Rozdział IX.1

WYWIADY O.STEFANA MIECZNIKOWSKIEGO W PRASIE, POLSKIM RADIO i TVP.

„TYGODNIK POWSZECHNY”.
/Katolickie pismo społeczno-kulturalne/.
Kraków. 13 stycznia 1985r./ Nr 2/. Rok XXXIX.                                        
Tytuł: – „DUSZPASTERSTWO ŚRODOWISK TWÓRCZYCH W ŁODZI“

„DŚT przy łódzkim kościele OO.Jezuitów kończy drugi rok swojego istnienia. Zasadniczą formą działalności na „spotkania środowe“, na które najczęściej składają się prelekcje z dyskusją. Cykl pracy dostosowany jest do terminów roku akademickiego. Tak więc w poprzednim semestrze letnim, jak i obecnym zimowym, odbyło się 21 spotkań.
Dominowany w nich tematy z historii XX wieku od bardzo konkretnych, jak: „ Akcja M oddziaływania   Szarych Szeregów na młodzież niezorganizowaną“ Stanisława „Orszy“ Broniewskiego: „Wizja III Rzeczypospolitej w Powstaniu Warszawskim“ Mariana Marka Drozdowskiego czy „Czas spotkania“ Jana Strzeleckiego do rozważań natury ogólnej o „polityce realnej i polityce moralnej“ Jacka Bartyzela. [——-] [Ustawa z dn. 31 VII 81r. O kontroli publikacji i widowisk, art.2, pkt. 1 i 2 (Dz.U. nr 20, poz.99, zm.:1983, Dz.u. nr 44, poz. 204)] i próby syntezy stosunków między Polakami i Niemcami, dokonanej przez Jana Józefa Lipskiego. W tym nurcie zagadnień można również umieścić tematy dnia dzisiejszego“ „Związki zawodowe a kryzys gospodarczy“ Ryszarda Bugaja i informację o „fundacji rolnej“, założonej przez Piotra Dąbrowskiego.
Drugim nurtem tematycznym były problemy współczesnego życia katolickiego: „Aspekty religijne współczesnego doświadczenia“ Krzysztofa Śliwińskiego, „Nasza wspólna troska o Kościół“ redaktorów Bogumiła Lufta i Jacka Ratajczaka, „Obecność polityczna katolików w historii Polski Ludowej“ red. Krzysztofa Kozłowskiego i „Nurt odrodzeniowy w katolicyzmie polskim 20-lecia“, Michała Jagiełły.
Bliskie tym tematom były dwa wieczory związane z szóstą rocznicą wyboru Jana Pawła II. Na jednym  z nich próby podsumowania dotychczasowego pontyfikatu dokonał Marek Skwarnicki, a na drugim swoimi  refleksjami podzielili się redaktorzy Bogumił Luft i Jan Turnau. W tym kręgu tematów mieściły się również dwa spotkania z czytelnikami „Przeglądu Powszechnego“ którego redakcję reprezentowali o.Mirosław Paciuszkiewicz, Nawojka Cieślińska i Wojciech Roszkowski oraz spotkanie red. Jerzego Turowicza w 39-lecie działalności „Tygodnika
owszechnego“.
Od dwu głównych nurtów tematycznych „Spotkań“ swoim unwiersalniejszym charakterem odbiegały nieco rozważania o „wierności zasadom moralnym“ prof. Iji Lazari-Pawłowskiej i próba odpowiedzi na pytanie: „Skąd się wzięła sztuka?“ Jana Józefa Szczepańskiego.
Obok typowych prelekcji pojawiły się również wieczory dostarczające bezpośredniego kontaktu ze sztuką: projekta filmu „Wszystko jest poezją“ (o Edwardzie Stachurze) w reż.Andrzeja Brzozowskiego, połączona ze spotkaniem autorskim oraz spotkanie z Andrzejem Wajdą, [ ——-] Ustawa z dn.31.VII 81 r. „O kontroli publikacji i widowisk art.2, pkt.1 i 8 Dz.U. nr 20, poz.99, zm. 1983, Dz.U. nr 44, poz. 204]
Wzrastająca liczba uczestników spotkań Duszpasterstwa Środowisk Twórczych jest dowodem społecznej potrzeby takiej działalności.       
[Brak nazwiska]


„DZIENNIK ŁÓDZKI”
/09.XI.1990r./ Nr 260/.
Tytuł: – „ Łódź jest mi bliska“   

M.B.: – Od stanu wojennego, jest ojciec najpopularniejszym duszpasterzem w Łodzi, przede wszystkim z racji utworzenia ośrodka pomocy internowanym i aresztowanym, ale istota pracy ojca to przede wszystkim działalność duszpasterska, która nie była tylko reakcją na sytuację zagrożenia.
O.MIECZNIKOWSKI:– Całą moją pracę trzeba wyprowadzić z wychowania w dwudziestoleciu – był to czas zachłyśnięcia się niepodległością i tradycjami powstań. Należałem do dobrej drużyny harcerskiej w Warszawie, pracowałem w Towarzystwie Przyjaciół Weteranów z 1883r, pamiętam gdy ich gościliśmy w swych granatowych mundurach, rogatywkach – to były początki mojego uwrażliwienia i przeżywanie spraw niepodległości i wolności. Jeszcze w początkach okupacji niemieckiej wahałem się, czy nie zaszyć się w konspiracji. Zdecydowało jednak powołanie, walka na odcinku podtrzymania ducha.
M.B.:– Nie wszyscy kapłani, tak wiele uwagi poświęcili kwestiom społecznym, są różne rodzaje kapłaństwa…
O.MIECZNIKOWSKI:– Mojemu powołaniu patronuje św.Andrzej Bobola (brałem udział w uroczystościach kanonizacyjnych). Odnajdywałem się w kapłańskiej służbie wobec społeczeństwa na odcinku duchowym, gdy nastała druga niewola, groźniejsza jeszcze okupacja. Przede wszystkim, naśladowałem postawę prymasa Stefana Wyszyńskiego. On mnie wyświęcił na kapłana, były to pierwsze święcenia, których on udzielał w kościele św.Krzyża w Warszawie w 1950r. Moje święcenia były przyspieszone, ponieważ szykował się dekret o rozpędzeniu jezuitów (podobnie, jak to stało się na Węgrzech). Dzięki mądrej polityce prymasa, do tego nie doszło. Zawsze byłem nastawiony defensywnie w obronie wartości niezastępowalnych, a więc przede wszystkim chrześcijańskich i tych, które się wiążą z ludzką godnością. W tym duchu wychowywał nas o.Stanisław Wawryn (socjolog).
M.B.:– Czy z działalnością charytatywną zetknął się ojciec już wcześniej?
O.MIECZNIKOWSKI:– Jeszcze przed święceniami znalazłem się w św.Lipce, gdzie opiekowałem się dziećmi. Były tam dzieci polskie, mazurskie i innych narodowości, katolickie i protestanckie. W czasie pobytów wakacyjnych w latach 1947,1948 i 1949, zorganizowałem dożywianie i półkolonie dla około 60 dzieci. Pomagali w tych działaniach studenci o.Tomasza Rostworowskiego – również w Łodzi, bardzo znanego – oraz studenci medycyny. Dużo pracowałem z młodzieżą. Jeszcze jako kleryk, pracowałem przez rok w harcerstwie nowosądeckim.
M.B.:– Wśród licznych zajęć z młodzieżą, najbardziej ożywiał ojciec dyskusje i refleksję religijną w środowiskach akademickich.
O.MIECZNIKOWSKI:- Pierwszy raz duszpasterzem akademickim zostałem w Lublinie. Tam również duży akcent kładliśmy na działania charytatywne. Dzięki KUL-owi, mogłem uczestniczyć w obozach akademickich, podczas których pracowaliśmy nad rozwojem duchowym i społecznym. W latach 1967-70 prowadziłem duszpasterstwo akademickie w Łodzi. Ta praca zakończyła się aresztowaniem działaczy „Ruchu”, wśród których byli: Marek i Stefan Niesiołowscy, Benedykt Czuma, Janusz Kenic, którzy brali także czynny udział w pracach duszpasterstwa. Próbowano i mnie wciągnąć w proces „Ruchu”, ale się to nie udało, ponieważ przestrzegaliśmy zasady, że w duszpasterstwie prowadzimy prace nad refleksją religijną. Później byłem w Kaliszu. I tam doczekałem okresu, gdzie trzeba było podjąć się aktywnej obrony. W 1976 roku nie mogłem pozostać obojętny wobec tworzących się komitetów obrony robotników i latających uniwersytetów. Starałem się je wspierać duchowo i organizowaniem pomocy charytatywnej.
M.B.:– Cały czas działał jednak ojciec jako nade wszystko opiekun duchowy.
O.MIECZNIKOWSKI:– Oczywiście, ale religia musi mieć kształt wcielony w rzeczywistość i środowisko. Trzeba wartości religijne tłumaczyć na język potrzeb, zagrożeń osoby.
M.B.:– Wrócił ojciec do Łodzi w 1978r…
O.MIECZNIKOWSKI:– I od razu przystąpiłem do organizowania co miesiąc wykładów w cyklu „Odpowiedzialność chrześcijańska, człowieka za środowisko, jego życie i pracę”. Prowadzili je głównie przedstawiciele KIK-u warszawskiego: Wielowieyski, Mazowiecki, Święcicki, Cywiński, Bartoszewski     i inni. Cieszyły się te spotkania dużym powodzeniem i – jak sądzę – były dobrym przygotowaniem do „Solidarności”. Pierwsze spotkanie dotyczące wydarzeń na Wybrzeżu w 1980r odbyło się też u nas ( byli wtedy W.Kuczyński i A.Wójcicki). Kiedy „Solidarność” zaczęła działać, dałem też możliwość działania „Wszechnicy robotniczej”.
M.B.:– Skąd się wzięła decyzja po wybuchu stanu wojennego, by roztoczyć opiekę nad wszystkimi internowanymi, skazanymi i ich rodzinami?
O.MIECZNIKOWSKI:– Była ona natychmiastowa i wynikała ze społecznej nauki Kościoła. Nadto przypadła nam funkcja informacyjna o losach naszych podopiecznych i zmagania społeczeństwa z wła-dzą. Ważne były osobiste kontakty z więzionymi. Kiedy pojechałem do Gołdapi pierwszy raz przecież pozwolono mi zobaczyć się tylko z tobą…
M.B.:–  Ala jak pamiętam, udało się przynajmniej przywitać ze wszystkimi…
O.MIECZNIKOWSKI:– Tak, w zasadzie nie utrudniano mi później dostępu..,
M.B.:– W 1983 roku, w lutym, zapoczątkował ojciec Duszpasterstwo Środowisk Twórczych i słynne spotkania środowe…
O.MIECZNIKOWSKI:– Zapraszaliśmy ludzi, którzy mieli coś do powiedzenia opinii społecznej. Ta działalność wypadła na wyjątkowe czasy, w których ja, jako osoba duchowna, byłem już chroniony, a że starałem się o wszystkim informować społeczeństwo, dlatego takim żywym echem się ta działalność odbiła.
M.B.: – Słyszeliśmy o planach podróży ojca na Białoruś…
O.MIECZNIKOWSKI:– Interesują mnie sprawy religijne w ZSRR i los Polaków. Byłem tam już w 1978    i w 1979 r, ponieważ ci ludzie byli zagrożeni,
puszczeni. Św.Ignacy chciał, byśmy byli ekipą niesienia pomocy w największych potrzebach zagrożenia dusz. Po zakończeniu pracy w Łodzi, zaistniały warunki do bliższych kontaktów z Białorusią. Ostatnio w Łodzi miało miejsce 3-dniowe sympozjum o przesłankach pojednania z Litwinami, Białorusinami i Ukraińcami. Odpowiada mi idea, na której jest zbudowane porozumienie „Pomost”. Według mnie, najcenniejszy dokument Soboru Watykańskiego II – to ten o najszerzej pojętym ekumenizmie.
M.B.:– Czy nie brakuje ojcu łódzkich współpracowników?
O.MIECZNIKOWSKI:– Dostaję liczną korespondencję i utrzymuję wiele kontaktów. Łódź jest mi bliska, nie dlatego, że jest miastem złym, ale biednym i boję się, że o własnych siłach podźwignąć się nie zdoła.
M.B.:– Czy będzie ojciec chciał jeszcze zaznaczyć swoją obecność w Łodzi?
O.MIECZNIKOWSKI:– Przygotowuję książkę:- „Zarys działalności ośrodka i wybór homilii z 3 lat stanu wojennego”, która być może ukaże się na przełomie roku. Jest to rozprawa o tym, jaką powinna być chrześcijańska wrażliwość na sprawy dziejące się w społeczeństwie i jak ją realizować praktycznie.

