum Zdrowia Dziecka. Oczekuje na decyzję w sprawie operacyjnego leczenia […]. Matka sama nie jest w stanie sprostać w pełni wszystkim obowiązkom rodzinnym i domowym.
Mając na uwadze przedstawione względy humanitarne i społeczne, uprzejmie proszę o pozytywne ustosunkowanie się do przedłożonej prośby.

Z wyrazami należnego szacunku,                            
/Bp Józef Rozwadowski/     
[nieczytelny podpis]

Stempel: Archiwum Archidiecezjalne w Łodzi       
zaświadcza zgodność niniejszego odpisu
(kserokopii) z aktem przechowywanym
w zespole …AKDŁ, Stan wojenny.
Korespondencja. Sygn…Biskupa Łódzkiego

2 lipiec 1982r.

/Źródło: AIPN Ld 0082/65/t.3/karta:156/
Źródło : tw ps. „Wacław“         Łódź, 2 lipca 1982r
Przyjął : ppłk Cz.Chojak
Miejsce: MK „Szarotka“
Data     : 2.7.82 godz.9-10,45    

TAJNE SPEC.ZNACZENIA
EGZ.NR  ..1..
[Adnotacja: Zapoznałem dnia 3.VII.1982r
Komendantów Woj.MO płk. Moczkowskiego oraz płk. Cinkowskiego – podpis nieczytelny.
Zapoznałem też N-ka[Naczelnika] Pędzieszczaka – podpis nieczytelny].

INFORMACJA  OPERACYJNA
pisana przez tw oraz ze słów tw 
[…]. Na terenie ośrodka internowanych w Łowiczu jest opinia, że niżej wymienieni są na|pewno współpracownikami Sł.Bezp.[Służby Bezpieczeństwa].
1. SAWICKI – pracownik „Skogaru“, tego nawet podsłuchano i nagrano jego rozmowę werbunkową z funkcjonariuszem SB. Mikrofon wrzucono w przewód wentylacyjny na drucie. Taśmę z nagraniem posiadają najprawdopodobniej TERLECKI bądź ŚRENIOWSKI.
2. PIATECKI Artur – z Zakł. Marchlewskiego.
3. BOROWICZ Maciej z PKS,
4. WALAS Roman z Radomska,
5. MACHAROWSKI Stanisław z Piotrkowa,
6. ŚWINIARSKI Jerzy z woj.Sieradzkiego,
7. SUDAWSKI Adam, nie wiem skąd.
– 2 –
karta:156/verte
Podejrzewają natomiast o współpracę z SB:
1. WIELECHOWSKIEGO
2. Roberta FRYSZA,
3. POLIWKE Harrego,
4. Piotra WIELOGÓRSKIEGO,
5. Andrzeja OWCZARKA  – z Łasku,
6 – 7 Alfreda ŚLIWE i jakiegoś WOJDALA.
Na terenie ośrodka przyszedł gryps od SŁOWIKA [Andrzeja], w którym ten informuje, że dwaj prominenci „Solidarności“ Janusz KENIC, oraz Stefan[Ryszard] BATORY – przebywający aktualnie za granicą, to agenci SB. RACHAUS, członek Regionalnej Komisji Koordynacyjnej „Solidarności“ organizacji, która powstała na terenie ośrodka w Łowiczu, przekazał pilnie za granicę – jak on to nazwał – list gończy za BATORYM, tzn. że przekazał jako pewną informacją[ę], że BATORY jest agentem SB.
Co do KOWALEWSKIEGO, też są takie podejrzenia, ale nie ma na to stu procentowej pewności jak się wyraża RACHAUS, ale podejrzenie na niego duże. Wyprowadza się to z tego, że KOWALEWSKI uczestniczył w rozmowach w Genewie, które były bardzo poufne, a po powrocie z tamtąd SB o wszystkim została poinformowana. Mówiąc o ww. komisji koordynacyjnej, która została zawiązana na terenie ośrodka w Łowiczu, to w skład jej wchodzą następujące osoby:
–  Andrzej TERLECKI – dziennikarz, RACHAUS Grzegorz, Andrzej MAZUR, Wojciech XXXX  WALCZAK, Rafał KASPRZYK, JARMUSZEWSKI z Sieradza, bardzo operatywny i niebezpieczny z dużym autorytetem wśród internowanych, wszyscy liczą się z jego zdaniem, typowy przywódca grupy nieformalnej, – Stefan nazwisko nie znane z Piotrkowa.
RACHAUS posiada kontakty z BUJAKIEM, ale nie znam drogi łączności, przypuszczam, że może to być matka ŚRENIOWSKIEGO. Grupa ta stworzyła pisma: „Jesteśmy“, „Replika“. Współpracują także „Solidarność Ziemi Łódzkiej“. Kieruje tym Andrzej TERLECKI.
   Na terenie ośrodka jest kilka grup bardzo z sobą poróżnionych politycznie, jedyna ich solidarność ma miejsce wtedy, gdy był strajk głodowy.  
– 3 –
karta:157 
Największa grupa ale mało licząca się, podejrzewają ją wszyscy o kontakt z „władzami“ – to prominenci „Solidarności“ Zarządy Regionu: SĘK, WIELECHOWSKI i inni. Druga grupa to CZEKALSKI, ANIOŁCZYK i inni, trzecia grupa ŚRENIOWSKIEGO, na którego patrzą z pewnym politowaniem u niego już przejawia się miscytyzm i ascetyzm. W nienawiści do władzy najbardziej zagorzały. Czwarta to wspomniana wyżej Regionalna Komisja Koordynacyjna. Wszystkie te grupy wzajemnie się zwalczają. Inaczej wygląda sprawa jak się z nimi rozmawia w cztery oczy, nie widać wtedy tego monolitu. Np. CZEKALSKI Marek jest już bardzo załamany, podobnie ANIOŁCZYK, który martwi się bardzo o swoją żonę, że jest jej ciężko. Dla odmiany WIELECHOWSKI jest pełen werwy i ikry, pewny siebie butny, ale też go podejrzewają, że partia chce go w perspektywie ustawić na czele związków zawodowych.
ŚRENIOWSKI regularnie otrzymuje od BUJAKA tygodnik „Solidarność – Mazowsze“ oraz pisemko pt. „Skrót“ – dla internowanych, ma wszystkie numery z jednotygodniowym opóźnieniem. Przypuszczam, że przywozi mu do ośrodka te pisma jego matka i ona musi mieć kontakt bezpośredni lub pośredni z BUJAKIEM. Chcąc rozpoznać bardziej ten nowy twór tzw. Regionalną Komisję Koordynacyjną wskazane byłoby natychmiastowe zwolnienie z internacji Andrzeja TERLECKIEGO, a ci dla odmiany beze|mnie nic nie zrobią. W dalszej kolejności za jakieś 8-10 dni należałoby zwolnić Grzegorza RACHAUSA, który dla odmiany nic nie zrobi bez TERLECKIEGO i tym sposobem można znać ich powiązania z BUJAKIEM i innymi prominentami „Solidarności“. Do działalności konspiracyjnej wykorzystywane są żony internowanych głównie KASPRZYKA, RACHAUSA oraz TERLECKIEGO.
Niedawno jak opuścił ośrodek internowanych w Łowiczu Andrzej MAZUR, który zwierzył mi się, że nazwiska z podejrzanymi o współpracę z SB ma pilnie przekazać którejś z żon ww. prominentów „regionalnej komisji koordynacyjnej“, najprawdopodobnie RACHAUSOWEJ. Nazwiska te ukażą się w jednym z pism
– 4 –
karta:157/verte
podziemnych: „Jesteśmy“ lub „Replika“.[…]. Podaję na oddzielnym rysunku schemat pomieszczeń w ośrodku z zaznaczeniem krzyżykami, które pokoje są regularnie podsłuchiwane. Jeden z nich wskazany na rysunku ma zabezpieczenie elektroniczne i z tego pokoju prowadzi się nagrywania na magnetofon wszelkich rozmów. Jeden z nich także nie posiada żadnego zabezpieczenia, ani nie ma dostępu żeby przykładać do niego ucha. Jeżeli w nim są jakieś rozmowy to wtedy co pięć minut wchodzi do tego pokoju jakiś internowany z żądaniem do przesłuchującego aby zwolnił przesuchiwanego bo potrzebny jest do bridża. Tym sposobem widzą czy przesłuchiwany coś pisze, z twarzy zaś orientują się czy rozmowa jest poufna, a wtedy wszystko wiadomo, że osobę się „przygotowuje“ do określonego celu.

