Pracując na Wybrzeżu, od 1989r [o. Stefan Miecznikowski], nie zerwał z Łodzią całkowicie. W Gdyni odwiedzali go przyjaciele. Niekiedy, jak za dawnych lat, wygłasza w Łodzi kazania. Często zapowiadała je lokalna telewizja TVP, którą kierowali kolejno dawni opozycjoniści, Marek Markiewicz i Tomasz Filipczak. Trudno jednak było nie zauważyć, że coraz mniej osób przychodziło słuchać jego kazań. W sierpniu 1990r. spotkał go afront – nikt nie zaprosił go na jubileusz 10-lecia łódzkiej „Solidarności”, choć bawił on w tym czasie w Łodzi.
„To nie była intryga, po prostu ktoś o nim zapomniał. Wtedy mnożyło się co kwartał tylu bohaterów, że w tym tłumie ojciec Miecznikowski zniknął” – wspomina Marek Markiewicz. Jadwiga Wileńska z Łódzkiego Ośrodka telewizyjnego nakręciła wtedy film, w którym zakonnik przemawiał z ambony do pustego kościoła.[…](349)
1.
O. Stefan Miecznikowski zmarł 27 grudnia 2004 r, o godz. 20:00 – w szpitalu Miejskim w Gdyni [do Łodzi wiadomość o Jego śmierci dotarła późnym wieczorem].
1/ 29 grudnia 2004 r. [środa] – uroczystości pogrzebowe odbyły się w Łodzi w Kościele oo. Jezuitów. Mszę św. o godz.19:30 celebrował Ks. Bp. Ireneusz Pękalski, kazanie głosił Ks. Infułat Bogdan Dziwosz. O godz. 24:00 Mszę św. celebrował Ks. Bp. Adam Lepa, kazanie głosił o. Wojciech Skórewicz SJ.
2/ 30 grudnia 2004r[czwartek] – Msza św. o godz.12,00 – przewodniczył Ks. Abp. Władysław Ziółek Metropolita Łódzki, kazanie głosił o. Socjusz Jan Bartlewicz SJ. O godz.14:00 kondukt pogrzebowy przeszedł od bramy cmentarza Łódź-Doły przy ul. Smutnej 9, do grobowca o.o. Jezuitów.
KALENDARIUM
25.08.1921 – Stefan Miecznikowski przychodzi na świat w Warszawie
1934 – wstępuje do ZHP
28.09.1940 – wstępuje do Seminarium o.o. Jezuitów w Starej Wsi [obecnie woj. podkarpackie]
1940-1942 – nowicjat i pierwsze śluby zakonne
24-28.05.1943 – konspiracyjny egzamin maturalny
1943-1946 – studia filozoficzne w Nowym Sączu
1945 – uzyskuje stopień podharcmistrza na kursie w Zakopanem
1947-1949 – uczestniczy w letniej akcji pomocy dla głodujących dzieci w św.Lipce
1947-1951 – studia teologiczne w Starej Wsi i Krakowie
w 1950r – święcenia kapłańskie
1951 – socjusz nowicjatu w kolegium w Kaliszu
1951-1953 – trzecia probacja w Czechowicach
1953-1957 – praca w duszpasterstwie akademickim na KUL w Lublinie
1957-1960 – studia teologiczne w „Gregorianum“ w Rzymie
w 1958 – czwarte ślubowanie zakonne
1960 – obrona pracy doktorskiej
1960-1967 – prefekt kleryków z Wydziału Teologicznego „Bobolanum“ w Warszawie
1967-1970 – duszpasterz akademicki w Łodzi
1970-1978 – magister nowicjatu w Kaliszu, a od 1971 rektor kolegium
w dniach: 01.12.1974-07.03.1975 – udział w kongregacji o.o.Jezuitów w Rzymie
1978-1989 – duszpasterz akademicki w Łodzi, duszpasterz rodzin i środowisk twórczych. Założyciel
Ośrodka Pomocy dla Uwięzionych, Internowanych i Ich Rodzin
w latach 1984-1988 – superior domu zakonnego i parafii
1989-1991 – instruktor w domu probacyjnym w Gdyni
1992 – instruktor III probacji we Wrocławiu
1993-1994 – instruktor III probacji w Jastrzębiej Górze
1994-2002 – powrót do domu zakonnego w Łodzi
1999 – stopień harcmistrza
2000 – jubileusz 50-lecia święceń kapłańskich i 60-ta rocznica wstąpienia do Zakonu o.o. Jezuitów
23.11.2001 – udar mózgu
2002-2004 – rekonwalescencja w domu o.o. Jezuitów w Gdyni
27.12.2004 – umiera w Gdyni
BARBARA GRUCHAŁA-GRUSZCZYŃSKA (2).
—–
– Kim był dla pani o.Miecznikowski?
Określenie „wielkim człowiekiem“ jest bardzo adekwatne, ale tam można powiedzieć o wielu ludziach. Myśląc o o. Miecznikowskim posłużyłabym się stwierdzeniem, zaczerpniętym z języka polityki. Mówi się, że polityków jest wielu, ale mężów stanu niestety niewielu. Tak jest w przypadku o. Miecznikowskiego. Wielkich ludzi jest wielu, ale tacy jak On zdarzają się niezwykle rzadko. Dla mnie, jest to wielki zaszczyt i dar opatrzności, że na mojej drodze spotkałam takiego człowieka. Ojciec jest niewielkiego wzrostu, ale serce i umysł ma nietuzinkowy. Bardzo ufny (w tym dobrym znaczeniu) w stosunku do wszystkich, boleśnie przeżywał, jeśli się na kimś zawiódł. Jednak i wtedy tłumaczył, że każdy człowiek ma prawo do upadku. Każdego, kogo poznawał, obdarowywał niesamowitym kredytem zaufania i od tego człowieka już zależało, czy potrafił ten kredyt wykorzystać, czy po czasie okazywał się mierny. Ojciec nigdy nie zwracał uwagi, skąd kto przychodzi. Z lewa, czy z prawa, czy jest wierzący, czy też nie. Dla Niego zawsze najważniejszy jest człowiek. Człowiek konkretny, postawiony przed Nim. „ A ja – mówił Ojciec – jestem od tego, żeby mu pomóc“.
Taka była jego żelazna zasada i postawa wobec innych. To spowodowało, że Ojciec potrafił zbudować jedność w różnorodności. Nie ulega wątpliwości, że zwornikiem tej jedności był sam Ojciec. Trzeba dokonać nie lada sztuki, aby tę jedność zbudować. Niewielu coś takiego się udaje. Myślę, że sytuacja, w jakiej się wtedy znaleźliśmy, Ośrodek, Kościół, plac wokół Kościoła ogrodzony murami, to wszystko stanowiło swego rodzaju enklawę. Po przekroczeniu tego płotu, bramy, człowiek znajdował się w innej rzeczywistości. Myślę, że to nie tylko moje odczucie. Wielu z nas tak czuło. Wtedy ludzie byli dla siebie bardzo serdeczni, bardzo wyrozumiali, bardzo rozumiejący. Odczuwaliśmy wspólnotę serc i pewnych wartości.
Ojciec zawsze był przede wszystkim kapłanem, co wielokrotnie podkreślał. Swoją misję kapłańską pełnił, nie mówiąc zbyt wiele o Bogu. Świadczył o Nim całym swoim życiem, każdym czynem. Może dlatego, tak wiele było nawróceń. Choć Ojciec nie naciskał, potrafił wskazać właściwą drogę. Ojciec o Bogu świadczył całym sobą, swoją codziennością i pracą. Ojciec wierzył, że sytuacja w kraju musi się zmienić, że to zło, które się szerzy i panoszy, musi mieć swój kres. Oczywiście, nie mógł określić tego w czasie.
Jednocześnie głęboko wierzył w to, co robił. Wierzył, że kiedyś nastąpią inne, lepsze czasy. Czasy wolności, gdzie nie będzie potrzeby tej jednej enklawy, że będziemy mogli wreszcie mówić wszędzie to, co myślimy.
– Kiedy poraz pierwszy spotkała pani Ojca?
– Pierwsze spotkanie z Ojcem miało dla mnie bardzo osobisty charakter – pamiętam jak dziś. Pracowałam wtedy w Biurze Prasowym Zarządu Regionu „Solidarności“. 12 maja 1981r., podczas Mszy świętej u Jezuitów, odprawianej w intencji marszałka Józefa Piłsudskiego, słuchałam kazania o.Miecznikowskiego. Pięknie mówił o roli, jaką odegrał Piłsudski, o ideach, które głosił, m.in. O idei wolności. Kazanie Ojca wywołało euforię. Żyliśmy wtedy wielką nadzieją, że rok 1981 przyniesie pozytywne zmiany. Pamiętam, że odczuwałam wówczas pragnienie, żeby ten ksiądz uścisnął moją dłoń. Po Mszy św. jednak wszyscy się rozeszliśmy. Potem wiele razy jeszcze słyszałam o Ojcu m.in. w duszpasterstwie akademickim, do którego uczęszczałam. Dużo się wówczas mówiło o Ojcu w mieście. Jednak poznałam Go, dopiero w stanie wojennym. A kiedy nastał stan wojenny, kolega zaproponował mi współpracę w podziemiu. Z uwagi na to, że pracowałam wcześniej w biurze prasowym, istniało niebezpieczeństwo, że służby bezpieczeństwa mogą wykorzystać mnie do wykrycia całej działalności. Wolałam działać oficialnie. Po kilku dniach zostałam zaproszona na spotkanie z o.Miecznikowskim w Ośrodku. Tam, bez większych ceregieli dowiedziałam się, po co mnie zaproszono. Byłam zaskoczona, że Ojciec był wobec mnie tak ufny. Opowiadał, jak dużo ma pracy i zaproponował, żebym Mu pomogła. Tak się zaczęła nasza współpraca.
