Rozdział IX.2

WYWIADY O.STEFANA MIECZNIKOWSKIEGO W PRASIE, POLSKIM RADIO i TVP.

„DZIENNIK ŁÓDZKI“.
/ 4.IX.1998 r./ Nr 204/.

Tytuł: „Wywiad tygodnia z o.Stefanem Miecznikowskim, jezuitą, kapelanem „Solidarności“.

Radość dzielenia się dobrem.
– Minęło 18 laty od utworzenia NSZZ „Solidarność“…
– …czyli „Solidarność“ osiągnęła wiek dojrzały!
– Czym się różni dzisiejsza „Solidarność“ od tamtej sprzed osiemnastu lat?
– Znacznie zmienił się skład osobowy, ale orientacja ideowa na pewno jest podobna. Jestem w stałym kontakcie z „Solidarnością“. W Zarządzie Regionu Łódzkiego są nowi ludzie, ale o podobnych, przyjaznych stosunkach wzajemnych.
– Pojawiają się jednak zarzuty – również ze strony założycieli związku, takich jak Andrzej Gwiazda, czy Anna Walentynowicz – że „Solidarność“ odeszła od swoich korzeni, że zdradziła swoje ideały. Co ksiądz sądzi o tych oskarżeniach?
– Myślę, że mają charakter personalny, że nie chodzi tu o sprawy ideowe, ale o osobisty stosunek do „Solidarności“. Gdy doszła ona do władzy, stała się obiektem ataków. Bo u nas tak jest, że jeżeli ktoś się choć trochę wybije ponad przeciętność, to momentalnie strzela się do niego. Wszystkich oczekiwań społecznych zaspokoić nie można, ze względów finansowych. Dość dużo zostało zrobione, by los przeciętnego człowieka w naszym kraju się poprawił.
– Do jakiego kręgu wartości trzeba sięgnąć, by uniknąć podziałów nie tylko w społeczeństwie, ale również w wywodzącym się z „Solidarności“ obozie sprawującym obecnie władzę?
– Najważniejsze jest zaangażowanie na rzecz wspólnego dobra. Chodzi o to, aby nie przyglądać się „Solidarności“ biernie i z dystansem, ale aktywnie i przyjaźnie działać, kierując się chrześcijańską miłością bliźniego, otwartością na drugiego człowieka, życzliwością. Z tego polskiego ultrakrytycyzmu nie wynika nic dobrego. Sieje niepokój i podminowuje ludzi, wzmaga postawy roszczeniowe.
– Jak ksiądz ocenia konflikt o krzyże w Oświęcimiu?
– To też jest nic innego, jak konflikt personalny o podłożu politycznym. Myślę, że niektórzy ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że jest to woda na młyn nie solidarności społeczeństwa, ale rozterek w społeczeństwie. Niektórzy próbują w ten sposób, podbudować swoją pozycję przed zbliżającymi się wyborami samorządowymi. To jest nieuczciwe. Krzyż nie może być pretekstem do podziałów społecznych i znakiem niezgody.
– Siegnijmy w przeszłość. Jak to się stało, że po „czarnej nocy“ 13 grudnia 1981 roku, stał się ksiądz mężem zaufania osób represjonowanych i prześladowanych przez władze PRL?
– Zależało mie na zorganizowaniu pomocy społecznej dla poszkodowanych. I tak się stało. Brałem ich pod opiekę i mówiłem o tym otwarcie, bez względu na ryzyko. Myślę, że to właśnie zjednało mi ludzką życzliwość. Nie było moim zamiarem wywoływanie atmosfery wrogości i walki z ówczesnymi władzami. Przemawiałem nie gwałtownie, ale łagodząco. Wyjaśniałem, że to co czynię nie jest działalnością polityczną wrogą PRL. Tłumaczyłem, że jest to działalność etyczna, skierowana na rzecz ludzkiej nadziei.
– Był ksiądz we wszystkich chyba więzieniach, w których przetrzymywani byli w stanie wojennym internowani, a potem uwięzieni działacze „Solidarności“. Co najbardziej z tego okresu utkwiło księdzu w pamięci?
– Rzeczywiście, starałem się dotrzeć wszędzie. Pierwszym miejscem, które odwiedziłem, było więzienie w Łęczycy. Byłem tam 6 stycznia 1982 roku. Internowani pozbawieni byli wszelkich informacji poza murów więziennych. Byli też przetrzymywani w oddzielnych celach, odizolowani od siebie. Miałem wielką satysfakcję, kiedy pozwolono mi spotkać się z nimi i odprawić tam mszę świętą. Odwiedzałem internowanych i uwięzionych działaczy „Solidarności“ także w innych miejscowościach. Najgorsze wspomnienia mam z Hrubieszowa. Do tamtejszego więzienia jeździłem siedem razy i ani razu mnie nie wpuszczono.
– Ośrodek Pomocy Internowanym, Uwięzionym i ich Rodzinom to jedna strona działalności księdza w stanie wojennym. Druga, to akcje podejmowane dla podtrzymania ducha. Myślę tu o Duszpasterstwie Środowisk Twórczych.
– To już nieco późniejszy okres. Wiosna 1993 roku, kiedy zorientowałem się, że ludziom, oprócz pomocy materialnej, trzeba również oparcia duchowego i rozeznania w sytuacji kraju po wprowadzeniu stanu wojennego. Cotygodniowe spotkania środowe – przy organizacji których pomagało mi grono wybitnych osób – przyjęte zostały z aplauzem. Zainaugurowało je spotkanie  z księdzem Józefem Tischnerem, później gościliśmy Tadeusza Mazowieckiego, Andrzeja Wajdę i wielu innych znanych ludzi ze świata polityki, kultury i sztuki.
– Działał też ksiądz na rzecz zbliżenia i porozumienia z naszymi sąsiadami ze Wschodu – Litwinami, Ukraińcami, Białorusinami. Mógłby ksiądz przypomnieć te pionierskie próby?
– Było to sympozjum naukowe, zorganizowane w 1987 roku, a poświęcone przesłankom pojednania Polaków i ich wschodnich sąsiadów. Nie było wtedy możliwości sprowadzenia autorów z Litwy, Ukrainy czy Białorusi. Uczestniczyły w nim osoby pochodzące z tamtych terenów, ale mieszkające w Polsce. Były bardzo wdzięczne, że mogły swobodnie przemówić jako przedstawiciele swoich narodów.
– Ten duch współpracy i pojednania nie opuścił księdza aż do tej pory. Jakie formy przybiera obecnie?
– Dzięki pomocy parafii, zaprzyjaźnionej diecezji Monte Pulciano we Włoszech oraz życzliwych osób, zorganizowaliśmy ostatnio kilka transportów odzieży do Białorusi. Za pośrednictwem druha Jerzego Miecznikowskiego, mojego kuzyna, jestem w kontakcie z młodzieżą harcerską z Lidy na Białorusi. W zeszłym roku byłem na szkoleniowym obozie harcerskim dla białoruskiej młodzieży.
– Czy nie odczuwa ksiądz potrzeby wypoczynku?
– Nie, chociaż może powinienem z racji wieku – przecież mam już 77 lat. Dzielenie się tym dobrem, które człowiek ma i na ustach i w sercu, daje radość. Samotnie nie sposób się nim cieszyć.
– Wkrótce ukaże się książka księdza, z przedmową arcybiskupa Józefa Życińskiego. Co w niej znajdziemy?
– To są rozważania, materiały do przemyślenia, pod hasłem „O chrześcijańskim stosunku do Ojczyzny“.
– Często brakuje go młodemu pokoleniu. Chcę pokazać swoje zatroskanie o dobro wspólne. Adresuję tę książkę dla młodzieży, żeby na chwilę zatrzymała się i zastanowiła nad przyszłością naszego kraju.
Konrad Tatarowski


„GAZETA  ŁÓDZKA“.
/12.XI.1998 r./ Nr 260/.

Ksiądz z kosturem.

              To mój ideowy testament – mówi ksiądz Stefan Miecznikowski o swojej najnowszej książce   
             „Rozważania o Ojczyźnie“.
Promocja książki odbyła się wczoraj w kaplicy św.Krzysztofa, w kościele o.o. Jezuitów. W tej samej świątyni, w której ojciec Stefan wygłaszał od 13 grudnia 1981 roku „Kazania stanu wojennego“ i w której odbywały się w latach 1983-1985, cotygodniowe wieczory dyskusyjne Duszpasterstwa Środowisk Twórczych.
Ojciec Stefan Miecznikowski, jezuita, otrzymał święcenia kapłańskie z rąk kardynała Stefana Wyszyńskie-go. Przez cztery lata opiekował się młodzieżą akademicką na KUL, a potem kontynuował studia na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, pracował z młodzieżą zakonną w Kaliszu. Po raz pierwszy przyjechał do Łodzi w 1967 roku, ponownie – i już na długo – w roku 1978. „To ksiądz z kosturem i plecakiem, przy ognisku z młodzieżą, z ludźmi w wiejskiej chałupie, w więzieniu, w Urzędzie Bezpieczeństwa, na pielgrzymce, w wyprawach archeologicznych, w hali fabrycznej. Wszędzie, gdzie toczy się polskie życie“ – pisała o ojcu Miecznikowskim Ewa Jażdżewska-Goldsteinowa. W stanie wojennym cała Łódź słuchała jego kazań, pod jego kierunkiem powstał i działał Ośrodek Pomocy Uwięzionym i Internowanym. W 1992 roku Rada Miejska w Łodzi przyznała ojcu Miecznikowskiemu tytuł Honorowego Obywatela Miasta Łodzi. W miniony wtorek, ksiądz Miecznikowski otrzymał od ks.biskupa Zbigniewa Kraszewskiego Srebrny Krzyż za pracę duszpasterską dla Wojska Polskiego, przyznany przez Episkopat.
„Rozważania o Ojczyźnie“ zostały wydane w Bibliotece „Tygla Kultury“. Książeczka ma niewiele ponad sto stron druku w formacie B6. Dwieście ponumerowanych egzemplarzy własnoręcznie sygnował autor.
Wprowadzenie do „Rozważań…“ napisał arcybiskup Józef Życiński, posłowiem opatrzyła je Małgorzata Golicka-Jabłońska. Książka jest adresowana przede wszystkim do młodzieży harcerskiej. „Bliskiej mi i drogiej“ – pisze ksiądz Stefan Miecznikowski w dedykacji. Nadal, mimo zaawansowanego wieku i zdrowotnych kłopotów, jeździ na obozy, spotyka się z młodzieżą. Także i w tym roku odwiedził harcerzy w sieradzkiem. 
Jak czytamy w zaproszeniu na promocję „Rozważań…“, są one refleksją ojca Stefana nad rolą chrześcijaństwa w wychowaniu patriotycznym. Wiele mówiące są tytuły rozdziałów tej książki: – „O chrześcijańskim stosunku do Ojczyzny“ i „Powinności wobec Ojczyzny“. Należy sądzić, że w Łodzi znajdzie się więcej niż dwa tysiące osób, które będą chciały mieć „Rozważania o Ojczyźnie“ na swojej półce z książkami.    
Maria Sondej                                                                                                                                     