„WACŁAW“

ZADANIE:
Na dzień 3 bm. proszę przygotować dalsze spostrzeżenia z rozmowy swojej ze zwolnionymi z ośrodka w Łowiczu, głównie zaś z Andrzejem MAZUREM. Zainspirować go również, że powinien złożyć wizytę kurtuazyjną ks. MIECZNIKOWSKIEMU i jemu w pierwszej kolejności winien przekazać listę osób podejrzanych o współpracę z SB. Niech zapyta, czy należy przekazywać takie listy innym osobom, głównie żoną[żonom] internowanych, a jeżeli tak, to której? /RACHAUSOWA, TERLECKA czy KASPRZYKOWA/.[…]
  „WACŁAW“ 

Uwagi i wnioski:
 Po uzyskaniu wstępnie zgody Z-cy Komendanta płka[pułkownika] CINKOWSKIEGO na spotkaniu wręczyłem „Wacławowi“ sumę 10.000 zł. jako rekompensatę za pobyt bez|mała dwumiesięczny – dobrowolny w ośrodku internowanych w Łowiczu. Był tym mile wzruszony.  Koncepcja „Wacława“ zwolnienia z internacji Andrzeja TERLECKIEGO jest ze wszechmiar uzasadniona. Omówiłem to z płkiem [pułkownikiem] CINKOWSKIM, który polecił uzgodnić z Wydz.V przygotowanie decyzji o zwolnieniu. W późniejszym czasie należałoby także zwolnić RACHAUSA, ale uprzednio przygotować grunt jego operacyjnego zabezpieczenia, żeby nie miał możliwości uniknięcia naszej kontroli.
Za ŚRENIOWSKĄ – matką Józefa założyć obserwację w wypadku wyjazdu do Łowicza i zrobić jej potem szczegółową rewizję osobistą przez przygotowaną pracownicę SB. Gdyby zaś jechała do   Warszawy prowadzić ją przez Wydz.“B“ albowiem może ona zaprowadzić do BUJAKA. Przekazałem również „Wacławowi“ trzy nazwiska SIUDY, SĘKA i SZCZEŚKIEWICZOWEJ, ażeby dołączył do nazwisk podejrzanych osób o współpracę z SB i przekazał to którejś z żon /RACHAUSOWEJ lub KASPRZY-KOWEJ/ dla opublikowania tego w podziemnej prasie. Wszystkie trzy osoby próbowały z nami rozmawiać ale każdorazowo chciały się od tego wykpić. Chcemy żeby i te osoby były powszechnie znane jako nasze źrodła informacji. Z Naczelnikiem Wydz.Śledzczego oraz kpt.KARKUCIŃSKIM omówiłem zagadnienie pomieszczeń do rozmów osób internowanych. Nie może tak być, aby rozmowy nasze z internowanymi były podsłuchiwane, bądź żeby celowo ktoś przeszkadzał w ich prowadzeniu. Powinny to być pomieszczenie w innym budynku. Kpt.KARKUCIŃSKI ma to omówić z kierownictwem ośrodka. Nazwiska osób podejrzanych o współpracę z nami przekazałem Nacz.Wydz.V PĘDZIESZCZAKOWI oraz Nacz.Wydz.II. Po zorientowaniu się poinformują mnie czy któraś z tych osób rzeczywiście jest na kontakcie. Ze wstępnych danych wynika, że część tych osób na|pewno nigdy nie miała z nami nic wspólnego.[…].
– 5 –
karta:158/verte
Ze wskazanym w informacji RADOWSKI Sekcja IIa prowadzi dialog operacyjny i w zależności od jego stosunku do nas, a jednocześnie od perspektywy zajęcia określonego stanowiska w kraju zachodnim przejmie go Dep.I. Powyższą informację wykorzystać umiejętnie do meldunku sytuacyjnego do Gab. Ministra, do meldunków w prowadzonych sprawach a oryginał informacji z kopią przesłać wice-dyrektorowi Dep.III płkowi [pułkownikowi] M.KOWALSKIEMU.