Moja współpraca z Ojcem układała się świetnie, zawsze bardzo dobrze się rozumieliśmy. Nie było żadnych zgrzytów. Znałam doskonale harmonogram dnia Ojca, chociaż było to bardzo trudne, bo Ojciec był nieprzewidywalny. Często zdarzały się sytuacje, które zmieniały wszystkie plany. Zawsze jednak starałam się pomóc Ojcu. Spotykaliśmy się w miarę potrzeby rano i ustalaliśmy jakiś harmonogram (oprócz prac podstawowych, wchodziły w grę prace dodatkowe). Ojciec bardzo dużo podróżował, szczególnie na początku, kiedy starał się odwiedzać wszystkie miejsca, gdzie przebywali łodzianie (internaty, więzienia). Dlatego często jednej nocy jechał na widzenie, aby rano być na miejscu, a drugiej nocy wracał. Chciał być z nimi choć przez chwilę, ale i to nie zawsze się udawało. W dzień pracował, bo ludzie wciąż przychodzili, pytając o najbliższych. Ojciec niewiele spał. Jego postawa budziła nasz podziw. Jego ponad ludzka wytrzymałość była zastanawiająca. Jednak sytuacja zmuszała do takiego trybu życia. Wiedział, że jest potrzebny i musi pewne rzeczy załatwić.
Ojcu zdarzały się przygody, które przyjaciele do dziś wspominają z rozrzewnieniem. Pewnego razu zostawił sutannę na półce w pociągu. Na stacji szybko wysiadł, zapomniał o bagażu i sutanna pojechała dalej. Innym razem w dowód wdzięczności za gościnność górali, postanowił podarować tamtejszemu księdzu swój podróżny ornat. Dla nas to był sygnał, żeby kupić Ojcu nowy ornat, bo w podróży zawsze odprawiał Msze święte. Podczas kazania 13 grudnia, Ojciec bez wahania opowiedział się po właściwej stronie. Od razu stworzył też Ośrodek Pomocy. Nie chodzi jedynie o pomoc materialną, ale o Ośrodek trwania duchowego z którego emanowała myśl:- Nie dajmy się, bo tutaj w jedności jest nasza moc.
Myślę, że fakt, iż Ojciec już 13 grudnia podjął decyzję o niesieniu pomocy, miał ogromny wpływ na późniejszą działalność Ośrodka. Wówczas „Bezpieka“, była jeszcze bardzo zajęta, nie ustalono planu działania. Oczywiście niejednokrotnie chciano nas zniechęcić, wysyłano skargi na Ojca do Jego władz zwierzchnich, sugerowano, że w Łodzi Ojciec jest persona non grata. Chciano za wszelką cenę usunąć Ojca z Łodzi. Również władze w pierwszym momencie nie doceniły działalności Ojca, posądzając Go o brak determinacji. Ojciec natomiast, już wtedy zorganizował pomoc dla ludzi uwięzionych i ich rodzin. Dzięki temu do poszkodowanych szybko docierały informacje, listy, paczki. Dodawało rodzinom otuchy to, że ktoś z nimi jest, pomaga. Ojciec pocieszał uwięzionych i uspakajał, że ich rodziny są zabezpieczone. To miało ogromne znaczenie. Takie wsparcie duchowe, było bardzo ważne. Po jakimś czasie, zorganizowano spotkania środowe, które przyciągały niesamowite tłumy. Ludzie przychodzili przede wszystkim po pomoc duchową, nie materialną. To chyba było najważniejsze, bo finansowo pomagały również inne ośrodki. Jednak tam, gdzie nie było tego duchowego wsparcia, ośrodki szybko ginęły.
O.Miecznikowski przyciągał wielu ludzi. W Łodzi Ośrodek Jezuitów był największy, bo zbudowany zaraz po pierwszym szoku. Wydarzenia 13 grudnia zadecydowały o wielkości pomocy, jaką mógł dać Ośrodek. Ojciec nigdy nie dzielił ludzi. Pomagał wszystkim, którzy byli w potrzebie. Zdarzali się tacy, którzy krytykowali poglądy czy pochodzenie potrzebujących, ale my staraliśmy się unikać tego typu rozmów. Nie sprzeciwialiśmy się, że Ojciec pomaga wszystkim, niezależnie od poglądów. Chodziło przecież o coś ważniejszego.
Gdyby pomoc otrzymywali tylko wybrani, Ośrodek szybko by upadł, bo to by podzieliło ludzi. Materialna pomoc, była oczywiście bardzo ważna, pozwalała przetrwać, ale najważniejsze były kazania Ojca, wygłaszane w czasie stanu wojennego w każdą niedzielę. One dawały nadzieję. Zdarzało się, że ludzie przychodzili posłuchać tylko kazania. Nawet ci, którzy byli daleko od Kościoła, a tylko słyszeli o Ojcu, odbierali Go bardzo pozytywne. Uważali, że spełnia ważną rolę. Ojciec bardzo przeżywał, gdy w więzieniach zdarzały się wypadki upodlenia ludzi. Najbardziej zabolał Go incydent w Kwidzynie, który miał miejsce chyba na początku sierpnia 1982 roku. To prawdopodobnie była prowokacja. Ktoś podpalił mate-rac i to dało powód, aby wszystkich internowanych wyciągnąć na dziedziniec więzienia i przeprawić przez ścieżkę zdrowia. Ojciec od razu tam pojechał. Potem opowiedział o wszystkim podczas Mszy świętej. To bardzo zdenerwowało władze. Wtedy napisano do Prowincjała, że Ojciec jest persona non grata. Mimo to, Ojca nie usunięto z Łodzi. […]. Powinność kapłańska napędzała całą Jego działalność. Głęboka wiara była przyczyną Jego ogromnej siły. Działalność Ośrodka trwała do 1989r. Ludzie tracili pracę, więc pomoc miała trochę inny charakter. Okres najbardziej intensywnej pracy Ośrodka przypadł na czas, gdy było najwięcej uwięzionych. Po amnestii lipcowej w 1984 roku, kiedy wyszli m.in. Palka, Kropiwnicki, Słowik, pomoc zaczęła przybierać również inne formy.
Cały czas byłam przy Ojcu i z Ojcem. Starałam się pomagać. Trzeba było przecież myśleć o różnych formach pomocy. Po pierwsze, była to pomoc materialna, w postaci paczek dla więźniów lub ich rodzin. Do rozwożenia paczek potrzeba było wiele osób. Należało tak rozpisać trasy, aby paczki dostarczyć szybko i sprawnie, nie tracąc przy tym zbyt wiele benzyny, która była na kartki. Staraliśmy się dobierać osoby odpowiedzialne i taktowne. Paczkę należało przekazać dyskretnie, delikatnie, żeby nikogo nie urazić. Często rodziny aresztowanych nie zgłaszały się do nas. Bały się, sądząc, że będzie to źle odebrane, jeśli przyjdą po pomoc. Niektórzy jeszcze nie wiedzieli, że mogą u nas szukać pomocy. Nam zależało na tym, aby do wszystkich poszkodowanych dotarła wiadomość, że mogą na nas liczyć.
Delikatnie i rzeczowo potrafiła rozmawiać z rodzinami pani Zofia Czołczyńska. Jeździła z mężem Mirkiem do domów aresztowanych, proponowała pomoc, zapraszała do Ojca i do Ośrodka. Kiedy było wielu uwięzionych i internowanych, a z Zachodu pomocy jeszcze nie otrzymywaliśmy, pani Czołczyńska wytapiała smalec z tego, co harcerze dostarczyli ze wsi. Łącznie stopiła około tony smalcu. Kiedy robiliśmy paczki do więzienia, pakowaliśmy żywność w plastikowych pojemnikach. Chodziło o to, aby zapakować dużo i jednocześnie, żeby puszka czy słoik nie zwiększały ciężaru paczki. Początkowo waga nie mogła przekraczać kilograma.