Małgorzata Bartyzel


„DZIENNIK ŁÓDZKI”
/24-26.VII.1991r./ Nr 299/.                                                                                                
Tytuł: „…aby byli jedno“

Z.Ch.:– Po trzech latach jest ojciec znów w Łodzi, w mieście, w którym szacunek, sympatia, a nawet legenda wokół ojca postaci jest niezwykle żywa i silna. Księdza nazwisko kojarzy się wielu z pomocną ręką, jaką ojciec wyciągnął do internowanych i ich najbliższych…
O.MIECZNIKOWSKI:– Decyzję o niesieniu pomocy, podjąłem prawie natychmiast po wysłuchaniu przemówienia gen.Jaruzelskiego 13 grudnia 1981r. Wówczas to powiedziałem podczas mszy, że Kościół tak jak zawsze, nie zostawi ludzi w potrzebie, że nieść będzie pomoc. Już w następną niedzielę miałem konkretne plany i o nich zacząłem głośno mówić. Odzew, zarówno łodzian jak i z zagranicy, był wspaniały. Dzięki ofiarności tysięcy ludzi, mogliśmy pomagać tysiącom innych.
Do zatrzymanych i internowanych, po raz pierwszy udało mi się dotrzeć, 6 stycznia – pamiętam to dokładnie – w święto Trzech Króli. Po całym dniu indywidualnych rozmów, naczelnik więzienia zezwolił na odprawienie Mszy świętej. Dzięki temu ludzie, po raz pierwszy zobaczyli z kim dzielą swój więzienny los. Niedługo potem, łodzian przeniesiono do Łowicza, ale i tam udało mi się docierać z posługą kapłańską i duszpasterską. Obecność księdza działa wtedy na internowanych niczym przysłowiowy plaster miodu. Ludziom potrzebna była pomoc, przede wszystkim duchowa, ale również i materialna.
M.B.:– Ośrodek Pomocy Uwięzionym i Internowanym, który ojciec stworzył, pomógł tysiącom ludzi. Ojciec był obecny wszędzie tam, gdzie była krzywda, cierpienie, gdzie brakowało męża, ojca, syna.
O.MIECZNIKOWSKI:– Robiłem to, co wynika z kapłańskiego powołania z istoty Chrystusowej Ewangelii. Inaczej nie można było. Gdy zaczęto wypuszczać ludzi z więzień, trzeba było zorganizować pomoc finansową, próbować dać im pracę, pomagać w dochodzeniu swych spraw, wreszcie leczyć i stwarzać warunki rehabilitacji tak duchowej, jak i fizycznej. Wielu osobom udało się załatwić 2-3 tygodniowe pobyty w górach, by tam razem z rodzinami mogli dojść do równowagi po przeżyciach stanu wojennego. Ogromną pomoc niósł wtedy ks.Głowa z parafii Zbawiciela.
W lutym 1983r stworzyliśmy Duszpasterstwo Środowisk Twórczych. Wokół niego, wokół środowych spotkań połączonych zawsze z prelekcjami i wykładami, skupiła się łódzka inteligencja. Celem było zorganizowanie zdrowej opinii moralnej, swoistej wolnej trybuny wymiany myśli, a także kanału przekazu informacji o faktach, o których nie można było się dowiedzieć z prasy czy telewizji.
M.B.:– Z ostatnich ojca homilii i przemówień przebija ogromna troska o przyszłość ojczyzny, narodu, „Solidarności”. Jak można się domyślać, niepokoją ojca swary i waśnie, podziały, kłótnie.
O.MIECZNIKOWSKI:– Cały styl mojej pracy duszpasterskiej ukierunkowany jest na stworzenie wspólnych dla wszystkich wartości, których trzeba strzec jak najważniejszego depozytu. To co obserwujemy obecnie, można zrozumieć i nie dziwić się temu. Warunek jest jeden – musi być zachowana troska o priorytety, sprawy najważniejsze, istotne dla wszystkich. Tego nie można zaprzepaścić, dzielić, o to nie wolno się sprzeczać, mieć różne spojrzenia, tworzyć orientacje czy partie. Ponad wszystko musi być solidarność międzyludzka, poczucie bycia w jednej wielkiej rodzinie i troszczenia się o nią.
M.B.:–  Co ojciec chciałby przekazać łodzianom na święta Narodzenia Chrystusa?
O.MIECZNIKOWSKI:– Życzenie mam jedno – aby wszyscy przeżyli misterium jedności chrześcijańskiej  i ludzkiej, związanej z Bożym Miłosierdziem, niech wszyscy bez względu na różnice polityczne, będą jedno – w trosce o ojczyznę i naród. Niech pamiętają o tych, którzy cierpią biedę, są pokrzywdzeni i chorzy.
M.B.:–  Kiedy ojciec zawita znów do Łodzi?
O.MIECZNIKOWSKI:– Nieprędko, bowiem obowiązki, ale również serce i troska, kierują mnie na Wschód, do naszych współbraci na Ukrainie, Białorusi, Wileńszczyźnie, a nawet dalej. Jeżdżę tam, by budzić ducha ludzkiej solidarności, otwierać serca na Boga, którego są tak stęsknieni. Jest to jednocześnie czas budzenia się wśród narodów zupełnie innego stosunku do Polski i Polaków. To trzeba wykorzystać. Łodzian chcę zachęcić do przeczytania książki „Kolokwium narodów”, zapisu z sympozjum z 1987 roku, odbytego w Łodzi o przesłankach pojednania z Ukraińcami i Białorusinami. Książka ta pozwoli wiele zrozumieć.  

Zygmunt Chabowski


„ŻYCIE WARSZAWY”
/12-13.VI.1993r./ Nr135/.              
Tytuł: – Widziane w pustelni