PPŁK MGR CZ.CHOJAK
[podpis nieczytelny]

9 lipiec 1982r

/Źródło: AIPN Ld 0082/65/t.3/karta:161/
Źródło : tw . „Wacław“         Łódź, 9 lipca 1982r
Przyjął : ppłk Cz.Chojak
Data    : 9.7.82 godz.8,45-10,45   
TAJNE SPEC.ZNACZENIA
Egz.nr  ..1..

I N F O R M A C J A 
Spisana przez 
[…]. Ks.MIECZNIKOWSKI zbiera w rozmowach dane na temat różnych ludzi, bądź z grona internowanych, bądź osób uważanych za działaczy podziemia „Solidarności“. Poinformowany o podejrzeniach dotyczących pewnych osób rzekomo współpracujących z SB, jak np. KENIC, SĘK, SZCZEŚKIEWICZ, WIELECHOWSKI, SIUDA – odpowiedział, że chłopcy są przeczuleni /internowani w Łowiczu/ on już zresztą słyszał niektóre nazwiska i bardzo chce być w takich sprawach systematycznie informowany.[…].
– 3 –
karta:161
[…]. Podobnie w miarę często utrzymywać kontakt z jezuitą ks. MIECZNIKOWSKIM pod pretekstem zasięgania odpowiednich rad dzielenia się spostrzeżeniami innych internowanych itp. Każdorazowo przed pójściem do MIECZNIKOWSKIEGO uzgadniać scenariusz rozmowy z księdzem.

„WACŁAW“

Uwagi i wnioski
W dniu 9 bm. o godz.14,00, Andrzej TERLECKI zostaje zwolniony z ośrodka internowanych w Łowiczu, dlatego „Wacław“ otrzymał takie zadanie, ażeby się nie zdradzić, że wie coś na temat daty jego zwolnienia. Jeśli zadzwoni pod tym pretekstem jak to opisano w zadaniu żona winna mu zakomunikować pobyt w domu męża albo uczyni to sam TERLECKI. Zadanie wejścia głęboko w konspirację z ewentualnością dotarcia do centrali „Solidarności“ uzgodniono z wicedyrektorem Dep. III płkiem [pułkownikiem] KOWALSKIM.
– 4 –
karta:161/verte
[…]. Rozważyć wspólnie z Wydz.IV, czy nie powinniśmy zainspirować poprzez „Wacława“ bądź inne źródła i Wydziału IV Andrzeja MAZURA ażeby przeprowadził ostrą rozmowę z J.DASZKIEWICZEM, który w ośrodku w Łowiczu opowiadał na temat MAZURA, że należy go się wystrzegać.[…]. Poinformować Wydział IV o kontaktach MAZURA z ks.jezuitą MIECZNIKOWSKIM i o tym, że MIECZNIKOWSKI zbiera wszelkie dane dot. kontaktów pewnych osób ze Służbą Bezp.[…]. Niniejszą informację wykorzystać do dziennego meldunku sytuacyjnego oraz do meldunków wprowadzonych sprawach. Oryginał informacji wraz z kopią przesłać wicedyrektorowi Dep.III płkowi [pułkownikowi] M.KOWALSKIEMU.

[Dopisek: Spotkanie odbyło się w tut. Komendzie, dokąd „Wacław“ przychodzi się meldować raz w tygodniu tak jak inni zwolnieni z internowania].

PPŁK MGR CZ.CHOJAK
[podpis nieczytelny]

***       

/Źródło: AIPN Ld 00_82_47 t.3 k.129-130/
Źródło : TW ps. „Boss“       Łódź, 21 lipca 1982r
Przyjął : S[ykstus] Mazurkiewicz
Data    :  23 VII 82 r.            
TAJNE SPEC.ZNACZENIA
Godz.  : 11,00 – 12,30        
EGZ.NR  ..1..
Miejsce: LK „Biegun“