Razem z darami z zagranicy przyjeżdżali do nas cudzoziemcy. Najwytrwalsi byli Niemcy i Włosi. Najczęściej pomagali ludzie skupieni wokół Kościoła i wartości chrześcijańskich. Władze na wszelkie możliwe sposoby próbowały utrudnić tę pomoc, np. celnicy kazali wypakować TIR-a, bo chcieli sprawdzić, czy darczyńcy nie przewożą czegoś niedozwolonego. Często na granicy transporty z darami stały 12. i więcej godzin. To było bardzo męczące. Cudzoziemcy, żeby zebrać dary u siebie w kraju, musieli zorganizować odpowiednie akcje, co wiązało się z dużym wysiłkiem. Pamiętam, że jeden z Włochów dostał od nas chustę, zrobioną przez więźniów w Hrubieszowie. Był tam napis „Solidarność“ i podpisy uwięzionych. Zabrał ją do Włoch i zrobił z tego pamiątki. Pieniądze ze sprzedaży chust, przeznaczono na nowe transporty. Fundusze pozyskiwano też podczas zbiórek w Kościołach ofiarodawcy z własnej kieszeni opłacali też transport do Polski. Później widziałam tych ludzi, kiedy byłam we Włoszech. To żadni bogacze, tylko normalni, przeciętni robotnicy. Na pewno, wielokrotnie pieniądze, darowane na pomoc, były niczym wdowi grosze.[…]
– Jak długo pani pomagała Ojcu w pracy w Ośrodku?
– Przez cztery lata byłam blisko związana z Ośrodkiem. Przychodziłam tu, dzień w dzień, nawet w niedzielę i święta. W Ośrodku robiłam wszystko. Nie tylko pomagałam, doradzałam Ojcu. Kiedy trzeba było robić paczki, to każdy, kto mógł, tym się zajmował. Ojciec sam nie był w stanie wszystkiego dopilnować, dojrzeć. Ja starałam się w tym pomóc.
– Jak według pani Ojciec jest odbierany dzisiaj? Czy jest znany w Łodzi?
– Łódź jest miastem specyficznym. Myślę, że w moim pokoleniu i wśród starszych Ojciec jest na pewno dobrze znany. Nazwisko Miecznikowski coś znaczy w Łodzi, bo niezależnie od poglądów władz, które rządziły miastem, liczyły się one z osobą Ojca. On jednak zawsze był przeciwny, aby Jego nazwisko było wykorzystywane do celów politycznych. Zawsze przekładał posługę kapłańską, nad wszystko inne. Niektórzy próbowali wciągnąć Go do polityki. Uważali, że jest wspaniałym rozjemcą. Jednak On nigdy nie wchodził w żadne struktury i nie opowiadał się po którejś ze stron. Ojciec zawsze mówił o pewnych wartościach. Gdyby je przyjmowano, wynikałaby z tego jedność. Rozłam nastąpił, poprzez różne postrzeganie drogi dojścia do wolności. W jakiś sposób rzutowała na to pewna niecierpliwość, złudzenie, że wszystko można uzyskać od razu. Nigdy tak się nie dzieje. Trzeba pewne rzeczy samemu wypracować. Wydaje mi się, że ten rozłam, który nastąpił po 1989r., miał podłoże psychologiczne. Przeważała opinia, że skoro wolność już mamy, to trzeba się obejrzeć za swoim. Tam gdzie jest fałsz, idea przestaje być najważniejsza. Nasz naród ma pomimo wszystko jakiś rdzeń. Różne zawirowania i nieodpowiednie wybory mają charakter krótkotrwały. Naród podąża strumieniem ku wolności. Wartości pozostają i z czasem biorą górę. Podobny etap przekształceń obserwowałam we Włoszech. Choć w tym kraju nie było tylu lat niewoli. Każdy z nas w pewnym momencie dostrzega, że to, co materialne, jest puste, nie daje satysfakcji.
Do Ojca postawy idealnie pasuje Hymn o miłości. Ojciec miał ogromną miłość ku człowiekowi. Często powtarzał, że gdyby nie miał miłości, byłby jak „miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący“. Kiedy patrzyłam na Ojca, pracując z Nim, zawsze przypominał mi się ten hymn.
Stan wojenny, generalnie rzecz biorąc, unaocznił stan więziennictwa i sposoby traktowania więźniów. „Solidarność“ walczyła o godność człowieka, również tego, który jest pozbawiony wolności. Dopiero aresztowania i wejście do więzień pokazały, że człowiek był tam zerem, nikim. Należał do najgorszej kategorii, z którą można było wszystko zrobić. Był traktowany przedmiotowo, nie jak podmiot. Stąd też, w Episkopacie powstała myśl, że musi powstać specjalne duszpasterstwo, a księża muszą wejść do więzień. Oczywiście władze komunistyczne nie chciały pozwolić, aby wprowadzić kapelanów do więzień. Teraz sytuacja wygląda zupełnie inaczej, działają duszpasterstwa. Próbuje się tym ludziom pomóc. Ale to właśnie stan wojenny zapoczątkował wprowadzenie księży do więzień.
– Czy przypomina sobie pani jakieś wypadki prowokacji w Ośrodku, wokół Ojca?
Takie wypadki na pewno miały miejsce. Kiedyś nieznany mężczyzna próbował mi zostawić bibułę. Powiedziałam mu, że nie czytam. Nie miałam pewności, że to nie prowokacja. Uważaliśmy, że robimy rzecz o wiele ważniejszą. Drukowaniem i rozprowadzaniem się nie zajmowaliśmy. Przestrzegaliśmy ściśle tej zasady. Oczywiście zdarzało się, że kolportowano „bibułę“ na dziedzińcu, po Mszy świętej, ale to już było poza Ośrodkiem i każdy brał to na własną odpowiedzialność. Ludziom zależało, aby się spotkać, spokojnie porozmawiać, to wiele dla nich znaczyło, bo niejednokrotnie na mieście było to niemożliwe. Prowokacje na pewno były, ale jakoś udało nam się uniknąć większych wypadków. Z Bożą pomocą udało się nam działać, bo niejednokrotnie po ludzku było to niemożliwe.
[…]. Pamiętam pewne imieniny Ojca. Różne delegacje składały życzenia. Lekarze, życząc Ojcu zdrowia, zapewniali, że zawsze może liczyć na ich pomoc. Szpital jest otwarty dla potrzebujących. To wszystko wynikało z dobroci serca. Ojciec okazywał wiele serca, bezinteresowności, nie było w Nim fałszu i dlatego ludzie odpowiadali tym samym. Ojciec potrafił w człowieku wyzwolić najlepsze pokłady, które w nim istniały. W każdym szukał dobrych cech. Każdego obdarzał kredytem zaufania. Ojciec zawsze brał ludzi takimi, jakimi powinni być, nie obrażał się. Dr Marek Edelman w rozmowie z Ojcem nigdy nie mówił ksiądz, tylko „proszę pana“. Ale Ojciec i to rozumiał, choć w Polsce jest przecież przyjęte, że do duchownego mówi się „proszę księdza“.
Będąc we wspólnocie, nie baliśmy się. Uważałam, że bojąc się, zakładamy sobie kajdanki. Nie ma czego się bać, bo inni ludzie obok wyczuwają strach. Możliwość przebywania i działania w Ośrodku bardzo mnie ubogaciła. Przez cztery lata przychodziłam do Ośrodka codziennie, także w niedzielę i święta. To była praca, która dawała radość i nadzieję. Nigdy nie odbierałam tego faktu jako czynu heroicznego. W pomoc zaangażowałam się już w latach 70. Praca w Ośrodku była konsekwencją tej postawy i wartości, do których dążyłam. Ośrodek działał dlatego, że wielu wolontariuszy myślało podobnie. Oczywiście, zwornikiem był o.Stefan, ale przede wszystkim ważne były te tłumy ludzi, przechodziły i starały się pomagać. Niejednokrotnie byli to anonimowi ludzie.(350)
Dr Maria DMOCHOWSKA(3).
Znałam o. Miecznikowskiego, bo przychodziłam do tego Kościoła na ul. Sienkiewicza, na jego sławne kazania. Nie byliśmy żadnymi bliskimi znajomymi, ale znaliśmy się, witaliśmy się, ponieważ byłam członkiem najpierw MKZ „Solidarności“, a potem Zarządu Regionu, gdzie przyjęłam funkcję przewodniczącej Sekcji Służby Zdrowia „Solidarność“, na Ziemię Łódzką, czyli Łódź, Tomaszów Maz., Piotrków Trybunalski. I to w moim rozumieniu nie skończyło się, kiedy byłam internowana, a potem po wyjściu z Gołdapi, przeszłam do podziemia. A wiedząc, że o. Miecznikowski założył Ośrodek Pomocy dla Internowanych, natychmiast się u niego zameldowałam i natychmiast zaczęliśmy razem pracować. Ponieważ Episkopat Polski zawiadamiał Ojca Świętego i Watykan, o stanie zdrowia internowanych i uwięzionych, wobec tego powiedziałam Ojcu, że będę badać wszystkie osoby, które wyszły z więzienia i z internowania, a przez to oceniać ich stan zdrowia, aby potem przesyłać te informacje do Episkopatu Polski. Ojciec Miecznikowski oczywiście wiedział, o tej akcji Episkopatu i bardzo się ucieszył, że będę to robić. Jestem pewna, że nie tylko ja jedna to robiłam, ale robiłam to w sposób scentralizowany.