Polacy są zawsze przeciwko komuś, nigdy za czymś. Tam gdzie się kogoś atakuje, przyłącza się wielu ochotników. Tam, gdzie chodzi o wsparcie, obronę, nie pojawia się nikt – mówi ojciec Stefan.
Przyjechał do Jastrzębiej Góry cztery lata temu i jeszcze się nie rozpakował. Książki, broszury, biuletyny i ulotki, wszystko, co nagromadziło się w czasie dwunastu łódzkich lat począwszy od późnego Gierka, a skończywszy na wyborczym triumfie „Solidarności“ w 1989 roku, spoczywa sobie spokojnie na kartonowych pudłach. Pudła są szczelnie zamknięte, jak epoka historyczna, z której pochodzi ich zawartość. Parę razy korciło go, żeby zajrzeć do środka, ale się powstrzymał:  tamto należy już do innego świata, niech więc pozostanie czyste i nieskalane.
Reguły gry były wtedy wyraziste i wydawało się to całkiem proste. Trzeba było umieć odróżnić człowieka krzywdzonego od krzywdziciela i opowiedzieć się po właściwej stronie. Dziś wszystko się skomplikowało i na mocne trwanie przy pewnych zasadach, nawet bardzo ogólnych, może sobie pozwolić tylko heros. Kiedy się nie ma zadatków na herosa, najuczciwiej jest wycofać się, usunąć w cień, zająć jakąś cichą i spokojną pracą. Najlepiej wyjechać z dużego ośrodka i osiąść na prowincji, na przykład w Jastrzębiej Górze, która z nadejściem jesieni zamienia się z popularnego wczasowiska w małą rybacką wioskę.
Pustelnia, w której zamieszkał, nie jest właściwie pustelnią, ale sporym ośrodkiem jezuickim. Gdański numer telefonu zapewnia łączność ze światem, jednak sprawy tego świata wydają się tu mało istotne. Jako instruktor tak zwanej trzeciej probacji przygotowuje przyszłych misjonarzy do wyjazdu na Litwę, Białoruś    i do Kazachstanu. Uczy ich, żeby zależało im na Bogu i ludziach, a nie na sobie.
*
Najpierw była wojna i dylemat, czy wciągnąć się do konspiracji, czy pójść za głosem powołania; potem nowicjat w starej Wsi (- wybrałem jezuitów, bo byłem świadkiem sprowadzenia do Polski relikwii świętego Andrzeja Boboli, ta postać silnie oddziaływała na moją wyobraźnię); potem pół tajne, pół jawne studium filozoficzne w Nowym Sączu. Łączone po zwyzwoleniu z pracą z harcerzami (– wychowało mnie harcerstwo i Polska – kształtująca w tamtych latach w młodych ludziach poczucie obywatelskie).
W czterdziestym siódmym przeniesiono go do Starej Wsi, na studia teologiczne, w czterdziestym ósmym do Krakowa, na drugi rok teologii. W pięćdziesiątym otrzymał święcenia kapłańskie z rąk kardynała Wyszyńskiego. Na wakacje jeździł na Mazury, prowadząc akcję dożywiania dzieci autochtonów i osiedleńców. Lata piećdziesiąt cztery – pięćdziesiąt siedem, spędził na KUL-u jako duszpasterz akademicki. W sześćdziesiątym obronił na rzymskim Uniwersytecie Gregoriańskim doktorat z duchowości ignacjańskiej. Potem posłano go do Kalisza. Przez sześć lat prowadził zajęcia z jezuickimi klerkami (- po studiach rzymskich od razu musiałem przetłumaczyć całą teorię na język praktyczny, musiałem bardzo skrupulatnie przygotowywać się do każdego wykładu, bo nie jestem orłem). W sześćdziesiątym siódmym po raz pierwszy trafił do Łodzi.
*
– Miałem skromną pracę – wspomina. – Byłem duszpasterzem akademickim. Początkowo spotykałem się z niewielką liczbą studentów raz na tydzień, bardzo szybko jednak grupa rozrosła się do stu osób i zaczęliśmy spotykać się codziennie. Dyskutowaliśmy o wszystkim, a potem, dla tych, którzy chcieli, odprawiałem mszę. Zaprzyjaźniłem się z nimi.
*
Dla nas, wychowanków duszpasterstwa akademickiego – wspomina jedna z wychowanek ks.Stefana Miecznikowskiego – spotkanie ojca, miało szczególne znaczenie. To była prawdziwa przygoda życiowa. Był dobrym duchem naszej młodości, powiernikiem, towarzyszem letniej włóczęgi. Pod jego okiem odbywaliśmy studia i spędzaliśmy wakacje. On dawał nam śluby, potem chrzcił dzieci. Pod koniec lat 60. powstała w Łodzi konspiracyjna organizacja młodzieżowa „Ruch“. Należeli do niej Stefan Niesiołowski, Andrzej Woźnicki, Janusz Kenic i bracia Czumowie.(- Benedykt Czuma był spokojnego usposobienia, mocny, dosyć wytrwały, ale nie zaczepny. Niesiołowski był zawsze agresywny, zawsze w ataku, nigdy nie pozwolił sobie w dialogu czy słownych utarczkach odebrać prymatu. Zawsze też był mocno zaangażowany politycznie. Dlatego pełnił rolę przywódczą w „Ruchu“. W siedemdziesiątym rozbito grupę, aresztowano jej członków. Stefan [Niesiołowski] bardzo mężnie zachowywał się w śledztwie i w więzieniu. To niepawda, że został wtedy agentem. Miecznikowskiemu groziło aresztowanie. Władze zakonne ukryły go w Kaliszu (- znów byłem w Kaliszu i znów w nowicjacie; zostałem magistrem, a później nawet rektorem; założyłem Klub Inteligencji Katolickiej, który bodajże działa do dzisiaj).
W siedemdziesiątym ośmym wrócił do Łodzi.
*
– Byłem, jak poprzednio, duszpasterzem akademickim, a ponadto duszpasterzem rodzin. Nie myślałem o żadnej szerszej akcji społecznej. Z temperamentu nie jestem społecznikiem, tylko wychowawcą. Staram się być, jak ujął to Ojciec Święty, ekspertem do spraw pojednania, pokoju i miłości. Jednak, jak na jezuitę przystało, dostrzegam aktualne potrzeby i zagrożenia.
– W prowieniencji ruchu solidarnościowego w Łodzi orientowałem się słabo. Miałem jedynie luźny kontakt z Andrzejem Słowikiem i Jurkiem Kropiwnickim. Prowadziłem prelekcje dotyczące sprawy, która w jakimś sensie jest dla katolików fundamentalna: w jaki sposób chrześcijanin powinien wziąć odpowiedzialność za swoje środowisko. Przyjeżdżali do nas na wykłady tacy ludzie jak Władysław Bartoszewski, Bohdan Cywiński. Tadeusz Mazowiecki. Ściągałem zwłaszcza działaczy warszawskiego KIK-u, bo wiedziałem, że reprezentują postawę społecznej otwartości.
– Kiedy powstała „Solidarność“, włączyłem się w ten ruch, bo miał on konkretny kształt społeczny, wypływający właśnie z inspiracji chrześcijańskiej. Zorganizowałem wszechnicę pracowniczą. Wspomina jeden z uczestników Akcji Pomocy Uwięzionym i Internowanym:- W straszną, słoneczną niedzielę 13 grudnia przybiegliśmy do kościoła i tam – z ambony – usłyszeliśmy pierwszy niezależny komentarz do sytuacji. Potem próbowaliśmy ojca namówić, żeby się ukrył. Wydawało nam się, że tylko przez przypadek nie został internowany. Przez chwilę jakby się zawahał, w końcu powiedział: – „Nie, ja nie będę uciekał“. To zamknęło sprawę. Za jezuicką klauzurą, chroniącą nas od świata grozy, dziewczyny kompletowały pierwsze listy zabranych z domu. Nie kończąca się fala ludzi znosiła informacje. Następne dni przynosiły dalsze nazwiska, w drugim tygodniu poczęli się odnajdywać po rozmaitych więzieniach działacze „Solidarności“, trzeci tydzień przyniósł pierwsze grypsy. Nieprzerwanym strumieniem płynęły dary i pieniądze od mieszkańców Łodzi, „Solidarność“ żyła.
– Przychodzili też ludzie i pytali, jak pomóc, co robić. Znaleźli się kierowcy z samochodami do dyspozycji, harcerze chętni do wszelkiej służby, prawnicy gotowi podjąć się obrony oskarżonych, lekarze, nauczyciele, studenci. I tak za klasztorną furtą, która wydawała nam się bastionem nie do zdobycia, narodziła się Akcja Pomocy Uwięzionym i Internowanym.
– Ojciec Stefan stał u jej początków i wspierał ją. W latach stanu wojennego cała Łódź słuchała jego kazań.  Z tramwajów wysypywała się Retkinia i pobliski Widzew, umieszczona w oknie wieżowca esbecka kamera rejestrowała twarze i wydarzenia na kościelnym dziedzińcu. Ojciec robił takie wrażenie, jakby nie znał lęku, kiedyś mi jednak powiedział:- „Wiesz, nie jestem materiałem na bohatera. Myślę, że bałbym się, gdyby mnie nie wspierało tylu ludzi. Oni mnie potrzebują i dodają mi siły“.
Prominentny łódzki działacz postsolidarnościowy o kazaniach Miecznikowskiego:- Zawsze były oparte na jakimś fakcie, na podstawie, którego ojciec formułował tezę. Potem, z nieubłaganą logiką przeprowadzał dowód. Jak w najlepszych wzorach mów antycznych. Dotyczyło to zarówno kazań „zaangażowanych“, jak i politycznie neutralnych.
Inny prominentny działacz o roli Miecznikowskiego: – Był dla Łodzi tym, kim dla Warszawy Popiełuszko, a dla Gdańska, Jankowski.
Jeszcze inny działacz o pozycji Miecznikowskiego w Łodzi:- Całe miasto było jego. Gdyby po którejś ze swoich płomiennych homilii rzucił: – „Teraz, kochani, idziemy na komitet“ – za piętnaście minut nie stałby tam kamień na kamieniu.
*
Miecznikowski bez przerwy coś organizuje, tworzy. W galerii „Nawa świętego Krzysztofa“ wystawiają swe prace nie uznawani przez władze malarze. W 1983 powstaje Duszpasterstwo Środowisk Twórczych: na co środowe spotkania zjeżdżają do Łodzi najwybitniejsi ludzie kultury. W sumie odbędzie się prawie sto „posiedzeń“. Jeździ po więzieniach. Do jednych wpuszczają go, do innych – nie. Po siódmej z kolei próbie dostania się do więzienia w Hrubieszowie ląduje w komisariacie. Urząd do spraw Wyznań wytacza mu sprawę administracyjną za działalność antypaństwową.
*
– Nie pamiętam, kiedy to się zaczęło, ale chyba już w osiemdziesiątym piątym[rokiem]. Na spotkaniu duszpasterskim świata pracy, które prowadził Jurek Kropiwnicki, jeden z członków którejś z podziemnych Komisji Zakładowych powiedział mi, że w Regionie zaczyna funkcjonować konkurencyjny ośrodek władzy solidarnościowej; Zaczął go organizować Kostrzewa, który właśnie wyszedł z więzienia. Nowa struktura nosiła nazwę RKO. Kostrzewa miał ciche poparcie Wałęsy, który w tym czasie powoli odsuwał na bok Słowika i Kropiwnickiego.
Obaj ci działacze byli legalnie wybraną władzą i poszli do więzienia jako szefowie Regionu. Kiedy wyszli – ludzie witali ich entuziastycznie. Uważałem, że do najbliższych wyborów oni powinni stać na czele „Solidarności“. Można było ewentualnie poszerzyć grono Zarządu Regionalnego o tych, którzy w stanie wojennym zasłużyli się i wybili w świadomości społecznej jako energiczni i skuteczni działacze. Sprawy zaszły jednak za daleko. Moi znajomi twierdzili, że za RKO stał Marek Edelman.
– Widziałem, jak narasta konflikt i dostrzegałem jego irracjonalne podłoże. Nie chciałem się mieszać w te typowo polityczne zagrywki, próbowałem zająć stanowisko nadrzędne jako duszpasterz, który nie sprzyja żadnej grupie i orientacji, ale zależy mu na dobru „Solidarności“. Byłem w dość dobrych kontaktach i z jedną i z drugą stroną sporu, bo przedstawiciele obu przychodzili na te same msze i te same spotkania w kościele.
W osiemdziesiątym ósmym przyjechał do Łodzi Wałęsa. Przemawiał do parotysięcznego tłumu. Na pyta-nie o dwuwładzę w łódzkiej „Solidarności“, odpowiedział: – „Macie tu ojca Miecznikowskiego, niech się tym zajmie. Spróbujcie się między sobą porozumieć“. Nie byłem zachwycony tym oficjalnym powierzeniem mi funkcji mediatora, ale zgodziłem się, bo już wcześniej próbowałem doprowadzić do jakiegoś kompromisu. Niczego nie zwojowałem, bo raz jedni, raz drudzy, występowali przeciwko moim usiłowaniom. Oni nie chcieli się nawet razem spotkać! Obserwując łódzki konflikt miałem przedsmak tego, co się będzie działo w Polsce. W „Solidarności“ i w ogóle w społeczeństwie. Nagle zdałem sobie sprawę, że podział rozpocznie się na skutek ambicji i opcji politycznych, zresztą drugorzędnych.
Powie po latach łódzki działacz „katolewicowy“: – Na dobrą sprawę Miecznikowski zawsze sympatyzował ze skrajną prawicą. Jeżeli w stanie wojennym, utrzymywał z nami kontakt, to tylko dlatego, że tak wypadało. Jego ukochanym uczniem był Stefan Niesiołowski.
Powie po latach łódzki działacz „katoprawicowy“:- Na dobrą sprawę Miecznikowski zawsze sympatyzował z lewicą. W stanie wojennym wpadł na pomysł wydawania gazety. Do zespołu wciągnął Iwonę Śledzińską-Katarasińską!
*
– Opuszczałem Łódź w dniu wyborów uzupełniających do parlamentu, 18 czerwca 1989 roku. Do Senatu kandydował wtedy profesor Cezary Józefiak, a jego kontrkandydatem był Płócienniczak z telewizji. Józefiaka znałem bardzo dobrze, miał u nas kilka prelekcji i życzyłem mu powodzenia. W Łodzi cały czas współistniały dwie solidarnościowe struktury i konflikt nie rokował żadnych szans na rozwiązanie. Obu stronom brakowało dojrzałości. Nie chciałem się dalej w to wplątywać. Moja rola, polegająca na pomocy pokrzywdzonym członkom „Solidarności“ była zakończona. Postanowiłem wrócić na odcinek wychowawczy, który zawsze był głównym terenem  moich zaiteresowań i w pewnym sensie kwalifikacji.
–  Czy porzucenie Łodzi było odpowiedzialne?
– Trzeba przede wszystkim określić, za jakie sprawy byłem odpowiedzialny. Otóż czułem się odpowiedzialny za sprawy społeczne i duchowe. To była doraźna misja. W czasie, który nastawał, niewiele bym już mógł w Łodzi zrobić. W dzisiejszych warunkach nie bardzo widzę możliwość oddziaływania na opinię publiczną, a niechciałem wprowadzać w Łodzi dodatkowych niepokojów.
– A więc w pewnym sensie była to ucieczka…
– Ucieczka od problemów, którym bym nie sprostał. Czas zagrożeń minął, minął czas wyraźnego opowiedzenia się po stronie pokrzywdzonych… Dziś trudno powiedzieć, kto jest pokrzywdzony i przez kogo.
– W dalszym ciągu są jacyś pokrzywdzeni, w Łodzi jest sto tysięcy bezrobotnych…
– Gdybym pozostał w Łodzi, na pewno zająłbym się nimi. Boleję na tym, że są w Polsce ludzie bezrobotni, bez wystarczających środków do życia. Nie jest jednak dla mnie oczywiste, że polityka rządu przynosi ogólnospołeczną szkodę, dlatego nie miałbym przekonywującyh racji, żeby bronić bezrobotnych występując przeciwko tym, którzy o takim procencie bezrobocia decydują.
*
Z przemyśleń w pustelni: – Idea „Solidarności“ poszła w strzępy i niewiele  z niej pozostało. Zniszczyli ją ludzie, którzy „Solidarność“ organizowali i odgrywali w niej wiodącą rolę. W jednym z okolicznościowych przemówień powiedziałem, że ta porażka jest wynikiem niesprecyzowania od początku, o jaką „Solidarność“ chodzi: – o solidarność grup czy solidarność ogólnospołeczną. Dla mnie był to ogólnonarodowy ruch powstały z pragnienia, żeby być krajem wolnym, stanowiącym o sobie samym. „Solidarność“ jako związek zawodowy to zawężenie zagadnienia, sprowadzenie idei do partykularnych interesów. To się teraz mści. W tej chwili „Solidarność“ pełni rolę rewindykacyjną, a nieraz wręcz anarchiczną. To dla mnie duży ból, bo jest potrzeba jakiegoś ruchu na rzecz wspólnego dobra. Polacy są zawsze przeciwko komuś, nigdy za czymś. Tam, gdzie się kogoś atakuje, przyłącza się wielu ochotników. Tam, gdzie chodzi o pomoc, wsparcie, obronę, dodanie ducha – nie pojawia się nikt.
*
Od czasu do czasu ks.Miecznikowski odwiedza Łódź. Przyjeżdża odwiedzić znajomych. Był na pogrzebie Ryszarda Kostrzewy. Czasami odprawia mszę. Początkowo o tych odwiedzinach informowano się nawzajem pocztą pantoflową i do kościoła jezuitów przychodziły tłumy. Dziś informuje lokalna telewizja, ale coraz mniej wiernych pragnie spotkać się z legendą stanu wojennego. Przesłania jego kazań są takie same, jak przed dziesięciu laty. On się nie zmienił, więc pewnie zmieniła się Łódź. Może ma rację mówiąc, że jego czas się skończył. Zdarzają się przyjazdy oficjalne. We wrześniu ubiegłego roku Rada Miejska przyznała mu tytuł honorowego obywatela Łodzi. W tym czasie wyszły, wydane przez Zarząd Miasta, jego „Kazania stanu wojennego“. Książkę zadedykował swoim współpracownikom z Ośrodka Pomocy. Na długiej liście figurują nazwiska obecnych posłów, wojewody, lokalnych VIP-ów. Warto wymienić kilka osób:- Waldemara Bohdanowicza, Andrzeja Kerna, Karola Głogowskiego, Marię Dmochowską, Marka Edelmana, Tomasza Filipczaka, Iwonę Śledzińską-Katarasińską… Karty tej książki są prawdopodobnie ostatnim miejscem, w którym wszyscy ci ludzie mogą się dziś razem spotkać.
Mam do pana ogromną prośbę: – Niech w reportażu znajdzie się jakiś akcent pozytywny, niech pan zostawi iskierkę nadziei. 
Wojciech Górecki    


„WĘDROWANIE”
Film dokumentalny dla TVP Łódź.1993r.
Scenariusz i reż.Marek Palczewski zdjęcia -Wiesław Bryszewski/.

Motto Ojca:–  „Wędrowanie ...to pozostawienie jednych rzeczy, które są tylko etapem, aby osiągnąć to, co trwałe”.