Informacja operacyjna
spisana ze słów TW ps.“Boss“

    W czasie kolejnych planowanych wizyt w kościele ojców jezuitów przy ul. Sienkiewicza nasunęły się „magazynierowi“ następujące spostrzeżenia związane z osobą księdza Miecznikowskiego. Otóż i one: ksiądz Miecznikowski prowadzi wieloraką działalność pozakapłańską. Głównym nurtem, a zarazem swojego rodzaju zasłoną, jest pomoc dla internowanych. Pomoc ta ma charakter rutynowy i jej zasady są powszechnie znane, nie warto więc się nią szczegółowo zajmować. Bardziej interesująca jest ukryta starannie przed postronnymi właściwa praca tego starszego już człowieka, którego umysł pracuje doskonale. Celowo zostały podkreślone walory intelektualne, aby zobrazować choć w części klasę przeciwnika, respekt jaki wzbudza oraz to, o co głównie chodzi, mianowicie długofalowość, zachowanie umiaru w kontaktach.
  A teraz jakie są kierunki działalności księdza Miecznikowskiego? Pierwszy to szeroko pojęte poradnictwo, wymiana poglądów oraz, co chyba najważniejsze, sterowanie myślą ludzką. Odbywa się to wszystko w całym przekroju hierarchii społecznej, poczyniając od łagodnej odmiany lumpenproletariatu, środowisk wierzących robotników, drobnych mieszczuchów, młodzieży szkół średnich i studiującej, inteligencji technicznej, na pracownikach naukowych UŁ kończąc. Dla każdego ma czas, lecz najwięcej poświęca go dla młodzieży i jej opiekunom, na średnim i na wyższym szczeblu nauczania. Ze szczególnym oddaniem zajmuje się jednak młodzieżą akademicką, z racji siedziby na terenie kościoła duszpasterstwa akademickiego zadania ma ułatwione. Młodzież studencka poddawana jest wysokiej klasy obróbce ideologicznej, [a] czynione kroki wskazują na znajomość psychologii i mentalności młodych ludzi. Strawa duchowa podawana jest delikatnie, aby zasiać ziarno, gdy zakiełkuje następuje ciąg dalszy. W pierwszej fazie, nazwijmy to umownie „pracy“, wykorzystuje ksiądz Miecznikowski najlepsze cechy młodego człowieka, nie|zepsute jeszcze przez życie. Oczywiste jest to, że gra na patriotyzmie, wrażliwo-ści na ludzkie nieszczęścia, młodzieńczym romantyźmie itp. Można by długo jeszcze rozwodzić się, przytaczając przykłady używanych dróg i środków. Najistotniejszym wydaje się w tej chwili fakt, że wymienionymi drogami zaszczepiana jest, nazywając rzecz po imieniu, nienawiść i prowadzone szkolenie, na razie wstępne kadr dla opozycji. Forma działań jest zawoalowana tak dobrze, że jej obiekty mogą nie zdawać sobie sprawy z jej istotnych treści. Byłby to drugi rozdział zainteresowań księdza Miecznikowskiego. Ksiądz nie ogranicza się do osobistego kształtowania młodzieży, dzieli się nią z wykładowcami i pracownikami naukowymi, jeśli chodzi o studentów, natomiast młodzież szkół średnich powierzył młodszemu od niego wiekiem i rangą kapłańską księdzu. Kapłan ten stworzył z polecenia księdza Miecznikowskiego grupę młodych ludzi, którzy pełnią rolę gońców, kurierów. „Magazynier“ był świadkiem, gdy grupa trzech młodych ludzi wyposażona w jednakowe torby turystyczne przybyła na teren kościoła, zdawała relację ze swoich działań, a następnie za pośrednictwem młodszego kapłana otrzymała polecenia od księdza Miecznikowskiego, po czym co było wyraźnie widać po ich zachowaniu, wyruszyła w drogę. Udzielanie porad, o których wspomniał „magazynier“, ma konkretne odniesienie do osoby pewnego profesora X, wykładowcy PŁ i miało charakter konsultacji, w pomieszczeniu plebanii, z dala od oczu i uszu obcych, a przeniosło się na dziedziniec kościoła. Wymiana myśli miała miejsce w plebanii, a partnerami byli goście świeccy spoza Łodzi podejmowani obiadem. Ksiądz Miecznikowski określił rozmowę jako interesującą i ważną, zwracając się do „magazyniera“, gdy na chwilę opuścił swoich gości. W uzupełnieniu należy dodać, że „magazynier“ zgodnie z założeniami dostarczył księdzu dwukrotnie leki oraz środki opatrunkowe.

„Boss“

Zadanie: Informację wykozystać w sprawach Sekcji IV oraz powiadomić Sekcję III odnośnie ustaleń NN profesora PŁ, kontaktu ks. Miecznikowskiego. Wykorzystać ją również w meldunku dziennym.                                                                                                                         S[ykstus] Mazurkiewicz

21 sierpień 1982r.

/Źródło: AIPN Ld_ 00_82_65 t.3/ karta:176/
Źródło :  tw „Wacław“            Łódź, dnia 21 sierpnia 1982r.
Przyjął : ppłk Cz.Chojak                                                                  
Miejsce: gab.pryw.tw  
TAJNE  SPEC. ZNACZENIA           
Dnia 21.8.82 godz.8,50 – 11,00  
Egz.nr 1

I N F O R M A C J A
Spisana przez tw 

[…]. SCHEUR [Jerzy] powiedział, że boi się żyć w tym kraju i postanowił na stałe emigrować do Szwecji, żona jego jeszcze nie jest w pełni zdecydowana, ale nie wyklucza takiej decyzji.[…].

„WACŁAW“
– 3 –
karta:177 
[…].  Posiadamy informacje z Wydziału V, że Leszek OWCZAREK przed ujawnieniem się ukrywał się przez całe 7 miesięcy u figurantki tegoż Wydziału Jadwigi SZCZEŚKIEWICZOWEJ, którą cała ekstrema „Solidarności“ podejrzewa o kontakt ze SB.
– 4 –
karta:177/verte 
Nazwisko jej – jako potencjalnej współpracownicy SB – zostało przekazane wraz z innymi nazwiskami ks.jezuicie MIECZNIKOWSKIEMU, na polecenie wydane mi osobiście przez płka CINKOWSKIEGO w połowie lipca br. Dlatego też nie stało nic na przeszkodzie, aby do tego nazwiska dołączyć również  Leszka OWCZARKA, gdyż tym sposobem chcemy go odciąć od wpływu na młodzież studencką, albowiem ma on w dalszym ciągu podejrzane kontakty z grupami ekstremalnymi na terenie Łodzi i kraju. Informacja zostanie wykorzystana do meldunku dziennego a także do meldunków w|prowadzonych sprawach. Oryginał z kopią przesłany zostanie płkowi KOWALSKIEMU wicedyrektorowi Dep.III MSW. […]. 