„GAZETA ŁÓDZKA“.
/ 21-22.XI.1998 r./ Nr 273/
Muszę obmodlić słowa, które do ludzi powiedziałem
Rozmowa z ojcem Stefanem Miecznikowskim

Maria Sondej:  Czym dla ojca jest Ojczyzna ?
Ojciec Stefan Miecznikowski:- Wartością nadrzędną, ponadczasową, której trzeba wszystko podporządkować. Ojczyzna jest nam wszystkim potrzebna, a dla chrześcijanina temat Ojczyzny jest szczególnie ważny. Myślę, że pod tym względem stygniemy i dlatego zabrałem głos. W tej książce starałem się zawrzeć wszystko, co mnie w związku z Ojczyzną nurtuje, co noszę w głębi serca. Jest w niej nie tylko zaduma nad Ojczyzną, ale i krytyczny wgląd w świadomość polską, jest próba rozeznania, jakie tej świadomości zagrażają niebezpieczeństwa.
Od lat nazywany jest ojciec sumieniem łodzian…
– Nie jestem sumieniem ani cenzorem, ale chcę być wychowawcą. Chodzi mi o to, by uświadomić młodym ludziom, na czym polega patriotyzm. Nie odczuwam potrzeby korygowania ich postępowania. Zrobią to sami, jeśli im się pomoże. Uważam, że w tej dziedzinie dużo mają do zrobienia harcerze.
Z natury rzeczy, należą do tej części młodzieży, która ma wobec rzeczywistości postawę ideową, a moje rozważania adresowane są do tych, którzy chcą brać odpowiedzialność za sprawy narodu.
Czy mówiąc o harcerzach ma ojciec na myśli wszystkie istniejące w Polsce organizacje harcerskie?
– Tak wszystkie. Każda z nich stawia swoim członkom wyższe wymagania, każe szukać ideałów moralnych  i etycznych. I nie zależy to od liczby członków, bo harcerstwo jest niemal z definicji elitarne. Dlatego uważam, że rozpad polskiego harcerstwa jest sprawą bolesną. Trzeba zachęcić młodych, by nie żałowali wysiłku dla znalezienia tego, co w ich kolegach i koleżankach jest do zaakceptowania, żeby szukali tego, co ich łączy. Młode pokolenie musi mieć wspólne punkty odniesienia, konieczne są wzajemne kompromisy. Jak to jest ważne, dowodzi piękna tradycja przedostatnia, czyli lata okupacji. Wtedy wszyscy zdali najważniejszy w życiu egzamin tylko dlatego, że chodziło im o wspólne dobro, o Ojczyznę.
Kilka lat temu w Częstochowie miałem okazję mówić do ponad trzech tysięcy instruktorów harcerskich wszystkich ugrupowań w kraju, byli także harcerze z zagranicy. Mówiłem im o niebezpieczeństwach rozbicia i wskazywałem drogę, jaką wytycza ostatnia odnowa soborowa. Niestety, ta szansa została zaprzepaszczona, poważne rozbieżności między poszczególnymi ugrupowaniami jeszcze się pogłębiły. Bardzo nad tym ubolewam, bo przecież wszystkie sporne sprawy mogłyby się stać przedmiotem przyjacielskich rozmów, otwierając młodym jakieś widoki na przyszłość.
Porozmawiajmy o Łodzi. W czasie promocji swojej książki mówił ojciec o kondycji miasta i o jego szansach.
– W Łodzi jest za dużo walki o własne interesy. Nic więc dziwnego, że rzuca się w oczy bezideowość młodzieży, która nie ma gdzie tych ideałów szukać, która za dużo się bawi, a za mało myśli. Choć pewną szansą jest zapał niektórych młodych ludzi do nauki.
W czasach stanu wojennego społeczeństwo obudziło się na skutek zagrożenia i łatwiej było wtedy znaleźć z ludźmi wspólny język. Teraz takiego jednoczącego zagrożenia nie ma. Bo rosnąca bieda społeczeństwa nie jest jako zagrożenie zauważana, nie jednoczy ludzi, lecz jeszcze bardziej ich rozwarstwia.
Przecież nie tylko w Łodzi tak się dzieje…
– Ale w Łodzi jest  to bardzo dotkliwe. Łódź jest teraz na zakręcie, nie może się zdecydować, co jest dla niej najważniejsze. A przecież, to jasne: trzeba więcej konsekwencji w dążeniu do wspólnego dobra. Dlatego moje „Rozmyślania…“ chcę podbudować skromnym czynem: modlitwą za społeczność łódzką. Będę się modlił o to, żeby to miasto było bardziej wytrwałe, bardziej konsekwentne w swych dążeniach, żeby Łódź była coraz lepsza. By nie była miastem klęski, ani miastem obietnic, ale miastem spełnienia. Czynię tu aluzję do częstego nazywania Łodzi „ziemią obiecaną“. Pora, by te obietnice spełniła. Łódź jest miastem niełatwych rezultatów, dużo tu zaniedbań z przeszłości, które trudno odrobić. Dlatego trzeba sporo cierpliwości, konieczne jest konstruktywne nastawienie do każdej dobrej propozycji. Ważniejsze od krytycznego stosunku do całej naszej przeszłości jest zrozumienie dla miasta, które wymaga rzetelnej i długotrwałej cierpliwej pracy, wymaga więcej aniżeli obecne pokolenie jej daje.
Kto ma ten wkład pracy wnosić? Władze? My wszyscy?
– To wspólne nasze dobro, a więc wszyscy powinniśmy zjednoczyć wysiłki. Żeby to wspólne dobro stało nam ciągle przed oczyma, żeby realizowało się w codziennych spotkaniach między władzą a społeczeństwem, między jedną a drugą dziedziną życia.
A w łonie samej władzy?
– Nie należy składać na karb władzy wszystkich widocznych w Łodzi zaniedbań. One są po prostu efektem trudnej przeszłości, wymagają, jak powiedziałem cierpliwości i wytrwałości. I dlatego właśnie, także ja podejmowałem wysiłki, aby taką postawę promować.
Uważam również, że i młodzieży nie należy krytykować za braki, które się w niej dostrzega, bo najczęściej trzeba je złożyć na karb przeszłości. A więc nie ma młodych ludzi, bo oni niewiele pamiętają, ale na ich rodziców, którzy swoje piętno im przekazują. W tym wszystkim musimy się uczyć pokory, cierpliwości i wytrwałości.
I temu ma służyć ojca modlitwa.
– Tak, temu ma służyć.
Co jest więc szansą dla miasta? Ojczyzna to także troska o to, co się wokół dzieje, troska o dzień dzisiejszy.
– Byłem trochę niezadowolony z tego, że organizatorzy promocji mojej książki zacytowali jedną tylko powinność – modlitwę za Ojczyznę. Aczkolwiek jest to sprawa najważniejsza, ale w swoich „Rozmyślaniach o Ojczyźnie“ piszę także o etyce i konieczności kształtowania charakteru. Słusznie ktoś nazwał spełnienie obowiązków wobec Ojczyzny procentem człowieczeństwa, czyli zwrócił uwagę na to, że tyle warta jest miłość Ojczyzny, ile warta jest osobowość człowieka. A więc osobowość jest najważniejsza, a jednym z obowiązków jest modlitwa za Ojczyznę. Jeżeli człowiek kształtuje swoją postawę, jeśli jego osobowość pogłębia się i bogaci, to procent jego człowieczeństwa jest większy. Praca nad charakterem powinna być troską i powinnością w budowaniu postawy patriotycznej.
Kto powinien człowiekowi w tej pracy pomagać?
– Przede wszystkim Kościół powinien pracować nad charakterem narodu. Robił to z powodzeniem w okresie niewoli i w innych trudnych momentach historycznych.
Wielu ludzi oczekuje tego także od ojca.
– W jakimś sensie ta książka jest odpowiedzią na to zapotrzebowanie. Mnie już coraz trudniej przychodzi ciągłość myśli, zwłaszcza w ustnych wypowiedziach. Dlatego staram się rzucać myśli na papier, by nadać im formę jasną, konsekwentną i dojrzałą, bez kluczenia i powtórzeń. Jednak nie mam zamiaru już więcej nic napisać. Rezygnuję nawet z wydania moich homilii, których druk kiedyś zapowiedziałem. Wyszły „Kazania stanu wojennego“, następnych homilii nie planuję. Głównie dlatego, że nie mam już odpowiednich sił intelektualnych. Poza tym, zdaję sobie sprawę, że słowo ma ograniczoną nośność. O wiele bardziej pożyteczny jest czyn, czyli w moim przypadku modlitwa i refleksja. Teraz muszę obmodlić słowa, które do ludzi powiedziałem.
A więc „Rozmyślania o Ojczyźnie“ są rodzajem duchowego przesłania do współczesnych i tych, którzy przyjdą po nas?
– Tak. Przywołuję w tej książeczce moje najważniejsze przemyślenia, najważniejsze słowa, które kiedyś publicznie wypowiedziałem. To stenogram mojej świadomości, owoc mojego dotychczasowego doświadczenia. Mój testament.
Mam wrażenie, że w ojcu jest dużo goryczy, żal do ludzi, którzy nie chcą słuchać ojca dobrych rad, skorzystać z ojca drogowskazów.
– To niesłuszne spostrzeżenie. Nie czuję goryczy ani rozczarowania z tego powodu że to, co mówię, nie jest przez ludzi słuchane. Doznaję bardzo dużo życzliwości i troski, dużo wyrazów zaufania od ludzi i to jest dla mnie najważniejsze. Zdaję sobie sprawę z tego, że w tej chwili moja rola w Łodzi jest inna. Teraz ma to być zachęta do kontynuowania tych wartości, które w czasie stanu wojennego podkreślałem jako najważniejsze. Jest to m.in. patriotyzm, stąd temat mojej książki.
Do tych spraw trzeba przywiązywać największą wagę, one muszą podporządkowywać inne dążenia. Ale nie tylko patriotyzm powinien być wykładnikiem tego, co robimy. Jest wiele spraw ludzkich, które na codzień dopraszają się od nas posłuchania. Zrozumiałe, że sam patriotyzm nie może powodować człowiekiem, trudno ciągle przywoływać tę wartość jako nadrzędną. Chodzi o to, żeby na co dzień nasze czyny były świadectwem, że miłość do Ojczyzny jest głównym naszym pragnieniem i motywem naszego postępowania. Mniej ważne są zewnętrzne oznaki patriotyzmu. Prawdziwą miłość do Ojczyzny widzę za to w trosce o rodzinę i o wychowanie młodego pokolenia, w zabiegach o zgodę społeczną. Właśnie zgodę społeczną bardzo często w ostatnim czasie akcentowałem. Jeszcze raz podkreślam: jestem przekonany, że trzeba patrzeć na rzeczywistość z nadrzędną troską o dobro wspólne. Tymczasem w Łodzi i w ogóle w Polsce, coraz więcej widać gonitwy za sprawami bytowymi i ambicjonalnymi.
Proszę na koniec powiedzieć, czy łodzianie mają lub będą mieli jeszcze jakąś stałą możliwość publicznego spotkania się z ojcem?
– Nie. Teraz spotykam się z ludźmi już tylko prywatnie, w mniejszym gronie. W takim serdecznym kontakcie łatwiej jest mi wypowiadać swoje zdanie i równocześnie wiem, że ci ludzie chętnie to przyjmują i na dobre obracają.
Czyli przenoszą dalej?
– Tak. Na to liczę, że moje  słowa zabrzmią właściwie i znajdą należyty oddźwięk.