  O.Stefan MIECZNIKOWSKI:– Od samego początku wędrowałem. Urodziłem się w Warszawie, mieszkałem w Otrębusach. Chrzczony byłem w Brześciu nad Bugiem, ponieważ tam ojciec mój był wydelegowany do elektrowni i w tej elektrowni pracował jako elektromonter. Widocznie tam było łatwiej urządzić chrzciny, uroczystość rodzinną, stąd to tak przypadkowo, a jak wiemy przypadków nie ma, zostałem ochrzczony w kościele Św.Krzyża. Z czasów dzieciństwa, to przede wszystkim przypominam sobie wizyty u moich dziadków. Byli to ludzie głęboko religijni. Moi dziadkowie mieli aż 14-ro dzieci. Moja mama była jedną z tych 14-ga dzieci.
    Janina FURGAŁ [siostra Ojca]:– On był bardzo podobny do swojej matki, bo ja byłam raczej podobna do ojca. A on był takim cichym i spokojnym chłopcem. Miał grono kolegów, miał grono koleżanek. Lubił się bawić, na potańcówki chodził przecież, jak był młody. Nawet kiedy ja należałam wtedy do „Młodych Polek” tak zwanych i poszliśmy na potańcówkę i ojciec nam pozwolił do godz.10:00 tylko, a myśmy przyszli o 12:00, dlatego że nie mógł mnie wyciągnąć i od ojca dostał taką burę, że coś okropnego. I tłumaczył się, że to ja nie chciałam. No, ale ojciec był zdania, że ona poszła pod twoją opieką i ty powinieneś się opiekować.
  O.Stefan MIECZNIKOWSKI:– Rodzina moja, zwłaszcza ojciec, dużą wagę przywiązywali do postępów w nauce. Ojcu bardzo zależało na tym, abym na świadectwie szkolnym zawsze miał z j.polskiego: bardzo dobrze. Z religii niekoniecznie, chociaż miałem zawsze bardzo dobrze, bo na tematy religijne ojciec nie był tak wymagający, owszem raczej był, jeśli chodzi o sprawy religijne dosyć obojętny, trzeba to powiedzieć. Choć był człowiekiem wierzącym, niewątpliwie. Miał ojciec wielkie pragnienie, żebym był kiedyś inżynierem elektrykiem, oczywiście. O czym pewno sam skrycie marzył.   I jeszcze ten szczegół pamiętam:- że zawsze z wielką czcią i uznaniem wyrażał się o prof.[Mieczysław] Pożaryskim, profesorze politechniki Warszawskiej. I tak sobie jakby w swojej świadomości postanowił, że ja będę inżynierem elektrykiem. Ale niestety, te jego pragnienie się nie ziściło, bo u mnie zupełnie w innym kierunku szły zainteresowania i zamiłowania.
    Janina FURGAŁ:– Nic nie wskazywało na to, że on pójdzie do zakonu, zwłaszcza do Jezuitów. Bo raz, że u  jezuitów wymagali dużej wyprawy. A on nie miał nic, absolutnie nic. A w domu było wielkie zaskoczenie, ja pierwsza mu odradzałam bardzo. Jak już chcesz koniecznie być księdzem, to bądź świeckim księdzem. Jest nas tylko dwoje. Ty pójdziesz do zakonu, i co, ja zostanę sama. No, ale mi powiedział, że jeżeli być księdzem, to tylko zakonnym.
   O.Stefan MIECZNIKOWSKI:– Pan Bóg mi podsunął po prostu myśl, by pójść do Jezuitów. Zwłaszcza, że wtedy byłem pod wrażeniem postaci św.Andrzeja Boboli, po przeczytaniu jego życiorysu, postanowiłem pójść do jezuitów i zapytać się, czy mógłbym być przyjęty? No, i tam mi po pewnym namyśle, dano  listowną wiadomość, że mogę być przyjęty, abym się zgłosił na egzamin i ustalił, gdzie i kiedy będę mógł rozpocząć życie zakonne. To było dla mojego ojca wielką niespodzianką kiedy powiedziałem mu, że idę do Jezuitów. Wiem, że absolutnie nie chciał tego zaaprobować, sprzeciwił się temu i właściwie rozstaliśmy się bez pożegnania.
   Janina FURGAŁ:– Kilkakrotnie pisywał do ojca listy z zakonu, ale ojciec nie odpisywał mu wcale. Powiedział, ja straciłem syna. No, a jednak później, już na starość zrozumiał. Czasem jak tak rozmawiamy i mówię Stefku, czy ty nie żałujesz, że wybrałeś tę drogę, ciężka przecież to jest droga. A on mówi mi:- nigdy nie żałowałem i nie żałuję.
    O.Stefan MIECZNIKOWSKI:– Kiedy zgłosiłem się do Jezuitów, to okazuje się, że Nowicjatu w tym miejscu, gdzie wtedy oficjalnie miał być, już nie było. Trzeba więc było pospieszyć do Starej Wsi, koło Sanoka, koło Brzozowa i tam włączyć się do życia nowicjackiego w Prowincji Południowej. Po skończeniu tej mojej edukacji średniej, zostałem skierowany do Nowego Sącza na studia filozoficzne. Wśród profesorów szczególnie pamiętam o.Marchwickiego, który  miał ukryte kontakty z partyzantką polską i dużo rzeczy wiedział, pomagał również w przechowywaniu rodzin żydowskich, pamiętam też naszego profesora etyki społecznej o.Stanisława Wawryna, który był przed wojną redaktorem „Wiary i Życia”, czasopisma jezuickiego. I właśnie od o.Wawryna, zaczerpnąłem krytycznej oceny systemu socjalistycznego. Czułem obowiązek włączenia się w jakąś pracę wychowawczo-społeczną, wyjechałem z Nowego Sącza i od razu podjąłem pracę społeczną i charytatywną wśród dzieci w Świętej Lipce.
  Jadwiga SOCHONIOWA:– O.Stefana Miecznikowskiego poznałam latem 1947 roku, kiedy jako studentka uczestniczyłam w obozie Caritas Academica z Łodzi. Moje pierwsze spotkanie było chyba od razu pierwszego dnia po przyjeździe, kiedy zobaczyłam grupkę dzieci maszerującą pod przewodnictwem kleryka i śpiewającą „Pod żaglami Zawiszy”. Ponieważ bardzo lubię dzieci zainteresowałam się, co to za dzieci, co się tutaj dzieje i nawiązałam kontakt z o.Stefanem. Dowiedziałam się, że są to dzieci mazurskie, dla których Ojciec zorganizował półkolonie.
    O.Stefan MIECZNIKOWSKI:– …Zaczęło się w  sposób dość niezwykły, modliłem się wtedy przed ołtarzem Św.Józefa w kościele w Świętej Lipce, prosząc Boga o to, aby znalazł jakiś sposób  przyjścia z pomocą głodujących tam i opuszczonych dzieci. Było tych dzieci sporo w okolicy, ponieważ ludność, która tam napłynęła po zakończeniu działań wojennych, przeżywała trudne warunki materialne. Nie było jeszcze życie zorganizowane, brak było jeszcze inwentarza, brak było narzędzi do pracy, zwłaszcza przy gospodarstwie, i tamtejsi ludzie rzeczywiście żyli w ciężkich warunkach, dzieci zwłaszcza. Pamiętam taki wypadek, jak jedno z dzieci przyszło do naszej kuchni prosząc po niemiecku, bo tam było dużo dzieci mówiących po niemiecku:– Bitte Brotscheibe/Proszę o kawałek chleba. To wszystko mnie mocno poruszyło. A ponieważ zawsze miałem słabość do dzieci i prosiłem Pana Boga, żeby w jakiś sposób można było coś dla nich, dla ulżenia ich doli zrobić. Niespodziewanie, ktoś do mnie przyszedł z propozycją, nawet trudno mi w tej chwili określić, kto? Ale wiedziałem, że to był ktoś, kto był dosyć mocno przywiązany do pieniędzy. I zaproponował mi, ni stąd ni zowąd, czy ja nie potrzebuję pieniędzy. I wtedy odpowiedziałem:- Owszem, ale dużo. A ile? No, przynajmniej jakieś dziesięć tysięcy złotych. W 1947 roku, to była duża kwota. I otrzymałem ją od niego, od razu. I od tego się zaczęło. To były początki tzw. dożywiania i półkolonii tamtejszych dzieci.
   Jadwiga SOCHONIOWA:– Co było taką rzeczą dla mnie bardzo nawet zaskakującą i charakterystyczną, że w tej gromadzie dziecięcej, w której przebywały dzieci różne, bo właśnie takie, które mówiły tylko po polsku i takie, które mówiły tylko po niemiecku, nie było animozji na tle tego ich pochodzenia. Jakiś przezwisk:- Ty szwabie.  Nie słyszałam tego nigdy. Myślę że, jest to zasługa Ojca, że potrafił stworzyć atmosferę jakieś wzajemnej życzliwości wśród tych dzieci .
   O.Stefan MIECZNIKOWSKI:– Postać, która wpłynęła na styl mojej pracy kapłańskiej, duszpasterskiej, to była postać mojego konsekratora, Kardynała, a przedtem Biskupa i Arcybiskupa warszawskiego, Stefana Wyszyńskiego. W 1950 roku, w okresie Wielkanocnym, otrzymałem z grupą moich kolegów, święcenia kapłańskie z Jego rąk. To był rok pięćdziesiąty, a więc dla Jezuitów bardzo groźny. Zanosiło się na to, że Towarzystwo nasze, spotka ten sam los w Polsce, jaki spotkał Towarzystwo na Węgrzech, w Czechosłowacji i w innych krajach demokracji ludowej. Rozpędzenie Jezuitów. Wiemy, że później niestety doszło do otwartego konfliktu, ale przez trzy lata najbardziej groźne, kiedy gdzie indziej Jezuici przestali jawnie funkcjonować, pracować, musieli pójść w rozproszenie, u nas w Polsce właściwie prawie normalnie się rozwijała praca w Kościele. Zdawaliśmy sobie z tego sprawę, że może mieć miejsce jakaś prowokacja, jakieś procesy, i doprowadzić do otwartego zwalczania Kościoła i miało to zresztą miejsce. Wybrano sobie tylko takich ludzi, którzy byli najbardziej przeciwni. Za tym poszły też aresztowania Jezuitów, którzy stanowili jakby czołówkę naszego Towarzystwa w Polsce. To wszystko we mnie budziło oczywiście wewnętrzny sprzeciw i najgłębsze przekonanie, że z tym systemem, nie ma żadnego porozumienia. Po święceniach w 1950 roku, jeden rok jeszcze miałem teologii, a potem zostałem skierowany do Nowicjatu w Kaliszu, w roli pomocnika Magistra w Kaliszu i po przyjęciu trzeciej probacji, przełożeni zamierzali mnie postać na studia, najpierw na KUL-u, a później planowano wysłanie mnie do Rzymu.
    Andrzej PALUCHOWSKI:– Ojciec Stefan Miecznikowski w Lublinie – to są lata pięćdziesiąte – to jest Katolicki Uniwersytet Lubelski, przed październikiem. To jest Duszpasterstwo Akademickie, zresztą nie tylko Duszpasterstwo naszego Uniwersytetu, ale i całego środowiska akademickiego, lubelskiego. Trzeba parę słów powiedzieć o niezwykłości tego miejsca, jakim był nasz Uniwersytet w tamtych latach. Otóż, na tle innych wyższych uczelni polskich, które już wtedy były poddawane już presji politycznej, daleko idącej, trudnej właściwie dzisiaj sobie do wyobrażenia dla współczesnej młodzieży, KUL był jakąś zdumiewającą wyspą, taką enklawą wolności, pod opieką Episkopatu i za przyzwoleniem, widocznie jakoś opłacalnym, dla władz. Za tym faktem szła ogromna różnorodność młodzieży, która tutaj przebywała. To był na prawdę Uniwersytet o zasięgu ogólnopolskim. Młodzi ludzie, którzy ze względów najczęściej politycznych, nie mogli się dostać na inne Uniwersytety, przychodzili tutaj.
    Amelia SZAFRAŃSKA:– Ojca Miecznikowskiego poznałam, bodaj w 1952 na 1953r, przyszedł jako następca o.Mirewicza na KUL, bo studiowałam na KUL-u. Od razu przyjęliśmy go bardzo serdecznie, ponieważ i on był bardzo serdeczny. Nazywaliśmy go:- Jezuita gołębiego serca. Chociaż to  jego gołębie serce w różnej formie się przejawiało i czasem  można było powiedzieć, że nie było takie łagodne. Ale ogólnie tak był nazywany i tak go z tego okresu zapamiętaliśmy. Był to specyficzny okres. Duszpasterstwo nie było tak barwne, tak kolorowe, takie rozhukane, powiedziałabym, tak wyjeżdżające za granice. Wszystko to, było bardziej po domowemu, cicho. Człowiek z zagranicy był wielkim ewenementem jak się zjawił. My byliśmy biedni, byliśmy bardzo biedni w zasadzie. Właściwie wszyscy i okazywanie życzliwości studentom, która przejawiała się w różnej formie i postaci, było bardzo istotne. Ja na przykład pamiętam, że chorowałam, miałam anemie i o.Miecznikowski przynosił mi cytryny, robił to w taki sposób, że mnie to nie upokarzało, bardzo mnie to cieszyło i potrafiłam to docenić. Pamiętam też inne zdarzenie, które jest bardzo dla Ojca bardzo charakterystyczne. To jest taka dobroć wobec wszystkich i wyrozumiałość, tam gdzie trzeba być wyrozumiałym. Mianowicie… Jedna z naszych koleżanek oczekiwała dziecka, ojcem był jeden z kolegów i byliśmy bardzo speszeni tym faktem, nie wiedzieliśmy jak OJCIEC na to zareaguje.  Bo na ogół odnoszono się krytycznie do takich przypadków, zwłaszcza w tamtym środowisku i w tamtym czasie. Ojciec Miecznikowski potraktował to bardzo naturalnie, dziecko zostało ochrzczone. Chrzciny odbyły się w domu ojca i matki. Pokoik mieli bardzo mały, więc staliśmy wszyscy na podwórku i zaglądali przez okno, patrząc na maleństwo, które fikało nóżkami. To nas  bardzo jakoś zjednoczyło i przez to uwierzytelniło postawę OJCA w innych przypadkach.
    Irena SŁAWIŃSKA:– Bywał i dowcipny i żartobliwy. Raz tylko się na prawdę uniósł. Bardzo dobrze tę sytuację zapamiętałam. Uniósł się i skrzyczał studentkę, która sama siebie obwiniała w taki sposób, że o.Miecznikowski uznał to za jakieś auto-poniżenie. Pamiętam jego wypowiedź, do nas wtedy ogólnie skierowaną, kiedy mówił  o tym, że podstawą jednak rozwoju i dojrzewania człowieka, musi być szacunek dla samego siebie i wiara w samego siebie. Wydaje się, że te słowa zapamiętali ludzie w szerszym zakresie, że do nas one w różnych sytuacjach życiowych jednak wracały. No i kiedy po kilku latach zabrakło go, bo Jezuici przysłali innego duszpasterza, ogromny żal wszystkich ogarnął. Pamiętam skargi, nawet próby odzyskania Ojca Miecznikowskiego, bardzo wzruszające. Bodaj, że jeździły nawet studentki, czy chodziły do jakiś władz jezuickich, żeby uprosić Jego powrót.  
   O.Stefan MIECZNIKOWSKI:– Wyjazd do Rzymu udał się w końcu, po licznych staraniach i zwalczeniu różnych przeszkód, udał się w 1957 roku, kiedy u nas w Polsce po październiku, zaistniały możliwości wyjazdów zagranicznych. I od 1957 roku do 1959 roku, a właściwie do progu 1960 roku, odbywałem studia teologiczne na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Jako zakończenie tych studiów, ponieważ nasze studia jezuickie upoważniają do zdobycia licencjatu, mogłem już starać się o kurs doktorancki i w porozumieniu z moim profesorem, który kierował moją pracę naukową, udało mi się opracować temat z dziedziny duchowości Św.Ignacego, a mianowicie…Tajemnica Słowa Bożego, wstęp do pojęcia apostolstwa Św.Ignacego.  Była to praca oparta na obfitych źródłach domagających się znajomości języka włoskiego, języka hiszpańskiego no i innych zachodnioeuropejskich, jako pomocniczych do wglądu w bibliografie, zakończyła się szybko, aż za bardzo szybko. Bo właściwie równo w dwa lata musiałem napisać tę pracę doktorską. I tutaj miałem trochę niesmaku, że to było robione w takim pośpiesznym tempie. Ale przełożeni naciskali na mnie, bo chcieli żebym jak najprędzej objął stanowisko Magistra w Kaliszu. Dlatego powiem szczerze, że to w takim pośpiechu było robione, że w ostatnim, w tym drugim roku moich studiów doktoranckich w Rzymie, nie zrobiłem w Rzymie, ani jednej przechadzki. Jako tako, tę pracę udało mi się skończyć. Bo miałem tutaj przygodę, przygodę która nastąpiła dopiero po moim wyjeździe z Rzymu i po opublikowaniu fragmentu mojej pracy doktorskiej. Mianowicie, została ta praca oceniona jako praca niezgodna z Instytutem naszego Towarzystwa. Było to oczywiście nieporozumienie, nie byłem dopuszczony do wyjaśnienia sytuacji i dlatego, kiedy tę moją pracę wycofano z bibliotek jezuickich, to było dla mnie dużym upokorzeniem i dużą przykrością. Bronił mnie oczywiście mój Prowincjał, ale niestety, właściwie do tej pory, ten dekret o zakazie  kolportowania po bibliotekach jezuickich tej pracy, pozostał do dzisiaj.