PPŁK MGR CZ.CHOJAK
[podpis nieczytelny] 

/Źródło: Archiwum Państwowe w Łodzi. 1/110/ karta:16/     
[Stempel:] URZĄD MIASTA ŁODZI                                                      Łódź, dnia 6 września 1982 r.
Wydział do Spraw Wyznań     
ul. Piotrkowska 104  tel.646-86  
90-926 Łódź 
Wz.I.6843/60/82      

Prowincjał
Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej 10     
00-288 W a r s z a w a

Zawiadomienie o wszczęciu postępowania

Wydział do Spraw Wyznań Urzędu Miasta Łodzi zawiadamia zgodnie z art.61 § 4 kodeksu postępowania administracyjnego, że w dniu 6 września 1982 r. zostało wszczęte z urzędu postępowanie w sprawie szkodliwej dla Państwa działalności ks. Stefana Miecznikowskiego – członka Zakonu Towarzystwa Jezusowego w Łodzi.-

Do wiadomości: 
– ks. Stefan Miecznikowski
  Łódź ul. Sienkiewicza 60
– Urząd do Spraw Wyznań- Warszawa  
– Kuria Biskupia Diecezji Łódzkiej     
  Łódź ul. Worcella 1

DYREKTOR  WYDZIAŁU
mgr Aleksander Wilkanowski
[podpis nieczytelny]

23 wrzesień 1982r.

/Źródło: ARCHIWUM AKT NOWYCH/
Ul. Hankiewicza               Łódź, dnia 23 września 1982r.
02-103 Warszawa
[Stempel:] URZĄD MIASTA ŁODZI             
Wydział do Spraw Wyznań   
ul.Piotrkowska 104, tel. 646-66         
90-928  Łódź                                                                                                   
Wz.I.6843/64/82 
[Stempel:] URZĄD DO SPRAW WYZNAŃ   
Wpłynęło dn… 28.IX… 19..82….
Wydz….. Z …………………….
Nr …3798…..  Zał. ………….

Prowincjał
Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej  
ul. Świętojańska 10
00-288    W a r s z a w a

Na podstawie art.7 dekretu z dnia 31 grudnia 1956 r. o organizowaniu i obsadzaniu stanowisk kościelnych /Dz.U. Nr 1 poz.6  1957 r./ i art.104 KPA
Prezydent Miasta Łodzi
zwraca się o wydanie stosownych zarządzeń w sprawie szkodliwej dla Państwa działalności ks. Stefana Miecznikowskiego – członka Zakonu Towarzystwa Jezusowego w Łodzi.

U z a s a d n i e n i e 
Ks.S.Miecznikowski od czasu przybycia na teren m.Łodzi prowadzi szeroką działalność jątrzącą społeczeństwo. Utrzymuje ścisłe kontakty z ludźmi, znanymi ze swych nieprzejednanych postaw, przez których określany jest jako „duchowy przywódca opozycji”. Częstokroć do głoszenia swych postaw wykorzystuje ambonę, która staje się zarzewiem niepokojów. Np. dnia 12 maja 1981r. W czasie mszy, poświęconej rocznicy śmierci J.Piłsudskiego, w sposób tendencyjny i jednoznaczny głosił hasła o wydźwięku antyradzieckim. Na hasłach tych bazowali uczestnicy nielegalnej manifestacji ulicznej, która została zorganizowana po mszy.
Ks.S.Miecznikowski, w swych wystąpieniach publicznych, w fałszywym świetle przedstawia nasze powiązania z krajami obozu socjalistycznego, negując gospodarczą pomoc tych krajów a jednocześnie przyczynia się do siania wrogości i nienawiści. Dnia 13 czerwca br. w czasie kazania głoszonego o godz. 10,00, stwierdził iż położenie nasze /Polski/ jest straszne, mamy takich sąsiadów, którzy tylko wyciągają rękę po cudze. Od szeregu miesięcy dąży się do utworzenia wspólnej platformy porozumienia wszystkich Polaków, którym drogie są losy i przyszłość Polski. Niestety, ks.Miecznikowski wręcz wrogo nastawia do każdej inicjatywy porozumienia, wiernych.
– 2 –
Dnia 2 maja 1982 r. w czasie mszy o godz.10,00 stwierdził: „władze muszą wysłuchać  prawdziwego głosu ludzi pracy, więzionych, internowanych, ukrytych bądź ukrywających się, oni to są prawdziwymi Polakami… Muszą być bezwarunkowo zwolnieni.” Natomiast dnia 28 czerwca o godz.10,00 stwierdził iż: „społeczeństwo polskie nie wierzy kolejnym programom odnowy, nie udzieli zaufania kolejnej zmianie ekipy rządowej – jeżeli nie nastąpią rozmowy z Polakami, prawdziwymi synami narodu tj. z przedstawicielami „Solidarności”.
Dnia 8 sierpnia br. o godz. 10,00 w swoim wystąpieniu fałszywie przedstawił sprawę przyjazdu  Papieża do Polski: „przyjazd Papieża nie dojdzie do skutku z powodu odmowy władz państwowych”. Dążenie ks.Miecznikowskiego do przeinaczania faktów i wywołania w społeczeństwie zamętu, znalazło swe odbicie w wystąpieniu dnia 29 sierpnia br. o godz. 10,00. Przedstawił wówczas użycie sił ZOMO w ośrodku dla internowanych. Stwierdził iż „na internowanych posypał się grad pałek, zrobiono im ścieżkę zdrowia, zmuszono ich do całowania butów itp.”Fakt ten powiązał z kanonizacją Ojca Maksymiliana Kolbego, „który też zginął z rąk oprawców”. Porównał wówczas ideologię faszystowską do socjalizmu. Przykładem, wręcz nawołującym do walk bratobójczych, było wystąpienie ks.S.Miecznikowskiego, w dniu 5 września 1982r. o godz. 10,00. Nawoływał do „zerwania z biernością, wyzwolenia z jarzma niewoli i przemocy. Naród polski nigdy nie pogodzi się, aby był uciemiężony, będzie walczył o wyzwolenie jak w okresie niewoli, okupacji i obecnie”.
Przedstawione powyżej niektóre przykłady, dają obraz politycznej i antypaństwowej działalności prowadzonej przez ks.S.Miecznikowskiego. Należy zaznaczyć, iż o postawie ks.S.Miecznikowskiego i jego poczynaniach, informowany był przez Prezydenta Miasta Łodzi, podczas spotkań ks.bp. Ordynariusza Diecezji Łódzkiej. Ponadto o działalności ks. S.Miecznikowskiego, Wydział do Spraw Wyznań Urzędu Miasta Łodzi informował kilkakrotnie  Superiora ks. Jana Świsia. Spora część wiernych uczęszczających na mszę do kościoła OO Jezuitów jest niezadowolona z działalności ks. S.Miecznikowskiego, ponieważ wykorzystuje on ambonę do działalności politycznej.   
– 3 –
Działalność ks.Stefana Miecznikowskiego niekorzystnie rzutuje na dialog jaki ukształtował się w Łodzi między łódzką kurią biskupią a władzami miasta. Ponadto przytoczone wyżej fakty wskazują, że wystąpienia księdza mają charakter polityczno-antypaństwowy i w drastyczny sposób wykraczają poza sferę religijną. W razie nieskuteczności wydanych przez Prowincję zarządzeń Prezydent Miasta Łodzi wystąpi o usunięcie ks.Stefana Miecznikowskiego z zajmowanego stanowiska kościelnego.-