Rozmawiała: Maria Sondej

***                                                                                                                 
  W bibliotece „Tygla Kultury“ ukazała się skromna książeczka autorstwa ojca Stefana Miecznikowskiego, zatytułowana „Rozważania o Ojczyźnie“. Wydano ją dzięki dotacji Komisji Wydawniczej przy Wojewodzie Łódzkim i Prezydencie Miasta Łodzi. Promocja „ Rozmyślań o Ojczyźnie“ odbyła się w dniu Święta Niepodległości. Do kaplicy św.Krzysztofa przy Kościele oo.Jezuitów przy ul.Sienkiewicza przyszła spora grupa osób. W większości tych, którzy kiedyś współpracowali z ojcem Miecznikowskim lub słuchali jego kazań w czasie stanu wojennego. Młodych było niewielu.
… Ojczyzny się nie wybiera całkiem dowolnie, jak nie wybiera się rodziców. Zerwanie z tym „zakorzenieniem“ grozi zwichnięciem charakteru, zachwianiem równowagi psychicznej (…). Człowiek bez spójni z narodem to istota bezdomna, ptak bez gniazda, pies bezpański, podrzutek… Jeśli Bóg aprobuje miłość Ojczyzny dla dóbr naturalnych, jakich nam ona udziela, to tym, bardziej aprobuje miłość takiej Ojczyzny, która z chlebem materialnym i z chlebem wiedzy daje swoim dzieciom Jego samego – Boga. Daje świadomość chrześcijańską, przywiązanie do wiary, pomoc w drodze do celu ostatecznego. Taką Ojczyzną jest Polska. Oto pierwszy problem naszej polskiej religijności:- Jest nazbyt obrzędowa, zewnętrzna, a za mało etyczna, nadprzyrodzona, wewnętrzna. Trzeba wyjść z tego infantylizmu (bo to jest ujęcie dziecinne), z tej religii traktowanej jak zabawa, a czasem wręcz jak maskarada. Trzeba wyjść z przerostów ceremioniału, a osiągnąć dojrzałość solidnego ładu duchowego. Mniej czule i rozlewnie, a bardziej świadomie i odpowiedzialnie. Wystarczy przyjrzeć się trochę uważniej historii naszego narodu w ostatnich stuleciach, by zdać sobie sprawę, źe nieuchronnie musiała się w nas zaostrzyć jedna cecha: bojowość. I to zarówno w dziedzinie narodowej, jak i religijnej (…). Wskutek tego niełatwo nam przychodzi z kimkolwiek współdziałać, iść ręka w rękę, gdy trochę się różnimy w poglądach i nastawieniach…
Książkę ojca Miecznikowskiego można kupić m.in. w Księgarni Niezależnej (Piotrkowska 102), Ossolineum(Piotrkowska 181), Księgarni Katolickiej(Sienkiewicza 60), Księgarni Salezjańskiej (Kopcińskiego 1/3), Księgarni Archidiecezji Łódzkiej (ul.Piotrkowskiej 263).


NAGRANIE „OPOKI“
/ 01-05-2005 r. Czas: 04:42/

LEKTORKA NN: – W Łodzi, odbyły się uroczystości pogrzebowe o.Stefana Miecznikowskiego, legendy łódzkiej „Solidarności”, wychowawcy pokoleń studentów, Honorowego Obywatela Miasta. Urodzony w Warszawie, jezuita przeżył 83 lata.
LEKTOR Łukasz GŁOWACKI:- Kilka tysięcy osób przyszło do Kościoła oo.Jezuitów, aby pożegnać O.Miecznikowskiego. Dla wielu z nich , było to pożegnanie z wielką legendą, dla innych był wspaniałym wychowawcą i duszpasterzem. W homilii Socjusz o.Jan Bartlewicz zastanawiał się…
O.Jan BARTLEWICZ:-…Co było motorem tego życia , co było napędem , skąd brał się cały dynamizm apostolski, to jego zaangażowanie w różne sprawy dla dobra człowieka, społeczeństwa, Ojczyzny…
LEKTOR Łukasz GŁOWACKI:- Zdaniem Przewodniczącego Mszy św. Abp. Władysława Ziółka, siłą o.Miecznikowskiego była Eucharystia.
Abp. Władysław ZIÓŁEK:-…Stała się ona dla niego i dla ludzi z Nim związanych, bodźcem do zaangażowania w budowę społeczeństwa bardziej sprawiedliwego i braterskiego…
LEKTOR Łukasz GŁOWACKI:- A dodatkowo…
O.Jan BARTLEWICZ:- …Urzekł go Jezus nauczający, Jezus w Misji, Jezus działający wśród ludzi…
LEKTOR Łukasz GŁOWACKI:- O.Miecznikowski przyjeżdżał do Łodzi kilkakrotnie. Po raz pierwszy po koniec lat 60-tych. Zajął się Duszpasterstwem Akademickim. Jak wspomina jego wychowanek z tamtych czasów Henryk Czekalski…
Henryk CZEKALSKI:- Miał fantastyczny talent do wyłapywania ludzi, którzy robili to, co on chciał, żeby się działo.
LEKTOR Łukasz GŁOWACKI:- Poza codzienną liturgią, prelekcjami, spotkaniami formacyjnymi, o.Miecznikowski zabierał studentów na wakacje…
Henryk CZEKALSKI:- Wyjazdy organizował troszkę nas wybierając i miał swój ukryty cel, bo wychodzili z tych wyjazdów ludzie, bardzo mocno podciągnięci duchowo. Ogromnie związani ze sobą.
LEKTOR Łukasz GŁOWACKI:- Część wychowanków zaangażowała się w antykomunistyczny „Ruch”. Kilku z nich, m.in. Stefan Niesiołowski, trafiło do więzienia. Wtedy władze wymusiły przeniesienie jezuity do Kalisza.
Stefan NIESIOŁOWSKI:- Myśmy celowo dbali o to, żeby nie spotykać się , na terenie Duszpasterstwa Akademickiego, ani naszych żadnych spraw podziemia na terenie Kościoła w szerokim sensie nie załatwiać, ale jednak część osób… Byliśmy byli związani z Duszpasterstwem i to chyba zadecydowało, że po wyjściu z więzienia w Kaliszu Ojca odwiedzaliśmy.
LEKTOR Łukasz GŁOWACKI:- Legenda o.Miecznikowskiego zrodziła się podczas jego kolejnego pobytu w Łodzi. Został kapelanem „Solidarności”. A w stanie wojennym organizował pomoc dla uwięzionych. Jak wspomina wydawca Wojciech Grochowalski…
Wojciech GROCHOWALSKI:- Od razu Ojciec przejął całe to dowództwo duchowe nad nami. Nie było pewnej luki, nie było tego zagubienia.
LEKTOR Łukasz GŁOWACKI:- Największym przedsięwzięciem był Ośrodek dla Uwięzionych i Internowanych. Zaczął działać praktycznie w drugim dniu stanu wojennego.
Stefan NIESIOŁOWSKI:- Nie zapomnę, jak w Jaworzu[Z.K.] byłem internowany i nagle strażnik mówi:- Macie widzenie. Przychodzę tam i jest w tej rozmównicy o.Stefan Miecznikowski z jakąś paczką i mówi:- Trudno was było znaleźć, ale w końcu jestem. Przywiózł listy z domu. Było to bardzo wzruszające  spotkanie.
LEKTOR Łukasz GŁOWACKI:- Jak to spotkanie przeżył o.Miecznikowski wspomina Barbara [Gruchała] – Gruszczyńska, która pracowała w Ośrodku…
Barbara GRUCHAŁA-GRUSZCZYŃSKA:- A Ojciec na to, żeby przez 1,5 minuty mógł widzieć się ze Stefanem, w sumie zużył na to dwie doby czasu nie śpiąc, nie jedząc. Jechał jako normalny pasażer. Zawsze mówił , że drugą klasą, bo trzeciej nie ma.
LEKTOR Łukasz GŁOWACKI:- Wiele zawdzięcza o.Miecznikowskiemu także Jerzy Kropiwnicki.
Jerzy KROPOWNICKI:- Miałem świadomość, że prawdopodobnie zawdzięczamy o.Miecznikowskiemu, jeśli nie życie w pełnym tego słowa znaczeniu, to na pewno to, że wyszliśmy z więzienia nie kalekami.
LEKTOR Łukasz GŁOWACKI:- Kościół oo.Jezuitów tętnił w tym czasie życiem. Środowe spotkania gromadziły tłumy.
Stefan NIESIOŁOWSKI:- To było miejsce pewnej intelektualnej dyskusji. To był Ośrodek wymiany myśli. To była taka Wszechnica. To była oaza wolności w Łodzi.
LEKTOR Łukasz GŁOWACKI:- Jak wspominają jego wychowankowie, o.Miecznikowski potrafił zaufać Opatrzności.
Henryk CZEKALSKI:- Był moment taki, że miał nakarmić gromadę głodnych dzieci i nie miał nic, dosłownie nic. I powtarzał, że miał to przekonanie, że na pewno Boża Opatrzność mu pomoże. Dostał   pieniądze, dostał jedzenie.
LEKTOR Łukasz GŁOWACKI:- Wszystkie swoje kazania wcześniej szkicował. Jak wspomina Prezes Centralwings Piotr Kociołek, potrafił też błyskawicznie zareagować na sytuacje…
Piotr KOCIOŁEK:- Zaprosił mnie z moją przyszłą małżonką i chwilę zastanowił się – chyba ze dwie minuty wszystkiego i powiedział:- Słuchajcie, powiem Wam jedno. Niechaj słońce nie zachodzi nad waszymi głowami. Żałujemy, że nie ma teraz takiego charyzmatycznego kapłana, żeby potrafił tak zorganizować  ludzi, a jest potrzeba by organizować pewne zabłąkane dusze.
LEKTOR Łukasz GŁOWACKI:- Z Łodzi , dla Radia Watykańskiego Łukasz Głowacki, Radio Plus.