Kiedy przybyłem do środowiska łódzkiego, powierzone mi zostało kierownictwo duchowe młodzieży akademickiej. Byłem wtedy jednym z najstarszych duszpasterzy akademickich w Łodzi, dlatego ks.Biskup Rozwadowski, powierzył mi jakby kierownictwo, koordynacje pracy między ośrodkami duszpasterstwa akademickiego. I w związku z tym, organizowaliśmy akcje wakacyjne obozowe i organizowaliśmy również prelekcje i pomoc innym, słabszym ośrodkom duszpasterstwa akademickiego w oparciu o pewne elity, które w Łodzi już się wcześniej w środowisku akademickim  wytworzyły.
   Ewa  JAŻDŻEWSKA – GOLDSTEINOWA:– […]. W naszej rodzinie Ojciec jest po prostu jej członkiem, jest kimś równie ważnym dla nas, jak rodzice, ci najlepsi nasi nauczyciele, a szczególną chyba rolę odegrał właśnie w jakimś umocnieniu, czy w ogóle zawiązaniu się naszego małżeństwa. Bardzo jakoś pomógł nam ze sobą dojść do porozumienia, Połączyły się dwa rody, które tak dość były od siebie oddalone. I no, nie wiem, może mój mąż mógłby więcej o tym powiedzieć, jak on przeżywał pierwsze nasze z Ojcem spotkania. Pierwszy nasz przednarzeczeński wypad to był obóz w Bieszczadach.
  Piotr GOLDSTEIN:– Ojciec  był dla nas od początku osobą imponującą, przy swoim niewielkim wzroście, nikczemnej postury jak Pan Wołodyjowski. To porównanie z Panem Wołodyjowskim, to bardzo często nam się nasuwało. Zwłaszcza, że i fizycznie, wprawdzie nie brał udziału nie pojedynkował się, ale słyszałem, że kiedyś skoczył między walczących na noże Ukraińców, żeby ich rozdzielić, mówiąc:- „To nie po Bożemu”.
   Ewa  JAŻDŻEWSKA – GOLDSTEINOWA:– Czas, który Ojciec poświęcał komuś indywidualnie, dla nas, dla tej całej reszty, która była gdzieś w oddaleniu, był absolutnie święty. Nie wolno było rozmowy indywidualnej Ojca z kimś przerywać. Jeżeli widać było, że komuś ciężko, należało dyskretnie się jakoś usunąć. Była taka wzajemna troska o to, żeby nikt Ojca nie zagarnął, żeby nikt nie grał pierwszych skrzypiec w tej gromadzie, no i jednocześnie rozmaitymi sposobami, pedagogią, czasem wyrafinowaną dość, Ojciec wychowywał nas do aktywności.
 O.Stefan MIECZNIKOWSKI:– Pamiętam, jeden taki wypadek, że przygotowywaliśmy Święta Wielkanocne i Święcone dla niewidomych i wyznaczyłem pewien termin, kiedy studenci przyjdą i przygotują tę uroczystość, bo trzeba było nie tylko agapę braterską przygotować, ale trzeba było również jakiś program rozrywkowy przygotować. Trzeba było pewne pieśni przećwiczyć, pewne opowiadania, pewne skecze i tak dalej. A więc, na to było potrzeba czasu. Niestety, moi młodzi nie dopisali w tym wypadku i nie przyszli na wyznaczony czas. Wobec tego, wyznaczyłem następny termin na sobotę, bo w niedzielę się to miało odbyć. To był właściwie termin ostateczny. Tymczasem w sobotę przychodzą do mnie z zaproszeniem na imieniny do jednego ze swoich kolegów. Odpowiedziałem, że na te imieniny nie pójdę, bo najpierw obowiązek a później przyjemność. Dlatego idźcie sami, bawcie się, a ja w tej chwili, co tylko będę mógł zrobić, to zrobię, choćby do rana siedząc, żeby to przyjęcie i ten ustalony program był przygotowany. Oczywiście, było im bardzo niemiło, zrezygnowali z tego koleżeńskiego spotkania i pozostali ze mną, no ale dostali naukę, że przede wszystkim trzeba się zająć drugim człowiekiem, a potem dopiero myśleć o swoich przyjemnościach…Działalność naszego Ośrodka Pomocy, przy tutejszym Kościele, rozpoczęła się tu właśnie, 13 grudnia 1981r, kiedy po wysłuchaniu przemówienia gen. Jaruzelskiego przez radio i telewizję, wróciłem do pokoju i przygotowałem oświadczenie, które trzeba było złożyć wtedy z ambony, aby powiadomić społeczeństwo, jaki jest stosunek Kościoła do tego, co się w tym momencie, w tym dniu, stało. Był to oczywiście jakiś akt determinacji z mojej strony. Nie wie-działem, czym się to skończy. Wiadomo było, że zaczną się rygory, obostrzenia, a nawet i ataki  wobec Kościoła, ze względu na to, że zajął właśnie taką czy inną postawę. Ale wtedy, było mi to obojętne, chodziło  mi o to, że trzeba było złożyć świadectwo, o tym w jakiej sytuacji znalazł się kraj i społeczeństwo, kiedy ogłoszono Stan Wojenny.
   Barbara GRUCHAŁA[GRUSZCZYŃSKA]:–  Ojciec powiedział, że w zasadzie w tej chwili musimy tutaj wspólnie, jako społeczeństwo, jak największą ilość informacji zebrać o aresztowanych. Zorientować się, jaki to ogrom, jaki to zasięg miała ta akcja państwa, wymierzona przeciwko społeczeństwu i rzeczywiście po Mszy św. od razu zaczęli ludzie organizować się, od razu dawać informacje szczątkowe. Mnóstwo ludzi, zgłaszali się studenci, prawnicy od razu się zgłosili. Cała palestra nasza, adwokatura tutaj łódzka włącznie. Przyszli i powiedzieli, że są gotowi do obrony naszych uwięzionych i internowanych. 
   Andrzej SŁOWIK:– Po wprowadzeniu Stanu Wojennego w grudniu 1981r, zostałem aresztowany i skazany na 6 lat więzienia. Początkowo przebywałem na Mokotowie, w areszcie śledczym, w pełnej izolacji i nie wyobrażałem sobie, że można tam będzie spotkać także o.Miecznikowskiego. Udało mu się pokonać wszelkie bariery. Na tamte czasy, był to wyczyn nie lada. I dotarł do mnie, tuż przed Wielka-nocą 1982r. Nie widziałem do kogo wychodzę na spotkanie. W pomieszczeniu, w którym odbywały się widzenia z adwokatami, czekał o.Miecznikowski. Muszę powiedzieć, że byłem bardzo wzruszony wtedy, podobnie jak i Ojciec. Dotarł do mnie z posługą religijną, ale pamiętał również o ciele. Przyniósł trochę czekolady, trochę innych słodyczy, ale nie można tego było zabrać. I widziałem troskę Ojca o to, że rodzina również, nie wszystko może przekazać, że potrzeba jednak organizmowi trochę lepszego jedzenia niż to, które otrzymywaliśmy. Rozmawialiśmy, wiedząc że pomieszczenie jest na pewno podsłuchiwane. Staraliśmy się rozmawiać bardzo ogólnikowo na temat sytuacji na zewnątrz, mówić pół zdaniami, półsłówkami, to było bardzo wiele, rozumieliśmy się, można to powiedzieć, jak nigdy przedtem, jak nigdy później.
  Krystyna KOCIOŁEK:– Szczególnie dramatycznie przeżywaliśmy wizyty Ojca w Hrubieszowie. Jeździł tam wiele razy i nigdy go nie wpuszczono, i mimo to nigdy nie rezygnował. Taka wizyta w Hrubieszowie, to były dwie noce w pociągu. Po to, żeby stanąć i pomachać tym naszym internowanym, którzy wiedzieli, że Ojciec będzie i czekali. Nasze wszelkie próby powiedzenia Ojcu:- Znowu Ojca nie wpuszczą, po co Ojciec taki szmat drogi jedzie, spotykały się z odpowiedzią: Nie, nie, oni wiedzą, że ja będę i będą czekać. I często tylko stał, machał i bywało, że go wtedy milicja zwijała na posterunek, ale jechał po to, bo obiecał, że pomacha, że będzie.
   Barbara GUCHAŁA[GRUSZCZYŃSKA]:– Tak, ja pamiętam również, jak jeszcze Stefan Niesiołowski i Jacek Bierezin siedzieli w Jaworzu i Ojciec się również do nich wybrał. Ojcu zajęło to dwie doby i dwie noce. I Ojciec spotkał się z nimi przez 1,5 minuty, ale te 1,5 minuty to więcej znaczyło i dla tych uwięzionych i dla Ojca, to stanowiło jak gdyby nieskończony czas.
   O.Stefan MIECZNIKOWSKI:– Przez te trudne lata, wzrastała nasza nadzieja, że społeczeństwo żyje i społeczeństwo nie poddaje się, byliśmy przekonani, że w końcu stanie się sprawiedliwość dla tego kraju. Dlatego, kiedy dzisiaj myślą ogarniam tamte chwile, jestem wdzięczny Panu Bogu, że zainspirował mnie, do działalności nie tylko charytatywnej, ale przede wszystkim do działalności modlitewnej i do współdziałania i współpracy wielu ludzi z Ośrodkiem Pomocy, który otaczał coraz szersze kręgi w naszym mieście.
   Iwona ŚLEDZIŃSKA-KATARASIŃSKA:– Przygarniał nas tam prawie wszystkich, kto każdy tylko chciał znalazł jakieś zajęcie. Jeśli nie przy tych spotkaniach, to wydawaliśmy gazety ścienne pod auspicjami i patronatem Ojca Stefana. Ale nie było to tylko to, że on nam, jakby organizował życie, że udostępnił, że dał forum. Dla mnie te spotkania, te środy w Kościele Jezuitów były przedłużeniem mojej działalności dziennikarskiej, mojej działalności politycznej, jak gdyby. No, wreszcie miałam także forum, mogłam mówić poprzez tę pracę, to co myślę. Ale przecież to nie było tylko to. To był także Ojciec Stefan, który się martwił katarem mojej córki. Bardzo się martwił chorobą mojego męża. To był Ojciec Stefan, który się ciągle pytał:- Czy my, aby na pewno mamy jakieś pieniądze? Pamiętam taką zimę, późny wieczór, dzwonek, otwieram. Ksiądz Stefan:– Przepraszam, nie zapowiedziałem, że przyjadę, nie dzwoniłem, ale tak sobie pomyślałem, taka zima, a ja coś tutaj mam.
I wyciąga paczkę, taką  siatkę z torbą foliową, i wyciąga stamtąd śliczny kożuszek. A ja mówię, Ojcze Stefanie, co to? – Przecież Kama, na pewno nie ma w czym chodzić, a jest taka zima. I tak to było. 
  O.Stefan MIECZNIKOWSKI:– W niedługim czasie, po rozpoczęciu tej pracy charytatywno społecznej–opiekuńczej, było zainicjowanie spotkań Duszpasterstwa Środowisk Twórczych. Zapraszaliśmy tutaj na spotkania środowe, różnego rodzaju twórców, polityków, socjologów, naukowców, którzy próbowali naświetlić, w jakiej sytuacji w tej chwili Polska się znajduje i ku czemu zmierza. Można po-wiedzieć, że było to wolne słowo, chyba rzadkie w tym czasie. Wolne słowo, świadczące o tym, że społeczeństwo nasze żyje i nie pozwoli stłumić naszych inspiracji. Na tej sali [św.Krzysztofa], przez około sześć lat, przewinęło się mniej więcej, 150 mówców, którzy od różnych stron naświetlali sytuację społeczną i duchową naszego kraju. Wśród tych, których należałoby wymienić, wspomnę choćby ks.Józefa Tischnera, Tadeusza Mazowieckiego, Jana Strzeleckiego, prof.Geremka i wielu, wielu innych.
   Tomasz FILIPCZAK:– Tworzyliśmy wspólnie Duszpasterstwo Środowisk Twórczych. Dostałem od Ojca kart blanche, za co jestem mu do dzisiaj bardzo wdzięczny. Przez parę ładnych lat, współpracowaliśmy ze sobą. Jakby szczytem tej współpracy, było trzydniowe Sympozjum poświęcone mniejszościom narodowym, które okazało się być wielkim, na prawdę wielkim sukcesem organizacyjnym, ale nie tylko. Przyjechali ludzie właściwie z całej Polski. Przyjechał m.in. prof.Andrzej Winzenc z Haidel-bergu. I to wszystko, było robione przeciw temu miastu. Oczywiście w sposób bardzo taki umowny. Zjechali się ludzie: był Mokry, był pan prof.Serczyk, był Seglagianowicz, była pani Maria Turlejska, był Józef Lipski, Jerzy Tomaszewski profesor, który nie jest chrześcijaninem, więc ten konglomerat, który stworzyliśmy, oddawał chyba najbardziej ducha, właściwie Ojca, tego pełnego otwarcia, pełnego ekumenizmu. Była Msza grekokatolicka, więc w ogóle było fantastycznie i to wszystko dzięki Ojcu i wbrew jakby tradycji tego miasta. I tak się to stało. I Łódź w jakiś sposób właściwie zbojkotowała to spotkanie. I myślę, że ten pojedynek Ojca z miastem w sensie, takim właśnie, intelektualnym, to był stały element w ogóle tego istnienia. Trzeba pamiętać, że te przemówienia, wygłaszanie w każdą niedzielę o godz. 10:00, właściwie kazania, przepraszam, nie przemówienia, tylko kazania, no to było żywe słowo, które wchodziło w tych ludzi jak w masło. I oni wracali z tym do domu. I mieli to, co najmniej na najbliższy tydzień Było to, było coś nieprawdopodobnego, to się nie da opisać. Mam nadzieję, że gdzieś tam w dokumentach policyjnych, jeszcze jakieś resztki tego się znajdują. Natomiast, to wytworzyło taki jednostronny obraz Ojca, takiego bojownika, społecznika, człowieka do jakiś konkretnych zadań, symbolu, mitu. Natomiast prawda o nim, jest moim zdaniem, o wiele głębsza. Fascynacja misją jezuicką w ogóle, w tym dobrym słowa znaczeniu, jego stosunek do spraw, które dzieją się na wschodzie, bardzo ludzki, głęboki, wiara w to, że kiedyś tam wyląduje, że będzie mógł pomóc tamtym ludziom, moim zdaniem decyduje pozytywnie o tym, że Ojciec jednak wyjechał z Łodzi. Jego misja się tu skończyła, i moim zdaniem…No, powiem ostro, skończyła się niepowodzeniem, nie udało się sprzedać, stworzyć pewnej formacji intelektualnej, jakieś elity, która by tę postawę, pełnego otwarcia na świat realizowała.   
  O.Stefan MIECZNIKOWSKI:– Co dały te lata, wspólnie przeżyte, te wysiłki, te dążności, czy rzeczywiście, rozbudziły w ludziach większą solidarność, poczucie odpowiedzialności za drugich i za całe społeczeństwo? Nie chciałbym się uchylać od odpowiedzi, ale właściwie muszę powiedzieć, że spodzie-wałem się, że to, co działo się w okresie Stanu Wojennego, co wywołało taki żywy oddźwięk w społeczeństwie, że to w tej chwili, jakby w tym społeczeństwie zanika. Czy solidarność straciła swoją rację bytu dziś? Nie, zdecydowanie nie! Solidarność jest społeczeństwu dzisiaj potrzebna. Potrzebna bardziej niż kiedykolwiek, potrzeba nam czucia z drugim człowiekiem. Potrzeba nam, bratniej dłoni, wyciągniętej do drugiego i troski o jego życie, o jego lepszy byt. Tego jest w naszym społeczeństwie niestety za mało.
   Andrzej SŁOWIK:– W naszym społeczeństwie zakorzeniło się, że będzie to niemożliwe, że on również musiałby również dokonywać wyboru, czy też bolesnego cięcia. I chyba to spowodowało, że postanowił sprawdzić chyba nas  wszystkich, na ile skorzystaliśmy z Jego pomocy z Jego rad, z Jego wiedzy, z Jego nauki i nie chciał dalej angażować się, po żadnej ze stron. Nie chciał po prostu antagonizować tego środowiska, które tutaj się skupiło.
  Iwona ŚLEDZIŃSKA-KATARASIŃSKA:– Kiedy odchodził, ja poprosiłam go, o taką długą pożegnalną rozmowę.  I powiedział mi, dlaczego odchodzi. Powiedział:– Ja już wa,s nie mogę pogodzić. Bo wy, już jednak idziecie w każdą swoją stronę i ja w tym, być nie mogę.
  Tomasz FILIPCZAK:–  Myślę, że wyjazd do Jastrzębiej Góry, wyjazd w ogóle z Łodzi nie był ucieczką, ale był jedynym ratunkiem dla Ojca, jak również myślę, dla wielu spraw, wielu ludzi, którzy tutaj pozostali. Może lepiej tak się stało, że jest dalej mit, symbol, że jest co wspominać, czym się krze-pić. Natomiast dla Ojca, dłuższe pozostanie w Łodzi, byłoby właściwie rozdrobnieniem się. W polityce, której myślę nie do końca rozumiał, nie do końca chciał ją zrozumieć, dobrze się stało. Natomiast tam dostał zadania, które myślę go uszczęśliwiły. Może robić to, co chciał, może realizować swoje cele wschodnie. Tak to ładnie nazywam. Cały czas marzył o tym bliskim kontakcie z Litwą, z Ukrainą, z Białorusią. Teraz robi  to, co chciał i wydaje się być młodszy, o wiele młodszy, mimo upływu lat, od tego Ojca Stefana który z Łodzi wyjeżdżał.
    O.Stefan MIECZNIKOWSKI:– Byłem przekonany, że zadanie, które powinienem spełnić, zostało już wykonane i dlatego odszedłem na odcinek, który jest terenem mojego przygotowania duchowego i jest terenem mojej kompetencji zawodowej, że się tak wyrażę. Jestem na placówce, na której w sposób może kameralny, ale przygotowuje młodych kapłanów z naszego Towarzystwa Jezusowego, do spieszenia z pomocą, całemu społeczeństwu, a przede wszystkim tej cząstce, która jest poza zagranicami kraju, żeby mieli oczy otwarte i serce wrażliwe na los Polaków, dalej jeszcze  przebywających w dawnym Związku Radzieckim. Mam już jednego wychowanka na Białorusi, drugiego na Ukrainie, a trzeciego w Kazachstanie.