Otrzymują:           
– ks.Stefan Miecznikowski                    
– Urząd do Spraw Wyznań                   
– Kuria Biskupia Diecezji Łódzkiej        

[Stempel 1]: Z  u p o w a ż n i e n i a
Prezydenta Miasta Łodzi
[Stempel 2]: DYREKTOR WYDZIAŁU   
mgr Aleksander Wilkanowski  
[podpis nieczytelny]

Sąd Pomorskiego Okręgu Wojskowego w Bydgoszczy na sesji wyjazdowej w Łodzi, po rozpatrzeniu sprawy Tomasza Gaduły – Absolwenta IV Liceum Ogólnokształcącego w Łodzi, uznał za winnym kolportowania ulotek, nawołujących do nielegalnych demonstracji ulicznych na 1. rok pozbawienia wolności, w zawieszeniu na 3 lata i karę 20 tys. złotych + Kurator, na podst.art.48 ust.2, dekretu o stanie wojennym.
/Źródło: „Głos Robotniczy” z 26.IX.1982, Nr 189(11640), str.2./

/Źródło: AIPN Ld_ 00_82_65 t.3/ karta:181/    
Źródło :  tw „Wacław“        Łódź, dnia 28 września 1982r.
Przyjął : ppłk Cz.Chojak                                                                
Miejsce: auto pryw.prac.   
TAJNE  SPEC. ZNACZENIA    
Dnia 28.09.82 godz.9–10          Egz.nr 2

I N F O R M A C J A
Spisana ze słów tw 

  W dniu 28 bm. – najprawdopodobniej w mieszkaniu OSTOI[Andrzeja] – odbędzie się spotkanie kilkuosobowej grupy, zadaniem której ma być przygotowywanie wznowienia działalności przyszłych związków zawodowych, o ile władze dadzą ku temu sygnał, że można będzie działalność związków reaktywować. Grupa ta ma koncepcję opartą o sugestię Episkopatu Polskiego, a konkretnie Prymasa Polski biskupa [Józefa]GLEMPA. Stąd też udział w tym spotkaniu zapowiedział ks.jezuita MIECZNIKOWSKI, a obok niego mają wziąźć[wziąć] w tym udział adw.Tadeusz GRABOWSKI, radca prawny Andrzej OSTOJA, socjolog Andrzej MAZUR, adw.Andrzej KERN oraz dziennikarz Andrzej TERLECKI.
MAZUR sugeruje swój udział w tym spotkaniu, ale nie wie, czy czas mu pozwoli wziąźć[wziąć] w nim udział, tym niemniej będę szczegółowo poinformowany o jego wynikach.
Inicjatorem zaproszenia ks.MIECZNIKOWSKIEGO, był Andrzej TERLECKI.[…].
Rozważa także możliwość dogadania się na powyższy temat z kimś w Pabianicach. Szczegóły tego będę znał po spotkaniu z ks.MIECZNIKOWSKIM.
[…].       

„WACŁAW“
– 2 –
karta:181/verte

[…]. Uwagi i wnioski 
Grupa inicjatywna do spraw reaktywowania związków zawodowych, o której mowa w informacji jest nam znana. Koncepcję jej w znacznym stopniu są zbieżne z ogólnymi tendencjami na temat związków wyrażanymi przez nasze władze. Tym niemniej z uwagi na ich skład personalny, a głównie na osobę jezuity ks. MIECZNIKOWSKIEGO wymaga to wnikliwej naszej kontroli.[…].  Z uwagi na powagę sprawy niniejsza informacja nie może być wykorzystywana do dziennego meldunku ani do meldunków w|prowadzonych sprawach. Informacje niniejszą przesłać wicedyrektorowi Dep.III płkowi[pułkownikowi] M.KOWALSKIEMU.

PPŁK MGR CZ.CHOJAK  
[podpis nieczytelny]

***
Stempel: ARCHIWUM ARCHIDIECEZJI w ŁODZI.           11 listopada 1982r.
ul. ks.Ignacego Skorupki 3. 90-458
Łódź, tel.637-58-44 wew.249.