 „ ASPEKT POLSKI“.
[Brak daty]…styczeń 2005r.

ŚP  Ojciec Stefan Miecznikowski
„ Umarł, bo wtulił się w Pana Boga“- ks.Jan Twardowski.

Po długiej i ciężkiej chorobie 27 grudnia zaopatrzony sakramentami świętymi odszedł od nas O.Stefan Miecznikowski. Charyzmatyczny przewodnik duchowy wielu łodzian. Niezłomny obrońca wolności i sprawiedliwości, życzliwy i serdeczny kapłan i człowiek.

O.Miecznikowski przybył do Łodzi w 1976r. by objąć tu funkcję duszpasterza  akademickiego w Kościele Ojców Jezuitów przy ul.Sienkiewicza 60. zaprzyjaźnił się z młodzieżą, kierował rozwojem duchowym i intelektualnym studentów. Ale zdawał sobie sprawę z ich zaangażowania w politykę. U rogu lat 80-tych   i on włączył się, jako duszpasterz akademicki i duszpasterz rodzin w propagowanie haseł wolności, przygotowując wiernych na przyjęcie idei „Solidarności“. Organizował co miesięczne wykłady z cyklu „Odpowiedzialność chrześcijańska człowieka za jego środowisko, życie pracę“. W stanie wojennym, który określał mianem zdrady narodu, założył Ośrodek Pomocy Uwięzionym i Internowanym, w którym praca trwała dzień i noc. Dla Ojca zawsze najważniejszy był człowiek. Jeździł do więzień i obozów dla internowanych, przewoził listy, udzielał sakramentów świętych i odprawiał Mszę świętą. Pracował bez wytchnienia. Oczywiście był pod obserwacją służb bezpieczeństwa i wielokrotnie był przez…….. zatrzymywany. – To moja powinność, jestem księdzem – niezmiennie odpowiadał na zarzuty. Mimo obaw o bezpieczeństwo, nie ustawał w swojej służbie. W każdą środę do sali przy Kościele, ściągały tłumy wiernych na organizowane przez Niego prelekcje i wieczory dyskusyjne. W czasie pobytu Papieża w Łodzi, O.Stefan zmobilizował naukowców i twórców do opracowania „Raportu o Łodzi“, który został wręczony Ojcu Świętemu.
W 1989 r. rozgoryczony podziałami w łódzkiej „Solidarności: oraz w związku ze złym stanem zdrowia wyjechał na Wybrzeże, jednak wciąż odwiedzał Łódź.
W 1992r. Rada Miejska przyznała Ojcu Stefanowi Miecznikowskiemu tytuł Honorowego Obywatela Miasta – „…moja krótka i skromna działalność na rzecz uwięzionych, internowanych i ich rodzin, nie zasługuje na takie, jak dzisiejsze wyróżnienie“ – skromnie odpowiada. „Solidarność“ nadała Ojcu honorowe członkostwo, a z inicjatywy Zarządu Miasta ukazują się „Kazania stanu wojennego“. Ojciec Stefan ponownie zamieszkał w Łodzi, jednak stan zdrowia nie pozwolił mu już na aktywną pracę. Co niedziela o godz.13, odprawiał Mszę św., lecz w Kościele nie ma już tłumów z czasu stanu wojennego. Nadal głosił piękne kazania i obdarowywał dobrocią wiernych.
Odszedł od nas po kilkuletniej chorobie w wieku 83 lat, po 55 latach kapłaństwa. W uroczystościach pogrzebowych, które odbyły się w dniach 29-30 grudnia uczestniczyli: ks.Arcybiskup Władysław Ziółek, ks.Biskup Adam Lepa i ks.Bp Ireneusz Pękalski, duchowni, władze miasta, kilka tysięcy łodzian. Ojciec Stefan Miecznikowski spoczął w grobowcu O.O.Jezuitów. Pamiętajmy.

Krzysztof Koliński.


 „TYGODNIK POWSZECHNY“.
 /16.I.2005 r./.