Z uwagi na to, że w Szpitalu im. Kopernika [w Łodzi], byłam kierownikiem Przychodni Konsultacyjno-Hematologicznej, to po pacjentach zapisanych wcześniej, te uwolnione osoby przyjmowałam. W Przychodni patrzyli co ja robię, ale nikt na to jakoś nie reagował. Nawet, kiedy zostawałam w pracy godzinę dłużej lub więcej. Moje otoczenie, czyli moje pielęgniarki i rejestratorki wiedziały, że ja badam kogoś jeszcze dodatkowo, ale ja się tym specjalnie nie chwaliłam i nie kryłam. Praktycznie wszystkich internowanych, którzy wyszli na wolność przebadałam, porównałam ich stan zdrowia przed stanem wojennym i meldunek na ten temat złożyłam za pośrednictwem o. Miecznikowskiego do Episkopatu Polski. Osobą koordynującą była prof. Zofia Kuratowska w Warszawie, z którą byłam w kontakcie. Pisałam do tych tajnych „Wiadomości lekarskich“, jeździłam do niej, byłam na różnych zebraniach i odprawach niejawnych w Warszawie.
O. Miecznikowski wiedział, że ja koordynuję sprawy służby zdrowia i ode mnie się wiele rzeczy dowiadywał. A w jaki sposób internowani trafiali do mnie? Przez Ośrodek Pomocy o. Miecznikowskiego. Ta droga była wystarczająca, aby powiedzieć:- Idź do dr Dmochowskiej, przebadaj się. Ona może ci pomóc, jak jesteś chory. Albo któryś z internowanych powiedział: – Jurek mnie przysłał, a ja Jurka znałam.
Czasami telefonicznie uzgadniali przyjście, a czasami przychodzili niezapowiedziani. Nie musieli się specjalnie powoływać, ponieważ wszystkich znałam. Nie powiem, że to była elita, ale ludzie najbardziej aktywni w działalności łódzkiej „Solidarności“. Przez te kilkanaście miesięcy, wystarczająco się poznaliśmy, a potem z działalności w podziemiu. To nie było śpiewanie na całą ulicę. W sumie była to czynność zabroniona, ale z drugiej strony, za tą zabronioną czynność w tamtych czasach poza normalnymi szykanami które miałam, nie mogłam mieć większych. Lekarzy nie wyrzucali z pracy. Co innego, jak rzecz dotyczyła druku podziemnej prasy, czy rozrzucania ulotek, albo tajnego radia. To są zupełnie inne rzeczy i już od razu podlegało sprawom sądowym. Ale to, że lekarka przyjmuje swoich kolegów z działalności w „Solidarności“, to był minus dla mnie, ale to nie podlegało żadnym restrykcjom bezpośrednim. Miałam upoważnienie z Episkopatu Polski, żeby jechać do Braniewa z o. Miecznikowskim – do Słowika i Kropiwnickiego, a potem do Grzegorza Palki. Niestety, w tym czasie zachorował ciężko mój ojciec, i jak się potem okazało śmiertelnie. I wtedy wieczorem przed tym zaplanowanym wyjazdem, przyszłam do o. Miecznikowskiego na za klauzurę i powiedziałam, że nie pojadę, bo muszę natychmiast jechać do ojca do Warszawy. Ale byłam osobą, która miała z nim jeździć. Do dzisiaj przechowuję Upoważnienie łódzkiego Biskupa, do brania udziału razem z o. Miecznikowskim w tego rodzaju sprawach. On miał wielką ochotę jeździć ze mną, bo jestem lekarzem, a poza tym, należę do ludzi, że nawet jak się czegoś boję, to na prawdę nikt tego nie widzi. W piątek wróciłam z internowania, a w poniedziałek już przyjmowałam chorych w Szpitalu. Telefon miałam na podsłuchu na pewno. Wzywali mnie na ostrzegawcze rozmowy, raz poszłam i zagrozili mi, że tego samego dnia – bo jeszcze Gołdap istniał – tam mnie wywiozą. Ale nie wywieźli, tylko przetrzymali 8 godzin. A innego dnia, jak mnie wezwali to powiedziałam, że bez nakazu nie przyjdę. Muszę wiedzieć, w jakiej sprawie jestem wzywana, bo takie są przepisy.
– To przyjdziemy po panią. Odpowiedziałam: – Dobrze. Będą mieli rozrywkę moi pacjenci.
I liczyłam, że przyjdą po mnie, ale nie przyszli. Dawny Zarząd Sekcji Służby Zdrowia, mały krąg taki – spotykał się w różnych domach, w różnych okresach. Cały czas wymienialiśmy informacje.
Leki przychodziły do Łodzi transportem samochodowym i do leków były dołączone – takie świetne, wspaniałe grube książki, które były encyklopediami leków. Nie pamiętam nazwy – w tej chwili takie same książki pod nazwą „Pharmindex“ wychodzą w Polsce – a wtedy po raz pierwszy te powiedzmy „Pharmindexy“, zobaczyliśmy:- angielskie, francuskie czy też inne. I my wszyscy jeśli chodzi o farmakologię, bardzo się z tego nauczyliśmy, bo w Polsce przecież był ograniczony zasób leków, a tu nagle zaczęły przy-chodzić wszystkie światowe leki. Jako lekarze, czy farmaceuci, znaliśmy grupy leków. Nie było takiej grupy, którą my byśmy jako wykształceni ludzie nie znali, ale nie mieliśmy do czynienia z konkretnymi lekami o konkretnych nazwach i poraz pierwszy dostaliśmy je do ręki. Niesłychanie rozszerzył się w nas choryzont farmakologiczny. Niesłychanie. I te firmy farmaceutyczne, które nam leki przysyłały, miały taki pożytek, że przysyłały leki na pół roku ich ważności, ale jeszcze ważne. Przysyłali leki, których nie mogli sprzedać i mogli odpisać od podatku. Przecież była to akcja, którą popierały wszystkie cywilizowane kraje świata. Poza tym, jest to ogromna reklama, bo jak się skończyły transporty leków, to ani lekarze ani pacjenci nie odpuścili, bo już wiedzieli, że takie leki są na świecie, że one bardzo pomagają i trzeba ich żądać. To bardzo ciekawe zjawisko. Przesyłane charytatywnie leki, skończyły naszą żelazną kurtynę lekową. My już żądaliśmy, my już chcieliśmy, my już się znaliśmy. Jak powtarzam, myśmy się masę rzeczy nauczyli, masę rzeczy. Widzieliśmy leki, jakich w życiu nie widzieliśmy i potem takie żądaliśmy, takie chcieliśmy. Polska ich nie produkowała, to trzeba ich było sprowadzić.
*
Do mnie też docierały zebrane pieniądze z Politechniki, lub z innych miejsc, ponieważ byłam działaczem podziemnym-związkowym. I te pieniądze dostarczałam, a o. Miecznikowski opowiadał mi o wizytach w więzieniach. Co środę odbywały się wykłady Środowisk Twórczych [w Sali Teatralnej], i tam można było wejść do bocznego pokoju. Ten hałas robił to, że można było omawiać różne rzeczy niejawne. Może o tym i ubecy miejscowi widzieli, ale nam się wydawało, że nie było łatwo nas nakryć na robocie, w czasie tych śród. A więc te środy dla tajnych struktur „Solidarności“, były bardzo wygodne. Ojciec pytał się o różne sprawy, nawet jak katechezy dla małżeństw robił, to wyznał, że poszedł do Klasztoru mając 16 lat i o tych wszystkich sprawach męsko – damskich nic nie wie, a ponieważ ma do mnie zaufanie to kiedyś bardzo szczerze na te tematy rozmawialiśmy. Rozmawialiśmy o polityce, o uwięzionych kolegach i niełatwej sytuacji tego żrącego się, kłócącego się Związku w Łodzi. Właściwie o wszystkim, co interesowało Ojca. Może nieskromnie powiem, ale Ojciec w jakimś stopniu, prawdopodobnie ograniczonym, uznawał mnie za partnera intelektualnego do rozmów.(351)
Łódź, 18.01.2006r
/„Varia“ z książki „Ojciec Stefan SJ“- Małgorzaty Golickiej-Jabłońskiej/
W harcerskim gronie.
[…].
Jak zaczęła się współpraca harcerzy z kościołem na Sienkiewicza?
Jerzy Miecznikowski: Przedwojenne harcerstwo miało swoich kapelanów, drużyny miały kontakt z księżmi, którzy wskazywali duchowy kierunek wychowania młodzieży. Dla nas, starszych harcerzy, współpraca z duszpasterzem była czymś normalnym. Prezesem środowiska Szarych Szeregów w Łodzi był druh Jan Mędrzak. Razem poszliśmy do o.Miecznikowskiego z prośbą, by został naszym kapelanem. Wiedzieliśmy, że był harcerzem. Ojciec oczywiście się zgodził.
Na czym polegała posługa kapłańska o.Stefana Miecznikowskiego?