[…]. 1. Zarządzenie Ministra Sprawiedliwości z dnia 17 września 1981r. stwierdza, że “osoby tymczasowo aresztowane, skazane i umieszczone w ośrodkach przystosowania społecznego w sposób nie zakłócający spokoju i ustalonego porządku mogą wykonywać praktyki religijne i posiadać przedmioty niezbędne do wykonywania tych praktyk”. /§ 1./ Tymczasem zgłaszane były Kurii Biskupiej fakty zabierania obrazków religijnych, np. w areszcie śledczym. Nieliczna część więźniów ma umożliwione uczestniczenie we Mszy św. Zgłaszane są w Kurii informacje, że zgoda na udział we Mszy św. jest uwarunkowana od każdorazowego przedstawienia przez zainteresowanego prośby w tej sprawie. Zdaniem więźniów wiele z tych próśb nie jest uwzględnianych. Nie wszyscy więźniowie są też informowani o Mszy św. Nie umożliwia się księżom kapelanom dotarcia do chorych, leżących w szpitalu więziennym /np. zakład karny przy ul. Kraszewskiego [w Łodzi]/.
       2. Istnieje ogromna trudność, wręcz praktyczna niemożliwość dotarcia księdza Biskupa Ordynariusza, bądź jego delegata do diecezjan przebywających w zakładach karnych. Proszą o to więźniowie i ich rodziny /np. Zakład Karny w Kwidzyniu, Hrubieszowie, Rawiczu, Potulicach/, zgłaszając również przypadki nadużycia władzy przez służbę więzienną, np. pobicia.

III.  1. Ciągle duży niepokój wywołuje brutalne traktowanie ludzi przez milicję, także przy okazji ostatnich wydarzeń. Często ofiarą padają niewinni, przypadkowi przechodnie. W nieludzki sposób traktowani są także oskarżeni o udział w manifestacjach. Często oskarżenia pozbawione są podstaw faktycznych a opierają się jedynie na zeznaniach funkcjonariuszy MO. Oskarżeni ci, nie mają możliwości przedstawienia świadków obrony. Ponadto nie są informowani o przysługującym im prawie odwołania, czy choćby żądania orzeczenia kolegium. Nieludzki jest również rygor płacenia bardzo wysokich kar w ciągu trzech dni.
       2. Z naszego terenu jest ciągle jeszcze 26 osób internowanych, z czego 14 osób przebywa w zakładach odosobnienia od grudnia 1981r. W grupie internowanych jest 4 studentów.
      3. Niezadowolenie budzi funkcjonowanie Terenowych Komisji Odwoławczych w sprawie zwolnień z pracy. Wniesione tam sprawy są prowadzone długo i celowo przewlekane. Brak jest należytego pouczenia o przysługujących prawach np. o terminie odwołania.
     4. Zgłaszane są przypadki przesłuchań młodzieży, przede wszystkim studenckiej, przez pracowników SB na temat działalności kościelnej, np. ośrodków duszpasterstwa akademickiego. Sugerowana jest przesłuchiwanym rzekoma “antypaństwowa” działalność tychże ośrodków. [adnotacja odręczna] – Informacja przekazana przez ks. Bpa Ordynariusza [Józefa Rozwadowskiego] p. Prezydentowi [Józefowi Niewiadomskiemu], Komendantowi MO [płk. Bronisławowi Moczkowskiemu], i dyr. Wydziału d/s Wyznań [Aleksandrowi Wilkanowskiemu]. 

Stempel:
Kanclerz Kurii Ks.dr Andrzej Dąbrowski
[podpis nieczytelny]    

9 grudzień 1982r.

/Źródło: AIPN Ld 0040/626/karta:15/
[spisana odręcznie z teczki „“……… – Kowalski Hubert – student II rok PŁ]
Łódź,dn.09.12.1982
[Dopisek: Jaki ma być cel tej rozmowy.
Proszę mi przedstawiać wnioski na                       Tajne
rozmowy- podpis nieczytelny]                               Egz. poj.