Wspomnienia: o ojcu Stefanie Miecznikowskim
Dobro rozdawał, Stefan Niesiołowski
O.Stefan Miecznikowski – łącząc wiarę z patriotyzmem – miał także bardzo wiele miłości do ludzi. Wywarł wielki wpływ na kilka pokoleń, zwłaszcza na moje – za młode na Październik, za stare na Marzec, ale w najlepszym wieku na czas „Solidarności“.
O takich ludziach mówi się „charyzmatyczny“, czego bardzo nie lubię, bo kojarzy mi się z wodzami, krzykaczami i populistami. Łatwo składają puste obietnice i zapewnienia, że są prawdziwymi Polakami oraz jedynymi pełnomocnikami Pana Boga na Polskę. Od takiego stylu o.Miecznikowski był jak najdalszy. W Łodzi mówiło się zawsze właśnie „ojciec Miecznikowski“, nie „ojciec Stefan“. Nie wiem dlaczego, bo o innym wybitnym jezuicie o.Tomaszu Rostworowskim wszyscy mówili z kolei „ojciec Tomasz“.
*
Przyszedł do Duszpasterstwa Akademickiego w Łodzi w połowie lat 60., wpisując się w dzieło wielkich poprzedników, ojców: Rostworowskiego, Huberta Czumy, Tadeusza Boguckiego. To była oaza wolności w epoce późnego Gomułki. W tym czasie nikt nie szedł do więzienia za same poglądy lub pochodzenie, co stanowiło istotną różnicę w porównaniu do ponurych czasów stalinowskich. Ale Kościół nadal był szykanowany. Walka z nim polegała na próbach ośmieszania religii jako niepotrzebnego, nieuchronnie przejściowego reliktu oraz na eliminowaniu ludzi wierzących z wpływu na los kraju, uniemożliwianiu im awansu, traktowaniu jak obywateli drugiej kategorii. To był klimat, w którym działało kierowane przez o.Miecznikowskiego duszpasterstwo, skupiające kilkaset osób z łódzkich uczelni. Spotkania dyskusyjne, prelekcje i cykle wykładów, dni skupienia i rekolekcje, letnie i zimowe obozy, rajdy, coroczne majowe pielgrzymki na Jasną Górę wypełniały znaczną część jego czasu. Zawsze znajdował chwilę na rozmowę pełną uwagi i wyczucia. Chciało się zostać z nim dłużej, najlepiej samemu, i opowiedzieć swoją historię, a czasami od razu pójść do spowiedzi. Nikogo do niczego nie namawiał, nie agitował. Pamiętam jego uśmiech i charakterystyczny niski, cichy głos. O.Miecznikowski nie chwalił się wiedzą. Okazywało się jednak, że wie dużo, np. gdy zamiast nieobecnego prelegenta podczas słynnego czwartkowego spotkania w kaplicy św.Krzysztofa, wygłosił wykład o uwięzieniu Prymasa Wyszyńskiego, połączony z oryginalną analizą marksistowskiej teorii i komunistycznej praktyki. W pewnym sensie przeze mnie musiał wyjechać z Łodzi, gdy kilku związanych z Duszpasterstwem Akademickim studentów i młodszych asystentów aresztowano za przynależność do podziemnego „Ruchu“ (byłem współorganizatorem i w znacznym stopniu odpowiedzialnym za łódzki ośrodek tej organizacji). Bardzo uważaliśmy, aby naszymi działaniami nie obciążać duszpasterstwa, ale nie mieliśmy wpływu na to, że wykrycie „Ruchu“ posłuży władzom PRL do walki z Kościołem. Nigdy jednak po wyjściu z więzienia nie spotkałem się za to z wyrzutem, cieniem pretensji.
*
Prześladowania Kościoła w epoce Gierka, miały bardziej łagodny charakter i selektywny charakter, choć istota dyktatury pozostawała niezmienna. Stopniowo rozwijała się i umacniała demokratyczna opozycja, a do Łodzi powrócił o.Miecznikowski. Miał znakomitą orientację w środowiskach opozycyjnych: służył radą, pomocą, dyskretnie pomagał potrzebującym. Coraz częściej w wąskiej rozmównicy jezuitów przy ul.Sienkiewicza spotykało się ludzi, którzy później budowali „Solidarność“. Coraz częściej przyjeżdżał ktoś z Warszawy, coraz więcej przywożono paczek z książkami, petycji i listów otwartych do podpisania. Bez wahania o.Miecznikowski włączył się w pomoc ogromnemu ruchowi społecznemu, który gromadził się pod sztandarem NSZZ „Solidarność“. To z jego inicjatywy odbywały się w Łodzi narady ludzi, którzy stworzyli intelektualne i eksperckie zaplecze Związku, a także patriotyczne nabożeństwa i modlitwy. Potem przyszedł stan wojenny. Kościół przy ul.Sienkiewicza stał się od pierwszego dnia miejscem, w którym skupiały się nadzieje wszystkich pokrzywdzonych, prześladowanych, załamanych – potrzebujących wsparcia, dobrego słowa, modlitwy. Natychmiast powstał Ośrodek Pomocy dla Represjonowanych oraz ich Rodzin, gdzie już w połowie grudnia opracowano listę uwięzionych, internowanych, zatrzymanych. Nawiązano kontakty z ich bliskimi, załatwiono pomoc prawną, medyczną… Zrozpaczone rodziny nie były same ze smutkiem i bólem, a matki, siostry, żony i córki nie przechodziły ze spuszczonymi głowami na drugą stronę ulicy, jak w stalinowskiej Rosji i Polsce Bieruta. We wszystkich działaniach był obecny, a większością z nich bezpośrednio kierował o.Miecznikowski. Drobny, ponad 60-letni wówczas kapłan, podróżował po więzieniach i ośrodkach: od Łęczycy do Gołdapi, od Darłówka do Włodawy. Odwiedzał uwięzionych, zawoził paczki, listy, dobre słowo. Odprawiał Mszę, wysłuchiwał spowiedzi, interweniował u naczelników i komendantów.
*
Przyszły ponure lata 80., znaczone zamordowaniem ks.Jerzego i Grzegorza Przemyka, odrażającymi spektaklami kłamstwa, esbeckich fałszywek, niegodziwości i hipokryzji władzy. Ich wizerunkiem były konferencje Jerzego Urbana i telewizyjne pogadanki Marka Barańskiego, który starał się nas przekonać do porzucenia wszelkiej nadziei. O.Miecznikowski się nie poddawał. Zorganizował przy Kościele Duszpasterstwo Środowisk Twórczych (mówiło się właściwie od razu „u ojca Miecznikowskiego“ i chodziło się „do ojca Miecznikowskiego“). Zapraszał znanych ludzi, specjalistów z różnych dyscyplin. Ks.Józef Tischner mówił o „Krajobrazie odwagi“. Witold Kulesza o „Prawno-karnej ochronie czci człowieka przed zniesławieniem“. Jerzy Dietl o „Moralnych aspektach rynku sprzedawcy“, Paweł Śpiewak o George’u Orwellu; Tadeusz Mazowiecki i Władysław Bartoszewski mieli spotkania autorskie. Wielu słuchaczy zostawało na schodach, a nawet stało na deszczu i mrozie przed Kościołem, gdzie trzeba było montować nagłośnienie. We wstępie do wydanych w 1983r. Materiałów Duszpasterskich o.Miecznikowski napisał: „Kiedy rozpoczynaliśmy naszą działalność, nie przypuszczaliśmy, że program spotka się z tak żywym zainteresowaniem słuchaczy. Materiały publikujemy na wyraźne życzenie uczestników środowych spot-kań, którym utrwalone w ten sposób prelekcje pomogą w dalszej pracy duszpasterskiej, w pogłębianiu wiedzy, wybranych wartości i wiary…“. Te spotkania dawały nie tylko możliwość posłuchania wybitnych ludzi, ale także uświadamiały, że jest nas wielu, że nie wszystko stracone. Uwierzyliśmy, że za kordonem batalionu ZOMO jest jednak wolność. To na placu przed Kościołem zbieraliśmy się, aby przejść pod znajdującą się pół kilometra dalej, przy Kościele Świętego Krzyża, tablicę poświęconą poległym w grudniu 1970r. Mieliśmy wrażenie, że na tym kawałku ziemi jesteśmy u siebie, że nic złego nie może się nam stać. Stopniowo więźniów było coraz mniej, jednak właśnie o tyle ciężej było tym nielicznym, zwłaszcza nowo aresztowanym. I do nich nadal jeździł o.Miecznikowski. Wykłócał się o głodujących, załatwiał pomoc medyczną, przepustki, a gdzie się dało – zwolnienia. Kierował rozdziałem darów i lekarstw. Organizował wyjazdy wypoczynkowe dla zwolnionych z więzień i ich rodzin. Był nie tylko niezmordowany, ale również zawsze uśmiechnięty. Nigdy nie okazywał zniecierpliwienia czy zmęczenia. Nie ma w Łodzi osoby, która bezpośrednio albo przez pomoc okazaną rodzinie nie zetknęłaby się z jego działaniami. Tych kilka pomieszczeń dawnego Duszpasterstwa Akademickiego stanowiło maleńką oazę wolności.
*
Potem przyszła Wolna Polska. Zaczęły się, a właściwie nasiliły podziały i spory polityczne, nieuniknione w demokracji, ale zaostrzone animozjami personalnymi, chorymi ambicjami, pokładami zachłanności i małości. I znowu potrzebny okazał się o.Miecznikowski. Już nie musiał organizować pomocy, skoro nie było prześladowanych, ale godził dawnych kolegów z podziemia, pośredniczył, łagodził. Szczególną rolę odegrał w doprowadzeniu do porozumienia między działaczami skupionymi wokół Andrzeja Słowika i legitymującymi się mandatem z wyborów sprzed ośmiu lat oraz związaną z Lechem Wałęsą, kierowaną przez Jerzego Dłużniewskiego i Ryszarda Kostrzewę strukturą z czasów podziemia. Dzięki mediacji o.Miecznikowskiego odbyły się wspólne wybory, których wyniki uznały obie strony. Był z nami w wysiłkach reformowania państwa. Służył modlitwą i czasem. Tylko – niestety – my znajdowaliśmy coraz mniej czasu dla niego. Z goryczą mówił o tym w chwilach szczerości. Niektórzy otoczyli go serdeczną opieką i miłością, chociażby wyjątkowa pod tym względem rodzina Jażdżewskich. Z czasem powstawały inne domy, ponieważ córki wychodziły za mąż, a synowie się żenili, na świat przychodziły dzieci. Udzielał ślubów kolejnym pokoleniom, przychodził na wigilie, na których bywało ponad sto osób.
W Łodzi był symbolem. Zgłaszany do różnych nagród, z których niewiele przyjął, zapraszany na rocznicowe obchody,  zwłaszcza sierpniowe, niezmiennie odprawiał Msze za Ojczyznę, zaś w kazaniach odnosił się do bieżących wydarzeń. Nieustannie zwracał również uwagę na konieczność poszanowania praw pokrzywdzonych, biednych, pozbawionych pracy, chorych, starych i tych najbardziej bezbronnych – dzieci nienarodzonych. Odrzucał pokusy łatwego triumfalizmu, gdy jego jedno słowo mogło oznaczać wyniesie-nie lub unicestwienie kariery polityka. Nie został – jak to się mówi – rozgrywającym łódzkiej polityki. Doskonale potrafił jednak rozpoznać hipokrytów, specjalistów od obnoszenia złożonych do modlitwy rąk w obecności możliwie wielu księży i możliwie dużych tłumów. Wiedział, że wielu ludziom wydawał się przydatny w ich politycznych rozgrywkach, dlatego czuł się coraz bardziej samotny. Ze smutkiem dawał do zrozumienia, że dla wielu dawnych znajomym przestał być potrzebny, a przecież kiedyś nie należał do narzekających na los.
*
I nagle przyszła wiadomość, że leży w szpitalu. Gdy go odwiedziłem, byli przy nim związani z „Solidarnością“ Stanisław Mecych i Grzegorz Woron. W dawnych czasach publicznie spierałem się ze Stanisławem Mecychem, który reprezentował tzw. orientację korowską, podczas gdy sam byłem zwolennikiem prawicowego, niepodległościowego stylu związku. Nad łóżkiem ciężko chorego o.Miecznikowskiego nie miało to znaczenia. Niezmordowany pan Mecych odwiedzał ojca codziennie, poprawiał pościel, cierpliwie pomagał jeść zupę i pić herbatę. Sam przecież niemłody, z długimi siwymi włosami, krzątający się przy nieprzytomnym lub śpiącym ojcu, był potwierdzeniem, że bezinteresowne poświęcenie i miłość bliźniego są możliwe. Gdy zaś o.Miecznikowski na chwilę otwierał oczy i uśmiechał się, wówczas nachylał się nad nim Grzegorz Woron i słyszał, że nas poznaje i dziękuje. Umarł w Gdyni, 28 grudnia 2004, przeżywszy 84 lata.
*
O.Miecznikowski był wolny od fatalizmu, zacietrzewienia. Postępował z trudną do opisania dzieciecą nieśmiałością, dostrzegał wszędzie dobro albo nadzieję na dobro. Tak onieśmielał dobrocią, że każdego potrafił przekonać do własnych racji, a w każdym razie skłonić do uważnego ich wysłuchania. Był przede wszystkim zakonnikiem, kapłanem, który wychował kilka pokoleń młodzieży, ale także polskim patriotą, odważnie przeciwstawiającym się złu – uczciwym, wolnym od dążenia do odwetu, zawiści, nacjonalizmu. Znał historię Polski, wiedział więc, że były w niej także niezbyt piękne karty. Dostrzegał w każdym – nawet w tych, dla których w czasach stanu wojennego nie znajdowaliśmy dobrego słowa – człowieka potrzebującego zrozumienia i modlitwy. Zawsze mówił, żeby za każdego się modlić, a potępienie i sądzenie zostawić Bogu. Sprawiał wrażenie, jakby zło nie miało do niego dostępu, jakby uparcie nie chciał zrozumieć, że ludzie bywają źli i podli. Wierzył w dobro, dobro rozdawał i bardzo dużo dobra po sobie zostawił.
Pisane w Ciechocinku, w dniu pogrzebu o.Stefana Miecznikowskiego, 30 grudnia 2004.[…].

Modlitwa 1983
Księdzu Stefanowi Miecznikowskiemu

„Chciałbym Cię Panie o światło poprosić,
które by mogło życie opromienić,
„otoczyć blaskiem po tęgi i chwały”
powszednie klęski w zwycięstwa zamienić.
Chciałem wymodlić taki życia płomień,
Który oświetli wszystkie drogi moje
Który nie zgaśnie w najsilniejszym wietrze,
I w cień odepchnie to, czego się boję.
Lecz tak naprawdę nie trzeba mi wiele
Wiec zamiast ognia, co mógłby mnie spalić
Ześlij mi Panie iskierkę nadziei
Aby, gdy zwątpię, mogła mnie ocalić.

Zdzisław Szczepaniak


ZMIANA NAZWY ULICY.
/24.I.2005r./

Szanowny Pan
Sylwester Pawłowski
Przewodniczący Rady Miejskiej w Łodzi
Wielce Szanowny Panie Przewodniczący,

   Powodowani pragnieniem właściwego i należnego upamiętnienia człowieka tak wielkiego formatu, człowieka tak bliskiego sercu łodzian, zwracamy się do Pana przewodniczącego i Rady Miejskiej o nadanie dotychczasowej ulicy Roosevelta – imienia ojca Stefana Miecznikowskiego, zmarłego niedawno Honorowego Obywatela Łodzi.[…] Ojciec Miecznikowski był niezwykłym człowiekiem, kapłanem, patriotą, a w naszym mieście zasłużył sobie na nazywanie go – sumieniem Łodzi.[…]. Ojciec Stefan Miecznikowski jak nikt inny, zasłużył na nadanie mu ulicy jego imienia. Będzie ze wszech miar wskazane, jeśli zostanie nią dotychczasowa ulica Roosevelta, która prowadzi od Piotrkowskiej wprost do kościoła ojców jezuitów. Kościoła tak silnie utożsamianego przez łodzian z nieocenioną obecnością księdza Stefana. Pragniemy, by przypominała ona o tym, którzy zaszczyt go znać oraz przyszłom pokoleniom, człowieka i kapłana najwyższej miary. Człowieka, który „spieszył się kochać wszystkich ludzi“. Który łączył, a nie dzielił. Człowieka, który umiłował prawdę, sprawiedliwość, wolność. I tym najwyższym wartościom służył przez całe życie, bez względu na okoliczności i konsekwencje. Człowieka, wobec którego mamy ogromny, nie do spłacenia dług wdzięczności. Człowieka z którego łodzianie są i bedą w przyszłości – dumni. W przekonaniu, że Pan Przewodniczący i rada Miejska podzielą nasze poglądy, pozostajemy z wyrazami szacunku, grono przyjaciół Ojca Stefana Miecznikowskiego.[…]. (Lista osób popierających wniosek w załączeniu).[brak].
Z upoważnienia
Stanisław Mecych
Łódź, ul.Wileńska […](347)


„DZIENNIK ŁÓDZKI”.
/11.XI. 2014 / Nr 263/

Ojciec Stefan Miecznikowski: warszawiak, który całym sercem ukochał robotniczą Łódź […].