Jerzy Miecznikowski: Ojciec odprawiał msze harcerskie, podczas których adresował homilie do nas. Wiedział, do kogo mówił i co powinien powiedzieć: homilie traktowały o prawie harcerskim, o zwyczajach, obrzędach, o harcerskim prawie. Ze słów o. Miecznikowskiego emanowała wielka dobroć, potrafił porwać i zainteresować. Na naszych mszach w kaplicy św. Krzysztofa obecny zawsze obraz harcerskiej Matki Boskiej, który po mszy odnoszono do jego pokoju, on był strażnikiem obrazu. Potem postanowiono podarować ten obraz Ojcu Świętemu podczas mszy na Lublinku, ale obraz wrócił do nas, bo Ojciec Święty nie mógł zabierać tyle prezentów. O. Miecznikowski przestał być kapelanem, kiedy został superiorem parafii, przekazując obowiązki kapelana o. Jackowi Pleskaczyńskiemu.
Czy harcerze zostali zaangażowani do pomocy w Ośrodku dla Internowanych.
Jerzy Miecznikowski: Harcerze wykonywali dla Ośrodka różne zadania.
Marek Ważbiński: Robiliśmy to, co mieliśmy zlecone. Dostawaliśmy np.polecenie od druha, aby jechać do Białej pod Zgierzem i omijając kontrole, przenieść do jakiegoś proboszcza pół świniaka bądź inne zaopatrzenie dla Ośrodka. W te plecaki ładowaliśmy peklowaną żywność, konserwy i zanosiliśmy na Sienkiewicza. Niejednokrotnie trzeba było później przenieść to do rodzin. Na początku stanu wojennego chodziliśmy po mieście, spisując tych, którzy zostali internowani. Z początku mieliśmy sporo pracy, później nieco mniej, bo Ośrodek wypracował już inne metody, polepszyła się organizacja.
Tomasz Szabelski: Pilnowaliśmy również kwiatów przy krzyżu z fotografią księdza Popiełuszki. W budynku na ul.Sienkiewicza, naprzeciwko Kościoła było stanowisko obserwacyjne SB. Ilekroć składano większą ilość kwiatów pod krzyżem, wkrótce one ginęły, więc harcerze pilnowali. Największym wydarzeniem była dla nas możliwość uczestniczenia we Mszy świętej w mundurach, co wówczas było ewenementem. Na obozach harcerskich nie można było wtedy chodzić do Kościoła. Wzbudzaliśmy wielką sensację, idąc w mundurach, całymi drużynami, na Mszę do Jezuitów. To było dla nas bardzo ważne, że możemy służyć do Mszy, śpiewać harcerskie pieśni i modlitwy. To nas wyróżniało spośród tłumu innych harcerzy, bo każda Szkoła miała zazwyczaj drużynę męską, żeńską i zuchową. Ale takie środowiska jak nasze były nieliczne. Podczas ingresu biskupa [Władysława] Ziółka, asystowaliśmy w mundurach, co wywoływało burzę skarg, telefonów oraz indagacje w hufcu i w Szkole pytaniami, co my tam robiliśmy. Nie byliśmy prześladowani, ale zdarzały się sytuacje nieprzyjemne, np. komenda hufca uniemożliwiła nam wyjazd na obóz w składzie, który proponowaliśmy. Kiedy drużyna włoskich skautów zaprosiła nas do prowadzonego przez nich Domu Dziecka pod Florencją, wszystkim nam odmówiono wydania paszportów.
Jakie jeszcze były kontakty harcerzy z o.Miecznikowskim?
Tomasz Szabelski: Ojciec przychodził czasem na nasze cotygodniowe spotkania na terenie Kościoła. Ale to był człowiek-instytucja, bo tylu dróg, które prowadziły do Ojca i tyle nitek, które skupiał, chyba nikt nie potrafiłby ogarnąć.
Marek Ważbiński: Ojciec był nie tylko duszpasterzem, doskonale wyczuwał nasze potrzeby, problemy ludzi młodych, harcerzy, bo sam był harcerzem i po harcersku czuł. Całe jego życie było realizacją przyrzeczenia harcerskiego. Ojciec doskonale wiedział, co myślimy, co czujemy, jakie mamy potrzeby duchowe i potrafił do nas dotrzeć bardzo prostymi słowami, bo jego homilie były przecież proste i treściwe. Ojciec był z nami nie tylko podczas Mszy harcerskiej i spotkań w mniejszej grupie, udzielał nam ślubów, chrzcił nasze dzieci, celebrował msze rocznicowe. Był dla nas także w sprawach bardzo indywidualnych, włącznie z kontaktami bardzo osobistymi, np. pomagał rodzinom, które tego potrzebowały, także poza duszpasterstwem. Mogliśmy przyjść do niego z każdym problemem, niemal o każdej porze. Potrafił nawet podczas krótkiego spotkania na ulicy być drogowskazem, pomóc. Zaangażował się w organizowanie tzw. Białej służby, podczas wizyty Ojca Świętego w 1983r., w Częstochowie i w 1987 w Łodzi, a także służby harcerskiej na pogrzebie księdza Popiełuszki. Służba porządkowa podczas pielgrzymek opierała się w głównej mierze na służbie harcerskiej. Z Łodzi wyjechała grupa dwustu osób. O. Miecznikowski nie zapominał o potrzebach materialnych. Kiedy organizowaliśmy obóz całkowicie nie-zależny od władz, przekazał nam nie tylko żywność, ale również pieniądze. Powiedział wtedy, przechadzając się po dziedzińcu przed Kościołem: „Pamiętaj, kiedy chce się zrobić coś dobrego, to należy zacząć robić, nie martwiąc się o pieniądze. Sprawy finansowe trzeba powierzyć Szefowi, a On już będzie wiedział, kogo postawić na naszej drodze.”
Tomasz Szabelski: W dzień przed Mszą z udziałem Ojca Świętego na Lublinku organizowaliśmy się w Kościele na ul.Farnej na Rudzie. Przedtem jednak spotkaliśmy się z o.Miecznikowskim, któremu przekazaliśmy nasze plany i stan przygotowań, a on w ciepłych słowach nas pożegnał.
Marek Ważbiński: Ojciec bardzo zaangażował się w pogrzeb księdza Popiełuszki w Warszawie. Na miejscu pomagaliśmy Ojcu przedostać się do Kościoła na Mszę, którą on chyba celebrował, a że był skromnym człowiekiem, nie chciał korzystać z okazji podróży z biskupem.
Jerzy Miecznikowski: Należy przypomnieć, że Ojciec był autorem trzech książek, bardzo dla harcerzy ważnych. Jedną z nich jest Almanach. Ojciec do śmierci nosił przy sobie krzyż harcerski, przypięty do paska.
Czy Ojciec wspominał swoje harcerskie czasy?
Jerzy Miecznikowski: Raczej rzadko, trochę mówił o Nowym Sączu, ale nie starał się narzucać nam własnych przyzwyczajeń z czasów harcerstwa.
Marek Ważbiński: On wiedział, że teraz są nowe czasy i potrzeby.
Czy Ojciec poruszał w jakiś sposób problematykę współczesności podczas homilii bądź spotkań z harcerzami?
Tomasz Szabelski: Jeżeli tak robił, to w ramach oddziaływania patriotycznego, które polegało na przypominaniu wszystkich ważnych dla Polski dat i rocznic, o których należało pamiętać a które były oficjalnie przemilczane jak: 17 września, rocznica Katynia, 13 grudnia. Wydarzenia, o których nie można było mówić w Szkole, Ojciec przypominał podczas homilii i na naszych spotkaniach.
Jakim człowiekiem był prywatnie o.Miecznikowski?
Tomasz Szabelski: Był bardzo pogodny. Charakterystyczne, że ktokolwiek zbliżał się do o.Miecznikowskiego, od razu pojawiał się na jego twarzy uśmiech. Nie widziałem nigdy Ojca, aby w rozmowie nie był uśmiechnięty.
Marek Ważbiński: Cecha, która najbardziej mnie ujęła w Ojcu, to skromność i pogoda ducha. Jego sutanna była wytarta, nie przywiązywał wagi do rzeczy materialnych. Uważał, że pewne rzeczy można zrobić, nie potrzeba mieć samochodu, bo można przenieść na plecach, lepiej będzie, jak inni będą pomagali.
Jerzy Miecznikowski: Uwielbiał śpiewać, na obozach wykonywał piosenki księdza [Tomasza] Rostworowskiego.
Jaka była rola o.Miecznikowskiego w powstaniu pisma harcerskiego „Służba”?
Jerzy Miecznikowski: Ojciec nie był bezpośrednim inspiratorem pisma. Taka inicjatywa powstała wcześniej.
Marek Ważbiński: Istniało już ogólnopolskie duszpasterskie pismo „Czuwajmy”, wydawane w Krakowie przez ogólnopolskiego duszpasterza harcerzy, biskupa [Kazimierza] Górnego. To pismo nie było bibułą, było legalnie kolportowane.
Czy Ojciec był autorem artykułów w „Służbie”?
Marek Ważbiński: Nie. Nie prosiliśmy nawet Ojca, żeby pisał, bo wiedzieliśmy, że nie ma czasu. W numerze maj/czerwiec z 1987r. udzielił jedynie krótkiego wywiadu, opowiadając o swojej harcerskiej karierze.