Notatka służbowa  
z rozmowy przeprowadzonej z Hubertem Kowalskim 

Dnia  08.XII.1982r w pomieszczeniu służbowym tut.KWMO /w godz. 14,00-15,45/ przeprowadziłem rozmowę z: KOWALSKIM Hubertem – Piotr […]. Student III roku Polit. Łódzkiej – Wydz. [działu]Mech.[anicznego].[…].
     W/w o terminie rozmowy został powiadomiony wezwaniem.[…].  
Celem powyższej rozmowy było. 
– rozpoznanie osoby i osobowości rozmówcy,
– uzyskanie od wym. informacji xxxxxxx dot.osób związanych ze środowiskiem zakonnym przy parafii NSJ ul. Sienkiewicza 60.
– 3 –
karta:17
[…].Jest ministrantem w tej parafii i należy do duszpasterstwa akademickiego. Stwierdził, że zna osobiście wszystkich księży jezuitów. Natomiast ścisłe kontakty utrzymuje z o.Dzięglewskim i o.Miecznikowskim. Kowalski bywa często zapraszany przez wym. do ich mieszkań prywatnych w domu zakonnym, gdzie najczęściej prowadzą rozmowy na tematy religijne. Rozmówca dodał, że ks.Miecznikowski odwiedza jego dom rodzinny, gdzie traktowany jest jako szczególna osoba.
Matka H.Kowalskiego zna ks.Miecznikowskiego od wielu lat i uważa go za wzorowego księdza /Kowalski na prośbę o.Miecznikowskiego wiele razy udzielał pomocy w zakresie segregowania i przepakowywania darów nadsyłanych do par. oo. Jezuitów. Przy segregowaniu i pakowaniu darów najczęściej zatrudniane były zakonnice i zaufane osoby ks.Miecznikowskiego (nazwisk nie pamięta). Ks.Miecznikowski czasami ubolewał, że chętnych do otrzymania darów jest b.dużo, a do pracy przy ich rozdziale mało. W/g oceny Kowalskiego wynika, że ks.Miecznikowski jest lubiany przez wiernych za bezpośredność. Konsekwencja i bezgraniczne oddanie w sprawach kościoła a szczególnie niesienie pomocy wiernym […].
Następnie nadmienił, że z osób uczestniczących w duszpasterstwie akademickim przypomina sobie
– 4 –
karta:18  
niektóre nazwiska i imiona tj:
1. Olejniczak Dariusz /prawdopodobnie student Politechniki Łódzkiej/
2. Florczak Mirosława /zam. w Śródmieściu/
3. Kapka /dziewczyna lat około 20, zam. w Śródmieściu/
4. Ela  /wysoka blondynka z zawodu farmaceutka/
5. Adam lat 18, wysoki brunet,
[…]. Na temat form pracy i działalności duszpasterstwa akademickiego wym. powiedział, że uczestnicy zajmują się pogłębieniem wiedzy z zakresu religii. A ponadto bywają organizowane obozy letnie lub zimowiska, gdzie uczestnicy zapoznają się z tajemnicami pisma Świętego.[…].
      Dnia 05.XII.82r jak poinformował Kowalski na placu kościelnym /przygotowany punkt sprzedaży/ przy kościele oo Jezuitów rozprowadzano kalendarze na 1983r w cenie 100 zł za sztukę. Na okładce kalendarza umieszczono wizerunek M.B.Cz.[Matki Boskiej Częstochowskiej. Z jakiego źródła pochodziły te kalendarze Kowalski nie wie. Zagadnienie to poruszono z rozmowie w ramach sprawdzenia prawdo-mówności t.w. ps.“Wierzbicki“, który informował, źe w kościele Jezuitów sprzedawano kalendarze na 1983r, które zostały opracowane i wydrukowane sprzętem poligraficznym, który jest w posiadaniu oo Jezuitów. W trakcie rozmowy H.Kowalski poinformował, że o.Miecznikowski informował wiernych, iż w Sądzie
– 5 –
karta:19
Rejonowym w Łodzi, przy Pl.Dąbrowskiego w dniu 11.XII.82r odbędzie się kolejna rozprawa sądowa przeciwko ks.Stefanowi Dzierżkowi, który jest ks.zakonnym w parfii OO Jezuitów w Kaliszu.[…].
Kowalski przypuszcza, że na rozprawę uda się kilkunastu wiernych z parafii OO.Jezuitów w Łodzi bowiem wierni znają ks.Dzierżka, który przez pewien okres czasu był ks.zakonnym tej parafii. Kowalski wyraził się, że sam ma zamiar udać się do Sądu Rejonowego by przysłuchiwać się rozprawie.
Nadmieniłem wym., że jego zamiary są bezcelowe, gdyż na salę rozpraw wejdą osoby posiadające specjalne zezwolenia wydawane przez Sąd.[…]. Następnie poinformowałem Kowalskiego, że zajdzie jeszcze potrzeba kolejnego spotkania z wym. celem wyjaśnienia pewnych spraw dot. jego osoby. W tym celu prosiłem o nr.telefonu do niego celem powiadomienia go o terminie rozmowy. Kowalski odpowiedział, że prosi aby o wszelkich terminach rozmów był powiadamiany wezwaniami urzędowymi.[…].
– 6 –
karta:20
Wnioski
1. H.Kowalski w rozmowach nie przekazuje informacji jakie posiada z racji powiązań ze środowiskiem OO.Jezuitów. Wynika to w [z] jego cech charakteru tj. silnego powiązania psychicznego i emocjonalnego ze środowiskiem kleru zakonnego i określonego nakierunkowania go przez rodzinę /wrogo ustosunkowaną do SB/ co do zachowania się podczas rozmów z funkc. SB.
2. Nie widzę możliwości wykorzyst.wym. w charakterze źródła informacji. Należy jednak prowadzić z wym. rozmowy w celach dyskredytowania jego osoby w środowisku młodz. skupionej przy kościele oo.Jezuitów  i psychicznego oddziaływania na jego osobowość.

Przedsięwzięcia
1.T.w. ps. „Wierzbicki“ zlecić do realizacji następujące zad:
– ustalać kontakty H.Kowalskiego jakie utrzymuje wśród aktywu skupionego przy parafii oo.Jezuitów,
– ustalenie czy H.Kowalski w/wym. środowisko poinformował o rozmowie przeprowadzonej w tut.
– KWMO dnia 08.XII.82r.   
[Dopisek 1: Polecam kontynuowanie dialogu pod innym kątem np.dezinformacja.     
St.insp. Sek.V Wydz.IV
KWMO w Łodzi
Do omówienia.   
por. W.Piątkowski
22.12.82 – podpis nieczytelny]

[Dopisek 2: Opracowanie bez koncepcji koniecznego rozpoznania. Opracować plan powyż. opracowania, z dokumentów nic nie wynika, a my sporo wiemy o tej osobie. Przedstawić do dnia 10.09.br – 21.07.83r
podpis nieczytelny].


___________________________________________

(300).„ARKA”.Pismo Regionu Łódzkiego NSZZ „Solidarność”. Luty-Marzec
(301) A. Dudek, R. Gryz, Komuniści i Kościół w Polsce…, s. 374.
(302) Ibidem.
(303) Henryk Grzywaczewski, działacz Niezależnego Zrzeszenia Studentów, Biuletyn IPN nr 12/2017.
(304) Ibidem.
(305) Peter Raina 1982. s.70.
(306) Kazania stanu wojennego“. Autor: o.Stefan Miecznikowski. Wstęp: Ewa Jażdżewska-Goldstein, str.5
(307) s.Visanna NMP.NP wypowiedź z dn.29.I.2013r.     
(308) „Kazania stanu wojennego“. Autor: o.Stefan Miecznikowski. Wstęp: Ewa Jażdżewska-Goldstein. str.5
(309) Ibidem-B.G-G…2014r.
(310)„Kazania stanu wojennego“. Autor: o.Stefan Miecznikowski. Wstęp: Ewa Jażdżewska-Goldstein, str.5