Sylwetkę ojca Stefana Miecznikowskiego, duchowego przywódcy łódzkiej opozycji, wychowawcę wielu pokoleń młodzieży, duszpasterz ludzi w pracy przypomina w dziesiątą rocznicę śmierci piękna wystawa zorganizowana przez Muzeum Miasta Łodzi.

 Jego wychowankowie nazywali go „Mieczem”. Podkreślali, że choć był małej postury, to charakteryzował się wielkim duchem.
– Podnosił do góry miecz i od razu tyle dobra sypało się na nas – dodawali wychowankowie ojca Miecznikowskiego.
Stefan Miecznikowski urodził się 25 sierpnia 1921 roku w Warszawie, przy ul. Chopina.
– Tam jednak spędziłem tylko lata niemowlęce – opowiadał nam przed laty. – Moi rodzice mieszkali w Brwinowie, pod Warszawą. Dziadek był tam dróżnikiem kolejowym. Gdy byłem niemowlakiem, rodzice przeprowadzili się do Pruszkowa. Mieszkaliśmy na Żbikowie. Tam mały Stefan zaczął chodzić do szkoły.
– Raz przewijałem się przez metalową barierkę i rozbiłem sobie głowę – wspominał swe dzieciństwo ojciec Stefan. – Byłem cały zalany krwią. Mimo że byłem poszkodowany, to dostałem lanie od taty. Miałem surowego ojca.
Z Pruszkowa rodzina ojca Stefana przeniosła się znów do Warszawy. Zamieszkali na Bródnie. Stefan Miecznikowski zaczął chodzić do gimnazjum im.Lisa-Kuli. Tu rozpoczęła się jego harcerska przygoda. Należał do 51. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej im.Stefana Czarneckiego. By zarobić pieniądze na  obozy harcerskie, organizowali różne przedstawienia teatralne, zwłaszcza jasełka.
– Na początku grywałem w nich diabełka – lubił opowiadać ojciec Stefan. – Potem byłem starszym diabłem, a swoją teatralną karierę zakończyłem jako Lucyfer…
Ksiądz Miecznikowski swe przyrzeczenie harcerskie składał w jednym z podwarszawskich lasów. A w 1935 roku, już jako pełnoprawny harcerz, pojechał na zlot do Spały. W czasie wojny, w 1940 roku, postanowił wstąpić do Towarzystwa Jezuickiego.
– Powołanie zakiełkowało we mnie gdy sprowadzono do Polski relikwie świętego Andrzeja Boboli – wyjaśniał ojciec Stefan. – To sprawiło, że głębiej zainteresowałem się sprawami religijnymi. Powołanie powoli dojrzewało.
Gdy wstąpił do zakonu, nie miał jeszcze matury. Skierowano go więc na tajne komplety. W 1943 roku zdał egzamin maturalny. Po tym poszedł na studia filozoficzne do Nowego Sącza. Skończył je w 1946 roku. Z Nowego Sącza przeniesiono go do Krakowa, na studia teologiczne.
Święcenia kapłańskie przyjął w 1950 roku, z rąk kardynała Stefana Wyszyńskiego. Pierwszą mszę świętą odprawiał w swym ukochanym kościele pod wezwaniem św. Andrzeja Boboli na warszawskim Mokotowie, przy ul. Rakowieckiej.
Po święceniach skierowano go do Kalisza. Został pomocnikiem magistra nowicjatu. Pracował z młodymi jezuitami. Ale już po roku przeniesiono go do Lublina. Stamtąd ojciec wyjechał na studia do Rzymu. Początkowo były problemy.
– Władze nie chciały mi dać paszportu – tłumaczył ojciec Miecznikowski. – Były bowiem negatywnie nastawione do jezuitów. Ale dzięki osobistej interwencji kardynała Hlonda dostałem w końcu paszport.
Ojciec Miecznikowski rozpoczął studia na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Był to bardzo pracowity okres w jego życiu. Prace naukową dzielił z wychowawczą. W wakacje jeździł bowiem do kolegiów jezuickich we Włoszech, Hiszpanii, Niemczech, Francji, Belgii.
Po dwóch latach napisał w języku łacińskim pracę doktorską. Liczyła ponad 300 stron. Doktorem ojciec został w 1960 roku. Już z doktoratem wrócił do Polski, do Kalisza. Został magistrem nowicjatu.
W Kaliszu ojciec Stefan pracował sześć lat. Stamtąd na krótko wyjechał do Warszawy, szkolić kleryków.  A w 1967 roku rozpoczął łódzki rozdział swego życia. Został duszpasterzem młodzieży akademickiej.
– Duszpasterstwo było nie duże – wspominał ojciec Stefan.- Liczyło około sto osób. Nikt nie palił, nie pił. Moi wychowankowie byli bardzo zaangażowani religijnie.
Wychowankami ojca Miecznikowskiego są między innymi obecny poseł Stefan Niesiołowski i były Andrzej Woźnicki. Ojciec Miecznikowski stosował często wobec studentów harcerskie metody. Jeździli na obozy w Bieszczady, na Sądecczyznę. Latem wyjeżdżali w góry koło Ujanowiec.
W 1970 roku ojciec Miecznikowski musiał wyjechać z Łodzi. Jego wychowanków, między innymi Niesiołowskiego i Woźnickiego, aresztowano za działalność w antykomunistycznej organizacji „Ruch”.
Posądzano mnie o związki z „Ruchem”, bo byłem blisko z młodzieżą – tłumaczył ojciec Stefan. – Nigdy mi tego nie udowodniono. Ja zajmowałem się wychowaniem religijnym, świeckim, a nie politycznym.
Byłem przeciwny reżimowi, ale nie przekładałem tego na język głoszonych konferencji.
Przełożeni ojca Stefana uznali jednak, że bezpieczniej będzie, gdy wyjedzie z Łodzi. Znów więc pracował w Kaliszu z nowicjuszami. Do Łodzi powrócił po ośmiu latach, w 1978 roku. Tym razem zajął się duszpasterstwem rodzin. Jego wychowankowie z Duszpasterstwa Akademickiego mieli już żony, dzieci. On mógł znów pracować z młodymi.
Dzięki ojcu Miecznikowskiemu zaczęli przyjeżdżać do Łodzi z cyklem wykładów ludzie z Klubów Inteligencji Katolickiej z Warszawy, Lublina. Mówili o odpowiedzialności chrześcijańskiej za środowisko, w którym się żyje. Gdy zaczęła powstawać „Solidarność”, ojciec Miecznikowski temu towarzyszył. Jej członkowie przychodzili do ojca po duchowe wsparcie. Ksiądz Miecznikowski stworzył Duszpasterstwo Robotników.
– Kiedy ogłoszono stan wojenny, od razu w niedzielę 13 grudnia, na kazaniu, bez ogródek powiedziałem, co o tym sądzę – wspominał ojciec Miecznikowski.
Co miesiąc, w niedzielę w kościele Jezuitów przy ul. Sienkiewicza, odbywały się słynne msze za ojczyznę. Przy kościele powstał Ośrodek Pomocy Internowanym, Uwięzionym i ich Rodzinom.
Ojciec zaczął odwiedzać uwięzionych członków ,,Solidarności”. Jeździł po więzieniach, ośrodkach internowania. A potem w czasie mszy świętych zdawał relacje o tym, co się tam dzieje.
– Mówiłem o tym, jakie są nadużycia, a co jest pocieszające – wspominał ksiądz Miecznikowski.
Andrzej Woźnicki opowiadał nam przed laty, że 6 stycznia 1982 roku był akurat na „spacerniaku” więzienia w Łęczycy. – Nagle patrzę, a tu idzie ojciec Miecznikowski – opowiadał. – Pierwszy go zobaczyłem, moje zdziwienie było wielkie. Szedł z wielkimi paczkami, ręce odchylały mu się na boki, jak lecącemu ptakowi. Zaraz rzuciłem mu się na szyję. Ojciec odprawił nam mszę świętą, wyspowiadał nas.
Na drugi dzień po jego wizycie w Łęczycy, wszystkich internowanych pochodzących z Łodzi i okolic przeniesiono do Łowicza. Ojciec podążył ich śladem, choć przez dwa tygodnie nie chcieli go wpuścić do łowickiego więzienia.
Gdy odwiedzał internowanych, wspierał ich nie tylko duchowo, moralnie. Zawsze przynosił im paczki żywnościowe. Dzielił je też między strażników, naczelnika więzienia, jego zastępcę. Kiedyś władze zrobiły mu z tego zarzut.
– Oni przecież też są ojcami rodzin, mają potrzeby jak moi internowani – wspominał tamtą rozmowę ojciec Stefan Miecznikowski. – A ja jestem księdzem!
Kiedy na ulicy Sienkiewicza, przed kościołem jezuitów organizowano demonstracje, to ojciec mówił: Ja wyjdę pierwszy, porozmawiam z nimi! I szedł do stojących na ulicy milicjantów. Bywało, że i on dostał od nich pałką. Nieżyjący już mecenas Andrzej Kern opowiadał, że ojca Miecznikowskiego poznał w roku 1981, zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego.
– Ojciec Stefan miał w sobie magnetyczną siłę – przekonywał Andrzej Kern. – Ona powodowała, że zjednywał sobie ludzi. Do swych argumentów przekonywał w łagodny sposób. Nigdy nie słyszałem, by ojciec krzyczał. Nawet, gdy zrobiono coś nie tak, jak oczekiwał. Jeśli kogoś zganił, to w taki sposób, że nie sprawił przykrości, a trafił do serca.
Ojciec Miecznikowski założył przy kościele jezuitów Duszpasterstwo Środowisk Twórczych. Odbywały się tam tzw. środowe prelekcje. Takich prelekcji odbyło się około sto. Kościół jezuitów stał się centrum kulturalnym Łodzi. Prelekcje wygłaszali m.in. Tadeusz Mazowiecki, Jerzy Turowicz, Zofia Kuratowska, Jan Józef Szczepański.
Do ojca przychodzili ludzie o różnych poglądach, wierzący, ateiści. Tłumaczył, że dla niego najważniejsze był dobro, człowiek, a nie to jakie kto miał poglądy. W 1989 roku ojciec Miecznikowski ponownie wyjechał z Łodzi. Wcześniej w łódzkiej „Solidarności” rozpoczął się rozłam. Ludzie, którzy kiedyś razem z   ojcem Miecznikowskim tworzyli „Solidarność”, stanęli po przeciwnych stronach.
– Ja stanąłem po stronie legalnych władz związku, a więc Andrzeja Słowika i Jerzego Kropiwnickiego – tłumaczył ksiądz Miecznikowski. – Po drugiej stronie byli Jerzy Dłużniewski, Ryszard Kostrzewa, Paweł Lipski. Druga strona nie chciała rozmawiać. Mnie nie ignorowali, nie mogę powiedzieć, ale gdy zapraszałem ich na spotkania, na których mogłoby dojść do pojednania, nie przychodzili.
Ojciec nie mógł przeboleć, że ludzie ideowo bliscy nie mogli się porozumieć. On nie mógł ich pogodzić. Wyjechał najpierw na krótko do Wrocławia, a potem do Jastrzębiej Góry. Był tam instruktorem trzeciej probacji. W 1994 roku jednak znów powrócił do Łodzi. Przełożeni zapytali go, gdzie chciałby spędzić ostatnie lata swego życia. Wybrał Łódź.
Po uroczystościach pięćdziesięciolecia kapłaństwa stan zdrowia ojca Miecznikowskiego pogarszał się. 23 listopada 2001 roku dostał udaru. Kiedy leżał w szpitalu w Łodzi, nie zapomnieli o nim przyjaciele. Do końca opiekowali się nim m.in. Jan Mecych i Grzegorz Woron. Potem ojca Miecznikowskiego przewieziono do Gdyni.
Zmarł 25 grudnia 2004 roku. Ale pochowany został w swojej ukochanej Łodzi…
Anna Gronczewska