Tomasz Szabelski: Mieliśmy kontakty z redakcją „Czuwajmy”, odbywały się spotkania, wymiana myśli, opinii. Nasze czasopismo „Służba”, było wydawane przez duszpasterstwo harcerzy i harcerek, a kolportowane przed Mszą w w pierwszą niedzielę miesiąca w kaplicy św. Krzysztofa, gdzie egzemplarze były wyłożone bezpłatnie. Niektóre teksty były konsultowane z o. Miecznikowskim, który czasami zwracał uwagę, że warto by było poruszyć jakiś temat czy problem. Nie zlecał tematów, nie nakazywał, ale mówił, abyśmy nie zapomnieli o dacie, bądź wydarzeniu. Natomiast modlitwy i pieśni harcerskie, związane z obrzędami kościelnymi, mogliśmy czerpać tylko z okresu przedwojennego. Te teksty podrzucał nam właśnie o. Miecznikowski. Wiem natomiast, że czytał naszą „Służbę”, bo czasami odnosił się do treści. Czasem, przechodząc mówił, że dostał już egzemplarz albo, że jeszcze go nie ma.
Marek Ważbiński: Za każdym razem zapewniał nas, że cieszy się z nowego numeru „Służby”. Czasami powiedział tylko jedno zdanie i to wystarczyło. Inną tradycją parafii na Sienkiewicza, były imieniny o.Stefana 3 [2] września. Odprawiał wtedy Mszę wieczorną, która gromadziła wiele osób, a potem zapraszał na prywatne spotkanie. Cieszył się bardzo, widząc nas, a że był to koniec wakacji, pytał o plany na przyszły rok, o obozy, o sprawy harcerskie. To miało wymiar spotkań indywidualnych, bośmy się cieszyli, że mogliśmy porozmawiać na osobiste tematy.
Jaki był wpływ Ojca na młodych harcerzy?
Tomasz Szabelski: Duża frekwencja instruktorów i instruktorek na spotkaniach mówiła sama za siebie. A my nauczyliśmy się i rozumieliśmy, patrząc na Ojca, czym naprawdę jest służba. Dostrzegliśmy, że nie my jesteśmy najważniejsi, ale to, co wokół nas, ludzie, Ojczyzna, Bóg. Te ideały są nam wciąż bliskie i realizujemy je w życiu. Dziś ludzie zwracają uwagę na innych, oceniając ich, czego nigdy nie robił Ojciec, bo dla każdego był dobry i każdemu warto było pomóc. To stanowiło dla nas wzór.
Marek Ważbiński: Ojciec był dla nas prawdziwym apostołem wiary i potrafił ją wesprzeć własnym przykładem, czynem i słowem. A mówił słowami prostymi i jasnymi, o pryncypiach nie było dyskusji.
NISZCZENIE AKT „SB“.
W latach 1989–1991, na polecenie ówczesnego szefa MSW gen. Czesława Kiszczaka za wiedzą szefa SB gen.Henryka Dankowskiego, rozpoczęto niszczenie akt osobowych, kart, zbiorów operacyjnych itp. Od sierpnia 1989 do czerwca 1992 zniszczono ok. 646000 materiałów ogólnoinformacyjnych z inwentarza MSW. Spalona miała być kartoteka czynnych i wyeliminowanych osobowych źródeł informacji SB MSW; udało się uratować ok. 50% jej dawnych zasobów.
Niszczenie akt przebiegało wedle reguły, że likwiduje się dokumentację operacyjną, z której aktualnie korzystają oficerowie prowadzący. Było to więc nie tyle niszczenie archiwów sensu stricto (bo akta już posłane do resortowego archiwum pozostawiano – chociaż z wyjątkami), ile opróżnianie szaf oficerów prowadzących. W efekcie stało się tak, że zniknęły całkowicie akta operacyjne [zwane potocznie „teczkami“] tych współpracowników, którzy byli czynni w 1989r, ale wyprodukowali stosunkowo niewielką ilość donosów, a zatem współpracowali zazwyczaj przez kilka ostatnich lat PRL-u, natomiast „teczki” tych, którzy współpracowali dłużej [bądź pracowali wydajniej, produkując większą ilość donosów], znajdowały się w chwili niszczenia akt częściowo w szafach ich oficerów prowadzących, częściowo zaś już w archiwum – i te drugie się zachowały. Co jest owym śladem, który sprawia, że choć najważniejsze akta nie istnieją [m.in. dot. to długoletnich współpracowników – ich współpraca zaczęła się przed 1980r i trwała do 1989r. formacji]. Są to, po pierwsze zapisy w ewidencji operacyjnej. Potwierdzają one fakt zarejestrowania danej osoby, znanej z imienia i nazwiska, w charakterze osobowego źródła informacji, jej numer rejestracyjny [ten numer był w dokumentach SB prawie jak PESEL – należał tylko do tej osoby i prawie nigdy się nie zmieniał, co pozwala nam dziś rozszyfrować wiele zagadek, jej kolejne pseudonimy, a także zmiany statusu tej osoby [np. zarejestrowanie jako ”figuranta”, czyli jako osobę inwigilowaną, potem jako t.w., a potem jej wyrejestrowanie, potwierdzające zakończenie współpracy], niekiedy także nazwisko oficera prowadzącego. Zatem zapisy ewidencyjne dają nam dużą wiedzę co do faktu traktowania kogoś przez SB, jako osobowe źródło informacji.(352)
Służbę Bezpieczeństwa rozwiązano w maju 1990. A w lutym 1990 zakończone oficjalnie działania [na podstawie pisma zastępcy Dyrektora Departamentu Studiów i Analiz MSW płk.Adama Malika], w ramach Sprawy Operacyjnego Rozpracowania „Ośmiornica”, skierowane przeciwko „Solidarności Walczącej“. Rozpracowanie operacyjne partii politycznych kontynuowane było przez funkcjonariuszy SB w ramach ich zadań realizowanych już jako funkcjonariuszy UOP w latach 90. [tzw. inwigilacja prawicy].
Niszczenie archiwów SB trwało jednak nadal, w niektórych przypadkach aż do 1993 r.
Jerzy URBAN.(353)
[Artykuł napisany z okazji 40-tej rocznicy śmierci Józefa Stalina i o rusofobii w Polsce].
Główne tezy autora:[…] “…fanatyzm ustąpi miejsca racjonalnemu spojrzeniu na przeszłość”.[…]
1. Przestępstwa “polskiego stalinizmu” po II wojnie światowej miały “ograniczony charakter”,
2.“Obecna integracja Polski z Europą (na razie bardziej chciana, aniżeli realna) ma korzenie w tej epoce, gdy Stalin przesunął geograficzne granice Rzeczypospolitej, ze wschodu na zachód”,
3. Biedniejsze warstwy ludności otrzymały szanse socjalnego awansu; to stworzyło impuls do powstania
“Solidarności” i “ w następstwie ekonomicznego i politycznego przewrotu w Polsce lat 90-tych”.(354)
„GAZETA KULTURA ŻYCIA”
/13 grudnia 1996r – str.12/
“Kremlowski przeciek”
/Źródło; AIPN Ld 727/129pdf/
red. Agnieszka Sowa.
Borys Jelcyn przekazał Polakom w 1993r 8 dokumentów “Komisji Susłowa” z Archiwum Prezydenta Federacji Rosyjskiej. Tajne protokoły z posiedzeń Biura Politycznego KC KPZR dotyczyły sytuacji w Polsce w 1980 i 1981 roku i reakcji radzieckich towarzyszy. Były przedrukowywane i szeroko omawiane przez polską prasę. Najbardziej bulwersowały fragmenty świadczące o tym, że to nie Sowieci grozili interwencją, tylko generał Jaruzelski prosił o pomoc bratnie wojska. Dziś okazuje się, że tajne dokumenty, z których Jelcyn zrobił głośny prezent dla Polaków w 1993 roku, wyciekły z moskiewskich archiwów rok wcześniej. Stało się tak za sprawą rosyjskiego pisarza i publicysty Władimira Bukowskiego, najsłynniejszego, obok Sołżenicyna[Aleksandra] i Sacharowa [Andreja], dysydenta. […].
Władimirowi Bukowskiemu udało się w grudniu 1992 roku, dotrzeć do archiwów KPZR. Spędził trzy tygodnie wertując teczki, czytając protokoły z posiedzenia Biura Politycznego. “Kilka tysięcy stron bez-cennych dla naszej historii”. Wizyta Bukowskiego w archiwach, które wkrótce potem znów zamknięto na cztery spusty, zaowocowała wydaną w trzy lata później książką “Moskiewski proces” [ ukazała się w Polsce 01-01-1998. Wydawnictwo Volumen]. Rozdział piąty poświęcony jest sprawie polskiej. Bukowski omawia w nim kilkanaście wewnętrznych dokumentów KPZR [Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego], traktujących o sytuacji w Polsce w przededniu stanu wojennego. 8 dokumentów ujrzało światło dzienne w 1993r za sprawą Borysa Jelcyna (między innymi słynny już zapis rozmowy telefonicznej towarzyszy Breżniewa i Jaruzelskiego). Jeden odtajniono w 1992 roku i drukowano w polskiej prasie. Pozostałe są częściowo znane sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej. Nigdy nie były w całości publikowane w prasie polskiej […].