„SŁOWO”. Dziennik katolicki.
 SŁOWO ŁÓDZKIE.
 /20-22.X.1995r/ nr 204/.            

  J.W.:– Towarzyszył  ojciec od początku ruchowi społecznemu „Solidarność”, który był wyrazem sprzeciwu wobec totalitarnego systemu komunistycznego.
            O.MIECZNIKOWSKI:– Ruch społeczny „Solidarność” był manifestacją godności narodu polskiego, woli jego stanowienia o sobie i wyrazem obrony podstawowych praw obywatelskich. Do wyzwolenia tych patriotycznych sił Ojciec Święty Jan Paweł II, a wcześniej kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Polski. Kościół, skupiony w nim i wokół niego ludzie, którzy stanowili opozycję moralną wobec totalitarnego systemu komunistycznego, odegrali w powstaniu tego powszechnego ruchu protestu, zasadniczą rolę. Z ogromnym zaangażowaniem emocjonalnym, towarzyszyłem temu ruchowi od samego początku, widząc w nim wielką szansę dla Polski. Kiedy został stłumiony stanem wojennym w 1981r – wystąpiłem z protestem w kazaniu 13 grudnia 1981r.
            J.W.:–  Mam przed sobą wydane ojca „Kazania stanu wojennego”. Pozwoli ojciec, że przytoczę fragment kazania z tego właśnie dnia.. ”W ten piękny, mroźny poranek, cała Polska przeżywa szok, dokonano zdrady. Stanęliśmy wobec perspektywy wojny domowej(…). Nie działa, ucichły nagle wszystkie telefony. Telewizja i radio nadają przerażające »patriotyczne« przemówienia generała Jaruzelskiego (…). Już wiemy, jak rząd i partia określiły swój stosunek do narodu(…). Nikt nie pozbawi nas woli bycia narodem wolnym i samodzielnym. Kościół zawsze był ze społeczeństwem, gdy broniło swoich podstawowych praw i gdy walczyło o ich przywrócenie. One mu się słusznie należą. Teraz też Kościół nie opuści narodu w jego trudnych chwilach”. Pomoc dla osób internowanych, represjonowanych i uciśnionych, to wielka karta miłości bliźniego Kościoła łódzkiego. Ojciec był promotorem tych działań. W drugim kazaniu ojciec powiedział: „Solidarność” żyje – w swoim najgłębszym wymiarze. Dla powstającej spontanicznie Akcji Pomocy nie potrzeba szczególnych uzasadnień – one wypływają z Ewangelii.
            O.MIECZNIKOWSKI:– Była to szeroka akcja charytatywno-społeczno-duszpasterska Kościoła łódzkiego, w której wybitną rolę odegrał biskup Józef Rozwadowski, a później skierowany do tej działalności ks.Głowa. Polegała ona na niesieniu pomocy duchowej i materialnej osobom represjonowanym, uwięzionym i internowanym oraz ich rodzinom. Do Ośrodka Pomocy przy naszym kościele zgłaszali się studenci, lekarze, pielęgniarki, emeryci i uczniowie, gotowi podjąć to dzieło. Płynęły dary materialne, żywność, odzież i środki finansowe z całego miasta, a także z zagranicy, Pracę tę wykonywały dziesiątki osób. Okazało się, że solidarność ludzka nie zna granic ani strachu. Z pomocy tej skorzystało ok. 500 osób, zostało rozdzielonych kilkanaście tysięcy paczek z żywnością i odzieżą. Kiedy o działalności i o internowanych mówiłem księdzu biskupowi Józefowi Rozwadowskiemu, bardzo się wzruszył i rozpłakał, wskazując na szafkę powiedział:- Tu są pieniądze, wszystkie są do dyspozycji ojca. Ten gest zawierał wszystko.
J.W.:–  Dotarcie do internowanych i uwięzionych stało się dla ojca, zadaniem najważniejszym.
         O.MIECZNIKOWSKI:– Było to zadanie najważniejsze i najpilniejsze, ale tym trudniejsze, że komunikacja była sparaliżowana, telefony milczały i była sroga zima. Mimo tych trudności, udało mi się stopniowo dotrzeć do wszystkich zakładów karnych, w których przebywali internowani. W łęczyckim więzieniu udało mi się nawet odprawić Mszę św. Tam gdzie było możliwe, głosiłem rekolekcje. Były także sytuacje dramatyczne, wobec brutalnego potraktowania więźniów w niektórych zakładach karnych, jak np. w Hrubieszowie, Strzelinie, czy Barczewie. Aż siedem razy jeździłem do Hrubieszowa, stałem pod murem i dawałem znaki. Że jestem, bo nie zostałem tam wpuszczony. W moich kazaniach z ambony, publicznie mówiłem o uwięzionych, internowanych i represjonowanych oraz o warunkach, w jakich przebywają. Wyrażałem też protest przeciw brutalnemu potraktowaniu uwięzionych.
            J.W.:– W jednym z kazań, po informacji o pogarszającym się stanie zdrowia Andrzeja Słowika, ojciec powiedział m.in. Czy miara jest już pełna, czy też czeka nas więcej, gdy słyszy się o bitych, poniewieranych (…) wydaje się, że kielich staje się pełny (…). Dość. Bóg jeden wie, Bóg zna cel tych cierpień.
            O.MIECZNIKOWSKI:– W naszym kościele umieszczona jest tablica upamiętniająca miejsca cierpień polskich córek i synów z Łodzi, a przed kościołem stoi krzyż z symbolicznym grobem ks.Jerzego Popiełuszki.
            J.W.:– Kościół ojców jezuitów przy ul.Sienkiewicza postrzegany był i jest, jako kościół „Solidarności”. Pełnił on w Łodzi tę samą rolę, jak na warszawskim Żoliborzu kościół św. Stanisława.
            O.MIECZNIKOWSKI:– Jak już wspomniałem, towarzyszyliśmy temu ruchowi od początku, dzieliliśmy z nim dni zwycięstwa, ale przede wszystkim jego troski. Niedzielne Msze święte gromadziły tłumy wiernych. Odprawiane były Msze św. za ojczyznę, za internowanych i w intencji różnych zakładów pracy. W rocznicę zakazanych świąt państwowych, po uroczystych nabożeństwach, stąd wyruszały zakazane pochody i organizowane manifestacje protestu. Działo się to wszystko w czasie, kiedy nasiliły się ataki na Kościół i na opozycję. Propaganda nie przebierała w środkach. Wtedy zostali zamordowani księża [Jerzy] Popiełuszko i [Stefan]Niedzielak oraz Grzegorz Przemyk. Ja byłem częstym „gościem” urzędu bezpieczeństwa, a nawet wszczęto przeciw mnie postępowanie administracyjne „za działalność antypaństwową”.
            J.W.:– W okresie stanu wojennego, parafia Najświętszego Imienia Jezusa, była ośrodkiem kultury chrześcijańskiej i patriotycznej.
            O.MIECZNIKOWSKI:– Wobec ograniczenia wolności i działalności cenzury, utworzone w lutym 1983r. Duszpasterstwo Środowisk Twórczych spełniało doniosłą rolę. W ciągu kilku lat działalności, odbyło się ok.150 spotkań, prelekcji, spektakli i wystaw. Wielkim orędownikiem tej działalności był biskup Bohdan Bejze. W tym trudnym okresie, Kościół stał się ostoją dla wszystkich, którym bliskie były wartości ogólnoludzkie, także dla artystów, pisarzy i dziennikarzy. Nie pytaliśmy o kształt ich wiary, pochodzenie, czy o ich przeszłość. Ogarnialiśmy wszystkich, którzy chcieli służyć prawdzie w kulturze, nauce i sztuce. Pojawiły się nazwiska, które już wówczas budziły kontrowersje, a dzisiaj, niektóre z tych osób są jawnymi wrogami kościoła. Powinniśmy się za nich gorąco modlić.
            J.W.:– „Solidarność” wyrosła z chrześcijańskich i patriotycznych wartości, była symbolem wolności, sprawiedliwości, niepodległości i suwerenności. Jesteśmy świadkami załamania się tych ideałów. Jakie życzenia zechciałby skierować ojciec pod adresem tego ruchu w kontekście piętnastej rocznicy jego powstania.
            O.MIECZNIKOWSKI:– W odpowiedzi na to pytanie, chciałbym przytoczyć fragment prze-mówienia, które wygłosiłem przy symbolicznym grobie ks.Jerzego Popiełuszki z okazji 15.rocznicy powstania „Solidarności”. »Solidarność« jako związek zawodowy, musi być uzupełniona i wsparta przez ruch reform szeroko pojętych, jako ruch wychowania społecznego. Więcej w niej być musi uniwersalizmu chrześcijańskiego i pozytywnej woli dobra, twórczości dobra. Jeśli te zadania zostaną podjęte przez tych, dla których ona jest nadal ideą żywą, jeśli jako taka znajdzie swoich entuzjastów – przetrwa kryzys i wewnętrznie się odrodzi. A oto moje życzenia w to święto „Solidarności”, jej 15-lecia: niech się nie plenią głosy niewiary, niech powstaje dużo kół solidarności międzyludzkiej i obywatelskiej, niech dają wyraz żywej troski o dobro powszechne, nie partykularne. Wlewajmy w stare struktury nową konieczną dla kraju treść. Przede wszystkim przekraczajmy ograniczenia zawodowe i społeczne, narodowościowe i wyznaniowe, wypełniając wszystko treścią szczerego braterstwa i jedności ze wszystkimi. Budujmy dom lepszego jutra nie od szczytów, lecz od podstaw, nie od sformalizowanych kształtów, ale od duchowych treści i przeżyć.
            J.W.:–  Bardzo dziękuję ojcu za rozmowę.                                             
Jan Wojciechowski.