„WYBORCZA”.pl
Akademia Opowieści.
/20 kwietnia 2018r/

„OJCIEC STEFAN MIECZNIKOWSKI – sumienie Łodzi”

Choć był małej postury, to charakteryzował się wielkim duchem – Ojca Stefana Miecznikowskiego wspomina profesor Stefan Niesiołowski

Stefan Niesiołowski*: – Gdybym musiał znaleźć tylko jedno słowo, którym miałbym opisać Ojca Stefana Miecznikowskiego, to wybrałbym „skromny”. Chyba najbardziej do niego pasuje. A był to człowiek wyjątkowej wiedzy i erudycji. Znał kilka języków, studiował w Rzymie. Wybitny.
Chodźcie, chłopaki, tu czereśnie są.
Pierwszego spotkania dokładnie nie pamiętam. To musiało być ponad 50 lat temu w duszpasterstwie akademickim przy kościele Najświętszego Imienia Jezusa przy ulicy Sienkiewicza 60. Ojciec Miecznikowski wtedy jeszcze nie mieszkał w Łodzi. Przyjeżdżał tutaj co jakiś czas. Przypominam sobie małego, drobnego człowieka z niskim głosem, sympatycznym uśmiechem, zabieganego. Od razu wzbudzał sympatię.
Kiedyś zawołał mnie z kolegami do ogrodu przy kościele jezuitów. – Chodźcie, chłopaki, tu czereśnie są – mówił. Dziś taki gest to nic wielkiego, ale ze wzruszeniem wspominam, jak kilku wygłodniałych studentów objadało te czereśnie z pięknego drzewa. Tych drzew już nie ma, ale obok jest ulica Ojca Miecznikowskiego.
W duszpasterstwie organizował spotkania studentów. Sam miał tam też świetne wykłady. Na przykład o internowaniu prymasa Stefana Wyszyńskiego. Byłem jednym z Jego najbliższych współpracowników, co drugi dzień spędzałem w duszpasterstwie akademickim, często razem przygotowywaliśmy spotkania,    wycieczki, rozmawialiśmy o bieżących sprawach i wydarzeniach. Pamiętam dyskusje i wypożyczane od   Niego książki. To był ośrodek całkowicie niezależny od władz. Stworzył maleńką wolną od komunizmu cząstkę Polski. Duszpasterstwo zorganizował trochę jak harcerstwo. Taka enklawa swobodnej wymiany myśli, chociaż bez bieżącej polityki. Ojciec Miecznikowski był przeciwny reżimowi, ale unikał polityki w głoszonych przez siebie poglądach. Wypowiadał się zawsze łagodnie o każdym.
Namawiał mnie, żebym pojechał na trzy dni na zamknięte rekolekcje do Kalisza. Na tyle dni po prostu nie chciało mi się jechać. Ale w końcu dałem się przekonać i nawet się nie obejrzałem, jak minął ten czas. Dziś wspominam te rekolekcje jako jedną z ciekawszych przygód młodości. Kilka godzin w ciągu dnia nie można było w ogóle rozmawiać. I to bardzo mi się spodobało. Dało tak potrzebne każdemu wyciszenie.
Zaprosił mnie też do Lasek, do ośrodka dla niewidomych. Byliśmy tam kilka dni. Niesamowite przeżycie. Wtedy wyraźnie uświadomiłem sobie, jakie nieszczęścia spotykają ludzi. Niewidome dziecko. I jak wiele dobrego robi Kościół. Szkoda, że dziś czyni tyle zła. Jechaliśmy do Lasek jak konspiratorzy. Udawaliśmy, że się nie znamy. W Warszawie na dworcu była przesiadka. Patrzę, idzie Ojciec Miecznikowski. Spojrzeliśmy na siebie, uśmiechnęliśmy się i minęliśmy. Zabawna była ta konspiracja.
Można było uwierzyć w Pana Boga.
Przede wszystkim był niezwykle prawym człowiekiem. Ja się wówczas związałem z Kościołem między innymi dlatego, że poznałem Ojca Miecznikowskiego. Kolejne słowo, które doskonale Go opisuje, to sumienny. Jak się umówił, to zawsze był, dotrzymywał wcześniej danego słowa. Zawsze. Pamiętam, że jak obiecał, że przyniesie mi jakąś książkę, to mogłem być pewien, że to zrobi. Przeczytałem ich wiele dzięki Niemu, bo nie było mnie stać na kupowanie.
Powtarzał, żeby nie kierować się nienawiścią. Był takim człowiekiem, że jak się Go słuchało, to można było uwierzyć w Pana Boga. Nie wiedział, że działałem w antykomunistycznym Ruchu. Kiedy w 1970 roku wsadzili mnie do więzienia kontaktował się z moją rodziną. Później okazało się, że za to musiał wyjechać na jakiś czas z Łodzi. Przełożeni Ojca Miecznikowskiego uznali, że tak będzie bezpieczniej.
Wrócił pod koniec lat siedemdziesiątych i stworzył wyjątkowy ośrodek intelektualny w kościele jezuitów. Raz w tygodniu były tam wykład. Przychodziła masa ludzi. W stanie wojennym były to tak wielkie wydarzenia, że ludzie stali na podwórku i potrzebne było nagłośnienie.
Ciężko was tu było znaleźć.
Gdy powstała „Solidarność”, bardzo nam pomagał. Jej członkowie przychodzili do Niego po duchowe i  intelektualne wsparcie. To dzięki Niemu wiele osób związanych z tym ruchem odnalazło się w Kościele. On uwierzył w ten ruch i darzył go wielką sympatią. Został kapelanem łódzkiej „Solidarności”. W stanie wojennym zostałem na rok internowany. W obozie w Darłowie siedziałem z Tadeuszem Mazowieckim,     Andrzejem Drawiczem, Bronisławem Geremkiem, Janem Walcem, Jackiem Bocheńskim, Władysławem Bartoszewskim, Bronisławem Komorowskim, Andrzejem Czumą, Januszem Szpotańskim, Jackiem Bierezinem i wieloma wspaniałymi ludźmi. Długo nikt do nas nie przyjeżdżał. Któregoś dnia zostałem wezwany na portiernię. – Macie widzenie – powiedział strażnik. – Ciężko cię tu było znaleźć – powitał mnie     Ojciec Miecznikowski. Do Darłówka przyjechał zmęczony. Zawsze chodził z taką dużą teczką. Wyjął z niej żywność i lekarstwa. Po tym spotkaniu stałem się niezwykle ważny, bo to do mnie pierwszego przyjechał ksiądz. Za wszystko, co robił, zasłużył na wielkie, wielkie podziękowania. Przemierzał całą Polskę, odwiedzając internowanych diecezjan. Dostawali od niego paczki i grypsy od rodzin.
Kiedy byłem internowany, umarł mój tata. Mnie ani mojego brata Marka nie wypuścili na pogrzeb. Wiem, że był na nim Ojciec Miecznikowski. Potem dowiedziałem się, że co miesiąc, w niedzielę w kościele      jezuitów przy ul. Sienkiewicza, odbywały się słynne msze za ojczyznę. Powstał tam też ośrodek pomocy internowanym, uwięzionym i ich rodzinom. Można tam było załatwić różną pomoc. Jak wyszedłem, to jedną z pierwszych osób, którą odwiedziłem był On. Powiedział, że jest specjalny fundusz i załatwił mi z żoną tygodniowy pobyt w Zakopanem.
Był sumieniem Łodzi.
Miał siłę, zjednywał sobie ludzi. Do swych argumentów przekonywał w łagodny sposób. Nigdy nie słyszałem, żeby krzyczał. Przypominał proboszcza z Ars (Jan Maria Vianney, ksiądz, który sprawił, że parafia, którą objął, stała się znaczącym ośrodkiem życia religijnego w dziewiętnastowiecznej Francji – red.).
Zabiegany, pracowity. Często chodził po ogrodzie jezuitów i odmawiał brewiarz. Gromadził wokół siebie różnych ludzi. Z uwagą słuchał odmiennych opinii i poglądów, ale nigdy nie oceniał, nie karcił. Potrafił pomóc w sposób tak delikatny i naturalny, że mało kto zauważał ten gest. Wykazywał konieczność pojednania Polaków z Białorusinami, Ukraińcami i Litwinami. Był sumieniem Łodzi.
W latach osiemdziesiątych dzięki Ojcu Miecznikowskiemu zaczęły przyjeżdżać do Łodzi znane osoby z całej Polski. Mówili o odpowiedzialności chrześcijańskiej za środowisko, w którym żyją, za naród i państwo. Kościół jezuitów stał się centrum kulturalnym Łodzi i de facto opozycyjnym. Prelekcje wygłaszali m.in. Tadeusz Mazowiecki, Jerzy Turowicz, Zofia Kuratowska, Jan Józef Szczepański. W tym czasie     Ojciec Miecznikowski utrzymywał bardzo bliskie kontakty z rodziną znanego łódzkiego profesora archeologii Konrada Jażdżewskiego. Zwłaszcza z jego córką Ewą i jej mężem Piotrem Goldsteinem. Często, gdy przychodziłem do domu Jażdżewskich, był tam Ojciec Miecznikowski.
Po uroczystościach pięćdziesięciolecia kapłaństwa Jego stan zdrowia pogarszał się. W 2001 roku dostał udaru. Było widać, że jest już bardzo źle. Kiedy leżał w szpitalu w Łodzi, jakoś nie widziałem tych wszystkich, którzy przychodzili po paczki, lekarstwa, pomoc. Nie wiem, może byli na izbie przyjęć, innej sali albo płaszcze zostawiali w szatni. Ja widziałem tylko Jana Mecycha i Grzegorza Worona, poprawiających poduszki i urocze w swojej sympatyczności i trosce pielęgniarki.
Potem Ojca Miecznikowskiego przewieziono do Gdyni. Tam umarł. Spoczął w grobowcu oo. Jezuitów na katolickim cmentarzu na Dołach w Łodzi. Przyszły tłumy.