Podczas rozmowy z Bakatinem [Wadimem – nowo mianowany szef KGB], wyemitowanej 9 września po wiadomościach, Bukowski mówił o powołaniu międzynarodowej komisji, złożonej z historyków i intelektualistów, która miałaby za zadanie zbadać archiwa KGB i przygotować “Proces Moskiewski”, drugą Norymbergę. Pomysł wywołał ostrą reakcję ze strony wysoko postawionych oficerów KGB, choć w swoich wypowiedziach nie nawiązywali wprost do tele-wizyjnej debaty Bukowskiego z Bakatinem. Prezydent Jelcyn nie dał przyzwolenia na pomysł Bukowskiego.[…].
W 1992 roku poproszono go, by został ekspertem Trybunału Konstytucyjnego, który rozpatrywał zgodność z prawem dekretu Jelcyna delegalizującego KPZR. Ekspertów wpuszczono do archiwum. Nie mogli jednak kopiować żadnych dokumentów. Bukowski miał ze sobą przenośny komputer i podłączony do niego scanner, który “fotografował” dokumenty lub zdjęcia i “nagrywał” na komputerowym dysku. Takie przenośne scannery były wówczas na Zachodzie nowością. W Rosji nikt o czymś takim nie słyszał – wspomina Bukowski. Podobno wyjaśnił pracownikom archiwum, że ma słaby wzrok, a przyrząd służy do powiększenia drobnego druku. Udało się. Dopiero ostatniego dnia jeden z pracowników zorientował się “w czom dzieło”. – Wy to wszystko nagrywacie – wykrzyknął. Bukowski spakował swój sprzęt i wy-szedł z archiwum. Udało mu się zapisać w komputerowej pamięci około 3 tysiące stron archiwalnych dokumentów KPZR. – Wydrukowanie tego, zajęło mi kilka tygodni – wspomina Bukowski.
Rozmowa z Władimirem Bukowskim.
Dokumenty, które przekazał Jelcyn, Wałęsie w 1993 roku, były w pana posiadaniu od 1992 roku?
– Na to wygląda. To już problem Jelcyna, nie mój. Dziś ważne dla Polski są nie same dokumenty, ale reakcja polskiego społeczeństwa. Polacy nie chcą znać prawdy o wprowadzeniu stanu wojennego. Dlatego Jaruzelski ciągle pokazuje się jako bohater i zbawca narodu, choć w rzeczywistości jest przestępcą. Nikt nie chce tego przyznać w Polsce, to jest niewygodna prawda. Także dla moich kolegów polskich, dawnych dysydentów i opozycjonistów, Michnika i innych. Dlatego, że podpisali z komunistami umowę “Okrągłego Stołu” w 1989 roku, wolą nie zauważać dziś problemu. Naród polski, który ma wspaniałą historię ruchu oporu i walk niepodległościowych, nie ma odwagi spojrzeć prawdzie w oczy. Dlatego macie komunistyczne władze. Polski Sejm zdominowany przez postkomunistów zdecydował, że generał Jaruzelski nie musi tłumaczyć się z wprowadzenia stanu wojennego przed Trybunałem Stanu. Nie wiem, czy w Polsce opublikowano wszystkie dokumenty politbiura. Te, które ja mam, nie pozostawiają żadnych wątpliwości.[…].
/ 15-20 września 1998r/
Gen. Anoszkin ujawnia notatnik
W trakcie ubiegłorocznej konferencji w Jachrance zatytułowanej “Polska 1980-82. Kryzys wewnętrzny, wymiar międzynarodowy”, marszałek Wiktor Kulikow podczas publicznego wystąpienia, nawiązał do notatek swego osobistego adiutanta, generała-porucznika Wiktora Anoszkina. Okazało się, że gen. Anoszkin prowadził notatnik rozmów osobistych i spotkań, w których uczestniczył Kulikow – w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych naczelny dowódca sił zbrojnych Układu Warszawskiego. Spory fragment notatek adiutanta dotyczy kontaktów Kulikowa z Wojciechem Jaruzelskim w okresie poprzedzającym wprowadzenie stanu wojennego. Do gen. Anoszkina, obecnego na konferencji w Jachrance, zgłosił się prof. Mark Kramer z Uniwersytetu Harvarda[historyk, Centrum Studiów Rosyjskich i Studiów Euroazjatyckich] i poprosił o pokazanie notatnika. Generał wyjął z grubej teczki oprawiony w twarde, czerwone okładki tom i pokazał Kramerowi strony dotyczące wydarzeń przed wprowadzeniem stanu wojennego. Wskazał na wagę niektórych sformułowań i objaśnił, kiedy konkretnie zapiski powstały. Kramer wyraził chęć skopiowania notatek lub ich fragmentów. Gen. Anoszkin odmówił; tłumaczył, że potrzebuje ich przy pisaniu własnych pamiętników, które ma opublikować w 1999 roku. Po nagleniach Amerykanina, Anoszkin skierował go do marszałka Kulikowa. Marszałek zapytał Kramera, w jakim celu chce użyć skopiowanych notatek. Profesor wyjaśnił, że po wstępnych oględzinach zapisków Anoszkina, wydaje mu się, że są to najcenniejsze dokumenty na temat lat 1980-81, z jakimi się do tej pory zetknął. Kramer przekonywał marszałka, że ważne i cenne jest stworzenie trwałej kopii dokumentów tej rangi. W końcu Kulikow wzruszył ramionami i polecił Anoszkinowi udostępnić notatnik, mimo że ten twardo stał przy swoim, ostrzegając Kulikowa, że opublikowanie zapisków nie jest rozsądne. Marszałek nie zmienił zdania, Anoszkin musiał więc skapitulować. Przy kolacji, po całodziennej konferencji Kramer siedział w towarzystwie kilku sowieckich generałów. Gdy gen. Anatolij Gribkow, wieloletni szef sztabu i I zastępca dowódcy Układu Warszawskiego, usłyszał o kopiowaniu notatnika, zaczął namawiać Anoszkina, aby zażądał wynagrodzenia. Gribkow uważał, że naukowiec z Harvardu, powinien zapłacić 500 dolarów. Gdy Kramer ze śmiechem powiedział, że nie ma przy sobie tej sumy – Gribkow obniżył cenę do 200 dolarów. Anoszkin nie uległ podpowiedziom Gribkowa i nie domagał się zapłaty. Anoszkin przekazał notatki do skopiowania, ale zastrzegł, że kserować wolno tylko środkową część. Nie zgodził się na powielenie wszystkich adnotacji dotyczących grudnia 1981 roku. Anoszkin czuwał przy Kramerze, gdy ten powielał fragmenty notatnika na niewydolnej kopiarce w ośrodku w Jachrance, nie pozwolił kopiować stron z zapiskami dotyczącymi wydarzeń przed 10 grudnia i po 16 grudnia. Przystał w końcu na to, aby Kramer opublikował wszystkie stronice dotyczące 11, 12 i 13 grudnia. Gen. Florian Siwicki, także uczestnik konferencji zarzucił naukowcowi z Harvardu, że zapłacił Anoszkinowi za fragment zapisków. Oskarżenia Siwickiego były wynikiem jego niezadowolenia, że pojawiły się nowe dokumenty rzucające niekorzystne światło na Jaruzelskiego i współpracowników. Gen. Jaruzelski (brał udział w konferencji) miał nawet pretensję, że Anoszkin dokument “dał Amerykanom, zanim dał go swoim sojusznikom”.[…].
Opracował J.S. [Janusz Sierbiński]
ŻADNYCH WOJSK SIĘ NIE WYŚLE
Relacja profesora Harvardu, Marka Kramera, oparta o zapiski generała – porucznika Wiktora Iwanowicza Anoszkina podważa misternie budowane od lat twierdzenie gen. Wojciecha Jaruzelskiego, że wprowadzając stan wojenny 13 grudnia 1981 roku uratował kraj przed “większym złem”, czyli inwazją wojsk Układu Warszawskiego. Tymczasem z zapisków wyraźnie wynika, że to właśnie gen. Jaruzelski bardzo mocno naciskał na przywódców ZSRR o sowiecką interwencję.[…]. Z badań wynika, że blisko 60 proc. społeczeństwa uważa wprowadzenie stanu wojennego za uzasadnione – ten stan świadomości, to rezultat w dużej mierze usilnych zabiegów gen. Jaruzelskiego. Ujawnione ostatnio przez prof. Kramera fakty obalają więc jedno z większych zafałszowań współczesnej historii. Jaruzelski za pośrednictwem Aristowa [Awerkija], ambasadora radzieckiego w Warszawie, przekazał depeszę do przywódców na Kremlu. Zapytał w niej: “Czy możemy liczyć na pomoc typu wojskowego ze strony Związku Radzieckiego i dodatkowe nadesłanie wojsk?”. Rusakow [Konstantin, Sekretarz KC KPZR w latach 1977-1986], nadał do Warszawy odpowiedź: “żadnych wojsk się nie wyśle”. Gdy ambasador Aristow przekazał Jaruzelskiemu powyższą odpowiedź Kremla ten wykrzyknął (odnotował to Anoszkin): “To dla nas straszna wiadomość! Półtora roku zeszło na gadaniu o wysłaniu wojsk, a teraz wszystko na nic!”.[…].