Poniżej: List Zarządu Regionu Ziemi Łódzkiej NSZZ ”Solidarność do ojca Stefana Miecznikowskiego z okazji 15.rocznicy powstania Związku:„ Drogi Ojcze Stefanie, Honorowy Członku naszego Związku!
Bez Twego oddania sprawie „Solidarności”, bez Twojej ofiarności i odwagi graniczącej z heroizmem po wprowadzeniu stanu wojennego, bez cierpliwości i mądrości okazanej przy odradzaniu się legalnej działalności Związku, łódzka „Solidarność” nigdy nie stanowiłaby obecnej jedności i siły.
Dziękujemy Ci drogi Ojcze za ten wielki wkład w budowie NSZZ „Solidarność”. Dziękujemy Ci, zwłaszcza że nie poddałeś się w najtrudniejszych dla nas momentach zwątpieniu i zniechęceniu, gdyż tak wielu okazało małoduszność i brak wiary w zwycięstwo prawdy i sprawiedliwości, w odzyskanie przez Polskę niepodległości.
Nigdy nie zapomnimy Ci Ojcze tej siły i wiary czerpanej z Ewangelii, którą udzielałeś nam w najtrudniejszych chwilach, w więzieniu, w podziemiu, przy budowie Związku. Niech ten list, który dziś pragnie-my Ci wręczyć, stanowi dowód naszej pamięci i wdzięczności.
W imieniu wszystkich członków łódzkiej „Solidarności” list podpisał przewodniczący Zarządu Regionu Ziemi Łódzkiej,
Janusz Tomaszewski.


 „DZIENNIK ŁÓDZKI“.
 /26 VIII 1996r./ Nr 198/.                                   
Temat: – „Duchowy przewodnik „Solidarności“

W przełomowych latach narodzin „Solidarności“ i wprowadzenia stanu wojennego objawił się w Łodzi kapłan z nieustannie odradzajacą się energią i płomienną wymową swych kazań, głoszonych w kościele najświętszego Serca Jezusowego przy ulicy Sienkiewicza 60. Tym kapłanem był zakonnik ojców jezuitów, Stefan Miecznikowski, urodzony 25 sierpnia 1921r. Zawsze, gdy zachodziła potrzeba, zwłaszcza w pamiętnych dniach stanu wojennego, występował bądź jako inicjator działań, bądź też jako ich kierownik i organizator. Nie tylko samemu sobie, ale i innym potrafił wytyczać cele, idee i do realizowania ich zachęcić odpowiednich ludzi. A znajdował ich nieomylnym instynktem doskonałego społecznika, co więcej – mocą swego gorącego ducha i ogniem zapału. Już w pierwszym dniu stanu wojennego, 13 grudnia 1981r., gdy cisza zapanowała w telefonach, a odbiorniki radiowe i telewizyjne powtarzały co chwila komunikat generała Wojciecha Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego, gdy ulice i place zapełniły się milicją i wojskiem oraz samochodami pancernymi, o.Stefan Miecznikowski o godzinie dziesiątej po Mszy święcej ogłosił zamach władz państwowych na prawa obywateli:
„ W ten piękny mroźny poranek – mówił podniesionym głosem – cała Polska przeżywa szok. Dokonano zdrady. Stanęliśmy wobec perspektyw wojny domowej (…) nie działa , ogłuchły nagle wszystkie telefony. Telewizja i radio nadają przerażające >>patriotyczne<< przemówienia generała Jaruzelskiego (…) Już wiemy, jaki rząd i partia określiły swój stosunek do narodu (…) Nikt nie pozbawi nas woli bycia narodem wolnym i samodzielnym. Kościół zawsze był ze społeczeństwem, gdy broniło swoich podstawowych praw i gdy walczyło o ich przywrócenie. One mu się słusznie należą. Teraz też Kościół nie opuści narodu w jego trudnych chwilach“. Z zapartym tchem, wsłuchiwali się licznie zgromadzeni wierni w płynące z ambony wstrząsające słowa kaznodziei o zdradzie narodowej, o narzuceniu przez władze państwa wojny przeciwko „Solidarności“ – narodowi polskiemu. Z ust kapłana dowiadywali się całej prawdy o narzuconym totalitarnym systemie komunistycznym. Jeszcze tego samego dnia – 13 grudnia 1981r. – o.Stefan Miecznikowski zarządził sporządzenie pełnego wykazu uprowadzonych nocą i wywiezionych w nieznanym kierunku osób, należących do „Solidarności“ oraz współpracujących i sympatyzujących z nią. W ten sposób powstało biuro wymiany informacji, dotyczących aresztowanych osób. Ukrywali się tu też działacze „Solidarności“, którzy uniknęli aresztowania i nawiązali bezpośredni kontakt z o. Miecznikowskim. Byli tu i tacy, którzy oderwani od domu rodzinnego, pozostawali przez pewien czas pod ochroną moralną i materialną Domu Jezuitów. Wielu adwokatów zgłosiło cheć obrony aresztowanych w procesach sądowych.
Dzięki informatorom z odległych rejnów województwa łódzkiego, a nawet dalszych, prowadzone przez jezuitów biuro informacyjne przeciwstawiało się systematycznemu okłamywaniu społeczeństwa przez państwowe środki przekazu. Wiadomości te, były ogłaszane przez o.Miecznikowskiego w wygłaszanych w niedzielę i święta kazaniach. Oto niektóre ich fragmenty, zaczerpnięte z książki Felicjana Paluszkiewicza „Jezuici w Łodzi“.
„14 VIII 1982 doszło do brutalnego pobicia więźniów w Kwidzyniu (…) – 26 IX 1982 r., głosząc niedzielną homilię, o.Miecznikowski poinformował o próbach zastraszenia go oraz o represjach na więźniach. – 13 II 1983r., po Mszy św. odczytano list środowisk intelektualnych Łodzi do Przewodniczące-go Rady Państwa, Henryka Jabłońskiego. – 15 11. r. W czasie Mszy św. odczytano oświadczenie w sprawie Andrzeja Słowika i Jerzego Kropiwnickiego, represjonowanych w więzieniu w Barczewie. Podano także do wiadomości fakt aresztowania mec.Macieja Bednarkiewicza, pełnomocnika Barbary Sadowskiej w procesie zabójstwa jej syna“.[Grzegorza Przemyka].
Akcja zbierania informacji i przekazywania ich społeczeństwu za pośrednictwem kazań, skłoniły władze państwowe do kontrakcji. Polegała ona przede wszystkim na wezwaniu ks.Miecznikowskiego do przesłuchania w Urzędzie Bezpieczeństwa i zagrożeniu mu poważnymi konsekwencjami. Gdy nie skutkowały ostrzeżenia i uwagi UB, „nieznani sprawcy“ dla uciszenia jezuitów rozpoczęli nowe akcje. 28 stycznia  r. wdarli się do wnętrza Kościoła NSJ przy ulicy Sienkiewicza 60 i podpalili ołtarz Matki Boskiej Częstochowskiej. Działo się to wszystko w czasie, kiedy nasilały się ataki na Kościół i na opozycję. Propaganda nie przebierała w środkach.
– Ja byłem częstym gościem Urzędu Bezpieczeństwa – opowiadał o.Miecznikowski – a nawet wszczęto przeciw mnie postępowanie administracyjne za działalność antypaństwową.
O.Miecznikowski rozwinął szeroką akcję charytatywno-społeczno-duszpasterską, w której wybitną rolę odegrał także zmarły niedawno biskup Józef Rozwadowski i ksiądz Głowa. Akcja ta polegała na niesieniu pomocy duchowej i materialnej osobom represjonowanym, uwięzionym i internowanym oraz ich rodzi-nom. Brali w niej udział studenci, lekarze, pielęgniarki, emeryci i uczniowie. Z wydatną pomocą materialną spieszyły różne organizacje i stowarzyszenia, zarówno z kraju, jak i zagranicy, np. z Holandii.
Najważniejszym zadaniem dla o.Miecznikowskiego stało się dotarcie do internowanych i uwięzionych. Nie było to łatwe, gdy się zważy, że komunikacja była sparaliżowana, telefony wyłączone, a zima wyjątkowo ostra. Mimo tych trudności, o.Miecznikowskiemu udało się dotrzeć do wszystkich niemal zakładów karnych w kraju, w których przebywali internowani.
W związku z częstymi wyjazdami do zakładów karnych władze zaczeły posądzać ks. Miecznikowskiego także o uczestnictwo w narzuconej nań przez wrogów Polski Ludowej akcji politycznej. Później, w odpowiedzi na te zarzuty, o.Miecznikowski w przemówieniu wygłoszonym z okazji Światowego Spotkania Łodzian i nadania tytułu Honorowego Obywatela Miasta Łodzi w 1992r., oświadczył:
– „Korzystam ze sposobności, by ten aspekt działalności ośrodka pomocy, którym przez kilka lat kierowałem w latach 1981-1988, podkreślić. Czynię to wyraźnie, bo wielokrotnie kwalifikowano ją jako działalność polityczną. Niejeden raz musiałem z trudem wyjaśniać, że nie była to działalność polityczna lecz etyczna, dla której każdy, zwłaszcza ksiądz, jest zobowiązany w czasach, gdy doznają pogwałcenia elementarne zasady współżycia międzyludzkiego.(…).
W tym mieście, zawsze cierpiącym niedostatek szczególnej uwagi, troski i miłości domaga się człowiek biedny. Z czcią i wdzięcznością wspomina się tu także takie postacie, jak ks.biskup Tymieniecki, o.Tomasz Rostworowski, którzy stali mocno przy pokrzywdzonych przez los i przez ludzi. Przed ich pamięcią chylę czoło ja, którego krótka i skromna działalność na rzecz więzionych, internowanych i ich rodzin nie zasługuje na takie, jak dzisiejsze wyróżnienie“.
Dziełem o.Miecznikowskiego było i stworzenie w lutym 1983r. Duszpasterstwa Środowisk Twórczych.
O.Stefana Miecznikowskiego już od wielu lat traktuje się jako duchowego wychowawcę „Solidarności“. W liście Zarządu Regionu Ziemi Łódzkiej „Solidarności“ do o.Stefana Miecznikowskiego z okazji 15. rocznicy utworzenia związku czytamy m.in.:“(…) Nigdy nie zapomnimy ci Ojcze tej siły i wiary czerpanej z Ewangelii, której udzielałeś nam w najtrudniejszych chwilach w więzieniach, przy odbudowie związku. „Niech ten list, który dziś pragniemy Ci wręczyć, stanowi dowód naszej pamięci i wdzięczności“.
Franciszek Lewandowski 


 „ GAZETA  ŁÓDZKA“.
/ 31.VIII-1.IX.1996 r./Nr 203/. Nie pytał, skąd przychodzisz…
Jubileusz ojca Stefana Miecznikowskiego.

Jutro o g.10 w kościele oo.Jezuitów w Łodzi, zostanie odprawiona uroczysta Msza św. w intencji 75. rocznicy urodzin ojca Stefana Miecznikowskiego. Jeżeli ludzka pamięć trwa dłużej niż pięciolatka lęku i dekada burzliwych przemian, a ludzka wdzięczność potrafi wznieść się ponad wszelkie urazy i podziały, Kościół przy ul. Sienkiewicza nie pomieści zgromadzonych tłumów.
W latach stanu wojennego bowiem był ojciec Miecznikowski oparciem dla tysięcy łodzian. Pomagał uwięzionym i internowanym, opiekował się ludźmi pozbawionymi pracy, zagubionym dawał otuchę, osaczonym przez troski – poczucie wolności.
Wspomnieniami tych, którzy w różny sposób byli z Nim związani „Gazeta“ przypomina, jak ważną odegrał rolę w życiu wielu ludzi. W ich imieniu dziękujemy Ci, ojcze Stefanie.

Andrzej Słowik, do stanu wojennego przewodniczący łódzkiej „Solidarności“.
Po raz pierwszy spotkałem ojca Miecznikowskiego we wrześniu 1980 roku. Minęliśmy się na schodach w Zarządzie Regionu. Przyszedł wtedy do „Solidarności“ z propozycją, by w Kościele przy ul.Sienkiewicza odbywały się spotkania, na których będzie można wymieniać poglądy na temat ruchu związkowego. Po uwięzieniu siedziałem na Mokotowie, w zupełnej izolacji, czytając tylko ocenzurowaną „Trybunę Ludu“. Zgodę na widzenia dostawała jedynie rodzina i obrońcy. I oto któregoś dnia pojawił się ojciec Stefan. Wyglądał jak postać z innego świata. Z charakterystycznym dla siebie łagodnym uśmiechem spytał mnie, jak się czuję. To pytanie mnie zaskoczyło. Wtedy wydawało mi się, że są ważniejsze rzeczy, o które należy pytać. Po wyjściu z więzienia obserwowałem, jak Ojciec służył zawsze i wszystkim pomocą. Nigdy nie powiedział, że coś jest mało ważne. Zawsze twierdził, że wraz z człowiekiem przychodzą inicjatywy, nadzieje, ambicje i aspiracje. I to było bardzo piękne. Pamiętał, że jest przede wszystkim duszpasterzem.
Nie zapomnę, jak w czasie interwencji ZOMO przy kościele jezuitów ojciec Miecznikowski został spałowany. Do dziś trudno mi uwierzyć, że jakiś szeregowy milicjant odważył się podnieść rękę na ojca Stefana.[…].