* Profesor Stefan Niesiołowski, działacz opozycji demokratycznej w PRL, więziony i internowany łącznie ponad 5 lat, poseł, senator. Ojciec Stefan Miecznikowski (1921-2004)                    

Piotr Wesołowski


„DZIENNIK ŁÓDZKI”.
/28.08.2020/ Nr 219/

Rozmowa z Andrzejem Słowikiem, przywódcą strajku w MPK w Łodzi w sierpniu 1980 roku, przewodniczącym Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ Solidarność w Łodzi, a później szefem Zarządu Regionu NSZZ Solidarność i członkiem władz krajowych związku – 40 lat sierpnia – Jak rodziła się łódzka ”Solidarność” – dodatek prasowy do „Dziennika Łódzkiego” z 28 sierpnia 2020r. /str. 4 i 5./ [fragmenty].
[…].
Jak to się stało, że 26 sierpnia wybuchł strajk w MPK?
Nie było porozumienia co do realizacji postulatów, trzeba było coś zrobić. W zajezdni na Limanowskiego zaproponowałem, żeby poczekać na wszystkich kierowców, którzy zejdą z drugiej i trzeciej zmiany.  Obecność wszystkich miała zagwarantować demokratyczne podstawy decyzji. Wybraliśmy komitet strajkowy na Limanowskiego. Potem te same procedury zostały powtórzone w innych zajezdniach. Na drugi dzień sformalizował się komitet strajkowy złożony z przedstawicieli różnych zakładów działających w MPK.
Co sprawiło, że nie poprzestaliście wtedy na postulatach  płacowych i bytowych, ale stanęło twardo żądanie utworzenia nowego, niezależnego od władz związku zawodowego?
Tu pozytywną rolę odegrał Gdańsk. Zapowiedzieliśmy załodze, że u siebie w Łodzi będziemy załatwiać postulaty socjalne, zasady wynagradzania i tak dalej, natomiast popieramy 21 postulatów gdańskich. wysłaliśmy do Gdańska swoich obserwatorów, którzy na bieżąco zdawali nam relację. Nawiasem mówiąc, kazaliśmy im tam jeszcze czekać kilka godzin, aby się upewnić, że porozumienie jest naprawdę podpisane, a robotnicy nie zostali rozpędzeni.
[…]
5 września w mieszkaniu Grzegorza Palki przy ulicy Nawrot[43] odbyło się pierwsze zebranie Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego Solidarności, później była tam krótko siedziba związku. Jak to funkcjonowało?
Spotkanie w małym gronie dało się tam przeprowadzić, ale w momencie gdy ogłosiliśmy, że tam można otrzymać informacje, jak zakładać komórki związku w zakładach, zaczęły się problemy. Lokatorzy wezwali milicję. Brama, klatka schodowa i schody były nieustannie zapchane ludźmi. Przejście tam było już dużym sukcesem. Ścisk był taki, że sąsiedzi otwierając drzwi musieli uważać, żeby ktoś z korytarza nie wpadł im do mieszkania, albo w ogóle nie mogli z tego mieszkania wyjść.
Ciężko było w takich warunkach tworzyć od podstaw struktury związku niezależnego od partii?
Oczywiście. Tym bardziej, że władza nie przyglądała się biernie, jak rozpadają się stare struktury związkowe. Rozpuszczano pogłoski, że kto wstąpi do Solidarności, straci prawo do członkostwa w kasie zapomogowo-pożyczkowej, do Funduszu Wczasów Pracowniczych i innych świadczeń socjalnych. Straszyli utratą prawa do emerytur i rent. To były kłamstwa i kompletne bzdury, ale ludzie i tak się bali. W mieszkaniu  Palki to wszystko aż wrzało. W końcu udało nam się jakoś opróżnić klatkę schodową, a wszystkie te grupy dyskusyjne przeniosły się na chodnik. Tak właśnie na chodniku załatwiałem z Andrzejem Woźnickim, że przygotuje projekt naszego organu prasowego, najpierw znanego pod tytułem Jedność, a później przekształconego w Solidarność Ziemi Łódzkiej.
Równolegle do waszego MKZ uformował się drugi, konkurencyjny. Dlaczego nie mogliście się  Porozumieć?
Nie było z kim się porozumiewać. Ustami Marka Edelmana postawili nam ultimatum: MKZ, który nie został zbudowany na branży włókienniczej, nie ma prawa istnieć. Komunikacja, owszem, czemu nie, ale przywództwo należy się włókniarzom, bo Łódź włóknem stoi i kropka. W maju 1981 na regionalnym  Walnym Zjeździe Delegatów, na ponad 600 delegatów uczestniczących w wyborach ich kandydat dostał trzy głosy. Trzeba dodać, że w Łodzi przeprowadzaliśmy wybory w wyjątkowo demokratyczny sposób, nigdzie takich nie było. Ten konflikt miał też taki przejaw, że gdy przez pierwszy miesiąc czy dwa, gdy jeździłem do Gdańska, tajemnicza ręka jako punkt konsultacyjny Solidarności w Łodzi wykreślała adres Grzegorza Palki i wpisywała ulicę Laurową, gdzie mieszkał Józef Śreniowski, związany z tą drugą strukturą. To wszystko odbijało się później czkawką. Dochodziło do sytuacji, że skoro wasz zarząd, to nasza komisja rewizyjna.
[…]. Jednym z pańskich bliskich współpracowników był Grzegorz Palka, z którym jednak na początku ostro się pan skonfliktował. O co poszło?
To był konflikt wywołany przez ekspertów Solidarności, którzy nie tylko służyli nam opiniami, ale rościli sobie prawo do uczestnictwa w posiedzeniach prezydium MKZ i głosowaniach.
Jakbym słyszał manipulacje telewizji z tamtego okresu: dobrzy robotnicy i ich słuszne postulaty, a z drugiej strony ci paskudni doradcy.
Tu trzeba wziąć poprawkę na to, jacy to byli doradcy. Andrzej Mazur sugerował, że Grzegorz Palka to właściwie opcja KOR, że coś knuje. Chyba w przeddzień prezydium MKZ coś podobnego powiedział   Benedykt Czuma. To była intryga, żeby wbić klin w MKZ. Później Andrzej Ostoja-Owsiany i Andrzej Mazur odeszli z grona doradców, skarżąc się zresztą „Dziennikowi Łódzkiemu”. Na dalszą współpracę zgodzili się Benedykt Czuma i Andrzej Woźnicki. Mecenas Tadeusz Grabowski oznajmił nam, że na życzenie jest gotów służyć swoją opinią. Na szczęście, cała ta intryga nie zadziałała. Przyszłość pokazała, że wykluczenie Grzegorza Palki byłoby dużym błędem. Wiedział czego chce, umiał to wcielić w życie, był aktywny na forum krajowym, gdzie przygotowywano programy związkowe. Potrafił też przyciągnąć kilku wartościowych ludzi, takich jak Jacek Saryusz-Wolski.
Czy kiedy dziś pan patrzy na lata 1980-1981 zrobiłby wszystko tak jak wtedy? Nic pana nie gryzie?
Wie pan, każdy ma jedno życie i albo trafi, albo nie. Może to moja wada, może brak dystansu do siebie, ale nie widzę jakiegoś karygodnego błędu, który bym popełnił. Kiedy wracam myślą do tamtych wydarzeń, nie mam sobie nic do zarzucenia.                                                                         

Sławomir Sowa

*

W październiku 1983r. byłem na przepustce z Barczewa na pogrzebie mojego ojca. Wyjeżdżając z  Barczewa, umówiłem się z Jurkiem Kropiwnickim, że rozpoznam sytuację i pomysły na działanie Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej NSZZ „Solidarność” w dłuższej perspektywie i jeżeli ta wizja będzie z szansą na sukces oraz Wałęsa i TKK zaakceptują moją ofertę, to nie wrócę do Barczewa i dołączę do TKK. Okazało się, że w tak krótkim czasie, nie będę w stanie skontaktować się z Bujakiem i Wałęsą. Poprosiłem o.Stefana [Miecznikowskiego]o wyjazd do Gdańska i rozmowę na ten temat z Wałęsą. Ojciec Stefan, zgodził się i wyjechał. Moim rozmówcą w Warszawie okazał się Mazowiecki. Nie wiem do dziś, czy próbował, czy nie, w każdym razie stwierdził, że szybki kontakt z Bujakiem jest niemożliwy, bo „coś tam”, ale z tego, co mu wiadomo, nie przewiduje się rozbudowy i dłuższego trwania TKK. Ojciec Stefan wrócił później, niż zakładaliśmy, więc na czas oczekiwania, schowałem się u Marka Edelmana w szpitalu. Stanowisko Wałęsy było typowe, jak przystało na klasyka: „ja ci radzę, rób jak chcesz, pod warunkiem żeby było dobrze”. Ostatecznie trafiłem do innego szpitala-więziennego przy Kraszewskiego, a później znów do Barczewa.[…]. Kiedy w zakonie zapadła decyzja o przeniesieniu go do Gdyni [o.Stefana     Miecznikowskiego], wystosowaliśmy prośbę do władz zakonnych o przedłużenie, po raz kolejny, jego pobytu w Łodzi. Reakcja była dość szybka. Poproszona nas o podpisanie zobowiązania do przestrzegania zapisów Prawa Kanonicznego (chyba trzy paragrafy) i zaprzestania interwencji w przyszłości. […]. Rok chyba 2003, prawdopodobnie lipiec, cmentarz na Mani w Łodzi. Ojciec Stefan przyjechał specjalnie na pogrzeb. Gorąco, więc po zakończeniu ceremonii złożenia do grobu idziemy wolno, szukając ocienionych stron w alejach. Ojciec Stefan jest po operacji, idzie powoli i wyraźnie widać, że sprawia mu to trudność. Nie rozmawiamy o sprawach wielkich. Zdrowie, sprawy codzienne, jak się ułożyło, czy lepiej. Przy bramie pożegnanie, życzenia zdrowia i nadzieja na kolejne spotkanie. Następnego spotkania już nie było. (348)
___________________________________________
(347) Varia.Płyta CD do książki “Ojciec Stefan SJ“. Małgorzata Golicka-Jabłońska.
(348) „Ksiądz Stefan Miecznikowski jezuita i harcerz”- Paweł Spodenkiewicz, str. 148-149.