12 grudnia – odnotował Anoszkin – Jaruzelski nadal nalegał na Związek Radziecki, aby udzielił pomocy wojskowej. Robił to natarczywie i Kulikow zaczął podejrzewać, że Jaruzelski uzależnia wprowadzenie stanu wojennego od spełnienia żądania podjęcia interwencji radzieckiej. Los uderzenia na “Solidarność” na kilka godzin przed operacją wydawał się Moskwie, wskutek nalegań Jaruzelskiego tak niepewny, że postanowiła wysłać do Warszawy, delegację na najwyższym szczeblu. W ostatniej chwili wizyta ta została odwołana, zapewne w wyniku rozmowy Michaiła Susłowa, członka Biura Politycznego i głównego ideologa sowieckiego z Jaruzelskim. Wojciech Jaruzelski w swoich wspomnieniach potwierdza odbycie krótkich rozmów telefonicznych w tym dniu z Susłowem i Ustinowem [Dritmijem]. Pisze: “Chciałem mieć całkowitą jasność, co do ewentualnych radzieckich reakcji. Czy nic nas nie zaskoczy. Upewniłem się u Susłowa, a w mniejszym stopniu u Ustinowa, że będzie to nasza wewnętrzna sprawa”. Te słowa w zderzeniu z informacjami Anoszkina nabierają nowego znaczenia: Jaruzelski potwierdza, że rozmawiał z Michaiłem Susłowem o interwencji i dowiedział się, że mimo tylu nacisków – jej nie będzie. Jednocześnie Jaruzelski we wspomnieniach opublikowanych w 1992 roku wyraził niezadowolenie z wyników rozmów z towarzyszami radzieckimi. Szczególnie uszczypliwy był wobec Susłowa. Generał napisał: “Susłow zresztą był wówczas jakoś mało komunikatywny”.[…]. Markotność w rozmowie telefonicznej Michaiła Susłowa, na co narzekał generał, wynikała z nastawienia głównego ideologa na Kremlu do Jaruzelskiego. Na posiedzeniu politbiura Susłow powiedział: “Jaruzelski wykazuje pewną chytrość”. Według jego dalszych słów – tworzy za pomocą próśb o interwencję do Związku Radzieckiego, alibi dla siebie. Przenikliwość w tym względzie Susłowa potwierdził po latach sam Jaruzelski, budując misterny obraz zagrożenia “bratnią pomocą”[…]. Notatki Anoszkina przekonują, że Jaruzelski gorąco wzywał do radzieckiej interwencji wojskowej. Jak wejdą – kalkulował generał – “Solidarność” padnie na kolana. Bez ryzyka.
Fragment “Zeszytu roboczego” Anoszkina (zapis dosłowny).
Godzina 9 (czasu moskiewskiego) 10.XII.1981. Polecenia D.F.Ustinowa. W toku prowadzonych rozmów – odpowiedzieć Polakom – koniecznie podkreślać “sprawę polską winni rozwiązać sami Polacy”. “My nie szykujemy się do wprowadzenia wojsk na terytorium Polski”.
16.35! W.G.(Kulikow) przyszedł do tow. Aristowa, który w sposób ściśle konfidencyjny zakomunikował, że na polecenie Jaruzelskiego, dzwonił Milewski [Mirosław, Minister Spraw Wewnętrznych, w latach 1980–1981] i zadał następujące pytania:
1/ Prosimy, aby przyjechał do nas ktoś z kierownictwa partyjnego. Kto będzie i kiedy?
2/ Ogłosić oświadczenie o poparciu dla nas.
Aristow odpowiedział, że propozycja przekazana kierownictwu.
3/ Czy możemy liczyć na pomoc po linii wojskowej ze stron ZSRR ( o dodatkowym wprowadzeniu wojsk?).
4/ Jakie będą przedsięwzięcia w zakresie pomocy ekonomicznej dla Polski ze strony ZSRR?
Aristow – Rusakow.
Odpowiedź Rusakowa:
1) Nikt nie przyjedzie;
2) Środki zostaną podjęte;
3) Nie będziemy wprowadzać wojsk;
4) Opowiedź przygotuje Bajbakow [Nikołaj, sowiecki polityk i ekonomista, szef Komisji Planowania Państwowego ZSRR (Gospłanu)].
[Janusz Sierbiński]
*
Dzienniki gen. Wiktora Anoszkina, znane jako tzw. notatka Anoszkina, zostały – 14.07.2016 r – przekazane Instytutowi Pamięci Narodowej. „Dzienniki stanowią jeden z najważniejszych dowodów na to, jaka była prawda o genezie stanu wojennego” – powiedział prezes IPN Łukasz Kamiński. Instytutowi notatkę przekazał reżyser Dariusz Jabłoński, który wszedł w jej posiadanie w 2009 r. w Moskwie, przy okazji zbierania materiałów do filmu „Gry wojenne,” opowiadającego o losach płk. Ryszarda Kuklińskiego.
TRYBUNAŁ KONSTYTUCYJNY
W dniu 16 marca 2011 r. orzekł: – stan wojenny był nielegalny. Zostało złamane prawo. 13 sędziów Trybunału Konstytucyjnego jednomyślnie wydało wyrok przekreślające dekrety wydane na żądanie i ogłoszone przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Tym samym Trybunał Konstytucyjny przychylił się do wniosku złożonego w 2008 r. przez Janusza Kochanowskiego [prawnika, Rzecznika Praw Obywatelskich – zginął w katastrofie Smoleńskiej w 2010 r.]. Trybunał stwierdził, że Rada Państwa PRL w ogóle nie miała prawa wprowadzić stanu wojennego na wniosek WRON [Wojskowej Rady Obrony Narodowej], podczas sesji Sejmu. Konstytucja PRL dawała jej prawo wydawania dekretów, tylko w przerwach między sesjami Sejmu. Tym samym, zostało złamane prawo.
/25.08.2023r/
„SUMIENIE ŁODZI“
/Taki napis nieśli łodzianie w dniu pogrzebu/

/Twórcy pomnika: – Krystyna Fałdyga-Solska, artysta plastyk, rzeźbiarka i Bogusław Solski, architekt/
W piątek 25.08.2023r o godz. 17:30, przy Kościele Podwyższenia Św. Krzyża, przy ul. Sienkiewicza 38, obok tablicy i pomnika upamiętniających poległych stoczniowców, odsłonięto popiersie ojca Stefana Miecznikowskiego SJ (w 102 rocznicę urodzin).
Inicjatorem budowy pomnika był Tobiasz Bocheński – Wojewoda Mazowiecki ( były Wojewoda Łódzki). W uroczystości brali udział m.in. Andrzej Słowik – b. Przewodniczący MKZ Ziemi Łódzkiej i Zarządu Regionu NSZZ”S”, Jerzy Kropiwnicki – b. Wiceprzewodniczący Zarządu Regionu NSZZ”S”, Jadwiga Palka – żona św. p. Grzegorza, współzałożyciela struktur regionalnych “Solidarności” (MKZ zakładano w jego mieszkaniu), Wiceprzewodniczącego Prezydium MKZ i Zarządu Regionu Ziemi Łódzkiej, Waldemar Krenc – Przewodniczący Zarządu Ziemi Łódzkiej NSZZ “Solidarność”, Barbara Gruchała-Gruszczyńska, współpracownica o. Stefana Miecznikowskiego SJ, w Ośrodku Pomocy Więzionym i Internowanym oraz ich Rodzinom.
A wśród zaproszonych gości byli m.in. prof. Zbigniew Rau – Minister Spraw Zagranicznych RP, Włodzimierz Tomaszewski – Minister, członek Rady Ministrów, Grzegorz Schreiber – Marszałek województwa łódzkiego, Karol Młynarczyk – Wojewoda Łódzki, Adam Wieczorek – Wiceprezydent m. Łodzi, Abp Senior Władysław Ziółek, o. Zbigniew Leczkowski SJ – Przełożony Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej TJ, o. Krzysztof Ołdakowski SJ – Superior i proboszcz Parafii Najświętszego Imienia Jezus, oraz rzesza współpracowników o. Stefana i b. Internowani.
_____________________________________
(349) Ibidem.
(350) Ibidem-B.G.-G… 2014r.
(351) Ibidem- Dr.M.D… 2014r.
(352) “Cena przetrwania? SB wobec Tygodnika Powszechnego”- Roman Graczyk. Wydawnictwo Czerwone i Czarne. 2011r.
(353) W latach 1981–1989 rzecznik prasowy Rady Ministrów. Od kwietnia do września 1989 minister-członek Rady Ministrów, oraz przewodniczący Komitetu do Spraw Radia i Telewizji – “Polskie Radio i Telewizja”. Od 1990 redaktor naczelny tygodnika “NIE” i właściciel wydającej go spółki “URMA”.
(354) Artykuł “Zwycięski imperator”. Jerzy Urban. Czasopismo“Новое Время” /“Nowoje Wremia”, nr 10 z dn.22 marca 1993r/.