Iwona Śledzińska-Katarasińska, posłanka Unii Wolności.
Po wyjściu z „internatu“ dostałam liścik z informacją, że ojciec Stefan Miecznikowski prosi o kontakt. Przyniósł go jeden ze współpracowników Ojca, poczty się do tego celu nie używało. W czasie pierwszej rozmowy Ojciec pytał mnie i męża o rzeczy przyziemne: co robimy, z czego żyjemy. Wiem, że tak samo wyglądały rozmowy z innymi internowanymi. Wielu z nich przedtem Ojca nawet nie  znało. Dziś czasem myślę, że choć stan wojenny zabrał mi tak wiele, to dał niepowtarzalnie więcej – możliwość współpracy z ojcem Stefanem. Gdy odsunięci od zawodu dziennikarze zaczęli się odnajdywać i spotykać, jako grupa umówiliśmy się z ojcem Miecznikowskim. Mam dla niego ogromny szacunek, że nie proponował nam jałmużny, ale pomoc w choćby szczątkowym uprawianiu zawodu. – Może ktoś chce napisać jakaś książkę? Postaram się znaleźć na to pieniądze – mówił. Nie pytał, skąd kto przychodzi, nie interesował go udział we Mszy świętej. Zresztą – na msze za Ojczyznę chodzili wszyscy, bo w tamtych czasach dawały ludziom to, co najważniejsze: nadzieję, miłość i wolność. Nasza oferta pomocy Ośrodkowi była początkowo mało specyzowana. Dopiero w czasie wizyty w Warszawie, koledzy ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich natchnęli mnie pomysłem uruchomienia wieczorów dyskusyjnych. Ta koncepcja bardzo się Ojcu spodobała.
Spotkania środowe zaczęły się dopiero 23 lutego 1983 roku. Aż roku było trzeba, by wypracować ich formułę i dotrzeć do interesujących ludzi. Pierwszym gościem był ksiądz Józef Tischner. Potem spotkali się z łodzianami: Tadeusz Mazowiecki, Józefa Hennelowa, Marcin Król, Stefan Bratkowski, Jan Strzelecki, Andrzej Wajda, Jan Józef Szczepański, Stanisław Broniewski „Orsza“, Ija Lazari-Pawłowska, Jacek Fedorowicz, Klemens Szaniawski, Zofia Kuratowska, Jerzy Turowicz i wielu, wielu innych. Niemal wszystkie wieczory były rejestrowane na taśmie magnetofonowej, potem bezimienni wolontariusze spisy-wali je i przygotowywali do druku. To była ogromna praca. Udało się wydać cztery zeszyty.
Środowe wieczory dyskusyjne ojciec Stefan zapowiadał w niedzielnych Mszach za Ojczyznę, nadawał im rangę wydarzenia. Były nim, jako obieg niezależnej myśli w każdej dziedzinie – od polityki po kulturę. Frekwencja była od początku nieprawdopodobna. Na Tischnerze mimo mrozu, ludzie stali nawet na dzie-dzińcu, bo nie mieścili się w sali. Ojciec nigdy nie cenzurował listy zaproszonych osób. Decydowała ranga człowieka i jego prawość. No i możliwość z nim kontaktu, co na początku było bardzo ważne.
Spotkania odbywały się co drugą środę, Ojciec zawsze starał się w nich uczestniczyć. Był gwarantem spokoju, samą swoją obecnością i powagą likwidował zalążki prowokacji. A z tym trzeba się było liczyć. Spotkania były pod baczną obserwacją SB, to się wyczuwało nawet w stawianych czasem czysto ubeckich pytaniach. Martwił się zawsze o swoich gości: żeby im się nic nie stało, żeby ich nie zamknięto w drodze do Łodzi, żeby mieli czym dojechać i żeby nie wyruszyli w podróż głodni. Każdego żegnał kolacją, zawsze pełnił wówczas honory domu, choć wilekroć był bardzo zmęczony. – To dla mnie przyjemność – twierdził.
Gładko opowiada się teraz o tych czasach, ale działalność ojca Miecznikowskiego była wówczas czymś wyjątkowym. Kościół przy ul.Sienkiewicza był z punktu widzenia władz stanu wojennego ulokowanym w środku miasta, gniazdem szerszeni. Wszystko kwalifikowało Ośrodek do pacyfikacji przez ZOMO: treści tam przekazywane, toczone dyskusje, goście i uczestnicy spotkań. Ale przejście przez bramę Kościoła dawało nam poczucie, że jesteśmy już poza zasięgiem ZOMO.
Ojciec Miecznikowski umożliwiał odbywanie zebrań różnym środowiskom. Cokolwiek się działo, działo się z jego udziałem. Umiał skupiać wokół siebie ludzi, którzy ciężko dla innych pracowali. Najczęściej anonimowo, nieefektownie. On sam nie miał w sobie odrobiny wyniosłości. Gdy trzeba było, nosił paczki, łapał talerze i sprzątał ze stołu. To innych także zobowiązywało.
Nigdy się nie dawał wmanewrować w politykę, choć w niej chcąc nie chcąc siedział. Nie osądzał ludzi, którzy dokonywali innych niż on wyborów. Wszystkich traktował jednakowo. W tym jest jego wielkość. Pod koniec lat 80., kiedy ojciec Stefan zdecydował sę wyjechać z Łodzi, wszystkie współpracujące z Ojcem środowiska ofiarowały mu ornat. Bardzo się martwiliśmy, czy go kiedykolwiek założy. Znając Ojca można było mieć obawy, że odda go komuś, jego zdaniem, bardziej potrzebującemu.

Wojciech Grochowalski, właściciel firmy Papier-Service, współwydawca „Kazań stanu wojennego“.
Nie działałem z ojciem Miecznikowskim ani nie znałem go towarzysko. Ale w czasach stanu wojennego byłem stałym uczestnikiem Mszy za Ojczyznę, które co tydzień ojciec Stefan odprawiał w Kościele oo.Jezuitów. Choć z akademika miałem bliżej do innych kościołów, wolałem jechać przez całe miasto, by być właśnie tam. Podobnie robiło wielu moich kolegów. Chodziłem także na środowe Wieczory Dyskusyjne. To były niezapomniane spotkania. Nie tylko dlatego, że przyjeżdżali interesujący ludzi. Również i z tego powodu, że u jezuitów spotykała się „cała Łódź“, którą jednoczył Ojciec. Wszystkich przyciągała charyzma Ojca i jego dobroć. Chciał doglądnąć każdej dobrej sprawy. Cotygodniowe kazania Ojca były odważne, uczciwe, dla wszystkich zrozumiałe. Dlatego bardzo mądra była podjęta w 1992 roku decyzja Zarządu Miasta, by „Kazania stanu wojennego“ wydać drukiem. Jestem szczęśliwy i dumny, że mogłem w tym przedsięwzięciu uczestniczyć.

Janusz Tomaszewski, przewodniczący Zarządu Regionu NSZZ „Solidarność“ i wiceprzewodniczący Komisji Krajowej.
Ojciec Stefan jest symbolem łódzkiej „Solidarności“. Zawsze, gdy występowała w niej różnica zdań, próbował doprowadzić do kompromisu. Był doskonałym mediatorem, często łagodził konflikty. Kiedy po dłuższej przerwie powrócił do Łodzi, pierwsze kroki skierował do Zarządu Regionu. Znowu zadeklarował chęć współpracy. Pamiętając o jego zasługach dla Związku, łódzka „Solidarność“, jako pierwsza w kraju zgłosiła wniosek o nadanie ojcu Stefanowi Miecznikowskiemu tytułu Honorowego Członka „Solidarności“.     
Przygotowali: Maria Sondej i Jacek Walczak

  
„RADIO ŁÓDŹ „ 
Wywiad z o.Stefanem MIECZNIKOWSKIM SJ
Przeprowadzony w grudniu 1996r.
/fragment/

Truck I /Taśma I […].
DZIENNIKARZ:– Od pewnego czasu mieszka i pracuje w Łodzi ojciec Stefan Miecznikowski. Wrócił ojciec do Łodzi po kilku latach nieobecności.
O.STEFAN MIECZNIKOWSKI:– Po pięciu latach. W  1989 roku  zakończyłem moje posługiwanie w Łodzi, ponieważ zbliżały się nowe czasy, to było widać już z pierwszych doświadczeń, tego nowego zdawałoby się okresu.
DZIENNIKARZ:– Podróżował ojciec po krajach Europy Wschodniej, po krajach sąsiadujących z Polską.
O.STEFAN MIECZNIKOWSKI:– Mogłem tam pojechać, gdzie mnie zawsze ciągnęło, na wschód, do naszych współbraci sąsiadów. I byłem zarówno na wileńszczyźnie, na Litwie jak i na Białorusi. A później nawet i sięgnąłem do Ukrainy. W ślad za moimi wychowankami, których starałem się przekonać i uwrażliwić na potrzeby naszych braci ze wschodu, bo jednak stosunkowo dużo mamy powołań i dużo zapału do pracy misyjnej. Chciałem, żeby oni się na te możliwości otworzyli. Przyjmują nas bardzo serdecznie, nawet jeśli chodzi o władze, to odczuwa się życzliwość i otwartość dla działalności duszpasterskiej kapłanów. Wiele kościołów było albo zburzonych, albo zamkniętych, albo przemienionych na inne gmachy i ośrodki. Jednakże ludzie z ogromnym zapałem z dużym wkładem swoich skromnych oszczędności jeśli je mają, robią wszystko, żeby kościoły mogły być otwarte. Dlatego na tamtych terenach, jest w tej chwili duży ruch budowlany, dotyczących obiektów sakralnych.
DZIENNIKARZ:– Dużo jest tam naszych rodaków.
O.STEFAN MIECZNIKOWSKI:– To zależy gdzie. Są pewne ośrodki, gdzie jest ich dużo, gdzie stanowią nawet większość. Tak jest w pewnych rejonach na wileńszczyźnie, na Litwie, tak jest również na Ukrainie, są pewne takie ośrodki, gdzie duże populacje Polaków są i tam właśnie są ośrodki duszpasterskie, bo głównie chodzi o oparcie się przynajmniej, jeśli nie o całkowite oparcie się o ludność polską, ale  przynajmniej o tych kapłanów Polaków, którzy tam pracują i o tych Polaków, którzy tam korzystają z posługi duszpasterskiej. Oni właściwie cały czas czekali na to, żeby ta Polska wróciła. No, wiemy, że zamiary Opatrzności są inne, ale na pewno oni tam spełniają rolę pewnego rodzaju zaczynu życia religijnego, bo tam gdzie były większe wspólnoty Polaków, tam wyczuwało się, że również i inni ludzie są otwarci na działalność duszpasterską kościoła. Polacy zawsze byli dynamiczni jeśli chodzi o sprawy religijne, zwłaszcza poza krajem, dlatego w tej chwili stanowią tam pewną forpocztę odrodzenia religijnego. Idziemy do braci, żeby ich wspomóc, bo oni wiele musieli przecierpieć, musieli wiele z siebie dać, żeby wytrwać przy wierze katolickiej i równocześnie to było dla nich podtrzymanie ich związku z Polską.
DZIENNIKARZ:– Ojciec zaplanował tutaj w Łodzi spotkanie tych, którzy mieszkają za naszą wschodnią granicą.
O.STEFAN MIECZNIKOWSKI:– Moim zadaniem jest zbliżać ludzi do siebie, jakby wyciszać konflikty, szukać tego co nas łączy, szukać porozumienia i pojednania, żeby dać pewnego rodzaju impuls do takich międzynarodowych i zarazem miedzywyznaniowych dyskusji, oczywiście w atmosferze jak największego pojednania, porozumienia i zrozumienia dla drugich. Myślę, że to będzie jakaś lekcja i jakiś teren ćwiczebny dla nas, mieszkańców Łodzi, gdzie niestety z jednością, zgodą i porozumieniem nie jest najlepiej.

Truck II /Taśma II
DZIENNIKARZ: – STUDIO REPORTAŻU I DOKUMENTU „RADIA ŁÓDZ“.
JANUSZ KENIC:– Powiedziałbym o nim, że jest człowiekiem wiary. Dla niego, po prostu, życie ewangelią jest życiem na co dzień. On rzeczywiście jest świadkiem w naszych czasach, to jest rzecz niespotykana, ponieważ takich ludzi bardzo rzadko się spotyka i ja myślę generalnie, że tacy ludzie nie są zauważani, dlatego że, no to są ludzie, których można określić szalencami bożymi, prawda? A my w większości do tego modelu nie dorastamy. Dlatego wydaje nam się, takie postępowanie jakimś dziwadztwem. Natomiast w przypadku ojca, tak się złożyło, że wielu ludzi mogło doświadczyć tej jego działalności poprzez wiarę osobiście na sobie. I to spowodowało, że ojciec jest wyjątkiem  który potwierdza regułę.
DZIENNIKARZ:– „Smak dawania“. Audycja Alicji JUŚKIEWICZ.
ALICJA JUŚKIEWICZ:– Nie łatwo mówić o kimś takim. Usłużna pamięć podsuwa wprawdzie obrazy z dawnych rajdów, obozów, wędrówek, przypomina studenckie rekolekcje na które jako duszpasterz nas zapraszał. Może komuś przypomni się w tym miejscu pomoc jakiej w stanie wojennym od ojca Stefana doświadczył lub pasjonujący odczyt w duszpasterstwie zorganizowany. Ale to ciągle za mało, by obraz mógł być pełny. Niech więc wybaczą mi wszyscy spodziewający się charakterystyki niezwykłego jezuity. Charakterystyki nie będzie, raczej okruchy przeżyć i doświadczeń ludzi, których los zetknął z ojcem Stefanem Miecznikowskim. Uzupełnione zwierzeniami jego samego, zarejestrowanymi w zaciszu zakonnego refektarza.
O.STEFAN MIECZNIKOWSKI:– Już trzeci raz